Myśl to forma odczuwania - Susan Sontag - ebook
Opis

Wszystko, co mi się przydarza, daje okazję do rozmyślań. Gdybym ocalała z katastrofy samolotu, być może zainteresowałabym się historią lotnictwa – mówi Susan Sontag na początku fascynującej rozmowy z Jonathanem Cottem. I wydaje się, że w rzeczy samej każde przeżycie może okazać się dla pisarki pretekstem do głębszej refleksji: wielotygodniowy pobyt w szpitalu zainspiruje ją do napisania esejuChoroba jako metafora, zwyczajne – zdawałoby się – spotkanie z koleżankami i synem prowokuje do rozważań na temat ról społecznych kobiet i mężczyzn.

Rozmowa, która najwyraźniej sprawia przyjemność obojgu interlokutorom, nie pomija niemal żadnego z poważnych i całkiem przyziemnych wątków. Dowiemy się z niej między innymi, jaką Sontag jest feministką, w jakich okolicznościach zaczęła słuchać rock and rolla,  jak postrzega granice seksualności, jakie widzi związki faszyzmu z kulturą popularną, kto jest jej ulubionym pisarzem, co myśli o rodzicielstwie,  czego nauczyły ją narkotyki oraz w co się ubiera, kiedy siada do pisania.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jest bu­rzy­cie­lem in­te­lek­tu­al­ne­go spo­ko­ju, lecz pła­ci za to, sta­jąc się in­te­lek­tu­al­nym tu­ła­czem, wę­drow­cem w in­te­lek­tu­al­nej Zie­mi Ni­czy­jej, któ­ry po­szu­ku­je in­nej przy­sta­ni gdzieś da­lej na dro­dze, za ho­ry­zon­tem. Ci obcy, nie­umie­ją­cy usie­dzieć w miej­scu przy­by­sze, nie są ani uprzej­mi, ani za­do­wo­le­ni.

Thor­ste­in Ve­blen

Kie­dy umie­ra czło­wiek, tra­ci­my całą bi­blio­te­kę.

daw­ne po­wie­dze­nie ludu Ki­ku­ju

Przed­mo­wa

„Je­dy­na me­ta­fo­ra zdol­na od­dać, czym jest ży­cie umy­słu – pi­sze ba­dacz­ka po­li­tycz­na Han­nah Arendt – musi się od­wo­ły­wać do do­zna­nia ży­cia. Bez od­de­chu ży­cia ludz­kie cia­ło jest tru­pem, bez my­śle­nia umysł ludz­ki jest mar­twy”1. Su­san Son­tag zga­dza­ła się z tym po­glą­dem. W dru­gim to­mie swych dzien­ni­ków (Jak świa­do­mość zwią­za­na jest z cia­łem) na­pi­sa­ła: „Jako oso­ba in­te­li­gent­na nie uwa­żam, że ro­bię coś »le­piej«. To je­dy­na for­ma mo­je­go ist­nie­nia. […] Wiem, że boję się bier­no­ści (i za­leż­no­ści). Gdy uży­wam umy­słu, mam wra­że­nie, że je­stem ak­tyw­na (nie­za­leż­na). To do­brze”2.

Son­tag (1933 – 2004) – ese­ist­ka, po­wie­ścio­pi­sar­ka, re­ali­za­tor­ka fil­mo­wa i ak­ty­wist­ka po­li­tycz­na – wy­jąt­ko­wo wy­raź­nie uświa­da­mia­ła so­bie, że pro­wa­dze­nie ży­cia, w któ­rym się my­śli, i my­śle­nie o ży­ciu, któ­re się pro­wa­dzi, to dzia­ła­nia uzu­peł­nia­ją­ce się i wzbo­ga­ca­ją­ce eg­zy­sten­cję. Od wy­da­nia w 1966 roku Prze­ciw in­ter­pre­ta­cji, jej pierw­sze­go zbio­ru ese­jów, w któ­rym w bez­pre­ten­sjo­nal­ny, świe­ży spo­sób po­ru­sza­ła cały wa­chlarz te­ma­tów: od mu­zy­ki The Su­pre­mes, przez dzie­ła Si­mo­ne Weil, po fil­my ta­kie jak Czło­wiek, któ­ry się nie­praw­do­po­dob­nie zmniej­sza i Mu­riel, in­te­re­so­wa­ła się za­rów­no kul­tu­rą „po­pu­lar­ną”, jak i „wy­so­ką”. W po­sło­wiu do wy­da­nia tomu, któ­re uka­za­ło się trzy­dzie­ści lat po pierw­szej edy­cji, pi­sze: „Gdy­bym mia­ła wy­bie­rać mię­dzy The Do­ors i Do­sto­jew­skim, wów­czas – oczy­wi­ście – wy­bra­ła­bym Do­sto­jew­skie­go. Ale czy mu­szę wy­bie­rać?”3.

Son­tag, któ­ra pro­po­no­wa­ła zwrot ku „ero­ty­ce sztu­ki”, z fran­cu­skim pi­sa­rzem Ro­lan­dem Bar­thes’em dzie­li­ła nie tyl­ko opi­sy­wa­ną prze­zeń „przy­jem­ność tek­stu”, lecz tak­że, jak pi­sa­ła w przed­mo­wie do książ­ki po­pu­la­ry­zu­ją­cej jego myśl, „wi­zję ży­cia in­te­lek­tu­al­ne­go jako ta­kie­go, któ­re wy­peł­nia­ją po­żą­da­nie, nie­skrę­po­wa­na pra­ca umy­słu i przy­jem­ność”4. Pod tym wzglę­dem szła śla­dem Wil­lia­ma Word­swor­tha, któ­ry w przed­mo­wie do Bal­lad li­rycz­nych twier­dził, że rola po­ety to „na­tych­mia­sto­we ukon­ten­to­wa­nie Czy­tel­ni­ka”. Obo­wią­zek ten „jest uzna­niem dla pięk­na wszech­świa­ta” i „hoł­dem skła­da­nym przy­ro­dzo­nej i czy­stej god­no­ści czło­wie­ka”, jego wy­peł­nie­nie zaś bę­dzie „za­da­niem ła­twym i lek­kim dla tego, kto spo­glą­da na świat w du­chu mi­ło­ści”5.

„Co spra­wia, że czu­ję się sil­na?” – pyta Son­tag w dzien­ni­ku i od­po­wia­da: „By­cie ko­cha­ną i pra­ca”6. Mówi też o swo­jej ten­den­cji do „go­rą­cych unie­sień umy­słu”7. Mi­łość, po­żą­da­nie i my­śle­nie naj­wy­raź­niej były dla niej po­dob­ne w swej isto­cie. W fa­scy­nu­ją­cej książ­ce Eros the Bit­ter­swe­et po­et­ka i fi­lo­loż­ka kla­sycz­na Anne Car­son, któ­rą Son­tag bar­dzo po­dzi­wia­ła, twier­dzi: „Wy­da­je się, że ist­nie­je pew­ne po­do­bień­stwo mię­dzy tym, jak Eros dzia­ła w umy­śle czło­wie­ka ko­cha­ją­ce­go, a tym, jak na­by­wa­nie wie­dzy wpły­wa na umysł my­śli­cie­la”8. Car­son do­da­je tak­że: „Kie­dy umysł się­ga po wie­dzę, wkra­cza na płasz­czy­znę po­żą­da­nia”. Echo tych słów sły­chać w ese­ju o Ro­lan­dzie Bar­the­sie, w któ­rym Son­tag stwier­dza: „pi­sa­nie jest obej­mo­wa­niem, by­ciem obej­mo­wa­nym; każ­da idea jest ideą, któ­ra wy­cho­dzi ku świa­tu”.

W 1987 roku, na po­świę­co­nym po­sta­ci Hen­ry’ego Ja­me­sa sym­po­zjum pod pa­tro­na­tem PEN Ame­ri­can Cen­ter, Son­tag roz­wi­nę­ła myśl Car­son, że ist­nie­je nie­ro­ze­rwal­na więź mię­dzy po­żą­da­niem i wie­dzą. Uzna­ła za nie­słusz­ną kry­ty­kę słow­nic­twa Ja­me­sa, któ­re­mu za­rzu­ca­no, że jest su­che i abs­trak­cyj­ne. Ar­gu­men­to­wa­ła: „Jego słow­nic­two ce­chu­ją bo­gac­two, mno­gość, po­żą­da­nie, ra­dość, eks­ta­za. Świat Ja­me­sa jest świa­tem, w któ­rym za­wsze jest wię­cej – wię­cej tek­stu, wię­cej świa­do­mo­ści, wię­cej prze­strze­ni, wię­cej zło­żo­no­ści w prze­strze­ni, wię­cej po­żyw­ki, któ­rą może prze­żu­wać świa­do­mość. Swe po­wie­ści bu­du­je w opar­ciu o za­sa­dę po­żą­da­nia, któ­ra wy­da­je mi się czymś no­wa­tor­skim. Jest to po­żą­da­nie epi­ste­mo­lo­gicz­ne, po­żą­da­nie wie­dzy. Czę­sto przy­po­mi­na po­żą­da­nie cie­le­sne, któ­re na­śla­du­je lub zwie­lo­krot­nia”. W swo­ich dzien­ni­kach Son­tag „ży­cie umy­słu” opi­su­je na­stę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi: „En­tu­zjazm, ape­tyt, łak­nie­nie, po­żą­da­nie, po­ciąg, nie­na­sy­ce­nie, unie­sie­nie, za­pał”9. Być może uzna­ła­by, że Anne Car­son wy­po­wia­da się rów­nież w jej imie­niu, gdy mówi: „za­ko­chi­wa­nie się i na­by­wa­nie wie­dzy to rze­czy, dzię­ki któ­rym na­praw­dę czu­ję, że żyję”.

We wszyst­kich swo­ich przed­się­wzię­ciach Son­tag sta­ra­ła się pod­wa­żyć ste­reo­ty­po­we ka­te­go­rie, ta­kie jak mę­skie – ko­bie­ce czy mło­dy – sta­ry, któ­re skła­nia­ją lu­dzi, by nie prze­kra­czać gra­nic i pro­wa­dzić ży­cie peł­ne za­ha­mo­wań. Nie­ustan­nie ba­da­ła praw­dzi­wość i za­sad­ność swo­je­go prze­ko­na­nia, że rze­ko­me prze­ci­wień­stwa, ta­kie jak my­śle­nie i od­czu­wa­nie bądź świa­do­mość i zmy­sło­wość, to w isto­cie aspek­ty jed­ne­go zja­wi­ska przy­po­mi­na­ją­ce wło­ski na ak­sa­mi­cie, któ­re za­leż­nie od kie­run­ku prze­su­wa­nia dło­ni do­star­cza­ją róż­nych do­znań, mają dwa róż­ne od­cie­nie i dają się dwo­ja­ko po­strze­gać.

W po­wsta­łym w 1965 roku ese­ju O sty­lu Son­tag pi­sze na przy­kład: „Je­śli na­zwie­my Triumf woli (1934) i Olim­pia­dę (1938) Leni Rie­fen­stahl ar­cy­dzie­ła­mi, nie bę­dzie to trak­to­wa­niem pro­pa­gan­dy na­zi­stow­skiej z es­te­tycz­ną po­błaż­li­wo­ścią. Pro­pa­gan­da na­zi­stow­ska jest w tych fil­mach nie­wąt­pli­wie obec­na. Obec­ne jest w nich jed­nak coś jesz­cze […] mi­ster­ne po­ru­sze­nia in­te­li­gen­cji, wdzięk i zmy­sło­wość”10. De­ka­dę póź­niej w ese­ju Fa­scy­nu­ją­cy fa­szyzm Son­tag od­sła­nia inny od­cień ak­sa­mi­tu, twier­dząc, że Triumf woli to „naj­czyst­szy przy­kład fil­mu pro­pa­gan­do­we­go wszech cza­sów, któ­re­go sama idea wy­klu­cza coś wię­cej niż samą pro­pa­gan­dę”11. O ile daw­niej Son­tag sku­pia­ła się na „for­mal­nych im­pli­ka­cjach tre­ści”, o tyle póź­niej, jak wy­ja­śnia, in­te­re­so­wa­ła ją „treść ukry­ta w pew­nych kon­cep­cjach for­my”.

Okre­śla­ją­ca się mia­nem „sza­lo­nej es­tet­ki” i „ob­se­syj­nej mo­ra­list­ki” Son­tag zgo­dzi­ła­by się za­pew­ne ze sło­wa­mi Word­swor­tha, że „nie od­czu­wa­my in­nych wzru­szeń niż te, któ­re ro­dzą się z ukon­ten­to­wa­nia”, a „ile­kroć współ­czu­je­my z bó­lem, oka­zu­je się, że na­sze współ­czu­cie wzię­ło swój po­czą­tek w sub­tel­nych związ­kach z ukon­ten­to­wa­niem”12. Nie jest więc ni­czym za­ska­ku­ją­cym, że choć Son­tag w peł­ni cie­szy­ła się przy­jem­no­ścia­mi „plu­ra­li­stycz­nej, po­li­mor­ficz­nej kul­tu­ry”, ni­g­dy nie od­wra­ca­ła oczu od „wi­do­ku cu­dze­go cier­pie­nia” – taki ty­tuł nada­ła swej ostat­niej książ­ce – i nie za­prze­sta­wa­ła wy­sił­ków, by temu cier­pie­niu ulżyć.

W 1968 roku po­je­cha­ła do Ha­noi na za­pro­sze­nie rzą­du pół­noc­no­wiet­nam­skie­go jako uczest­nicz­ka de­le­ga­cji ame­ry­kań­skich ak­ty­wi­stów an­ty­wo­jen­nych. O po­dró­ży tej pi­sa­ła: „ka­za­ła mi [ona] po­now­nie prze­my­śleć wła­sną toż­sa­mość i for­my świa­do­mo­ści, a tak­że psy­chicz­ne for­my mo­jej kul­tu­ry, zna­cze­nie »szcze­ro­ści«, ję­zyk, de­cy­zje mo­ral­ne, spo­so­by eks­pre­sji psy­cho­lo­gicz­nej”13. W la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych dzie­wię­cio­krot­nie od­wie­dzi­ła Sa­ra­je­wo, sta­jąc się świad­kiem cier­pień jego trzy­stu osiem­dzie­się­ciu ty­się­cy miesz­kań­ców, któ­rzy żyli wów­czas w wa­run­kach cią­głe­go ob­lę­że­nia. Pod­czas jej dru­giej wi­zy­ty w 1993 roku sa­ra­jew­ski pro­du­cent te­atral­ny za­pro­po­no­wał jej wy­re­ży­se­ro­wa­nie Cze­ka­jąc na Go­do­ta Sa­mu­ela Bec­ket­ta z udzia­łem tru­py naj­wy­bit­niej­szych ak­to­rów miesz­ka­ją­cych w tym mie­ście. Wy­strza­ły ka­ra­bi­nów snaj­per­skich i wy­bu­chy po­ci­sków moź­dzie­rzo­wych sta­no­wi­ły tło dźwię­ko­we za­rów­no dla prób, jak i przed­sta­wień, na któ­re przy­cho­dzi­li ofi­cje­le rzą­do­wi, le­ka­rze z głów­ne­go sa­ra­jew­skie­go szpi­ta­la i fron­to­wi żoł­nie­rze, a tak­że in­wa­li­dzi i po­grą­że­ni w ża­ło­bie miesz­kań­cy. „Ten, kogo wiecz­nie za­ska­ku­je ist­nie­nie de­pra­wa­cji – na­pi­sa­ła w ese­ju Wi­dok cu­dze­go cier­pie­nia – kto wciąż od­czu­wa roz­cza­ro­wa­nie (lub wręcz nie­do­wie­rza­nie) wo­bec do­wo­dów tego, ja­kie ma­ka­brycz­ne okru­cień­stwa lu­dzie są w sta­nie wy­rzą­dzić in­nym lu­dziom, nie jest jesz­cze mo­ral­nie ani psy­cho­lo­gicz­nie do­ro­sły”14. In­nym ra­zem stwier­dzi­ła na­to­miast: „nie­moż­li­wa jest […] praw­dzi­wa kul­tu­ra bez al­tru­izmu”15.

Po­zna­łem Su­san Son­tag na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych, kie­dy ona wy­kła­da­ła, a ja stu­dio­wa­łem na Co­lum­bia Uni­ver­si­ty. Przez trzy lata pi­sa­łem tek­sty i pra­co­wa­łem jako re­dak­tor dla do­dat­ku li­te­rac­kie­go do „Co­lum­bia Spec­ta­tor”, dzien­ni­ka wy­da­wa­ne­go w Co­lum­bia Col­le­ge, do któ­re­go w 1961 roku Son­tag na­pi­sa­ła esej o Nor­ma­nie O. Brow­nie za­ty­tu­ło­wa­ny Ży­cie prze­ciw­ko śmier­ci, za­miesz­czo­ny póź­niej w zbio­rze Prze­ciw in­ter­pre­ta­cji. Po jego lek­tu­rze pew­ne­go po­po­łu­dnia bez­czel­nie po­sta­no­wi­łem zaj­rzeć do jej ga­bi­ne­tu, by po­wie­dzieć, że tekst bar­dzo mi się spodo­bał. Spo­tka­li­śmy się póź­niej jesz­cze kil­ka razy na ka­wie.

Po skoń­cze­niu Co­lum­bia Col­le­ge w 1964 roku po­sze­dłem na an­gli­sty­kę na Uni­ver­si­ty of Ca­li­for­nia i wpa­dłem tam w wir wy­da­rzeń, któ­re skła­da­ły się na wiel­kie spo­łecz­ne, kul­tu­ro­we i po­li­tycz­ne prze­bu­dze­nie Ame­ry­ki. „Roz­ko­szą w świt ten było, że się żyje”16, na­pi­sał Word­sworth dwa wie­ki wcze­śniej na te­mat po­cząt­ków re­wo­lu­cji fran­cu­skiej. Te­raz co­dzien­ność znów sta­wa­ła się naj­praw­dziw­szym przed­sta­wie­niem i gdzie­kol­wiek się po­szło, „nocą w knaj­pach gra­li, a w po­wie­trzu pach­nia­ło re­wo­lu­cją”, jak śpie­wał Bob Dy­lan w pio­sen­ce Tan­gled Up in Blue. Wspo­mi­na­jąc tam­te cza­sy mniej wię­cej trzy­dzie­ści lat póź­niej, Son­tag pi­sze w po­sło­wiu do wzno­wie­nia tomu Prze­ciw in­ter­pre­ta­cji: „Jak cu­dow­ne to wszyst­ko się wy­da­je, gdy spoj­rzeć wstecz. Jak bar­dzo by się chcia­ło wciąż mieć tam­tą śmia­łość, opty­mizm i po­gar­dę dla ko­mer­cja­li­za­cji. Uczu­cia ty­po­we dla dzi­siej­szych cza­sów to na jed­nym bie­gu­nie no­stal­gia, a na dru­gim upodo­ba­nie do uto­pii. Być może naj­cie­kaw­szą ce­chą okre­su za­szu­flad­ko­wa­ne­go dziś jako Lata Sześć­dzie­sią­te jest to, że czu­ło się wów­czas tak mało no­stal­gii. I w tym sen­sie ży­li­śmy w cza­sie uto­pij­nym”17.

Pew­ne­go po­po­łu­dnia 1966 roku szczę­śli­wym tra­fem wpa­dłem na Su­san na kam­pu­sie uni­wer­sy­te­tu w Ber­ke­ley. Po­wie­dzia­ła mi, że przy­je­cha­ła na za­pro­sze­nie z wy­kła­dem, ja zaś od­par­łem, że od nie­daw­na two­rzę i pro­wa­dzę noc­ny pro­gram pu­bli­cy­stycz­ny o swo­bod­nej for­mu­le w ra­diu KPFA. Do­da­łem, że ra­zem z To­mem Lud­dym – któ­ry póź­niej zo­stał ku­ra­to­rem Pa­ci­fic Film Ar­chi­ve – bę­dzie­my tego wie­czo­ra go­ścić w stu­diu fil­mow­ca Ken­ne­tha An­ge­ra, a te­ma­tem spo­tka­nia bę­dzie jego film Wschód skor­pio­na. Dała się za­pro­sić na roz­mo­wę. (W swo­ich dzien­ni­kach za­miesz­cza In­au­gu­ra­tion of the Ple­asu­re Dome An­ge­ra na li­ście naj­lep­szych fil­mów).

W 1967 roku prze­pro­wa­dzi­łem się do Lon­dy­nu i zo­sta­łem pierw­szym eu­ro­pej­skim re­dak­to­rem ma­ga­zy­nu „Rol­ling Sto­ne”, dla któ­re­go pi­sa­łem i pra­co­wa­łem tak­że po po­wro­cie do No­we­go Jor­ku w 1970 roku. Su­san i ja mie­li­śmy wie­lu wspól­nych przy­ja­ciół i w na­stęp­nych la­tach od cza­su do cza­su spo­ty­ka­li­śmy się na przy­ję­ciach, se­an­sach fil­mo­wych, kon­cer­tach (za­rów­no roc­ko­wych, jak i mu­zy­ki kla­sycz­nej) czy wie­cach po­li­tycz­nych. Za­wsze chcia­łem prze­pro­wa­dzić z nią wy­wiad dla „Rol­ling Sto­ne”, ale nie po­tra­fi­łem się zmo­bi­li­zo­wać, by ją o to za­gad­nąć. Wresz­cie w lu­tym 1978 roku do­sze­dłem do wnio­sku, że chy­ba nad­szedł wła­ści­wy mo­ment. Rok wcze­śniej uka­zał się jej świet­nie przy­ję­ty esej O fo­to­gra­fii, a nie­ba­wem na ryn­ku mia­ły się po­ja­wić dwie ko­lej­ne książ­ki: zbiór ośmiu opo­wia­dań I, et­ce­te­ra, któ­ry opi­sa­ła kie­dyś jako „kil­ka przy­gód z pierw­szą oso­bą”, oraz esej Cho­ro­ba jako me­ta­fo­ra. Mię­dzy ro­kiem 1974 a 1977 Su­san prze­szła ope­ra­cję oraz le­cze­nie z po­wo­du no­wo­two­ru pier­si i do­świad­cze­nie by­cia pa­cjent­ką on­ko­lo­gicz­ną wy­ko­rzy­sta­ła do na­pi­sa­nia tej książ­ki. Gdy wresz­cie się zde­cy­do­wa­łem spy­tać ją, czy ze­chcia­ła­by mi udzie­lić wy­wia­du, pro­po­nu­jąc za­ra­zem, by­śmy za punkt wyj­ścia przy­ję­li trzy wy­mie­nio­ne wy­żej książ­ki, zgo­dzi­ła się bez wa­ha­nia.

Nie­któ­rzy pi­sa­rze o udzie­la­niu wy­wia­dów skłon­ni są stwier­dzić to, co po­eta Ken­neth Re­xroth po­wie­dział o pew­nym wy­jąt­ko­wo nu­żą­cym wie­czor­ku – to jak „wsa­dza­nie ję­zy­ka do kon­tak­tu przed obia­dem”. Jed­nym z ta­kich pi­sa­rzy był Ita­lo Ca­lvi­no. W krót­kim tek­ście Roz­my­śla­nia przed udzie­le­niem wy­wia­du pi­sał: „Każ­de­go ran­ka mó­wię so­bie: dziś mu­szę dużo na­pi­sać, a po­tem dzie­je się coś, co mi to unie­moż­li­wia. A dziś […], co to ja mia­łem dziś zro­bić? Ach tak, mam udzie­lać wy­wia­du. Boże, do­po­móż!”. Jesz­cze więk­szy scep­ty­cyzm wy­ka­zał J. M. Co­et­zee, któ­ry w po­ło­wie wy­wia­du z Da­vi­dem At­twel­lem oznaj­mił: „Gdy­bym był choć tro­chę prze­wi­du­ją­cy, od sa­me­go po­cząt­ku trzy­mał­bym się z dala od dzien­ni­ka­rzy. […] W dzie­wię­ciu przy­pad­kach na dzie­sięć […] [wy­wiad] jest wy­mia­ną zdań z kimś zu­peł­nie ob­cym, komu jed­nak kon­wen­cje ga­tun­ku li­te­rac­kie­go ze­zwa­la­ją na prze­kro­cze­nie gra­nic kul­tu­ry oso­bi­stej obo­wią­zu­ją­cych w roz­mo­wie ob­cych lu­dzi. […] W moim od­czu­ciu jed­nak praw­da wią­że się z mil­cze­niem, z re­flek­sją, z prak­ty­ką pi­sar­ską. Mowa nie jest skarb­ni­cą praw­dy, lecz bla­dą i pro­wi­zo­rycz­ną wer­sją pi­sa­nia. A ra­pier za­sko­cze­nia, ja­kim wła­da sę­dzia śled­czy lub dzien­ni­karz prze­pro­wa­dza­ją­cy wy­wiad, to nie na­rzę­dzie wy­do­by­wa­nia praw­dy, lecz – prze­ciw­nie – broń, świa­dec­two kon­fron­ta­cyj­ne­go cha­rak­te­ru do­ko­ny­wa­nej trans­ak­cji”18.

Su­san Son­tag wi­dzia­ła to ina­czej. „Po­do­ba mi się for­ma wy­wia­du – po­wie­dzia­ła mi pew­ne­go razu – a to dla­te­go, że lu­bię kon­wer­sa­cję, dia­log, a znacz­ną część mo­ich prze­my­śleń za­in­spi­ro­wa­ły roz­mo­wy. Jed­nym z naj­trud­niej­szych wy­zwań pi­sar­skich jest to, że trze­ba w izo­la­cji pro­wa­dzić roz­mo­wę z samą sobą, co jest zu­peł­nie nie­na­tu­ral­ne. Ja lu­bię roz­ma­wiać z in­ny­mi – uni­kam w ten spo­sób za­mknię­cia się we włas­nym świe­cie, w trak­cie roz­mo­wy zaś mam oka­zję do­wie­dzieć się, co sama my­ślę. Nie in­te­re­su­je mnie sze­ro­ka pu­blicz­ność, po­nie­waż jest to byt abs­trak­cyj­ny, na­to­miast pra­gnę wie­dzieć, co my­śli kon­kret­na oso­ba. Aby po­znać jej zda­nie, mu­szę się z nią spo­tkać twa­rzą w twarz”.

W jed­nym z wpi­sów z 1965 roku w swo­im dzien­ni­ku Su­san po­sta­na­wia „nie udzie­lać żad­nych wy­wia­dów, do­pó­ki nie będę brzmieć rów­nie kla­row­nie, au­to­ry­ta­tyw­nie + bez­po­śred­nio jak Lil­lian [Hel­l­man] w »Pa­ris Re­view«”19. Trzy­na­ście lat póź­niej pew­ne­go sło­necz­ne­go czerw­co­we­go po­po­łu­dnia przy­je­cha­łem do jej pa­ry­skie­go miesz­ka­nia w szes­na­stej dziel­ni­cy. Usie­dli­śmy na dwóch so­fach w sa­lo­nie. Na sto­li­ku sto­ją­cym po­mię­dzy nimi po­ło­ży­łem ma­gne­to­fon. Gdy słu­cha­łem jej kla­row­nych, au­to­ry­ta­tyw­nych i bez­po­śred­nich od­po­wie­dzi na moje py­ta­nia, sta­ło się dla mnie ja­sne, że Su­san na­uczy­ła się roz­ma­wiać tak, jak to so­bie za­mie­rzy­ła wie­le lat wcze­śniej. W prze­ci­wień­stwie do nie­mal wszyst­kich in­nych osób, z któ­ry­mi prze­pro­wa­dzi­łem wy­wia­dy (dru­gim wy­jąt­kiem jest pia­ni­sta Glenn Gould), Su­san nie ope­ro­wa­ła zda­nia­mi, lecz sta­ran­nie wy­pra­co­wa­ny­mi, roz­bu­do­wa­ny­mi aka­pi­ta­mi. Ude­rzy­ła mnie pre­cy­zja i „mo­ral­na oraz ję­zy­ko­wa do­kład­ność” – jak kie­dyś okre­śli­ła styl pi­sar­ski Hen­ry’ego Ja­me­sa – z jaką przed­sta­wia­ła i roz­wi­ja­ła swo­je my­śli, sta­ran­nie cy­ze­lu­jąc zna­cze­nia do­da­wa­ny­mi w na­wia­sie uwa­ga­mi i oko­licz­ni­ka­mi („cza­sem”, „oka­zjo­nal­nie”, „prze­waż­nie”, „w więk­szo­ści wy­pad­ków”, „nie­mal za każ­dym ra­zem”). W bo­gac­twie i płyn­no­ści jej wy­po­wie­dzi brzmia­ło, jak to mó­wią Fran­cu­zi, ivres­se du di­sco­urs – upo­je­nie sło­wem mó­wio­nym. W jed­nym z wpi­sów w dzien­ni­ku Son­tag oznaj­mia, że za­le­ży jej na „pro­wa­dze­niu dia­lo­gu kre­atyw­ne­go”, uzna­jąc go za „głów­ną me­to­dę osią­ga­nia zba­wie­nia”20.

Po trzech go­dzi­nach roz­mo­wy Su­san po­wie­dzia­ła mi, że musi zro­bić so­bie prze­rwę przed pro­szo­ną ko­la­cją, na któ­rą wy­bie­ra­ła się owe­go wie­czo­ra. Na­gra­łem już dość ma­te­ria­łu do wy­wia­du dla „Rol­ling Sto­ne”. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu Su­san po­wie­dzia­ła mi jed­nak, że nie­ba­wem wra­ca na pół roku do swo­je­go no­wo­jor­skie­go miesz­ka­nia, a po­nie­waż chcia­ła­by po­ru­szyć ze mną jesz­cze kil­ka in­nych te­ma­tów, spy­ta­ła, czy mo­że­my do­koń­czyć roz­mo­wę w No­wym Jor­ku.

Pięć mie­się­cy póź­niej, pew­ne­go zim­ne­go li­sto­pa­do­we­go po­po­łu­dnia, przy­sze­dłem do jej prze­stron­ne­go apar­ta­men­tu z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na rze­kę Hud­son przy skrzy­żo­wa­niu Ri­ver­si­de Dri­ve i 106 Uli­cy. Miesz­ka­ła tam w oto­cze­niu ośmiu ty­się­cy ksią­żek, o któ­rych mó­wi­ła „mój wła­sny sys­tem wy­szu­ki­waw­czy” i „moje ar­chi­wum tę­sk­not”. W tym uświę­co­nym miej­scu sie­dzie­li­śmy i roz­ma­wia­li­śmy do póź­nej nocy.

W paź­dzier­ni­ku 1979 roku w ma­ga­zy­nie „Rol­ling Sto­ne” uka­za­ła się jed­na trze­cia mo­je­go wy­wia­du z Su­san Son­tag. Dziś po raz pierw­szy mogę w ca­ło­ści za­pre­zen­to­wać roz­mo­wę, któ­rą mia­łem przy­wi­lej pro­wa­dzić trzy­dzie­ści pięć lat temu w Pa­ry­żu i No­wym Jor­ku z nie­zwy­kłą, in­spi­ru­ją­cą oso­bą, któ­rej in­te­lek­tu­al­ne cre­do – tak jak za­wsze je so­bie wy­obra­ża­łem – naj­le­piej wy­ra­ża jej wła­sny krót­ki tekst z 1996 roku za­ty­tu­ło­wa­ny A Let­ter to Bor­ges21:

Po­wie­dzia­łeś, że li­te­ra­tu­rze za­wdzię­cza­my wszyst­ko, czym je­ste­śmy i czym by­li­śmy. Je­śli znik­ną książ­ki, znik­nie hi­sto­ria, znik­ną lu­dzie. W peł­ni się z Tobą zga­dzam. Książ­ki to nie tyl­ko pro­sta suma na­szych ma­rzeń, na­sza pa­mięć. Dają nam tak­że moż­li­wość wy­kra­cza­nia poza sa­mych sie­bie. Nie­któ­rzy lu­dzie uzna­ją czy­ta­nie wy­łącz­nie za ro­dzaj uciecz­ki –uciecz­ki z „praw­dzi­we­go” świa­ta co­dzien­no­ści do do­me­ny wy­obraź­ni, uni­wer­sum ksią­żek. Książ­ki są czymś znacz­nie wię­cej. To spo­sób na osią­gnię­cie peł­ni czło­wie­czeń­stwa.

Kie­dy czte­ry lata temu zdia­gno­zo­wa­no u cie­bie raka, od razu za­czę­łaś roz­my­ślać o tej cho­ro­bie. Przy­po­mi­na mi to sło­wa Nie­tz­sche­go: „Psy­cho­log zna nie­wie­le tak po­cią­ga­ją­cych za­gad­nień jak sto­su­nek zdro­wia do fi­lo­zo­fii, a w ra­zie gdy sam za­cho­ru­je, całą swą na­uko­wą cie­ka­wość wno­si w swo­ją cho­ro­bę”22. Czy na po­dob­nej za­sa­dzie za­czę­łaś pla­no­wać Cho­ro­bę jako me­ta­fo­rę?

Moja cho­ro­ba na pew­no spra­wi­ła, że za­czę­łam my­śleć o cho­ro­wa­niu jako ta­kim. Wszyst­ko, co mi się przy­da­rza, daje oka­zję do roz­my­ślań. My­śle­nie jest jed­ną z rze­czy, któ­ry­mi się zaj­mu­ję. Gdy­bym oca­la­ła z ka­ta­stro­fy sa­mo­lo­tu, być może za­in­te­re­so­wa­ła­bym się hi­sto­rią lot­nic­twa. Je­stem pew­na, że do­świad­cze­nia ostat­nich dwóch i pół roku po­ja­wią się w mo­jej pro­zie, choć znacz­nie prze­two­rzo­ne. Lecz py­ta­nie, któ­re za­da­wa­ła ese­istycz­nie zo­rien­to­wa­na cząst­ka mnie w związ­ku z tym, co mi się przy­da­rzy­ło, nie brzmia­ło: cze­go do­świad­czam?, lecz: co tak na­praw­dę dzie­je się w świe­cie cho­rych? Ja­kie idee mają lu­dzie? Ba­da­łam wła­sne prze­ko­na­nia w tym za­kre­sie, po­nie­waż sama tak­że mia­łam róż­ne fan­ta­stycz­ne wi­zje na te­mat cho­rób, a raka w szcze­gól­no­ści. Ni­g­dy na po­waż­nie nie za­sta­na­wia­łam się nad za­gad­nie­niem cho­ro­by. Je­śli nie roz­my­ślasz o róż­nych spra­wach, sta­jesz się no­si­cie­lem bar­dziej czy mniej roz­sąd­nych, lecz jed­nak ste­reo­ty­po­wych twier­dzeń na ich te­mat.

Nie wy­zna­czy­łam so­bie żad­ne­go spe­cjal­ne­go za­da­nia – „No, sko­ro już za­cho­ro­wa­łam, to te­raz będę o tym roz­my­ślać” – po pro­stu my­śla­łam o cho­ro­bie siłą rze­czy. Le­żysz w szpi­tal­nym łóż­ku, przy­cho­dzi le­karz i mówi w ten swój spe­cy­ficz­ny spo­sób… a ty słu­chasz i za­czy­nasz się za­sta­na­wiać, co to wszyst­ko zna­czy, co zna­czą in­for­ma­cje, któ­re do­sta­jesz, i jak je oce­nić. A przy tym my­ślisz: ja­kie to dziw­ne, że lu­dzie mó­wią w taki spo­sób, po czym na­gle uświa­da­miasz so­bie, że jest to sku­tek ist­nie­nia ze­spo­łu prze­ko­nań utrwa­lo­ne­go w świe­cie lu­dzi cho­rych. Moż­na więc po­wie­dzieć, że za­czę­łam na ten te­mat „fi­lo­zo­fo­wać”, choć nie lu­bię uży­wać ta­kich pre­ten­sjo­nal­nych słów, gdyż zbyt wy­so­ko ce­nię fi­lo­zo­fię. W szer­szym zna­cze­niu fi­lo­zo­fo­wać moż­na jed­nak na każ­dy te­mat: je­śli się za­ko­chasz, za­czy­nasz my­śleć o na­tu­rze mi­ło­ści, o ile rzecz ja­sna masz od­po­wied­ni tem­pe­ra­ment.

Je­den z mo­ich przy­ja­ciół, spe­cja­li­sta od Pro­usta, od­krył, że jego żona ma ro­mans. Czuł się strasz­nie za­zdro­sny i po­krzyw­dzo­ny. Po­wie­dział mi, że za­czął od­czy­ty­wać to, co Pro­ust mó­wił o za­zdro­ści, w no­wym świe­tle. Roz­my­ślał nad isto­tą za­zdro­ści i roz­wi­jał te kon­cep­cje. Stop­nio­wo za­czął się zu­peł­nie ina­czej od­no­sić za­rów­no do tek­stów Pro­usta, jak i wła­snych prze­żyć. Na­praw­dę cier­piał i w jego cier­pie­niu nie było nic nie­au­ten­tycz­ne­go – na pew­no nie ucie­kał od bólu w roz­my­śla­nia – ale do tej pory ni­g­dy nie do­świad­czył głę­bo­kiej za­zdro­ści sek­su­al­nej. Gdy wcześ­niej czy­tał o niej u Pro­usta, przyj­mo­wał ją do wia­do­mo­ści tak, jak przyj­mu­je się rze­czy, któ­re nie sta­no­wią czę­ści wła­sne­go do­świad­cze­nia. Czło­wiek nie czu­je pew­nych spraw, póki jego sa­me­go nie spo­tka­ją.

Nie je­stem pew­ny, czy w chwi­li od­czu­wa­nia po­twor­nej za­zdro­ści chciał­bym jesz­cze o niej czy­tać. Na po­dob­nej za­sa­dzie po­dej­rze­wam, że do­świad­cza­nie cho­ro­by i jed­no­cze­sne roz­my­śla­nie na jej te­mat mu­sia­ło wy­ma­gać od cie­bie wiel­kie­go wy­sił­ku i być może rów­nież pew­ne­go zo­bo­jęt­nie­nia.

Wprost prze­ciw­nie – wiel­kim wy­sił­kiem by­ło­by dla mnie nie my­śleć o cho­ro­bie. Roz­my­śla­nie o tym, co ci się przy­tra­fia, to naj­prost­sza rzecz na świe­cie. Oto leżę w szpi­ta­lu i my­ślę, że umrę – mu­sia­ła­bym zmo­bi­li­zo­wać wiel­kie siły, by móc zo­bo­jęt­nieć na tyle, aby nie roz­wa­żać swo­jej sy­tu­acji. Bar­dzo wie­le tru­du kosz­to­wa­ło mnie od­da­le­nie się od tego te­ma­tu, by po okre­sie, kie­dy w ogó­le nie mo­głam pra­co­wać, do­koń­czyć książ­kę O fo­to­gra­fii. My­śla­łam, że osza­le­ję. Kie­dy mo­głam już wró­cić do pra­cy – było to sześć czy sie­dem mie­się­cy po otrzy­ma­niu dia­gno­zy – ese­je fo­to­gra­ficz­ne nie były jesz­cze go­to­we, ale w gło­wie ja już tę książ­kę skoń­czy­łam i mu­sia­łam wło­żyć wie­le wy­sił­ku w to, żeby ją sta­ran­nie, w atrak­cyj­ny, prze­ko­nu­ją­cy spo­sób do­pra­co­wać. Do­pro­wa­dza­ło mnie to do sza­łu, bo mu­sia­łam pi­sać o czymś, cze­go w da­nym mo­men­cie nie czu­łam. Chcia­łam pi­sać tyl­ko Cho­ro­bę jako me­ta­fo­rę