Wydawca: AGORA SA Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 425 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Myśl jak Sherlock Holmes - Maria Konnikova

Najczęściej uważamy kreatywność za właściwość umysłu, którą się ma lub której się nie ma. Nic podobnego! Kreatywności można się nauczyć! I Ty możesz myśleć jak Sherlock Holmes!
Jedynym człowiekiem na świecie, na którym wyczyny Sherlocka Holmesa nie robiły większego wrażenia był on sam. To, co dla nas jest dowodem jego geniuszu, dla niego było efektem pracy nad własnym umysłem. Czy w związku z tym my wszyscy skazani jesteśmy na rolę doktorów Watsonów – zdumionych świadków wyczynów geniusza z Baker Street?
Odpowiedź znajdziesz w książce „Myśl jak Sherlock Holmes”, która jest przewodnikiem po naszych mózgach, ale również narzędziem, dzięki któremu odkrywamy jego niewykorzystane dotąd możliwości.
Łącząc najnowszą wiedzę na temat psychologii człowieka i działania układu nerwowego, Maria Konnikova pokazuje, w jaki sposób każdy z nas przy odrobinie cierpliwości i konsekwencji może wyostrzyć swoją percepcję, pogłębić świadomość i wyćwiczyć szare komórki. Tak, by nasz umysł stał się potężnym i błyskotliwym narzędziem dedukcji. Nie po to, byśmy jak Holmes rozwiązywali kryminalne zagadki, ale by nasz mózg lepiej służył nam na co dzień.

„Podróż po sekretach pamięci, kreatywności i myślenia zilustrowana wyczynami detektywa, który zrobił najlepszy użytek ze swojego mózgu. Ta książka uczy myśleć na pełnych obrotach” – Steven Linker

Opinie o ebooku Myśl jak Sherlock Holmes - Maria Konnikova

Fragment ebooka Myśl jak Sherlock Holmes - Maria Konnikova

Tłumaczenie: Manana Chyb

Korekta: Teresa Kruszona

Redakcja: Robert Siewiorek

Fotoedytor: Maciej Murański

Projekt graficzny okładki: Ben Wiseman

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Fotografie: USA.gov – s. 67; Wikimedia Commons – s. 301, 305, 310 [odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki].

ul. CZERSKA 8/10, 00-732 WARSZAWA

Wydawnictwo książkowe:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

MASTERMIND: HOW TO THING LIKE SHERLOCK HOLMES by Maria Konnikova.

Copyright © 2013 by Maria Konnikova. By arrangement with the author. All rights reserved.

© copyright by AGORA SA 2015

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2015

ISBN 978-83-268-1712-0 (epub), 978-83-268-1713-7 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Geoffa

Wybór tego, czemu poświęcamy uwagę i czemu jej odmawiamy, jest dla życia wewnętrznego tym, czym wybór działania w świecie zewnętrznym. W obu przypadkach człowiek jest odpowiedzialny za swój wybór i bierze na siebie jego konsekwencje. Jak powiedział Ortega y Gasset: „Powiedz mi, na co zwracasz uwagę, a powiem ci, kim jesteś”.

W.H. Auden

Prolog

Kiedy byłam mała, tata czytał nam przed snem opowieści o Sherlocku Holmesie. Mój brat często zasypiał wtedy w swoim rogu kanapy, ale pozostali z nas słuchali z wielką uwagą. Pamiętam olbrzymi skórzany fotel, w którym siedział tata, trzymając książkę w ręce przed sobą, i odbijające się w szkłach jego czarno oprawionych okularów płomienie tańczące w kominku.

Pamiętam jego wznoszący się i opadający głos, kiedy napięcie rosło, aż poza granice wytrzymałości, i w końcu, wreszcie, długo oczekiwane rozwiązanie, gdy wszystko stawało się jasne.

Potrząsałam wtedy głową jak dr Watson i myślałam: No oczywiście! To takie proste, kiedy on wszystko wyjaśnia. Pamiętam zapach dymu z fajki, którą czasami palił tata – mieszankę woni owoców i ziemi, która mościła się w zagłębieniach fotela, oraz kontury nocy wyłaniające się zza zasłon wiszących na przeszklonych drzwiach do ogrodu. Fajka taty, rzecz jasna, przypominała nieco swoim zakrzywieniem fajkę Holmesa. Pamiętam też odgłos zatrzaskiwania książki na koniec i grube stronice układające się ciasno obok siebie między szkarłatnymi okładkami, kiedy ogłaszał: „To wszystko na dzisiaj”.

I nie było rady – choćbyśmy nie wiem jak prosili, błagali, robili smutne miny – marsz na górę i do łóżka.

I jest jeszcze coś, co zostało w mojej głowie tak głęboko, że nachodzi mnie do tej pory, prześladując przez lata, choć reszta opowieści wyblakła w pamięci i przygody Holmesa oraz jego wiernego wyznawcy zostały prawie całkowicie zapomniane: schody.

Stopnie do domu przy 221B Baker Street. Ile ich było? To pytanie zadał Holmes Watsonowi w „Skandalu w Bohemii” i na zawsze pozostało ono w mojej głowie. Oto siedzą obaj w swoich fotelach i detektyw tłumaczy doktorowi, jaka jest różnica między patrzeniem a obserwowaniem. Watson jest skonsternowany. I nagle wszystko staje się jasne jak słońce.

„– Kiedy tłumaczysz mi swoje rozumowanie, zawsze wydaje mi się ono tak śmiesznie proste, że mógłbym bez trudu przeprowadzić je sam. Ale za każdym razem jestem w kropce, dopóki wszystkiego nie wyjaśnisz, choć przecież wzrok mam nie gorszy od twojego.

– Istotnie – odpowiedział Holmes, zapalając papierosa i  opadając na fotel. – Różnica polega na tym, że patrzysz, ale nie widzisz. Oto przykład. Czy często patrzyłeś na schody, które prowadzą z korytarza do tego pokoju?

– Owszem.

– Ile razy?

– Setki.

– No to ile mają stopni?

– Nie mam pojęcia, nie zwróciłem uwagi.

– Otóż to! Patrzyłeś na nie, ale ich nie widziałeś. O tym właśnie mówię. A ja wiem, że tych stopni jest siedemnaście, bo nie tylko na nie patrzyłem, ale też je widziałem”.

Gdy usłyszałam to po raz pierwszy podczas jednego z zasnutych dymem z fajki wieczorów przy kominku, doznałam szoku. Gorączkowo usiłowałam sobie przypomnieć, ile stopni miały schody w naszym domu (nie miałam bladego pojęcia), ile ich prowadziło na ganek (dziura w głowie), a ile do piwnicy (dziesięć?, dwadzieścia?; nie podałabym nawet w przybliżeniu). I jeszcze długo potem próbowałam, kiedy tylko mogłam, liczyć stopnie i schody, upychając w pamięci odpowiednie liczby na wypadek, gdyby ktoś mnie kiedyś poprosił o dostarczenie odpowiedniej informacji. Holmes byłby ze mnie dumny.

Oczywiście, wszystkie liczby, które tak pracowicie próbowałam zapamiętać, natychmiast wylatywały mi z głowy i dopiero jakiś czas później zdałam sobie sprawę, że przez to uważne skupienie na uczeniu się na pamięć zupełnie gubiłam ideę. Moje wysiłki z góry skazane były na porażkę.

Wtedy jeszcze nie potrafiłam zrozumieć, jak wielką przewagę miał nade mną Holmes. Przez większość życia doskonalił metodę refleksyjności w kontaktach ze światem. Schodki na Baker Street? To tylko okazja do popisania się umiejętnością, z której korzystał już tak naturalnie, że nie wymagało to od niego najmniejszego angażowania myśli.

Zamanifestowany od niechcenia proces, który na co dzień niemal podświadomie zachodził w jego nieustająco aktywnym umyśle. Albo zwykła sztuczka, jeśli ktoś woli, bez żadnych konsekwencji, choć jeśli się zastanowimy nad tym, co za nią stoi, pociągająca za sobą najgłębsze implikacje. Sztuczka, która zainspirowała mnie, by na jej cześć napisać niniejszą książkę.

Samo pojęcie refleksyjności[1] nie jest bynajmniej nowe. Już pod koniec XIX wieku William James, ojciec współczesnej psychologii, napisał, że „umiejętność kontrolowanego wielokrotnego ściągania błądzącej uwagi jest podstawą zdolności sądzenia, charakteru i woli... Edukacja, która doskonaliłaby tę umiejętność, byłaby edukacją par excellence”. Umiejętność ta w swojej istocie jest esencją refleksyjności. A edukacja, którą proponuje James, to kształcenie refleksyjnej postawy wobec życia i myślenia.

Ellen Langer wykazała w latach 70., że dzięki refleksyjności można osiągnąć jeszcze więcej niż doskonalenie „zdolności sądzenia, charakteru i woli”. Za sprawą refleksyjności, choć się starzejemy, możemy działać i czuć się jak ludzie młodsi – prowadzi ona bowiem do poprawy funkcji poznawczych oraz podstawowych parametrów stanu zdrowia, jak ciśnienie krwi. Z ostatnich badań wynika, że namysł medytacyjny (praktyka świadomego kontrolowania umysłu budująca podstawy refleksyjności) ćwiczony przez zaledwie 15 minut dziennie przekierowuje aktywność płata czołowego mózgu w stronę emocji bardziej pozytywnych, nastawionych na dążenie do czegoś. Natomiast zwyczaj obserwowania choćby przez krótkie chwile natury pomaga nam stać się bardziej wnikliwymi, kreatywnymi i produktywnymi.

Za sprawą refleksyjności, choć się starzejemy, możemy działać i czuć się jak ludzie młodsi

Dziś z o wiele większą pewnością niż kiedykolwiek wcześniej wiemy też, że nasze mózgi nie są zbudowane do wielozadaniowości – czegoś, co z refleksyjnością całkowicie się wyklucza. Kiedy jesteś zmuszony do robienia kilku rzeczy naraz, nie tylko wykonujesz gorzej każdą z nich, ale traci też na tym twoja pamięć i ogólne samopoczucie.

Ale dla Sherlocka Holmesa refleksyjna obecność jest tylko pierwszym krokiem. Środkiem do osiągnięcia większego, bardziej pragmatycznego i przynoszącego praktyczne korzyści celu. Holmes oferuje dokładnie to, co wcześniej zalecił William James: edukację doskonalącą naszą zdolność uważnego myślenia i jego stosowania po to, by osiągać więcej, rozumować lepiej i podejmować optymalne decyzje. W najszerszym zastosowaniu jest to środek do doskonalenia zdolności podejmowania decyzji i sądzenia działający na poziomie najbardziej podstawowych składników naszego umysłu.

Przeciwstawiając sobie pojęcia patrzenia i obserwowania, Holmes chce w istocie przekazać Watsonowi, że należy rozróżniać między bezrefleksyjnością a refleksyjnością, bierną postawą a aktywnym udziałem. Patrzysz automatycznie: strumień zmysłowych bodźców wejściowych nie wymaga od nas żadnego wysiłku, może oprócz niezbędnego otwarcia oczu. Możesz też patrzeć bezmyślnie, wchłaniając niezliczone elementy świata zewnętrznego bez konieczności nadawania im jakichkolwiek znaczeń. Czasami możesz nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że widziałeś coś, co znajdowało się tuż przed twoimi oczami.

Kiedy zaś obserwujesz, jesteś zmuszony do zwrócenia uwagi. Musisz odrzucić pasywne wchłanianie na rzecz aktywnej świadomości. Musisz się zaangażować. I dotyczy to nie tylko wzroku, ale wszystkich zmysłów, wszystkich bodźców, każdej myśli.

Jeśli chodzi o nasze umysły, zbyt często jesteśmy zaskakująco bezmyślni. Unosimy się na falach beztroski nieświadomi tego, jak dużo nam umyka i jak niewiele wychwytujemy z własnych procesów myślowych. I o ile bylibyśmy lepsi, gdybyśmy tylko dali sobie czas na zrozumienie i refleksję. Wdrapujemy się jak Watson po tych samych schodach dziesiątki, setki, tysiące razy, kilkukrotnie w ciągu dnia, i nie jesteśmy w stanie przywołać najprostszych związanych z nimi detali (nie zdziwiłabym się, gdyby Holmes, zapytawszy Watsona o kolor, a nie o liczbę stopni, spotkał się z podobną niewiedzą).

Ale nie chodzi o to, że nie jesteśmy do takiej przytomności umysłu zdolni, tylko o to, że nie decydujemy się na nią. Przypomnij sobie dzieciństwo. Jest duża szansa, że gdybym cię poprosiła o opisanie ulicy, na której się wychowałeś, potrafiłbyś podać mi całą masę szczegółów. Kolory domów. Dziwactwa sąsiadów. Zapachy pór roku. Jak różnie wyglądała ta ulica o różnych porach dnia. Gdzie się bawiłeś. Dokąd chodziłeś na spacery. Dokąd bałeś się chodzić. Założę się, że mógłbyś o tym opowiadać całymi godzinami.

Jako dzieci jesteśmy nadzwyczaj spostrzegawczy. Wchłaniamy i przetwarzamy informacje z szybkością, do jakiej nigdy później nie będzie nam dane się nawet zbliżyć. Nowe widoki, nowe dźwięki, nowe zapachy, nowi ludzie, nowe emocje, nowe doświadczenia – tak uczymy się świata i jego możliwości. Wszystko jest nowe, ekscytujące, wszystko budzi naszą ciekawość. I ze względu na tę wpisaną w nasze otoczenie „nowość” jesteśmy w najwyższym stopniu czujni, zaabsorbowani; pochłaniamy wszystko. Co więcej, zapamiętujemy – bo jesteśmy zmotywowani i zaangażowani (do obu tych cech będziemy niejednokrotnie powracać). Nie tylko więc przyswajamy świat w całej pełni, lecz także magazynujemy przyswojone informacje na przyszłość. Kto wie, może kiedyś coś z tego się przyda?

Z wiekiem ten czynnik zblazowania gwałtownie rośnie. Tam byłem, to robiłem, na to nie muszę zwracać uwagi, bo niby kiedy miałbym to wykorzystać i po co? Nim się zorientujesz, wyzbywasz się wrodzonej uważności, zaangażowania i ciekawości na rzecz nawyków bierności i bezrefleksyjności. I nawet kiedy chcesz się zaangażować, nie masz już luksusu dzieciństwa. Minęły dni, kiedy twoim głównym zajęciem było się uczyć, absorbować, nawiązywać kontakt ze światem. Teraz masz nowe, pilniejsze (tak przynajmniej sądzisz) zobowiązania, wymogi, które zaprzątają ci głowę. I tak jak zwiększają się wymagania wobec twojej uwagi – w miarę jak rośnie presja wielozadaniowości w tej coraz bardziej cyfrowej epoce – tak też twoja prawdziwa uwaga się osłabia. Stajesz się coraz mniej zdolny do poznania, zauważania własnych nawyków myślowych. Coraz bardziej za to pozwalasz swojemu umysłowi dyktować osądy i decyzje, choć powinno być odwrotnie.

Nie, nie jest to mechanizm z gruntu zły – jeszcze nieraz będziemy mówić o potrzebie automatyzacji pewnych procesów, z początku zbyt trudnych i kosztownych poznawczo – ale niebezpiecznie zbliża nas on do bezrefleksyjności. Granica między wydajnością a bezmyślnością jest bardzo cienka i powinniśmy się bardzo starać, by jej nie przekraczać.

Każdy z nas prawdopodobnie doświadczył tego, że kiedy trzeba było odejść od codziennej rutyny, by coś załatwić, nagle okazywało się, że jakoś wypadło nam to z głowy. Powiedzmy, że w drodze do domu chcesz wstąpić do apteki. Cały dzień o tym pamiętasz. Powtarzasz to w głowie, nawet wyobrażając sobie, kiedy trzeba będzie skręcić, zbaczając tylko o krok od codziennej trasy. I w końcu, nie wiadomo jak, lądujesz przed drzwiami swojego domu, zdając sobie sprawę, że nigdzie po drodze się nie zatrzymałeś. Zapomniałeś skręcić i nawet nie pamiętasz momentu, kiedy mijałeś zakręt. Zwyciężył bezrefleksyjny nawyk, postawiła na swoim rutyna, mimo że część umysłu wiedziała, że trzeba zrobić coś innego.

Granica między wydajnością a bezmyślnością jest bardzo cienka i powinniśmy się bardzo starać, by jej nie przekraczać

To zdarza się ciągle. Jesteśmy tak wpisani w określoną konfigurację zachowań, że niemal całe dnie spędzamy w bezmyślnym zamroczeniu (nieważne, czy myśląc o pracy, martwiąc się jakimś e-mailem, czy planując z wyprzedzeniem kolację).

Ale to automatyczne zapominanie, dominacja rutyny i łatwe rozpraszanie myśli to tylko niewielka część o wiele szerszego zjawiska (choć szczególnie zauważalna, bo mamy zdolność uświadamiania sobie, że zapomnieliśmy coś zrobić). Zdarza nam się to o wiele częściej, niż potrafimy sobie uzmysłowić; jesteśmy częściej nieświadomie bezrefleksyjni, niż nam się wydaje. Jak wielu myślom pozwalamy przepływać przez naszą głowę bez zatrzymania, choćby na krótko, by je rozpoznać? Jak wiele pomysłów i przeczuć nam uciekło, bo zapomnieliśmy poświęcić im trochę uwagi? Jak wiele podjęliśmy decyzji i powzięliśmy sądów, nie zdając sobie sprawy z tego, jak i dlaczego to robimy, kierując się wyłącznie wewnętrznymi, standardowymi mechanizmami, których istnienia tylko trochę jesteśmy świadomi? Ile dni minęło, nim nagle zaczęliśmy się zastanawiać, co dokładnie zrobiliśmy i jak znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy?

Ta książka ma pomóc. Wykorzystuje metodologię Holmesa do zbadania i wyjaśnienia technik, które są konieczne do stworzenia nawyków myślowych pozwalających bez wysiłku wejść w uważną relację z samym sobą i ze światem. Tak byśmy też kiedyś mogli rzucić mimochodem, ile stopni miały jakieś schody.

Dlatego rozpal ogień w kominku, zwiń się w kłębek na kanapie i przygotuj się do jeszcze jednej przygody z Sherlockiem Holmesem i doktorem Johnem Watsonem. Na pełnych zbrodni ulicach Londynu i w najgłębszych zakamarkach ludzkiego umysłu.

CZĘŚĆ PIERWSZA
ZROZUMIEĆ (SAMEGO SIEBIE)
Rozdział pierwszy
Naukowa metoda myślenia

Coś złowieszczego działo się w folwarku zwierzęcym w Great Wyrley. Owce, krowy, konie, jedne po drugich, padały w środku nocy. Przyczyna zgonu: długie wąskie cięcie prowadzące do żołądka, powodujące powolne i bolesne wykrwawianie się. Farmerzy byli oburzeni, lokalna społeczność – wstrząśnięta. Kto zadawał bezbronnym stworzeniom taki ból?

Policja uznała, że znalazła odpowiedź: to George Edalji, półkrwi Indianin, syn tamtejszego wikarego. W 1903 roku dwudziestosiedmioletni Edalji został skazany na siedem lat ciężkich robót jedynie na tej podstawie, że w dole nieopodal posesji wikarego odnaleziono ciało kucyka, jednego z szesnastu śmiertelnie okaleczonych zwierząt. Przysięgi wikarego, że jego syn spał, gdy popełniano zbrodnię, nie miały znaczenia. Ani to, że po zamknięciu George’a w więzieniu zwierzęta nadal ginęły. A nawet to, że podstawowym dowodem były anonimowe listy – napisane jakoby przez George’a – w których przyznawał się do krwawych czynów. Policja, na czele z komendantem głównym George’em Antonem, była pewna, że schwytała winnego.

Trzy lata później Edalji został zwolniony. W ministerstwie spraw wewnętrznych złożono dwie petycje w obronie jego niewinności, jedną podpisało dziesięć tysięcy osób, drugą – trzysta, sami prawnicy. Powoływano się na brak dowodów w sprawie. Ale do zakończenia historii było jeszcze daleko. Co prawda Edalji był wolny, ale publicznie nie został oczyszczony z winy. Przed wyrokiem był adwokatem, teraz nie mógł podjąć praktyki. W 1906 roku dopisało mu jednak szczęście: sprawą zainteresował się Arthur Conan Doyle, słynny stwórca Sherlocka Holmesa[2]. Zimą zgodził się spotkać z Edaljim w Grand Hotelu przy Charing Cross. W hotelowym holu rozwiały się resztki wątpliwości, jakie jeszcze mógł mieć sir Arthur co do niewinności młodego człowieka. Oto, jak opisał później ich spotkanie:

„Przyszedł na spotkanie do mojego hotelu o wyznaczonej porze, ale ponieważ byłem spóźniony, skracał sobie czas oczekiwania czytaniem gazety. Rozpoznałem go po ciemnej karnacji, więc stanąłem opodal, by mu się przyjrzeć. Trzymał płachtę gazety blisko przed oczami i trochę na ukos, co świadczyło nie tylko o silnej krótkowzroczności, ale i wyraźnym astygmatyzmie. Pomysł, by taki człowiek mógł nocami przemierzać pola i napadać na bydło, jednocześnie mając się na baczności przed policją, był niedorzeczny... I oto na podstawie jednego fizycznego defektu zyskałem moralną pewność jego niewinności”.

Ale choć Conan Doyle osobiście wątpliwości już nie miał, to wiedział, że przekonanie Home Office, angielskiego ministerstwa spraw wewnętrznych, będzie wymagało większych starań. Pojechał więc do Great Wyrley, by zebrać dowody w sprawie. Rozmawiał z tamtejszymi mieszkańcami. Zbadał miejsce zbrodni, zgromadzone dowody, wszystkie okoliczności. Spotkał się też z kapitanem Ansonem, którego wrogość rosła z każdą kolejną chwilą. Odwiedził starą szkołę George’a. Przejrzał w rejestrach anonimowe listy, zapoznał się z nadużyciami, których ofiarą padła rodzina skazanego. Namierzył grafologa, który przed laty stwierdził, że charakter pisma Edaljiego zgadza się z charakterem pisma anonimów – a w końcu wszystkie swoje ustalenia przedstawił ministerstwu.

Zakrwawione brzytwy? Zardzewiałe żelastwo i tyle; nie można było nimi zadać takich ran, od których cierpiały zwierzęta. Błoto na ubraniu Edaljiego? Nie zgadza się z próbkami ziemi pobranymi z miejsca, gdzie odnaleziono martwego kucyka. Ekspert grafologii? Już wcześniej sporządzał mylne ekspertyzy, które prowadziły do niesłusznych wyroków skazujących. I wreszcie sprawa wzroku: czy ktoś z takim astygmatyzmem i poważną krótkowzrocznością mógł brnąć w nocy przez pola, by szlachtować zwierzęta w odległym folwarku?

Wiosną 1907 roku Edalji został ostatecznie oczyszczony z zarzutu dokonania rzezi zwierząt. Nie było to pełne zwycięstwo, na jakie liczył Conan Doyle, bo George’owi nie przyznano rekompensaty z tytułu pozbawienia przez lata wolności – ale coś jednak udało się osiągnąć. Edalji mógł wznowić praktykę adwokacką.

Komisja śledcza stwierdziła zaś, jak to później streścił Conan Doyle, że „policja podjęła i prowadziła śledztwo, mając na celu nie znalezienie winnego zbrodni, lecz znalezienie dowodów przeciwko Edaljiemu, którego z góry uznano za winnego”. W sierpniu tego samego roku w Anglii powołano instytucję sądu apelacyjnego, by w przyszłości radzić sobie z pomyłkami sądowymi w sposób bardziej systemowy. Uważa się, że to sprawa Edaljiego znacznie się przyczyniła do powstania tej instytucji.

Przyjaciele Conana Doyle’a byli pod wrażeniem, ale nikt nie wyraził podziwu dla jego zasług tak trafnie jak pisarz George Meredith: „Nie wymienię tu nazwiska, którego możesz zapewne mieć powyżej uszu – powiedział do Conana Doyle’a – ale twórca wspaniałego Detektywa Amatora pokazał zaiste, na co go stać w prawdziwym życiu”. Co prawda Sherlock Holmes był wymyślony, ale jego rygorystyczne podejście do myślenia było jak najbardziej realne. Jego metody, jeśli odpowiednio je zastosujemy, nie ograniczą się do opowieści i przyniosą namacalne, pozytywne zmiany. I mogą wyjść daleko poza świat zbrodni.

Co prawda Sherlock Holmes był wymyślony, ale jego rygorystyczne podejście do myślenia było jak najbardziej realne

Wystarczy wypowiedzieć nazwisko Holmesa, a zaraz staną nam przed oczyma nieodłączne obrazy: fajka, kaszkiet, peleryna, skrzypce, jastrzębi profil. Może pojawią się William Gillette, Basil Rathbone, Jeremy Brett albo inne gwiazdy, które kolejno zakładały pelerynę Holmesa, włączając w tę galerię jego ostatnich odtwórców – Benedicta Cumberbatcha i Roberta Downeya juniora. Jakiekolwiek skojarzenia przyjdą wam do głowy, idę o zakład, że nie będzie wśród nich słowa „psycholog”.

Już czas, by się pojawiło.

Holmes był detektywem nie do zastąpienia. Ale jego obserwacje ludzkiego umysłu były równe jego najwybitniejszym osiągnięciom w sądownictwie karnym. To, co nam oferuje, to więcej niż tylko metoda rozwiązywania zagadek kryminalnych. Proponuje sposób myślenia, podejście umysłu, które może być stosowane w licznych zadaniach niemających nic wspólnego z mglistymi ulicami londyńskiego podziemia. Ta postawa wywodzi się z metody naukowej, ale wykracza zarówno poza naukę, jak i zbrodnię. I dziś może się stać modelem myślenia, a nawet sposobem bycia. Na tym właśnie polega sekret nieprzemijającej, przemożnej i wszechobecnej atrakcyjności Holmesa.

Gdy Conan Doyle tworzył Sherlocka Holmesa, nie zastanawiał się długo nad swoim bohaterem. Wątpliwe, by od początku zamierzał stworzyć model myślenia, podejmowania decyzji, porządkowania, przedstawiania i rozwiązywania problemów w naszych umysłach. A jednak zrobił właśnie to. Stworzył idealnego rzecznika rewolucji w myśleniu ścisłym. W 1887 roku Holmes ucieleśniał nowy typ detektywa, jedynego w swoim rodzaju myśliciela, który potrafił wykorzystywać umysł na wiele nowych sposobów. A dziś może być dla nas idealnym przykładem tego, jak usprawnić swoje myślenie.

Pod wieloma względami Sherlock Holmes był wizjonerem. Jego objaśnienia, metodologia, całościowe podejście do myślenia wyprzedzały rozwój psychologii i wiedzy o mózgu, który miał nastąpić ponad sto lat po jego przyjściu na świat i ponad osiemdziesiąt lat po śmierci jego twórcy. Jednocześnie model jego rozumowania wydaje się produktem tamtych czasów. Skoro naukowa metoda rozkwitała we wszystkich dziedzinach myślenia i działania – od ewolucjonizmu po rentgenografię, od ogólnej teorii względności po odkrycie zarazków i znieczulenia, od behawioryzmu po psychoanalizę – to dlaczego ten rozkwit nie miał objąć zasad samego myślenia?

Arthur Conan Doyle chciał, by Sherlock Holmes stał się ucieleśnieniem naukowości, ideałem, do którego możemy aspirować, choć nigdy nie osiągniemy jego poziomu (w końcu po co są ideały, jeśli nie po to, by pozostawały poza naszym zasięgiem?). Samo nazwisko Holmesa też jest znaczące: najprawdopodobniej Conan Doyle oddał nim hołd jednemu z idoli swojego dzieciństwa, sir Oliverowi Wendellowi Holmesowi, filozofowi i lekarzowi, który był znany i z pisarstwa, i z wkładu w praktykę medyczną.

Natomiast swój charakter detektyw zawdzięczał innemu mentorowi Doyle’a, doktorowi Josephowi Bellowi, chirurgowi, który miał dar szczegółowej obserwacji. Mówiono, że wystarczy mu jedno spojrzenie, by wiedzieć, że pacjent jest niedawno zwolnionym ze szkockiego pułku podoficerem, który właśnie wrócił ze służby na Barbados. Miał też zwyczaj sprawdzania możliwości percepcyjnych swoich studentów, m.in. za pomocą eksperymentów z różnymi cuchnącymi substancjami.

„Krążąc wokół dedukcji, wnioskowania i obserwacji, które, jak słyszałem, wciela pan w życie, spróbowałem skonstruować człowieka, który doprowadza te umiejętności tak daleko, jak to możliwe – a czasami jeszcze dalej...” – napisał Conan Doyle do Bella.

I tak dochodzimy do sedna: dzięki obserwacji, wnioskowaniu i dedukcji Holmes jest tym, kim jest. W odróżnieniu od wszystkich innych detektywów, którzy byli przed nim i po nim, jest tym, który ze sztuki dociekania uczynił naukę.

Typowe podejście Sherlocka Holmesa poznajemy w „Studium w szkarłacie”, kiedy detektyw pojawia się publicznie po raz pierwszy. Szybko zauważamy, że dla Holmesa żaden badany przypadek nie jest po prostu sprawą, tak jak dla urzędników Scotland Yardu – kiedy to zbrodnia, pewne fakty i osoby razem wzięte doprowadzają zbrodniarza przed wymiar sprawiedliwości. Dla niego to coś znacznie więcej – i mniej zarazem.

Więcej, bo każda sprawa ma szersze, bardziej ogólne znaczenie jako przedmiot rozległych spekulacji i dochodzenia, naukowa zagadka. Każda nosi znamiona, które musiały się pojawić wcześniej i które na pewno powtórzą się znowu. Do każdej odnoszą się też szersze zasady, które mają zastosowanie w zdarzeniach na pierwszy rzut oka zupełnie z nią niezwiązanych.

Mniej, bo odarta jest z emocji i przypuszczeń – ze wszystkich czynników uważanych za zakłócające jasność myśli. I uczyniona przez to tak obiektywną, jak tylko obiektywna może być nienaukowa rzeczywistość.

I oto mamy rezultat: zbrodnia jako przedmiot ściśle naukowego dochodzenia, które stosuje zasady naukowej metody.

Co to jest naukowa metoda myślenia?

Kiedy myślimy o metodzie naukowej, zwykle wyobrażamy sobie eksperymentatora w laboratorium, zapewne w białym kitlu i z probówką w ręku, podejmującego takie kroki, jak: obserwacja zjawiska; tworzenie wyjaśniającej je hipotezy; opracowanie eksperymentu, by ją sprawdzić; przeprowadzenie eksperymentu; sprawdzanie, czy rezultaty pasują do oczekiwań; zweryfikowanie hipotezy, o ile to konieczne; powtórzenie wszystkich czynności.

Ale czy możemy wyćwiczyć nasze umysły, by pracowały tak automatycznie przez cały czas?

Holmes zaleca, byśmy zaczęli od podstaw. Kiedy spotykamy go po raz pierwszy, mówi: „Zanim jednak badacz skieruje uwagę na moralne i intelektualne aspekty tej sprawy stanowiące największą trudność, powinien zacząć od rozwiązywania elementarnych zadań”. Naukowa metoda zaczyna się od rzeczy pozornie najbardziej przyziemnej: od obserwacji. Zanim zaczniemy zadawać pytania, które pomogą nam ukierunkować śledztwo, eksperyment naukowy – czy choćby podjąć tak prostą decyzję, jak zaproszenie lub nie przyjaciela na kolację – musimy najpierw zgłębić niezbędne podstawy. Nieprzypadkowo Holmes nazywa fundamenty swojego śledztwa „elementarnymi”. Bo sięgają podstaw tego, jak coś działa i czym to jest spowodowane.

Na te podstawy nawet nie każdy naukowiec zwraca uwagę, tak są zakorzenione w sposobie rozumowania. Kiedy fizyk wyobraża sobie nowe doświadczenie, a biolog postanawia sprawdzić właściwości wyizolowanego właśnie związku, nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, że ich pytania, podejście, hipoteza, spojrzenie na to, co robią, nie byłyby możliwe bez wiedzy, którą dysponują, gromadzonej przez lata. Trudno im byłoby powiedzieć nam, skąd mieli pomysł na daną pracę badawczą – i dlaczego po raz pierwszy pomyśleli, że będzie miała sens.

Po II wojnie światowej fizyk Richard Feynman został zaproszony do grona członków Państwowej Komisji ds. Programów Nauczania. Poproszono go o wybranie podręczników do przedmiotów ścisłych dla szkół średnich w Kalifornii.

Ku jego konsternacji podręczniki wydały się bardziej mieszać uczniom w głowach, niż ich edukować. W końcu natknął się na coś obiecującego: obrazki nakręcanej zabawki, samochodu i chłopca na rowerze. Pod każdym było pytanie: „Co sprawia, że się porusza?”. Nareszcie, pomyślał, ktoś zamierza wytłumaczyć podstawy nauk ścisłych, zaczynając od elementarnych zasad mechaniki (zabawka), chemii (samochód) i biologii (chłopiec). Niestety, jego euforia była krótka. Tam, gdzie się spodziewał wyjaśnienia i rozumienia, znalazł trzy słowa: „Porusza nimi energia”. Ale czym ona jest? Dlaczego nimi porusza? W jaki sposób? Tych pytań nawet nie postawiono, nie mówiąc o udzieleniu na nie odpowiedzi. Jak to ujął Feynman: „To nic nie znaczy... To jest tylko słowo!”. I przekonywał: „Należało się przyjrzeć zabawce, zobaczyć, że w środku są sprężyny, nauczyć się czegoś o sprężynach, o kołach i nie dbać o »energię«. Później, kiedy dzieci się dowiedzą, jak działa zabawka, można omówić z nimi bardziej ogólne zasady energii”.

Feynman jest jednym z nielicznych, którzy rzadko biorą podstawy swojej wiedzy za pewnik, zawsze pamiętają o elementach składowych, które są istotą każdego problemu, każdej zasady. I oto dokładnie chodzi Holmesowi, kiedy mówi nam, że musimy zaczynać od podstaw, od problemów tak przyziemnych, że mogą się nam wydawać niegodne uwagi. Jak możesz stawiać hipotezy, tworzyć sprawdzalne teorie, jeśli na początku nie wiesz, co i jak obserwować, jeśli nie rozumiesz natury problemu wynikającej z jego podstawowych elementów? (Prostota potrafi być złudna, o czym się przekonamy w dwóch kolejnych rozdziałach).

Jak możesz stawiać hipotezy, tworzyć sprawdzalne teorie, jeśli na początku nie wiesz, co i jak obserwować?

Metoda naukowa zaczyna się więc od szerokiej bazy danych, od zrozumienia faktów i zarysu problemu, któremu stawiamy czoło. W przypadku Holmesa w „Studium w szkarłacie” jest to zagadka morderstwa w opuszczonym domu przy Lauriston Gardens. W naszym przypadku może to być decyzja, czy postawić na zmiany w karierze zawodowej. Z jakimkolwiek tematem masz do czynienia, powinieneś go zdefiniować i sformułować w myśli z jak największą dokładnością, a następnie uzupełnić doświadczeniami z przeszłości i bieżącymi obserwacjami. (Bo, jak upomniał Holmes Lestrade’a i Gregsona, kiedy detektywi nie zauważyli podobieństwa między okolicznościami morderstwa, którym się zajmowali, a zbrodnią sprzed lat: „Nic nowego pod słońcem. Wszystko już kiedyś było”).

Wtedy dopiero można przejść do etapu uogólniającej hipotezy. To ten moment, kiedy detektyw uruchamia wyobraźnię, doszukuje się w ciągu wydarzeń możliwych kierunków dochodzenia, niekoniecznie upierając się przy oczywistych interpretacjach. W „Studium w szkarłacie” napis „rache” nie musi być niedokończonym imieniem Rachel, ale może oznaczać „odwet” po niemiecku – a my możemy zrobić burzę mózgu, kreśląc możliwe scenariusze, które nas czekają po zmianie pracy. Nie tworzymy jednak hipotez na chybił trafił: wszystkie możliwe scenariusze czy opracowania wypływają z początkowej bazy danych i z obserwacji.

Dopiero później sprawdzamy, co ta nasza hipoteza zawiera. Na tym etapie Holmes rozważa wszystkie kierunki śledztwa, eliminując je jeden po drugim – póki nie zostanie ten ostatni prowadzący do prawdy, jakkolwiek nieprawdopodobna by ona była. A my weryfikujemy kolejne scenariusze zmiany pracy i staramy się przeanalizować wszystkie wynikające z nich implikacje, aż do końcowych logicznych wniosków. To również jest do wykonania, jak się przekonamy później.

Ale to jeszcze nie koniec. Czas płynie. Zmieniają się okoliczności. Baza danych powinna być przez cały czas uaktualniana. Skoro środowisko podlega zmianom, nie możemy zapominać o rewidowaniu naszych hipotez, aby z rewolucyjnych nie zmieniły się w całkiem nieistotne. Głębokie przemyślenia mogą się zamienić w bezrefleksyjność, gdy tylko przestaniemy być zaangażowani, ambitni, uważni.

Oto więc metoda naukowa w pigułce: zrozumieć i określić problem; dokonać obserwacji; zbudować hipotezę (bądź wyobrazić sobie rozwiązanie); sprawdzić i dedukować; wszystkie czynności powtórzyć. Podążając za Sherlockiem Holmesem powinniśmy nauczyć się stosowania tej samej procedury nie tylko w odniesieniu do zewnętrznych problemów, ale też do każdej swojej myśli. A następnie mozolnie, krok po kroku, do każdej myśli każdej osoby, na której temat snujemy rozważania.

Oto metoda naukowa w pigułce: zrozumieć i określić problem; dokonać obserwacji; zbudować hipotezę; sprawdzić i dedukować; wszystkie czynności powtórzyć

Kiedy Holmes po raz pierwszy wykłada teoretyczne zasady swojego podejścia, sprowadza je właściwie do jednej głównej myśli: „Jak wiele wyćwiczony obserwator może się dowiedzieć z dokładnego i systematycznego badania wszystkiego, co napotka po drodze”. To „wszystko” zawiera też w sobie każdą bez wyjątku myśl; w świecie Holmesa myśli nie ocenia się po jej wartości nominalnej. „Z jednej kropli wody człowiek rozumujący w sposób logiczny może wywnioskować istnienie Atlantyku lub Niagary, choć nigdy ich nie widział ani o nich nie słyszał” – zauważa detektyw. Innymi słowy, mając wiedzę bazową, możemy wykorzystać obserwację do wydedukowania znaczenia z mało znaczącego, wydawałoby się, faktu. Kim byłby naukowiec, który nie potrafi rzucić hipotezy, wyobrazić sobie czegoś nowego, nieznanego, dotąd niesprawdzonego?

Mamy zatem metodę naukową. Ale Holmes idzie o krok dalej. Te same zasady stosuje wobec napotkanych ludzi. Adept jego metody „rzuciwszy jedno spojrzenie na pierwszego napotkanego śmiertelnika, spróbuje od razu określić jego przeszłość, profesję lub zainteresowania. Choć takie ćwiczenie może się wydawać infantylne, wyostrza zdolność obserwacji i uczy nas, na co powinniśmy patrzeć i czego szukać”. Każda obserwacja, każde ćwiczenie umysłu, każde proste wnioskowanie wyprowadzone z prostego faktu wzmocni twoją zdolność zapuszczania się w coraz bardziej skomplikowane kombinacje myślowe. Da podstawy nowym nawykom myślowym, dla których obserwacja stanie się drugą naturą.

Każda obserwacja, każde ćwiczenie umysłu, każde proste wnioskowanie wyprowadzone z prostego faktu wzmocni twoją zdolność zapuszczania się w coraz bardziej skomplikowane kombinacje myślowe

Dokładnie tego nauczał Holmes – i nadal może nas uczyć. Bo czy w zasadniczych kwestiach nie do tego właśnie się sprowadza naukowe podejście detektywa? Nie tylko potrafił rozwiązać zagadki najcięższych zbrodni, ale czynił to na podstawie ścisłego myślenia, podejmując określone kroki w oparciu o nawyki rozumowania, których można się nauczyć, kształtować je i stosować w życiu.

Wszystko to dobrze brzmi w teorii. Ale jak zabrać się do rzeczy w codziennym życiu? To całe naukowe myślenie, ciągłe napięcie uwagi i dzielenie włosa na czworo, obserwowanie, dedukowanie i co tam jeszcze – to wszystko może się wydawać strasznym zawracaniem głowy!

I tak, i nie. Z jednej strony większość z nas rzeczywiście ma przed sobą długą drogę. Jak się przekonamy, nasze umysły nie dadzą się łatwo przestawić na myślenie w stylu Holmesa. Ale z drugiej strony nowe nawyki myślenia są do opanowania i późniejszego stosowania. Nasze mózgi są nadzwyczaj biegłe w opanowywaniu nowych sposobów myślenia, a nasze połączenia neuronowe – nadzwyczaj elastyczne do późnej starości.

Naśladując Holmesa w jego myśleniu, nauczysz się, jak stosować jego metodologię w życiu codziennym, jak być obecnym i refleksyjnym, jak traktować każdy wybór, każdy problem, każdą sytuację z dbałością, na jaką zasługują. Początkowo wyda ci się to nienaturalne. Z czasem, w miarę nabywania praktyki stanie się to twoją drugą naturą.

Podobnie jak to było z samym Holmesem.

Kłopoty niewyćwiczonego mózgu

Jedną z cech charakterystycznych myślenia Holmesa – i charakterystycznych dla naukowego ideału – jest sceptyczny i dociekliwy stosunek do świata. Niczego nie przyjmuje się na wiarę. Wszystko jest brane pod uwagę i szczegółowo badane, a dopiero potem akceptowane bądź odrzucane. Niestety, nasze umysły, jeśli są zaniedbane, mają do takiego działania awersję. Aby myśleć jak Sherlock Holmes, powinniśmy przede wszystkim przezwyciężyć rodzaj naturalnego oporu, który ciąży na naszym sposobie postrzegania świata.

Większość psychologów jest zgodnych, że nasze umysły funkcjonują w oparciu o dwa systemy. Jeden jest szybki, intuicyjny, reaktywny – to swego rodzaju nieustająca czujność typu: „walcz albo uciekaj”. Nie wymaga on świadomego myślenia ani wysiłku i funkcjonuje na zasadzie stałego autopilota.

Drugi system jest wolniejszy, bardziej rozważny, skrupulatny, logiczny, ale za to bardziej kosztowny pod względem poznawczym. Woli przeczekiwać sprawy tak długo, jak to możliwe, i wkraczać do akcji dopiero wtedy, kiedy uzna to za konieczne.

Ze względu na koszty umysłowe tego chłodnego, refleksyjnego systemu przez większość czasu myślimy szybko i w sposób odruchowy. To powoduje, że nasza obserwacja staje się automatyczna, intuicyjna (nie zawsze odpowiadając rzeczywistości), odruchowa, pośpieszna. Tak właśnie na dobrą sprawę funkcjonujemy. Dopiero gdy coś rzeczywiście przykuje naszą uwagę, zmusi do zatrzymania się czy w jakiś sposób nami potrząśnie, reflektujemy się i przestawiamy na głębszą, chłodniejszą wersję, na inny system myślenia.

Nadałam tym dwóm systemom własne nazwy: system Watsona i system Holmesa. Nietrudno się domyślić, który jest który. Pomyślmy o systemie Watsona jak o swoim naiwnym ja, stosującym leniwe nawyki myślowe, te, które przychodzą nam w najbardziej naturalny sposób, po linii najmniejszego oporu. Pracowaliśmy na te nawyki przez całe życie.

A teraz pomyślmy o systemie Holmesa jak o swoim aspirującym ja, które – kiedy już będziemy gotowi – nauczy się stosowania metody detektywa w życiu codziennym. A to będzie oznaczało zerwanie raz na zawsze z  nawykami systemu Watsona.

Kiedy myślimy automatycznie, nasze umysły są ustawione tak, by pobierać wszystko, co w nie wpada. Najpierw wierzymy, a dopiero potem zadajemy pytania. Inaczej mówiąc, to tak, jakby nasze mózgi odbierały świat jako egzamin typu „prawda albo fałsz” – i udzielały domyślnie odpowiedzi: prawda. I o ile pozostawanie w trybie prawda nie wymaga żadnego wysiłku, o tyle przestawienie się na odpowiedź fałsz wymaga czujności, czasu i energii.

Kiedy myślimy automatycznie, nasze umysły są ustawione tak, by pobierać wszystko, co w nie wpada. Najpierw wierzymy, dopiero potem zadajemy pytania

Psycholog Daniel Gilbert tłumaczy to tak: nasze mózgi muszą najpierw uwierzyć w jakąś informację, choćby przez ułamek sekundy, by móc ją przetworzyć. Wyobraźmy sobie, że mówię o różowych słoniach. Oczywiście, wszyscy wiedzą, że różowe słonie nie istnieją. Ale kiedy czytacie to zestawienie słów, musicie choćby przez chwilę stworzyć obraz różowego słonia w głowie. Tak więc, aby uzmysłowić sobie, że różowych słoni nie ma na świecie, musimy przez chwilę uwierzyć w ich istnienie. Wiemy i wierzymy równocześnie.

Benedykt Spinoza pierwszy pojął konieczność akceptacji w celu zrozumienia. A William James na sto lat przed Gilbertem pisał o tym mechanizmie tak: „We wszystkie sądy, czy to atrybutywne, czy egzystencjalne, trzeba uwierzyć przez sam fakt, że się je pojmuje”. Dopiero kiedy już zrozumiemy, musimy włożyć wysiłek w to, by nie uwierzyć. Jak zaznacza Gilbert, ta część procesu jest już daleka od automatyzmu. W przypadku różowych słoni proces zaprzeczania jest prosty. Wymaga niewiele wysiłku czy czasu, choć na pewno mózg będzie miał więcej do przetwarzania, niż gdybym wspomniała o szarych słoniach. A to dlatego niezgodne z faktami informacje wymagają dodatkowej weryfikacji i zaprzeczenia, którego prawdziwa informacja nie potrzebuje.

Ale nie zawsze się to sprawdza, nie wszystkie przypadki są tak spektakularne jak przypadek różowych słoni.

Im bardziej skomplikowane jest twierdzenie czy idea, im mniej oczywisty wybór między prawdą a fałszem, tym wymagany wysiłek jest większy. (W Maine nie ma jadowitych żmij. Prawda czy fałsz? No, dalej! Ale nawet to twierdzenie może być zweryfikowane na poziomie faktów. A co z takim: Kara śmierci nie jest tak surowa jak dożywocie?). Niewiele nam trzeba, by taki złożony proces przerwać bądź w ogóle doń nie dopuścić. Jeśli uznamy, że twierdzenie brzmi dostatecznie przekonująco (no pewnie, w Maine nie ma jadowitych żmij, czemu nie?), najprawdopodobniej nie będziemy się tym więcej zajmować. Podobnie gdy jesteśmy przepracowani, zestresowani, rozkojarzeni lub inaczej nadwyrężeni psychicznie – możemy coś uznać za prawdę, nie mając nawet czasu tego zweryfikować. Nasze zdolności umysłowe narażone na radzenie sobie z wielozadaniowością są po prostu ograniczone tak bardzo, że nie potrafią się uporać ze wszystkim naraz. Dlatego w pierwszej kolejności odpuszczają sobie weryfikowanie. Kiedy do tego dochodzi, pozostajemy z niesprawdzonymi przekonaniami, a później przywołujemy jako prawdziwe fakty, które w rzeczywistości są fałszywe. (Czy w Maine są jadowite żmije? Tak, prawdę mówiąc, są. Ale gdyby ktoś zapytał was o to za rok, nie wiadomo, czy pamiętalibyście, jaka jest odpowiedź. Zwłaszcza jeśli czytając ten akapit, byliście zmęczeni lub rozkojarzeni).

Co więcej, nie wszystko jest tak czarno-białe – czy raczej różowo-białe – jak przypadek słoni. I nie zawsze, kiedy intuicja podpowiada nam, że coś jest czarno-białe, to coś naprawdę takie jest. Bardzo łatwo wpaść w pułapkę. W rzeczywistości nie tylko wierzymy (przynajmniej na początku) we wszystko, co usłyszymy. Mamy też skłonność, by traktować twierdzenie jako prawdziwe, nawet jeśli – zanim je usłyszeliśmy wyraźnie – powiedziano nam, że jest fałszywe. Istnieje na przykład zjawisko znane jako błąd odpowiedniości. Zgodnie z nim zakładamy zazwyczaj, że jeśli ktoś o czymś mówi, to również w to wierzy. I trzymamy się tego założenia, nawet gdy się dowiemy, że tak nie jest. Prawdopodobnie też wydamy sąd na temat danej osoby na podstawie tego, co powiedziała.

Czy sądzisz, że to, co wcześniej napisałam o karze śmierci, należy do moich przekonań? Mimo że nie masz podstaw, by tak sądzić – nie pisałam bowiem o swoich poglądach na ten temat – istnieje duże prawdopodobieństwo, że bierzesz to twierdzenie za mój pogląd. Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że kiedy słyszymy jakieś zdanie przeczące – na przykład: Joe nie jest powiązany z mafią – mamy skłonność do wyrzucania z pamięci zaprzeczenia i kojarzymy później Joego jako osobę powiązaną z mafią. Prawdopodobnie ukształtuje się w nas negatywna opinia o Joe’em. Gdyby powołano nas do ławy przysięgłych, bylibyśmy nawet skłonni skłaniać się ku dłuższej karze więzienia dla niego.

Tak więc tendencja do potwierdzania uzyskanej już informacji i dawania jej wiary zbyt łatwo może mieć realne konsekwencje zarówno dla nas samych, jak i dla innych. Sztuczka Holmesa polega na tym, że traktuje on każdą myśl, każde doświadczenie czy spostrzeżenie na tej samej zasadzie, na jakiej traktuje się różowego słonia. Innymi słowy, zaczynajmy od zdrowej dozy sceptycyzmu zamiast od łatwowierności, która jest naturalnym stanem naszego umysłu. Nigdy nie zakładajmy z góry, że coś jest tym, czym jest. Myślmy o każdej rzeczy tak, jakby była absurdem porównywalnym do nieistniejącego w przyrodzie zwierzęcia.

Owszem, to trudne. W końcu równie dobrze można by poprosić własny mózg o porzucenie naturalnego stanu spoczynku i przejście na tryb nieustannej fizycznej aktywności, która wymaga wydatkowania cennej energii nawet wtedy, kiedy normalnie ziewnąłby, powiedział: e tam – i zajął się czymś innym.

A jednak to nie jest niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma się po swojej stronie Sherlocka Holmesa. On zaś, lepiej chyba niż ktokolwiek inny, nadaje się na zaufanego przewodnika, na kogoś potrafiącego dokonywać – jak nam się przynajmniej wydaje na pierwszy rzut oka – prac na miarę Herkulesa.

Nigdy nie zakładajmy z góry, że coś jest tym, czym jest. Myślmy o każdej rzeczy, jakby była absurdem porównywalnym do nieistniejącego w przyrodzie zwierzęcia

Obserwując Holmesa w akcji, uzyskasz zdolność lepszego obserwowania swojego umysłu. „Skąd on, u diabła, wiedział, że przyjechałem z Afganistanu?” – pyta Watson Stamforda, mężczyznę, który po raz pierwszy przedstawił go Holmesowi. Stamford w odpowiedzi uśmiecha się enigmatycznie i mówi: „Na tym właśnie polega jego wyjątkowość. Wielu ludzi dużo by dało, żeby się dowiedzieć, jak on to wszystko odgaduje”. Ta odpowiedź jedynie jeszcze bardziej pobudza ciekawość Watsona. Tego typu ciekawość może być zaspokojona wyłącznie na drodze długich i szczegółowych obserwacji. Watson bezzwłocznie je podejmuje.

Dla Sherlocka Holmesa świat jest różowym słoniem. W tym świecie każda informacja musi być badana z taką samą uwagą i takim zdrowym sceptycyzmem, z jakim należy traktować najbardziej choćby absurdalne zwierzę. Jeśli po skończeniu tej książki przyjdzie ci do głowy pytanie: Co w tej sytuacji zrobiłby Sherlock Holmes?, to zauważysz, że i ciebie zaczyna otaczać świat Holmesa. Myśli, z których istnienia nie zdawałeś sobie wcześniej sprawy, będziesz powstrzymywać i kwestionować, zanim pozwolisz im zapanować nad swoim umysłem. Odpowiednio przefiltrowane nie będą już podstępnie wpływać na twoje zachowanie.

Gdyby się okazało, że mamy mięsień, którego wcześniej nie znaliśmy, gdybyśmy poczuli, że boli, i powoli zaczęli systematycznie go ćwiczyć, rozwinąłby się i wzmocnił. Podobnie jest z umysłem: jeśli będziesz go trenował, stała obserwacja, niekończące się szczegółowe badania wejdą ci powoli w nawyk. Staną się one, jak u Sherlocka Holmesa, twoją drugą naturą. Zaczniesz wyczuwać, dedukować, wreszcie myśleć – i przekonasz się, że wcale nie trzeba wkładać w to świadomego wysiłku.

Nawet przez chwilę nie myśl, że to jest nie do zrobienia. Holmes może i jest postacią fikcyjną, ale Joseph Bell – nie. Podobnie jak Conan Doyle – nie tylko George Edalji stał się beneficjentem jego umiejętności; sir Arthur miał również wkład w unieważnienie wyroku niewinnie skazanego na więzienie niejakiego Oscara Slatera.

Być może Sherlock Holmes dlatego tak zawładnął naszą wyobraźnią, że dzięki niemu rozumowanie, które przeciętnego człowieka doprowadziłoby na skraj wyczerpania, wydaje się nie tylko możliwe, ale nawet niewymagające wysiłku. Sprawia on, że najbardziej rygorystyczne, naukowe podejście do myślenia wydaje się nam osiągalne. Nieprzypadkowo ilekroć Holmes podaje Watsonowi wyjaśnienie procesu swoich dociekań, ten wykrzykuje, że wszystko jest jasne jak słońce.

W przeciwieństwie do Watsona my nauczymy się sami dostrzegać tę jasność.

Refleksyjność i motywacja

Ale łatwo nie będzie. Holmes przypomina: „Podobnie jak wszelkie inne umiejętności sztukę dedukcji i analizy można opanować tylko dzięki długiej i cierpliwej pracy, a życie jest za krótkie, by jakikolwiek śmiertelnik mógł osiągnąć perfekcję w tej sztuce”. Ale to coś więcej niż zwykła mrzonka. Zasadniczo sztuka ta sprowadza się do jednej prostej formuły: by przełączyć się z systemu Watsona na system Holmesa, potrzebujemy refleksyjności i motywacji. Plus dużo praktyki. Chodzi o refleksyjność w znaczeniu ciągłej przytomności umysłu i pilnej obecności w bieżącej chwili, która jest podstawą prawdziwej, aktywnej obserwacji świata; oraz o motywację w znaczeniu aktywnego zaangażowania i pragnienia.

By przełączyć się z systemu Watsona na system Holmesa, potrzebujemy refleksyjności i motywacji. Plus dużo praktyki

Kiedy przytrafiają nam się nieistotne przygody, jak zawieruszenie kluczy lub zgubienie okularów, które po chwili znajdujemy na swojej głowie, odpowiada za to system Watsona: działaliśmy na autopilocie, nie zauważając nawet, że wykonujemy jakieś czynności. Dlatego tak często nie pamiętamy, co robiliśmy, kiedy coś nas wytrąca z mechanicznych działań – nie wiemy, czemu stoimy pośrodku kuchni i po co do niej wchodziliśmy. System Holmesa oferuje powrót własnymi śladami, uważne odtworzenie szlaku, a więc odrzucenie autopilota i uświadomienie sobie, gdzie i dlaczego coś robiliśmy.

Nie jesteśmy zmotywowani i refleksyjni przez cały czas – i zwykle nam to nie szkodzi. Działamy bez udziału świadomości po to, by chronić nasze zasoby na cele ważniejsze niż lokalizacja kluczy. Jednak aby się wyrwać z trybu autopilota, musimy być zmotywowani do uważnego, przytomnego myślenia, do wysiłku prześledzenia, co się dzieje w naszej głowie, oraz do rezygnacji z unoszenia się z prądem. Aby zacząć myśleć jak Sherlock Holmes, musisz usilnie chcieć myśleć jak on. Motywacja jest tak istotna, że z jej powodu naukowcy często ubolewają nad trudnością zdobycia dokładnych wyników, gdy przyjdzie im porównywać zadania poznawcze starszych i młodszych osób poddanych tym samym badaniom.

Dlaczego? Otóż dorośli w starszym wieku są bardziej zmotywowani, by wykonać zadanie lepiej. Bardziej się starają. Mocniej angażują. Są poważniejsi, bardziej obecni i zainteresowani. Sprawdzenie się w teście wiele dla nich znaczy, bo świadczy o ich możliwościach umysłowych. Dlatego zrobią wszystko, by udowodnić, że z wiekiem nie wypadli z gry. Z młodszymi uczestnikami jest inaczej. W ich przypadku nie ma porównywalnego imperatywu.

Jak w tej sytuacji można dokładnie porównać obie grupy? To pytanie nadal spędza sen z powiek badaczom, którzy zajmują się starzeniem i funkcjami poznawczymi.

Ale to nie jedyne pole działania motywacji. Osoby zmotywowane zawsze prześcigają innych. Studenci, którzy są zmotywowani, wypadają lepiej nawet w czymś tak wydawałoby się niezmiennym, jak test na IQ (przeciętnie o 0,64 punktu więcej od odchylenia standardowego). Motywacja stoi też za większymi osiągnięciami akademickimi, mniejszą liczbą skazanych za przestępstwa i lepszymi wynikami zatrudnienia. Dzieci, które mają „pęd do mistrzostwa” (termin ukuty przez Ellen Winner, oznaczający wrodzoną motywację do opanowania jakiejś dziedziny), z dużym prawdopodobieństwem osiągną sukces w każdym wybranym przez siebie kierunku, od sztuki po naukę. Jeśli mamy motywację, by nauczyć się języka, łatwiej nam będzie pokonać trudności na tej drodze. W istocie, kiedy uczymy się czegokolwiek nowego, idzie nam o wiele lepiej, jeśli jesteśmy zmotywowani. Nawet nasza pamięć rozpoznaje, czy mamy motywację, czy nie. Bo pamiętamy lepiej, jeśli byliśmy zmotywowani, gdy powstawało konkretne wspomnienie. Nazywamy to kodowaniem motywowanym.

Nawet nasza pamięć rozpoznaje, czy mamy motywację, czy nie. Bo pamiętamy lepiej, jeśli byliśmy zmotywowani, gdy powstawało konkretne wspomnienie

I wreszcie pozostał ostatni fragment układanki: ćwiczenie, ćwiczenie, ćwiczenie. Musisz uzupełnić swoją uważną motywację ciężkim treningiem, tysiącami godzin ćwiczeń. Innego wyjścia nie ma. Pomyśl o fenomenie wiedzy eksperckiej, którą dysponują mistrzowie z bardzo różnych dziedzin, od szachowego arcymistrza po mistrza detektywa. Mają oni wybitne zasoby pamięci w wybranych przez siebie dziedzinach wiedzy. Holmes całą rozległą wiedzę dotyczącą zbrodni ma w małym palcu. Szachista zachowuje w pamięci setki rozgrywek, ze wszystkimi ruchami w każdej z nich, gotów sięgnąć po nie w dowolnej chwili. Psycholog K. Anders Ericsson przekonuje, że eksperci z perspektywy swojej specjalności inaczej widzą świat: zauważają rzeczy, które dla laika są niewidoczne, wychwytują prawidłowości tam, gdzie niewyćwiczone oko rozpoznaje tylko niepowiązane elementy rzeczywistości, widzą szczegóły jako części całości i natychmiast odróżniają to, co zasadnicze, od tego, co przypadkowe.

Nawet Holmes nie mógł zaczynać z systemem Holmesa. Możemy być pewni, że urodził się w swoim fikcyjnym świecie prowadzony, podobnie jak my, przez system Watsona. Po prostu nie pozwolił sobie pozostać na tej drodze. Zabrał się do systemu Watsona i nauczył go pracować według reguł systemu Holmesa, wymuszając na nim refleksyjne myślenie tam, gdzie normalnie pojawiała się odruchowa reakcja.

System Watsona w przeważającej części działa nawykowo. Jeśli jednak jesteśmy świadomi jego mocy, przekonamy się, że wcale nie musi panować nad nami tak często, jak byłoby to możliwe. Wielki detektyw niejednokrotnie przypomina, że wprowadził zwyczaj angażowania własnego systemu bez ustanku, w każdej minucie każdego dnia. Dzięki temu powoli wyćwiczył swojego pochopnie sądzącego „wewnętrznego Watsona”, by ten działał na wzór „zewnętrznego, publicznego Holmesa”. Dzięki wielkiej sile wyrobionego nawyku i woli przekierował mechanizm szybkich sądów na tory myślenia znacznie bardziej refleksyjnego. Dopiero dzięki takiej podstawie był w stanie dokonać pierwszych obserwacji charakteru Watsona w ciągu dosłownie kilku sekund.

Oto, dlaczego Holmes nazywa swą umiejętność intuicją. Za trafną intuicją, taką, którą szczyci się Holmes, stoi konieczność długich godzin treningu. Ekspert nie zawsze musi sobie zdawać sprawę, skąd się wzięła ta intuicja – bierze się z pewnych, nie zawsze widocznych nawyków. Zasługą Holmesa jest to, że uczytelnił cały ten proces, prześwietlił sposób, w jaki zachodzi przemiana tego, co gorączkowe, w to, co chłodne; tego, co odruchowe, w to, co refleksyjne. Oto, co Anders Ericsson nazywa wiedzą ekspercką: to nie żaden geniusz, lecz umiejętność zrodzona z poszerzonej i intensywnej praktyki.

To nie tak, że Holmes urodził się jako konsultant detektywistyczny – by wykończyć wszystkich innych konsultantów. Długo ćwiczył refleksyjną postawę wobec świata i doskonalił swoją sztukę do poziomu, na którym ją znamy.

To nie tak, że Holmes urodził się jako konsultant detektywistyczny – by wykończyć wszystkich innych konsultantów

Kiedy ich pierwsza wspólna sprawa zbliża się do rozstrzygnięcia, dr Watson wychwala pod niebiosa mistrzostwo swojego towarzysza: „Tak bardzo zbliżyłeś wykrywanie przestępstw do nauk ścisłych, jak chyba jeszcze nikt przed tobą!”. Istotnie, to najwyższa pochwała. Na kolejnych stronach tej książki będziemy się uczyć, jak osiągać podobne wyniki w postępowaniu z każdą myślą, od samych jej narodzin – podobnie jak robił to Arthur Conan Doyle w obronie George’a Edaljia, a Joseph Bell, diagnozując swoich pacjentów. Sherlock Holmes działał w czasach, kiedy psychologia była jeszcze w powijakach. Pod tym względem jesteśmy wyekwipowani o wiele lepiej od niego. Nauczmy się, jak zrobić z tej wiedzy dobry użytek.

***

PRZECZYTAJ O SHERLOCKU HOLMESIE

„Studium w szkarłacie” tłum. Anna Krochmal, Robert Kędzierski[3]

PRZYPISY
[1] Czytelnikom zainteresowanym bardziej szczegółowym omówieniem refleksyjności i jej wpływu na nas polecam należącą już do klasyki pozycję „Mindfulness” Ellen Langer. Langer wydała również uaktualnioną pracę na ten temat, „Counterclockwise: Mindful Health and Power of Possibility”. Aby zapoznać się z dyskusją wokół umysłu, jego ewolucji i naturalnych zdolności, odsyłam do jednej z najlepszych pozycji na ten temat – „The Blank Slate: The Modern Denial of Human Nature” Stevena Pinkera (w przekładzie polskim: „Tabula rasa. Spory o naturę ludzką. Jak działa umysł”) (red.).
[2] Podczas pisania o Sherlocku Holmesie, o kontekście, w jakim powstawały opowiadania Conan Doyle’a oraz o życiu pisarza, korzystałam z kilku książek: „The New Annotated Sherlock Holmes” Leslie Klingera, „The Man Who Created Sherlock Holmes” Andrew Lycetta oraz „Arthur Conan Doyle: A Life in Letters” Johna Lellenerga, Daniela Stashowera i Charles’a Foleya. Dwie ostatnie zawierają kompendium wiedzy o życiu Conan Doyle’a, pierwsza zaś jest absolutnie najlepszym źródłem dotyczącym kontekstu i interpretacji dzieł o Holmesie. Tym, którzy chcieliby poznać smak wczesnej psychologii, polecam klasyczną „Psychologię” Williama Jamesa. O metodzie naukowej i jej historii pisze Thomas Kuhn w książce „Struktura rewolucji naukowych”. Omówienie motywacji, uczenia się i wiedzy oparłam na badaniach Angeli Duckworth, Ellen Winner (autorki „Gifted Children: Myths and Realities”) oraz K. Andersa Ericssona (autora „The Road to Excellence”). Rozdział ten wiele zawdzięcza również pracom Daniela Gilberta.
[3] Wyszczególnione pod koniec każdego rozdziału tłumaczenia opowiadań Arthura Conan Doyle’a pochodzą z wydania: Arthur Conan Doyle, „Księga wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, Wydawnictwo REA, Warszawa 2011.