Wydawca: AGORA SA Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2016

Myśl jak oszust, żeby nie dać się oszukać ebook

Maria Konnikova  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 514 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Myśl jak oszust, żeby nie dać się oszukać - Maria Konnikova

Oszustwo to najstarsza gra świata. Wszyscy bierzemy w niej udział i przeważnie przegrywamy. Ma bardzo wiele obliczy: małe szachrajstwa, genialne intrygi, triki iluzjonistyczne, manipulacje handlowe, zjawiska nadprzyrodzone, teorie spiskowe, wróżki, lipne środki na odchudzanie, piramidy finansowe, fałszywe cytaty, podrobione dzieła sztuki, wykręcanie się chorobą...
Ta książka niczym ekscytujący kryminał psychologiczny obnaża techniki hochsztaplerów i przedstawia zasady będące podstawą każdego szwindlu. Niezależnie od dziedziny życia, czy przebrania, oszuści manipulują naszą wiarą i zaufaniem oraz wykorzystują nasze odwieczne pragnienie magii. Do niczego nas nie zmuszając, sprawiają, że stajemy się ich wspólnikami w działaniu na własną zgubę.
Jak oni to robią? Co sprawia, że im wierzymy? Prędzej czy później każdy z nas da się oszukać. Pytanie tylko, dlaczego? I czy możliwe jest poznanie własnego umysłu na tyle, by nauczyć się wycofywać, gdy nie jest jeszcze za późno? 

„Czy tego chcesz, czy nie, we współczesnym świecie jesteś przede wszystkim konsumentem. Jesteś śledzony, manipulowany i skłaniany do podejmowania nieprzemyślanych decyzji. Wiedza o tym, jak urwać się z tej wirtualnej smyczy, jest warta każdych pieniędzy” – Maciej Samcik, autor poradników finansowych: „100 potwornych opowieści o pieniądzach”, „Moje pierwsze kieszonkowe”, „Jak inwestować i pomnażać oszczędności?”

Opinie o ebooku Myśl jak oszust, żeby nie dać się oszukać - Maria Konnikova

Fragment ebooka Myśl jak oszust, żeby nie dać się oszukać - Maria Konnikova

Tytuł oryginału: The confidence game: why we fall for it... Every time

Tłumaczenie: Agnieszka Mitraszewska

Korekta: Monika Paluch-Wójcicka

Redakcja: Robert Siewiorek

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Wydawnictwo książkowe:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

THE CONFIDENCE GAME: WHY WE FALL FOR IT... EVERY TIME by Maria Konnikova. Copyright © 2016 by Maria Konnikova. By arrangement with the author. All rights reserved.

© copyright by AGORA SA 2016

WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

WARSZAWA 2016

ISBN: 978-83-268-1859-2 (epub), 978-83-268-1860-8 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

WSTĘP

Arystokracja świata przestępczego

DAVID MAURER

Wrzesień 1951 roku zastał doktora Josepha Cyra, lekarza w randze komandora Kanadyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej, na pokładzie okrętu HMCS „Cayuga”. Wojna w Korei trwała już drugi rok, a „Cayuga” płynęła północną stroną 38. równoleżnika u jej wybrzeży. Poranek minął spokojnie, nikt nie chorował ani nie odniósł ran. Po dwunastej coś zakłóciło jednak monotonię morskiego krajobrazu: niewielka, wyładowana po brzegi czerwona koreańska dżonka, której załoga podążała ku okrętowi, wymachując flagą.

W ciągu niecałej godziny rozklekotana łódź zacumowała przy burcie „Cayugi”. Na jej pokładzie leżał stos dziewiętnastu brudnych ciał, ułożonych jedno na drugim. Ludzie ci wyglądali tak, jakby jedną nogą byli już na tamtym świecie: poranione torsy, zakrwawione głowy, rany, z których wciąż sączyła się krew, nogi i ręce powykręcane lub zablokowane pod dziwnym kątem. Większość z nich stanowili młodzi chłopcy. Koreański oficer łącznikowy wyjaśnił załodze „Cayugi”, że zostali wciągnięci w zasadzkę, pod ostrzał szrapneli, stąd ta jatka. Spod pokładu wywołano więc doktora Cyra, jedynego człowieka na statku posiadającego kwalifikacje medyczne. Miał operować – i to szybko, w przeciwnym razie całą dziewiętnastkę najprawdopodobniej czekała rychła śmierć. Doktor Cyr zaczął więc szykować sprzęt.

Problem był tylko jeden. Doktor wcale nie miał wykształcenia medycznego, nie mówiąc już o umiejętnościach potrzebnych do wykonywania skomplikowanych zabiegów chirurgicznych na otwartym morzu. W gruncie rzeczy, nie ukończył nawet szkoły średniej. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało zupełnie inaczej: Ferdinand Waldo Demara. Później zasłynął jako Wielki Oszust, jeden z najgenialniejszych hochsztaplerów w historii, upamiętniony częściowo w książce Roberta Crichtona „Wielki Oszust” z 1959 roku. Kariera Demary trwała dziesiątki lat, w czasie których wcielał się on w postaci wszelkich możliwych profesji. Jednak w żadnej roli nie czuł się lepiej niż jako pan życia i śmierci – lekarz.

W ciągu następnych 48 godzin Demarze udało się jakoś przebrnąć przez operacje chirurgiczne dzięki podręcznikowi medycyny, napisanemu przez kolegę-lekarza jeszcze w Ontario. Oszust namówił wówczas medyka do stworzenia „dla wojska” instrukcji, na wypadek nieobecności wśród żołnierzy lekarza. W zabiegach pomogły także końskie dawki antybiotyków podawanych pacjentom, alkohol – który Demara wlewał w samego siebie – oraz jego najwyższe zaufanie do własnych umiejętności. Cóż, w końcu był już przedtem lekarzem, a nawet psychologiem! No i wykładowcą, mnichem (wielokrotnie) i założycielem szkoły religijnej. Dlaczego więc nie miałby sobie poradzić jako chirurg?

Podczas gdy Demara dokonywał cudów sztuki medycznej na otwartym morzu, na naprędce urządzonym stole operacyjnym przymocowanym do podłogi, by chronić pacjentów przed gwałtownością fal, inny członek załogi, młody, pełen zapału oficer prasowy szukał dobrego tematu na artykuł. Redaktorzy siedzieli mu na karku od dawna, domagając się porządnej historii. Problem w tym, że w ostatnich tygodniach działo się niewiele. Gdy wśród marynarzy rozeszły się wieści o ratowaniu koreańskich rannych, oficer prasowy nie posiadał się ze szczęścia.

Historia doktora Cyra nie miała sobie równych, była po prostu idealna: Cyr nie musiał pomagać wrogowi, a jednak honor kazał mu to uczynić. I w dodatku sprawił się wyśmienicie. Aż dziewiętnaście zabiegów chirurgicznych! Dziewiętnastu mężczyzn opuściło pokład „Cayugi” w znacznie lepszej formie, niż nań przybyło. Czy znakomity lekarz zgodziłby się na publikację jego reporterskiej sylwetki, by upamiętnić historyczne wydarzenia ubiegłego tygodnia? Demara nie widział powodu, by się nie zgodzić. Tak pewien był swej bezkarności, tak dobrze się czuł w skórze doktora Cyra, że zainteresowanie mediów uważał za naturalne, tym bardziej że właśnie wykonał kilka doskonałych zabiegów. Doniesienia o wspaniałych osiągnięciach doktora Cyra dotarły więc wkrótce do Kanady.

Prawdziwy doktor Cyr powoli tracił cierpliwość. Był dwudziesty trzeci października, a on siedział sobie jak mysz pod miotłą w Edmunston, próbując skupić się na lekturze książki. Ale wciąż nie dawali mu spokoju, telefon po prostu się urywał. Rozdzwaniał się w chwili, gdy tylko odłożył słuchawkę na widełki. Czy to on jest tym lekarzem z Korei? – pytali wszyscy. A może jego syn? Albo jakiś inny krewny? Ależ nie, zapewniał wszystkich po kolei. Nie jest z nim spokrewniony. Cyrów jest wielu, także Josephów Cyrów. To nie on.

Kilka godzin później jego telefon znów zadzwonił. Tym razem odezwał się przyjaciel, który odczytał mu na głos „referencje lekarza cudotwórcy”. Być może Josephów Cyrów jest wielu, ale ten podawał szczegóły życiorysu identyczne ze szczegółami tego, pod kogo się podszywał – lekarza z Edmunston. Kiedy nie sposób już było dłużej wierzyć w przypadek, Cyr poprosił przyjaciela o zdjęcie bohatera opowieści.

„Słuchaj, to jest mój znajomy, zakonnik John Payne z Braci Szkolnych” – powiedział zdziwiony Cyr, przekonany, że doszło do jakiegoś nieporozumienia. Przecież dobrze znał tego człowieka – gdy zobaczył go po raz pierwszy, braciszek był jeszcze w nowicjacie. Przyjął swoje imię na znak porzucenia świeckiego życia – a Cyr doskonale pamiętał, że było ono związane z medycyną, podobnie jak jego własne. O ile się nie myli, prawdziwe nazwisko tego człowieka brzmiało Cecil B. Hamann, doktor. Nawet jeśli rzeczywiście wrócił do zawodu, to po cóż miałby używać nazwiska Cyra? Przecież jego własne referencje medyczne były w zupełności wystarczające.

Intryga Demary zaczęła się gwałtownie sypać – i w końcu się rozsypała. Zwolnienie go z marynarki nie oznaczało jednak końca jego kariery. Przedstawiciele kanadyjskiej floty, mimo że mocno upokorzeni (przecież na ich barkach spoczywała odpowiedzialność za obronę kraju, a nie byli w stanie dać sobie rady z własnym personelem), nie zdecydowali się na postawienie fałszywego lekarza przed sądem.

Demara, alias Cyr, został po cichu zwolniony i poproszony o opuszczenie kraju. Nie trzeba mu było tego powtarzać dwa razy. Mimo chwilowej sławy, jaką zyskał, zdołał spokojnie powrócić do udawania ludzi kolejnych profesji – od strażnika więziennego i nauczyciela w szkole dla dzieci opóźnionych w rozwoju, przez skromnego nauczyciela języka angielskiego, po konstruktora dróg i mostów, który o mały włos nie dostałby kontraktu na budowę wielkiego mostu w Meksyku. Nim zmarł, z górą 30 lat później, doktor Cyr był już tylko jedną z kilkudziesięciu tożsamości, które Demara przyjmował. Wśród nich znalazł się Robert Crichton, autor jego własnej biografii. Udawał pisarza wkrótce po publikacji tej książki i jeszcze na długo przed końcem własnej szemranej kariery.

Demara – czyli Fred dla tych, którzy znali jego prawdziwe oblicze – wielokrotnie cieszył się sporą władzą: panował nad umysłami uczniów w klasach, losem więźniów za kratkami, dolą rannych żołnierzy na „Cayudze”. Raz po raz był demaskowany, ale zawsze powracał do oszustw i wodził za nos otoczenie.

Jak mu się to udawało? Czy żerował na ludziach szczególnie łatwowiernych, pozbawionych charakteru? Nie sądzę, by można było w ten sposób opisać przedstawicieli teksańskiego systemu penitencjarnego – jednego z najsurowszych w Stanach Zjednoczonych. A może sprawiał świetne wrażenie i łatwo budził zaufanie? Wątpliwe, zważywszy na to, że przy średnim wzroście ważył sto kilkadziesiąt kilogramów, miał szczęki buldoga i małe oczka, w których malowało się coś na kształt rozbawienia lub chytrej satysfakcji (widok ten doprowadził zresztą czteroletnią córeczkę Crichtona, Sarę, do płaczu i ucieczki, gdy po raz pierwszy ujrzała Demarę). A może chodzi o coś zupełnie innego, coś znacznie bardziej fundamentalnego? Coś, co mówi więcej o nas samych i o tym, jak postrzegamy świat?

To najstarsza historia świata. Historia wiary – podstawowej, nieodpartej, uniwersalnej potrzeby wiary w to, co nadaje życiu sens, co potwierdza nasze przekonania na własny temat, na temat świata i naszego w nim miejsca. „Religia powstała – zauważył podobno Voltaire – gdy pierwszy oszust spotkał pierwszego głupca”. Fakt – Voltaire nie przepadał za kościelnym establishmentem, jednak różne wersje tych słów przypisuje się też Markowi Twainowi, Carlowi Saganowi oraz Geoffreyowi Chaucerowi. Tak czy inaczej maksyma ta brzmi tak przekonująco, że ktoś gdzieś kiedyś musiał ją wypowiedzieć.

Wydaje się prawdziwa przede wszystkim dlatego, że dotyka bardzo głębokiej prawdy o nas samych. Tego, że mamy absolutną i wszechogarniającą potrzebę wiary już od pierwszych chwil świadomości, od niezachwianego przekonania niemowlęcia, że będzie karmione i przytulane. I potrzebę widzenia sprawiedliwości i prawości otaczającego nas świata u dorosłych. W pewnym sensie kombinatorzy tacy jak Demara mają bardzo łatwe zadanie. Sami wykonujemy większość ich pracy, gdyż chcemy wierzyć w to, co nam mówią. Ich geniusz polega na tym, że wiedzą dokładnie, czego chcemy, i potrafią przedstawić siebie jako idealny środek do spełnienia tego życzenia.

Oszuści pokroju Demary pojawiają się właśnie wtedy, gdy ich potrzebujemy najbardziej, w takim przebraniu, w jakim pragnęlibyśmy ich zobaczyć: wykwalifikowany lekarz zgłaszający się na ochotnika do marynarki, gdy na morzu jest zbyt mało medyków. Strażnik więzienny skłonny wziąć pod opiekę najtrudniejszych więźniów, z którymi nikt nie chce pracować. Oszust, który namawia nas do inwestowania w piramidę finansową właśnie w chwili, gdy nie wiemy, co zrobić z pieniędzmi w niepewnych czasach. Naukowiec, który dokonuje wyczekiwanego od dawna odkrycia z dziedziny klonowania. Handlarz sztuką z idealnym obrazem Marka Rothko, o którym kolekcjoner od dawna marzył. Polityk, który znalazł rozwiązanie problemu będącego od lat plagą miasta. Uzdrowiciel proponujący idealny środek, doskonałą nalewkę, błogi dotyk. Reporter opowiadający historię, która stanowi perfekcyjną ilustrację jakiejś tezy. A zanim jeszcze narodzili się oni wszyscy – przywódca religijny, który obiecuje nadzieję i zbawienie właśnie wtedy, gdy sprawy przybrały najgorszy możliwy obrót, który zarzeka się, że kiedyś, gdzieś świat będzie bardziej sprawiedliwy.

W latach 50. lingwista David Maurer zaczął badać świat oszustów bardziej wnikliwie niż ktokolwiek przedtem. Nazywał ich po prostu „arystokracją świata przestępczego”. Brutalne przestępstwa – kradzieże, włamania, groźby – oszustów nie interesują. Im chodzi o umiejętności miękkie – grają o zaufanie, sympatię, przekonanie. Prawdziwy mistrz hochsztaplerki do niczego nas nie zmusza, stajemy się jego wspólnikami w działaniu na własną zgubę. Nie kradnie. Sami mu dajemy, co chce. Nie musi nam grozić. Sami podsuwamy mu narrację. Wierzymy, bo chcemy wierzyć, a nie dlatego, że ktoś nas do tego zmusił. Przekazujemy naciągaczom wszystko, czego chcą – pieniądze, dobre imię, zaufanie, sławę, nasz mandat do działania, poparcie – nie mając pojęcia, co się dzieje, aż w końcu jest za późno. Nasza potrzeba wiary, dostrzegania tego, co potwierdza naszą wizję świata, jest równie wszechobecna, co silna. Poddani odpowiednim impulsom, jesteśmy skłonni zgodzić się na wszystko i zaufać każdemu. Teorie spiskowe, nadprzyrodzone zjawiska, wróżki – nasza naiwność nie ma końca.

Jak powiedział jeden z psychologów, „łatwowierność jest być może jednym z podstawowych elementów repertuaru behawioralnego człowieka”. Nasze umysły kształtowały historie. Pragniemy tych historii tak bardzo, że gdy nie ma gotowych, sami je tworzymy. Łakniemy historii o naszych początkach. O celu naszego istnienia. O powodach, dla których świat jest, jaki jest. Ludzie nie lubią żyć w niepewności czy nieokreśloności. Gdy coś nam się nie zgadza, tworzymy brakujące ogniwo. Gdy nie rozumiemy, co się stało, dlaczego albo jak – szukamy odpowiedzi. Oszust z rozkoszą nam pomoże, a porządna fabuła to jego najmocniejsza strona.

Gdy nie rozumiemy, co się stało, dlaczego albo jak – szukamy odpowiedzi. Oszust z rozkoszą nam pomoże

Jest pewna, być może apokryficzna, opowieść o francuskim poecie Jacquesie Prévercie. Pewnego dnia przechodził obok ślepca, który trzymał tabliczkę z napisem: „Ślepiec bez środków do życia”. Przystanął, by go zagadnąć. Jak leci? Czy ludzie pomagają? „Nie jest dobrze” – odpowiedział ślepiec. „Niektórzy coś dają, ale niewiele, a większość przechodzi obojętnie.” „Czy mógłbym pożyczyć pańską tabliczkę?” – spytał Prévert. Ślepiec skinął głową. Poeta wziął tabliczkę i napisał coś na jej odwrotnej stronie. Następnego dnia znów przechodził obok żebraka. „A teraz jak panu idzie?” – zapytał. „Wspaniale” – odparł tamten. „Nigdy w życiu nie dostałem tyle pieniędzy.” Na tabliczce Prévert napisał: „Nadchodzi wiosna, ale ja i tak jej nie zobaczę”.

Wystarczy, że ktoś nam podrzuci urokliwą fabułę – i już się otwieramy. Sceptycyzm ustępuje pola wierze. Ten sam mechanizm, który sprawił, że kubek ślepca był pełen datków, może nas otworzyć na każdą historię, na dobre i na złe.

Gdy decydujemy się na obejrzenie seansu iluzjonistycznego, świadomie pragniemy być oszukani. Chcemy, by iluzja zamgliła nam ostrość widzenia i sprawiła, że uwierzymy w wersję świata trochę niesamowitą, nieco bardziej fantastyczną, niż sądziliśmy przedtem. Magik używa pod wieloma względami tych samych technik, co oszust, tyle że nie musimy potem słono płacić za własną naiwność.

– Iluzjonista jest w pewnym sensie świadomym oszustem – przekonuje mnie pewnego grudniowego popołudnia Michael Shermer, historyk nauki i autor, który od kilkudziesięciu lat demaskuje zjawiska nadprzyrodzone i pseudonaukowe. – To, że magia nas zadziwia, wcale nie świadczy o naszej głupocie. A kiedy złudzenie nie działa, to znaczy, że magik coś robi nie tak.

Shermer, założyciel Towarzystwa Sceptyków i czasopisma „Skeptic”, dużo myślał o tym, jak to się dzieje, że potrzeba wiary w magię tak często prowadzi do bezbronności wobec jej mniej godnych pochwały przejawów.

– Przyjrzyjmy się pokazowi popularnej sztuczki z kubkami i kulkami w wykonaniu Penna i Tellera. Można ją wyjaśnić, a mimo to jej magia działa. Tu chodzi nie tylko o znajomość jakiegoś sekretu. Nie o triki chodzi, lecz o mistrzowską sztukę prezentacji. Mamy do czynienia z pewną narracją i właśnie dlatego ich pokaz jest tak wciągający.

U swych korzeni sztuczki magiczne i oszustwa dzielą fundamentalną zasadę: manipulują naszą wiarą. Iluzja działa na bardzo podstawowym poziomie percepcji wzrokowej i manipuluje odbiorem i doświadczeniem rzeczywistości przez człowieka. Na mgnienie oka zmienia nasze przekonania o tym, co jest możliwe, w sposób dosłowny wykorzystuje słabości naszego wzroku i mózgu, by zbudować alternatywną wersję świata. Oszust robi dokładnie to samo, lecz może wniknąć znacznie głębiej. Drobne oszustwa, jak gra w trzy karty, nie różnią się niczym od pokazu iluzjonisty – z wyjątkiem nikczemnej intencji. Oszustwa rozłożone w czasie – które trwają tygodniami, miesiącami lub nawet latami – manipulują rzeczywistością na znacznie bardziej złożonym poziomie, prowadząc grę z naszymi najbardziej podstawowymi przekonaniami, dotyczącymi ludzkości i świata.

Gra prawdziwego oszusta żeruje na ludzkim pragnieniu magii, wykorzystuje naszą bezdenną tęsknotę do bardziej niezwykłego i znaczącego życia. Gdy dajemy się oszukać, nie wynika to ze świadomej pogoni za złudzeniem – nie zdajemy sobie z niej sprawy. Dopóki pragniemy magii, rzeczywistości większej niż nasze zwykłe życie, dopóty będziemy łatwym łupem dla oszustów.

Gra prawdziwego oszusta żeruje na ludzkim pragnieniu magii, wykorzystuje naszą bezdenną tęsknotę do bardziej niezwykłego i znaczącego życia

Choć oszustwa są stare jak świat, angielskie terminy confidence game i conman (oszust, naciągacz) weszły do użycia prawdopodobnie dopiero w 1849 roku, podczas procesu Williama Thompsona. Elegancki pan Thompson, według doniesień „New York Herald”, podchodził na Manhattanie do przechodniów, rozpoczynał z nimi pogawędkę, a następnie prosił ich nieoczekiwanie: „Czy zaufałby mi pan na tyle, by powierzyć mi do jutra swój zegarek?”. Wobec takiej donkiszoterii, w dodatku bezpośrednio powiązanej z zakwestionowaniem szacunku wobec rozmówcy, wielu nieznajomych decydowało się na rozstanie z zegarkiem. I tak narodził się w języku angielskim confidence man: oszust dla własnych niecnych celów żerujący na zaufaniu, które budzi u innych. Masz do mnie zaufanie? Co byś mi w dowód tego dał?

Oszuści bywają różni. Drobni oszuści potrzebują paru sekund, by wykonać trik z trzema kartami, stanowiący przykład nadzwyczajnej zręczności i zdolności teatralnych, wciąż jeszcze praktykowany w wielu miejscach na Manhattanie. Bardziej wyrafinowani hochsztaplerzy często budują intrygę długo i żmudnie, czy to wcielając się w kogoś innego, czy organizując piramidy finansowe, czy też tworząc nowe byty w naszej codzienności – nowe kraje, nowe technologie, nowe cudowne leki. Udało im się bardzo wygodnie zagnieździć w internecie, choć liczni wciąż trwają „w realu”, bezpiecznie owinięci w kokon kłamstw.

Oszustwo to najstarsza gra świata. W dodatku, doskonale pasuje do współczesności. Szalony postęp technologiczny przynosi coraz obfitsze plony hochsztaplerom, którzy rozkwitają w czasach transformacji i gwałtownych przemian, gdy pojawiają się nowe zjawiska i dawny sposób widzenia świata nie wystarcza. Dlatego właśnie tak im się powodziło w czasach gorączki złota i mnożyli się w postępie geometrycznym, gdy podbijano Dziki Zachód. Z tego samego powodu są plagą towarzyszącą rewolucjom, wojnom i zawirowaniom politycznym. Transformacja jest wielkim sprzymierzeńcem hochsztaplerów, gdyż szerzy niepewność. Oszust niczego tak nie lubi, jak żerować na braku pewności siebie, który odczuwamy, gdy znajomy świat stoi u progu zmian. Nawet jeśli trzymamy się kurczowo przeszłości, okazujemy się otwarci na to, co nowe i zaskakujące. Kto powiedział, że jakiś nowy sposób działania w biznesie nie będzie na porządku dziennym w przyszłości?

Transformacja jest wielkim sprzymierzeńcem hochsztaplerów, gdyż szerzy niepewność

W XIX wieku przeszliśmy rewolucję przemysłową i w jej konsekwencji pojawiły się współczesne metody szachrajstwa. Dziś przechodzimy rewolucję technologiczną. A ta w pewnym sensie przygotowała najlepszy grunt dla szwindli. W związku z nastaniem epoki internetu, wszystko naraz się zmienia: od najbardziej podstawowych rzeczy (to, jak poznajemy ludzi i nawiązujemy z nimi kontakty), po codzienny rytm życia (to, jak robimy zakupy, jemy, planujemy spotkania, umawiamy się na randki i planujemy wakacje). Gdy boimy się tych nowych zjawisk, wychodzimy na technofobów albo jeszcze gorzej („...mówisz, że jak się poznaliście? W internecie? I macie zamiar się... pobrać?”). Gdy z kolei zbyt entuzjastycznie przyjmujemy nowe, okazuje się, że zagrożenie, które dawniej czyhało na nas jedynie w ściśle określonych miejscach i sytuacjach (spacer wzdłuż Canal Street obok stolika z „trzema kartami”, „niepowtarzalna szansa inwestycyjna” zachwalana przez gościa w klubie i tak dalej), dziś stało się wszechobecne. I podnosi głowę za każdym razem, gdy otwieramy iPada.

Dlatego, choćbyśmy mieli nie wiem jak wyrafinowaną technologię i zaawansowaną wiedzę naukową czy inne oznaki postępu społecznego, oszuści i tak będą się plenić. Te same pomysły, które napędzały hochsztaplerstwa na Dzikim Zachodzie, teraz dają asumpt do zalewania e-mailami twojej skrzynki. Te same żądania, które słyszeliśmy przez telefon stacjonarny, teraz słyszymy przez smartfona. SMS od kogoś z rodziny. Paniczny telefon ze szpitala. Wiadomość na Facebooku od kuzyna, który utkwił gdzieś na antypodach bez środków na bilet powrotny. Gdy zapytano ostatnio bohatera „Złap mnie, jeśli potrafisz” Franka Abagnale’a, który jako nastolatek zdołał owinąć sobie wokół palca różne instytucje – od linii lotniczych, po szpitale – o to, czy w dzisiejszym świecie wyrafinowanych technologii mógłby dokonać tego samego, roześmiał się. Teraz byłoby to jego zdaniem o wiele łatwiejsze. „To, czego dokonałem jako nastolatek pięćdziesiąt lat temu, byłoby cztery tysiące razy łatwiejsze dziś, dzięki nowoczesnej technice. Nowe technologie sprzyjają przestępczości. Zawsze tak było i będzie.”

Technika nie sprawia, że stajemy się bardziej światowi czy mądrzy. Nie zapewnia nam ochrony. Stanowi tylko nowy kontekst dla tych samych, starych jak świat, sposobów oszukiwania ludzi. Co cieszy się twoim najgłębszym zaufaniem? Mistrz szachrajstwa szybko odkryje, w co niezachwianie wierzysz, i na tym fundamencie niepostrzeżenie zbuduje całkiem inny świat. Ty jednak będziesz tak mocno wierzył w ów fundament, że nawet nie zauważysz, co się wokół dzieje.

Od 2008 roku plaga nabierania konsumentów w Stanach Zjednoczonych nasiliła się o 60 proc. W 2007 roku internetowe szwindle stanowiły jedną piątą wszystkich oszustw, a w 2011 roku – już 40 proc. W 2012 roku amerykańskie Centrum Zgłoszeń Przestępstw Internetowych naliczyło prawie 300 tys. takich przypadków. W ich wyniku poczciwi ludzie utracili łącznie 525 mln dolarów.

Mistrz szachrajstwa szybko odkryje, w co niezachwianie wierzysz, i na tym fundamencie niepostrzeżenie zbuduje całkiem inny świat

W latach 2011–2012 – to ostatnie dane Federal Trade Comission – nieco ponad 10 proc. dorosłych Amerykanów, czyli 25,6 mln, padło ofiarą oszustwa. Łączna liczba oszustw była jeszcze większa – 37,8 mln. 5 mln dorosłych zdecydowało się na kupno lipnego środka odchudzającego, a 2,5 mln konsumentów nabrało się na promocje cenowe. Na trzecim miejscu znalazły się konsumenckie kluby członkowskie, którym udało się naciągnąć 1,9 mln osób (to te namolne propozycje, byśmy dostali coś za darmo wraz z członkostwem klubu, a potem wnosili opłaty członkowskie, do których nieświadomie się zobowiązaliśmy po wsze czasy). Potem były rachunki niesłusznie wystawiane w internecie (1,9 mln osób) oraz programy pracy w domu (1,8 mln). Mniej więcej jedna trzecia oszustw ma początek właśnie w internecie.

Szacuje się, że w ubiegłym roku w Wielkiej Brytanii do 58 proc. gospodarstw domowych zadzwonił ktoś udający przedstawiciela banków, policji, firmy komputerowej lub innej godnej zaufania instytucji. Owszem, niektórzy odbiorcy tych telefonów zorientowali się, że mają do czynienia ze szwindlem, ale i tak prawie 24 mln funtów powędrowało do kieszeni oszustów. Rok wcześniej takie straty wyniosły łącznie 7 mln funtów.

O wielu przypadkach (według niektórych szacunków o większości) nawet się nie dowiadujemy. Jak mówi ostatni raport stowarzyszenia emerytów AARP, jedynie 37 proc. osób oszukanych w wieku powyżej 55 lat jest skłonne przyznać, że padło ofiarą hochsztaplera. W grupie wiekowej poniżej 55. roku życia takich osób jest ponad połowa. Nikt nie lubi przyznawać się do tego, że został wyprowadzony w pole. Większość oszustów nigdy nie staje przed sądem ani przed żadną instytucją władzy.

Niezależnie od dziedziny życia czy przebrania, oszustów łączą pewne podstawowe zasady działania – zasady rządzące manipulacją wiarą. Hochsztaplerzy nie ponoszą kary – nikt nawet się nie dowiaduje o ich istnieniu – bo któż z nas chciałby się przyznać, że nasze podstawowe przekonania mogą być błędne. Nie ma znaczenia, czy mamy do czynienia z piramidą finansową, fałszywymi danymi, fałszywym cytatem, mylącą informacją, podrobionym dziełem sztuki, wykręcaniem się chorobą, nieprawdziwą wersją historii czy też wątpliwą prognozą na przyszłość. Na fundamentalnym poziomie psychologicznym chodzi o zaufanie, a raczej o nadużycie czyjegoś zaufania.

Ta książka nie jest historią oszustwa ani opowieścią o wszystkich oszustwach w historii. Koncentruje się raczej na psychologicznych zasadach będących podstawą każdego szwindlu, od najprostszych, po najbardziej wyrafinowane. Krok po kroku – od chwili powzięcia planu, aż po konsekwencje jego realizacji.

Oszustwo zaczyna się od podstaw psychologii. Z punktu widzenia mistrza mistyfikacji, to kwestia zidentyfikowania ofiary (wystawienia jej): kim jest, czego chce i jak mogę to wykorzystać do własnych celów? Wymaga ono także uruchomienia empatii i relacji międzyludzkiej (sztuka podejścia): trzeba zbudować fundament emocjonalny, nim powstanie intryga, nim zacznie się gra. Dopiero wówczas przychodzi czas na logikę i perswazję (pajęcza nić): intrygę (bajeczka), dowody korzyści, które odniesiesz (argumenty), demonstrację faktycznego pożytku. Niczym mucha złapana w sieci pająka, im więcej się szamoczesz, tym trudniej ci się wydobyć (złamanie klienta). Nim zaczniesz coś podejrzewać, jesteś już tak zaangażowany – emocjonalnie, a czasem nawet fizycznie – że większość perswazji bierzesz na siebie. Czasem nawet decydujesz się na zwiększenie swego zaangażowania, mimo że sprawy przybierają niedobry obrót (rzut na taśmę). I gdy już jesteś całkowicie nabity w butelkę (dotyk oszusta), nie wiesz często, co się z tobą dzieje. Oszust nie musi cię nawet namawiać, byś siedział cicho (zgaszenie i utrwalenie) – jest bardzo prawdopodobne, że sam będziesz tego chciał. My, ludzie, jesteśmy wszak doskonałymi oszustami własnych umysłów. W kolejnych etapach gry oszuści czerpią z nieskończonych zasobów metod manipulowania tym, w co wierzymy. Im bardziej się angażujemy, tym większe psychologiczne pole do popisu ma hochsztapler.

Wszyscy znamy powiedzenie: „Jeśli coś wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, to zapewne prawdziwe nie jest” lub podobne mu: „Nie ma nic za darmo”. Gdy jednak chodzi o nas samych, zbyt wielką wagę przywiązujemy do słówka „zapewne”. Gdy coś wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, to prawdziwe nie jest, chyba że przydarza się mnie. Zasługuję przecież na łut szczęścia. Zasługuję na dokonanie wielkiego odkrycia w świecie sztuki, bo całe życie pracuję w galeriach i od dawna mi się to należy. Zasługuję na prawdziwą miłość, bo już dość długo tkwię w złych związkach. Zasługuję nareszcie na dobry zwrot z moich inwestycji, mam przecież wieloletnie doświadczenie. „Zbyt dobre, by było prawdziwe” stoi wprawdzie w sprzeczności z przekonaniem o tym, że coś nam się należy, ale gdy chodzi o nas samych i nasze decyzje, ten brak logiki nam nie przeszkadza. Gdy inni nam opowiadają o doskonałej transakcji lub uśmiechu fortuny, od razu wiemy, że ktoś ich właśnie nabił w butelkę. Gdy jednak rzecz dotyczy nas, zasługujemy na nieco szczęścia w życiu. Czemu więc mielibyśmy nie mieć farta?

Gdy coś wydaje się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe, to prawdziwe nie jest, chyba że przydarza się mnie

Szczególną przyjemność sprawia nam też przekonanie o tym, że jesteśmy odporni na oszustwa. Kto nie lubi czasem zajrzeć do zakazanego przestępczego świata w poczuciu satysfakcji, że jesteśmy sprytni i nas to nie dotyczy. Możemy się śmiać z nieboraka, który tak łatwo dał się nabrać. Sami jesteśmy bystrzejsi, bardziej sceptyczni i wyrobieni. Inni dają się wyprowadzić w pole, ale ja? Nigdy w życiu!

Każdy jednak może paść ofiarą hochsztaplera. Wbrew naszemu głębokiemu przekonaniu, że jesteśmy odporni na jego uroki – a może właśnie za jego sprawą – łatwo wpadamy w sidła. Na tym polega geniusz mistrzów oszustwa: są po prostu artystami, zdolnymi wpłynąć nawet na wyrafinowane osoby dzięki swemu kunsztownemu czarowi. Fizyk atomowy czy prezes studia filmowego z Hollywood nie są nań bardziej odporni niż emeryt z Florydy, z zapałem przeznaczający oszczędności swego życia na okazyjną inwestycję, która nigdy się nie zmaterializuje. Doświadczony inwestor z Wall Street może ulec równie łatwo, jak giełdowy neofita. Prokurator zajmujący się na co dzień poszukiwaniem motywacji zbrodni, wpadnie tak samo, jak nasz naiwny sąsiad, który wierzy tabloidom.

Jak oni to robią? Co sprawia, że im wierzymy, i jak są w stanie wykorzystać to dla własnych celów? Prędzej czy później każdy z nas da się oszukać. Padniemy ofiarą takiego czy innego hochsztaplera. Wszyscy podlegamy temu prawu. Pytanie tylko, dlaczego? I czy możliwe jest poznanie własnego umysłu na tyle, by nauczyć się wycofywać, gdy nie jest jeszcze za późno?

Prędzej czy później każdy z nas da się oszukać. Padniemy ofiarą takiego czy innego hochsztaplera. Wszyscy podlegamy temu prawu

Rozdział pierwszy
SZACHRAJ I FRAJER

Nie odpowiada na pytania lub daje mętne odpowiedzi; mówi od rzeczy, dłubie w piasku dużym palcem u nogi; drży; jest blady jak ściana; pociera palcami skórę głowy.

SYLWETKA KŁAMCY, 900 R. P.N.E.

Gdy ludzie mnie pytają, czy zostałam kiedyś oszukana, odpowiadam zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia. Nigdy nie wpłaciłam pieniędzy na piramidę finansową ani nie zostałam ograna w trzy karty – tyle mogę powiedzieć z całą pewnością. Zdarzały się mniejsze szachrajstwa, na które się nabrałam, choć jest sprawą dyskusyjną, czy można je zakwalifikować jako rasowe oszustwa. Ale nie zapominajmy, że najbardziej misterne hochsztaplerstwa nigdy nie zostają wykryte. Nie wiemy więc, czy jesteśmy ich ofiarami. Poniesione straty zwalamy na pecha.

Iluzjoniści zazwyczaj nie pokazują tego samego triku dwukrotnie. Gdy nie ma już elementu zaskoczenia, publiczność może znacznie uważniej śledzić przebieg przedstawienia i jest bardziej prawdopodobne, że ktoś dostrzeże podstęp. Najdoskonalsze triki można jednak pokazywać bez końca. Są tak dobre, że praktycznie nie widać oszustwa.

Harry Houdini, iluzjonista i słynny wykrywacz oszustw, przechwalał się, że jest w stanie wytłumaczyć każdy trik po trzykrotnym obejrzeniu go. Podobno Dai Vernon, jego kolega po fachu, podszedł do Houdiniego pewnego popołudnia w chicagowskim Great Northern Hotel i pokazał mu sztuczkę karcianą. Wziął kartę z wierzchu talii i poprosił Houdiniego, by ją podpisał w rogu swoimi inicjałami „H.H.” Następnie kartę umieścił w środku talii, strzelił palcami i w cudowny sposób karta z podpisem znalazła się na wierzchu. Była to, zgodnie z nazwą tego triku, „ambitna karta”. Niezależnie od tego, gdzie się ją umieściło, zawsze znajdowało się ją na wierzchu. Vernon pokazał sztuczkę siedem razy. Za każdym razem Houdini był w kropce. Naprawdę sprytna sztuczka nie musi być ukrywana (w tym przypadku chodziło o efekt zręcznościowy często używany przez współczesnych magików, lecz wówczas jeszcze nieznany).

Gdy mowa o oszustwach, obowiązuje podobna zasada. Najgenialniejsze intrygi nigdy nie są wykrywane. Nie dochodzi do wymierzenia kary, gdyż nikt o nich nie wie lub – jak w przypadku Demary – zostają wykryte, ale rozpowszechnienie ich byłoby zbyt krępujące dla ofiary. Gdyby Houdini spotkał się z Vernonem w mniej publicznym miejscu, zapewne nie dowiedzielibyśmy się o bezradności pierwszego wobec zręcznej sztuczki kolegi.

Nierzadko się zdarza, że ta sama osoba pada ofiarą tego samego triku wiele razy. James Franklin Norfleet, właściciel rancza w Teksasie, którego później poznamy lepiej, stracił najpierw 20 tys. dolarów, a wkrótce potem 25 tys. dokładnie w ten sam sposób i za sprawą tego samego gangu. Nie podejrzewał, że pierwsza przygoda była hochsztaplerstwem.

David Maurer pisze o mężczyźnie, który padł ofiarą oszustwa. Pewien szachraj przekonał go, że jest w stanie otrzymać wyniki gonitw z wyścigów chwilkę przed ich opublikowaniem, i zaproponował mu zakłady z gwarancją pewnej wygranej. Kilka lat później ów mężczyzna spotkał przypadkowo na ulicy oszusta i zaczął biec w jego stronę. Wyglądało na to, że tym razem szajka wpadła. Okazało się jednak, że mężczyzna chciał po prostu spróbować jeszcze raz postawić na pewniaka, skoro ostatnim razem się nie udało. Był pewien, że tym razem wygra. Oczywiście, nie napotkał sprzeciwu.

Najgenialniejsze intrygi nigdy nie są wykrywane

Nawet ktoś taki jak Bernie Madoff pozostawał niewykryty przez co najmniej 20 lat. Miał 70 lat, gdy jego system się posypał. Co by było, gdyby zmarł, zanim rzecz wyszła na jaw? Można sobie łatwo wyobrazić, że jego ofiary nie dowiadują się o niczym dopóty, dopóki napływają wciąż nowe inwestycje.

W czerwcu 2007 roku jeden z autorów pisma „Slate”, Justin Peters, postanowił w twórczy sposób podejść do kwestii zakupu biletu lotniczego do Włoch. Brakowało mu pieniędzy, a miał ochotę na kilkumiesięczny wyjazd zagraniczny. Wymyślił więc sprytny, jego zdaniem, sposób na rozwiązanie problemu: kupi od kogoś mile zebrane w programie lojalnościowym i dzięki nim zapłaci mniej za bilet. Od razu zaczął szukać w sieci ogłoszeń o milach. Miał szczęście. Z miejsca trafił na kapitana Chrisa Hansena, pilota z dużą liczbą mil na koncie, który zamieścił anons o sprzedaży na stronie Craigslist. Peters natychmiast odpowiedział na ogłoszenie, nie daj Boże mile trafiłyby się komuś innemu. Omówili sprawę przez telefon. Kapitan Chris wydawał się zorientowany i sympatyczny. „Nasza rozmowa przekonała mnie, że to porządny facet”, pisze Peters. Od razu się dogadali na 650 dolarów. Sto tysięcy mil. PayPal. Proste. Tyle że PayPal transakcję odrzucił. Dziwne, pomyślał sobie Peters. Próbował się skontaktować z kapitanem, ale tamten gdzieś się już zapadł.

Petersowi bardzo zależało na transakcji. Data planowanego wyjazdu była coraz bliżej, a on wciąż nie miał biletu. Wrócił więc do poszukiwań. Bingo! Franco Borga chętnie sprzeda swoje mile. Borga od razu odpowiedział i załączył skan swojego prawa jazdy: jest przecież tym, za kogo się podaje, a nie jakimś oszustem z Craigslist. Jeszcze tylko rozmowa telefoniczna – bardzo sympatyczna – i dobili targu. Wystarczy doładować kartę Green Dot sumą 700 dolarów i mile zmienią właściciela (popularne karty do dostania w każdym dużym sklepie; każdy, kto ma konto w banku, może z nich korzystać, omijając konieczność przelewu). Jednak pięć dni później na koncie Petersa wciąż nie było obiecanych mil. Zaczął w końcu podejrzewać, że został oszukany – lecz wówczas, kto by się spodziewał, znów pojawił się jego pilot. Wytłumaczył, że był za granicą i nie miał dostępu do skrzynki mailowej. Ale mile wciąż ma. Cudownie! Peters właśnie chce je kupić, zwłaszcza że – jak opowiedział kapitanowi – został tak bezwzględnie oszukany. Kapitan Chris bardzo współczuł, internet to takie niebezpieczne miejsce. Żeby Peters się nie denerwował, kapitan przesłał mu umowę. Był przecież porządnym człowiekiem. Ponieważ PayPal ciągle szwankował, Peters przelał 650 dolarów na wskazane konto.

W tym momencie już wszyscy poza Petersem wiedzą, jak to się skończy. Minęły trzy dni, mil jak nie było, tak nie ma. Cztery dni, pięć, sześć – ani mil, ani maila. Peters dał się okpić dwa razy, dokładnie tak samo, w ciągu jednego tygodnia. Tym razem miał przynajmniej dowód na to, że został oszukany: nie otrzymał mil. Ale wyobraźmy sobie sytuację, w której przypadek odgrywa większą rolę. Giełda. Wyścigi. Inwestycja. Kto potrafi wówczas udowodnić, że to nie był zwykły niefart?

Być może P.T. Barnum nigdy nie powiedział, że „Co minutę rodzi się frajer”; prawdopodobnie nie jest to jego złota myśl. Jednak wśród oszustów z początku XX wieku funkcjonowała inna: „Co minutę rodzi się jeden frajer, jeden cwaniak, który go wkręci, i jeden porządny człowiek, który go poratuje”. Zawsze znajdzie się sposób, by człowieka wyprowadzić w pole i zawsze znajdzie się naiwny.

Kim są ofiary oszustów, a kim sami szachraje? Czym się charakteryzują tacy ludzie, jak Bernie Madoff czy kapitan Hansen? I czy Norfleet i Peters dzielą jakieś wspólne cechy, które czynią ich podobnymi sobie? Czy istnieje typowy oszust i typowy frajer?

Co minutę rodzi się jeden frajer, jeden cwaniak, który go wkręci, i jeden porządny człowiek, który go poratuje

* * *

State Street numer 18. Mały kremowy dom na szerokość dwóch okien. Okiennice z biało-turkusowymi zdobieniami. W szparach betonowych płyt rośnie trawa. Niewielki turkusowo-kremowy garaż z koszem do koszykówki przymocowanym do ściany. Właśnie tu mieszkał kiedyś Wielki Oszust. Choć wolałby pewnie, by o tym zapomniano.

Ferdinand Waldo Demara junior – nasz zaprzyjaźniony chirurg z wojny koreańskiej, doktor Cyr – urodził się 12 grudnia 1921 roku w Lawrence w stanie Massachusetts, jako drugie dziecko i pierwszy syn w zamożnej rodzinie. Jego matka Mary McNelly wychowała się w surowej katolickiej rodzinie pochodzenia irlandzkiego, w Salem, w stanie Massachusetts. Jego ojciec Ferdinand senior, francuskojęzyczny Kanadyjczyk, przyjechał do Stanów w nadziei na wzbogacenie się i odniósł umiarkowany sukces w przemyśle kinowym jeszcze zanim urodził się mały Fred. Zaczynał jako zwykły operator projektora w Providence, w stanie Rhode Island, ale z czasem zaoszczędził nieco grosza i zamarzył o własnym kinie. W Lawrence poznał przyszłego wspólnika i wkrótce Toomey-Demara Amusement Company otworzyła podwoje swojego pierwszego kina The Palace. Odniosło ono sukces, a Fred senior czuł się jak ryba w wodzie. Jak wspominała później matka Demary, był „jednym z nielicznych mężczyzn, którzy nie wyglądają głupio z laską i w zapinanych na guziczki nakładkach na buty”.

Fred nie urodził się w skromnym domku na State Street, o nie. Był chłopakiem z modnej Jackson Street. Jego koledzy w szkole Emily G. Wetherbee pochodzili na ogół z robotniczych domów. On był o klasę wyżej, wyróżniał się. Również wzrostem. Fred był bardzo wysokim młodzieńcem.

Nie był specjalnie lubiany z powodu tego wywyższania się, choć nie miał też specjalnie wrogów. Przynajmniej dopóty, dopóki jeden z kolegów nie powziął przekonania, że Fred doniósł na niego do nauczyciela. „Dopadniemy cię w czasie lunchu” – obiecał kolega w imieniu swojej bandy.

Fred wyskoczył w czasie przerwy do domu, ale przed lunchem wrócił do szkoły. Gdy chłopcy go otoczyli, wyciągnął pistolet. „Zrobię z was sieczkę” – zagroził. W jego torbie znaleziono jeszcze dwa egzemplarze broni palnej i Fred został zawieszony.

Jego zachowanie zaczęło się wymykać spod kontroli do tego stopnia, że został umieszczony w szkole katolickiej św. Augustyna. Właśnie tam nauczył się, zamiast używać nagiej siły, nieco bardziej przebiegłego podejścia. U św. Augustyna mieli tradycję obchodzenia dnia św. Walentego. Każdy uczeń ósmej klasy wręczał jakiemuś koledze z siódmej niewielki upominek. Zwykła szkolna ceremonia symbolizująca odchodzenie ze szkoły rocznika i przejmowanie roli najstarszych przez kolejną klasę. Zanim Fred znalazł się jednak w ósmej klasie, koło fortuny obróciło się i rodzice popadli w kłopoty finansowe. Tuż po 11. urodzinach Freda, Toomey-Demara Amusement Company zbankrutowała. Żegnaj, Jackson Street. Zamiast niej, domek na przedmieściu, dawny budynek wozowni. Na State Street.

Demara bardzo nie chciał być biedny.„Błagam Was, Jezusku i Matko Boska – modlił się – chrońcie nas przed biedą, a będę odmawiał różaniec każdego wieczora”. Ale modły chłopca pozostały bez odpowiedzi.

Tego lutowego poranka zależało mu na tym, żeby zrobić dobre wrażenie, pokazać tym biedakom z katolickich rodzin, jak zachowuje się prawdziwy dżentelmen. Poszedł więc do ciastkarni tuż za rogiem od Jackson Street, blisko domu, który już do nich nie należał. Rodzina miała tam jeszcze rachunek. Zamówił największe pudełko czekoladek w kształcie serca z dostawą do szkoły punktualnie o trzeciej.

Dostawy nie było. Być może zamówienie zagubiło się wśród wielu innych, a może cukiernik zaczął podejrzewać, że rachunek Demarów już nie jest tym, czym był dawniej. Niezależnie od przyczyny, jedno jest pewne: od bycia biednym Fred jeszcze bardziej nienawidził, gdy ktoś nazywał go kłamcą. Obiecał największy prezent, jaki w szkole widziano, i został z pustymi rękami. Poprzysiągł sobie zmazać tę plamę na honorze. Wrócił wściekły do cukierni i zamówił nie tylko wielką bombonierkę w kształcie serca, ale i mniejsze, po jednej dla każdego chłopaka z siódmej klasy. Kazał je zapisać na swój rachunek.

Tym razem nie było pomyłki. Skoro chłopak miał czelność zrobić tak duże zamówienie, widocznie rodzinę na to stać. Nikt nie zrobiłby czegoś podobnego, w dodatku z taką pewnością siebie, bez pozwolenia. Bombonierki wkrótce pojawiły się w szkole, przywiezione na wózku pachnącym czekoladą. Rodzina Demarów nie była w stanie, rzecz jasna, za nie zapłacić.

Od tego czasu, do momentu gdy skończył 15 lat i odszedł ze szkoły, by wstąpić do pierwszego z kilku zakonów, Fred był znany jako „Cukierkowy Rzeźnik”. A stąd już tylko krok do pierwszego pełnowymiarowego oszustwa: kradzieży danych osobowych Bogu ducha winnego studenta, by dostać pracę w marynarce.

Czy życie hochsztaplera było zawsze pisane Fredowi Demarze? Czy urodził się szachrajem?

* * *

Oszuści to źli ludzie, mają niegodziwe intencje i nie mają sumienia... Gdyby tak właśnie było, łatwiej byłoby żyć na tym świecie. Odrzucilibyśmy tych złych i kroczylibyśmy sobie szczęśliwie po ścieżce prawości. Rzeczywistość jest jednak o wiele bardziej skomplikowana.

W eseju pod tytułem „Diddling” („Manipulacje”) Edgar Allan Poe wymienia najważniejsze cechy oszusta: „drobiazgowość, zainteresowanie, wytrwałość, spryt, śmiałość, nonszalancja, oryginalność, impertynencja, uśmieszek”. Współczesna psychologia szczególnie mocno potwierdza jego obserwacje w jednym punkcie: nonszalancji. Człowiek ewoluował głównie jako zwierzę uspołecznione. Mamy zaufanie do siebie nawzajem, polegamy na sobie, nosimy przy sobie portfele pełne gotówki, nie obawiając się, że każdy obcy człowiek jest potencjalnym złodziejem. Chodzimy wieczorem spać z cichym przekonaniem, że nie zostaniemy we śnie zamordowani. Z czasem nasze emocje nauczyły się wspierać ten status quo. Czujemy ciepełko samozadowolenia, gdy uda nam się komuś pomóc. Targają nami wyrzuty sumienia, gdy kogoś oszukujemy lub w inny sposób ranimy. Oczywiście, każdy z nas schodzi ze ścieżki cnoty raz na jakiś czas, ale na ogół nauczyliśmy się postępować uczciwie – czyli wprost przeciwnie, niż nakazywałaby nonszalancja. Zazwyczaj dbamy o dobro innych i wiemy, że oni też – do pewnego stopnia – dbają o nasze. W przeciwnym razie organizacja społeczeństwa by się zawaliła.

Istnieje jednak pewien wyjątek. Niewielka liczba ludzi mogła się w drodze ewolucji nauczyć wykorzystywania innych dzięki nonszalancji, która jest fundamentalną cechą oszustów. Ci ludzie po prostu się nie przejmują. Są całkowicie uodpornieni na ból, który zadają, na tyle, na ile prowadzi on do sukcesu. To się trzyma kupy. Skoro znakomita większość ludzi wokół odznacza się uczciwością, można zupełnie bezkarnie kłamać, oszukiwać i kraść ile wlezie. Zasada ta działa tylko wówczas, gdy ci, którzy się nie przejmują, należą do mniejszości. Bo gdyby wszyscy zaczęli stosować tę samą zasadę, system społeczny by się zawalił. Skalkulowana nonszalancja jest dobrą strategią przystosowawczą jedynie wtedy, gdy stosuje ją mniejszość.

Adrian Raine, psycholog z Uniwersytetu Pensylwanii prowadzący badania nad antyspołecznymi zachowaniami, twierdzi, że „permanentne niemoralne zachowania można uznać za alternatywną strategię ewolucyjną, skuteczną jedynie w mniejszości społeczeństwa. Nie mając doświadczeń emocjonalnych, które każą oprzeć się niemoralnemu zachowaniu, można osiągnąć sukces w życiu, stosując oszustwo i manipulację”.

Niewielka liczba ludzi mogła się w drodze ewolucji nauczyć wykorzystywania innych dzięki nonszalancji, która jest fundamentalną cechą oszustów

Na określenie tej skalkulowanej, wrodzonej nonszalancji istnieje jeszcze jedno określenie: psychopatia, czyli fundamentalna niezdolność do empatii wobec innych. To nonszalancja doprowadzona do biologicznego ekstremum. Ale czy oszuści rzeczywiście się nią odznaczają? Czy można przyjąć, że hochsztaplerzy tacy jak Demara są najprawdopodobniej klinicznymi przypadkami psychopatów? Czy też po prostu są bardziej przebiegli od tych spośród nas, którzy mają skłonność do kombinowania. Czy pomiędzy naszymi codziennymi drobnymi kłamstewkami a działaniem hochsztaplera jest jakościowa różnica, czy tylko różnica ilościowa?

W często używanym teście Roberta Hare’a, oceniającym skłonności antyspołeczne i psychopatyczne wśród badanych cech, jest odpowiedzialność, skłonność do skrupułów, patologiczne mijanie się z prawdą, manipulowanie, spryt, rozwiązłość, ogólna impulsywność, powierzchowny czar, pretensjonalność i tym podobne. Gdy ktoś zalicza wysoki wynik, jest klasyfikowany jako psychopata. Jedną z podstawowych cech psychopatów jest niezdolność do interpretowania emocji tak, jak to robi większość ludzi. Dla prawdziwego psychopaty twoje cierpienie nic nie znaczy. Nie ma w nim empatii. Nie ma wyrzutów sumienia. Nie ma poczucia winy. Gdy psychopata doświadczy czegoś, co większość ludzi przyprawiłoby o szok – na przykład ogląda wstrząsające obrazy – jego puls nie przyspiesza, serce pracuje w niezmienionym rytmie, podobnie jak gruczoły potowe. W jednym z badań klinicznych psychopatów okazało się, że nie aktywują się u nich te same obszary mózgu, co u innych ludzi, gdy podejmują moralnie trudne decyzje. Przykład: czy udusić płaczące dziecko, jeśli oznaczałoby to uratowanie całej wioski, a powstrzymanie się od działania oznaczałoby pewną śmierć wszystkich, łącznie z dzieckiem? Dla zdecydowanej większości ludzi jest to niesłychanie trudny wybór. Obszary mózgu odpowiedzialne za emocje walczą o prymat z tymi, które odpowiadają za logiczne wybory. U psychopatów nie zachodzi żadna rozterka: wykazują się nonszalancją w najbardziej ekstremalnej formie.

Według Hare’a, około 1 proc. populacji mężczyzn to psychopaci (wśród kobiet psychopatki występują jedynie na zasadzie wyjątku). Oznacza to, że wśród stu mężczyzn jeden będzie klinicznym psychopatą. Czy okaże się też urodzonym oszustem?

Z jednej strony, dane zdają się wskazywać na bezpośredni związek pomiędzy rozwojem typowych cech psychopaty i hochsztaplera. Świadczy o tym niezbicie to, że gdy u ludzi w późniejszym okresie życia pojawia się deficyt reakcji neuronowych wiązany z psychopatią, zaczynają wykazywać zachowania psychopatyczne oraz typowe dla hochsztaplerów. Z badań mózgu wynika, że osoby, które wcześnie doświadczyły uszkodzenia kory biegunowej i brzuszno-przyśrodkowej – obszarów wiązanych z psychopatią – zaczynają wykazywać zachowania i zmiany osobowości bardzo bliskie psychopatii oraz typowym zachowaniom oszustów. Dwaj tego typu pacjenci zaczęli kłamać, manipulować i łamać zasady. Otoczenie odbierało ich jako „pozbawionych empatii, poczucia winy, wyrzutów sumienia, strachu oraz... beztroskich w łamaniu zasad”. Psychopatia jest więc pewną biologiczną predyspozycją, która prowadzi do wielu zachowań typowych dla oszustów. Ale to jeszcze nie koniec. Psychopatia jest tylko jedną z mrocznej triady zaburzeń osobowości. Okazuje się, że na dwie pozostałe – narcyzm i osobowość makiaweliczną – również składają się cechy występujące u oszustów.

Psychopatia jest pewną biologiczną predyspozycją, która prowadzi do wielu zachowań typowych dla oszustów

Narcyzm wiąże się z pretensjonalnością, poczuciem ważności, wyższości, zawyżaniem własnej wartości oraz skłonnością do manipulacji. Zupełnie jak nasz Fred Demara, czyli ktoś, kto nie jest w stanie znieść, że może być postrzegany jako gorszy, kto musi być w centrum uwagi i zrobi wszystko, by do tego doprowadzić. Narcyz jest gotów na bardzo wiele w imię własnego wizerunku – tak jak Fred, który okłamał cukiernię, by uniknąć kompromitacji. Zapewne nie była to najbardziej wyrafinowana intryga, ale jej siłę napędową stanowiła właśnie nieodparta chęć skupiania uwagi na sobie.

Być może jeszcze bliższa hochsztaplerom jest osobowość makiaweliczna, której fundamentem jest zdolność do oszustwa bezwzględnego i skutecznego, takiego jak w wydaniu idealnego księcia opisywanego przez Machiavellego oraz wielu genialnych oszustów. W literaturze psychologicznej przyjęło się używać słowa „makiaweliczny” na określenie pewnego zestawu cech, które pozwalają ich posiadaczowi manipulować innymi w imię własnych celów – co właściwie stanowi podręcznikową definicję oszusta. Richard Calhoon, profesor marketingu na Uniwersytecie Północnej Karoliny, definiuje osobowość makiaweliczną jako kogoś, kto „w realizacji celów osobistych i służbowych ucieka się do agresji, manipulacji, wykorzystywania i oszustw”.

Dwoje psychologów, Richard Christie i Florence Geis, opracowało w 1970 roku skalę cech makiawelicznych, chcąc określić skłonności do manipulacji wśród przywódców. Okazuje się, że osoby o wysokiej ocenie w tej skali rzeczywiście osiągają sukcesy w manipulowaniu ludźmi. W badaniach porównywano osobę o wysokich zdolnościach makiawelicznych z kimś, kto uzyskał niski wynik. Prawie w każdej sytuacji ten pierwszy radził sobie lepiej. Ten drugi pozwalał, by emocje brały górę, podczas gdy osobowość makiaweliczna nie dawała się tak łatwo zbić z pantałyku. Według wstępnych wyników badania, jego uczestnicy o cechach makiawelicznych z różnych środowisk – w tym studenci, rodzice, wykładowcy, dzieci, sportowcy, personel szpitala psychiatrycznego, biznesmeni – byli bardziej skłonni do blefowania, oszukiwania, negocjowania i podlizywania się, a także bardziej skuteczni w tych działaniach. W innym badaniu okazało się, że osobowości makiaweliczne kłamią bardziej przekonująco niż inne: nagrywano uczestników badania, kiedy zaprzeczali, że coś ukradli – połowa mówiła to szczerze, druga połowa kłamała. Osobom z wyższą oceną na skali makiawelizmu znacznie częściej wierzono. W trzecim badaniu studenci szkoły biznesu mieli zdecydować, czy dać komuś łapówkę, co jest uważane za rzecz nieetyczną (i jest niezgodne z prawem). Wszystkim uczestnikom badania podano powody, dla których łapówka w tym wypadku miałaby sens. Osoby o cechach makiawelicznych decydowały się na nią, gdy rachunek ekonomiczny wskazywał, że się opłaci.

Być może więc osobowość makiaweliczna, podobnie jak psychopatia, predysponuje ludzi do tego, by oszukiwali, i pozwala im to robić skuteczniej. Delroy Paulhus, psycholog z University of British Columbia uważa nawet, że określenie „makiaweliczny” jest bliższe osobowości oszusta niż „psychopata”. „Wydaje się oczywiste, że tacy oszuści finansowi jak Bernie Madoff nie są psychopatami – pisze. – To korporacyjni Machiavelli, stosujący strategiczne, z góry zaplanowane procedury, by wykorzystać ludzi”.

A zatem gdzie jest prawda? Czy oszust to psychopata, narcyz, czy też osobowość makiaweliczna? A może wszystkiego po trochu? Demara zdaje się potwierdzać tę ostatnią tezę. Lekarze bywają niejednokrotnie oskarżani o zabawę w bogów. Demara był ekstremalnym i groteskowym przykładem takiego zachowania. Jego bardzo rozdmuchane ego, wielka, beztroska pogarda dla ludzkiego życia i ogromne zaufanie do własnych możliwości musiały doprowadzić do tego, że nie tylko udawał chirurga, ale również przeprowadził szereg operacji bez odpowiednich kwalifikacji. Przyznał sobie wyłączne prawo do decydowania o zdrowiu setek ludzi, a przez to – władzę do pozbawienia ich życia. Wygląda to nie tylko jak szczyt narcyzmu, ale nosi wyraźne znamiona psychopatii. Jak silnie makiaweliczne zdolności posiadał, skoro zdołał przekonać wojsko, lekarzy, kapitana, żołnierzy, zmanipulować ich wszystkich tak, by mu uwierzyli.

Demara nie potraktował swego występu w Korei jak upokorzenia. Wprost przeciwnie, za jego sprawą stał się jeszcze bardziej śmiały. Gdy Robert Crichton postanowił napisać jego biografię, oszust usiłował go przekonać, by pozwolił mu przyjąć poród jego ciężarnej żony. Uważał, że potrafi to robić znacznie lepiej niż ktokolwiek inny. Jaki jest sens oddawać się w ręce pierwszego lepszego konowała, skoro można mieć prawdziwego eksperta? Crichton oczywiście wiedział, że Demara nie ma żadnego przygotowania. Ale przecież uratował życie tym żołnierzom... Rzeczywiście, przeczytał wszystkie te podręczniki, prawdopodobnie uważniej niż zwykły lekarz. Im bardziej Demara nalegał, tym bardziej Crichton miękł w podjętym raz na zawsze postanowieniu trzymania oszusta z daleka od żony. Temat utrąciła dopiero sama pani Crichtonowa, gdy mąż ze szczerego serca zaproponował, by oddała się w ręce Demary.

Właściwie Demara osiągnął jeszcze wyższy poziom maestrii. Po tym jak Judy powiedziała Bobowi, że Fred ma się więcej nie pokazywać w ich domu, oszustowi udało się zmiękczyć także ją. Parę lat później – po tym jak Wielki Oszust pozwał Crichtona i wydawnictwo Random House za wstrzymanie wypłaty jego pieniędzy – ta sama Judy pozwoliła mu odegrać rolę opiekuna ich małej córeczki. To dopiero szczyt maestrii!

* * *

Oszuści tacy jak Demara, to tylko część obrazu. Jak się okazuje, można mieć wszystkie podstawowe cechy mrocznej triady, a jednak nie zostać hochsztaplerem. Psychopaci, osoby narcystyczne i makiaweliczne są być może nadreprezentowane wśród oszustów, ale podobnie jest z ludźmi kilku profesji niebędących na bakier z prawem. Jak pisze Maurer, „o ile oszuści działają poza prawem, nie zapominajmy, że nie oddalają się od jego granic bardziej niż wiele osób stanowiących podporę społeczności i nazywanych mniej złowrogo”. Wszelkiej maści przywódcy. Wall Street. Świat polityki. Świat wymiaru sprawiedliwości. Testy przeprowadzane w tych środowiskach wskazują na wysoki odsetek osób o osobowościach wykazujących cechy psychopatyczne czy szerzej – cechy mrocznej triady. W tym kontekście 1 proc. Hare’a wydaje się odsetkiem naiwnie niskim.

Gdy Shelby Hunt i Lawrence Chonko przebadali tysiąc pracowników działów sprzedaży za pomocą testu oceniającego osobowość pod kątem cech makiawelicznych, okazało się, że ponad 10 proc. badanych miało najwyższe wyniki, zdecydowanie wykraczające ponad średnią populacji. Innymi słowy: odznaczali się oni cechami niezbędnymi dla manipulacji i oszustwa. Mimo to pracowali legalnie. Żaden z nich nie był kryminalistą ani nawet „arystokratą świata przestępczego”.

Osobowość o cechach mrocznej triady popycha ludzi w kierunku manipulacji. Christie i Geis odkryli, że lekarze o osobowości makiawelicznej najczęściej decydują się na specjalizowanie się w psychiatrii – dyscyplinie, w której manipulacja i objęcie kontroli mentalnej są kluczowe. W innym badaniu okazało się, że makiawelicznych studentów łatwiej znaleźć na wydziałach biznesu i prawa niż gdziekolwiek indziej – chociaż to nie znaczy, że posuwają się w manipulacji dalej, niż pozwala na to wyznaczona granica powszechnej akceptacji społecznej.

I choć może wyglądać na to, że uważam polityków, prawników, biznesmenów czy pracowników reklamy i marketingu za oszustów ukrytych pod płaszczykiem innego zawodu, należy pamiętać, że oszuści tak po prostu się nie rodzą – tacy ludzie muszą jeszcze stać się oszustami. Jak to mówią genetycy – „geny ładują broń, ale to środowisko pociąga za spust”. Te same cechy mogą w różnych okolicznościach posłużyć mniej lub bardziej mrocznym celom. Wybór nie jest z góry zdeterminowany. Posiadanie cech makiawelicznych, psychopatycznych czy narcystycznych nie skazuje nikogo na bycie oszustem, tak samo jak wykazywanie się charyzmą czy nonszalancją.

Oszuści tak po prostu się nie rodzą – tacy ludzie muszą jeszcze stać się oszustami

James Fallon odkrył, że jest psychopatą, zupełnie przypadkowo. Prowadził jednocześnie dwa projekty naukowe: duże badanie pacjentów z alzheimerem, w którym jego własna rodzina służyła za „normalny” punkt odniesienia, oraz niewielki projekt badawczy poświęcony psychopatycznym mózgom. Gdy przeglądał skany mózgów do badania osób z alzheimerem, jeden przykuł jego uwagę. Miał bowiem wszelkie cechy świadczące o psychopatii. Hmm, być może ktoś pomylił się i odłożył skan z drugiego projektu nie tam, gdzie trzeba?

W zwykłych badaniach tego rodzaju wyniki są anonimowe, by tożsamość pacjentów nie wpływała na obiektywizm naukowca. W tym przypadku Fallon postanowił jednak zrobić wyjątek. Trzeba było wyjaśnić sprawę, by skan trafił do właściwego projektu. Poprosił więc jednego z techników o sprawdzenie danych pacjenta. W wyniku tej historii Fallon napisał książkę „The Psychopath Inside” („Psychopata od środka”). Nie było mowy o pomyłce. Skan przedstawiał jego własny mózg.

Fallon należał do zwolenników teorii o genetycznych przyczynach psychopatii. Występowanie zarówno tej ostatniej, jak i wielu innych chorób, według niego zależy od szczęścia: jeśli masz mózg o cechach psychopatycznych, to znaczy, że nie miałeś szczęścia w loterii życia. Teraz, gdy jego własny mózg stał się przedmiotem badania, postanowił zgłębić ten temat dokładniej. Czy rzeczywiście rzecz jest z góry zdeterminowana?

Dziś Fallon uważa, że genetyczne czynniki są istotne, lecz pewne kluczowe okresy dzieciństwa mogą popchnąć nas w mniejszym lub większym stopniu w stronę pełnego rozwoju klinicznej psychopatii. Możemy zatem mieć niektóre jej symptomy, ale niekoniecznie wszystkie. Przy odrobinie szczęścia, można funkcjonować tak jak Fallon czy – być może – niektórzy z oszustów opisanych w tej książce. Gdy zaś mówimy o pechu, rozwija się kliniczna psychopatia i można skończyć jako brutalny morderca w celi śmierci.

Poza okresem płodowym, który jest niezwykle ważny dla rozwoju tzw. markerów epigenetycznych genomu – czyli wzorów determinujących ekspresję genów – według Fallona również pierwsze trzy lata życia stanowią o tym, czy wyrośnie z nas psychopata, czy nie. W tym okresie dziecko w naturalny sposób wykształca tak zwane złożone zachowania adaptacyjne, jak na przykład umiejętność radzenia sobie ze strachem, uśmiech, reakcje na otoczenie. Czasem proces ten ulega zaburzeniu, zazwyczaj z powodu wielkiego stresu. Jedno traumatyczne przeżycie bądź ciągły stres w domu lub w szkole teoretycznie mogą zaburzyć normalny rozwój i doprowadzić do tego, że cechy psychopatyczne, do których dziecko ma predyspozycje, dojdą do głosu. Najprawdopodobniej tak właśnie się stało w przypadku Demary, gdy jego rodzina nagle podupadła finansowo i stracił dom swego dzieciństwa. Gdy nie ma tego typu bodźców, potencjalny oszust zostaje szanowanym neurologiem.

[...]