My, Żydzi z Polski - Irena Wiszniewska - ebook + książka

My, Żydzi z Polski ebook

Irena Wiszniewska

4,7

Opis

Polska uchodzi za kraj bez Żydów. Trzydzieści lat temu stwierdzenie to było prawdziwe. Dziś prawdziwe już nie jest. Co stało się w międzyczasie? Książka „My Żydzi z Polski” stara się na to pytanie odpowiedzieć. 

Dla Żydów stanowi rodzaj afirmacji obecności. Jesteśmy tu, na tej ziemi, w tej przestrzeni, z wszystkimi niedogodnościami, jakie to ze sobą niesie. W tych wywiadach możemy przejrzeć się jak w lustrze – oto jacy jesteśmy. Oto czego się boimy, o czym marzymy, jak rozumiemy naszą przynależność. Ostatnio pojęcie coming-outu, tradycyjnie odnoszące się do gejów, zaczęto stosować również do Żydów. Można powiedzieć, że „My Żydzi z Polski” to taki generalny coming-out, w tym sensie że dotyczy całej społeczności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 431

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Irena Wiszniewska

My, Żydzi z Polski

Wstęp

Peryskop

Rozmowy Ireny Wiszniewskiej są zbiorem mini-autobiografii. Różni są rozmówcy, ale wszyscy tłumaczą i opisują swe związki z żydowskością. Mogłoby się wydawać, że nie ma tu nic do objaśniania: człowiek rodzi się Żydem i basta. Ale nie w wypadku Żydów teraz w Polsce mieszkających. To potomkowie rozbitków Wielkiej Katastrofy. Poszukują samych siebie i nazywają te poszukiwania budowaniem tożsamości. Poszukiwania, bo to nie żydowskość, a raczej polskość jest w nich i ich otacza.

W autobiograficznej rozmowie z Timothy Snyderem, Tony Judt opowiada dlaczego w latach osiemdziesiątych zajął się historią i kulturą Czechosłowacji a nie Polski. Polska wydawała się bardziej logicznym wyborem, nie tylko dlatego, że jego ojciec i wielu przyjaciół było Żydami z Warszawy. Judt przedstawia ten wybór jako serię przypadków, ale mówi także, że Żydzi polscy są za bardzo polskości poddani, za bardzo w nią uwikłani. On sam poczuwał się do tradycji brytyjskiej, a więc także do innego rodzaju żydowskości, bardziej imperialnej – Żydzi to mniejszość wśród wielu mniejszości – niż narodowej, gdzie ciśnienie na asymilację jest większe. W swej biografii Raheli Varnhagen, Hannah Arendt stwierdziła, że asymilacja w społeczeństwie, które jest wrogie Żydom, a taka sytuacja dotyczyła wszystkich krajów, w których Żydzi mieszkali, była możliwa tylko przy jednoczesnym przyswojeniu przynajmniej elementów antysemityzmu. Rozmówcy Ireny Wiszniewskiej potwierdzają tę uwagę. Nie można tu mówić o asymilacji, o głębi uwikłania „Żydów z Polski” w polską kulturę narodową – to po prostu ich kultura. Ich żydowskość wyłania się, jak ostrożny peryskop z podłoża gęstych mgieł i oparów. Tak, to są głosy po Wielkiej Katastrofie, w której zaginęła, jak gdyby pod lodowcem, kultura miejscowych Żydów. Ich poszukiwania to nie powrót do kultury przodków, a coś innego, nowego: to odnajdywanie fragmentów, odprysków i układanie z nich swej własnej historii.

I są tego procesu świadomi. Ich tożsamość – jeśli naprawdę można zastosować ten termin do tak skomplikowanego splotu historii i rozwoju osobowego – jest niestabilna, z trudem przebija się przez zasłony zaprzeczenia. Ta mniejszość w mniejszości szuka wzorów nie tyle wokół, co w świecie już nieistniejącym. Wielu z nich nie czuje się dobrze z modelami żydowstwa przywiezionymi ze Stanów Zjednoczonych czy proponowanymi przez religię.

Większość Żydów w Polsce, wspomina jeden z rozmówców, swoje korzenie odkryło a tożsamość dopiero buduje. Uczą się bycia Żydem zgodnie z modelami wypracowanymi przez różne instytucje. Religijne czy świeckie, są one silnie związane z Izraelem albo Stanami Zjednoczonymi, czyli mniej lub bardziej syjonistyczne.

Trudno wpasować się w model, który uwiera. A uwierana jest polskość.

Opowieści, które w tej książce słyszymy odsłaniają indywidualne, wewnętrzne pola walki z historią, prawdziwy krajobraz po katastrofie. Bo, że wrócę do tego pytania, co to jest tożsamość, o której prawie wszyscy rozmówcy Wiszniewskiej wspominają? Budowanie tożsamości polega nie tylko na wspomnianym już zbieraniu fragmentów „rozbitej porcelany” (Miłosz), ale także na przypisaniu siebie do pewnych kategorii społecznych, na wpasowaniu się w społeczne struktury. Zawarte tu teksty mówią o wyłanianiu się tożsamości z wewnętrznej walki między „swoim” a „obcym” – między żydowskością a polskością; mówią o klarowaniu się indywidualnego stosunku do widmowego już życia polskich Żydów w kontekście kultury, w której wyrośli, czyli katolickiej polskości. Bo to polskość właśnie jest ich pierwotną wewnętrznością. Wiszniewska przytacza słowa Stanisława Krajewskiego: „Polskość to jest coś danego, uzyskanego bez wysiłku. Odwrotnie jest z żydowskością, która wymaga wysiłku”. A siostra Krajewskiego stwierdza:

Wydaje mi się, że moja żydowska tożsamość jest w trakcie stałych zmian. (…) Ja długo w głębi duszy czułam, że asymilacja jest lepsza niż nieasymilacja. Aż doszłam do wniosku, że dobrze by było, gdyby Żydzi byli Żydami, a nie Polakami pochodzenia żydowskiego. Gdyby mieli taką możliwość. Nie mówię, że tak miałoby być ze mną. Moja droga jest oczywista, nie mogłabym przestać być Polką.

Pierwotność polskości wyrażona jest na wiele sposobów. Jej podstawą są wymazanie i tajemnica. Jedna z rozmówczyń Wiszniewskiej relacjonuje: „W domu niejeden z nas zetknął się z tajemnicą albo z niedopowiedzeniami”. Tajemnica była wynikiem traumy, a także decyzją szlachetnej ochrony młodego pokolenia, obrony przez milczenie, ukrycie. „Mama właśnie pogromem kieleckim tłumaczyła swoje milczenie” mówi jeden z rozmówców. Ale tajemnica miała również inne znaczenia, na przykład rodzaj niemal zabobonnego odcinania się od przeszłości. Jeden z przepytywanych wspomina: „Żydowscy rodzice żydowskich dzieci wstydzili się Żydów chałaciarzy, «czarnych», jak się mówiło”. Milczenie, tajemnica były cieżarem dla pokolenia, z którym tu się rozmawia. Nieuchronnie wywoływały podejrzenie, że przykrywają coś wstydliwego.

Przepadła w Katastrofie całość lub część historii rodzinnej albo przynajmniej jej warstwa językowa. Przeszłość pokryta była milczeniem i wymazana. Dziadkowie, rodzice, wujkowie nie występowali pod ich żydowskimi imionami czy nazwiskami. „U nas w domu nie używano żadnych nazwisk, żadnych imion oprócz cioci Weroniki” wspomina jeden z rozmówców.

A teraz babcia mówi, że ciocia Weronika była jej siostrą i tak naprawdę nazywała się Sara Lea, a ich rodzice mieli na imię Henoch i Fajga. Ja głupieję. Lea jeszcze mi się z czymś kojarzyła – z księżniczką z Gwiezdnych Wojen, ale ten Henoch… Nigdy czegoś takiego nie słyszałem! Brat babci, o którym mówiło się „wujek z Australii” też nie lepszy, bo nosi imię Szaja. Później, dużo później, dogrzebałem się, że to zdrobnienie od Jeszajahu.

Innego rozmówcę Wiszniewska pyta: „Ale ty jesteś Paweł a nie Pinchas?”

A na to pytany odpowiada:

Historia mego imienia jest bardzo, ale to bardzo typowa. Wiele osób opowiadało mi o podobnym schemacie. (…) Babka (…) zdecydowała, że będzie Paweł, po dziadku. A myśmy żadnego Pawła w rodzinie nie mieli. Potem poznałem klucz tłumaczenia imion. Że na przykład Mojsze zostawał Mieczysławem.

Jak z takich zaprzeczeń odbudować przeszłość? Czy jest to odbudowa czy tworzenie? Ten sam rozmówca mówi:

W Polsce świadomość żydowska została, jak to się mówi, zapośredniczona. To znaczy każdy musiał wymyślić do tego jakąś historię, tracąc szansę na naturalne, bezpośrednie bycie.

Książka Wiszniewskiej składa się właśnie z tych „jakichś historii”, choć wiara w to, że możliwe jest „naturalne, bezpośrednie bycie” wydaje mi się mocno wątpliwa.

Zresztą wysiłek budowania tożsamości nie jest monopolem żydowskim. Wojna, mobilność społeczna, migracje powodują wahnięcia indywidualne i rodzinne. Historie o tym na czym polega polskość usłyszeć można przecież na każdym kroku. Często mają one funkcję obronną. Niedawno taką definicję podał Andrzej Stasiuk w wywiadzie zatytułowanym „Bo przecież Jezus był Polakiem” (,Magazyn „Gazety Wyborczej”, 02.08.2013). Sam tytuł, jak również wiele fragmentów tej rozmowy, to rodzaj ironicznego superpatriotyzmu, pozornie tylko samokrytycznego. Stasiuk, jak stwierdza prowadząca rozmowę Danuta Wodecka, „uprawia death camp tour” – użycie angielskiego podkreśla niepolski charakter takiej turystyki. Do jakich wniosków przywodzą pisarza medytacje na terenach obozów śmierci? Podstawowe to „Niemcy nam to zrobili” i opisy patriotycznego i odważnego dawania Niemcom odporu (podczas spotkań autorskich, jak rozumiem). Polska tożsamość, zdaniem pisarza, jest najlepszym dowodem na to, że to Niemcy odpowiadają za wojenną hekatombę.

[M]y, Polacy, jesteśmy zbyt labilni emocjonalnie. Uczucia łatwo nas dopadają i łatwo opuszczają. Polak jest neurotyczny i histeryczny i nie sądzę, byśmy mogli mordować ludzi w fabrykach śmierci, bo nie potrafimy długo tkwić w jednej emocji. Tu potrzeba było Niemca i Austriaka.

Ta rozpowszechniona wersja charakteru narodowego Polaka ganiąc, chwali, a przynajmniej wybawia z opresji: Polak jest niezdolny w bardzo dobry sposób. A jaka wizja tożsamości żydowskiej wyłania się z My, Żydzi z Polski? Wydaje mi się, że esencją tej żydowskości jest niepokój i gigantyczne poczucie zagrożenia. Jeden z rozmówców Wiszniewskiej tak to definiuje:

Człowiek czuje się Żydem mimo braku rozmaitych składowych. Braku religii, braku wyniesionej z domu tradycji. To zasadnicze pytanie: bierzesz Żyda, odejmujesz różne elementy składowe i patrzysz co zostało? Ciekawą miałem na ten temat rozmowę z rabinem… Tożsamość powinna mieć w sobie coś miłego, sympatycznego. Żałuję, że dobre, twarde świeckie żydostwo jest w zaniku. Po tym gwałtownym cięciu, które nastąpiło w XIX i XX wieku, po złamaniu tej trójjedności – religii, tradycji i krwi – na którą składa się żydowska tożsamość, przedtem osłabiona wpływami Haskali, świeckie żydostwo może istnieć rozpędem przez ileś pokoleń, ale tego rozpędu nie starczy na następne tysiąc lub dwa tysiące lat.

Wypowiedź ta przypomina mi słynną scenkę z wczesnego filmu Woody Allena Annie Hall. Matka przyprowadza małego Woody’ego, który w filmie nazywa się Alvy, do lekarza, bo Alvy jest w depresji i nie chce odrabiać lekcji. Alvy przeczytał, że wszechświat się rozszerza, a że wszechświat jest wszystkim, jak wszechświat się skończy, wszystko się skończy. Na co jego matka krzyczy: „Co cię to obchodzi!!! Jesteś tutaj, w Brooklynie, Brooklyn się nie rozszerza!”.

Łatwo się śmiać z niepokoju o istnienie Żydów za dwa czy trzy tysiące lat: jego zaletą jest to , że nasz angst nie jest bezkształtny a ma jakąś komunikowalną formę. To jedna z wersji motywu powtarzającego się w tych opowieściach: dojmującego poczucia odpowiedzialności wobec historii. Jedna z rozmówczyń podsumowuje:

Dziś, gdy żydowskość nie jest przekazywana, trzeba ją odtworzyć. Dążenie do jej odtworzenia można uważać również za pewien rodzaj solidarności z nieznanymi przodkami.

Ten angst jest wyrazem zobowiązania.

Ale poza neurotycznym (inaczej niż u Stasiukowego Polaka?) stosunkiem do przyszłości, żydowskość jest dla rozmówców także wyrwaniem się poza polskość. Wybór takiej a nie innej tożsamości jest zawsze sprawą dnia dzisiejszego, a nie przeszłości, to kwestia pewnego rodzaju polityki, tj. wybrania siebie w polis. Wrócę więc do sprawy imion, to znaczy nazywania. Któryś z rozmówców Ireny Wiszniewskiej powiedział: ,,Okazało się, że moja mama po prostu nie wiedziała, jak naprawdę jej matka miała na imię”. Co to znaczy naprawdę? I co to jest prawdziwe imię? Czy to, pod którym jest się znanym, którego się używa, czy to, które było w dokumencie? W odpowiedziach rozmówców Wiszniewskiej panuje nieme założenie, że z palimpsestu przeszłości da się odtworzyć coś prawdziwego, autentycznego, bezpośredniego. Że to tylko kwestia wysiłku, konsekwentnego dążenia. Ale przekonanie o możliwości dotarcia do jakiegoś jądra, to marzenia o kwiecie paproci. Tak, samozadowolona polskość uroczo „labilnego” Polaka dusi i prowokuje do ucieczki. Ale dla Żydów, z którymi Wiszniewska rozmawia nie ma innej autentyczności. Są jacy są. I chociaż wszechświat się rozszerza, ich bycie bardzo się liczy.

Irena Grudzińska-Gross

P.S. U mnie w domu na wątróbkę po żydowsku mówiło się sałatka marynarska. A serwował ją w Nowy Rok wujek Olek, zwany czasami Sendkiem.

Rozdział I

Rabbi Mosze Lejb powiedział: „Szukasz ognia? Znajdziesz go w popiele”

(Martin Buber, Opowieści chasydów)

Miriam Gonczarska

Sekretarz Rady Religijnej Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich. Regularnie jeździ do Nowego Jorku, gdzie studiuje w Yeshivat Maharat, założonej w 2009 roku szkole dla kobiet, która kształci ortodoksyjne żydowskie liderki religijne.

Chyba nie będę rabinką

Powiedziałaś mi kiedyś, że w dzieciństwie twój kontakt z judaizmem ograniczał się do wizyt na cmentarzu żydowskim.

Mój ojciec zmarł, gdy miałam siedem lat. Od tego czasu regularnie odwiedzałam opuszczony, zarośnięty zielskiem cmentarz żydowski w Warszawie. Przychodziłam na grób ojca, patrzyłam na te kamienie pokryte dziwnymi wężowymi znakami i mówiłam: „Tato! Tato! Co znaczą te kamienie? Dlaczego one tu stoją?”. Czułam, że próbują mi coś powiedzieć. Wydawało mi się, że krzyczą. To bardzo dziwne, że coś krzyczy, milcząc jednocześnie.

Jak tacie udało się przeżyć wojnę?

Urodził się w 1922 roku, w rodzinie chasydzkiej. Przez pewien czas studiował w jesziwie*1, potem przeniósł się do Łodzi. Z getta uciekł do Związku Radzieckiego, gdzie jako bundysta* został wcielony do karnego oddziału Armii Czerwonej. Ranny w bitwie pod Kownem wrócił do Polski na noszach. Najstarszy brat ojca był poetą w języku jidysz, ale wszystkie jego wiersze przepadły.

Chasydzka rodzina… jesteś z tego dumna?

Mam wiele powodów do dumy. Wywodzimy się z rodu lewitów*, należeliśmy do chasydów* z Góry Kalwarii. Dziadek był przewodniczącym gminy żydowskiej w swoim miasteczku. I dziadek, i moi wujowie uczęszczali do jesziwy. Moja rodzina uczyła się, studiowała Torę*, co stanowi wartość samą w sobie, choć współczesnemu człowiekowi trudno zrozumieć ten odłam judaizmu. Mam przyjaciół wśród chasydów i bardzo to sobie cenię, ale nie jestem częścią tego świata.

Bo jesteś kobietą…

Gdybym była mężczyzną, myślałabym chyba tak samo.

Nie czujesz przynależności?

Łańcuch został przerwany. Jeżeli nie urodzisz się i nie wychowasz w chasydyzmie, nie będziesz umiał naprawdę go czuć. Znam osoby, które próbują zostać chasydami, moim zdaniem jest to jednak tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Można – mówię to w cudzysłowie – zrekonstruować swoje żydostwo, to znaczy odzyskać swoją żydowską tożsamość. Dużo trudniej jest odbudować lokalną, rodzinną tradycję, ponieważ nie ma na czym jej oprzeć. Chasydyzm był olbrzymim, zróżnicowanym ruchem, każdy region miał trochę inne minhagi (zwyczaje), śpiewał inne piosenki albo układał inne melodie do tych samych słów; odmienny był też akcent i wymowa w jidysz. Niuanse są nie do odtworzenia, a ja boję się sztuczności, nie lubię udawania kogoś, kim nie jestem.

Jak odkrywałaś świat swego ojca?

Ojciec miał malutki papierowy zwój Tory, który mnie fascynował. Obydwoje rodzice różnili się od polskiego otoczenia. Mój dziadek ze strony mamy, choć nie był Żydem, miał tak semicki wygląd, że w czasie wojny go prześladowano. Nad naszą rodziną zawsze wisiał cień inności. Ja też czułam się inna.

Miałaś do wyboru: albo starać się upodobnić do otoczenia, albo zagłębić w tę inność.

Nie byłam jedynaczką. Ojcu z pierwszego małżeństwa urodziła się córka, która mieszkała w Izraelu. Mówił o niej „moja żydowska córka”, a o mnie „moja polska córka”. Był przekonany, że wybiorę polską drogę. Traktował nas trochę jak Izaak Jakuba i Ezawa. Ale ja nie chciałam być Ezawem, nigdy mi to nie odpowiadało, od początku mówiłam mu to wyraźnie. Pamiętam taką rozmowę, gdy domagałam się, żeby mi wytłumaczył, co jest w tym zwoju, który zawsze miał przy sobie. Odmówił: „Jak dorośniesz i się dowiesz, będziesz chciała uciec od tej wiedzy jak najdalej”. Oczywiście miał na myśli Holokaust. Ja wtedy zaprotestowałam, upierając się, że nie, że będę znała każdą literkę w tej książce.

Z miłości do ojca wybrałaś żydowską drogę.

Nie, z potrzeby buntu. W dzieciństwie. A potem za przyczyną tej złożonej relacji, która była miłością i buntem, i złością na ojca.

Złością, że masz być tą polską córką…

Przeciwko jego przekonaniu, że żydostwo nie jest moje. Nie wiem, czy tak postanowił z obawy o mnie, czy sądząc, że moje pochodzenie nie jest wystarczająco dobre i nie mam prawa przynależeć do tego świata. Nie miałam jasności, musiałam walczyć.

Walczyłaś ze sobą? Ze światem?

Wybór żydowskiej drogi to również rodzaj buntu przeciwko historii i przeciwko Bogu. Gdyby Bóg chciał, żebym była religijną Żydówką, nie umieściłby mnie w Polsce pod koniec dwudziestego wieku. Fakt, że urodziłam się w Warszawie, bez przynależności do wspólnoty żydowskiej, można odczytać jako sugestię ze strony Wszechmogącego, że żydowskie pochodzenie nie ma znaczenia. Czas i miejsce, w którym żyjemy, dyktują nam, co mamy robić. Część osób związanych ze środowiskiem liberalnym w Polsce ma żydowskie korzenie, ale ich nie pielęgnuje. Ja to rozumiem. W judaizmie jest taka koncepcja tikkun olam*, naprawy świata. Skoro znalazłeś się w sytuacji odległej od swoich korzeni, nie musisz kultywować tradycji żydowskiej, żeby być dobrym człowiekiem. Wystarczy, że zajmiesz się tym, czym powinieneś. W świecie, w którym żydowskie struktury praktycznie nie istnieją, nie ma co ich tworzyć na siłę. Tym bardziej że jest to trudne i bolesne dla Polaków i dla Żydów; jak wsadzanie palca w ranę, która się nie zagoiła. Uświadomiłam sobie stopień tej trudności dopiero w Nowym Jorku, gdy zaczęłam spotykać się z tamtejszymi Żydami i zobaczyłam, jak oni reagują na moją żydowskość i na moją polskość.

A jak?

Dla nich to jest bardzo często przeżycie traumatyczne.

Dlaczego?

Są tak wzruszeni, widząc kogoś stąd, i trochę przestraszeni, że tu wracam… Przyzwyczaiłam się do życia z Holokaustem, z bezmiarem ludzkiego cierpienia, które tutaj miało miejsce, i z pewnym poziomem polskiego cynizmu. Stykając się z tą rzeczywistością na co dzień, jakoś się z nią zrosłam. Dopiero tam odkryłam, że ona odbiega od normy, że to, co robię na co dzień, większość Żydów z Nowego Jorku przerasta.

Co ich przerasta?

Co jakiś czas zjawia się u mnie ktoś, kto zaczyna mi opowiadać swoją historię: „Mam ojca, babcię, dziadka Żyda. Nikt o tym nie wie. Co mam robić?”. Znam dużo osób w trakcie coming outu lub przed coming outem, ale które już nawiązały kontakt ze społecznością żydowską. Są to potomkowie pokolenia, które starało się przekazać dzieciom normalność na siłę, czyli jak najmniej mówić. Milczeli tak skutecznie, że część Żydów właśnie tym milczeniem karmi swoją tożsamość. Ja nie tylko muszę sobie radzić z ich historią, która jest bolesna, i z ich wewnętrznym zagubieniem, ale również z samą sobą i moją na nich reakcją. To takie wielopiętrowe wyzwanie.

Co cię najbardziej pociąga w judaizmie w porównaniu z innymi religiami?

Wiele razy się nad tym zastanawiałam i znalazłam różne skomplikowane odpowiedzi. Niedawno uświadomiłam sobie, że judaizm jest po prostu mój.

Intelektualnie? Emocjonalnie?

Na pewno nie jest to pociąg wyłącznie intelektualny. Analizując chrześcijaństwo i judaizm jako systemy, dostrzegamy sporo analogii. Katolicyzm wydaje mi się problematyczny ze względu na Watykan, ale weźmy na przykład protestantyzm. Czy nie mogłabym być pastorką? Skoro Bóg mnie interesuje, skoro kocham Pismo i lubię hebrajski, tam też to znajdę. Poza tym w protestantyzmie ważne jest prawo kanoniczne, można się spierać i dyskutować, a nacisk na Nowy Testament jest dużo słabszy niż w katolicyzmie.

Gdy czytam w Torze o rabinach, którzy są lewitami, mówię sobie: „Kurczę, przecież to rodzina!”. Może jest coś wyjątkowego w sposobie myślenia? Mam kolegę, ortodoksyjnego Żyda, z którym świetnie się rozumiemy, prowadzimy długie dyskusje. Szmuel mieszka w małej miejscowości, jest w zaawansowanym stadium raka. Podobnie przeżywamy żydowską samotność, która jest bardzo dotkliwa w tym kraju, jak i to, że tylko studiując Torę odczuwamy ulgę. Ja doświadczam bólu egzystencjalnego, on bardziej zmaga się z bólem fizycznym. Mimo cierpienia całkowicie ufa Bogu, nie kłóci się z nim, tak jak ja. Gdy go pytam, dlaczego nie buntuje się, odpowiada, że dla niego ważny jest kidusz haszem*, że poświęcił życie Bogu. Może właśnie o to chodzi? W tradycji żydowskiej są dwie możliwe postawy: poddanie się Bogu jak Szmuel albo walka z nim, jak ja to robię. Bo ja stale zmagam się ze sobą, z Bogiem, ze światem; jestem w nieustannym napięciu. Mimo to uważam, że pełnia to dopiero połączenie tych dwóch postaw. Przykładem może być Abraham, który spiera się z Bogiem o życie mieszkańców Sodomy, i ten sam Abraham, który oddaje w ofierze syna. Niektórzy zresztą podejrzewają go o hipokryzję…

Ja lubię tę interpretację, że zgadzając się poświęcić syna, Abraham sprawdzał Boga.

Oj tak! Sprawdzanie Boga jest bardzo ważne. W żadnej innej religii nie znalazłam tych trzech elementów, które składają się na judaizm: walki z Bogiem, poddania się mu, a jednocześnie bardzo praktycznego skupienia na drugim człowieku. One budują przestrzeń, którą przez cały czas muszę zdobywać, ponieważ z zasady nic nie jest mi dane. Sądziłam, że tak czuje ktoś, kto do tej tradycji musiał dochodzić, trafił do niej jakby z boku. Ale z rozmów z przyjaciółmi urodzonymi w judaizmie, i to chasydzkim, wynika, że im też się wydaje, że muszą tę religię zdobywać. Nie ma nikogo, kto wszystko przeczytał i wszystkiego się nauczył.

Jak się uczyłaś bycia Żydówką?

Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy spotkałam rabina Schudricha, zaczęłam chodzić do niego na zajęcia; potem jeździłam na obozy Fundacji Laudera*. Cała literatura była po angielsku, a ja chciałam się kształcić i rozumieć. Nie jestem bardzo zdolną osobą, nauka wymaga ode mnie dużego wysiłku, a jednak w trzy miesiące praktycznie opanowałam angielski pisany.

Ogromna motywacja.

Nie miałam wyboru. Jednocześnie studiowałam hebrajski i w połowie lat dziewięćdziesiątych dostałam się na najniższy poziom kursu językowego w Izraelu. Trafiłam do szkoły Nishmat, gdzie się nie odnalazłam. Usłyszałam wiele zarzutów ze strony osób związanych ze szkołą, poczynając od tego, że w Polsce żyją sami antysemici, że to jest złe miejsce dla Żydów, a kończąc na podejrzeniach, że ze mną coś jest nie w porządku, bo nie wiadomo, jakim cudem moja rodzina przetrwała. To była szkoła bardzo prawicowa, prawdziwy zimny prysznic. Uświadomiłam sobie, że bycie Żydówką wymaga większego wysiłku, niż myślałam. Wydawało mi się, że trudność leży tylko po jednej stronie: trudno w Polsce, mając żydowskie pochodzenie, stać się Żydem. Nie wiedziałam, jak ciężko być Żydem z Polski po żydowskiej stronie.

Zostać uznanym przez Żydów z Izraela…

Nagle okazało się, że to jest gra, która ma drugie dno.

Ale dałaś sobie z tym radę.

Na początku myślałam, że nie podołam: miałam reakcje ucieczkowe, podjęłam nawet próby odejścia od religii. Jednak po pewnym czasie zrozumiałam, że ten brak akceptacji ma podłoże kulturowe. Że to jest problem, który mają Żydzi – niektórzy Żydzi – ze sobą, z historią, z Holokaustem, że sobie z nim nie radzą i że to ich przeraża, ponieważ ich przerasta. Zaczęłam trochę rozumieć tę drugą stronę.

Widzieć, że to jest ich problem, a nie twój.

Że to jest nasz problem, a nie problem ze mną. Gdy to sobie uświadomiłam, z powrotem zaangażowałam się w życie żydowskie. Dołączyłam do pisma „Jidełe”*, które miało charakter raczej świecki; mnie uważano za najbardziej religijną osobę w redakcji. Współpracowałam również z pismem „Europa” (wydawanym przez byłych współpracowników Radia Wolna Europa), które miało przygotować Polsce grunt do wejścia do Unii Europejskiej. Choć praca była bardzo ciekawa, przez cały czas czułam, że żydowskość jest dla mnie ważniejsza, a świat nieżydowski tak do końca mnie nie kręci. W Brukseli spotkałam zasymilowanych Żydów, typowych świeckich Europejczyków. Pamiętam pewną intelektualistkę, którą moje próby utożsamiania się ze społecznością żydowską bawiły. W porównaniu z tą wielką, wspaniałą Europą, rozkwitającą na naszych oczach, szukanie takiej przynależności kulturowej wydawało jej się drobnomieszczańskie, obciachowe, całkowicie passé.

Kiedy znowu zbliżyłaś się do religii?

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, szukając pracy na wakacje, dostałam propozycję od firmy turystycznej Aureus, która potrzebowała kogoś z hebrajskim i angielskim. Wtedy zresztą zdałam sobie sprawę z pewnego paradoksu: włożyłam ogromny wysiłek w zdobycie wiedzy, którą posiadam, i to się liczy, nawet wbrew mnie. Gdy szukałam pracy poza społecznością żydowską, wartościowe zadania, które mogłam wypełniać, były związane z moją wiedzą. Zawsze kręciłam się wokół żydowskich tematów, nawet jeśli próbowałam od nich uciec. W Aureus pewnego dnia odebrałam telefon. Dzwonił chłopak z Białorusi, że chce zorganizować zwiedzanie obozów śmierci i przywiezie dwa autokary młodych Żydów. Dwa autokary! Kiedy to usłyszałam, całkiem zgłupiałam…

Że tylu Żydów!

No właśnie! I jeszcze z Białorusi! W czasie objazdu spytałam organizatora, czy nie mieliby dla mnie pracy. Pytanie zadałam w sierpniu, a drugiego września byłam już w Mińsku, gdzie przepracowałam rok.

Jak było w Mińsku?

Kolejny szok kulturowy, kolejna mentalność. Tym razem ortodoksyjni Żydzi z Rosji. Zostałam zatrudniona na stanowisku pomocnika rabinatu, kierowałam programem dla dziewcząt przy Aish Ha Torah, agencji przygotowującej Żydów do wyjazdu do Izraela. Agencja kończyła swoją działalność przed Rosz Haszana*. Jeden z rabinów zaproponował: „Wracam do Izraela, jedź ze mną”. Nie miałam innych planów, więc pojechałam. Do tej samej szkoły, w której kiedyś było mi tak źle.

Co ci dał ten pobyt na Białorusi?

Przekonałam się, że nie jestem rosyjską Żydówką. Moje dziewczyny uczyłam z różnym skutkiem, ale można powiedzieć, że głównie starałam się dać im perspektywę feministyczną. A potrzebowały tego, ponieważ wywodziły się ze świata bardzo patriarchalnego, prawicowego, radykalnego.

Rosyjscy Żydzi nie spierają się z Bogiem?

Nie. Oni mówią: „Bóg to mój najlepszy przyjaciel”. Ja ci dziękuję za takiego przyjaciela! Co ciekawe, religijni Żydzi z Rosji uchodzą w Izraelu za bardzo prawicowych, tymczasem znając ich wcześniejsze przekonania, można powiedzieć, że złagodnieli. Odwiedziłam Moskwę, gdzie w odróżnieniu od Mińska bardzo mi się podobało. Zetknęłam się również z czymś, co określam mianem „płaskości duchowej”. Jesteśmy rozpieszczeni pewną wielopłaszczyznowością myślenia, umiejętnością posługiwania się metaforami różnego pochodzenia i funkcjonowania w wielu kulturach jednocześnie. Ale nie wszędzie tak jest. Sądzę, że pod tym względem Warszawa jest bardziej podobna do Paryża niż do Moskwy.

Ta płaskość duchowa… Sprecyzuj!

Lądujesz w Mińsku, mieście płaskim, kamienno-betonowym, z olbrzymimi szerokimi ulicami przystosowanymi do defilad. Na każdym rogu stoją pomniki idiotów o twarzach nieskażonych myślą. Podstawowym punktem odniesienia jest wszechobecny alkohol i taka płaskość myślenia: „trzeba przetrwać, przeżyć, dożyć do jutra; jak się uda jakąś kasę skombinować, to dobrze, jak się nie uda, to źle”. To wszystko. Nie wyczuwało się istnienia miejsca na duchowość. Na duchowość, która jest grą z Bogiem, pytaniem, która jest niedopowiedziana, mistyczna, która nie jest jednoznaczna – na to nie ma miejsca.

Z Białorusi wyjechałaś do Izraela…

Do tej samej prawicowej szkoły Nishmat, z poczuciem, że może coś przegapiłam. Wytrzymałam rok, ucząc się, rozmawiając z rabinami, z dyrekcją. Podstawy mojej wiedzy religijnej, tekstualnej, prawa żydowskiego pochodzą stamtąd. Po roku nadal jednak miałam wrażenie, że to nie jest mój świat.

Dla mnie bardzo ważna jest jidyszkajt*, żydowskość – w sensie chasydzkim, ale również w sensie świeckim. Cenię dialog międzyreligijny, nie uważam, że judaizm ma monopol na to, co wartościowe, a w świecie nieżydowskim udało się wymyślić tylko matematykę i fizykę. Znalazłam szkoły bardziej otwarte, w których lepiej się czułam. Najpierw uczęszczałam do The Pardes Institute, potem do Matan, gdzie działo się mnóstwo rzeczy, dyskutowano o wszystkim, odwoływano się również do nieżydowskich filozofów.

Długo byłaś w Izraelu?

Po Nishmat jeszcze trzy lata. To czas intensywnych studiów. Byłam bardzo aktywna, łącząc naukę z konkretnymi działaniami, na przykład z udziałem w rozmowach z Palestyńczykami.

Nie zakochałaś się?

Zdarzały mi się różne historie. Zaangażowałam się, co zostało źle zrozumiane i z czego wynikły nieporozumienia. Nie mam szczęścia do facetów. To nie jest moja mocna strona.

Jeszcze cię trafi.

Albo tak, albo nie. Wydaje mi się, że za dobrze potrafię czytać w ludziach: jacy są, z czego są zrobieni. Nie spotkałam wielu mężczyzn, szczególnie wolnych, którym można zaufać. Mam na myśli taki podstawowy ludzki poziom. Nie lubię gierek, nie umiem grać, a związki w gruncie rzeczy właśnie na tym polegają. Po co wchodzić w coś, gdy z góry można przewidzieć, czym to się skończy. Odrzucam też kompromis aranżowanego związku.

Mogłabyś teoretycznie zaangażować się w nie-Żyda?

A o czym by ten nie-Żyd ze mną rozmawiał?

Wróciłaś do Polski, bo…

Bo mnie o to poproszono, ponieważ potrzebowano mojej pomocy w rozwiązaniu pewnego problemu. W tym czasie moja mama zachorowała, a ja zaangażowałam się w tutejszą społeczność, w odbudowę życia żydowskiego, w pomoc w tworzeniu struktur i w edukację. Czasami wyściubiam nos z getta, ale robię to z pewnymi oporami.

Zaczęłaś latać regularnie do Nowego Jorku, gdzie studiujesz w religijnej szkole dla kobiet Yeshivat Maharat. Jakie wrażenia?

Żal mi niektórych nowojorczyków. U nich jest tak płasko jak na Białorusi, choć oni o tym nie wiedzą, ponieważ horyzont przysłaniają im reklamy. Mam wrażenie, że w Nowym Jorku wyobcowanie jest tak naturalnym zjawiskiem jak w Polsce brzemię Holokaustu. Wykorzenienie stało się fundamentem tożsamości. My w Europie mamy za sobą tyle wieków historii, która obfitowała w wojny, pozostawiała rany i blizny, wobec której jesteśmy zbuntowani, ale daje nam ona punkty odniesienia, których w Stanach brakuje.

Czego się uczysz w swojej jesziwie?

Poznaję żydowską myśl prawną, filozoficzną i mechanizmy, które kształtują prawo żydowskie, co ma mnie nauczyć je zmieniać. Po ukończeniu szkoły powinnam na tyle znać i rozumieć Talmud*, żeby być w stanie podjąć jakąś decyzję halahiczną* w określonej kwestii.

Czy to znaczy, że zostaniesz rabinką? Kiedyś wspomniałaś, że będziesz miała uprawnienia, ale bez tytułu.

Dziś powiedziałabym, że szukamy trzeciej drogi. Rozwiązania, dzięki któremu kobiety będą miały możliwości uczestniczenia w międzypokoleniowym dialogu rabinów przy zachowaniu pewnej suwerenności, również pod względem tytułu. Na razie nie wiem, co będzie w przyszłości, nie decydujemy się na używanie nazwy raba ani rabi.

Mówisz tak, jakbyście miały wybór. A przecież w ortodoksji kobieta nie ma prawa być rabinką.

Mogłybyśmy postawiać sprawę na ostrzu noża. Są takie głosy, że powinnyśmy zawalczyć, wręcz takie oczekiwania. Kilka razy usłyszałam od dosyć konserwatywnych rabinów pełne wyrzutu pytanie: „Dlaczego nie chcecie iść dalej? Przełamać tej bariery?”.

No właśnie dlaczego?

Podjęłyśmy decyzję o poszukiwaniu nowej drogi, alternatywnego rozwiązania, co zresztą jest niezwykle istotne również z powodów feministycznych. Są dwa rodzaje feminizmu. Taki, który mówi: „Będę jak facet, będę robiła to, co on, i tak, jak on”, co w pewnym sensie jest antyfeministyczne, ponieważ nie pozwala kobiecie być sobą. Możesz również powiedzieć coś innego: „Jestem kobietą, chcę w tej społeczności pełnić inną rolę niż mężczyzna, mieć własne narzędzia, własne doświadczenia, własny język, zachowując przy tym elementy łączności z męskim światem i będąc przez niego rozpoznana i uznana”.

Macie jakieś poprzedniczki?

Tora opowiada historie paru wybitnych kobiet: matriarchini Sary, Miriam, siostry Mojżesza, Debory, która została sędzią, Ester, która przeciwdziałała zagładzie Żydów. Jednak większość kobiet, które odegrały ważną rolę w naszej historii, pozostaje anonimowa. Znaczącym przykładem są córki średniowiecznego rabina Rasziego. Były „uczone w piśmie”, ale zanim założyły tefilin* do modlitw z Tory, miały zwyczaj szczelnie zasłaniać okna, żeby nikt ich nie widział. Wszystko, co kobiety robiły w poprzednich wiekach, było zasłonięte, ukryte. Te, które miały władzę i wiedzę, przekazywały ją innym kobietom przy kuchennym stole.

Przez pewien czas byłaś doradcą religijnym grupy reformowanej Ec Chaim*. Powiedziałaś mi wtedy, że ortodoksja wydaje ci się zbyt elitarna, bo jej zasady są takie trudne do przestrzegania na co dzień.

Pomagałam grupie, która potrzebowała wsparcia w działalności reformowanej. Miałam wówczas problem z tą formą ortodoksji, która była w Polsce dostępna. „Otwartej ortodoksji”, która mi odpowiada, jeszcze u nas nie było. W tej chwili oprócz mnie, studiującej w Nowym Jorku, z tego samego odłamu mamy jeszcze jednego rabina. Zresztą rabin Schudrich też kiedyś do niego należał, dopiero tutaj się oddalił, ponieważ w Polsce nastąpiła pewna haredyzacja życia religijnego. Mam na myśli odpływ rabinów i przywódców religijnych w stronę ultraortodoksyjnego ruchu haredim*. Ja się w wielu sprawach z ich podejściem zgadzam, ponieważ mam podobne korzenie, ale dla mnie, jako kobiety, w tym odłamie nie ma miejsca w roli przywódczej, do której w pewien sposób aspiruję.

Gdy reforma stanęła na nogi, mogłam wrócić do tego, co jest dla mnie naturalne, bo potrzebuję większego zaangażowania w żydowski tekst i praktykę, która z niego wynika. Poza tym widzę możliwość zbliżenia ortodoksji i reformy, chciałabym być ambasadorem pojednania między tymi dwoma odłamami.

Z tego, co mówisz, wynika, że gmina w Polsce się rozwija. Przybywa rabinów? Członków gminy?

Piętnaście lat temu w społeczności żydowskiej tylko parę osób znało angielski, a dziś spokojnie mogę z wieloma koleżankami i kolegami rozmawiać po hebrajsku. Rośnie świadomość, wiedza, zaangażowanie, dojrzałość religijna. Zaczynamy być partnerami dla rabinów, którzy przyjeżdżają ze świata. Rozwój to nie tylko liczby. Zaangażowanie społeczne ewoluuje w czasie: ktoś wyjedzie za granicę, wróci, przeprowadzi się do innego miasta, wycofa z powodu dziecka albo nawału pracy. Rozwój nie zawsze widać w liczbach, ale zawsze w stanie świadomości.

Kasia Mazurkiewicz

Studiowała anglistykę i filologię skandynawską na Uniwersytecie Gdańskim. Uczestniczy w tworzeniu niezależnej gminy reformowanej Beit Trójmiasto*.

Na szabat otrzymujemy dodatkową duszę

Jutro szabas. Jak go spędzisz?

We własnym domu, z moim partnerem Markiem i Maryśką, moją dwudziestojednoletnią córką. Będzie tradycyjnie. Upiekę chały, zrobię śledzia, zapalę świece, odmówię kidusz*, choć nie mam wrażenia, żebym tę modlitwę do końca opanowała. Posiedzimy, pogadamy, jak to w rodzinie. Marek nie jest Żydem, ale jak mawiają moi przyjaciele, jest najbardziej żydowski ze wszystkich gojów. Pięknie uczestniczy w naszej tradycji, bardzo dużo wie i mnie wspiera.

A Maryśka?

Ona wchodzi w to bardzo powoli. Przy czym − co zabawne – i ja, i moje dwie córki dowiedziałyśmy się o naszym pochodzeniu w tym samym wieku, mając dwanaście lat.

Taka tradycja rodzinna?

Z mojej strony to nie było zamierzone, jakoś tak samo wyszło. Może jednak nie całkiem przypadkiem, bo w tym wieku akurat przechodzi się bat micwę*.

Opowiedz, jak to z tobą było.

Do dziś wszystko dokładnie pamiętam. Moja przyszywana ciotka Marysia, przed wojną narzeczona wujka Kazika, mieszkała we Wrzeszczu, a pracowała w Sopocie. Po drodze z pracy do domu często wpadała do nas, do Oliwy. Raz zadzwoniła, czy mogę wyjść po nią na stację. Spotkałyśmy się na dworcu i tak sobie szłyśmy spacerkiem w kierunku Przymorza. I właśnie na tym spacerku dowiedziałam się, że dziadkowie byli Żydami z rodziny zasymilowanej. Ja ich nie znałam. Dziadek zginął w 1939 roku, zastrzelony przez Niemców, nie jako Żyd, ale jako urzędnik państwowy. Był wiceburmistrzem Sieradza. Niemcy, obawiając się rozruchów 11 listopada, aresztowali władze miasta jako zakładników. Nic się nie wydarzyło, ale zakładnicy i tak trzy dni później zostali rozstrzelani. A babcia zmarła pół roku przed moimi narodzinami. W domu nie było żydowskich śladów: mój ojciec był komunistą, ateistą, świąt się nie obchodziło oprócz tradycyjnej Wigilii. Nie przyjmowaliśmy księdza po kolędzie, czego wprawdzie nie rozumiałam, ale się przyzwyczaiłam. W dzieciństwie przeżyłam pierwsze podejście do religii katolickiej. Wszystkie dzieci chodziły do kościoła na lekcje, więc ja też chciałam. Tata pozwolił. W małej salce katechetycznej były tak twarde drewniane ławki, że nie sposób było w nich usiedzieć bez ruchu przez godzinę. A zakonnica miała taką długą, drewnianą linijkę. Gdy ktoś rozrabiał, głównie chłopcy, to oczywiście tą linijką obrywał. Poza tym pokazywano nam filmy religijne, okrutne, potwornie krwawe. Niektórym dzieciom to się podobało, ale nie mnie, do dziś nie znoszę przemocy na ekranie. Któregoś dnia nie wytrzymałam i wróciłam do domu z płaczem. „Jak nie chcesz, to nie chodź” – usłyszałam. Na tym skończyła się moja edukacja katolicka.

Jak zareagowałaś na wyznania cioci?

Nijak. Przyjęłam do wiadomości. I już.

Rodzice nie mieli do niej pretensji?

Nie.

Jak myślisz, dlaczego zdecydowała się ci to powiedzieć?

Nie mam pojęcia. Tym bardziej że była praktykującą katoliczką. Choć w sprawach żydowskich dobrze się orientowała, nie sądzę, żeby znała symbolikę bat micwy. Może działała pod wpływem impulsu, chwili? Może w tym momencie ktoś z góry ją do tego… popchnął? W swoim czasie ja też uświadomiłam córki pod wpływem chwili, nie planowałam tej rozmowy ani z Ewą, ani z Marysią. Nasz dom nie był religijny. Zawsze twierdziłam, że przede wszystkim jestem Polką, tu się urodziłam, wychowałam. Długo nie miałam potrzeby afirmacji żydowskiego pochodzenia. W liceum tylko raz spotkało mnie coś obrzydliwie antysemickiego: kolega z wyższej klasy, rasowy blondyn o niebieskich oczach, zaczął nie wiadomo dlaczego opowiadać o mnie jakieś wyssane z palca historie. Kiedyś podeszłam do niego na przerwie i spytałam, dlaczego to robi, przecież nawet się nie znamy. „Bo ty jesteś pierdoloną Żydówą i ciebie trzeba zniszczyć” – powiedział. Mną rzuciło. Ja przede wszystkim czułam się Polką.

Jak córki zareagowały na historię rodzinną?

Starsza, Ewa, przyjęła to mniej więcej tak jak ja, spokojnie. Natomiast młodsza wybuchła płaczem. „Matko jedyna, co się stało?”, spytałam. A Marysia na to: „Mamo, ja nie chcę być Żydówką”. „Ale dlaczego?” „Bo Żydów nikt nie lubi”, odpowiedziało moje dwunastoletnie dziecko.

W tym momencie aż przysiadłam, bo to oznaczało, że już zdążyła otrzeć się o coś nieprzyjemnego.

Pocieszałaś ją?

Raczej tłumaczyłam: „Marysiu, ja po prostu chciałam, żebyś wiedziała, zanim przypadkiem uświadomi cię ktoś inny. Pamiętaj, że masz swoją drogę, ja nie będę wywierać na ciebie żadnej presji”. Na początku, jak wspomniałam, był płacz i rwanie włosów z głowy…

Dowiedziałaś się, skąd te łzy?

Myślę, że w szkole dzieci robiły sobie takie ogólne śmichy-chichy albo rzucały głupie uwagi o Żydach. Potem Marysia zaczęła przynosić do domu antysemickie dowcipy, które opowiadała, obserwując moją reakcję. Przekonałam ją, że żartowanie z krematoriów nie jest zabawne.

Gdy wyraziła chęć uczestniczenia w lekcjach religii, zareagowałam tak, jak w swoim czasie mój tata: chcesz, proszę bardzo. I właśnie na lekcji religii moja trzynastoletnia wtedy córka wykonała rodzaj coming outu. Tuż po Rosz Haszana* oznajmiła przy całej klasie: „A Żydzi teraz obchodzą Nowy Rok!”. „Skąd wiesz?” – spytał ksiądz. „Bo jestem Żydówką” – odpowiedziała.

Nie omieszkała pochwalić się tym w domu. „Dobrze, dziecko, nie stało się nic złego”, uspokoiłam ją.

Maryśki jeszcze nie było na świecie, gdy ty zaangażowałaś się w Solidarność.

Na świecie była Ewka, urodzona w 1983 roku, dziecko stanu wojennego. Gdy byłam z nią w ciąży, nosiłam ulotki przywiązane do brzucha, z założeniem, że ciężarnej nikt nie ruszy. Później, w jej wózeczku, pod materacykiem, przewoziłam matryce czy ulotki zawinięte w folię, żeby ich nie zasikała.

Przed stanem wojennym pełniłaś jakąś oficjalną funkcję?

Prowadziłam biuro prasowe Solidarności. Na I Zjeździe, gdy zwaliła się cała masa dziennikarzy ze świata, dostałam przydomek „Kasia wszystko może”. Zwracano się do mnie z najdziwniejszymi sprawami, a ja załatwiałam. Po obradach szło się na imprezę, do domu trafiałam nad ranem, ale o ósmej już urzędowałam w biurze. To był piękny czas – zapału, nadziei; pamiętam, że fruwałam. Dzisiejsza Solidarność powinna mieć zakaz używania tej nazwy, bo ma się nijak do tego, co było.

Byłaś wzywana na przesłuchanie do pałacu Mostowskich w Warszawie…

Po ogłoszeniu stanu wojennego koledzy z Solidarności pod bokiem milicji błyskawicznie wywieźli z biura prasowego cały sprzęt nagrywający. Potem Marian Terlecki go używał, ukrywając się jednocześnie przed ubecją. Szukano go, ale bezskutecznie. Mnie wezwano do gdańskiego Urzędu Bezpieczeństwa na Okopowej, żeby wyciągnąć informacje o jego kryjówce. Oczywiście niczego się ode mnie nie dowiedzieli. Kiedy Mariana złapano, kilka razy byłam wzywana na przesłuchanie w jego sprawie do pałacu Mostowskich.

Twoja działalność w podziemiu została doceniona?

Marek Łochwicki, z którym pracowałam przy I Zjeździe Solidarności, prosił, żebym wysłała Mirkowi Chojeckiemu swój biogram do opracowania historycznego, które przygotowywał, ale nic mu nie wysłałam. Chyba jestem wymieniona w książce o gdańskiej Solidarności, wydanej przez Videostudio z okazji dwudziestopięciolecia istnienia niezależnej telewizji. Nie jest to dla mnie specjalnie ważne.

Należałaś do tych kobiet Solidarności, które z wyboru trzymały się w cieniu.

Działałam w podziemiu, bo to wydawało mi się słuszne, z przekonania i z potrzeby serca. Nie robiłam tego dla profitów i nie uważam, żebym miała czym się afiszować.

Jak to się stało, że zachciało ci się odgrzebywać żydostwo? Pochodzisz przecież z rodziny zasymilowanej.

Zaczęłam się tym interesować, ale dosyć powierzchownie, w wieku około trzydziestu pięciu lat. Przełom nastąpił w roku 2000, po śmierci ojca, z którym czułam się bardzo związana. Tylu rzeczy mnie nauczył, nawet łowienia ryb. Wprawdzie na żydowskie tematy nigdy nie rozmawialiśmy, ale po latach uświadomiłam sobie, że znam żydowskie piosenki, bo tata je śpiewał. Albo mi opowiadał, jaki to był w dzieciństwie głupi, nie lubiąc ryb, bo jego mama robiła taką doskonałą mieloną rybę! Dziś wiem, że po prostu wspominał gefilte fisz. Nie potrafiłam poradzić sobie z jego śmiercią. Straszliwie wtedy potrzebowałam Boga, wprost straszliwie.

Poszłaś do synagogi?

Poszłam do kościoła św. Jana w Gdańsku, który poleciła mi znajoma, gdzie rektorem jest ksiądz Krzysztof Niedałtowski, człowiek niezwykłej wiedzy i inteligencji. Trochę znałam go z teatru, gdzie wtedy byłam zatrudniona, a on, jako duszpasterz środowisk twórczych, przychodził tam z opłatkiem. Jego kazanie zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie. Niczego nie nakazywał, tylko pokazywał drogę, na zasadzie: chcesz, to skorzystaj, nie chcesz, nie będę miał pretensji. Zaczęłam regularnie przychodzić na msze w niedziele, ale nie byłam w stanie w pełni uczestniczyć w modlitwach. Nie bardzo znałam ich słowa, a gdy już poznałam, pojawił się inny problem. Ojcze nasz mogłam odmawiać bez oporów, ale wyznanie: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”, nie przechodziło mi przez usta.

Milczałaś? Przeczekiwałaś?

Tak. Również nie klękałam. Po prostu się kłaniałam. Patrzyli na mnie… Chociaż nie, tam bywała inteligencja i nikt na nikogo krzywo nie patrzył. Baba chce się kłaniać, to niech się kłania. Ja jednak stwierdziłam, że nie będę oszukiwać Boga i siebie. Kościół katolicki nie był dla mnie.

Dlaczego nie poszłaś od razu do synagogi?

Wiedziałam, że jest gmina żydowska we Wrzeszczu, ale wcześniej w jej władzach był mężczyzna, o którym miałam tak złe zdanie, że nie wyobrażałam sobie, że mogłabym mu podać rękę. Potem okoliczności się zmieniły. Mietek Abramowicz, rzecznik prasowy gminy, opublikował swoją książkę o gdańskich Żydach2 w wydawnictwie, w którym wtedy pracowałam. Jej promocja miała się odbyć właśnie w synagodze. Pojechaliśmy tam razem, ja cała w nerwach. Na tej promocji okazało się, że wiceprzewodniczącym gminy jest mój kolega sprzed dwudziestu lat. Wiedziałam, że jest Żydem, bo wygląda jak z obrazka. Nie jestem pewna, czy on wiedział o mnie, choć ja też mam raczej charakterystyczną urodę. Widząc go, odetchnęłam. Znajoma twarz, znajomy człowiek. Następnego dnia miały być w synagodze obchody Rosz Haszana, na które mnie zaproszono. Przyszłam. Pełno obcych ludzi. Wzięłam kawałek chały, umoczyłam w miodzie i cała się tym miodem utytłałam…

Ze zdenerwowania?

Oczywiście. Tłum, tłok, a ja musiałam przebić się do łazienki, żeby jakoś się obmyć. Przechodząc obok pewnej pani, usłyszałam, jak mówi: „Nie, ona nasza, na pewno nasza!”. Odwróciłam się. Spojrzałyśmy na siebie. „Ojej, bardzo panią przepraszam”, powiedziała ta pani. Ja na to: „Nie szkodzi, miło mi, że jestem wasza”. Gdy z nią potem rozmawiałam, podeszła inna osoba i spytała: „A dlaczego ja panią widzę pierwszy raz?”. Lody zostały przełamane. Zostałam w gminie przez sześć lat. Mimo że nie mam ortodoksyjnej duszy, w najmniejszym stopniu.

Jaki to był rodzaj ortodoksji?

Moim zdaniem najgorszy z możliwych. Wymagano od ludzi przestrzegania prawa, natomiast ten, kto tego wymagał, sam go nie przestrzegał. Długo to wytrzymywałam, bo chciałam robić coś z Żydami i dla Żydów. Dosyć niemiło się rozstaliśmy, gdy moi koledzy z gminy, którzy przecież znali mnie od lat, uwierzyli w jakieś głupie plotki. Wszystko było dobrze, dopóki byłam uległa, nie zwracałam nikomu uwagi, nic nie mówiłam. Kiedy zaczęłam głośno wypowiadać swoje zdanie, panowie się na mnie obrazili.

Byłaś w gminie jedną z niewielu aktywnych kobiet?

Tak. Panowie z racji pełnionych funkcji urzędowali, a ja robiłam całą resztę: gotowałam, sprzątałam, porządkowałam dokumenty. Jak coś robię, wkładam w to całą siebie – tak jestem skonstruowana i nie potrafię inaczej. Moi znajomi się śmieją, że ze mnie taka aktywistka.

W Solidarności byłaś od czarnej roboty, ale w gminie w pewnym momencie tak dostałaś po nosie, że już nie chciałaś usuwać się w cień.

Bo ileż można, są granice! Poza tym Solidarność to był wielki ruch, w dużym stopniu anonimowy. A gminę traktowałam jak swój dom, swoją rodzinę. Dostać po głowie od rodziny to boli. Na początku było mi strasznie źle, przez rok cierpiałam. Potem się uspokoiłam, a potem znalazłam drogę do wspólnoty reformowanej. I co się stało? Od razu wzięłam się do roboty. Trzeba robić, działać. Panowie, do roboty… Ja dalej się boksuję.

Znalazłaś drogę do Boga?

Wydaje mi się, że tak. Nauczyłam się… Zaczęłam wsłuchiwać się w to, co życie przynosi. Wiem, że gdy mam duży problem, i pytania, na które teoretycznie nie ma odpowiedzi, to zawsze tę odpowiedź dostanę w ten czy inny sposób. Mój mąż Marek zmarł w 1993 roku, gdy miał trzydzieści dwa lata. Był młodym, mądrym, pięknym człowiekiem. Ja też byłam młodsza i inaczej to przeżywałam niż śmierć ojca. Każdy, kto znajdzie się w takiej sytuacji, zadaje to samo pytanie: „Dlaczego? Jak mogłeś!”. To pytanie mnie nurtowało, właściwie cały czas tkwiło w mojej głowie. Do niedawna. Aż przypadkiem obejrzałam jakiś film w telewizji − nie pamiętam tytułu – który dokładnie oddawał moją sytuację. Pokazywał niemożność akceptacji, ale też jakby… Czasami trudno coś zwerbalizować, bo silne uczucia są słabo przekazywalne. To, co się stało, wtedy było dla mnie straszne. Straciłam ukochanego faceta i zostałam sama z dwójką małych dzieci. Maryśka miała zaledwie roczek. Ten film pokazywał, że można podejść do tego inaczej, bardziej okrężną drogą: po prostu dostałam takie zadanie, to zostało mi przeznaczone w momencie, kiedy dusza wchodziła w moje ciało.

Żeby przetrwać i… co?

Ja przedtem byłam inną osobą. Śmierć Marka mnie ukształtowała, zmieniła, nauczyła ogromnej pokory, innego traktowania ludzi. Zanim do tego doszłam… Gdyby Marek żył, byłabym innym człowiekiem. Te odpowiedzi od Boga dostaje się w przedziwny sposób, a moją drogą do Niego na pewno jest ich zgłębianie. Gdy pierwszy raz uczestniczyłam w modlitwach w synagodze, stwierdziłam, że jestem w domu. A przecież nie znałam hebrajskiego, byłam zielona. Opanowało mnie poczucie spokoju i pewności: tak, jestem w domu.

Co by twój tata na to powiedział? Rodzina zasymilowana, a ty nagle czujesz się w synagodze jak w domu.

Z całej rodziny tylko we mnie obudziła się żydowska dusza. I to z hukiem, robiąc wielkie bumm! Mam dwoje kuzynów, którzy wiedzą o naszym pochodzeniu, ale nic z tym nie robią. I krewnego w Anglii, który nosi żydowskie nazwisko, lecz również w nic się nie zaangażował. Moja rodzina jest spowinowacona z Rubinsteinami: Artur był kuzynem babki, o czym też w dzieciństwie poinformowała mnie ciotka Marysia. Tylko że wtedy nie wiedziałam, kim jest Artur Rubinstein.

Tata nie miałby nic przeciwko temu, bo był człowiekiem, który pozwalał każdemu iść własną drogą. Za to mama, z katolickiej rodziny, ale jak to często bywa niepraktykująca, nabija się ze mnie, nazywając moje żydowskie życie religijne moim „widzimisię”. „Mamo – mówię – takie widzimisię może trwać rok, dwa lata, ale nie prawie dziesięć lat!”. Ale chyba już zaczyna się przyzwyczajać, bo kiedy jestem u niej i akurat wypada szabat, zapalam świece, modlę się, a ona nie reaguje. Gdy Chanuka* pokrywa się z Bożym Narodzeniem, przywożę na Wigilię chanukiję* i też zapalam świece.

Marysia zawsze obchodzi z tobą szabat?

Nie zawsze. Ona jest w tym wieku, że w piątek wieczorem imprezuje. Od trzech lat ma tego samego chłopaka, który dobrze się u nas zaaklimatyzował. W domu na drzwiach wisi mezuza*, tu stoi chanukija, tam widać gwiazdę Dawida, co krok to żydowski symbol. Jeden z kolegów Marysi uznał, że więcej do niej nie przyjdzie, bo jest ich za dużo. I dobrze! Ja uważam, że prowadzę dom wielowyznaniowy. Marek, mój partner, jest katolikiem; wątpiącym, ale jednak. On mnie wspiera w mojej religii, ja go w jego. Przyjmujemy więc co roku księdza po kolędzie, który jednak, dziwna sprawa, przeważnie szybko wychodzi.

A Ewa?

Starsza córka już założyła rodzinę. Ma swoje życie i jest na nim skoncentrowana. Nie neguje żydostwa, ale w tej chwili go nie potrzebuje. Maryśka jest taka jak ja, nadwrażliwa i emocjonalna, a Ewa raczej introwertyczna, trzyma dystans. Jednak jej też się zdarza mieć pewne emocjonalne przeżycia. Na obozie Taglitu* w Izraelu, gdy dotknęła Ściany Płaczu, łzy jej same pociekły. –„Mamo, nie wiem, co mi się stało” – opowiadała mi potem. A ja wiedziałam: ona poczuła jedid nefesz*, pieśń duszy. Przodkowie w niej się odezwali.

Dlaczego lepiej czujesz się w reformie niż w ortodoksji?

Być może nie miałam szansy poznania prawdziwej ortodoksji, ale myślę, że tak czy inaczej nie byłaby moja. Reforma jest bardziej ludzka. Jej otwartość czasami mnie zdumiewa.

W gminie było tak zasadniczo, że mężczyzna nie podawał ręki kobiecie?

Tak, oczywiście. Przewodniczący witał się ze mną małym paluszkiem.

Na zasadzie dowcipu?

Tak.

A w reformie?

Gdy tylko weszłam w reformę, to z wrażenia zgłupiałam. Pamiętam, jak rabin Gil Nativ przyjechał z Warszawy na szabat i na sobotniej szachricie* wyjął taką małą Torę*. Byłam przyzwyczajona do tego, że kobieta ma się trzymać od niej z daleka… On stanął przy mnie z tą Torą, a ja też stałam i nie wiedziałam, dlaczego rabin tak na mnie patrzy i na co czeka. Dopiero jego żona, Ziva, mi podpowiedziała…

Że masz prawo…

Że mogę Tory dotknąć. Nagle poczułam się spełniona.

Podczas Simchat Tora* kobiety mogą nawet tańczyć z Torą.

Ja to święto znałam z synagogi. Wtedy wyjmuje się zwoje z aron ha-kodesz, czyli szafy ołtarzowej, i każdy po kolei trzyma je w ramionach, obnosząc w takt nuconej melodii wokół bimy*. To jedyne święto, gdy kobiety mogą tańczyć obok mężczyzn – oczywiście pod warunkiem, że się nie dotykają. Dla mnie to było wielkie przeżycie. Co roku wyczekiwałam tego dnia, aż pewnego roku się nie doczekałam. Przewodniczący gminy nie pozwolił mi zatańczyć z Torą.

Pominął cię?

W pełni świadomie.

Naraziłaś się i chciał cię ukarać?

Stwierdził, że to będzie nieortodoksyjne. A rok wcześniej przecież tańczyłam.

Co jeszcze odpowiada ci w reformie?

Poczucie wspólnoty, czego nie znalazłam u ortodoksów. Przynajmniej u tych, których znam. Kobieta jest tam od ciężkiej pracy, od tyrania. Natomiast nie do końca jest dopuszczana do spraw duchowych. U nas w synagodze nawet jeżeli na modlitwy przyszło mało osób, to i tak kobiety musiały siedzieć przed drzwiami.

Babińca nie było?

Za babiniec służył właśnie korytarz przed drzwiami. Ja prosiłam, argumentowałam, że sala modlitewna jest wystarczająco duża, a czasami przychodzi tak mało ludzi. Postawmy mechicę*, pozwólmy kobietom wejść do środka. Nie i nie. Po sześciu latach nagle zobaczyłam, że może być inaczej. Bardziej rodzinnie.

Gdy trafiłaś do reformy, twoją pierwszą reakcją było: „No to róbmy!”. Co robicie?

Wyobraź sobie tworzenie jakiejś struktury od podstaw. Najpierw trzeba było dać się poznać, teraz jest czas pisania statutów. Na razie nie mamy własnego miejsca i spotykamy się na szabasach w prywatnych domach. Co dwa tygodnie przyjeżdża do nas z Warszawy kantorka Iza Rachela Foremniak i wtedy szabat* jest bardziej uroczysty, przychodzi od piętnastu do czterdziestu osób.

Ten czas tworzenia czegoś, w prywatnych domach, bywa bardzo intensywny.

Oczywiście, jest kapitalnie. Ale mamy dużo pomysłów, na których realizację nie ma szans bez własnej siedziby. Zamierzamy zorganizować kursy hebrajskiego, już mamy dwie grupy, początkującą i zaawansowaną, planujemy też zajęcia z jidysz. Jest dużo chętnych na naukę tańców izraelskich, nasza plastyczka ma gotowy projekt warsztatów wycinanek żydowskich. Brakuje tylko własnego miejsca.

Masz jakieś konkretne zadanie?

Wzięłam sobie na głowę przygotowywanie szabatów. Gotuję. Podobno nieźle. Pracy jest sporo, ale zawsze zaczynam od upieczenia chały, bo potem już jestem spokojna. Już jest szabes. Co do reszty, ile zdążę zrobić, tyle zdążę, natomiast chała jest podstawą.

Jeżeli nie wiesz, ile osób przyjdzie, piętnaście czy czterdzieści, to zrobisz za dużo albo za mało.

Za mało jeszcze się nie zdarzyło. Około czterdziestu osób (dokładnie trzydzieści sześć) przyszło tylko raz, gdy w zaproszeniach napisaliśmy, że będzie rabin ze Stanów. Wtedy ledwieśmy się pomieścili. Postanowiliśmy dać ludziom wybór: mogą coś przynieść, jakąś sałatkę lub wino, albo dorzucić się do cedaki*. Wysyłając zaproszenia, zawsze prosimy o informację zwrotną – czy ktoś przyjdzie i czy planuje coś przynieść. Niestety, to nie działa tak, jak by się chciało. Odpowiedzi dostajemy od czterech osób, a na szabat zjawia się dwadzieścia pięć. Cały ciężar przygotowań i tak na mnie spoczywa. Mam swoje menu, swoje specjalności, na przykład siekane wątróbki, czyli gehakte leber, śledzie, gulasz wegetariański na słodko albo na ostro. Koniecznie musi być pasta jajeczna, a to dlatego, że pewien pan przychodzi na szabaty tylko dla niej. Tak mi powiedział, żartując oczywiście, lecz ja widzę, jak się nią zajada, co jest zresztą bardzo miłe.

Przygotowania zajmują ci pewnie cały piątek, jeżeli nie dłużej.

Dłużej. Czwartek też.

I to wszystko pro publico bono?

Tak.

Zajmujesz się tym samym co kiedyś w gminie.

Tak. Ale tu robię to z radością, z przyjaźni. Nie mam poczucia, że jestem wykorzystywana. Ludzie się cieszą, chwalą mnie. W gminie to było tak oczywiste, że posiłek szabatowy został przyrządzony i podany, że nikt nie zwracał na to uwagi. Pojedyncze osoby czasami podchodziły powiedzieć, że coś im smakuje. Generalnie im się należało.

Jak wytrzymujesz tempo, jeżeli przygotowania do szabatu zaczynasz już w czwartek?

W piątek, gdy skończę siekać i przyprawiać, i zostaje mi na przykład godzina do rozpoczęcia szabatu, bywam tak zmęczona, że nie wiem, jak dam radę. A potem dostaję takiego kopa, że mogę urzędować do drugiej w nocy. Zawsze czuję wsparcie stamtąd, z góry. Bo przecież na szabat otrzymujemy dodatkową duszę.

Dodatkową duszę?

Po hebrajsku nazywa się neszama jetera. To jakby iskra wieczności, która w nas wstępuje, pozwalając oderwać się od codzienności i lepiej cieszyć szabatowym odpoczynkiem.

Symcha Keller

Kantor, rabin, przewodniczący Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Łodzi.

Zawsze bądź sobą

Charakterystyczny dla gminy łódzkiej jest jej chasydzko-mistyczny charakter. Jak to wygląda w praktyce?

Istotą rzeczy jest to, że gmina w Łodzi nie straciła ciągłości i kontynuuje przedwojenne tradycje Żydów łódzkich. W porównaniu z Warszawą, Krakowem czy Wrocławiem, gdzie dziś elitę Żydów tworzą ludzie napływowi, w Łodzi było inaczej. Przede mną przewodniczącym gminy też był łódzki Żyd, a duchowym przywódcą Izaak Froimowski, chasyd, kantor na dworze cadyka* z Radoszyc. To on uczył mnie śpiewać, dzięki niemu poznałem melodie, których on sam nauczył się przed wojną u cadyka z Radoszyc. Wszystko, co mi przekazał, ja dziś pielęgnuję: u nas modlono się zawsze w laszon ha-kodesz*, a nie we współczesnym hebrajskim jak w Krakowie albo Warszawie. W bożnicy mamy oryginalne meble chasydów z Kozienic, typowe stoły tiszowe*, a trzeba wiedzieć, że w naszej tradycji ludzie nie siedzieli w ławkach, jak w Krakowie, tylko wokół stołów. Każdy element ma swoją historię, na przykład klamka do drzwi pochodzi z mieszkania cadyka z Aleksandrowa. To wszystko zostało, ja to przejąłem po moich poprzednikach, którzy byli stąd, tak jak ja. Myśmy niczego nowego nie stworzyli, nam udało się ocalić to, co było przed nami. Dlatego w szabat te melodie są, jakie są, dlatego tańczymy i pijemy śliwowicę, a nie wino i coca-colę. My tutaj uważamy się za jedną wielką rodzinę, w związku z tym w szabat zapraszamy do wspólnego stołu kobiety. Jeżeli to komuś się nie podoba, niech idzie gdzie indziej, a jeżeli się podoba, to niech siada, je i pije razem z nami.

Po wojnie przez wiele lat rabinem był Zew Wawa Morejno, postać niezwykła.

Bezdyskusyjnie był najbardziej znanym, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjnym rabinem Łodzi. W roku 1956 objął też funkcję naczelnego rabina Polski, z której został usunięty rok później, ponieważ był zbyt kontrowersyjny. Na czym to polegało? Otóż w swoim widzeniu świata nie zmienił się od przedwojnia ani na jotę. Był ultraortodoksyjny. Przeciwstawiał się liberalnemu traktowaniu Tory i emigracji Żydów do Izraela, przez co wszedł w konflikt z rabinem Kahane, przewodniczącym Naczelnej Rady Religijnej. Miał długą siwą brodę, na co dzień nosił kapotę i wysoki czarny kołpak. Przede wszystkim był jednak absolutnie bezkompromisowy. W pewien sposób było to niezwykłe, chwalebne, wręcz bohaterskie. Własną piersią bronił przed zniszczeniem cmentarze i synagogi. Walczył jak lew o każdą żydowską książkę. Gdy w 1951 roku władze Łodzi postanowiły zbudować drogę przez cmentarz, ostro przeciwstawiał się tej decyzji. Bezskutecznie. Był osobą niewygodną, inwigilowano go bez przerwy. W roku 1957 wyemigrował do Izraela, ale wrócił, bo uważał, że miejsce Żydów jest w Polsce. Nadal posługiwał się tytułem naczelnego rabina Polski, za co był wielokrotnie karany. Po marcu 1968 roku, gdy głośno protestował przeciwko nagonce na Żydów, zamknięto go w zakładzie psychiatrycznym, grożąc, że jeżeli nie wyemigruje, zostanie uznany za niepoczytalnego. Nie ugiął się. Na wyjazd zdecydował się dopiero w 1972 roku, gdy już prawie nie było religijnych Żydów w Łodzi. Wrócił do Polski za mojej kadencji, w 1993 lub 1994 roku. Niestety, te przeżycia odcisnęły na nim tak mocne piętno, że zupełnie nie można było się z nim dogadać.

Pozostał ultraortodoksyjny, co nie pasowało do tamtych czasów.

On przede wszystkim był agresywny wobec ludzi z naszej społeczności. Są różne sposoby reagowania. Jeżeli idę ulicą i spotykam człowieka z gminy, który przed chwilą obchodził szabat w synagodze, a teraz pali papierosa, to odwracam głowę. Ja tego nie widzę, bo nie jestem policjantem Pana Boga. A Morejno podchodził i żywo reagował, czasami nawet agresywnie. Wszyscy jeszcze pamiętają słynną bijatykę w synagodze Nożyków między nim a rabinem Joskowiczem, ponieważ każdy z nich uważał się za naczelnego rabina Polski. Darzyłem go olbrzymim szacunkiem, uczyłem się z nim, lecz było trudno, bo on ciągle walczył, wytykał ludziom niewłaściwe zachowanie, nie przestawał interweniować u władz. W końcu musiałem powiedzieć: „Rabi, mam dosyć. Nie chcę tych kłótni, tych awantur, to nie jest po żydowsku”. W 1995 roku wyjechał z Polski, a w roku 2011 zmarł w Nowym Jorku.

Jaka była pana droga do judaizmu?

Mam dosyć bujną karierę, na różnych etapach życia robiłem różne rzeczy. W latach osiemdziesiątych należałem do nieformalnej grupy skupiającej osoby o zamiłowaniach artystycznych – to byli malarze, muzycy, plastycy. Z kolegami założyliśmy Katharsis, kapelę reggae, w której śpiewałem własne teksty; uchodziła ona wtedy za kultową, a potem stała się legendą. Wypracowaliśmy bardzo mocną posthippisowską tożsamość. Nie współpracowaliśmy z żadnymi organizacjami podziemnymi – KOR-em czy KPN-em – mimo to ostro działaliśmy w stanie wojennym. Mnie samego dwa razy zatrzymano w areszcie. Sprzeciwialiśmy się wszelkiemu zaszufladkowaniu, odcinając się ideologicznie od ruchu rastafari, jako nienależącego do naszej kultury. Traktowaliśmy muzykę reggae jako nośnik tekstów antywojennych, anyreżimowych, czasami naiwno-baśniowych, o naszych marzeniach i aspiracjach.

Przyszedł moment, gdy kapela przestała mnie kręcić. Co dalej? Artystą być nie chciałem, politykiem tym bardziej. Poczułem, że muszę ochłonąć, dać sobie czas na zastanowienie. Przeprowadziłem się na lubelską wieś, gdzie wynająłem dom. Obok mieszkali Słoma, Klejff, ludzie, jak byśmy dziś powiedzieli, z kontrkultury. Wiedziałem, że jestem Żydem, dziadek o to zadbał, bywałem czasami w synagodze w Łodzi. Kontakt był, identyfikacja była, ale bez konsekwencji. Po roku wspaniałego pobytu na wsi, który bardzo lubię wspominać, i ciężkiej pracy fizycznej w spartańskich warunkach, których się nie boję, postanowiłem pojechać do Izraela. Ostatecznym impulsem do działania stało się mistyczne przeżycie w Lublinie, na grobie Widzącego. Na tej mojej wsi miałem już odpowiednie książki, które zaczęły pojawiać się na rynku polskim, na przykład Opowieści chasydów Martina Bubera (wydane przez ojców paulinów z Częstochowy), Nachmana z Bracławia, Singera, Szaloma Alejchema. Zrozumiałem, że chciałbym pójść żydowską drogą, ale drogą związaną stricte z nurtem chasydzkim. Nurt litwacki* mnie nie interesował.

Jakie pan miał przeżycie mistyczne na grobie Widzącego?

Grób Widzącego to jest bardzo specyficzne miejsce. Ma w sobie jakąś energię, moc. Nie lubię fantazjować, nie lubię też nadinterpretacji à la Däniken, więc stwierdzam po prostu fakt. Potwierdzają to również Polacy, którzy często tam przychodzą prosić o zdrowie dla kogoś z rodziny. Widzący był cadykiem. W naszej tradycji rebe do czasu przyjścia Mesjasza nie rozstaje się ze światem, częścią swojej energii nadal oddziałując na nasze obecne życie. Stąd pielgrzymki na groby cadyków. Życie Widzącego stanowiło dla mnie niezwykłą inspirację, ponieważ był on cadykiem specyficznym, buntownikiem, co jest mi bliskie. Wbrew zakazowi opuścił swego mistrza, Elimelecha z Leżajska, i stworzył własny dwór, składający się głównie z ludzi młodych. Ja lubię takie postępowanie, gdyż uważam, że człowiek powinien być sobą, powinien szukać siebie. I on to zrobił. Miał dosyć ciekawy dar, podobny do jasnowidzenia, dzięki któremu patrząc na kogoś lub na coś, widział głębię danego zdarzenia albo człowieka. Różne legendy chasydzkie mówią, że zgodnie z mistyczną luriańską tradycją gilgulu*, czyli wędrówki dusz, był w stanie dostrzec w człowieku jego poprzednie wcielenia.

Miał przy tym niesamowitą charyzmę. Ubierał się w zwykłą kapotę, chodził do knajp na Piaskach, siedział ze złodziejami i pił wódkę. Pił dużo, popalał bez przerwy dziwną fajkę, cały czas w stanie jakiegoś, powiedziałbym, uniesienia. Nie traktujmy go jednak jak hippisa, oszołoma. To był człowiek niezwykle wykształcony. Dzięki wiedzy, jaką posiadłem, mogąc studiować jego teksty, mam prawo powiedzieć, że był geniuszem. On interpretuje Torę zupełnie inaczej niż większość rabinów, odnajduje znaczenia niedostępne dla tradycyjnego judaizmu. Był twórcą całego polskiego chasydyzmu, miał tysiące uczniów. Wszystkie dwory: Góra Kalwaria, Aleksandrów, Warka, Mszczonów, Kock, Przysucha, wywodzą się od niego.

A to osobiste przeżycie na jego grobie?

Moment, muszę dokończyć, bo to jest bardzo istotne. On buntował się nie tylko przeciwko autorytetom, podniósł też bunt przeciwko niebiosom. Razem z Menachemem Mendlem z Rymanowa i wielkim Magidem* z Kozienic stworzyli grupę mistyczną, o której tak naprawdę niewiele wiemy, w celu przekształcenia wojny Napoleona z carem Rosji w wojnę Goga i Magoga. Chcieli, żeby ta ziemska wojna stała się impulsem, iskrą do stworzenia nowych wartości, by wywołała czas mesjański. Jak bardzo trafnie określił to Martin Buber, moc, którą wyzwolili, pokonała ich samych. Wszyscy trzej zmarli w tym samym roku, jeden po drugim. Co również niezwykłe, Widzący swoją śmierć przewidział. Nieco wcześniej uprzedził swoich uczniów, że w jorcait, rocznicę jego śmierci, nie będą tańczyć ani pić wódki, ani wznosić toastu L’chaim! (Żyjmy!), jak to jest w zwyczaju. I rzeczywiście, zmarł w Tisza be-Aw*, gdy obowiązuje post absolutny.

Dla mnie był on pierwszym wzorem, jeżeli chodzi o bycie rabinem. Kiedyś powiedział takie zdanie, które do dziś uznaję za dewizę, choć może brzmieć banalnie: „Wolę złodzieja i pijaka, który wie, że jest złodziejem i pijakiem, niż sprawiedliwego, który wie, że jest sprawiedliwy”.

A na jego grobie…

Wydarzyło się coś, co można uznać za zabawne. Miałem na tej mojej wsi kompletną katastrofę finansową. Brakowało pieniędzy na jedzenie, gospodarz wymówił mi mieszkanie. Czułem się zupełnie rozbity, zdruzgotany. Nadchodził szabat. Pomyślałem, że pojadę do Lublina, posiedzę na grobie Widzącego, pomyślę, papieroska zapalę. Posiedziałem, zmówiłem psalm. A tam jest tak – wielu ludzi to stwierdziło, i to racjonalistów, a nie żadnych mistyków – że w pewnym momencie czujesz, że powinieneś odejść. I ja to poczułem. Wstałem, idę, przy wyjściu z cmentarza patrzę, a na ziemi leży banknot dwudziestodolarowy. To były lata osiemdziesiąte, za taką sumę mogłeś spokojnie utrzymać się przez miesiąc. Zszokowany zastanawiałem się: brać czy nie brać? W końcu zdecydowałem, że jeżeli leży pod moimi stopami, to jest przeznaczony dla mnie. Dopiero później dowiedziałem się, że Widzący miał zwyczaj dawać swoim biedniejszym chasydom w czwartek po południu pieniądze na szabat.

Czyli cud?

Nie… racjonalista powie, że zbieg okoliczności. Jakaś grupa żydowska ze Stanów zwiedzała cmentarz, pieniądze komuś wypadły z kieszeni. Ale cuda polegają nie na tym, że są nadprzyrodzone, ale że coś się wydarza we właściwej chwili. Mnie się tak przytrafiło. Nie popadłem w jakiś amok: coś tam sprzedałem, kupiłem bilet na samolot i poleciałem do Izraela. W ten sposób odnalazłem swoją drogę życiową. Cenię też ogromnie Eljahu Chaima Majzela, rabina Łodzi przez prawie czterdzieści lat, aż do swojej śmierci w 1912 roku. Był człowiekiem olbrzymiej wrażliwości, litwakiem, ale o nieprawdopodobnie czystym, chasydzkim sercu. Gdy był już w podeszłym wieku, przyszli do niego uczniowie ze skargą: „Rebe, jesteś takim wielkim nauczycielem, a żadnej księgi nie napisałeś”. On na to: „Coś wam pokażę”. Przyniósł olbrzymie tomisko i położył na stole. Oni otworzyli, patrzą, a tam są same nazwiska, zapisane maczkiem. To były nazwiska ludzi, którym załatwił pomoc. Rabin Majzel notował: ten potrzebuje na węgiel, ten dla córki, tamten dla chorej matki… I powiedział: „Tak wygląda księga mego życia”.

Ten człowiek potrafił się podzielić ubraniem z biedakiem na ulicy. Całą swoją energię i czas poświęcił ludziom, którzy byli słabsi, biedniejsi. Założył pierwszą na świecie żydowską szkołę rzemieślniczą Talmud-Tora, gdzie dzieci uczyły się zawodu, żeby nie żebrać potem na ulicy. A trzeba pamiętać, że na Starym Mieście, na Bałutach nędza panowała wtedy straszliwa. Już pod koniec życia wpadł na pomysł, żeby zbudować fabrykę, gdzie ludzie pracowaliby na zasadach Tory, czyli dostając wynagrodzenie o czasie i świętując w szabat. Ale to już mu nie wyszło, fabrykanci o to zadbali.

Widzący i rabin Majzel to mistrzowie, którzy wywarli na pana największy wpływ?

Wielcy nauczyciele mówią, że człowiek powinien mieć dwóch mistrzów: jednego nieżyjącego, czyli jakby absolut, i jednego żyjącego. Ja miałem w życiu gigantyczne szczęście trafić na jeszcze jednego mistrza, żyjącego. Mieszkałem, uczyłem się i przebywałem ze Shlomo Carlebachem, zwanym „śpiewającym rabinem”. To był człowiek o podobnie wielkim sercu, podobnym zachowaniu, podobnym widzeniu świata jak moi zmarli mistrzowie, tak że wszystko mi się piękną klamrą połączyło w całość. Rabin Carlebach ufundował taką małą jesziwę*, do której uczęszczałem. Znaliśmy się już przedtem, ponieważ on był muzykiem, a ja grałem na flecie. Pamiętam pierwszą lekcję, jak wszedł i zagaił: „Nie przyszedłem uczyć was, jak być Żydami. Przyszedłem nauczyć was, jak być ludźmi”. Oho – pomyślałem wtedy – to jest to, czego szukam.

Najważniejsza zasada, jaką przejąłem od moich mistrzów, brzmi: zawsze bądź sobą. Niezależnie od tego, kto i w jakiej sprawie na ciebie naciska, pozostań sobą. Jeżeli ktoś dziś włącza muzykę Katharsis, pokazuje moje zdjęcie z włosami do pasa i coś ma mi za złe, to przepraszam, ale ja jestem z tego dumny. Bo pozostałem sobą. Przez dwadzieścia pięć lat nie słyszałem swoich utworów, gdzieś mi zginęły, a żadnej płyty nie wydaliśmy z powodu cenzury. Niedawno ktoś mi przyniósł nagranie ściągnięte z internetu. Posłuchałem i dokonałem takiego fajnego odkrycia, że się nic a nic nie zmieniłem. Podpisuję się pod tymi słowami, które wtedy śpiewałem. Dziś może inaczej bym to wyraził, bo mam więcej doświadczenia, ale istota sprawy pozostaje identyczna. Nie jest mi obojętny mój naród, naród Izraela. Tak samo nie są mi obojętne ból i tragedia Serbów czy plemienia Tutsi mordowanego w Afryce. Utożsamiam się z cierpieniem prześladowanych ludzi i dręczonych zwierząt. Można mieć empatię do świata albo jej nie mieć. Jeżeli ktoś ją ma, to niezależnie od tego, czy będzie nosił kapelusz czy czapkę bejsbolową, pozostanie tym, kim jest w środku, w sercu swoim.

Widzący był buntownikiem. Pan ceni tę cechę. Na czym polega teraz pana bunt?

Mój bunt polega na tym, że ja nigdy nie ukrywałem swoich poglądów, niezależnie od tego, do kogo byłem w opozycji. Nie interesują mnie jakieś wielkie struktury, organizacje żydowskie, które narzucają robienie tego czy tamtego. Jeżeli mam problem, zwracam się po radę do mojego rebego lub do moich nauczycieli prawa żydowskiego, i robię tak, żeby być w zgodzie z prawem, z moim przekonaniem i z moim sumieniem. Wielokrotnie wypowiadałem opinie całkowicie niezgodne z opiniami różnych naszych żydowskich VIP-ów, często wchodziłem w konflikt ideologiczny z ludźmi ze środowiska. Podam prosty przykład. Byłem kiedyś na zjeździe rabinów w Jerozolimie. Staliśmy, setka rabinów, na stopniach, które wiodą do ściany zniszczonej świątyni, gdy zaczęli zawodzić muezini z meczetów. Wtedy jeden z rabinów przyjął taką patetyczna pozę i zakrzyknął: „Oj, żeby za rok Haszem, Bóg nasz, sprawił, żeby tych meczetów nie było, żeby świątynia została odbudowana!”. Ja na to: „Przepraszam bardzo, a kto ma tego dokonać? To jest nasze zadanie, nie Pana Boga. To my kłamiemy, oszukujemy, nie szanujemy się nawzajem. To my naszym godnym postępowaniem mamy doprowadzić do tego, że na ziemi zapanuje pokój i nadejdą czasy mesjańskie. Jak ty możesz krzyczeć: «Panie Boże spraw!». To ty masz to sprawić!” I wtedy od tych stu dwudziestu rabinów, naprawdę już takich… dostałem burzę oklasków. Przyznali mi rację.

Uważam, że my, naród wybrany, jak napisano w Biblii, nie zostaliśmy wybrani tak po prostu, ale po to by, jak mówi prorok Jeszajahu, „być światłem dla narodów”. Przepraszam, jakim my światłem dla narodów dziś jesteśmy? Co robimy takiego pięknego, żeby nas naśladować? W pismach proroka można znaleźć fragment, w którym Haszem zwraca się do Żydów: „Mówicie do mnie, że przecież pościcie, umartwiacie swoje ciała. Ja nie chcę takiego postu! Ja chcę, żebyście pościli od złości, od nienawiści, od złych czynów”. Zacznijmy od siebie, potem patrzmy na innych.

Mamy dążyć do tego, żeby Kopuła na Skale i Al-Aksa zniknęły?

Nie. Mamy sprawić, żeby to nie stanowiło problemu. Modlimy się o nadejście czasów mesjańskich, które są rzeczą tajemną. Widzący też uważał, że to my naszym postępowaniem mamy sprowadzić Mesjasza na ziemię. Jeżeli przybędzie niezależnie od nas, to może postawić nas w marnym położeniu, gdy uzna nas za niesprawiedliwych. Nikt nie wie dokładnie, jak to będzie. Wiemy, że baranek będzie spał razem z lwem i wszyscy ludzie, połączeni ze sobą, uznają, że jest jakaś siła, moc, Bóg, absolut – różnie nazywany w różnych tradycjach – który istnieje ponad podziałami, ponad naszymi namiętnościami i złością. Dążymy do tego stanu, którego nie umiemy określić, bo nikt nie potrafi wyobrazić sobie absolutu.

Wrócił pan do Łodzi w 1993 roku.

Najpierw pracowałem w Fundacji Laudera, później wybrano mnie przewodniczącym gminy, w końcu zacząłem pełnić funkcję rabina. Nie mam dyplomu, choć uczyłem się u wielu rabinów. Unikam tytułów, bo mnie to nie interesuje. Obchodzi mnie to, co człowiek robi, a nie jakie dyplomy powiesi na ścianie. W Łodzi zastałem zgliszcza: czterdziestu czy też pięćdziesięciu Żydów-staruszków. To był bardzo trudny czas. Przyciągałem nowych ludzi różnymi sposobami. Organizowaliśmy w gminie ciekawe imprezy, koncerty, spotkania, graliśmy w ping-ponga, powstała grupa muzyczna. Jestem taternikiem, więc zabierałem ludzi na wędrówki górskie. Powoli powstawała silna, zgrana gmina żydowska o charakterze chasydzko-mistycznym, z podejściem troszkę chuligańskim, właściwym dla Łodzi, które zresztą bardzo lubię. Czyli nie w takim sztywnym, litwackim stylu, że Talmud* przez całe dnie, a jak nie, to straszna sprawa. Taka społeczność bardziej… swobodna… jak by to nazwać… bardziej duchowa, uczuciowa. Łódź podziwiano, inne gminy nam zazdrościły. Nie było miesiąca bez jakiejś spektakularnej imprezy. Gdy przyjeżdżał cadyk z pięciuset chasydami, całą noc trwały śpiewy, medytacje. Wtedy ludzie mieli okazję zobaczyć coś wyjątkowego – chasydzki tisz, wspólną kolację szabasową rebego i jego wyznawców, podczas której setki chasydów śpiewały pieśni bez słów, nigunim. Wynajmowaliśmy wielkie hale sportowe, żeby ich pomieścić. To było coś niesamowitego!

Teraz chasydzi nie przyjeżdżają?

Przyjeżdżają, ale nie tylu co wcześniej. Nie ukrywam, że wiele w tym było zasługi poprzedniego prezydenta miasta, Jerzego Kropiwnickiego, który robił niesamowitą reklamę w Izraelu i na świecie Łodzi, jako miastu otwartemu na turystykę żydowską. Ułatwiał, pomagał, spotykał się z cadykiem. Miasto dostarczało za darmo autobusy, pozwalające chasydom kursować między Łodzią a Aleksandrowem. Przy okazji taksówkarze zarabiali krocie na kursach do Przysuchy czy Kozienic.

Gmina dostawała też duże wsparcie ze strony metropolity łódzkiego, arcybiskupa Ziółka, który na uroczystościach państwowych brał mnie pod rękę, żeby pokazać, jak bardzo jesteśmy zaprzyjaźnieni. To był człowiek o wielkim sercu, otwarty, niezwykle ciepły. Obecny biskup jest raczej oschły i kontakty się urwały. Po odejściu Kropiwnickiego w 2010 roku nowe władze miasta obcięły nam dotacje, więc nie ma już takich spektakularnych wydarzeń żydowskich jak przedtem. Poza tym światowy kryzys ekonomiczny uderzył też w miasto, które podupadło.

Jak gmina daje sobie radę z kryzysem?

Gmina wpadła w kłopoty finansowe. Musieliśmy zamknąć nasz dom dziennego pobytu, który generował deficyt na ponad czterdzieści tysięcy złotych miesięcznie. Nie mieliśmy pieniędzy na pensje, prąd i gaz. To przełożyło się na regres w życiu społecznym. Mnóstwo osób wyjechało za chlebem do Anglii, do Izraela, do innych miast. Ludzie są ze mną szczerzy. Przychodzi ktoś i mówi: „Jadę do Poznania, bo żona stamtąd pochodzi. Jest w ciąży, jej rodzice są dobrze sytuowani, pomogą”. Ja to rozumiem. Takie jest życie. Jak mówi mądra Księga Koheleta*, „jest czas zbierania kamieni i rozrzucania kamieni”.

Z drugiej strony brak tej aktywności dał mnie i innym osobom okazję, by skoncentrować nasze wysiłki na problemach finansowych, na szukaniu nowych możliwości zdobywania pieniędzy. Ten czas wykorzystujemy bardzo intensywnie, dlatego w tej chwili sytuacja już jest lepsza i wszystko zmierza raczej ku dobremu. Co się stanie później, nie wiem. Czy wciąż będą tu Żydzi z Polski, czy przyjadą nowi, z Białorusi? Specjalnie mnie to w tej chwili nie interesuje. Teraz skupiam się na budowaniu podwalin finansowych na przyszłość.

W jaki sposób gmina może zdobywać pieniądze?

Przede wszystkim trzeba rozdzielić dwie sprawy: jest dziedzictwo i jest życie. W 1997 roku przejęliśmy zdewastowany pałac Karola Gebhardta, przedwojenną siedzibę gminy. Nie było okien, drzwi, po pokojach hulał wiatr. Musieliśmy włożyć natychmiast około pięciu milionów złotych, żeby zacząć w nim funkcjonować, co łączyło się ze sprzedażą innych nieruchomości. Pozostało jeszcze sporo prac do wykonania, staramy się o dotacje europejskie w wysokości prawie miliona euro, co pozwoli nam na rewitalizację całego terenu. Cmentarz na Bałutach, największy cmentarz żydowski w Polsce, zostanie wpisany na listę zabytków UNESCO, co wymaga gigantycznej pracy przygotowawczej. Teraz mamy na to czas. Na potrzeby doraźne, czyli na utrzymanie i na życie, zaczęliśmy produkować koszerną strykowską śliwowicę, i to jest przedsięwzięcie, które znakomicie się rozwija. Eksportujemy naszą wódkę do Stanów Zjednoczonych, a w 2012 roku dostaliśmy złoty medal Instytutu Jakości Monde Selection, co znaczy, że w swojej kategorii nasz produkt został uznany za najlepszy w Europie.

Gratulacje! To błyskawiczny sukces, bo przecież fabryka została założona w 2011 roku. Skąd receptura?

Pochodzi z końca osiemnastego lub początku dziewiętnastego wieku, a jej skład jest oczywiście tajemnicą. Dostałem ją bardzo, bardzo dawno temu od przyjaciela, który pochodził ze Strykowa i pędził śliwowicę w domu razem z ojcem. Co zabawne, dokładny skład podał mi w funtach, które musiałem przeliczać na gramy. Od wielu lat produkowaliśmy śliwowicę na własny użytek, białą, bez leżakowania w drewnianych beczkach. Na potrzeby komercyjne receptura uległa drobnej modyfikacji, ponieważ nagle wynikł pewien problem: okazało się, że w Unii obowiązuje zakaz produkowania alkoholi z owoców ze zmiażdżonymi pestkami, które dają specyficzną lekką goryczkę. Musieliśmy więc je wykluczyć.

Dlaczego chasydzi tradycyjnie pędzili alkohol właśnie ze śliwek?

W żydowskiej tradycji na święto Pesach* sporządzano pejsachówkę ze śliwek, ponieważ w to święto zakazane są potrawy mączne, w tym również alkohol destylowany ze zboża. Z ziemniaków w domowych warunkach trudno zrobić wódkę, bo śmierdzą jak nieszczęście. Pozostają owoce, a trzeba wiedzieć, że jabłko czy gruszka nie generuje mocy tak łatwo jak śliwka, która podczas destylacji potrafi sama, bez pomocy dać alkohol nawet dziewięćdziesięcioprocentowy. No i ma on taki piękny aromat.

W czasie prosperity do gminy należało czterysta osób. A dzisiaj?