Wydawca: Commercial Enterprise ON Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2005

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka My z poprawczaka - Orfeusz Nowakowski

Powieść ta ukazuje dramat młodzieży będącej w konflikcie z prawem, wchodzącej na drogę przestępstwa, gdzie alkohol, narkotyki i szybkie kontakty seksualne są podstawowym atrybutem. Jest napisana w typowym żargonie młodzieżowym pełnym wulgaryzmów, przedstawia pewien koloryt życia tego środowiska, którego nikt do tej pory nie odważył się przedstawić w taki sposób. Nie jest to powieść dla grzecznych panienek i romantyków, jest to powieść przedstawiająca prawdziwy rynsztok życia, epatujący przemocą ,wulgaryzmem -taka jest ta powieść, opisująca meliny, narkotyki, alkohol, łatwy seks, przemoc i przestępstwo, prymitywne żądze i najprostsze instynkty zaspokajane perfidnie i w każdy możliwy sposób, wulgaryzm łamiący każde tabu i konwenanse przyzwoitości. Zdaniem  dziennikarza Michała Kozlowskiego, nie jest to prowokacja literacka, bo powieść jako powieść kierunku reality jest rzeczywiście szokująca, widocznie jest, skoro swego czasu większość drukarni odmówiło druku tej książki.

Opinie o ebooku My z poprawczaka - Orfeusz Nowakowski

Fragment ebooka My z poprawczaka - Orfeusz Nowakowski

Or­fe­usz No­wa­kow­ski

MY Z PO­PRAW­CZA­KA

WY­DAW­NIC­TWO ON

Pro­jekt okład­ki: Or­fe­usz No­wa­kow­ski

Co­py­ri­ght © by Or­fe­usz No­wa­kow­ski

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two ON, 2005

e-mail:wy­daw­nic­two.on@wp.pl

ISBN 978-83-902868-2-2

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Na­tu­ra desz­czu jest za­wsze taka sama, po­zwa­la ro­snąć cier­niom na ba­gnach, jak i kwia­tom w ogro­dach.

Rozdział I

Trze­ba być twar­dym – ta­kie są re­gu­ły, jak chcesz w te kloc­ki grać. Mu­sisz być twar­dy. Bar­dziej niż so­bie to wy­obra­żasz, bo na­sze ży­cie, to nie jest aku­rat ko­lo­ro­wy slajd, to gów­no, w któ­rym ty aku­rat się nie znaj­dziesz, co naj­wy­żej, do­sta­niesz wy­pie­ki na twa­rzy, jak ktoś coś to­bie bę­dzie opo­wia­dał lub coś prze­czy­tasz, no i też, nie tak do koń­ca. W tym gów­nie, ko­leś, ty się nie znaj­dziesz, ale my w nim tkwi­my, po przy­sło­wio­we uszy, no wła­śnie, w tym gów­nie. Bo mu­si­cie pa­mię­tać, wszyst­ko w ży­ciu, to gów­no, oprócz mo­czu, a to co masz zro­bić, to umrzeć i żyć do­pó­ki nie umrzesz, resz­tę so­bie wy­my­ślasz. Może też i nie tak do koń­ca, bo i tak naj­lep­sze sce­na­riu­sze pi­sze samo je­ba­ne ży­cie, więc też nie za­wsze, mo­żesz wy­my­ślić coś tak tyl­ko dla sie­bie, no cóż. Ta­kie jest wła­śnie ży­cie i mu­sisz jesz­cze o jed­nym pa­mię­tać, w ży­ciu spo­dzie­waj się za­wsze naj­gor­sze­go, a poza tym nie przej­muj się jaka bę­dzie po­go­da w dniu two­je­go po­grze­bu. Naj­ogól­niej na­sza hi­sto­ria za­czę­ła się od bar­dzo drob­nych nu­me­rów, wszyst­ko się tak wła­śnie za­czy­na. Z moim naj­lep­szym ko­le­siem zna­li­śmy się od za­wsze, by­li­śmy dla sie­bie jak bra­cia – wszyst­ko ro­bi­li­śmy ra­zem. Kra­dli­śmy i wcią­ga­li­śmy i dzie­li­li­śmy ze sobą za­je­bi­stą fazę. Wszyst­ko – do­słow­nie wszyst­ko mie­li­śmy wspól­ne. Tak na­praw­dę za­czę­ło się to pew­nej nocy, kie­dy cho­dzi­li­śmy na­wcią­ga­ni po uli­cach na­sze­go mia­sta i roz­pier­da­la­li­śmy wszyst­ko co było na na­szej dro­dze, by­li­śmy waż­ni, by­li­śmy sil­ni i nie­po­ko­na­ni. Wyj­ście z pubu, pa­trzy­my – idzie fra­jer, na pew­no z nie­złą kasą, tak so­bie po­my­śle­li­śmy, na­sza de­cy­zja. Jeb­nę­li­śmy go z dwa razy, je­ba­ny tak się darł, że my­śla­łem, za­je­bię gno­ja, ale do­stał jesz­cze z bani i padł na gle­bę. Tro­chę haj­su tra­fi­li­śmy, ta­ry­fa – je­dzie­my do ko­le­sia po fete, a póź­niej do klu­bu na im­prez­kę. Wcią­gnę­li­śmy to­war, na im­pre­zie było za­je­bi­ście, w pew­nym mo­men­cie urwał mi się film – by­łem tak za­je­ba­ny, nie wiem na­wet jak zwi­ną­łem się na cha­tę. Po kil­ku dniach przy­szedł nasz dziel­ni­co­wy, a po­tem do­sta­łem we­zwa­nie na men­tow­nie. Nie­któ­rzy mó­wią, men­dow­nia, też tak mó­wią. Prze­słu­chi­wał mnie ja­kiś aspi­rant czy jak mu tam, no… tak ich zwa­ne po­stę­po­wa­nie wy­ja­śnia­ją­ce, po­tem spra­wa. Na pierw­szy raz było to chu­jo­we uczu­cie, ale wie­dzia­łem, że mój zio­mal nie sprze­da mnie i mogą mi kur­wy chu­ja zro­bić. Moi ro­dzi­ce byli wkur­wie­ni, ale wy­par­łem się wszyst­kie­go – uwie­rzy­li. Po­je­cha­łem z oj­cem do sądu i za­czę­ło się. Wcho­dząc na salę by­łem bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny, je­ba­ny fra­jer, któ­re­mu jeb­nę­li­śmy dzie­sio­nę roz­po­znał mnie. Na dzień do­bry do­sta­li­śmy ku­ra­to­ra, ja i mój kum­pel Prze­mo. Po­win­ni­śmy się uspo­ko­ić, ale od­bi­ło nam kom­plet­nie – na maxa. Żyć albo umrzeć – jak w fil­mie. Je­ba­li­śmy wła­my i dzie­sio­ny, dzie­li­li­śmy się wszyst­kim, bra­li­śmy co się dało, kwa­chy, amfę i inne za­je­bi­ste to­wa­ry. Prze­sta­łem cho­dzić do szko­ły i nie przej­mo­wa­łem się już ni­czym. Ro­dzi­ce byli już dla mnie źli i nie przej­mo­wał ich mój los. Mia­łem tro­je ro­dzeń­stwa, by­łem dla nich kimś gor­szym, czar­ną owcą w domu. Pier­do­li­ło mnie to wszyst­ko, sta­łem się jak­by in­nym czło­wie­kiem, da­lej kra­dłem i ba­wi­łem się z Prze­mem. Oczy­wi­ście ba­wi­łem się za cu­dze pie­nią­dze. Były pie­nią­dze, były pro­chy, były też dupy. Po trze­ciej spra­wie zna­la­złem się w schro­ni­sku dla nie­let­nich, żeby ukoń­czyć szko­łę, da­lej ta­kie bla bla bla. Póź­niej do­sta­łem po­pra­wę. Po­je­cha­łem lo­dó­wą tzn. za­wieź­li mnie kon­wo­jem, na pierw­sze po­wi­ta­nie, od razu było wi­dać, że będę miał moc­no prze­je­ba­ne jak ten za­jąc w dow­ci­pie. Chcia­łem być z Prze­mo, pójść do pubu na­je­bać się, na­ćpać, chcia­łem za­po­mnieć o wszyst­kim. Na na­stęp­ny dzień za­czął się kosz­mar, było tam prze­je­ba­ne, ze­ksi pi­zga­li nas za byle chuj. Bra­ko­wa­ło mi wol­no­ści, tych za­je­bi­stych im­prez i za­pier­da­la­nia w no­cha. Wkur­wi­łem się i zje­ba­łem stam­tąd. Mu­sia­łem się ukry­wać, żeby kur­wy mnie nie zła­pa­ły, wte­dy wró­cił­bym do syfu. W pierw­szy dzień po­je­cha­łem do Prze­ma, po­szli­śmy do mo­jej dupy, była to so­bo­ta, póź­niej pub i im­pre­za – tak jak za­wsze było za­je­bi­ście. Po im­pre­zie od­pro­wa­dzi­łem Ka­ro­li­nę. Wra­ca­jąc do domu zo­ba­czy­łem pod­jeż­dza­ją­cą sukę, wol­no je­cha­li i ob­ser­wo­wa­li. Za­czą­łem spier­da­lać, mia­łem za­je­bi­ste­go far­ta, że by­łem bli­sko domu, skrę­ci­łem do są­sia­da. Prze­sko­czy­łem płot – pra­wie mnie do­pa­dli – wi­dzia­łem w tyle sno­py bły­ska­ją­cych la­ta­rek. Wsze­dłem ci­cho do domu, tak, żeby nie obu­dzić ro­dzi­ców – mia­łem klucz. Usia­dłem cięż­ko od­dy­cha­jąc, chwi­lę jesz­cze sie­dzia­łem, ale kur­wa mia­łem far­ta. Za­sną­łem na­wet nie wie­dząc w któ­rym mo­men­cie. Spa­łem na tak zwa­ne wy­ryw­ki, nie chcia­łem, żeby ro­dzi­ce mnie przy­uwa­ży­li, wy­mkną­łem się bar­dzo rano, fakt, że ku­rew­sko nie­wy­spa­ny, ale nie mia­łem ocho­ty sta­rym się tłu­ma­czyć. Co miał­bym im po­wie­dzieć, że mi jest źle tam, gdzie sam się wpa­ko­wa­łem?! Prze­mo był nie­wąt­pli­wie moim naj­lep­szym kum­plem, ob­cho­dził jego mój los, kie­dy miał kasę – przy­sy­łał ją, pi­sał – po pro­stu po­ma­gał mi prze­trwać. Mia­łem i tak dużo szczę­ścia, bo gdy kra­dłem nie zgar­nia­łem przy­pa­łu, to zna­czy nie mia­łem wpad­ki, co­raz wię­cej kra­dłem, ma­jąc co­raz wię­cej kasy. Ostat­nio w te­le­wi­zji ktoś bar­dzo mą­dry po­wie­dział, że my tak na­praw­dę nie mu­si­my kraść, tyl­ko po pro­stu chce­my to ro­bić. Poza tym nas to wszyst­ko wali. Tak czy in­a­czej zle­wa­my sta­rych i ole­wa­my szko­łę, bo i co po niej póź­niej ro­bić? W du­pie tę całą na­ukę mamy, bo i po co? No, oczy­wi­ście do­cho­dzą do tego pro­chy i ta cała jaz­da wo­kół tego wszyst­kie­go. Nie pa­mię­tam, może po dzie­się­ciu, może po dwu­na­stu dniach zwi­nę­li mnie. Wra­ca­łem aku­rat od mo­jej ma­niu­ry, pod­je­cha­ła suka – było za póź­no na ja­ką­kol­wiek uciecz­kę – wpa­dłem. Za­wieź­li mnie na men­tow­nie, wsa­dzi­li mnie do celi z ja­ki­miś dwo­ma in­ny­mi ko­le­sia­mi. Oka­za­ło się, że aku­rat ich zwi­nę­li po dys­ko­te­ce, ale w chuj z tym, wa­li­ło mnie to, aku­rat ich przy­je­ba­ne pro­ble­my, kie­dy sam by­łem w gów­nie po uszy. Prze­wieź­li mnie z Izby Dziec­ka. Zo­sta­łem tam prze­słu­cha­ny. Póź­niej jesz­cze raz przez ko­goś in­ne­go z Po­li­cji.

Po dwóch dniach, chy­ba był to wto­rek, za­brał mnie kon­wój do „po­pra­wy”. Tak ogól­nie to kon­wo­je cho­dzą we wtor­ki i czwart­ki.

Przy­po­mnia­ła mi się jed­na hi­sto­ria z dwo­ma nie­źle wy­je­ba­ny-mi ko­le­sia­mi. Po pro­stu za­je­bi­ści lu­za­cy no i cool go­ście tak ogól­nie, je­cha­łem wte­dy w kon­wo­ju z nimi, strze­li­li tak zwa­ną pod­mian­kę i je­den z nich zo­stał tam gdzie nie po­wi­nien. To­tal­ne jaja na mak­sa, a ten dru­gi po­je­chał na jego miej­sce, kie­dy kla­wi­sze z kon­wo­ju sku­ma­li o co cho­dzi, tam­ten już spier­do­lił.

Zo­sta­łem przy­ję­ty przez ze­ksa i po­sze­dłem z nim do gru­py – tak to się mó­wi­ło. Do­sta­łem taki wjeb, że mnie chuj z ner­wów strze­lił i my­śla­łem, że coś so­bie lub ko­muś zro­bię. Mu­sia­łem to prze­trzy­mać. Po­cząt­ko­wo ro­bi­łem ze­ksom „jaz­dę”, ale do­sta­łem znów po­rząd­ny wjeb i wie­dzia­łem, że trze­ba bę­dzie się przy­cza­ić. Po pew­nym cza­sie w ra­mach tzw. do­bre­go za­cho­wa­nia – ha… ha… – po­je­cha­łem na prze­pust­kę – sąd wy­ra­ził też zgo­dę, więc nie było prze­szkód. Po­je­cha­łem na prze­pust­kę, spo­tka­łem się z Prze­mo i swo­ją ma­niu­rą. Jak za­wsze było od­lo­to­wo. Za­czę­ły się im­pre­zy „dy­chy” i „kwa­dra­ty”. Za­wsze moż­na było coś skro­ić. Było za­je­bi­ście. Po trzech dniach tuż przed po­wro­tem do „syfu” zde­cy­do­wa­łem – nie wra­cam, będę się ukry­wał. Wy­nio­słem z domu wie­żę ste­reo, opy­li­łem ją. Mat­ka zro­bi­ła mi strasz­ną awan­tu­rę, po­szła na Po­li­cję, po­wie­dzia­ła, że sprze­da­ję jej rze­czy, nie wra­cam na noc do domu – wte­dy już prze­je­ba­ła so­bie na ca­łej li­nii. By­łem tak wkur­wio­ny, że nie wie­dzia­łem co mam ro­bić. Je­dy­ne co mi przy­cho­dzi­ło do gło­wy na myśl, żeby się na­je­bać z Prze­mo, przy­ja­rać coś i za­ru­chać. Wie­dzia­łem tak­że – tak czy in­a­czej – już nic mi nie po­mo­że. W ten ostat­ni dzień mo­jej prze­pust­ki do­sta­łem pie­nią­dze na po­dróż od sta­rych, po­że­gna­łem się i… nig­dzie nie po­je­cha­łem! Po­sze­dłem do pubu jak dzień w dzień, oczy­wi­ście z Prze­mo. Opo­wie­dzia­łem mu o wszyst­kim, sie­dzie­li­śmy dłu­go przy bro­war­ku, do­brze po dru­giej w nocy wkra­dłem się do domu. Po­sze­dłem spać. Gdy się obu­dzi­łem, drzwi od mo­je­go po­ko­ju były otwar­te. Wie­dzia­łem, że coś się może za­cząć dziać, nie my­li­łem się. Wie­dzia­łem, że coś jest nie tak, szyb­ko wsko­czy­łem w ciu­chy, zsze­dłem i usły­sza­łem jak oj­ciec roz­ma­wia z kimś przez te­le­fon – za­ja­rzy­łem na­tych­miast. Dzwo­nił na Po­li­cję, ubra­łem szyb­ko buty, wzią­łem pie­nią­dze z port­mo­net­ki mo­jej sio­stry i ile sił w no­gach zje­ba­łem z domu. Oj­ciec to za­uwa­żył, wy­le­ciał za mną na uli­cę – krzy­czał – wra­caj! Prze­bie­głem się nie­zły ka­wa­łek dro­gi, gdy za­uwa­ży­łem, że jadą „szkie­ły”. Je­den z nich wy­siadł i za­czął mnie go­nić – ucie­kłem w stro­nę osie­dlo­wych ru­der, gdzie też kie­dyś mie­ści­ła się re­mi­za stra­żac­ka. Skok na dra­bin­kę, mo­ment i by­łem już na da­chu. Przez chwi­lę by­łem jesz­cze bez­piecz­ny, mo­głem ich ob­ser­wo­wać. Suka sta­nę­ła i wy­szedł jesz­cze je­den „szkieł” od razu wspi­na­jąc się po dra­bin­ce. Szyb­ko ze­sko­czy­łem na taki jak­by pół­da­szek – za­da­sze­nie, skok na dach ja­kie­goś tam ga­ra­żu i mo­ment by­łem na dro­dze, a wła­ści­wie ścież­ce pro­wa­dzą­cej do rze­ki. My­śla­łem, że ich od­sta­wi­łem i to znacz­nie, ale nie­sa­mo­wi­cie przy­śpie­szy­li, byli tuż za mną, aż się zdzi­wi­łem. Nie mia­łem wyj­ścia, do­bie­głem do rze­ki i wsko­czy­łem. My­śla­łem, że już po mnie – mo­men­tal­nie wodę mia­łem po szy­ję, prąd rze­ki rwał mnie i zno­sił. Ja­sne, że rze­czy mia­łem mo­kre, by­łem na­dmu­cha­ny wodą, czu­łem jak­by wszyst­ko od­by­wa­ło się w zwol­nio­nym tem­pie. Chy­ba tro­chę spa­ni­ko­wa­łem, ale tra­fi­łem na pły­ci­znę – całe szczę­ście, by­łem na dru­gim brze­gu. Szkie­ły ma­cha­li do mnie, krzy­cze­li, wy­zy­wa­li ale nie mie­li jak przejść. Po­ka­za­łem im jesz­cze fuck you i zwi­ną­łem się jak naj­szyb­ciej z ich pola wi­dze­nia. Ku­pi­łem po dro­dze za­pał­ki, szlu­gi, tro­chę żar­cia. Gdzieś oko­ło ki­lo­me­tra, idąc pe­ry­fe­ria­mi do­tar­łem do nie­wiel­kiej po­la­ny w le­sie. Zdją­łem blu­zę i całą resz­tę mo­krych ciu­chów. Roz­pa­li­łem ogni­sko i całe szczę­ście, bo za­czę­ło mi być co­raz zim­niej. Trzą­słem się jak ga­la­re­ta i gdy­bym nie biegł, praw­do­po­dob­nie za­ła­pał­bym się na wie­czor­ne wia­do­mo­ści, oczy­wi­ście jako trup. Parę go­dzin póź­niej, do­brze pod wie­czór, uda­łem się do cen­trum. Za­dzwo­ni­łem do Prze­ma, na całe szczę­ście był. Opo­wie­dzia­łem mu, co się wy­da­rzy­ło. Po­wie­dział, że da mi nowe ciu­chy i nie mam pę­kać, no bo tak nie­raz jest w ży­ciu. Mu­sia­łem zro­bić do­dat­ko­we ki­lo­me­try do nie­go i by­łem tak zmę­czo­ny tym wszyst­kim, po pro­stu pa­da­łem na ryj. No i te mo­kre na wpół wy­su­szo­ne ła­chy. My­śla­łem, że zdech­nę z zim­na. Prze­bra­łem się u nie­go, zja­dłem, wy­pi­łem tro­chę bro­wa­ru i po­je­cha­li­śmy tak­są do pubu. Kur­wa za­je­ba­na mać, nie mo­głem tego na­wet przy­pusz­czać, że te kur­wy, te skur­wie­le będą mnie szu­kać tam gdzie mogą mnie zna­leźć, ska­po­wa­li się, gdzie mogą się na mnie przy­cza­ić. Cze­ka­li na mnie i zwi­nę­li, niby im nie wol­no ale kaj­dan­ki mi za­ło­ży­li. My­śla­łem, że się roz­kur­wię. Wje­ba­li mnie do po­lo­ne­za i za­wieź­li na men­tow­nie na ich skur­wia­łą ko­men­dę. Prze­słu­chi­wa­li mnie czy nic nie od­je­ba­łem. Pró­bo­wa­li sta­rą zna­ną mi me­to­dą przy­kle­pać mi to i owo, ale nie­sku­tecz­nie tym ra­zem. Nie przy­zna­wa­łem się do ni­cze­go, choć nie­złe nu­me­ry od­je­ba­łem na tej prze­pu­st­ce, ale chu­ja ze mnie wy­cią­gnę­li. Od­wieź­li mnie do Po­li­cyj­nej Izby Dziec­ka – póź­niej we wto­rek kon­wój i do po­praw­cza­ka. Po dwóch dniach oznaj­mio­no mi – je­dzie­my gdzie in­dziej – gdy to usły­sza­łem pra­wie łzy po­szły mi z oczu, ale uspo­ko­iłem się. Za­wsze trzeb a po­ka­zać, że jest się twar­dy, bez wzglę­du na to co by się dzia­ło – nie moż­na nic po so­bie po­ka­zać. Je­steś sła­by, to mają cie­bie. Pła­kać to moż­na do po­dusz­ki – nig­dy tak aby ktoś to wi­dział. Zno­wu nowi ko­le­dzy, nowe oto­cze­nie, nowe sy­tu­acje. Więk­szość ko­le­siów była w po­pra­wie za po­dob­ne rze­czy co ja lub inne. Tak to już jest. Po­wo­li za­czą­łem przy­zwy­cza­jać się do no­wych za­sad i no­wych osób. Za­czę­li­śmy się wza­jem­nie wy­py­ty­wać i opo­wia­dać. Za­wsze tak jest na po­cząt­ku – co, jak, jak było i tak da­lej. Opo­wia­da­li mi o swo­ich prze­ży­ciach i przy­go­dach, ja o swo­ich. Tak mija czas w po­pra­wie. No jest szko­ła i inne za­ję­cia, ale jak ktoś ma ocho­tę się wy­dziar­gać i to nie­źle, znaj­dzie też czas na to. Był taki ko­leś z oko­lic Wro­cła­wia, któ­ry był mi­strzem w ta­tu­owa­niu. Nie było rze­czy, któ­rej by nie wy­ta­tu­ował, bio­rąc pod uwa­gę ja­kie pry­mi­tyw­ne mie­li­śmy ma­szyn­ki. Jego ulu­bio­nym po­wie­dze­niem było – co tam sły­chać San­cho, chy­ba nie­zbyt – co? Bar­dzo go lu­bi­łem, był to na­praw­dę po­rząd­ny ko­leś. Tak jak mó­wi­łem, tak mija czas w po­pra­wie. Nie cze­ka­łem na list, ale po pew­nym cza­sie na­pi­sa­ła do mnie mama. Pi­sa­ła, że prze­my­śla­ła to wszyst­ko, że pła­ka­ła przez całe noce. Pro­si­ła, pi­sa­ła o na­dziei, że się po­pra­wię i się zmie­nię, wró­cę do domu. Ten list miał mnie chy­ba od­mie­nić, a może w ja­kiś spo­sób zmie­nić? Nie wiem i do dzi­siaj go pa­mię­tam – ten pierw­szy list do mnie. Nikt tego nie jest w sta­nie zro­zu­mieć jak zu­peł­nie in­a­czej jest trak­to­wa­ny list w ta­kiej sy­tu­acji w ja­kiej ja by­łem. To jest zu­peł­nie coś in­ne­go niż nor­mal­nie list od ciot­ki na świę­ta, obo­jęt­nie ja­kie to by były. Ba, ro­dzi­na za­czę­ła się mną in­te­re­so­wać, za­czę­li przy­jeż­dżać, ko­re­spon­den­cja się za­czę­ła, czę­ściej niż kie­dy­kol­wiek. Na pew­no mi to w ja­kiś spo­sób po­ma­ga­ło i tak są­dzę po­mo­gło. Na pew­no prze­trwać. W po­praw­cza­ku mia­łem nie­raz pro­ble­my z pod­po­rząd­ko­wa­niem się re­gu­la­mi­nom i ogól­nie przy­ję­tym za­sa­dom, ale na­uka szła mi cał­kiem nie­źle. Na pierw­szą prze­pust­kę mu­sia­łem cze­kać bar­dzo dłu­go. Wresz­cie ją otrzy­ma­łem. Wie­dzia­łem, że jak będę za dużo fi­kał, to do­pier­do­lą mi po­pra­wę do dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go roku. Kur­wa, chy­ba bym tego nie prze­żył. Ja pier­do­lę, na­wet nie je­stem w sta­nie so­bie tego wy­obra­zić, ja pier­do­lę, ale szajs, co to by był za ki­bel. Chy­ba le­piej się bajt­nąć na linę! Pierw­sza wia­do­mość w moim mie­ście nie była naj­lep­sza – przy­ja­ciel tra­fił do za­kła­du. Do­wie­dzia­łem się o ad­res i te­le­fon – za­dzwo­ni­łem do nie­go. Oka­za­ło się, że nasz wspól­ny ko­leś „sprze­dał” go z wła­ma­niem jak wpadł. Po spra­wie wje­ba­li go do Schro­ni­ska dla Nie­let­nich, a po trzech ty­go­dniach wy­wieź­li go do za­kła­du. Bar­dzo ufa­li­śmy temu ko­le­sio­wi, a tu taka wpa­da! Dużo, dużo póź­niej do­rwa­li­śmy kon­fi­den­ta i tak mu wpier­do­li­li­śmy, że le­żał ku­tas je­ba­ny i pro­sił, żeby uwie­rzyć w to, że to nie on „sprze­dał”. Nie mo­gli­śmy jed­nak w to uwie­rzyć. Pew­ne rze­czy były dla nas zbyt oczy­wi­ste. Na tej prze­pu­st­ce nic kom­plet­nie nie wy­je­ba­łem, kom­plet­nie żad­ne­go nu­me­ru. Na im­pre­zy cho­dzi­łem tyl­ko z ma­niu­rą. Pra­wie cały czas spę­dzi­łem w domu i z ma­niu­rą. Jed­nak bra­ko­wa­ło mi tych za­je­bi­stych za­dym. Mia­łem na­dziej ę, że Prze­mo szyb­ko przy­je­dzie na prze­pust­kę i znów bę­dzie­my kraść i ba­wić się ra­zem. Wszyst­ko się tak jak­by bez nie­go uspo­ko­iło, prze­sta­łem od­pier­da­lać nu­me­ry. Naj­więk­szym jed­nak nu­me­rem było to, kie­dy w ter­mi­nie po­wró­ci­łem z prze­pust­ki do za­kła­du. W za­kła­dzie mi­jał dzień za dniem tak jak za­wsze utar­tym re­gu­la­mi­no­wym try­bem. By­łem jed­nym z lep­szych wy­cho­wan­ków, do­bre za­cho­wa­nie i do­bre oce­ny. Chcia­łem prze­trwać ja­koś do wa­ka­cji, któ­re po­wo­li się zbli­ża­ły. Ko­niec czerw­ca przy­je­cha­ła do mnie sio­stra ze swo­im fa­ciem i po­je­cha­łem do domu. Po przy­jeź­dzie nie wy­cho­dzi­łem z domu przez kil­ka dni. Nie­moż­li­we niby, a jed­nak tak było. Po­ma­ga­łem ma­mie w domu i ogro­dzie. Po­my­śla­łem, że za­dzwo­nię do ma­niu­ry, a tak­że do Prze­ma, może też przy­je­chał. Nie mia­łem in­for­ma­cji, czy go wy­pu­ści­li czy też nie. Oka­za­ło się, że też przy­je­chał, ale za­lał pałę w pu­bie – ale miał prze­dzwo­nić, niby. Tłu­ma­czył się, że tak ja­koś wy­szło no i co. Umó­wi­li­śmy się na dwu­dzie­stą w jak­że by in­a­czej w na­szym ulu­bio­nym pu­bie. Przy­je­chał po mnie – ru­szy­li­śmy po na­sze ma­niu­ry. Wy­je­ba­li­śmy do cen­trum na im­pre­zę i znów się czu­łem za­je­bi­ście, tak jak wte­dy, tak jak za­wsze. Wy­da­wa­ło się, że to mój ży­wioł, po pro­stu chy­ba ko­cham ta­kie ży­cie. Im­pre­za, al­ko­hol, dra­gi i ma­niu­ry. Gdy wcią­gną­łem ście­chę to­wa­ru, czu­łem się to­tal­nie od­prę­żo­ny i nic mnie nie ob­cho­dzi­ło. Za­po­mnia­łem o wszyst­kim – o tym ca­łym gów­nie w któ­rym by­łem. Ma­niu­ry też wal­nę­ły so­bie po exta­sie. Było na­praw­dę su­per­ow­sko. Pod­czas tań­cze­nia „po­ście­ló­wek” mó­wi­ły, że są tak pod­ja­ra­ne, bo aż szczy­pie je w kro­ku z pod­nie­ce­nia. Mnó­stwo go­rzał­ki, mnó­stwo się po­la­ło.

By­łem w zu­peł­nie in­nym świe­cie, ła­pa­łem za­je­bi­stą fazę i wy­da­wa­ło mi się, że je­stem kimś wiel­kim i nie ma lep­sze­go. Ma­niu­ra wzię­ła mnie za rękę, po­cią­gnę­ła do to­a­le­ty. Tłok jak skur­wy­syn, ni­ko­go nic nie dzi­wi, każ­dy coś jara albo… Od­cze­ka­li­śmy swo­je, gdy ja­kaś zdy­sza­na par­ka wy­szła z jed­ne­go klo­pa. Strasz­nie nas to pod­ja­ra­ło, gdy so­bie wy­obra­zi­li­śmy w ja­kiej ak­cji byli. Nie było żad­nych słów czy za­pro­szeń. Opar­ła się o ścia­nę gło­wą, zdją­łem jej majt­ki, zo­ba­czy­łem jej za­je­bi­sty ty­łe­czek, roz­sta­wio­ne sze­ro­ko nogi. Po chwi­li by­łem już w sza­leń­czym tem­pie, mia­łem to­tal­ne­go „po­we­ra”. Ka­ro­li­na wie jak to ro­bić, krę­ci­ła dup­cią tak fan­ta­stycz­nie, tak szyb­ko, by­li­śmy bar­dzo pod­ja­ra­ni. Tro­chę to trwa­ło, gdy po­my­śla­łem, tyle ru­cha­nia i nic – nie mo­głem się spu­ścić, a tak bar­dzo chcia­łem. To do­syć pro­ste, bo kie­dy wal­niesz w no­cha za dużo „szu­wak­su”, to mo­żesz, ale nie do koń­ca, nie mo­żesz się spu­ścić. Za to Ka­ro­li­na dy­sza­ła jak dzi­ka, jej było ła­twiej po „amor­ku”. Wresz­cie da­łem so­bie spo­kój, nie tym ra­zem, zresz­tą i tak już nie mo­głem. Wy­szli­śmy. Obok w ka­bi­nie ktoś trze­pał so­bie ko­nia, wi­docz­nie usły­szał co się dzie­je i się pod­ja­rał. Ja­sne, też tak moż­na. Ba­wi­li­śmy się da­lej, Prze­mo ko­goś mi przed­sta­wił, ale już nie pa­mię­tam kogo. Znał spo­ro osób, do kel­ne­rek mó­wił na ty. Na koń­cu „dys­ki” umó­wi­li­śmy się z wia­rą na na­stęp­ną im­pre­zę. Po­je­cha­li­śmy tak­są do domu. Fazę mia­łem za­je­bi­stą, obłęd jak by­łem na­fa­zo­wa­ny. W tak­sów­ce Prze­mo ze swo­ją Mag­dą nie­źle dzia­łał. Wi­dzia­łem tyl­ko jego rękę pod jej mi­nió­wą, całą dro­gę się ca­ło­wa­li, a on jej je­chał z pal­ca. Dwa dni póź­niej ro­dzi­ce za­bra­li mnie na wcza­sy za gra­ni­cę. Do­kład­nie do Chor­wa­cji. Było tam nie­źle, ale nud­no. Naj­bar­dziej roz­ba­wił mnie fakt, że mu­sia­łem ką­pać się w klap­kach, żeby nie na­dep­nąć na ja­kie­goś je­ża­ka czy coś w tym ro­dza­ju. Ale heca. Ale i tak było nud­no, bez Prze­ma, bez Ka­ro­li­ny, bez im­prez. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej wró­cić i za­ba­wić się z mo­imi ko­le­ga­mi. Po po­wro­cie oj­ciec obie­cał mi sfi­nan­so­wać kurs pra­wa jaz­dy, a po­tem kto wie czy nie będę mógł jeź­dzić jego sa­mo­cho­dem. Bar­dzo się ucie­szy­łem, ale też nie bar­dzo wie­dzia­łem o co jemu cho­dzi. Nig­dy nie do­sta­wa­łem od nie­go ta­kich pre­zen­tów. Za­dzwo­ni­łem do Prze­ma i opo­wie­dzia­łem mu o tym. Też się ucie­szył, zwłasz­cza gdy mu obie­ca­łem jaz­dę au­tem. No, jak oczy­wi­ście bę­dzie to moż­li­we. Przez całe wa­ka­cje pier­dol­nę­li­śmy z Prze­mem kil­ka „dzie­sion”, ale bez żad­ne­go nie­po­trzeb­ne­go przy­pa­łu. Mie­li­śmy duże pla­ny na przy­szłość. Chcie­li­śmy być w przy­szło­ści gang­ste­ra­mi, być nie­za­leż­nym od in­nych i ro­bić duże in­te­re­sy. Zro­bi­łem pra­wo jaz­dy, tak jak oj­ciec mi obie­cał. Od­pa­lił dolę dla eg­za­mi­na­to­ra i zda­łem za pierw­szym ra­zem. Ale zdol­ny je­stem, co? Sta­rzy mie­li Audi 80 tak zwa­ną przej­ściów­kę. Na po­czą­tek to i tak nie­bo. Po­je­cha­łem do Prze­ma, wy­rwa­li­śmy na mia­sto, ale czad. Dwa razy chy­ba bym w ko­goś przy­pier­do­lił, ale mie­li nie­zły re­fleks. Do cho­le­ry, w koń­cu też mają pra­wo jaz­dy. Sza­le­li­śmy nie­sa­mo­wi­cie. Póź­niej wy­rwa­li­śmy za mia­sto na sta­ry opusz­czo­ny au­to­drom, tam do­pie­ro da­li­śmy kitu. Póź­niej wie­czo­rem, jak zwy­kle im­prez­ka, cho­le­ra ja­sna – po­że­gnal­na. Aku­rat au­tem dłu­go się nie na­cie­szy­łem, bo mu­sia­łem wra­cać do za­kła­du. Ko­niec wa­ka­cji, ko­niec wszyst­kie­go. Było to strasz­nie przy­gnę­bia­ją­ce, strasz­nie, po pro­stu chcia­ło mi się aż pła­kać. Po po­wro­cie wszyst­ko było jak­by inne, tak mi się wy­da­wa­ło. My­śla­łem, że nie wy­trzy­mam. Sta­ło się, wy­trzy­ma­łem, gdzieś oko­ło trzech ty­go­dni. Pod­czas wyj­ścia do mia­sta ucie­kłem ze­kso­wi. Po­je­cha­łem do domu. Mu­sia­łem wszyst­ko zro­bić tak, żeby ro­dzi­ce nie sku­ma­li o co cho­dzi. Mo­men­tal­nie miał­bym wy­wóz. Po­sze­dłem do swo­jej dziew­czy­ny, ale spa­nie u niej od­pa­da­ło. Jej sta­rzy zna­li mo­ich, mo­gli by coś po­dej­rze­wać, że coś jest nie tak. Póź­nym wie­czo­rem wy­lą­do­wa­łem w domu, po­ło­ży­łem się spać. Rano moja sio­stra od razu do­my­śli­ła się co jest gra­ne i to, że je­stem w domu. Pro­si­ła, żeby z nią po­roz­ma­wiać, opo­wie­dzieć o wszyst­kim, dla­cze­go je­stem tu a nie tam. Mia­łem wra­że­nie, że to co opo­wia­dam spły­wa po niej i tak mi nie wie­rzy. Po chwi­li na­my­słu wsta­ła i po­szła po mamę. Sie­dzia­łem w po­ko­ju i nie wie­dzia­łem co mam ro­bić, za­czą­łem roz­my­ślać i sta­rać się ja­koś to so­bie po­ukła­dać. We­szła sio­stra z mamą. Mama za­py­ta­ła się, co ty tu ro­bisz syn­ku? Od­po­wie­dzia­łem, że ucie­kłem, jest mi po pro­stu tam źle. Po­wie­dzia­łem, że prze­cież mogę się tu­taj na miej­scu uczyć, a nie tam. Mama po­wie­dzia­ła, że to nie jest ta­kie pro­ste jak my­ślę. Wście­kła się krzy­cząc, że przed­tem mo­głem o tym po­my­śleć i nie roz­ra­biać i wstyd ca­łej ro­dzi­nie przy­no­sić. Za­czę­ła pła­kać, mó­wić ja­kie nie­przy­jem­no­ści i kło­po­ty ją spo­ty­ka­ją. Za­czą­łem tłu­ma­czyć ma­mie – pój­dzie­my do sądu, po­roz­ma­wiasz z kim trze­ba, uda się to za­ła­twić. Mama się zgo­dzi­ła – ju­tro pój­dzie­my. Wcho­dząc do sądu trzą­słem się cały, wie­dzia­łem jak to jest waż­ne dla mnie. Mama do­wie­dzia­ła się, że nie­ste­ty, ale pani sę­dzia ma wo­kan­dę, a poza tym wyda na­kaz do­pro­wa­dze­nia mnie do za­kła­du po­praw­cze­go, le­piej gdy­bym wró­cił sam. Po­noć była bar­dzo zła i nie mo­gła uwie­rzyć, że kto­kol­wiek może w ten spo­sób za­wra­cać jej gło­wę. Jak to okre­śli­ła moja mama, też była wście­kła na za­ist­nia­łą sy­tu­ację. W gło­wie mia­łem wiel­ki za­męt i wszyst­ko mi w niej bu­zo­wa­ło. Jed­nak pani sę­dzia nie zo­sta­wi­ła tego wszyst­kie­go bez ja­kie­go­kol­wiek roz­wią­za­nia. Za­dzwo­ni­ła do za­kła­du i po­ga­da­ła z pe­da­go­giem, któ­ry obie­cał, że ju­tro przy­je­dzie po mnie. Mó­wiąc sło­wa­mi mo­je­go ko­le­gi mi­ni­stran­ta „tak też się sta­ło”. Po mie­sią­cu ze wzglę­du na dziad­ków po­je­cha­łem na prze­pust­kę na Świę­to Zmar­łych. Nie­źle, trzy dni wol­ne­go. Przy­je­chał też Prze­mo, mó­wił, żeby się nie mar­twić, bo na lato bę­dzie­my na wol­ce i mogą nas wte­dy wszy­scy w dupę po­ca­ło­wać.

Wie­czo­rem po­je­cha­li­śmy do klu­bu na im­pre­zę, ku­pi­li­śmy to­war, za­je­ba­li­śmy w no­cha dzia­łę śnie­gu. Do­syć szyb­ko mia­łem za­je­bi­stą fazę. Prze­mo zresz­tą też. Dys­ka trwa­ła w naj­lep­sze, ba­wi­li­śmy się na­praw­dę nie­źle. Jak za­wsze wzię­li­śmy żu­brów­kę z so­kiem jabł­ko­wym i lo­dem, no ja­sne cy­try­na też. Skąd te upodo­ba­nia? Oooo, to dłu­ga i faj­na hi­sto­ria, ale mó­wiąc skró­tem, to jed­na taka Lu­cyn­ka to uwiel­bia­ła i mnie też to wzię­ło. Po­zna­łem ją w za­je­bi­stej dys­ko­te­ce Sa­voy. Była tam z ko­le­żan­ką, jak pa­mię­tam Da­ria mia­ła na imię. Dla­cze­go tak to okre­ślam? Ba… póź­niej się oka­za­ło, że Lu­cy­na to Mo­ni­ka, to zna­czy od­wrot­nie, przed­sta­wi­ła się jako Mo­ni­ka, ale to była Lu­cy­na. Ale jaja, nie­któ­re cip­ki my­ślą, że imię ja­kie mają może się nie spodo­bać ja­kie­muś tam po­zna­ne­mu chło­pa­ko­wi. Na moje to ona może mieć na imię Her­me­ne­gil­da i ob­cho­dzić swo­je imie­ni­ny 13 kwiet­nia w pią­tek albo też na­wet Ger­tru­da albo też Her­ta, pies je je­bał. Je­że­li jest nie­zła i masz ocho­tę ją wy­je­bać, jed­nym sło­wem, je­że­li to­bie się po­do­ba, póź­niej to na­wet może być Mo­ni­ka. Oczy­wi­ście, je­że­li jej tak na tym za­le­ży. Aha, a ta Da­ria mia­ła nie­złe cy­cu­sie, cu­dow­ny de­kolt po pro­stu. Naj­ogól­niej była to smut­na szmu­la za­ko­cha­na w swo­im chło­pa­ku, któ­re­go aku­rat nie było, ale jak był, to za­zwy­czaj ro­bił z nią co chciał i po go­dzi­nie zmy­wał się do in­nej dys­ko­te­ki wa­lić w krok inne pa­nien­ki. Zresz­tą, któ­re też na nie­go cze­ka­ły. Tak, tak, to był dla nie­go za­je­bi­sty układ. Je­że­li cho­dzi o Lu­cyn­kę, to fan­ta­stycz­nie tań­czy­ła i nie cho­dzi­ło tu o to jako sztu­kę lecz jako for­mę. Tań­cząc z nią mia­łem od­czu­cie, że jest wszę­dzie w moim cie­le. Po­tra­fi­ła tak umie­jęt­nie ocie­rać się swo­ją pupą o mój roz­po­rek, że rze­czy­wi­ście, czy to ta­kie waż­ne, czy Mo­ni­ka, czy Lu­cy­na, jak ku­tas mi stał jak głu­pi? Na ra­zie to tyle… Prze­mo coś po­wie­dział, usie­dli­śmy z ma-niu­ra­mi przy sto­li­ku. Za­czę­ła się jak zwy­kle gad­ka szmat­ka i póź­niej już się wszyst­ko roz­krę­ci­ło nor­mal­nym, a jak­że try­bem – na­szym try­bem. Po paru drin­kach z Prze­mem po­sta­no­wi­li­śmy – „skro­imy kwa­drat” naj­le­piej wy­je­bać ja­kąś ha­wi­rę lub sklep. Do czwart­ku bę­dzie­my mieć wszyst­ko ob­cy­ka­ne, tak, żeby nie było przy­pa­łu. Bar­dzo bra­ko­wa­ło nam tego i cie­szy­łem się, że znów za­czną się za­dy­my tak jak kie­dyś. Już oko­ło pierw­szej by­łem tak na­je­ba­ny, że nie wie­dzia­łem co ro­bię, wkur­wi­łem się na Ka­ro­li­nę i za­je­ba­łem jej w twarz. Za­czę­ła pła­kać, tak­że Prze­mo­wi chcia­łem wy­je­bać, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­ma­łem. Po paru chwi­lach szar­pa­nia się z Prze­mem za­czą­łem my­śleć – co ja ro­bię? Co ja do kur­wy nę­dzy od­pier­da­lam? Na­gle oprzy­tom­nia­łem, zda­łem so­bie spra­wę, że po­stą­pi­łem jak ostat­ni kre­tyn. Sie­dzia­łem już cał­kiem spo­koj­ny obok Ka­ro­li­ny, za­czą­łem ją pro­sić, żeby mi prze­ba­czy­ła, że na­praw­dę nie wie­dzia­łem co ro­bię. Po­wie­dzia­ła, że cze­goś ta­kie­go nie spo­dzie­wa­ła się po mnie, jesz­cze raz taki nu­mer od­wa­lisz – to ko­niec z nami. Mó­wi­ła i na prze­mian pła­ka­ła i wy­cie­ra­ła oczy. Do­brze, już do­brze – po­wie­dzia­łem. By­łem na sie­bie i tak zły, nie z po­wo­du ca­łe­go, no, tego zaj­ścia, ale z tego po­wo­du, że nie wie­dzia­łem dla­cze­go mi tak od­bi­ło. Do koń­ca im­pre­zy pra­wie już nic nie pi­łem tyl­ko pa­li­łem, prak­tycz­nie je­den za dru­gim. Po „dys­ce” od­wieź­li­śmy tak­są Prze­ma z Mag­dą do domu. W tak­sie cały czas ga­da­łem jak to je­stem na­je­ba­ny, jaką mam fazę i nie dam rady sta­nąć na nogi. Prze­mo na dru­gi dzień mi opo­wia­dał, że Ka­ro­li­nie mó­wi­łem, że ko­cham ją, że chcę z nią być do koń­ca i tak da­lej. Po­wta­rza­łem jej bez prze­rwy, że ko­cham, że ma być ze mną już na za­wsze. Bę­dąc już w domu jesz­cze o wszyst­kim roz­my­śla­łem, wy­ką­pa­łem się i szyb­ko bar­dzo szyb­ko za­sną­łem. Czwar­tek. Umó­wi­łem się z Prze­mem na dzie­więt­na­stą – po­je­cha­łem po nie­go. Za­par­ko­wa­li­śmy na par­kin­gu nie­da­le­ko od bud­ki z Lot­to. W oczy rzu­cił się nam pla­kat z tę ich ku­mu­la­cją na so­bo­tę. Tro­chę to nas roz­ba­wi­ło, bo ku­mu­la­cja czy kul­mi­na­cja, to jak do­brze nam pój­dzie, też w so­bo­tę bę­dzie­my się nie­źle ba­wić. Wie­rzy­łem, że też bę­dzie­my mieć far­ta. Zro­bi­li­śmy ob­cin­kę, czy nikt się nie krę­ci i jest bez przy­pa­łu. Mie­li­śmy ob­cy­ka­ny sklep z elek­tro­ni­ką. Mo­men­ta­mi też mia­łem dziw­ne od­czu­cie, że mo­że­my tak­że wpaść, a to rów­na­ło się z tym, że będę mu­siał wró­cić do syfu i ko­niec z wol­no­ścią. No ale nic, wy­szli­śmy z auta jak na ha­sło. Zresz­tą co tam, przed­tem jesz­cze jeb­nę­li­śmy w no­cha dział­kę, żeby pu­ści­ły z nas ner­wy. Po pro­stu, żeby nie mieć cy­ko­ra i nie przej­mo­wać się ni­czym. Śmierć fra­je­rom, ży­cie lu­dziom i zło­dzie­jom.

Póź­niej wszyst­ko dzia­ło się już bły­ska­wicz­nie. Prze­mo wy­jął „mi­cha­ła”, jed­nym wal­nię­ciem wy­je­bał szy­bę, wsko­czy­li­śmy do środ­ka. Dużo, dużo póź­niej, po­my­śla­łem so­bie, jaki to był­by nie­fart, gdy­by­śmy tra­fi­li na tę wzmac­nia­ną szy­bę, któ­rej zresz­tą nie jest się w sta­nie wy­bić. Ale jest to jed­nak dziw­ne, że skle­py, któ­re są świe­żo otwar­te od nie­daw­na, to i alar­mów nie mają, a tym bar­dziej tych szyb. Nie­raz tak bywa, że wła­ści­ciel jak ma kre­dy­ty, to też so­bie ubez­pie­cza na nie­złą sum­kę, w ra­zie cze­go to i tak może so­bie od­bić z nad­wiąz­ką, ma alarm, ale szy­by do dupy. Cho­ciaż te­raz i ci co ubez­pie­cza­ją, no te fir­my już się też wy­cwa­ni­ły, wie­dzą co i jak, no i dla­cze­go. Tak, tak – za to wszyst­ko ka­su­ją i to nie­źle. Po chwi­li w ple­ca­ku mia­łem czte­ry cy­fro­we ka­me­ry, ale cac­ka, ta­kie ma­leń­kie, mój ko­leś też nie był gor­szy. W uszach tak na­praw­dę dzwo­ni­ła mi ci­sza. Dziw­ne, żad­ne­go alar­mu, nic kom­plet­nie. Ale ży­cie uczy, póź­niej się do­wie­dzia­łem dużo rze­czy na te­mat „kro­je­nia kwa­dra­tów” i tych alar­mów z tych ich tzw. ci­chym po­wia­do­mie­niem. Ja pier­do­lę, jacy my by­li­śmy na­iw­ni. Umó­wi­li­śmy się na tzw. krót­ki wpad, bie­rze­my co pod ręką – góra trzy mi­nu­ty i cho­du. Ale Prze­mo ubz­du­rał so­bie, że w ka­sie fi­skal­nej są na pew­no ja­kieś pie­nią­dze i zrzu­cił ją ze sto­łu. Jak opę­ta­ny klnąc i ko­piąc, my­ślał, że być może otwo­rzy mu się, czy też roz­wa­li ją do­szczęt­nie i wy­sy­pią mu się sze­ro­kim stru­mie­niem pie­nią­dze. Mó­wię do nie­go, kur­wa Prze­mo do chu­ja, wy­ry­wa­my stąd! Spier­da­laj­my, cza­su nie ma, jesz­cze nas zwi­ną. Wy­rwa­li­śmy co sił w gi­czach, by­łem strasz­nie spo­co­ny, sam nie wiem dla­cze­go. Parę me­trów dzie­li­ło nas od sa­mo­cho­du, kur­wa mać, je­ba­na suka-ra­dio­wóz wprost z re­flek­to­ra­mi na nas, niech to chuj strze­li, co za przy­pał. Nie, wte­dy już nie było mi do śmie­chu. Ja w jed­ną stro­nę, Prze­mo w dru­gą. Po kil­ku­na­stu me­trach sprin­tu, od­ru­cho­wo obej­rza­łem się, ja pier­do­lę, mają Prze­ma i wał­ku­ją go na gle­bie. Wi­dzia­łem to przez mo­ment, ale mu­sia­łem spier­da­lać co sił w no­gach. Jak naj­da­lej, jak naj­szyb­ciej, nie ma wyj­ścia, mu­sisz być za­wsze jak naj­da­lej od miej­sca gdzie ro­bi­łeś co­kol­wiek, co jest nie tak. Za­wsze. Jak naj­da­lej, spier­da­laj tak jak­by go­nił cie­bie wście­kły pit­t­bull z ko­le­gą am­sta­fem. Całe szczę­ście, że by­łem tro­chę przed tym na­spi­do­wa­ny, wte­dy moż­na spier­da­lać i to nie­źle. Bie­gnąc, na do­brą spra­wę też nie­źle spa­ni­ko­wa­łem, bo nie wie­dzia­łem co ro­bić, tu li­czą się ułam­ki chwil, nie ma cza­su na za­sta­na­wia­nie się i dłuż­sze roz­my­śla­nia, co i dla­cze­go, jak i w któ­rą stro­nę. Na pew­no wie­dzia­łem jed­no, spier­da­laj tak aby cię nie do­rwa­li, bo oprócz pa­ło­wa­nia, to i ko­niec będę miał za­pew­nio­ny. Gna­łem jak wa­riat, gdzieś w po­ło­wie dro­gi na ha­wi­rę, to zna­czy do domu, za­czą­łem iść. Pra­wie już do­cho­dzi­łem, skrę­ci­łem za róg, to sta­ło się tak szyb­ko, że na ja­kie­kol­wiek fil­mo­we re­ak­cje było już za póź­no. Do­sta­łem tak w fa­cja­tę, że zo­ba­czy­łem nie tyl­ko gwiaz­dy, ale całe nie­bo roz­ja­śnio­ne aż do bólu. Ka­za­li mi wsiąść do ra­dio­wo­zu. Za­py­ta­łem po chwi­li od­de­chu, o co cho­dzi? Je­den z po­li­cjan­tów od­po­wie­dział – jak ci wy­je­bię, to bę­dziesz wie­dział o co cho­dzi. W tym mo­men­cie mo­głem tyl­ko przy­pusz­czać, że Prze­mo mnie sprze­dał. Po­je­cha­łem z kur­wa­mi na ko­mi­sa­riat. Wsa­dzi­li mnie na celę, by­łem wkur­wio­ny jak chuj, gdy przy­cho­dzi­ła mi myśl, że Prze­mo mógł­by mnie sprze­dać. To nie do wia­ry, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel od tylu lat mnie sprze­dał. Mia­łem ocho­tę za­je­bać jego i sie­bie, tak by­łem wkur­wio­ny. Dłu­żej nie mia­łem cza­su na roz­my­śla­nia, bo przy­szła po mnie ja­kaś kur­wa, ja­kiś sier­żant czy coś tam i za­pro­wa­dził mnie do naj­gor­sze­go szkie­ła w szkie-łow­ni świa­ta. Co za je­ba­na men­da z men­tow­ni, śmieć je­ba­ny. Za­czął mnie prze­słu­chi­wać, pro­to­ko­ło­wać, ro­bić róż­ne za­pi­ski. To do­pie­ro był po­czą­tek. Póź­niej przy­szedł dru­gi, krzy­czał, wy­ma­chi­wał, cho­dził do­oko­ła mnie. Do­sta­łem ni stąd ni zo­wąd strzał w pape, aż spa­dłem z fi­ko­ła. Póź­niej jesz­cze raz i jesz­cze raz. Jak tak już się śmieć roz­ocho­cił, to od­ru­cho­wo się za­sła­nia­łem, żeby tyl­ko nie obe­rwać. Pod­pusz­czał mnie, że­bym sprze­dał Prze­ma – mó­wił, że to on mnie wko­pał. Opo­wia­dał mi ta­kie rze­czy o któ­rych wie­dzia­łem tyl­ko ja i Prze­mo.

Wte­dy uświa­do­mi­łem so­bie, że ta kur­wa je­ba­na za­je­ba­ła mnie z piz­dy. Tego po nim bym się nig­dy nie spo­dzie­wał. Obie­ca­łem so­bie wte­dy, że go roz­kur­wię jak go tyl­ko spo­tkam je­ba­ne­go szma­cia­rza, no co za kur­wa je­ba­na, jak tak mógł zro­bić. Ale szkieł mnie pod­pusz­czał cały czas. Do­sko­na­le wie­dzia­łem o co mu je­bań­co­wi cho­dzi! No ja­sne, że nie zna­leź­li wszyst­kich fan­tów, bo swo­je scho­wa­łem po dro­dze przy sta­rych ga­ra­żach. Peł­no jest tam róż­nych za­ka­mar­ków, sto­sów ce­gieł, dziur, że sa­me­mu moż­na by­ło­by się zgu­bić. Dru­gi szkieł za­czął mnie prze­ko­ny­wać, uspo­ka­jać, no po­wiedz wresz­cie, daj so­bie spo­kój z tym two­im nie­po­trzeb­nym upo­rem, no mów, itd. Wie­dzia­łem o co mu bie­ga. Skąd? Z fil­mów! Je­den uda­je do­bre­go, za­ga­du­je, pro­si, mówi spo­koj­nie, dru­gi de­ner­wu­je, za­da­je w kół­ko te same py­ta­nia, pod­pusz­cza, krzy­czy, bije. Je­den uda­je do­bre­go dru­gi złe­go, aż ci się w mó­zgu po­je­bie, za­cznie ci się wszyst­ko plą­tać, po­my­lisz się raz i ko­niec. Bio­rą cie­bie wte­dy bra­cie na huki – krzy­czą, stra­szą, a ty się pu­cu­jesz do tego i mają cię jak na tacy. Tak to jest jak nie wiesz o co bie­ga, to ci za­gęsz­cza­ją te­mat niby nie­chcą­cy. Ale trze­ba pa­mię­tać, że trze­ba być twar­dym, ta­kie są re­gu­ły jak chcesz w te kloc­ki grać. Mu­sisz być twar­dy, iść w za­par­te, do ni­cze­go się nie przy­zna­wać! Kra­dłeś? Nie! Wi­dzia­łem, to by­łeś ty! Nie­praw­da, to nie ja – może ktos inny? Na pew­no ty – po­zna­ję cie­bie. Je­że­li to ja, to po­wi­nie­nem być tam zła­pa­ny, a nie by­łem. Ko­le­ga cie­bie wy­dał! Dziw­ne, bo ja nie mam ko­le­gów! Moż­na to cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność, ale mogą się wkur­wić i wte­dy, wjeb mu­ro­wa­ny na bank, czy­li jak mó­wi­łem przed­tem – trze­ba być twar­dym i to na­praw­dę twar­dym! Mo­żesz do­stać wpier­dol pałą po pię­tach lub po ne­rach. Dla­cze­go aku­rat tak? Bo nie wi­dać póź­niej śla­dów, że do­sta­łeś nie­zły wy­cisk. Ale i tak naj­le­piej iść w za­par­te. Kra­dłeś? Nie! Ale zła­pa­li­śmy cie­bie za rękę! To nie moja ręka! Wy­przeć się wszyst­kie­go, bo tak czy in­a­czej zy­sku­jesz na cza­sie i mo­żesz wszyst­ko na spo­koj­nie póź­niej so­bie prze­my­śleć. To nie ja – nic nie wiem – nie pa­mię­tam. Moż­li­we, ale nie pa­mię­tam. Nie wiem – nie by­łem – nie wiem – nie znam ni­ko­go ta­kie­go. Jaki ad­res? Pierw­sze sły­szę, nie wiem, może na in­for­ma­cji ktoś bę­dzie wie­dział. W tym mo­men­cie mo­żesz się spo­dzie­wać, że do­sta­niesz strza­ła w pape. Naj czę­ściej tak bywa, no i tym ra­zem też tak było. Pod­nio­słem się już ko­lej­ny raz, kie­dy upa­dłem ra­zem z krze­słem. Szkieł nie­stru­dze­nie pró­bo­wał mnie prze­ko­ny­wać w dal­szym cią­gu, ro­biąc swo­je nie ro­bią­ce na mnie wra­że­nia ko­lej­ne wy­wo­dy. Chciał mnie prze­ku­pić swo­ją bez­sen­sow­ną gad­ką. Strze­lał na­wij­kę – ja się tyl­ko śmia­łem – chy­ba go po­je­ba­ło. Je­den z nich za­dzwo­nił po mo­je­go ojca in­for­mu­jąc go o wszyst­kim. Po prze­słu­cha­niu pod­pi­sa­łem te ich ze­zna­nia, do­kład­nie je czy­ta­jąc przed­tem, bo cza­sa­mi mogą coś do­pi­sać i wte­dy dupa zim­na. Pod­pi­sa­łeś? To masz ja­kieś pre­ten­sje? Zna­my te ich kan­ty, oj zna­my. Wszedł oj­ciec, był strasz­nie wku­rzo­ny, rzu­cił do mnie ja­kieś dwa może trzy zda­nia i wy­szedł. Póź­niej mia­łem kon­wój do Izby Dziec­ka, póź­niej mie­li mnie prze­wieźć do za­kła­du. Po­zna­łem kil­ku faj­nych ko­le­si na izbie, tro­chę po­ga­da­li­śmy, były też dwie dziew­czy­ny. Za­dzwo­ni­łem do Ka­ro­li­ny, opo­wie­dzia­łem jej wszyst­ko, nie chcia­ła w to uwie­rzyć. Do­sko­na­le wie­dzia­ła ja­ki­mi je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi od lat. Po­ło­ży­łem się spać, ale nie mo­głem za­snąć, roz­my­śla­łem. Roz­my­śla­łem cały czas o tym co się wy­da­rzy­ło i jak tak to mo­gło się skoń­czyć. My­śla­łem o Prze­mo, nie mo­głem zro­zu­mieć, jak on mi to mógł zro­bić. Był dla mnie jak brat, był kimś dla mnie – kimś kogo moż­na na­śla­do­wać, ale stał się kur­wą i kon­fi­den­tem, wie­dzia­łem, że to się sta­ło przez Prze­ma. Mia­łem po­je­ba­ne sny, je­den z nich jesz­cze za­pa­mię­ta­łem. Po­sze­dłem do dys­ko­te­ki, aby po­szu­kać go i się ze­mścić, szu­ka­łem i nie mo­głem zna­leźć. Nie ba­wi­łem się tak jak za­wsze, by­łem przy­gnę­bio­ny. Do­oko­ła wszy­scy się ba­wi­li i śmia­li, po­ka­zu­jąc mnie pal­ca­mi i ki­wa­jąc gło­wa­mi. Tak jak­by chcie­li po­wie­dzieć – pa­trz­cie to ten fra­jer, któ­ry my­ślał na­iw­nie, że ist­nie­je przy­jaźń. Pa­trzy­łem i my­śla­łem, co wy mo­że­cie wie­dzieć, stra­ci­łem naj­lep­sze­go ko­le­sia. Całą noc sie­dzia­łem i pi­łem nie mo­gąc wy­rzu­cić tej my­śli z gło­wy. Wte­dy zo­ba­czy­łem jak zbli­ża się do mnie Prze­mo, ale ja­koś nie może do mnie dojść. Wte­dy wszy­scy pa­trzą w na­szym kie­run­ku i strasz­nie za­czy­na­ją się śmiać i krzy­czeć jak na ja­kimś me­czu pił­ki noż­nej. Nie wy­trzy­ma­łem wte­dy i ze­rwa­łem się bie­gnąc w jego kie­run­ku, wi­dząc te wszyst­kie dziw­nie wy­krzy­wio­ne twa­rze, te dziw­ne gry­ma­sy i wy­szcze­rzo­ne zęby. Bie­gnę i czu­ję, że spa­dam w ot­chłań, ciem­ną i bez dna i tyl­ko sły­szę ten śmiech. Obu­dzi­łem się strasz­nie zla­ny po­tem, uff to tyl­ko sen, po­my­śla­łem. Do rana już nie mo­głem za­snąć. Na izbie sie­dzia­łem aż pięć dni i jesz­cze dwa do­dat­ko­we prze­słu­cha­nia, oczy­wi­ście, Po­li­cja mnie za­bie­ra­ła i od­wo­zi­ła. Pięć dni w ocze­ki­wa­niu na kon­wój. Gdzieś, oko­ło ósmej, po śnia­da­niu mia­łem kon­wój do za­kła­du. Na po­cząt­ku by­łem jesz­cze tak ja­koś dziw­nie tym oszo­ło­mio­ny, jak­by to mnie nie do­ty­czy­ło. Nie chcia­łem do­pu­ścić my­śli, że to już ko­niec, że znów się za­cznie „od­ra­bia­nie za­dań do­mo­wych”. Jed­nak to była praw­da, któ­ra była moją naj­więk­szą po­raż­ką w moim do­tych­cza­so­wym ży­ciu. Na po­wi­ta­nie w za­kła­dzie do­sta­łem wpier­dol gumą za to, że nie wró­ci­łem nor­mal­nie tyl­ko mnie przy­wieź­li po od­pier­do­lo­nych nu­me­rach, mnie to na do­brą spra­wę pier­do­li­ło, to był chuj, mógł­bym taki wpier­dal do­sta­wać co­dzien­nie. Wo­lał­bym, żeby nie­praw­dą było to, że Prze­mo to ka­puś. Ro­dzi­na prze­sta­ła kon­tak­to­wać się ze mną. Zero te­le­fo­nów, zero li­stów czy cze­go­kol­wiek. W pew­nym sen­sie było to do prze­wi­dze­nia i mu­sia­łem się z tym po­go­dzić, za­po­wie­dzie­li, że na świę­ta nie we­zmą mnie i nie mam co na to li­czyć. Nie li­czy­łem na to, bo i tak by mnie z za­kła­du nie pu­ści­li, a poza tym sę­dzi­na też nie jest w cie­mię bita. Wąt­pię, żeby wy­ra­zi­ła na wy­jazd zgo­dę. Ra­czej to było po­su­nię­cie mo­ich sta­rych, jaką to niby te­raz mam karę, że oni o tym de­cy­du­ją, wy­sła­łem list, żeby mi wy­ba­czy­li te spra­wy, ale nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. Jed­nak sio­stra na­pi­sa­ła do mnie, że wszyst­ko bę­dzie do­brze i mam się trzy­mać.

Czas do świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia bar­dzo mi się dłu­żył, do­sko­na­le wie­dzia­łem, że je spę­dzę w za­kła­dzie. Nie ro­bi­łem so­bie na­dziei, aż tak głu­pi nie by­łem. Przy­szedł czas wy­jaz­dów in­nych wy­cho­wan­ków, wte­dy do­pie­ro się robi ku­rew­sko przy­kro, nie­wy­obra­żal­nie przy­kro. Wy­jeż­dża­ją, a ty kur­wa za­je­ba­na mać, zo­sta­jesz jak ja­kiś je­ba­ny pier­do­lo­ny fi­lut i na to wszyst­ko tyl­ko pa­trzysz za­ci­ska­jąc zęby. Trze­ba być twar­dym, wiem, już o tym mó­wi­łem – mu­sisz być twar­dy, nie masz wyj­ścia. Za­czę­ło mi od­pier­da­lać, źle się za­cho­wy­wa­łem, po pro­stu wszyst­ko mia­łem w chu­ju. Świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia i Syl­we­ster ja­koś zle­cia­ły. Za­czę­li wra­cać ko­le­dzy z prze­pu­stek. Znów było za­je­bi­ście, każ­dy coś no­we­go opo­wia­dał. Dwóm ziom­kom z ko­mar­ki opo­wie­dzia­łem swo­ją hi­sto­rię, stwier­dzi­li, że z Prze­ma to nie­zły fra­jer i kur­wa sko­ro sprze­dał naj­lep­sze­go ko­le­gę. Stra­ci­łem przez nie­go tyle rze­czy. Za­czę­ła się na­uka. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie le­piej dać so­bie spo­kój cho­ciaż na ra­zie z od­pier­da­la­niem nu­me­rów, czy nie przy­cza­ić się cho­ciaż na tro­chę? Po­sta­no­wi­łem do­brze się uczyć, żeby ro­dzi­na mi wy­ba­czy­ła. Być może za­czął­bym wszyst­ko na nowo? Po dwóch mie­sią­cach na­pi­sa­łem do mamy i wy­sła­łem spis mo­ich ocen po­świad­czo­nych przez szko­łę. Po kil­ku dniach otrzy­ma­łem od­po­wiedź, od­pi­sa­ła, że bar­dzo się z tego cie­szy, z ocen i do­bre­go za­cho­wa­nia, ma na­dzie­ję, że nie spra­wię jej już wię­cej za­wo­du. Obie­ca­ła wziąć mnie na Świę­ta Wiel­ka­noc­ne. Bar­dzo się wte­dy ucie­szy­łem, nie mo­głem do­cze­kać się chwi­li, kie­dy po­ja­dę do domu. Chcia­łem po­ga­dać jak naj­szyb­ciej z moją dziew­czy­ną. Do­sta­łem od niej list, gdzie mi wy­tłu­ma­czy­ła, że Prze­mo mu­siał tak zro­bić, na­pi­sa­ła, że strasz­nie go stłu­kli i nie wy­trzy­mał. Pro­si­ła aby mu wy­ba­czyć, bo praw­dzi­wa przy­jaźń, to też musi ta­kie rze­czy prze­trwać jako swo­istą pró­bę. Po­cząt­ko­wo chcia­łem o Prze­mo za­po­mnieć, ale nie mogę i jak po­ja­dę do domu, to spró­bu­ję się z nim spo­tkać i po­roz­ma­wiać. Być może bę­dzie­my mo­gli znów być przy­ja­ciół­mi i bę­dzie tak jak kie­dyś. Każ­dy z nas po­peł­nia w ży­ciu błę­dy i nie wszyst­ko jest tak na­praw­dę za­leż­ne od nas. Ale bę­dzie mu­siał mi obie­cać, że już nig­dy nie zro­bi mi ta­kie­go świń­stwa. Chy­ba to jest naj­gor­sza rzecz stra­cić przy­ja­cie­la. Sie­dzę w za­kła­dzie i od­li­czam dni do wa­ka­cji. Nie chciał­bym już nic złe­go ro­bić. Nie wiem, spró­bu­ję, ale czy to się mi uda? Kie­dy o tym tak my­śla­łem, nie wie­dzia­łem jesz­cze jak bar­dzo się mylę, jak trud­ne jest to, co dla in­nych jest cał­kiem ła­twe. W mię­dzy­cza­sie do­wie­dzia­łem się, że Ka­ro­li­na dała ja­kie­muś ko­le­sio­wi dupy w skła­dzie przy tar­ta­ku, gdzie ją sam tam py­ka­łem, zna­łem ko­le­sia, jest przy­pa­ko­wa­ny i ma kasę, przy­ją­łem to o dzi­wo spo­koj­nie, chy­ba mi na niej nie za­le­ża­ło. Nie zmie­nia to fak­tu, że to była zwy­kła zdzi­ra, zwy­kła szma­ta. Je­bał ją pies, je­ba­ła cała wieś. Prze­pust­ki na świę­ta nie do­sta­łem. Wy­je­cha­łem do­pie­ro na wa­ka­cje, do­brze pod ko­niec czerw­ca.

Rozdział II

Li­piec, upał jak smok – na nie­bie ku­rew­sko świe­ci­ło słoń­ce, sie­dzie­li­śmy przy sto­li­ku są­cząc le­ni­wie bro­wa­ra. Za­sta­na­wia­li­śmy się, co bę­dzie­my ro­bić w te na­sze wol­ne wa­ka­cje. Wie­dzia­łem, że bę­dzie za­je­bi­ście, ale nie by­li­śmy do koń­ca zde­cy­do­wa­ni, do­kąd się wy­bie­rze­my. Kum­pel za­su­ge­ro­wał, że mo­gli­by­śmy wy­je­chać do Nie­miec, wy­je­bać tro­chę haj­su, bo tam ła­two idzie za­ła­twić kasę. On mó­wił ja prze­ry­wa­łem po­da­jąc lep­sze wg mnie po­my­sły. Ja mó­wi­łem on prze­ry­wał swo­im, no co ty? Od­je­ba­ło ci? A nie le­piej po­je­chać do… no co ty? Od­je­ba­ło ci? Przy ko­lej­nym i po ko­lej­nym pi­wie zde­cy­do­wa­li­śmy – po­je­dzie­my nad mo­rze. Po­sze­dłem do domu i za­czą­łem my­śleć co za­brać ze sobą i co naj­waż­niej­sze jak skrę­cić sta­rych na szmal. Spa­ko­wa­łem co trze­ba z rze­czy i po­sze­dłem do po­ko­ju sta­rych, żeby po­in­for­mo­wać ich o swo­ich za­mia­rach. Wiem, że to śmiesz­nie brzmi, ale obie­ca­łem im się tro­chę po­sta­rać nie wkur­wiać bez po­trze­by i… no, po­trze­bo­wa­łem prze­cież kasy. Po­wie­dzia­łem o swo­im wy­jeź­dzie nad mo­rze, sta­rzy jak mo­głem przy­pusz­czać za­pa­dli w dłuż­sze odrę­twie­nie, stąd też mogę tyl­ko przy­pusz­czać, skąd się bie­rze na­zwa nie­to­pe­rze. Ale spo­koj­nie, jesz­cze się nie cze­pia­li. Za­czę­li się za­sta­na­wiać. Tak jak po­wie­dzia­łem, po dłuż­szej chwi­li mat­ka od­po­wie­dzia­ła, że mogę po­je­chać, ale pie­nię­dzy to ona dużo nie może mi dać i mam szyb­ko wra­cać. Wie­dzia­łem też do­sko­na­le, że się zgo­dzą, bo zna­li ro­dzi­ców Rad­ka mo­je­go ko­le­sia, wie­dząc, że z Prze­mem tym psem to już prze­szłość. Po­sze­dłem jesz­cze do Rad­ka, tro­chę za­czę­ło mnie no­sić. Prze­cież trze­ba było jesz­cze omó­wić szcze­gó­ły, po­sta­no­wi­li­śmy przy bro­war­ku – je­dzie­my do Ust­ki. Po­szli­śmy póź­niej do jed­ne­go ko­le­sia za­ła­twić „staw”, no do cho­le­ry mu­si­my prze­cież po dro­dze coś kon­kret­ne­go przy­ja­rać, wszyst­ko od­by­ło się okey i zwi­nę­li­śmy się do cha­ty, no po pro­stu spać. Po­ło­ży­łem się spać, ale nie mo­głem za­snąć – my­śla­łem jak to bę­dzie, bę­dzie wy­je­ba­nie, chy­ba nie­źle po­rzą­dzi­my, tak my­śla­łem. Wcze­śnie rano obu­dzi­ło mnie, kur­wa, wa­le­nie do drzwi. Był to Ra­dek.

– Co ty kur­wa tak na­pier­da­lasz w te je­ba­ne drzwi? – py­tam się go.

– Jaz­da, kur­wa, mamy nie­ca­łą go­dzi­nę do po­cią­gu! – wy­darł się jak chuj.

Ja pier­do­lę, jak wy­star­to­wa­łem, a tak mi się do­brze spa­ło. Tro­chę cza­su mi­nę­ło, ale względ­nie szyb­ko się zwi­nę­li­śmy bie­giem na sta­cję. Zdy­sza­ni jak dzi­kie świ­nie wpa­dli­śmy do po­cią­gu, a pot nam się lał po ja­jach. By­li­śmy i tak za­do­wo­le­ni, że wresz­cie ru­sza­my, że jadę na za­je­bi­ste moje wa­ka­cje. By­li­śmy w pu­stym prze­dzia­le i tak ogól­nie z tego wszyst­kie­go po­szli­śmy przy­ja­rać tro­chę tra­wy do ki­bla. Na­bi­li­śmy za­je­bi­stą lufę. To­wa­rek był nie­zły, pierw­sza kla­sa w prze­ci­wień­stwie do na­sze­go wa­go­nu. Po zja­ra­niu, nie tyl­ko było nam tak ja­koś lek­ko i we­so­ło, ale strasz­nie nas no­si­ło. Cho­dzi­li­śmy so­bie po po­cią­gu, za­glą­da­jąc do prze­dzia­łów, pa­trząc na­tar­czy­wie na cyc­ki lep­szych dup, wy­cią­ga­jąc do nich ję­zy­ki. Cho­dzi­li­śmy i ten luz był za­je­bi­sty. Luz na za­sa­dzie, a chuj mnie to wszyst­ko te­raz ob­cho­dzi. Wszyst­ko sta­ło się pro­ste i przej­rzy­ste. Tra­fi­li­śmy na prze­dział, gdzie sie­dzia­ły dwie za­je­bi­ste dup­cie. Jed­na z nich mia­ła za­je­bi­ście ciem­ne wło­sy i na­praw­dę za­kur­wi­sty biust. Na­praw­dę, ta­kie­go jesz­cze nie wi­dzia­łem, no po pro­stu po­ezja. No ja­sne, że od razu mi wpa­dła w oko. Jak mgnie­nie oka prze­szła myśl, ale bym ją wy­je­bał… Za­czę­li­śmy tro­chę ga­dać do nich, póź­niej już się przy­sie­dli­śmy, za­czę­li­śmy ba­jer. Były bar­dzo miłe no i na lu­zie i o to nam cho­dzi­ło. Ta, któ­ra mnie się spodo­ba­ła mia­ła na imię Ilo­na, a ta dru­ga Ka­sia. Oka­za­ło się, że je­dzie­my w to samo miej­sce. Po pro­stu bom­ba dla mnie. Za­trzy­ma­li­śmy się na ko­lej­nej sta­cji, ja­kiś typ cho­dził z pi­wa­mi, ku­pi­li­śmy kil­ka fla­szek, a co. Po na­stęp­nej go­dzi­nie uda­ło nam się je tro­chę po­ma­cać, póź­niej po­wie­dzie­li­śmy, że idzie­my przy­pa­lić traw­kę. Wca­le nie były zdzi­wio­ne, po­szli­śmy wszy­scy przy­je­bać to­war. Wszy­scy so­bie ja­ra­li­śmy i śmia­li­śmy się. Ilo­na była kom­plet­nie uja­ra­na, wi­docz­nie bro­war ją roz­ło­żył. Za­czę­ła wy­mio­to­wać. Ra­dek z Kaś­ką wy­szli do prze­dzia­łu. Pa­trzy­łem czy kon­tak­tu­je czy też nie, ale nie było naj­go­rzej. Póź­niej zdję­ła majt­ki tak so­bie bez żad­ne­go tam za­że­no­wa­nia i za­czę­ła si­kać na klo­pie. Kie­dy się pod­no­si­ła, za­chwia­ła się gdy po­ciąg przy­ha­mo­wał i chcą nie chcąc opar­ła się o mnie. Na­wet te­raz nie wiem jak to było do­kład­nie, ale moja re­ak­cja była zbyt in­stynk­tow­na, aby my­śleć, od­wró­ci­łem ją gwał­tow­nie pa­trząc na jej dupę. W tym szyb­kim szarp­nię­ciu, nie zo­sta­ło jej już nic jak od­ru­cho­wo chwy­cić się umy­wal­ki. Strasz­nie w mo­men­cie by­łem nie­sa­mo­wi­cie na­pa­lo­ny, roz­pią­łem roz­po­rek. Nie wie­dzia­łem czy to ona chcia­ła czy rze­czy­wi­ście ja ją gwał­cę. To te­raz nie było waż­ne, czu­łem się za­je­bi­ście wy­zwo­lo­ny, czu­jąc jak mój ku­tas wni­ka w nią raz za ra­zem w za­je­bi­stym nie­sa­mo­wi­tym tem­pie. Ten jej cięż­ki od­dech, te wspól­ne go­rą­co, któ­re mi pul­so­wa­ło w kro­ku. Póź­niej już po tym, dłu­go jesz­cze ją trzy­ma­łem w ob­ję­ciu, nie wie­dząc co po­wie­dzieć nie tyl­ko jej, ale sa­me­mu so­bie. Po po­wro­cie do prze­dzia­łu jesz­cze obo­je do­cho­dzi­li­śmy do sie­bie. Te­raz do­pie­ro za­czę­li­śmy od­czu­wać wy­pa­lo­ną tra­wę i wy­pi­ty bro­war. Spoj­rza­łem na Rad­ka, wi­dać, że źle się czuł, gdyż był bla­do zie­lo­ny, a może na­wet fio­le­to­wy. Pa­trząc na Kaś­kę, na­wet nie mu­sia­łem zga­dy­wać, że na­wet jak­by coś chcie­li wy­wi­nąć to nie tym ra­zem. Tro­chę by­łem dum­ny z sie­bie, no z tego wszyst­kie­go. Nie­ca­łe dwie go­dzi­ny, może tro­chę wię­cej cza­su znam dup­cie, a już ją prze­le­cia­łem. Ra­dek za­czął coś tam beł­ko­tać, że ta mie­szan­ka go roz­ło­ży­ła, póź­niej też po­szedł, no tak my­ślę, rzy­gać. Ilo­na z tymi swo­imi wiel­ki­mi cyc­ka­mi była na­praw­dę nie­zła. Pa­trzy­łem na nią i my­śla­łem – chy­ba to praw­da, że ma­niu­ry z du­ży­mi cyc­ka­mi szyb­ciej dają dupy niż inne. Moż­na par­sk­nąć na­wet ze śmie­chu, bo wy­ni­ka z tego, że te co ro­bią so­bie si­li­ko­no­we i chcą mieć duże, to chy­ba chcą się wię­cej ru­chać.