My, skrajnie otyli - Gajda Magdalena - ebook + audiobook

My, skrajnie otyli ebook i audiobook

Gajda Magdalena

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Pierwszy reportaż o Polakach chorych na otyłość skrajnie olbrzymią

Teresa leży na szpitalnym SOR-ze od trzech dni. Cały czas na wózku transportowym, a dokładnie przywiązana do niego pasami. Szpital ma tylko łóżka o nośności do 120 kg, a kobieta waży o wiele więcej. Teresa jest cały czas naga, okryta jedynie cienkim, kusym prześcieradłem. W jej plecy wbija się deska ratownicza, którą ekipa karetki zapomniała usunąć. Teresa ma wielu gości – przychodzą lekarze, pielęgniarki, salowe, inni pacjenci oraz ich goście. Żeby sobie na Teresę popatrzeć. Żeby się z Teresy pośmiać. Żeby pstryknąć fotkę „wielorybowi”.

„Wieloryby”, „hipopotamy”, „słonie” – tak głośno nazywają ich ludzie. Osoby ważące 200, 300 i więcej kilogramów to najbardziej tajemnicza grupa społeczna. Nie wiadomo, ilu ich jest w Polsce. Pewne jest tylko to, że będzie ich coraz więcej. Jak żyją, nie opuszczając przez lata domu? Kim są ich opiekunowie? Dlaczego otyłość to choroba apolityczna i ekumeniczna? Co dzieje się w organizmach osób z otyłością skrajną? Ile jedzenia potrzebują, aby nie czuć głodu? A także ilu polskich żołnierzy trzeba by odchudzić i co muszą robić firmy pogrzebowe, aby godnie pochować zmarłych z otyłością skrajną?

Poruszający, napisany z wnikliwością i empatią reportaż My, skrajnie otyli to pierwsza na polskim rynku wydawniczym książka, w której Polacy chorzy na otyłość skrajnie olbrzymią opowiadają o swoim życiu, a specjaliści próbują dociec, jak to się dzieje, że u niektórych z nas otyłość rozwija się do tak krańcowej postaci, że nas zabija.

Magdalena Gajda – pierwsza polska Społeczna Rzeczniczka Praw Osób Chorych na Otyłość i liderka krajowego ruchu na rzecz obrony praw człowieka, praw obywatelskich i praw pacjenta osób chorych na otyłość. Członkini Założycielka Europejskiej Koalicji na rzecz Osób Żyjących z Otyłością (European Coalition for People living with Obesity); międzynarodowa ekspertka ds. przeciwdziałania dyskryminacji, stygmatyzacji i wykluczeniu osób chorych na otyłość. Jedyna Polka uhonorowana nagrodą Bakken Invitation Award – przyznawaną co roku 15 osobom z całego świata, które dzięki nowoczesnym technologiom medycznym odzyskały zdrowie, a w swoim nowym życiu działają społecznie. Na otyłość choruje od dzieciństwa. Przeszła przez wszystkie metody leczenia otyłości, w tym dwie operacje bariatryczne. Jej najwyższa waga to 152 kg. Obecna – 55 kg.
Zawodowo od 30 lat dziennikarka, reportażystka, scenarzystka, specjalistka PR, ds. CSR, komunikacji społecznej i storytellingu, podcasterka i szkoleniowiec. Współpracowała z ponad 20 redakcjami. Od 2003 r. związana ze środowiskiem organizacji pozarządowych działających na rzecz osób chorych i z niepełnosprawnościami. Autorka blisko czterech tysięcy publikacji medialnych, a także książek i poradników o tematyce zdrowotnej i dotyczącej różnych obszarów życia osób z niepełnosprawnościami. Prywatnie malarka, Mistrzyni Mandali (technika puentylizmu) na poziomie światowym; właścicielka Atelier Mandali i Puentylizmu MADO DOT ART.

Patronat medialny:

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 38 min

Oceny
4,3 (23 oceny)
13
6
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Weganka_i_Tajga

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo potrzebna książka, bo o otyłości nadal wiemy niewiele. Mnie osobiście najbardziej zszokowało to, że skrajna otyłość zaczyna się już od 130 kg (zależnie od wzrostu). Paradokumenty przyzwyczaiły nas, że otyła osoba potrzebująca pomocy leczenia zaczyna się wiele kg później, kiedy to ciężko wydostać ją z własnego domu. Mamy tu historię samej autorki, która wyjechała się z otyłości, innych chorych (niestety nie każdy dożył publikacji książki), ich rodzin, ekspertów a także osoby zajmującej się pogrzebami. Reportaż jest wyważony, może trochę pozostawia pewien niedosyt, ale to zbyt obszerny temat żeby objąć go jedną książką. System niestety praktycznie leży jeśli chodzi o opiekę nad osobami skrajnie otyłymi. Mam mieszane odczucia odnośnie ruchu body positive, bo chyba poszedł on w nieco inną stronę. W społeczeństwie brakuje empatii, bo ogłosić to choroba jak każda inna. To nie jest tylko lenistwo i jedzenie za dużo, to często zaczyna się w głowie. A dopóki otoczenie, nauczyciele czy n...
00
Antiochia1

Całkiem niezła

Ciekawa, ale czemu audiobook tak cichy że mając tel na maksa ledwo słyszę
00
rat-kat

Nie oderwiesz się od lektury

faktycznie pozostawia niedosyt, ale to dobra lektura
00
Olajanuszkiewicz

Nie oderwiesz się od lektury

ważna lektura
00
Kasia105

Dobrze spędzony czas

Bardzo ważna książka.
00

Popularność




W pu­bli­ka­cji uży­wam przy­miot­ni­ków „otyła”, „otyły”, „otyli”, które uznano za styg­ma­ty­zu­jące i usu­nięto ze świa­to­wej ko­mu­ni­ka­cji o cho­ro­bie oty­ło­ści i o cho­rych na oty­łość. Prze­pra­szam osoby, które mogą się po­czuć tym ura­żone, ale wy­razy te po­ja­wiły się w wy­po­wie­dziach mo­ich bo­ha­te­rów. Po­zo­sta­wi­łam je świa­do­mie, aby po­ka­zać, że cho­rzy na oty­łość na­dal tak o so­bie mó­wią.

Łukaszowi

MAGDALENA

24 lata – 152 kilogramy52 lata – 55 kilogramówMazowsze

Moje wagi

Po­koik był nie­wielki. Mie­rzył ja­kieś trzy na cztery me­try. Na jego sza­rych ścia­nach wi­siały ko­lo­rowe pla­katy, na któ­rych ro­ze­śmiane ka­la­repki przy­po­mi­nały, że tylko je­dze­nie wa­rzyw gwa­ran­tuje zdro­wie. Pod ścia­nami po­ko­iku stały ni­skie drew­niane ławki, po­dobne do tych z hal spor­to­wych. By­łam w pierw­szej dzie­siątce dzie­cia­ków – dziew­czy­nek i chłop­ców – które pie­lę­gniarka wpro­wa­dziła do środka. Po­tem ka­zała nam zdjąć buty, ro­ze­brać się do maj­tek i pod­ko­szulki lub do go­łego torsu, je­śli ktoś pod­ko­szulki nie miał. Za­wsty­dzeni i wy­stra­szeni, bo nikt nie po­wie­dział nam, co nas czeka, od­wró­ci­li­śmy się do ścian, zdej­mu­jąc ubra­nia i ukła­da­jąc je na ław­kach. Gdy pie­lę­gniarka uznała, że je­ste­śmy go­towi, wpro­wa­dziła nas do dru­giego, rów­nie ma­łego po­ko­iku. Do­mi­no­wała w nim jed­nak biel. Białe były ściany, me­ta­lowe stołki, biurko i szafa z szu­fla­dami. Biały był też far­tuch dru­giej, nie­zna­nej nam ko­biety, do któ­rej pie­lę­gniarka zwra­cała się „pani dok­tor”, a która na­wet na nas nie spoj­rzała, za­jęta wy­peł­nia­niem ta­bel na rów­nie bia­łych kar­tach. I biały był rów­nież dziwny przy­rząd sto­jący nie­mal na środku po­miesz­cze­nia. Pie­lę­gniarka mó­wiła o nim „waga”.

Waga była ma­sywna i wy­soka, z jej ple­ców wy­sta­wał że­la­zny pręt, który słu­żył do mie­rze­nia wzro­stu. Gdy na po­czątku wrze­śnia 1978 roku jako uczen­nica pierw­szej klasy szkoły pod­sta­wo­wej po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam ją w szkol­nym ga­bi­ne­cie le­kar­skim, słu­żyła już nie­mało lat, bo w wielu miej­scach scho­dziła z niej farba, od­sła­nia­jąc me­ta­lową kon­struk­cję. Po­dest wagi, na któ­rym trzeba było sta­nąć do po­miaru, był nie­wielki, nie­sta­bilny i dla kon­tra­stu czarny.

Na wagę wcho­dzi­li­śmy po ko­lei. Zgod­nie z na­zwi­skami wy­wo­ły­wa­nymi przez pa­nią dok­tor. Gdy na­de­szła moja ko­lej, wspię­łam się na po­dest i za­chwia­łam, ob­ra­ca­jąc twa­rzą do dzieci. Pie­lę­gniarka wy­ko­nała kilka ru­chów su­wa­kami na wa­dze i wes­tchnęła gło­śno:

– Tak jak się można było spo­dzie­wać: sta­now­czo za gruba. Dziecko, dla­czego się tak spa­słaś? – za­py­tała rów­nie gło­śno. I tym stwier­dze­niem dała przy­zwo­le­nie na salwy śmie­chu ko­le­ża­nek i ko­le­gów z klasy, któ­rzy od­tąd nie na­zy­wali mnie ina­czej jak „spa­ślak”, „gru­bas”, „gruba dy­nia”, „wie­lo­ryb”. Dla mnie zaś waga stała się naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nym przed­mio­tem.

Pro­ce­dura szkol­nego wa­że­nia od­by­wała się dwa razy w roku szkol­nym – na jego po­czątku i końcu, i trwała przez kilka lat. Za każ­dym ra­zem było mnie co­raz wię­cej. Przy ko­lej­nych wa­że­niach by­łam też upo­ka­rzana, je­śli nie ostrymi ko­men­ta­rzami, to pu­blicz­nie ujaw­nia­nym wy­ni­kiem po­miaru. Tyle do­brego, że z bie­giem czasu pie­lę­gniarka nie ka­zała nam się roz­bie­rać do maj­tek i pod­ko­szulka. By­łam prze­szczę­śliwa, gdy pew­nego wrze­śnia nie zo­sta­li­śmy jak za­wsze za­go­nieni do po­koju le­kar­skiego. Nie na długo…

Druga waga, którą pa­mię­tam, była nie­wielka, lekka, kwa­dra­towa i skła­dała się tylko z ma­łego po­de­stu z okien­kiem, w któ­rym po­ka­zy­wał się wy­nik wa­że­nia. Jako że na­zy­wano ją „ła­zien­kową”, ła­two się do­my­ślić, gdzie ją w domu trzy­ma­li­śmy. Tę wagę wy­brała mama, aby kon­tro­lo­wać ki­lo­gramy moje i swoje, które zo­stały jej po dwóch cią­żach.

Opty­mi­styczny żółty ko­lor obu­dowy wagi od­bie­ra­łam jed­nak jak siar­czy­sty po­li­czek za każ­dym ra­zem, gdy wska­zy­wała u mnie co­raz wyż­szy wy­nik. Waga po pro­stu kpiła so­bie ze wszyst­kich mo­ich sta­rań, pro­ce­dur i za­bie­gów od­chu­dza­ją­cych. Szy­dziła z se­tek diet, przez które cho­dzi­łam wiecz­nie głodna, oraz mie­sza­nek zio­ło­wych, które miały przy­śpie­szyć spa­la­nie mo­jej tkanki tłusz­czo­wej. Na­igra­wała się z mo­jego wy­siłku pod­czas ćwi­czeń fi­zycz­nych w domu, na ba­se­nie, u dziad­ków na wsi. Śmiała się, gdy spe­cja­li­sta od aku­pre­sury na­ci­skał nie­wi­doczne punkty na mo­ich sto­pach, mistrz aku­punk­tury wkłu­wał igły w moje uszy, czoło i kostki u nóg, bio­ener­go­te­ra­peuta prze­sy­łał mi swoją ener­gię, a hipno­ty­zer pró­bo­wał wpro­wa­dzić mnie w trans, aby na­ka­zać mi, co i ile mam jeść. Pro­ce­dura po­miaru, wy­ko­ny­wana zwy­kle co dwa ty­go­dnie, wciąż koń­czyła się trium­fem wagi i mo­imi łzami. Łzami, które daw­niej, w szkole, ha­mo­wa­łam pod po­wie­kami, aby nie dać sa­tys­fak­cji moim prze­śla­dow­com. Te­raz wy­le­wa­nymi, ale w za­ci­szu ła­zienki.

Waga ła­zien­kowa miała jed­nak swoje za­lety. Przede wszyst­kim taką, że za­pew­niała mi pewną in­tym­ność aktu wa­że­nia. Mo­głam to zro­bić sama, bez krę­pu­ją­cego udziału in­nych osób. Na­wet tak bli­skich jak ro­dzice, dla któ­rych moje nad­mierne ki­lo­gramy były po­wo­dem tro­ski, a z cza­sem udrę­cze­nia po­szu­ki­wa­niami no­wych le­ka­rzy i me­tod od­chu­dza­nia, a nie zaś za­chętą do szy­derstw, któ­rych obiek­tem by­łam w szkole, na ulicy czy w środ­kach ko­mu­ni­ka­cji pu­blicz­nej.

Wa­że­nie na wa­dze ła­zien­ko­wej stwa­rzało też do­godne oko­licz­no­ści do pew­nych kłam­ste­wek. Jak mi się wtedy jako na­sto­latce i mło­dej dziew­czy­nie wy­da­wało – nie­wiel­kich i bez zna­cze­nia dla mo­jego zdro­wia. Zda­rzało się więc, że już po wy­pła­ka­niu się i po umy­ciu zimną wodą opuch­nię­tych oczu po­da­wa­łam ro­dzi­com wy­nik wa­że­nia za­ni­żony o kilka ki­lo­gra­mów. A wszystko po to, aby i im, i so­bie choć na krótko, bo do na­stęp­nego wa­że­nia, dać ułudę na­dziei, że prze­sta­łam tyć.

Ostat­nią ce­chą wagi ła­zien­ko­wej było to, że jej skala koń­czyła się na 120 ki­lo­gra­mach. Po raz pierw­szy wska­zała taki wy­nik, gdy mia­łam 20 lat. Uwa­ża­łam wtedy, że brak ko­lej­nych liczb na po­działce to za­leta. Dzięki niej, nie­świa­do­mie albo ra­czej ma­sku­jąc świa­do­mość co do mo­jej fak­tycz­nej wagi, prze­ży­łam kilka lat, uzna­jąc, że moja oty­łość już się nie roz­wija. Zde­rze­nie z rze­czy­wi­sto­ścią było bar­dzo bo­le­sne.

Trze­cia waga, którą za­pa­mię­ta­łam na za­wsze, słu­żyła do wa­że­nia… pół­tusz mięsa oraz wor­ków z ka­szą, mąką lub skrzy­nek z wa­rzy­wami. Skła­dała się z du­żej drew­nia­nej plat­formy i kil­ku­na­stu cięż­kich od­waż­ni­ków. Waga ta była czę­ścią wy­po­sa­że­nia kuchni w kli­nice Ślą­skiej Aka­de­mii Me­dycz­nej w Za­brzu. W prze­rwach mię­dzy wa­że­niem wor­ków i kon­te­ne­rów z pro­duk­tami na po­siłki dla pa­cjen­tów wa­żyła… pa­cjen­tów. Za­brzań­ska kli­nika była bo­wiem pierw­szą w Pol­sce, która w po­ło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku za­częła re­gu­lar­nie wy­ko­ny­wać ope­ra­cje chi­rur­gicz­nego le­cze­nia oty­ło­ści. Gdy się o nich do­wie­dzia­łam, na­tych­miast skon­tak­to­wa­łam się z pro­fe­so­rem Ma­ria­nem Par­delą, który prze­pro­wa­dzał tam – jak na­zywa się je dziś – ope­ra­cje ba­ria­tryczne, a po ba­da­niach za­kwa­li­fi­ko­wa­łam się do za­biegu. Wcze­śniej trzeba było jed­nak usta­lić, ile ja tak na­prawdę ważę…

– 152 ki­lo­gramy! – krzyk­nęła ener­giczna ku­charka, gdy ja już sta­nę­łam na wa­dze rolno-prze­my­sło­wej, a ona, ma­new­ru­jąc wpraw­nie od­waż­ni­kami, do­ko­nała po­miaru. Wi­dząc moje łzy, do­dała na po­cie­sze­nie, ale rów­nie gło­śno: – Nie rycz, głu­pia! I tak je­steś jedną z chud­szych!

Był 1995 rok. Mia­łam 24 lata. Jesz­cze wtedy nie wie­dzia­łam, że z taką wagą do­łą­czam wła­śnie do cho­rych, któ­rzy 20 lat póź­niej staną się jedną z naj­bar­dziej ukry­tych, ta­jem­ni­czych i wy­klu­czo­nych grup spo­łecz­nych.

Miara grubości

Bio­rąc pod uwagę, że oty­łość znana jest od cza­sów sta­ro­żyt­nych, to jed­nak czło­wiek za­dzi­wia­jąco późno, bo do­piero na po­czątku XIX wieku, wpadł na po­mysł, że wa­żyć może nie tylko zwie­rzęta, plony i róż­nego ro­dzaju to­wary, ale rów­nież i sa­mego sie­bie. Z idei tej chęt­nie sko­rzy­stali na­ukowcy i le­ka­rze po­szu­ku­jący na­rzę­dzi po­mia­ro­wych do oceny głów­nych oznak oty­ło­ści: przy­ro­stu masy ciała i zwięk­sza­nia się tkanki tłusz­czo­wej oraz re­la­cji mię­dzy tymi ob­ja­wami.

Do po­czątku XIX wieku nie tylko nie znano pa­ra­me­trów pra­wi­dło­wej bądź nie­pra­wi­dło­wej masy ciała, ale też nie po­tra­fiono jej po pro­stu zmie­rzyć. Oty­łość za­tem okre­ślano np. „na palce” lub „pół­palce” albo stwier­dzano ją na pod­sta­wie zbyt cia­snych ubrań lub zbyt cia­snych pier­ścieni, które na­kła­dano na ciało. Cie­kawa była także me­toda szyjna, czyli wska­za­nie, ile ob­wo­dów szyi składa się u da­nej osoby na ob­wód pasa.

Po­miar masy ciała z do­kład­no­ścią do jed­nego funta (z ang. penny sca­les) wpro­wa­dzono na szer­szą skalę w 1885 roku, naj­pierw w Niem­czech, a po­tem w USA, a samo wa­że­nie lu­dzi stało się po­pu­larne w ciągu na­stęp­nych kil­ku­na­stu lat. Mer­kan­tylne za­lety po­miaru wagi czło­wieka szybko od­kryły ame­ry­kań­skie to­wa­rzy­stwa ase­ku­ra­cyjne, czyli ubez­pie­cze­niowe. Już na po­czątku XX wieku tzw. pra­wi­dłowa masa ciała (z ang. ideal we­ight – „na­leżna masa ciała”, która sprzyja osią­gnię­ciu naj­dłuż­szego okresu ży­cia) stała się klu­czo­wym ele­men­tem ob­li­cza­nia wy­so­ko­ści składki ubez­pie­cze­nia na ży­cie.

Ale to nie USA, ale Bel­gii świat za­wdzię­cza mier­nik, który do dziś służy de­fi­nio­wa­niu tego, gdzie koń­czy się nad­waga, a za­czyna oty­łość, oraz eta­pów roz­woju tej cho­roby. Mier­nik ten na­zywa się BMI (z ang. body mass in­dex), czyli wskaź­nik masy ciała, a stwo­rzył go w 1835 roku Lam­bert Adol­phe Ja­cques Qu­éte­let. Ten bel­gij­ski astro­nom i ma­te­ma­tyk za­fa­scy­no­wał się od­kry­ciem, że ma­te­ma­tykę można wy­ko­rzy­stać także do oceny róż­nych pa­ra­me­trów ludz­kiego ciała. Qu­éte­let nie tylko stwo­rzył wzór BMI (masę ciała wy­ra­żoną w ki­lo­gra­mach, po­dzie­loną przez wy­ra­żony w me­trach wzrost pod­nie­siony do kwa­dratu), ale także przy­go­to­wał pierw­sze ta­bele śred­nich war­to­ści masy ciała dla róż­nych grup wie­ko­wych: dwu­dzie­sto-, trzy­dzie­sto-, czter­dzie­sto-, pięć­dzie­się­cio-, sześć­dzie­się­cio­let­nich Bel­gów, ko­biet i męż­czyzn. Co cie­kawe, z po­wo­dów mo­ral­nych lu­dzi wa­żono wów­czas w… ubra­niach i bu­tach. Bio­rąc pod uwagę, że np. pa­nie no­siły wtedy cięż­kie suk­nie, pod nimi wiele warstw ha­lek i sztywne gor­sety, na no­gach wy­so­kie, sznu­ro­wane trze­wiki ze skóry, a na gło­wach duże, hoj­nie przy­brane ka­pe­lu­sze, mo­żemy przy­jąć, że uzy­skany po­miar wska­zy­wał na pewno wy­nik zde­cy­do­wa­nie wyż­szy niż rze­czy­wi­sta waga tych osób.

Po­słu­gi­wa­nie się mier­ni­kiem BMI przy okre­śla­niu roz­woju cho­roby oty­ło­ści za­le­ciła w 1997 roku Świa­towa Or­ga­ni­za­cja Zdro­wia (WHO, World He­alth Or­ga­ni­sa­tion), a po­wsta­jące wraz z roz­wo­jem in­ter­netu tzw. e-kal­ku­la­tory BMI stały się jed­nymi z naj­czę­ściej od­wie­dza­nych wi­tryn, choć sam wskaź­nik nie jest ide­alny. Na­zy­wany jest cza­sem drwiąco Bar­dzo Mier­nym In­dek­sem, bo je­śli ślepo się nim kie­ru­jemy, to oka­zuje się, że oso­bami z za­awan­so­waną oty­ło­ścią są także np. ko­biety w ciąży albo spor­towcy o roz­wi­nię­tej mu­sku­la­tu­rze. Dla­tego też nie używa się go do okre­śla­nia nie­do­wagi, nad­wagi i oty­ło­ści nie tylko u wspo­mnia­nych osób, ale także u dzieci i se­nio­rów (osoby w po­de­szłym wieku mają ob­ni­żoną gę­stość ko­ści oraz masę mię­śniową).

I dla­tego też ba­da­cze oty­ło­ści pra­co­wali i na­dal pra­cują nad co­raz now­szymi me­to­dami i na­rzę­dziami wspie­ra­ją­cymi pra­wi­dłowe okre­śla­nie masy ciała i jej skład­ni­ków. Na­leżą do nich m.in. opra­co­wane w 1942 roku przez fran­cu­skiego en­do­kry­no­loga Je­ana Va­gue’a na pod­sta­wie wskaź­nika WHR, czyli ta­lia-bio­dro (z ang. wa­ist-to-hip ra­tio lub wa­ist-hip ra­tio), dwa typy oty­ło­ści za­leżne od roz­ło­że­nia tkanki tłusz­czo­wej w or­ga­ni­zmie: an­dro­idalna (brzuszna) i gy­no­idalna (bio­drowo-udowa), oraz wy­ko­rzy­sty­wane w no­wo­cze­snej dia­gno­styce kli­nicz­nej cho­roby oty­ło­ści: ab­sorp­cjo­me­tria po­dwój­nej ener­gii RTG, re­zo­nans ma­gne­tyczny lub to­mo­gra­fia kom­pu­te­rowa.

Ludzie poza skalą

Zgodnie za­tem z re­ko­men­do­waną kla­sy­fi­ka­cją WHO cho­roba oty­ło­ści dzieli się na kilka eta­pów okre­śla­nych przy po­mocy wskaź­nika BMI. I tak: BMI niż­sze niż 16 ozna­cza wy­gło­dze­nie, BMI 16–16,99 – wy­chu­dze­nie, BMI 17–18,49 – nie­do­wagę, BMI 18,5–24,99 – pra­wi­dłową masę ciała, BMI25–29,99 – nad­wagę, czyli tzw. stan przed­oty­ło­ściowy, BMI 30–34,99 – oty­łość I stop­nia, BMI 35–39,99 – oty­łość II stop­nia, a BMI 40 i wię­cej – oty­łość III stop­nia, tzw. oty­łość ol­brzy­mią. Wy­ja­śnia­jąc rzecz bar­dziej ob­ra­zowo: je­śli ko­bieta ma 160 cen­ty­me­trów wzro­stu i waży 104 ki­lo­gramy, to jej BMI wy­nosi 40,6, a za­tem zgod­nie z po­wyż­szą kla­sy­fi­ka­cją jest już chora na oty­łość III stop­nia. I tu po­ja­wia się pe­wien pro­blem… wi­ze­run­kowy.

W 2012 roku TLC – ame­ry­kań­ska sta­cja te­le­wi­zyjna o za­sięgu glo­bal­nym, na­le­żąca do kon­cernu Di­sco­very – roz­po­częła nada­wa­nie no­wego for­matu pt. Hi­sto­rie wiel­kiej wagi (My 600-lb Life). Na for­mat składa się cykl re­ali­zo­wa­nych w ko­lej­nych se­zo­nach re­por­taży, któ­rych bo­ha­te­rami są Ame­ry­ka­nie wa­żący od 200 do 400 ki­lo­gra­mów, ich ży­cie oraz próby – udane i nie­udane – le­cze­nia oty­ło­ści w kli­nice Younana Now­za­ra­dana, irań­skiego le­ka­rza, chi­rurga ogól­nego, na­czy­nio­wego i ba­ria­trycz­nego, miesz­ka­ją­cego i pra­cu­ją­cego w USA.

Hi­sto­rie wiel­kiej wagi szybko stały się jed­nym z fla­go­wych for­ma­tów TLC, chęt­nie ku­po­wa­nych i dys­try­bu­owa­nych przez od­działy tej sta­cji na ca­łym świe­cie, także w Pol­sce. Suk­ces ten skło­nił kon­ku­ren­cyj­nych nadaw­ców te­le­wi­zyj­nych do two­rze­nia fil­mów fa­bu­lar­nych oraz pro­gra­mów do­ku­men­tal­nych, pa­ra­do­ku­men­tal­nych, a na­wet re­ality show z po­dob­nymi bo­ha­te­rami. Nie­stety te pro­duk­cje za­bu­rzyły spo­łeczne ro­zu­mie­nie, kiedy za­czyna się oty­łość tzw. ol­brzy­mia. Ten sto­pień oty­ło­ści za­czął być bo­wiem przy­pi­sy­wany oso­bom, u któ­rych cho­roba jest tak roz­wi­nięta, że stają się więź­niami wła­snych do­mów i łó­żek. Zaś osoby z oty­ło­ścią III stop­nia (wa­żące około 100–150 ki­lo­gra­mów), które żyją bli­sko nas, w na­szych ro­dzi­nach, wśród przy­ja­ciół, zna­jo­mych, które spo­ty­kamy wie­lo­krot­nie w ciągu dnia w pracy czy w prze­strzeni pu­blicz­nej, nie są po­strze­gane jako osoby z oty­ło­ścią ol­brzy­mią. Dla­tego też świa­towi eks­perci zaj­mu­jący się ba­da­niem i le­cze­niem oty­ło­ści, a także glo­bal­nymi kon­se­kwen­cjami spo­łecz­nymi, ja­kie ta cho­roba wy­wo­łuje, re­ko­men­dują, aby w gru­pie cho­rych z oty­ło­ścią III stop­nia wy­od­ręb­nić pod­grupę cho­rych – osoby ze wskaź­ni­kiem BMI 50 i wię­cej, osoby chore na tzw. oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią, wa­żące po­wy­żej 150 ki­lo­gra­mów.

Osobą chorą na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią była za­tem matka Gil­berta, głów­nego bo­ha­tera filmu z 1993 roku pt. Co gry­zie Gil­berta Grape’a (What’s Eating Gil­bert Grape), we­dług sce­na­riu­sza Pe­tera Hed­gesa i w re­ży­se­rii Lasse Hal­l­ströma, oraz śpie­waczka ope­rowa Lena Tre­mer (w tej roli Anna Dymna) – jedna z bo­ha­te­rek pol­skiego se­rialu ka­ta­stro­ficz­nego Wielka woda w re­ży­se­rii Jana Ho­lo­ubka i Bart­ło­mieja Igna­ciuka, a na pod­sta­wie sce­na­riu­sza Ka­spra Ba­jona i Kingi Krze­miń­skiej, a także na­uczy­ciel an­giel­skiego Char­lie (Bran­don Fra­ser), bo­ha­ter ame­ry­kań­skiego dra­matu Wie­lo­ryb (The Wale), na­gro­dzo­nego w 2023 roku dwoma Osca­rami, w re­ży­se­rii Dar­rena Aro­no­fsky’ego, na pod­sta­wie sce­na­riu­sza Sa­mu­ela D. Hun­tera.

„Wie­lo­ryby”, „hi­po­po­tamy”, „sło­nie”, „krowy” i wszyst­kie po­zo­stałe zwie­rzęta o wiel­kich cia­łach i po­wol­nych ru­chach. Tak wła­śnie naj­czę­ściej lu­dzie wi­dzą i gło­śno na­zy­wają osoby chore na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią. To naj­bar­dziej nie­roz­po­znana grupa spo­łeczna za­równo w Pol­sce, jak i na świe­cie. Nie wiemy, ile ta­kich osób żyje w na­szym kraju i in­nych pań­stwach. Dzieje się tak z dwóch przy­czyn. Po pierw­sze dla­tego, że w ofi­cjal­nych sta­ty­sty­kach osoby ta­kie za­li­czane są do ogól­nej liczby osób z oty­ło­ścią III stop­nia i nie są wy­od­ręb­niane jako od­dzielna grupa. Po dru­gie zaś – zwy­kle nie ujaw­niają się ze stra­chu przed pu­bliczną styg­ma­ty­za­cją. Z po­wodu cho­roby czę­sto stają się oso­bami cał­ko­wi­cie nie­peł­no­spraw­nymi i nie­sa­mo­dziel­nymi, nie opusz­czają swo­ich do­mów, miesz­kań, tracą pracę, ro­dzinę, zna­jo­mych. Wie­dzą o nich ci bli­scy, któ­rzy zde­cy­do­wali się spra­wo­wać nad nimi he­ro­iczną opiekę, cza­sem są­sie­dzi po­ma­ga­jący w zro­bie­niu pod­sta­wo­wych spra­wun­ków. Do­wia­du­jemy się o nich za­zwy­czaj z me­diów i czę­sto wów­czas, gdy nie można już im po­móc. Gdy za­pa­dają np. na nie­wy­dol­ność wie­lo­na­rzą­dową i trzeba ich wy­do­być z bu­dyn­ków, po­sze­rza­jąc fu­tryny drzwi lub wy­bi­ja­jąc okna, aby póź­niej prze­trans­por­to­wać np. na plat­for­mie cię­ża­rówki do pla­cówki me­dycz­nej. Gdy umie­rają na szpi­tal­nych od­dzia­łach in­ten­syw­nej te­ra­pii. Gdy trzeba ich po­cho­wać w za cia­snej trum­nie…

Osoby chore na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią – to o nich jest ten re­por­taż.

———

Przy pi­sa­niu roz­działu ko­rzy­sta­łam z pu­bli­ka­cji:

J. M. Ko­mo­row­ski, Rys hi­sto­ryczny dia­gno­zo­wa­nia i le­cze­nia oty­ło­ści, w: Obe­si­to­lo­gia kli­niczna, praca zbio­rowa pod red. M. Ol­sza­nec­kiej-Gli­nia­no­wicz, Biel­sko-Biała, 2021, s. 23–24.

TERESA

63 lata170 kilogramówMałopolska

Żad­nego „dzień do­bry” ani in­nego po­wi­ta­nia nie ma. Tylko od razu: „Pani Magdo, bła­gam o po­moc dla mo­jej mamy…”. Ko­biecy głos, który sły­szę po ode­bra­niu te­le­fonu, jest młody i sil­nie wi­bruje od po­wstrzy­my­wa­nych łez.

Jest po­łowa kwiet­nia 2014 roku. Od pra­wie pół­tora roku peł­nię funk­cję Spo­łecz­nej Rzecz­niczki Praw Osób Cho­rych na Oty­łość. Z ideą, aby osoby z oty­ło­ścią miały przed­sta­wi­ciela, który sam do­świad­cza cho­roby i pu­blicz­nie broni praw in­nych cho­rych, wy­stą­pił pro­fe­sor Ma­riusz Wy­le­żoł, chi­rurg ba­ria­tra. Pod ko­niec 2012 roku przy­je­chał z tą my­ślą na ogól­no­pol­ski zlot pa­cjen­tów ba­ria­trycz­nych (osób przed ope­ra­cjami chi­rur­gicz­nego le­cze­nia oty­ło­ści i po nich) i jed­no­cześ­nie spo­tka­nie człon­ków Sto­wa­rzy­sze­nia Osób Cho­rych na Oty­łość MA­XI­MUS. Pro­fe­sor Wy­le­żoł nie ukry­wał, że po­mysł usta­no­wie­nia rzecz­nika osób cho­rych na oty­łość na­le­żał do jego żony – dok­tor Iwony Wy­le­żoł, spe­cja­listki he­ma­to­lo­gii i trans­plan­to­lo­gii kli­nicz­nej. Uczest­nicy zlotu i człon­ko­wie MA­XI­MUSA, je­dy­nej wów­czas or­ga­ni­za­cji pa­cjen­tów dzia­ła­ją­cej na rzecz osób cho­rych na oty­łość w Pol­sce, za­pro­po­no­wali, abym rzecz­niczką zo­stała ja. Wie­rzyli, że jako dzien­ni­karka me­dyczna i spe­cja­listka od ko­mu­ni­ka­cji spo­łecz­nej, a także współ­pra­cow­niczka or­ga­ni­za­cji po­za­rzą­do­wych dzia­ła­ją­cych na rzecz osób cho­rych i z nie­peł­no­spraw­no­ściami, po­ra­dzę so­bie z tym za­da­niem.

Jako Spo­łeczna Rzecz­niczka Praw Osób Cho­rych na Oty­łość pierw­szy raz wy­stę­puję pu­blicz­nie w lu­tym 2013 roku. Je­stem człon­ki­nią grupy eks­per­tów – le­ka­rzy róż­nych spe­cjal­no­ści, któ­rzy pre­zen­tują przed se­nacką Ko­mi­sją Zdro­wia ra­port spe­cjalny o cho­ro­bie oty­ło­ści w Pol­sce i sy­tu­acji spo­łecz­nej, for­mach dys­kry­mi­na­cji i wy­klu­cze­nia spo­łecz­nego osób cho­ru­ją­cych na oty­łość. Kon­cep­cja rzecz­nika pa­cjen­tów z oty­ło­ścią szybko zy­skuje po­par­cie i wspar­cie śro­do­wi­ska le­kar­skiego oraz m.in. Biura Rzecz­nika Praw Oby­wa­tel­skich, Par­la­men­tar­nego Ze­społu ds. Prze­ciw­dzia­ła­nia Oty­ło­ści i Biura Rzecz­nika Praw Pa­cjenta. Od­tąd też je­stem za­pra­szana na spo­tka­nia z przed­sta­wi­cie­lami in­sty­tu­cji pu­blicz­nych od­po­wie­dzial­nych za sys­tem opieki zdro­wot­nej i wspar­cia so­cjal­nego, aby mó­wić o po­trze­bach i ocze­ki­wa­niach spo­łecz­no­ści osób cho­rych na oty­łość. W tym sa­mym cza­sie po­dobni rzecz­nicy za­czy­nają dzia­łal­ność w in­nych kra­jach Eu­ropy i świata.

W sierp­niu 2013 roku uka­zuje się w „Du­żym For­ma­cie”, do­datku do dzien­nika „Ga­zeta Wy­bor­cza”, re­por­taż pt. Idź i jedz au­tor­stwa Ewy Woł­ka­now­skiej-Ko­ło­dziej, w któ­rym opo­wia­dam o so­bie. O mo­ich zma­ga­niach z le­cze­niem oty­ło­ści i o tym, jak bru­tal­nie od­no­sili się do mnie lu­dzie z po­wodu mo­jej cho­roby. O tym, jak by­łam wy­zy­wana, ob­rzu­cana ka­mie­niami, upo­ka­rzana, szy­ka­no­wana, trak­to­wana jak dziwny stwór, który nic w ży­ciu nie osią­gnie, bo jest na to za gruby, a więc za le­niwy i za głupi. Inne me­dia żywo re­agują na pierw­sze pu­bliczne słowa prawdy, w jaki spo­sób są trak­to­wane osoby z nad­wagą, chore na oty­łość. Po­ja­wiają się ko­lejne ar­ty­kuły, au­dy­cje ra­diowe, pro­gramy te­le­wi­zyjne, któ­rych je­stem bo­ha­terką lub w któ­rych za­bie­ram głos, opo­wia­da­jąc hi­sto­rie in­nych osób. Za­kła­dam skrzynkę e-mail, aby mieć kon­takt z cho­rymi na oty­łość, gro­ma­dzić ich zwie­rze­nia, wspo­mnie­nia, do­świad­cze­nia, opi­nie. Bo w Pol­sce o cho­rych na oty­łość, oprócz tego, że żyją, pra­wie nic in­nego nie wia­domo. Jedną z osób, które do mnie pi­szą, jest Marta o wi­bru­ją­cym od łez gło­sie. Dzięki niej po­znaję Te­resę – jej mamę. Pierw­szą w mo­jej dzia­łal­no­ści spo­łecz­nej osobę, która cho­ruje na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią.

Te­resa nie może pro­sić mnie o po­moc. Leży na SOR-ze, czyli szpi­tal­nym od­dziale ra­tun­ko­wym, w jed­nym z miast na po­łu­dniu Pol­ski. Marta i Te­resa wy­ra­ziły zgodę na upu­blicz­nie­nie tej hi­sto­rii pod wa­run­kiem, że zmie­nię ich imiona i nie po­dam, gdzie miesz­kają. Dla opo­wie­ści ważne jest, że ich mia­sto to nie aglo­me­ra­cja. Li­czy nieco po­nad 50 ty­sięcy miesz­kań­ców.

Bli­scy Te­resy za­dzwo­nili po po­go­to­wie, gdy za­uwa­żyli, że co­raz trud­niej jej od­dy­chać. 170 ki­lo­gra­mów. Taką wagę wpi­sano do karty szpi­tal­nej Te­resy. Wagę orien­ta­cyjną, okre­śloną na pod­sta­wie roz­mowy z ro­dziną i ostat­niego po­miaru, który prze­pro­wa­dzono rok wcze­śniej. Ile wa­żyła Te­resa w chwili, gdy po­trze­bo­wała po­mocy me­dycz­nej – tego nie udało się usta­lić. W ca­łym szpi­talu nie było urzą­dze­nia z od­po­wied­nio dużą skalą. Waga cho­rego to je­den z pod­sta­wo­wych pa­ra­me­trów me­dycz­nych, od któ­rego za­leży po­ten­cjalne le­cze­nie far­ma­ko­lo­giczne. Dawki wielu le­ków, np. tych wy­ko­rzy­sty­wa­nych w ane­ste­zjo­lo­gii, do­sto­so­wuje się do wagi pa­cjenta. Je­śli ta nie jest do końca znana, te­ra­pia le­kowa może nie tylko nie przy­nieść po­zy­tyw­nych efek­tów, ale wręcz za­szko­dzić.

We­dług re­la­cji Marty Te­resa leży na SOR-ze od trzech dni. Cały czas na wózku trans­por­to­wym, a do­kład­niej przy­wią­zana do niego pa­sami. To wy­raz tro­ski. Per­so­nel tłu­ma­czy ro­dzi­nie, że pa­cjentka była „bar­dzo po­bu­dzona ru­chowo” i oba­wiali się, że spad­nie z wózka. Łóżka o no­śno­ści po­wy­żej 120 ki­lo­gra­mów szpi­tal nie ma. Trudno dzi­wić się „po­bu­dze­niu” Te­resy. Jest wciąż naga. Okryta je­dy­nie cien­kim, ku­sym prze­ście­ra­dłem. A w jej plecy wbija się de­ska ra­tow­ni­cza, którą ekipa ka­retki za­po­mniała usu­nąć. De­skę od­kryto do­piero wów­czas, gdy Te­resa za­częła skar­żyć się na ból.

Przez te trzy dni na SOR-ze Te­resa nie do­cze­kała się ani dia­gnozy, ani le­ków, ani de­cy­zji o prze­nie­sie­niu na inny od­dział i o le­cze­niu. W od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co z nią da­lej bę­dzie, sły­szała ob­raź­liwe, iro­niczne uwagi o swo­jej wa­dze i swoim ciele. Od­wie­dziło ją za to sporo osób. Le­ka­rzy, pie­lęg­nia­rek, per­so­nelu ad­mi­ni­stra­cyj­nego, pa­cjen­tów i ich go­ści. Aby so­bie na Te­resę po­pa­trzeć, aby się z niej po­śmiać, aby jej zro­bić zdję­cia.

Za­nim sama się wy­biorę w od­wie­dziny do Te­resy, prze­pro­wa­dzam eks­pe­ry­ment. Pro­szę Martę, aby po­wia­do­miła szpi­tal, że prze­ka­zała mi sprawę. Ku mo­jemu zdzi­wie­niu ma­gia słowa „rzecz­nik” za­czyna dzia­łać. Na­wet je­śli ten rzecz­nik nie ma wła­snego biura, za­stępu urzęd­ni­ków wspie­ra­ją­cych jego pracę i umo­co­wa­nia w pol­skim pra­wie. Przy­miot­nik „spo­łeczny” w na­zwie mo­jej funk­cji umyka, gdy po­ja­wia się lęk przed in­spek­cją, kon­se­kwen­cjami urzę­do­wymi, szu­mem me­dial­nym. Kilka go­dzin po speł­nie­niu mo­jej prośby Marta in­for­muje mnie, że Te­resa jest już na od­dziale in­ten­syw­nej opieki me­dycz­nej, leży na łóżku, we wła­snej pi­ża­mie, jest zba­dana i zdia­gno­zo­wana. Ma za­pa­le­nie płuc. Le­ka­rze wdro­żyli jej le­cze­nie. Nikt też już nie po­zwala so­bie na jej ośmie­sza­nie lub ko­men­to­wa­nie jej wagi i ciała.

Dzia­łam da­lej zdal­nie z domu. Dzwo­nię do rzecz­nika szpi­tala. Nie po to, aby się awan­tu­ro­wać. Je­stem zwo­len­niczką roz­mowy i roz­wią­zań po­ko­jo­wych ko­rzyst­nych dla obu stron. Chcę po­dzię­ko­wać za opiekę nad Te­resą. Do­sko­nale zdaję so­bie sprawę z tra­gi­zmu po­ło­że­nia. I Te­resy, która ma po­nad 60 lat oraz za­pewne wiele scho­rzeń bę­dą­cych po­wi­kła­niami jej oty­ło­ści, a także wagę nie­spo­ty­kaną na co dzień u pa­cjen­tów. I sa­mego szpi­tala, który może nie być przy­go­to­wany do dia­gno­styki, le­cze­nia i opieki nad osobą z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią. Po­mimo wielu prób z rzecz­ni­kiem szpi­tala nie udaje mi się jed­nak skon­tak­to­wać.

Je­stem za to w sta­łym kon­tak­cie z Martą, która co­dzien­nie, gło­sem wi­bru­ją­cym tym ra­zem z ra­do­ści, in­for­muje mnie o po­stę­pach w le­cze­niu Te­resy: „Mama do­staje leki”, „Mama co­raz le­piej od­dy­cha”, „Mama siada już na łóżku”, „Mama już żar­tuje”, „Mama ćwi­czy z re­ha­bi­li­tan­tem”, „Le­ka­rze roz­ma­wiają z mamą o dal­szym le­cze­niu w in­nym szpi­talu, który wy­ko­nuje ope­ra­cje chi­rur­gicz­nego le­cze­nia oty­ło­ści…”.

24 kwiet­nia 2014 roku jadę zo­ba­czyć to wszystko na wła­sne oczy. Po­ra­nek jest tak wcze­sny, że za szybą au­to­busu mi­gają mi sie­lan­kowe ob­razy sa­ren, je­leni i łosi prze­cha­dza­ją­cych się po łą­kach i po­lach w po­szu­ki­wa­niu sma­ko­wi­tych ką­sków na śnia­da­nie. Do mia­sta na po­łu­dniu Pol­ski do­cie­ram przed dwu­na­stą. Na dworcu wita mnie Marta. Zwie­rzam się jej, że mam tremę, bo to pierw­sza osoba z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią, którą po­znam oso­bi­ście.

– A ja znam ta­kich lu­dzi wię­cej – za­ska­kuje mnie Marta. – I na­wet w na­szym bloku miesz­kają jesz­cze dwie ta­kie pa­nie. Cza­sem są­sie­dzi do nich za­glą­dają, bo one już co naj­mniej od roku nie wy­cho­dzą z domu.

– I nikt się nimi nie in­te­re­suje? Nikt nie we­zwał do nich le­ka­rza? – do­py­tuję.

– A pew­nie, że le­ka­rze byli u nich. U mamy też. Ale co z tego? Ba­dali ci­śnie­nie i po­ziom cu­kru. Wszystko było w nor­mie. Po­wie­dzieli i ma­mie, i są­siad­kom, że po­winny mniej jeść, przejść na dietę i tyle. Ża­den nie za­pro­po­no­wał ja­kie­goś kon­kret­nego le­cze­nia.

Te­resa jest wzru­szona do łez. Pod­czas spo­tka­nia wciąż trzyma moją dłoń. Przed­sta­wia mi swo­jego męża. Opo­wiada o tym, jak całe ży­cie „ku­charką na róż­nych kuch­niach była”, jak wciąż „ro­sła” i nie mo­gła tego prze­rwać, bo diety nie po­ma­gały w ogóle albo na krótko. Za­nosi się pła­czem, gdy mówi, jak bar­dzo się wsty­dzi swo­jego wy­glądu, że jest świa­doma, ja­kim jest cię­ża­rem dla bli­skich i po­śmie­wi­skiem dla ob­cych. Słu­cham jej opo­wie­ści, a im wię­cej wiem o Te­re­sie, tym bo­le­śniej zdaję so­bie sprawę, jak nie­wiele będę mo­gła zro­bić dla niej i in­nych osób z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią, które za­pewne jesz­cze po­znam, gdy po­pro­szą mnie o po­moc.

Roz­ma­wiam z Te­resą przez po­nad dwie go­dziny. Per­so­nel szpi­tala zdaje się mnie nie za­uwa­żać. Cza­sem do sali zaj­rzy pie­lę­gniarka, aby skon­tro­lo­wać apa­ra­turę, do któ­rej pod­łą­czona jest druga pa­cjentka.

Po­czą­tek grud­nia 2014 roku. Od ja­kie­goś czasu nie mam wie­ści o Te­re­sie. Wiem, że wy­szła ze szpi­tala wy­le­czona z za­pa­le­nia płuc. Po­tem, przy wspar­ciu die­te­tyka, miała przy­go­to­wy­wać się do ope­ra­cji ba­ria­trycz­nej. Tym­cza­sem oka­zuje się, że… Te­resa nie żyje. Marta dzwoni do mnie ja­kiś czas po po­grze­bie. Prze­pra­sza, że nie wcze­śniej, że nie dała mi moż­li­wo­ści po­że­gna­nia jej mamy. Śmierć za­brała Te­resę na­gle, nocą. Marta jest wciąż w szoku, ale tak, pa­mięta, że or­ga­ni­za­cja po­grzebu trwała dłu­żej niż przy zmar­łych o „nor­mal­nej” wa­dze, bo trzeba było za­mó­wić więk­szą trumnę, ale miej­sce na cmen­ta­rzu ku­piła dla mamy jedno. I jesz­cze to krze­piące za­pew­nie­nie pra­cow­nika za­kładu po­grze­bo­wego: „Pro­szę się o nic nie mar­twić. Już cho­wa­li­śmy tak du­żych lu­dzi”.

150 kilo. Tylko tyle?

JACEK

Siódme niebo

Stłumieni

Kromka kromce nierówna

Ludzie spod złych adresów

Żeby nie wieźć na podłodze

Ręce do góry

TADEUSZ

Nawet Bareja by tego nie wymyślił

EWA

NATALIA

Uwięziona

Ludzie trudni do polubienia

Porażki systemu

ŁUKASZ

Wkładamy ciało i czekamy, czy piec nie wybuchnie

Spotkanie i niespotkania

Od autorki

Drodzy Czytelnicy,

nie zdzi­wię się, je­śli po prze­czy­ta­niu tej książki czu­je­cie nie­do­syt. Jako au­torka też go czuję. Eks­perci opo­wie­dzieli mi o oso­bach z oty­ło­ścią skraj­nie ol­brzy­mią, o tej naj­bar­dziej nie­od­kry­tej, wy­klu­czo­nej gru­pie cho­rych tyle, ile sami wie­dzieli, zaś bo­ha­te­ro­wie tej książki opo­wie­dzieli mi o so­bie tyle, ile chcieli, czę­sto z ogrom­nym lę­kiem, że po jej pu­bli­ka­cji spo­tka ich nie­na­wiść. Wielu po­pro­siło o nie­ujaw­nia­nie ich na­zwisk, a nie­któ­rzy o zmianę imion.

Osoby chore na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią to wciąż naj­bar­dziej nie­opi­sana me­dycz­nie i nie­roz­po­znana grupa spo­łeczna. Ta książka jest pierw­szą w Pol­sce próbą po­ka­za­nia ich co­dzien­nego ży­cia i po­trzeb. Nie łu­dzę się, że wy­woła na­gle ta­kie zmiany w sys­te­mach opieki zdro­wot­nej i wspar­cia so­cjal­nego, które za­gwa­ran­tują oso­bom z oty­ło­ścią skrajną do­stęp do god­nego, pro­fe­sjo­nal­nego, kom­plek­so­wego le­cze­nia i wszyst­kich form po­mocy spo­łecz­nej, w tym tak bar­dzo po­trzeb­nej dłu­go­ter­mi­no­wej opieki ca­ło­do­bo­wej w ośrod­kach spe­cja­li­stycz­nych. Je­stem re­alistką. Długo już współ­pra­cuję z in­sty­tu­cjami pu­blicz­nymi od­po­wie­dzial­nymi za te sys­temy i wiem, że urzęd­ni­cze młyny mielą po­woli. I nie za­wsze po wrzu­ce­niu w żarna zia­ren psze­nicy wy­cho­dzi z nich mąka pszenna… Mam jed­nak na­dzieję, a może bar­dziej – tak jak śp. Łu­kasz – na­dziejkę, że po prze­czy­ta­niu tej książki każdy z nas, od­dziel­nie jako Czło­wiek, ra­zem jako Spo­łecz­ność, do­strzeże w oso­bach cho­rych na oty­łość skraj­nie ol­brzy­mią po pro­stu Lu­dzi.

Dzię­kuję bo­ha­te­rom tej książki za za­ufa­nie i po­dzie­le­nie się swo­imi hi­sto­riami.

Dzię­kuję ro­dzi­com Łu­ka­sza za de­cy­zję o pu­bli­ka­cji tek­stu ze zwie­rze­niami ich nie­ży­ją­cego syna.

Dzię­kuję spe­cja­li­stom za in­te­re­su­jące in­for­ma­cje czer­pane przede wszyst­kim z wła­snych do­świad­czeń za­wo­do­wych.

Dzię­kuję re­dak­tor­kom tej książki: Ju­sty­nie Mro­wiec i Jus­ty­nie Że­brow­skiej oraz wy­daw­nic­twu RM, że tak długo i cierp­li­wie cze­kali, aż ta książka po­wsta­nie.

I dzię­kuję wam, że ze­chcie­li­ście prze­czy­tać tę książkę, po­słu­chać jej.

Bibliografia

Jan Ma­ciej Ko­mo­row­ski, Rys hi­sto­ryczny dia­gno­zo­wa­nia i le­cze­nia oty­ło­ści, w: Obe­si­to­lo­gia kli­niczna, praca zbio­rowa pod red. Mag­da­leny Ol­sza­nec­kiej-Gli­nia­no­wicz, Alfa-Me­dica Press, Biel­sko-Biała 2021, s. 23–24.

Kac­per Krysz­to­fik, Wóz stra­żacki mu­siał za­stą­pić ka­retkę. Pa­cjent był zbyt otyły, www.o2.pl, 29 maja 2018, https://www.o2.pl/ar­ty­kul/woz-stra­zacki-mu­sial-za­sta­pic-ka­retke-pa­cjent-byl-zbyt-otyly-6257047129519745a (do­stęp: 30.01.2024).

Na­ro­dowy Pro­gram Zdro­wia na lata 2016–2020, Cel Ope­ra­cyjny 1. Po­prawa spo­sobu ży­wie­nia i stanu od­ży­wie­nia oraz ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej spo­łe­czeń­stwa; te­mat: Kom­plek­sowe ba­da­nia spo­sobu ży­wie­nia i stanu od­ży­wie­nia żoł­nie­rzy za­wo­do­wych i funk­cjo­na­riu­szy WP z iden­ty­fi­ka­cją czyn­ni­ków ry­zyka roz­woju oty­ło­ści, z oceną ak­tyw­no­ści fi­zycz­nej, po­ziomu wie­dzy ży­wie­nio­wej oraz wy­stę­po­wa­nia nie­rów­no­ści w zdro­wiu w la­tach 2016–2020.

Na­ro­dowy Pro­gram Zdro­wia na lata 2021–2025, Cel ope­ra­cyjny 3. Pro­mo­cja zdro­wia psy­chicz­nego; te­mat: Re­ali­za­cja pro­jek­tów i pro­gra­mów edu­ka­cyj­nych, wy­cho­waw­czych, in­ter­wen­cyj­nych oraz pro­fi­lak­tycz­nych opar­tych na pod­sta­wach na­uko­wych, w tym pro­gra­mów pro­fi­lak­tyki uni­wer­sal­nej, wska­zu­ją­cej i se­lek­tyw­nej.

Rzecz­nik Praw Pa­cjenta, Wy­kaz sprzętu me­dycz­nego do­sto­so­wa­nego do po­trzeb osób cho­rych na oty­łość, www.gov.pl, https://www.gov.pl/web/rpp/-wy­kaz-sprzetu-me­dycz­nego-do­sto­so­wa­nego-do-po­trzeb-osob-cho­rych-na-oty­losc (do­stęp: 30.01.2024).

Krzysz­tof Sob­czak, Ka­ta­rzyna Le­oniuk, At­ti­tu­des of Me­di­cal Pro­fes­sio­nals To­wards Di­scri­mi­na­tion of Pa­tients with Obe­sity, „Risk Ma­na­ge­ment and He­al­th­care Po­licy” 2021, nr 14, s. 4169–4175, http://www.tand­fon­line.com/doi/full/10.2147/RMHP.S317808 (do­stęp: 30.01.2024).

W Rio de Ja­ne­iro po­wstał cmen­tarz dla… oty­łych, www.fa­cet.wp.pl, 15 maja 2015, https://fa­cet.wp.pl/w-rio-de-ja­ne­iro-po­wstal-cmen­tarz-dla-oty­lych-6002208644706946a (do­stęp: 30.01.2024).

Ma­riusz Wy­le­żoł, Agata Gaź­dziń­ska, Ewe­lina Ka­niew­ska, Alek­san­dra Moj­kow­ska, Pro­po­zy­cja po­sze­rzo­nej kla­sy­fi­ka­cji stop­nia za­awan­so­wa­nia oty­ło­ści we­dług wskaź­nika masy ciała (BMI) u cho­rych kie­ro­wa­nych na le­cze­nie ba­ria­tryczne, „Le­karz POZ” 2016, nr 2, s. 123–125.

My, skrajnie otyli

Magdalena Gajda© Wydawnictwo RM, 2024 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska [email protected]

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książki, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-8151-842-0 ISBN 978-83-7147-115-5 (ePub) ISBN 978-83-7147-116-2 (mobi)

Edytor: Justyna MrowiecRedaktorka prowadząca: Justyna ŻebrowskaRedakcja: Małgorzata RóżyckaKorekta: Michał Trusewicz, Justyna ŻebrowskaEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikcja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]