My, Pierwsza Brygada… - Adam Kaczyński - ebook

My, Pierwsza Brygada… ebook

Kaczyński Adam

0,0

Opis

„My, Pierwsza Brygada...” - obyczajowa powieść wielowątkowa z elementami dydaktycznymi. Kontynuacja Trylogii Złodziejskiej Sergiusza Piaseckiego. Optymistyczna, a nawet idealistyczna alternatywa życiowych losów Aleksandra Barana (postaci, która żyła naprawdę) i innych bohaterów ze świata przestępczego z przełomu XIX i XX wieku. Akcja powieści rozpoczyna się w lipcu 1919 roku. W miesiącu tym miała też miejsce egzekucja głównego bohatera – na mińskiej Komarówce, wykonana przez krasnoarmiejców, z polecenia czekistów.
Jednak w niniejszej kontynuacji nie doszło do egzekucji Barana. Żył dalej i prowadził, wraz ze swymi kompanami, urozmaicone życie. Dzięki pewnym przypadkom udało mu się uniknąć śmierci, lecz osoby trzecie musiały stoczyć nieprzejednane batalie – głównie oratorskie, aby go uratować. Egzekucja Aleksandra Barana (która odbyła się naprawdę 17 lipca 1919 roku w Mińsku) była wielką „czerwoną” niesprawiedliwością. Niniejsza powieść ma na celu postawienie jej zadość…
Główne elementy powieści można umieścić na kanwie wielu wątków nie tylko o charakterze romantycznym, ale i nawet kryminalnym.
W końcu i elementy dydaktyczne zawarte w powieści dotyczą głównie kwestii wartości ludzkich oraz uczuć wyższych, jakimi objawia się po prostu człowieczeństwo.
Tytuł powieści obyczajowej ma podobny charakter jak tytuły trzech części trylogii. Tytuły te wywodzą się z fragmentów pieśni ludowych lub też samych tytułów tychże pieśni. Jeśli dana pieśń przewodzi określonej części trylogii, wówczas jej tytuł jest ściśle związany z przekazem pieśni. W niniejszej kontynuacji pieśnią przewodnią jest patriotyczna pieśń ludowa o takim samym tytule co owa powieść. Pieśń ta została wybrana jako przewodnia, gdyż akcja powieści przebiega w czasach kształtowania się II RP od lipca 1919 do lipca 1926 roku. W tamtym okresie pieśń ludowa stanowiąca przewodnią w powieści, była niezwykle popularna z uwagi na wydarzenia, jakie miały wówczas miejsce, a także wydźwięk pieśni pasujący do charakteru tych wydarzeń. Brygadę tworzyli nie tylko legioniści Piłsudskiego, lecz Polacy przejawiający pragnienie budowy lub też przemiany Rzeczypospolitej. Natomiast brygadę występującą w powieści stanowili kluczowi bohaterzy, którzy kształtowali się, a także przemieniali jak ta Polska tamtych czasów…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 491

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wstęp

Nie mogąc pogodzić się z tragicznym losem autentycznej postaci – Aleksandra Barana, postanowiłem nieco zmienić bieg jego losu. Przecież wcale nie musiało tak być. Mógł nie zostać rozstrzelany. Tak jak wiele wydarzeń, opartych na kanwie historii, mogły potoczyć się inaczej.

Wojska polskie prowadzone przez Piłsudskiego wcale nie musiały zawieszać broni w październiku 1920 roku. Dżugaszwili (Stalin) wcale nie musiał zostawać sekretarzem generalnym w 1924 roku, a Bronstein (Trocki) wcale nie musiał się go przestraszyć. Uljanow (Lenin) przestrzegał wielokrotnie innych towarzyszy przed Dżugaszwilim. Mógł zostać np. oskarżony o sabotaż i w porę stracony. Miejsce Dżugaszwilego Josifa mógł z powodzeniem zająć Bronstein.

Możliwe, że za rządów Trockiego nie miałby miejsca aż tak krwawy terror jak za rządów Stalina. Równie dobrze Hitler mógł mieć mniej szczęścia podczas procesu w 1923 roku w związku z nieudanym „marszem” na Monachium i też zostać stracony.

Do II Wojny Światowej również mogłoby nie dojść, gdyby nie polityka ustępstw Europy Zachodniej wobec Niemiec nazistowskich. Do zawarcia paktu Ribbentrop-Mołłotow także by nie doszło, gdyby nie ślepy upór Rzeczypospolitej. Natomiast Franklin Roosevelt wcale nie musiał dać się zmanipulować Josifowi Dżugaszwilemu podczas konferencji Teherańskiej, a zgodzić się z Winstonem Churchill’em i nie oddawać Europy Środkowo-Wschodniej w „czerwone ręce”. Alianci mogli uderzyć z południa Włoch na Jugosławię i dalej udać się na północ frontalnym atakiem.

Dotknięcia Polski przez komunizm można było uniknąć na różne sposoby. Amerykanie wcale nie musieli wspierać ZSRR w wojnie z Niemcami, chociażby ze względu na zawarcie paktu z 23.08.1939 r. Zawarli z Niemcami pakt, zdradzili Europę, teraz niech sobie radzą ze swoimi „przyjaciółmi”.

Wiele wydarzeń naprawdę mogło potoczyć się w inny sposób, ale również można spojrzeć na owe hipotetyczne alternatywy z drugiej strony. Przecież równie dobrze „kryzys kubański” w październiku 1962 roku mógł zakończyć się inaczej. Pracownik sowieckiej kontroli przeciwnuklearnej we wrześniu 1983 roku mógł podjąć decyzję zgłoszenia sowieckiej władzy, iż nadciąga na ZSRR pięć rakiet z głowicami nuklearnymi ze strony Stanów Zjednoczonych. Nie trzeba wcale zakładać, że tak musiało być. Często o dalszym losie decydują chwilowe wybory, a na ich przebieg wpływ ma wiele czynników zewnętrznych, ale i też wewnętrznych. Często bywają one zupełnie przypadkowe. Jednak ciąg rzeczywistych zdarzeń przebiega jednorazowo, bez możliwości sprawdzania różnych alternatyw. Owego ciągu nie sposób cofnąć, zmienić, bądź wypróbować. Niestety. Jednakże, gdy w powieści wymiesza się wydarzenia autentyczne z fabularnymi, można dokonywać wyboru przebiegu wydarzeń.

Tak więc dokonam dwóch wyborów, odnosząc się do trzeciej części Trylogii Złodziejskiej byłego więźnia – Sergiusza Piaseckiego p.t. „Nikt nie da nam zbawienia”. Rozmowa Aleksandra Starcowa z Obywatelem mogła przynieść inny skutek niż w powieści Piaseckiego. Starcow, przeglądając akta swojego brata Barana, (który był nieświadomy jego istnienia) mógł podjąć inną decyzję w jego sprawie tym bardziej, że były ku temu podstawy, chociażby rozmowa Sidora Micina i uderzające podobieństwo podejrzanego, tudzież oskarżonego Barana.

Rozpoczynam kontynuację – tym razem całkowicie sfabularyzowanych losów Aleksandra Barana. Oto czwarta część powieści – „My, pierwsza brygada”.

Postać Aleksandra Barana niewątpliwie jest tragiczną. Takich osób jak on było, jest i będzie wiele. Jednak świat dalej prze do przodu, nie zważywszy na tragiczny los wielu ludzi różnej płci w różnych miejscach na ziemi, różnej rasy i w rozmaitym wieku na przestrzeni różnych czasów. Zarówno czasów wojny, jak i pokoju, czasów rewolucji i stabilizacji, czasów kryzysów i rozkwitów. Jednak z nieznanych względów, tylko nieliczne postacie wybrane przez los trafiają na karty powieści jak m. in. Aleksander Baran. Losy życiowe wielu ludzi mogłyby potoczyć się inaczej, jak również życie Barana. Jedne losy, gdyby uległy zmianie, miałyby większy lub mniejszy, a może i żaden wpływ na ogólny bieg dziejów ludzkości. Losy Barana zaliczają go do tych ostatnich, lecz z całą pewnością znajdą one swoje odbicie w fabularnych wydarzeniach czwartej części powieści. Oprócz tego mogłyby wywrzeć też wpływ na życie innej postaci autentycznej – Pani Zapolskiej (w powieści Piaseckiego – Pauliny Churdziczówny), również postaci tragicznej, lecz z innej perspektywy niźli tragizm Barana. Nie sposób nie zgodzić się z tym, jak niewiele brakowało w co najmniej dwóch sytuacjach, aby wyjechał jednak do Wilna. Zmieniłem jedną z owych dwóch sytuacji, której wynik zaważył na dalszej egzystencji bohatera powieści.

W powieści S. Piaseckiego „Nikt nie da nam zbawienia” Jan Nacewicz (będący uosobieniem samego autora) miał więcej szczęścia od Barana, też mógł zginąć i nie wydostać się z więzienia. Jednak pewne przypadki uratowały mu życie i zwróciły wolność. U Aleksandra Barana też tak mogło być i też tak się stało w całkowicie sfabularyzowanej powieści, jednak w jej tle będą toczyć się autentyczne wydarzenia historyczne, lecz nie we wszystkich swych wątkach. Przykładowo sprawa Wilna została przedstawiona w sposób wyidealizowany, niezgodnie z faktami historycznymi, jak również niektóre kwestie dotyczące „cudu nad Wisłą”, a także sprawy Lenina.

1Nierówna walka

Oczy Starcowa mrużyły się raz to nad aktami Obywatela, raz nad jego powieścią, tudzież opowiadaniem – „Mgła”. Gdy skończył, zastanawiał się jeszcze nad rozmową, jaką przeprowadził z Obywatelem, który przed chwilą opuścił jego biuro. Osoba tego oskarżonego wywarła na nim wrażenie. Uważał, że nie może go stawiać na równi z pozostałymi przestępcami, których sprawy spoczywały w stosach akt, które leżały w jego kancelarii. Chciał postępować w swojej pracy uczciwie i sprawiedliwie. Nie mógł ot tak, na sprawie Obywatela postawić czerwonego krzyżyka, skazując go na śmierć, choć przed wezwaniem go do swojego biura nosił się z takim zamiarem. Zastanawiał się, czy nie wezwać go po raz drugi i nie podjąć próby przedyskutowania z nim kwestii: co rozumie przez zwalczanie przestępstw „rozumem i sercem”. Zaczął żałować, że przerwał mu pytaniem „czy wie, co go czeka”. Obywatel wszakże odpowiedział mu, że śmierć, ale to nie było takie jednoznaczne. Myślał także nad tym, dlaczego jego rozmówca był pewien, że on nie będzie mógł spełnić jego życzenia. Czego mógł pragnąć? Czyżby ocalenia jego życia, oddania jego sprawy pod Sąd Ludowy ? Przecież to mógł spełnić, od niego tylko to zależało, od decyzji Starcowa. Los wielu osób, których sprawy spoczywały na jego biurku, leżał właśnie w jego rękach. Miał władzę sądowniczą powierzoną mu przez czerwoną władzę ludową. Skoro nie tego chciał Obywatel, to czego zatem mógł chcieć innego ? Rozgrzewała się w myślach Starcowa swoista niezaspokojona ciekawość.

Może wykształcony człowiek, autor „Mgły” – o szerokim światopoglądzie i wiedzy filozoficznej mówił prawdę, że nic nie ukradł, a posiadanie narzędzi złodziejskich, do których się przyznał nastąpiło z innych przyczyn, niźli mogłoby to się wydawać. Rozważał, czy nie oddać tej sprawy do Rewtrybunału. Wiedział, że część jego kolegów – prawników bez zawahania postawiłoby czerwony krzyżyk i już. Tak więc, w jakim celu studiowali prawo, skoro działali jak automaty. Nie chciał być taki jak oni, chciał być rzetelny. Po czerwony ołówek nawet nie sięgnął. Miał już dość pracy na dziś.

Tymczasem Obywatel wracał już do więzienia. Żałował, że nie ciągnął rozmowy ze Starcowem dalej, że nawet nie próbował. Może zdołałby uratować swoje życie. Lecz po chwili uspokoił swoje myśli i pogodził się ze swoim losem. Zajął się oglądaniem miasta i zastanawiał się nad podobieństwem Starcowa do Mongoła. „Czy to przypadek? Czy to możliwe... Jeśli nie, to jaka przyczyna... Brat, czy co... Nie, to niemożliwe – stwierdził. Baran – zawodowy blatny, a Starcow – komunistyczny prawnik, Rosjanin. Nie, to niemożliwe. Gdyby byli braćmi, nie powstałaby aż taka różnica społeczna między nimi”- myślał Obywatel.

Obywatel nie zdawał sobie jednak sprawy, że to była właśnie prawda, że jego chwilowe przypuszczenia miały pokrycie ze stanem faktycznym.

„Jak spotkam na Sierpuchowskiej Barana, to spytam, czy miał brata” – pomyślał Obywatel.

Kolejnego dnia Starcow musiał spotkać się z komendantem Kriwoszeinem, który załatwił mu już mieszkanie w Mińsku. Choć jego żonie Elżbiecie, która wciąż narzekała i kłóciła się z nim, mieszkanie to nie podobało się. Wreszcie minęła uroczystość zakrapiana alkoholem u Kriwoszeina, odbyła się ona z okazji przyjazdu Komisji Kontrolnej z Moskwy. Szczerze nie lubił owego komendanta, ale z przyczyn politycznych musiał, a przynajmniej powinien, uczestniczyć w takich okazjach. Natomiast żona Starcowa nienawidziła Kriwoszeina tak bardzo, że nie mogła przyjść razem ze swoim mężem. W ogóle nie lubiła tego „czerwonego” towarzystwa.

Gdy Starcow wrócił wieczorem do domu, znów stoczył kolejną kłótnię z żoną. Żaliła mu się, że nie ma w Mińsku co robić, że chce wracać do Moskwy, do matki. Aleksander nie chciał się z nią sprzeczać, był już tym zmęczony. Mówił spokojnie rozżalonej i wściekłej żonie, że może przecież śpiewać w teatrze... w Mińsku są teatry, że nic nie stoi na przeszkodzie, abyś robiła to co lubisz. Lecz ona mówiła z wyrzutami.

– Dla tej czerwonej hołoty!? Przecież sama swołocz tam przychodzi. Widziałam nieraz!

– Dlaczego tak mówisz ? – uspokajał żonę.

– W życiu nie będę dla tego chamstwa i prymitywów występować! – unosiła się.

Przypomniała Starcowowi, że nie podoba się jej jego udział w partyjniactwie. Mówiła, że tego nie wytrzyma długo i wróci do swojej matki w Moskwie. Starcow tego nie chciał. Trapiło to jego serce, gdyż szczerze kochał swoją Elżbietę.

Była to kolejna, podobna cecha charakteru, łącząca obu przyrodnich braci Aleksandrów. Zarówno jeden, jak i drugi, kochali swe kobiety całym sercem, bez reszty. Były nawet w tym samym wieku.

Następnego dnia rano Starcow źle się czuł. Nie było śniadania. Szybko coś zjadł i udał się do swojej kancelarii. Jego myśli były rozproszone przez żonę. Na jego biurku znajdowały się stosy akt. Wiele spraw było dla niego oczywistych, bez wątpliwości stawiał na nich czerwone krzyżyki.

Tymczasem trafiła mu się teczka Barana. Zauważył swoją podobiznę na zdjęciu. Przypomniał sobie tę sprawę. „A, Baran”, gdy Micin wspominał mu o nim na prośbę Łobowej. Nie przepadał za Micinem, więc prośba Łobowej mogła odnieść odwrotny skutek, niż jej intencje. Zobaczył. Recydywista... wielokrotne kradzieże... broń... ucieczka z więzienia. Takie podobieństwo... nawet to samo imię... Chwycił do ręki czerwony ołówek, wahał się. Coś go hamowało – czuł, że człowiek ten powinien trafić na Komarówkę, lecz w głębi duszy coś go zastanawiało. Zadawał sobie pytanie. „Co ja tam będę cackał się z jakimś recydywistą... i co, że podobny do mnie... i co, że Aleksander... to go nie usprawiedliwia” – pomyślał.

Podrapał się po podbródku, trzymając w tej samej ręce czerwony ołówek. Odłożył go. Wsparł swą głowę dłońmi, opierając się łokciami o biurko. Myśli kołatały mu w głowie. „Co ja mam z tobą zrobić, Baranie... O co chodziło temu Micinowi ? Co on ma wspólnego z Baranem” ? Przypomniał sobie także spotkanie z czerwonym agentem w hotelu „Europa”, mające miejsce kilka miesięcy temu, który pomylił go z Aleksandrem z Moskwy, podobnym do Starcowa, też partyjniakiem. Nie mógł jednak przypomnieć sobie nazwiska, jakie podał mu ten agent, odnosząc się do podobnego do niego, Aleksandra. „Czy mówił Baran...? Nie, jakoś inaczej” – zastanawiał się.

Agentem tym był zameldowany w pokoju 34 Iwan Andrejewicz Azja, będący fikcyjnym agentem, którego udawał Filip Łysy (z III cz. powieści „Nikt nie da nam zbawienia”). Filip wówczas powiedział Starcowowi, że tamten miał nazwisko Golcow, co wymyślił na poczekaniu. Było to jednak pół roku temu i gdyby teraz ktoś zapytał o to Filipa Łysego, co wtedy powiedział – sam by nie pamiętał, a cóż dopiero Starcow miałby pamiętać taki epizod, ze szczegółami, z hotelu „Europa” sprzed pół roku. Starcow zastanawiał się, czy ów agent, którego danych osobowych też nie znał, powiedział: Aleksander Baran, czy podał inne nazwisko. Jednakże powiązał ten epizod ze swojego życia z osobą, widniejącą teraz w aktach na jego biurku. Czy ten recydywista Baran mógł być partyjniakiem z Moskwy, a nie – złodziejem, przestępcą ? W jaki sposób trafiłby do tych akt ? Wiedział przecież, że wśród bolszewików jest sporo szumowin ze świata przestępczego, którym się udało, którzy mieli szczęście, a teraz są komunistami i zajmują różne stanowiska. Podejrzewał między innymi o taką szemraną przeszłość Kriwoszeina. Wprawdzie nie mylił się. Komendant Kriwoszein był blatnym, którego znał np. Kazik Morecki. Wiedział, że to łachudra. Osoba Aleksandra Barana budziła w Starcowie swoisty niepokój tym bardziej, że upominał się za nim sam Micin i jeszcze ten epizod z „Europy”. „Co kryje przeszłość Barana” – zastanawiał się.

Skąd takie podobieństwo... Czyżby to partyjniak z blatną przeszłością, któremu się nie udało...? Nawet jest w tym samym wieku co Starcow... kim on był... co gorsza, czy może jego bratem?... „Nie! Wykluczone” – pomyślał Starcow.

Starcow nie mógł tak sobie, lekko rozpatrzeć tej sprawy i zakończyć jej czerwonym krzyżykiem. Nie wiedział co zrobić, a czas uciekał, więc odłożył na bok tę sprawę i zabrał się za kolejne. Odłożył akta Barana na tę samą półkę, gdzie leżała teczka Obywatela – ona również spędzała mu sen z powiek. Przy rozpatrywaniu kolejnych spraw miał już łatwiej. Godziny upływały.

Szesnasty lipca 1919 roku na Sierpuchowskiej, na oddziale nr II, na celę siedem trafił Obywatel, a na celę dziewięć – Żaba i Dawidka. Żaba – członek dintojry, który razem z Jankiem Złotym Zębem wydał wyrok śmierci na kapusia Mamidę, przez którego próbowano aresztować Kazika Moreckiego, któremu udało się uciec podczas eskorty (cz. II „Spojrzę ja w okno”). Przy okazji aresztowano wtedy Barana i Jasia, którzy byli w tym czasie razem z Kazikiem. Oni wówczas nie zbiegli, co miało miejsce jesienią 1918 roku. Wyrok ten wykonał Janek Złoty Ząb (przy czym brali udział również Filip Łysy i Paweł Czort), przebywający obecnie na Sierpuchowskiej w celi dziewiątej, razem z Baranem. Jednak nie został aresztowany za owe zabójstwo, lecz za inne lżejsze sprawy. W obecnej chwili nie miało to dla Janka Złotego Zęba znaczenia, został już skazany przez system bolszewicki. Na jego sprawie postawiono już czerwony krzyżyk. Nawet o tym nie został poinformowany, ale w głębi duszy domyślał się, co go czeka. Wiedział, że pewnego ranka upomni się o niego czarny kruk. Na sprawie Żaby też postawiono czerwony krzyżyk. Ujęto go tydzień temu, strzelał do dwóch milicjantów i sam został ranny. Jego sprawa była prosta, przez to szybka. Nikt nie miał wątpliwości, jaki wyrok wydać w jego sprawie.

W celi dziewiątej znalazło się ośmiu. Fiśko, Janek Złoty Ząb, Knot, Szczupak, nowoprzybyli Dawidka i Żaba, Kasia Śmieszna (który jako jedyny nie był blatnym) no i Baran.

Dawidka po południu usiadł przy oknie i śpiewał:

 

Żebym to ja wiedział, kiedy umrę,

To bym se zrobił ze złota trumnę.

Ze złota trumnę, ze srebra wieko -

Żeby wszystkim świeciło daleko!

Fiśko mu przerwał i odezwał się.

– Ja wiem, kiedy umrzesz.

– Kiedy?

– Jutro.

– Ech, ja nie drefie. Ich też to czeka, może będą dłużej się męczyć.

Fiśko zaczął zabawiać Kasię Śmieszną i śmiać się razem z nim. Knot ze Szczupakiem grali w karty. Janek Złoty Ząb patrzył jak Kasia Śmieszna z Fiśkiem tańczą. Baran poprawiał Żabie opatrunek.

Nastała noc, która była niespokojna, wytworzył się w celi napięty nastrój, nikt nie zdjął ubrania, nawet butów nie zdejmowali. Przeczuwali, że „to” może być dziś. Wszyscy byli z „tym” już pogodzeni. Nie spali. Tylko Kasia Śmieszna usnął.

Nad ranem zawarczał motor, wszyscy zerwali się. Przeczuwali, że to teraz. Posłyszeli kroki na korytarzu. Otworzyli celę dziewiątą – byli nastawieni, że nie będzie łatwo ich wyprowadzić, że będą stawiać opór. Ku ich zdziwieniu stali spokojnie w celi, cała ósemka skazanych.

Krzyknęli – wychodzą wyczytani. Wyczytywali ich po kolei. Baran jednak nie słyszał swojego nazwiska. „Zostawili sobie mnie na deser” – pomyślał.

Ku jego zdziwieniu, jako jedyny nie został wyczytany. Tak więc, sam Baran upomniał się o siebie.

– A co ze mną? – zapytał zdziwiony.

Strażnik spojrzał jeszcze raz na listę i zapytał.

– Nazwisko?

– Baran Aleksander.

– Nie ma takiego.

Drzwi celi zostały z rozmachem zatrzaśnięte. Baran został w celi sam. Pomyślał, że może pojedzie kiedy indziej lub może jeszcze nie dziś. Jednak zwykle zabierali całe cele, wydawało mu się to dziwne, że go nie zabrali, był pewien, że dostanie od bolszewików czapę. Czarny kruk odjechał z jego kompanami.

Po upływie około godziny, drzwi celi otworzyły się. Baran stał już przy wyjściu, chciał opuszczać celę, choć nie posłyszał czarnego kruka, co dziwiło go. Jeden tylko strażnik stanął mu na drodze ku wyjściu z celi i odezwał się do niego.

– Baran?

– Tak, Aleksander Baran.

– Zabierajcie swoje rzeczy i wychodźcie z celi.

Olek zdziwił się, ale wykonał polecenie i zaczął zabierać swoje rzeczy, których zbyt wiele nie miał. Strażnik stał przy wyjściu i czekał. Mongoł po chwili był już gotowy. Strażnik ustąpił mu z drogi i Baran wyszedł na korytarz. Nie wiedział, czego się spodziewać. Dziwiło go to, że strażnik był tylko jeden. Drzwi celi dziewiątej pospiesznie zamknął. Podszedł do celi siódmej i rzekł do Barana.

– Właźcie.

Baran wszedł. Było sześciu, trzech blatnych, a pozostałych trzech, nie. Wśród blatnych był Obywatel, z którym bardzo dobrze się znali z Komarówki.

Zaczęli długo rozmawiać o swoich przeżyciach i sprawach. Gdy Baran opowiedział mu o tym, co jemu się dzisiaj przytrafiło, również mocno zdziwiło to Obywatela. Z kolei, gdy Obywatel opowiedział Baranowi o swojej rozmowie z prawnikiem – Starcowem, Baran też nie dowierzał, że to w ogóle było możliwe. Najbardziej zaskoczyło Aleksandra pytanie Obywatela, czy miał kiedykolwiek brata. Baran w ogóle nie znał swojej rodziny, ani swej matki, ani ojca, nic nie było mu wiadomo o jakimkolwiek rodzeństwie. Stanowczo zaprzeczał, odpowiadając Obywatelowi na jego pytanie. Wydawało mu się to dziwne. Skąd taka myśl w ogóle przyszła Obywatelowi do głowy, nie dopytywał się już więcej. Obywatel nie wspominał Baranowi ani słowem o zauważonym podobieństwie do Starcowa. Tak upłynął kolejny dzień więziennego życia, spędzony w niepewności. Obydwaj wiedzieli co ich czeka, nie wiedzieli tylko, kiedy.

Zbliżała się już trzecia po południu. Starcow siedział w swoim biurze i kończył kolejny stos akt. Same czerwone krzyżyki. Chciał już skończyć na dziś i iść do domu. Jednak do domu wracał niechętnie przez kłótliwą i rozżaloną żonę, która przesiadywała całe dnie w mieszkaniu, czytając głównie książki o tematyce romantycznej. Źle czuła się w Mińsku. Występować w teatrze nie chciała. Myślała cały czas o Moskwie. Starcow bardzo ją kochał i nie wiedział, jak ma pomóc swojej żonie, jak pogodzić swoje sprawy zawodowe z prywatnymi. Już miał się zbierać. Spojrzał w kierunku półki swoich odroczonych spraw, na której leżały tylko dwie z nich. Obywatela i Barana. Pierwszy raz w jego karierze spotkała go taka rozterka z powodów, których nigdy w życiu nie spodziewałby się, że takie w ogóle pojawią się.

Usłyszał pukanie do drzwi. Krzyknął:

– Proszę wejść!

Weszła do jego kancelarii Marusia Łobowa i uprzejmie zapytała, czy może mu zająć chwilę, bo ma ważną sprawę – życia i śmierci. Starcow zmarszczył czoło, słysząc jej ostatni argument. Naburmuszył się. Rzekł:

– Miałem już kończyć pracę, ale zostanę, skoro to takie ważne – nie spieszyło mu się wcale do domu, więc przebywanie ze stosunkowo atrakcyjną kobietą, nawet odpowiadało mu.

– Proszę siadać – rzekł Starcow.

– Panie Aleksandrze – jestem Kierownikiem Wydziału Kulturalno-Oświatowego w Gorispołkomie – pokazała mu swą legitymację. Powołała się także na koneksje w Moskwie związane z jej mężem.

– Cóż za sprawa życia i śmierci panią do mnie sprowadza? – zapytał Starcow, mrużąc oczy podczas czytania jej legitymacji.

– Panie Aleksandrze, czy pan prezes Sidor Micin rozmawiał z panem na temat sprawy... Aleksandra Barana? – zapytała, naciskając na imię Barana.

Wnet Starcow spojrzał w stronę półki, na której leżały akta Barana. Marusia również spojrzała w tamtą stronę, następnie na niego. Aleksander spojrzał na Marusię, patrząc głęboko w jej oczy. Łobowa nie spuściła wzroku. Też go obserwowała, delikatnie uśmiechając się przy tym.

– Tak, wspominał mi o tej dziwnej sprawie, a raczej o osobie – mówiąc to Starcow wstał od biurka i udał się w kierunku regału po teczkę Barana. Sięgnął po nią i położył na biurku, otwierając ją. Usiadł wygodnie na krześle. Po krótkim namyśle rzekł. Łobowa nie odzywając się, tylko bacznie obserwując Starcowa, czekała na jego reakcję.

– Czy zapoznała się już pani ze sprawą tego przestępcy? – podsunął Marusi teczkę, obracając ją w jej stronę. Marusia spojrzała i powiedziała.

– Tak, zapoznawałam się. Wiem, o co jest oskarżony.

Marusia była łagodna. Chciała załatwić sprawę po dobroci, nie chciała straszyć i grozić, jak to demonstrowała przed Naczelnikiem Urzędu Śledczego, gdy ratowała Jasia. Mówiła spokojnym, uniżonym tonem.

– Więc czego pani Kierownik ode mnie wymaga, jako od prawnika? – zapytał Starcow oschle.

– Nie jako od prawnika, a od człowieka, i nie wymagam, a proszę pana. Proszę o darowanie życia Aleksandrowi Baranowi.

– A to niby dlaczego, bo jest do mnie podobny, ma takie samo imię i jest moim rówieśnikiem? Jest przecież recydywistą. Już raz uciekł z więzienia. Mógł uciec z miasta. Miał taką szansę, lecz jej nie wykorzystał. Złapali go. Dlaczego jemu mam darować, a innym jemu podobnym – nie. Przecież oni wszyscy czekają już na wyroki śmierci – pokazał Marusi stos załatwionych już spraw, nad którymi zawisł już czerwony bolszewicki krzyż. Marusia słuchała go z uwagą i z posmutniałą już twarzą. Przedtem nie zwróciła na to uwagi, lecz gdy mówił, spojrzała na zdjęcie Barana i na niego. Marusia widywała często Barana, gdy mieszkała na Zacharzewskiej, będąc jego sąsiadką. Jednak nie rozmawiała z nim, ani mu się specjalnie nie przyglądała. Dopiero teraz, gdy ujrzała jego zdjęcie, przypomniała sobie jego wygląd, patrząc jednocześnie na swego rozmówcę. Zauważyła uderzające podobieństwo. „Rzeczywiście” – pomyślała.

Rzekła więc:

– A czy pana zdaniem, otrzymał szansę od życia?

– Na co szansę, jakiego życia, nie rozumiem – nieco zirytował się Starcow.

– Nie wiem jak pan, ale ja wychowałam się w szczęściu, w pełnej rodzinie, gdzie otoczono mnie miłością, dobrobytem materialnym i wzorcami wychowawczymi. Dano mi zatem szansę od życia, by żyć uczciwie i być dziś tą, kim jestem. Nie wszyscy przecież w Mińsku pod koniec ubiegłego wieku mieli taką szansę. Musieli sobie jakoś poradzić w trudach dnia codziennego życia. Dlatego los zrobił z nich przestępców. Później okazało się, że nie potrafią nic innego i dalej konsekwentnie realizowali swoje przestępcze życie. Los nie dał im szansy na inne życie.

Starcow przypomniał sobie słowa Obywatela o „rozumie i sercu”. Częściowo zgadzał się ze słowami Marusi i światopoglądem, prezentowanym teraz oraz wypowiedzi Obywatela. Delikatnie przerwał Łobowej rozbudowane wywody.

– Rozumiem pani pogląd na tę skomplikowaną sferę życia społecznego i nawet częściowo zgadzam się z panią, ale... z jakiej racji my, ludzie uczciwi mamy cierpieć i być ofiarami przestępstw ludzi, którzy nie dostali od losu szansy. My nie jesteśmy temu winni.

– Nie do końca, panie Aleksandrze nie jesteśmy winni. To my tworzymy ustrój społeczny, który nie wszystkim rozdziela równo. Choć, czy tak do końca jesteśmy wszyscy uczciwi?

– Właśnie dlatego teraz wprowadzamy komunizm, żeby było równo i uczciwie. Co pani przez to rozumie, że nie do końca jesteśmy uczciwi?

– Po pierwsze, sam pan widzi, że idea komunizmu jest dobra tylko z teoretycznego punktu widzenia, a w praktyce, to katastrofa. Po przyjeździe bolszewików do Mińska w ubiegłym roku, o ileż wzrosła liczba przestępstw, ile jest zbrodni ? Przecież nawet w carskich czasach tak nie było. Owa fala zbrodni obywateli jest zwalczana jeszcze większą zbrodnią przez towarzyszy. Nie można przestępstwa zwalczać przestępstwem, zbrodni zbrodnią...

Aleksander wtrącił:

– Tylko rozumem i sercem? Idealistka z pani. My świata nie zbawimy. Powinniśmy robić swoje i tyle.

– To pan nazywa robieniem swojego – spojrzała na stos akt.

– Co pani myśli ? Mam wszystkich powypuszczać i pozwolić im na dalszą falę różnych przestępstw? Recydywista nigdy się nie nauczy żyć normalnie i ten cały Baran też. Co, wyjdzie sobie, uśmiechnie się i dalej będzie grandził. Znowu go złapią, a ja mam go znowu wypuścić. Jeśli taki obrót nabrałyby sprawy, to ja sam skończyłbym na tamtym stosie akt i inny prawnik postawiłby nad moją sprawą czerwony krzyżyk.

– Sam pan widzi w jakim bagnie się znaleźliśmy, czerwonym bagnie, które miało być takie piękne, które jeszcze dobrze się nie zaczęło, a już mamy tego w większości dosyć – rzekła Marusia.

– Zaczęło się, ale jeszcze nie skończyło, może pani będzie dane ujrzeć „czerwoną” stabilizację – odparł Starcow.

– Czy pan naprawdę w to wierzy ? Czy pan nie widzi, co się dzieje?

– Dobrze, odbiegamy od tematu. Dlaczego akurat Barana mam... ułaskawić? – zapytał Starcow i wbił wzrok w oczy Łobowej. Marusia nie chciała tego, ale wiedziała, że musi użyć tego argumentu.

– Czy chce pan postępować uczciwie, sprawiedliwie i rzetelnie w swojej pracy? – spytała z kamienną twarzą.

– Oczywiście, że tak.

– To musiałby pan, a przynajmniej powinien, rozejrzeć się wśród nas samych – czerwonych towarzyszy. Czy jest pan pewien, że wszyscy, otaczający zarówno pana, jak i mnie są czyści, że nie mają na sumieniu różnych przestępstw w swojej przeszłości, że po prostu udało im się, a teraz jako hipokryci „oczyszczają” społeczeństwo z osób, które postępują, jak oni dawniej – mówiła.

Zaraz nasunął się Starcowowi Kriwoszein. Wiedział, że Marusia ma rację, lecz nie wiedział, do czego zmierza.

– Co pani ma na myśli? – spytał badawczo Starcow.

– Że zabijanie morderców jest przejawem hipokryzji, a jeszcze bardziej, zabijanie złodziei. Czy to jest sprawiedliwe ? Przecież Baran nawet za caratu nie dostałby kary śmierci.

– Więc co mam zrobić, oddać jego sprawę do Rewtrybunału, albo pod Sąd Ludowy? – zapytał pretensjonalnie.

– Nie, oni go też skażą na śmierć.

Łobowa postanowiła postawić wszytko na jedną kartę. Powiedziała:

– Może Baran też kiedyś walczył w słusznych sprawach, może nawet politycznych, lecz nie udało mu się. Może jego teczka jest sfałszowana przez jego wrogów ? – zasugerowała stanowczo.

Nagle przypomniał się Starcowowi epizod z hotelu „Europa” z udziałem „agenta” – Filipa Łysego. Zmarszczył czoło i przez chwilę zastanawiał się. Marusia patrzyła na niego z uwagą. Była ciekawa, co może teraz chodzić po głowie Starcowa. Zastanawiała się, czy czasem nie przesadziła. Jej rozmówca w końcu odezwał się.

– Czy ma pani na to jakieś dowody, to poważne oskarżenie... systemu? – spytał spokojnie.

– Nikogo nie oskarżam, a system sam siebie kompromituje.

Starcow zmierzył Marusię badawczym wzrokiem. Lekko zmrużył oczy. Myślał także o Moskwie, jej koneksjach i o Baranie z Moskwy, co zasugerował mu epizod z „Europy”. Łobowa zaczęła orientować się, że właśnie nie rozmawia, a targuje się o życie Barana. Jaś wiele jej o swoim mistrzu opowiadał, wiedziała o jego idealistycznej miłości do Paulinki, bezinteresownej i oddanej, wiedziała o jego uczciwości wobec kompanów, a także o jego ciężkim, nie do pozazdroszczenia, dzieciństwie. O tym, że w ogóle nie znał swoich rodziców, swojej rodziny.

– Czy Baran był, bądź jest pani przyjacielem, skoro pani o niego tak walczy? – zapytał.

Marusia uśmiechnęła się.

– Panie Aleksandrze, wiem o nim na pewno o wiele więcej, niż mówią jego akta – odparła spokojnie.

– Więc, czy są sfałszowane, czy nie, kim właściwie był Baran ? Niech pani o nim opowie, skoro mam mu darować wyrok. Czy Micin zwrócił się do mnie na pani prośbę?

Marusia wiedziała, że zapętliła się teraz. Od tego, czy rozważnie z niej wyjdzie, zależy los Barana. Godziny uciekały, zrobiło się już późno.

2Woczekiwaniu na egzekucję

Był już koniec lipca. Baran zastanawiał się, czemu jeszcze czarny kruk po niego nie przyjechał. Obywatel również zastanawiał się, czy jego rozmowa ze Starcowem przedłużyła mu życie, czy jego „Mgła” mogła choć trochę wpłynąć na poglądy prawnika, w którego rękach teraz leżało życie wielu więźniów.

Noc była burzowa, padało i błyskało. Usłyszano jak na dziedziniec zajechał czarny kruk. Czerwona łapa bolszewickiego systemu niosła grozę i śmierć, więźniowie za każdym razem zamierali, gdy słyszeli ich przyjazd. Najbardziej przerażające były kroki, tupot wielu nóg, narastający stopniowo na więziennych korytarzach, zbliżający się do celi. Po chwili, gdy marsz ucichł, następowało lekkie odetchnienie, że to jeszcze nie po nich, a gdy słyszano otwieranie innej celi, pojawiał się już głębszy spokój w sercach więźniów. Niby byli pogodzeni ze śmiercią, ale jakoś mało komu spieszyło się do niej. Tak za caratu, bądź niemieckiej okupacji nienawidzili cel, murów i krat, pragnąc wolności, teraz w czasie „czerwonej zarazy”, pragnęli życia i sama cela i więzienne mury przestawały być przedmiotem nienawiści. Czuli w nich jakąś niewytłumaczalną ostoję. Nikt już nie myślał o wolności, a o życiu w celach, w których mogli egzystować. Gdy przybywał czarny kruk, niczym kostucha, czuli jak ich egzystencja staje się zagrożona. Pozostawało im wówczas w strachu i bezbronności czekać i mieć nadzieję, że to jeszcze nie dziś.

Baran coraz bardziej obojętniał. Męczyło już go to oczekiwanie na to, co nieuniknione. Nie potrafił wytłumaczyć sobie, co przedłuża mu życie, nawet nie próbował tego wyjaśnić sam przed sobą. Nie liczył już na nic, ani na Polaków zbliżających się do Mińska, ani na Jasia. Co biedny chłopak mógł zrobić w jego sprawie ? Wiedział tylko, że żyje, bo dostawał cały czas paczki od niego. Myślał też dużo o Paulince. Czy poradzi sobie w tym trudnym do zniesienia czasie? Co z jej sklepem, czy blit już odkopany, czy znacznie wspomógł ją i Jasia. Nie zdawał sobie nawet sprawy, ile złego wyrządziła mu Pawka, ile zdrad, że nawet swój obecny pobyt na Sierpuchowskiej jej zawdzięcza. Był pewien, że namierzyły go jakieś mosery po ucieczce z Gruszewskiej. Żałował, że nie zdążył czmychnąć do Wilna z Kazikiem, i z Pawcią, i z Miłym. Myślał też o Miłym, czy jest karmiony, żal mu serce ściskał, że na pewno tęskni za nim małe psie serce. Ściskał też w ręku włosy „Pawki”, które w rzeczywistości należały do agenta Siemieńcowa, który go tu wsadził z donosu Pawki (cz. III „Nikt nie da...”). Gdyby to Baran wszystko wiedział. Gdyby wiedział, jak zaciekle o niego walczy Łobowa. Gdyby też wiedział, że dzięki paczkom od Jasia ma tutaj więcej jedzenia, niż Pawka na wolności.

Obywatel też był już zmęczony oczekiwaniem. Jako nieliczni, woleli z Baranem mieć to już za sobą. Gdy posłyszeli kolejnego poranka czarnego kruka, wbrew pozostałym więźniom, nie bali się, a oczekiwali na otwarcie ich celi. Gdyby sytuacja z poprzedniej celi Baranowi powtórzyła się, byłby nią naprawdę zirytowany. Ile można czekać na własną śmierć?

Wreszcie drzwi celi otworzyły się. Baran poderwał się z łóżka, lecz to nie ich cela, tylko sąsiednia, ósemka. Obywatel nasłuchiwał, jak odczytują listę śmierci. Odczytali sześć nazwisk, po czym strażnik krzyknął – wy nie – i zatrzasnął celę. Na korytarzu zdało się posłyszeć szamotaninę, krzyki, bicie, wystrzały, wyzwiska. Patrzyli przez okno na plac, jak sześciu więźniów siłą wrzucano do czarnego kruka. Myśleli – kiedy oni znajdą się na ich miejscu.

Po upływie pół godziny otwarto ich celę – było jeszcze za wcześnie na śniadanie. Strażnik krzyknął do kogoś na korytarzu – właźcie! Wszedł do celi Andrzej Miszczenko (stolarz), który był znany Baranowi i Obywatelowi. Brat Mikołaja (elektrotechnika), który zginął na „robocie” z Baranem, Jasiem i Kazikiem Moreckim (cz. III „Nikt nie da...”). Andrzeja spotkało to samo, co Barana przed dwoma tygodniami. Wyczytali wszystkich, prócz niego i zostawili go samego w celi, po czym przenieśli do nich. Andrzej też nie rozumiał, dlaczego. Jego sprawa była podobna do sprawy Obywatela. Przy nim też znaleźli statki, a nie przyłapano go na żadnej kradzieży. Zrewidowali go na ulicy i znaleźli przy nim trefne rzeczy, więc go aresztowali. Andrzej tłumaczył się, że te narzędzia złodziejskie znalazł i właśnie szedł oddać na komendę, a rewidujący go moserzy zaskoczyli go, nie wylegitymowali się i nie wiedział, z kim ma do czynienia, dlatego sam nie oddał podczas rewizji. Gdyby rewidowali go krasnoarmiejcy, na pewno oddałby przed dokonaniem rewizji.

Gdy Starcow zapoznawał się z jego teczką i wyjaśnieniami stolarza, nie postawił na niej czerwonego krzyżyka, lecz odłożył na półkę do spraw odroczonych, tam gdzie spoczywały już akta Barana, Obywatela i inne. Starcow, po rozmowie z Łobową, zaczął inaczej rozpatrywać sprawy i odkładał coraz więcej z nich na półkę. Choć w dalszym ciągu wisiała nad tymi sprawami niepewność.

Pawka była załamana. Sklep był w ruinie, nie miała już ani pieniędzy, ani towaru. Nie miała już możliwości otwarcia sklepu i wznowienia interesu. Nastka – jej sąsiadka – nie chciała jej znać, ani tym bardziej, pomóc. Mocno schudła. Była głodna. Często płakała i obwiniała o wszystko Barana. Gdyby wiedziała, że pod pustą budą Miłego jest skarb.

Nastka trzymała Miłego w domu, chroniła go przed Pawką. Wyprowadzała go oczywiście na spacer, ale pilnowała go. Miły wydobrzał. Polubił Nastkę, która dobrze opiekowała się nim. Gdy widział z daleka Pawkę, warczał na nią. Obydwoje nienawidzili się nawzajem. Jednak w sercu Miłego wzbierała tęsknota za Baranem. Nie rozumiał, dlaczego znowu tak długo nie wracał. Za Jasiem też tęsknił. Zresztą nie tylko on. Nastka też martwiła się o Jasia, czy wróci z lasów, gdyż już dawno nie wracał. Jaś bywał często w Mińsku jako łącznik, ale niestety nie zawsze miał czas, żeby odwiedzać zarówno Nastkę jak i Łobową.

Pawka chciała sprzedać mieszkanie, które wynajmował Baran od pani Lichodziejewskiej, gdyż ową właścicielkę zabili już bolszewicy i nie było komu płacić za wynajem, ani czym płacić, a formalnego właściciela mieszkania nie było. Jednak w tych niespokojnych i trudnych czasach sprzedaż mieszkania nie była łatwa, trudno było o klienta. Gdyby udało jej się sprzedać swoje lokum, planowała wrócić do ojca.

Przybiegli do pustego mieszkania Pawki: przerażony brat – Julek i zapłakana siostra – Stasia. Mówił Julek łamiącym się głosem:

– Zostaliśmy sami, Pawciu, tatka zabrali, niby za nielegalne gołębie, całe mieszkanie zdemolowali, gołębie zabrali, a mieszkanie zamknęli i opieczętowali. My zdążyliśmy uciec, a gdy wróciliśmy, zastaliśmy to, co już mówiłem. Co mamy teraz, Pawciu, zrobić?

Pawka załamała się już do końca. Również się rozpłakała. Mówiła, pochlipując.

– Zobacz Julku, mi też mieszkanie zdemolowali i Olka zabrali, nie mam co jeść i co robić.

– Zostaliśmy tylko w trójkę, musimy sobie jakoś poradzić – mówiła przez łzy, Stasia.

Miała już piętnaście lat, Julek jedenaście, a Pawka dwadzieścia sześć.

Pawka znalazła pracę u Żardonia w knajpie, którą wuj Jasia otworzył z pożyczonych od znajomych, pieniędzy i z tego, co dostał od Jasia. Zrzucili się z kolegami na ową knajpę, aby ją odbudować. Żardoń miał już jakieś doświadczenie w prowadzeniu knajpy. Nie prosperował już, niestety, jak uprzednio, a prawie całe zyski musiał oddawać na spłacanie rat pożyczek. Miał dużo pracy, więc potrzebował pomocy, dlatego zatrudnił ładną, młodą i ponętną Pawkę, która jednak nie była taka, jak przedtem. Mocno schudła i była bardzo osłabiona. Żardoń nie miał jednak czym płacić Pawci, więc miała u niego jedynie, albo aż (jak na owe czasy) mieszkanie i wikt. Żardoń surowo ją traktował i nie szanował. Często straszył wyrzuceniem. Pawka cierpiała, ale nie miała wyboru. Stasia z Julkiem znaleźli pracę u Kasi Złotej Trąby. Pawka zaczęła też szyć ubrania i sprzedawała ciuchy, na co pozwalał jej Żardoń, zainwestował nawet w maszynę do szycia, jako dodatkowy dochód. Pawka ciężko pracowała. Przypomniała sobie, jakie piękne życie miała, gdy prowadziła sklep, nikt jej nie poniżał, a Baran nie był wcale taki zły. Zaczęła teraz dopiero dostrzegać, ile byli warci Toluś (jej dawny kochanek) i ostatni – Siemieńcow.

Już kolejny czarny kruk i nic. Znowu Baran z Obywatelem i z Andrzejem zostali „na lodzie”. Stolarz Miszczenko też zaczął już się niecierpliwić. Uważał, że mimo dobrego tłumaczenia się, śmierć i tak go nie minie, skoro jego sprawa trafiła do Kolegium Czerezwyczajki i znalazł się na Sierpuchowskiej. Nie przypuszczał, że jego sprawę Starcow odłożył na później.

Obywatel, siedząc przy oknie obserwował, jak więźniowie są zaganiani, jak bydło do czarnego kruka. Większość więźniów nie mogła na to patrzeć. Obywatel obserwował wszystko z całkowitą obojętnością. Baranowi było to już na tyle obojętne, że nawet nie chciało mu się na to patrzeć, nie tyle ze strachu, lecz z powodu zlekceważenia.

Obywatel spostrzegł, jak krasnoarmiejcy mocują się z jednym ze skazanych. Duży, postawny, ale stary chłop. Po chwili zobaczył, że to Tomasz Churdzicz, ojciec Pawki. Wnet zawołał Barana.

– Olo!

– Co?

– Chodź szybko do okna, zobacz.

Olek niechętnie, lecz z szacunku dla swego „towarzysza” niedoli i druha z Komarówki, wstał z łóżka i podszedł do okna. Spojrzał w dal w stronę czarnego kruka. Obywatel zapytał, wskazując mu na Churdzicza.

– Widzisz tamtego chłopa?

Olek mrużąc oczy skupił swój wzrok i uwagę na wskazanym mu przez obywatela chłopie, którego już załadowali do czarnego wozu. Zniknął z ich pola widzenia, w krzykach i wrzaskach. Wciągnęła go śmierci otchłań.

– Poznajesz, wiesz, kto to był? – spytał Obywatel.

Baran spojrzał ze zdziwieniem na Obywatela, podnosząc do góry brwi.

– To był... chyba Churdzicz – odparł pytająco Olek.

– Też tak uważam. – odpowiedział Obywatel.

– Chyba na pewno Churdzicz, tak, to był on – mówił Baran.

Motor czarnego kruka warknął. Wóz śmierci wymanewrował na dziedzińcu więzienia, raz na wstecznym, następnie skręcał do przodu ku bramie wewnętrznej. Brama ustąpiła i wyjechał, po czym wrota bram zamknęli strażnicy i zakluczyli oraz zatrzasnęli bramę. Więźniowie udali się w ostatnią podróż w swoim życiu. Baran z Obywatelem patrzyli przez okno w stronę bramy w zadumie i chwilowym milczeniu.

– Co on tam robił? – powiedział pytająco Obywatel.

– I na niego przyszedł czas – stwierdził Baran.

– Ciekawe, za co mogli go skazać? – pytał Obywatel.

– Za cokolwiek, wiesz przecież, że bolszewicy nie kierują się rozsądkiem, tylko bezsensowną nienawiścią – stwierdził Baran.

Obywatel aż uniósł brwi ze zdziwienia, że małomówny Baran zdobył się na taką filozoficzną sentencję. Wiedział, że Aleksander posiadał mądrość życiową, mimo częściowego analfabetyzmu i braku wykształcenia. Jednak tryb życia, do którego zmusił go los, a raczej niegodziwe ludzkie otoczenie, wiele go nauczył. Nauczył go dostrzegać rzeczy, które są niewidoczne dla ludzi uczciwych. Nauczył się także wyciągać trafne wnioski i podejmować błyskawiczne decyzje. Obywatel widział, że Baran posiada wiele mądrości, lecz niezwykle rzadko to ujawnia. Dlatego malował się na twarzy Obywatela wyraz zdziwienia.

„Ojciec Paulinki – Tomasz Churdzicz pojechał na rozstrzelanie” – pomyślał Baran.

Nie żałował go, bo był niedobrym ojcem, zaniedbywał swoje dzieci, które chodziły głodne, bez dobrych ubrań. Terroryzował rodzinę, był alkoholikiem, stosował przemoc w domu, a swoją żonę gdy żyła, maltretował. Jej życie właśnie on skrócił. Umarła ze strachu przed nim. Raz, gdy ją wstrząsnął i uderzył. Wówczas zabił ją, co prawda nieumyślnie, ale zabił (cz. II „Spojrzę ja w okno”). Miał szczęście, że za to nie odpowiadał. Nikt nie robił dochodzenia, a dzieci nic nikomu nigdy nie powiedziały. Sąsiedzi jedynie mogli snuć domysły w związku ze śmiercią jego żony – Niury. Był to ubiegły rok 1918, gdy w Mińsku panowali Niemcy. Wtedy mieszkańcy lepiej się czuli, niż przed wybuchem wojny w 1914 r. i w jej trakcie również, za carskiej Rosji. Jednak obecne czasy – bolszewickie – były najgorsze, najmroczniejsze. W Mińsku zapanowały bezsensowna przemoc i zbrodnia, jakich nie było od niepamiętnych czasów. Czesiek Swoboda, który zginął (na początku III cz. „Nikt nie da nam zbawienia”), gdyby żył w dalszym ciągu i zobaczył rzeczywisty stan rzeczy, zrozumiałby, że jego koledzy z ferajny mieli całkowitą rację w sprawie bolszewizmu. Czesiek wiązał z nimi wielkie nadzieje na wyzwolenie, na lepsze czasy. Oczekiwał ich przyjścia z utęsknieniem w 1918 roku. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego jak bardzo się mylił.

Churdzicz, który był złym człowiekiem, był jednak pomimo wszystko ostoją rodzeństwa Pawki. Baran o tym wiedział, dlatego zaczął się martwić. Nie ze względu na niego samego, lecz z tego powodu, że na pewno Pawka wraz ze swoim rodzeństwem, byli tym faktem załamani. To z kolei zaczęło trapić Barana, gdy patrzył na zatrzaskiwaną bramę.

– Nie ma słów, które mogłyby odpowiednio opisać postępowanie tej „czerwonej hołoty” – stwierdził po krótkim namyśle Obywatel, przerywając ich wspólną zadumę.

– No, nie ma takich słów – odparł Olek.

– Kto jak kto, ale Churdzicz chyba zasłużył na taką karę – powiedział Obywatel, lekko podnosząc ton swego głosu.

– Ale czy jego rodzina zasłużyła na taki los, przecież w nich to bardziej uderzyło. Tego starego capa rozwalą i będzie miał spokój, a Pawka, Julek i Stasia będą musieli sobie jakoś radzić – mówił Baran.

Miał nadzieję, że Pawci dobrze się powodzi i na pewno pomoże swojemu rodzeństwu. Wiedział jednak, że Pawka mimo wszystko i tak będzie mocno przeżywać los swego ojca. Będzie cierpieć, a przez to Aleksander również będzie cierpiał. Gdyby wiedział, jak u Pawci jest naprawdę, chyba załamałby się, że nie może pomóc swojej ukochanej, a gdyby znał całkowitą prawdę, mógłby tego nie przeżyć. Jaś wiedział, co robi, nie mówiąc swojemu mistrzowi o zdradach Pawki.

– Jego rodzina z całą pewnością na to nie zasłużyła. Trzeba mieć nadzieję, że poradzą sobie i przeżyją te szalone czerwone czasy, przecież wszystkich chyba te łachudry nie wybiją. Oby zaliczyli się do tych, którym będzie dane przetrwać, ktoś musi – wypowiedział się Obywatel.

– Trzeba mieć nadzieję, trzymam za nich kciuki – Baran zacisnął dłonie.

Zeszli już z okna i usiedli na łóżkach.

– My nie przetrwamy – odparł Obywatel.

– Nie! My nie – roześmiał się Baran.

– Ktoś musi – powiedział Obywatel.

– Ktoś musi zginąć, żeby ktoś mógł przeżyć.

– Tak, zgadza się.

– Takie są prawa natury. Poświęcimy się – wtrącił Andrzej Miszczenko. Baran z Obywatelem spojrzeli na niego.

– Chyba to czerwoni nas poświęcą, a nie my – odezwał się Obywatel.

– Nie, tylko prześwięcą – wtrącił Baran, śmiejąc się.

– Taki nasz los, trudno, nie ma co – powiedział Obywatel.

– Wy chyba, chłopaki już się tym wszystkim nie przejmujecie, co? – pytał Andrzej.

Aleksander wraz ze swoim druhem spojrzeli tylko na Andrzeja z politowaniem, nic nie mówiąc. Baran odwrócił się i położył z powrotem na łóżku. Obywatel spojrzał z zadumą w stronę okna. Miszczenko wyczuł nastrój, że blatni nie mają już ochoty na dalszą rozmowę. Reszta celi była trochę zdziwiona treścią ich krótkiej rozmowy, lecz również nie mieli chęci udzielać się.

Było ich ośmiu w celi : pięciu blatnych i trzech nie. Z ferajny blatnych, prócz Barana, Obywatela i Miszczenki, byli jeszcze Moćko i Klecha, ale nie byli z Komarówki i nie znali się z pozostałą trójką blatnych. Kolejnych pozostałych trzech, spoza środowisk złodziejskich, nosili imiona: Sergiusz, Mikołaj i Ławrentij, ten ostatni był wiejskim, poczciwym chłopem. Wszyscy trzej nieblatni mieli po prostu pecha, znajdując się w nieodpowiedniej chwili w nieodpowiednim miejscu. Oni akurat byli już skazani przez Kolegium Czerezwyczajki, inaczej zwanej Komisją do spraw nadzwyczajnych. Sprawami nadzwyczajnymi, w mniemaniu komunistów, było zwalczanie burżuazji.

Następnego ranka otworzono ich celę – siódemkę. Baran z Obywatelem stanęli już przy drzwiach celi, za nimi stanął Andrzej. „Wreszcie” – pomyśleli. Odczytywano kolejno nazwiska z listy śmierci. Jednak odczytali tylko trzech, i to tych nieblatnych: chłopa i dwóch mieszczuchów, a pozostałych pięciu blatnych, zostawili. Celę zatrzaśnięto. Baran stał zirytowany, nawet nie dopytywał się już o siebie. Cicho zaklął. Obywatel stał obojętnie, a Andrzej z Moćkiem i Klechą odetchnęli. Miszczenko zaczął już gubić się w swych emocjach. Z jednej strony niecierpliwił się niewykonaniem wyroku, lecz gdy nadjeżdżał czarny kruk, zaczął się bać. Olek nie wiedział już, co o tym wszystkim myśleć, a Obywatel nie myślał już nic, był zmęczony myśleniem.

Marusia Łobowa po głębszym zastanowieniu, zaczęła mówić. Wiedziała, że nie może Starcowa przesadnie okłamać, ani tym bardziej, powiedzieć prawdy o Baranie, gdyż skompromitowałaby się, a Aleksandra Barana pogrążyła. Musiała zacząć roztropnie, mówić dwuznaczeniowo, umiejętnie posługiwać półprawdami, zachować nadzwyczajną asertywność. Niepostrzeżenie lawirować między prawdą, a nieprawdą. Było to niewątpliwie trudne zadanie, od którego powodzenia zależało życie Barana. Aleksander nie zdawał sobie sprawy, że w czasie, kiedy niecierpliwie oczekiwał na swoją egzekucję, właśnie ważyły się jego losy w kancelarii jego brata – Aleksandra.

Marusia powiedziała:

– Tak, prosiłam prezesa, aby z panem pomówił na temat tej sprawy. I wnioskuję, że chyba jakiś wpływ odniosła ta rozmowa, skoro Baran jeszcze nie został przez pana skazany.

– Wpłynęły na to „odroczenie” nieco inne czynniki, które teraz trudno jednoznacznie i szybko wytłumaczyć. Słucham panią dalej – powiedział z zaciekawieniem Starcow.

– Baran został niesprawiedliwie potraktowany przez swoje otoczenie. Całe swoje życie walczył o odebraną mu sprawiedliwość, walczył również o równe szanse dla innych mu podobnych, gdyż oni sami również ich nie mieli. Był, a właściwie jeszcze jest, prostym, niewykształconym człowiekiem, gdyż otoczenie nie dało mu na to szansy, lecz nie dało się nie zauważyć, że jest niezwykle zdolną osobą. Dostrzega rzeczy niezauważalne dla innych. Jego działalność nauczyła go tego. Jak pan na pewno wie, wśród partyjnych towarzyszy nie wszyscy są wykształceni, po uniwersytetach, a jednak trwają i działają mniej lub bardziej udolnie...

Starcow uważnie słuchał i zważał na każde słowo, każdy gest. Obserwował także mimikę Marusi. Skupiał się zarówno na mowie werbalnej, jak i niewerbalnej. Kierował się względami psychologicznymi, nie tylko czysto merytorycznymi.

Wspierając swą głowę dłonią opartą na łokciu o blat swojego biurka, wpatrywał się w mówiącą ostrożnie Łobową. Marusia kontynuowała.

– Otaczający go ludzie z zemsty, nienawiści oraz chęci panowania i dominacji, doprowadzili Olka do stanu, w którym znajduje się obecnie. Na co z całą pewnością nie zasłużył za to, co robił. Teraz jego los spoczywa w pańskich rękach – skończyła Marusia, patrząc na swojego rozmówcę szklanymi oczyma.

– Skąd pani go zna? – zapytał.

– Głównie z Mińska, ale był też w Moskwie, działał tam, także i w Wilnie. W Wilnie akurat długo przebywał i poznał tam wartościowych działaczy, którzy nie raz mu pomagali i teraz też, z całą pewnością, pragnęliby mu pomóc, lecz ich kompetencje i możliwości nie sięgają do pana, dlatego teraz ja usiłuję mu pomóc.

– Mówi pani, że Aleksander Baran był i działał w Moskwie? – zapytał badawczo, unosząc swój wzrok, drapiąc się po podbródku wcześniej wspierającą się dłonią. Pytając myślał o epizodzie z hotelu „Europa”, dotyczącego jego spotkania z udającym agenta Filipem Łysym. Teraz był pewien, że chodziło wtedy o Barana, który (nie sposób tego ukryć), był do niego podobny.

– Tak, działał i przebywał tam – odparła.

Starcow spojrzał na zegarek. Było już późno. Chciał już kończyć, lecz jeszcze zapytał.

– A jak to jest z tymi aktami? Jest recydywistą, czy to wszystko czyjaś fikcja?

Marusia spojrzała na zegarek i już wstała od biurka. Wstając, patrzyła z szacunkiem na prawnika, równocześnie mówiąc do niego.

– Zna pan swoich współtowarzyszy i ich metody działania. Nie posiadam, niestety, dowodów przeciwko nim, ale zarówno pan, jak i ja znamy prawdę. Jednak ja nikogo o nic nie oskarżam. Może przyjdzie czas, że kiedyś komuś coś udowodnię. Jest już późno panie Starcow, też już muszę iść – odparła Łobowa.

– Mam nadzieję, że jeszcze dziś nie podejmie pan decyzji w sprawie, lecz jeśli przyjdzie na to czas i zdecyduje się pan, bardzo pana proszę o jeszcze jedną krótką rozmowę – asekurowała się Marusia – na wypadek, gdyby dzisiejsza rozmowa nie poszła na sto procent.

– Dobrze, rozważę to. Rozważę jeszcze to, co dziś od pani usłyszałem, ale nie mogę teraz obiecać, że nie postawię czerwonego krzyżyka na sprawie, bo pomimo tego wszystkiego, ja niestety, muszę opierać się na dowodach. W tej chwili dowody znajdują się na moim biurku, a nie są one korzystne dla Barana, więc muszę to wszystko przetrawić. Potrzebuję czasu. W końcu, staram się być rzetelnym prawnikiem. No cóż, do widzenia, pani towarzysz – skończył Starcow.

Gdy Marusia, stojąc już usłyszała ostatnie słowo „towarzysz”, przełknęła ślinę. Mierziła ją ta sytuacja i jej położenie. Nie mogła doczekać się przejścia na drugą stronę barykady. Niechętnie, lecz śmiało wyciągnęła do niego rękę, mówiąc:

– Do widzenia, panie towarzyszu, ale obieca mi pan, że wezwie mnie przed podjęciem ostatecznej decyzji? – spytała, dając mu swój numer telefonu, który założył jej niedawno Gorispołkom.

– Dobrze – odparł lakonicznie, lecz uprzejmie Starcow, również wstając i podając rękę. Nie ucałował jednak dłoni kobiety. Przyjął kartkę z telefonem.

Łobowa odwróciła się, udała w kierunku drzwi, otworzyła je, odwróciła w stronę Starcowa, lekko uśmiechając się i delikatnie zamknęła drzwi. Gdy straciła go z zasięgu wzroku, odetchnęła. Była to dla niej stresująca i trudna rozmowa. Źle się czuła podczas owego długiego i wyczerpującego spotkania. Jednak robiła to dla Jasia z matczynej miłości i chęci sprawowania opieki na miarę swoich możliwości, które zawdzięczała w dużej mierze swojemu mężowi. Barana znała tylko z widzenia i z opowiadań Jasia, dużo o nim dowiedziała się z tych szczegółowych opisów. Jaś ufał jej bardzo. Choć osobiście nie znała Barana, chciała mimo to pomóc mu, i to z wielkim zaangażowaniem. Zrobiło się jej szkoda Aleksandra, chociaż była z innego świata niż on, lecz Jaś zbliżył ją do tego środowiska. Spostrzegła, że wcale nie jest takie mroczne, jak twierdzi większość ludzi uczciwych. Uznała, że warto ująć się za Baranem, chociażby dlatego, że wpadł w szpony bolszewizmu. Za wszystkie przestępstwa, jakie w życiu popełnił i tak nie zasługiwał na karę śmierci. Wiedziała, że życie zmusiło Barana do bycia blatnym, więc większą winę za jego postępowanie ponosiło otoczenie, w którym się znalazł, niż on sam. Wielu bolszewickich działaczy partyjnych dopuściło się i dopuszczało nadal o wiele gorszych czynów niż Baran, a jednak pozostawali bezkarni, a jakby tego było mało, jeszcze stanowili „prawo”. Byli i są zbrodniczymi szumowinami. Niesprawiedliwość, jakiej doznał Aleksander, bolała Marusię. Jej dodatkową motywacją było to, że bardzo na uratowaniu Barana zależało Jasiowi. Marusia w pełni to rozumiała i popierała. Chciała zatem dowieść przed Jasiem i przed samą sobą, że jest coś warta i postawi się bolszewickiej niesprawiedliwości. Wyczuwała też, że Starcow nie jest bezwzględną czerwoną szumowiną, pokłada, co prawda nadzieję w komunizmie, ale przez to, że jest zaślepiony marksistowskimi ideałami, nie mogłoby to być powodem jego złego stanu ducha. On raczej nie jest złym człowiekiem. Posiada w swym umyśle i sercu potrzebę sprawiedliwego i rzetelnego postępowania i podejmowania właściwych decyzji z uwzględnieniem, niestety, warunków systemowych, mogących go nieco ograniczać.

Zauważyła również podobieństwo obu Aleksandrów, co było bardzo zastanawiające. Nikt nie mógł znać prawdy, nawet sam ich ojciec – Ryszard Piotr Starcow, ani też obydwie ich matki – Andzia Baran i Halina, matka Aleksandra Starcowa. Nie było ani jednego człowieka, który wiedziałby o tym, ani nikogo, kto miałby sposobność połączenia owych faktów. Może właśnie teraz nadarzyła się niepowtarzalna okazja, aby ktoś w końcu to odkrył.

Łobowa miała wyrzuty, że może coś źle powiedziała, że rozmowa ta nie uratowała Olka. Przeżywała burzę myśli i niepewność. Nie wiedziała nawet, co powiedzieć Jasiowi, jeśli go spotka, o ile kiedykolwiek dojdzie do ich spotkania.

Aleksander Starcow został sam w gabinecie. Również bił się z myślami, patrzył na zdjęcie Barana i nie wiedział, jaką podjąć decyzję. Łobowa tak mu namieszała w umyśle, że całkiem pogubił się w tym, co jest słuszne, a co nie. Niewątpliwie zmieniło się u niego teraz spojrzenie na różne sprawy. Nie miał już na dziś siły. Zamknął pospiesznie akta Barana i odłożył na regał spraw odroczonych tymczasowo. Zaczął się zbierać. Rozmowa z Marusią zajęła mu o wiele więcej czasu, niż obydwoje planowali, lecz nie uważał go za stracony. Wyszedł z kancelarii, zamknął ją i udał się do mieszkania, które zorganizował mu komendant Kriwoszein. Udawał się do skromnego, jak na jego stanowisko, mieszkania, a już na pewno skromnego, jak na wymagania jego żony – Elżbiety. Myślał o niej po drodze, w jakim będzie nastroju ? Pomyślał przez chwilę również o Kriwoszeinie. „Taka szumowina. Od takich warchołów zależy moje mieszkanie”. Kierownik Łobowa miała sporo racji. Gdyby tak zdołała znaleźć coś na tego bydlaka, to bez mrugnięcia okiem, wyrysowałbym mu czerwony krzyżyk” – pomyślał.

Gdy wrócił późnym wieczorem do mieszkania, nie zastał kolacji. Niestety. Elżbieta jak zwykle była naburmuszona. Spojrzał na nią ze smutkiem i chciał zdążyć odezwać się pierwszy. Był naprawdę zmęczony, zwłaszcza rozmową z Łobową. Jednak zdążył. Powiedział.

– Elusiu kochana, nie mogę już patrzeć, jak cierpisz. Ile dajesz mi czasu na uporządkowanie spraw, zanim wyjedziemy z powrotem do Moskwy? – spytał łagodnie.

Ela zdziwiła się i odparła.

– To w końcu zdecydowałeś się? – odpowiedziała pytaniem.

– Tak, zdecydowałem się, bardzo Cię kocham i widzę, że Mińsk nie jest dla Ciebie, dla mnie zresztą też. Tylko mam jeszcze trochę spraw do rozpatrzenia. Większość z nich mogę zostawić innym prawnikom, ale mam kilka, które muszę rozpoznać osobiście. To skomplikowane, aby teraz tłumaczyć, dlatego – ile dajesz mi czasu? – spojrzał na swą żonę błagalnym wzrokiem.

– A ile potrzebujesz?

– A ile jeszcze wytrzymasz?

– Nie wiem, niewiele.

– Więc muszę się spieszyć – stwierdził Starcow.

– Trzy tygodnie jeszcze, Eluś wytrzymasz? – spytał.

Ela uśmiechnęła się i odparła z lekkim entuzjazmem.

– Wytrzymam, ale ani dnia dłużej – poczuła się doceniona przez swego męża. Zobaczyła w jego oczach łagodność i przyjaźń. Odpowiedziała mu tym samym. Też go kochała, może nie tak gorliwie jak on, ale darzyła go uczuciem.

– To dobrze, Eluś, dziękuję Ci – odetchnął.

– Jesteś pewnie głodny i zmęczony, zrobię Ci coś do jedzenia – powiedziała zadowolona.

– Dziękuję Ci, kochanie – odparł odprężony i uśmiechnięty.

Cieszył się, że udało mu się w końcu przełamać zły nastrój i uniknąć kłótni, a właściwie wyrzutów ze strony żony.

Tymczasem Marusia Łobowa wróciła do pustego, cichego i smutnego mieszkania. Była wykończona przeprowadzoną rozmową. Obawiała się, czy czegoś nie sknociła. Usiadła. Nie miała na nic ochoty, nawet na jedzenie, choć była głodna. Zaczęły spływać jej łzy po policzkach. Była zmęczona tym wszystkim, tym czerwonym szaleństwem. Tęskniła za jeszcze nie tak dawnym Mińskiem i upojnymi nocami, spędzonymi z Jasiem, którego tak kochała. Zaczęła martwić się o niego, czy wróci, a także o los samego Barana, którego życie nie oszczędzało, a już zwłaszcza „czerwona zaraza”.

Paulinka już nie wytrzymywała pogardliwego traktowania ze strony Żardonia. Julek i Stasia mieli o wiele lepiej u Kasi Złotej Trąby, nawet zarabiali niewielkie pieniądze, zarabiali więcej niż Pawka. Przed staraniami o pracę u Żardonia, Paulinka starała się o pracę u swej ciotki Lidii Bali, która zajmowała się nawet jej branżą – szyciem, ale mimo tragicznego położenia, w jakim znalazła się Pawka, nie przyjęła jej, gdyż obawiała konkurencji ze strony swej siostrzenicy, bo była w tym dobra. Lidka bała się, że Paulinka szybko wyjdzie na swoje i odejdzie od niej. Zacznie zarabiać sama i będzie stanowić poważną konkurencję. Dobrze znała Pawkę i wiedziała, czego może się po niej spodziewać. Lidka tylko udawała współczucie, gdy Paulinka przychodziła do niej na plotki i żale na temat Barana. Lidia przytakiwała jej, ale w rzeczywistości patrzyła na zyski z „przyjaźni” z Paulinką, ponieważ Pawcia była jej dobrą i stałą klientką. Miała czym płacić, bo sporo zarabiała na swojej knajpie. Lidia, podobnie jak Pawka, była egoistką i nawet nie wzruszyła się, gdy dowiedziała się o losie rodziny Paulinki. Komentowała jej tragedię słowami: „takie czasy, trudno” – było to naprawdę podłe z jej strony. U Kasi Złotej Trąby natomiast nie wystarczyło już ani pieniędzy, ani miejsca na trzeci „etat”.

Pawka znów przyszła do Lidki i błagała ją o przyjęcie. Przyniosła nawet uszyte przez siebie piękne suknie, mówiąc:

– Lidko kochana, ciociu, to dla Ciebie, żebyś sprzedała, ja mogę za darmo u Ciebie pracować, byle bym miała gdzie mieszkać, spać, zjeść i umyć się. Nic więcej nie potrzebuję. Naprawdę. Tylko mnie przyjmij, błagam.

Lidii zrobiło się Pawki trochę żal, gdy zobaczyła ją całą we łzach i w sińcach, i taką zmarnowaną, wychudłą. Powiedziała do Paulinki:

– Naprawdę, nie chcesz pieniędzy?

– Nie, Lidko, nie. Zobacz, jak ten Żardoń mnie traktuje. Ja już nie wytrzymam. Chyba ze sobą skończę. Rzucę się na krasnoarmiejców, żeby mnie rozstrzelali – mówiła i płakała Pawcia.

– Głupstwa opowiadasz. Chodź, kochana. Dam ci coś zjeść. Pewnie dawno nie jadłaś, co? Biedactwo moje. Pomogę ci – powiedziała Lidia Bala.

Mówiąc to, widziała zyski, jakie przyniesie jej Paulinka. Choć lekko wzruszyła się naprawdę. Jednak owo wzruszenie nie zaważyłoby na jej przyjęciu. Lidia szybko przekalkulowała sobie, że gdy nie będzie Pawci płacić, nie będzie miała za co kupić sobie własnej maszyny do szycia i tym samym zrobić jej konkurencji, a także będzie Pawkę pilnować, aby nie doszywała „pod stołem” i nie sprzedawała na własne konto pod groźbą natychmiastowego jej zwolnienia. Tak postępowali ze swoją rodziną ludzie „uczciwi”.

W ten sposób Pawka wyzwoliła się spod tyrani Żardonia. Odżyła. U Lidii odpoczęła psychicznie i fizycznie, nawet nie myślała, żeby ją oszukać. Była to dla Paulinki prawdziwa lekcja życia, która pozwoliła jej docenić dotychczasowe starania Barana. Wzbudziła w niej także szczery żal za to, co uczyniła Baranowi i za to, co czyniła mu wcześniej. Myślała o nim wieczorami o tym, czy przeżyje. Chciała nawet wysłać mu paczkę na Sierpuchowską, lecz tym razem naprawdę nie miała na to pieniędzy.

Był już sam początek sierpnia.

Kilka dni temu Elżbieta, żona Aleksandra Starcowa, wyjechała do Moskwy, do swojej matki. Łamiąc ich umowę, trzech tygodni nie wytrzymała i zostawiła Starcowa samego w Mińsku. Aleksander, niestety, nie uporał się ze sprawami w czasie, który nawet sam sobie wyznaczył. Głównie dlatego, że doszło mu jeszcze kilka akt na jego regał spraw odroczonych. Rozmowa przeprowadzona z Łobową dała mu wiele do myślenia i kilku więźniów nawet nie zdawało sobie sprawy, że Marusia przedłużyła im życie. Jedynie Obywatel sam sobie to zawdzięczał, dzięki swojej powieści „Mgła”. Wiedział, że nie ma sensu już jej kończyć, gdy i tak w niedalekiej przyszłości czeka go śmierć.

Starcow obiecał swojej żonie, że niedługo przyjedzie do niej i rzuci tę robotę, a pozostałe sprawy przekaże innym prawnikom. Sprawy odroczone też, bo nie ma już na nie siły.

Planował wezwać do siebie Łobową i oznajmić jej, że ma w życiu ważniejsze cele i zostawia to, udając się do Moskwy, a sprawy te – z Barana włącznie, przekaże innym. Jeśli będzie chciała, to niech rozmawia z prawnikiem, któremu przydzielą sprawę Barana. On umywa ręce. Trudno. Zadzwonił do niej i powiedział to wszystko przez telefon. Łobowa zaczęła go prosić, żeby jeszcze się nie pakował, że ona zaraz do niego przyjedzie i osobiście porozmawia. Starcow rzucił: „do usłyszenia” i wezwał do swojej kancelarii Siergieja Marcowa, też prawnika. Wypisał mu dokument, uprawniający do zastąpienia go w gabinecie i rozpatrywania spraw jeszcze nie rozpoznanych. Marcow zgodził się i przyjął wszystko. Był młodym, ambitnym i niestety, zatwardziałym komunistą. Starcow spieszył się, aby zdążyć przed zbliżającą się Łobową. Prosił w swym biurze, aby nikt nie informował kierownik Łobowej o adresie jego mieszkania. Tymczasem uciekł z kancelarii, klucze przekazał Marcowowi. Marcow zaczął przenosić część swoich rzeczy ze swojego biura do kancelarii Starcowa. Miał kilka egzemplarzy tabliczek ze swoim nazwiskiem. Zamówił już stolarzy, aby zmienić ją na drzwiach na swoją, a tabliczkę Starcowa usunąć z drzwi gabinetu. Starcow zdążył przed Łobową. Był już w drodze do mieszkania. Marcow dumnie rozlokował się w świeżo przejętym biurze. Spojrzał z pychą na akta więźniów i na dokument uprawniający go do zastępstwa, wypisany przez Starcowa, który w rzeczywistości nabrałby dopiero mocy „prawnej”, gdyby był podpisany przez samego Feliksa Dzierżyńskiego. Jednak jako zastępstwo – nie wiadomo było wówczas dokładnie, jak to do końca jest. Przepisy bolszewików były zawiłe i nieuporządkowane. Nie określały jasno różnych zawiłych kwestii organizacyjno-prawnych. Tym właśnie m. in. charakteryzował się „czerwony chaos”.

Starcow musiał skierować wniosek do Dzierżyńskiego o przeniesienie do Moskwy, a na jego miejsce wyznaczenie kogoś innego. Zamierzał to zrobić już u siebie w mieszkaniu i po drodze do Moskwy, zawieźć go ze sobą i tam przekazać. Nie mógł też przewidzieć, jaka będzie decyzja. Powinien liczyć się z tym, że Dzierżyński odeśle go do Mińska, lecz było to mało prawdopodobne z powodu nowej sytuacji politycznej z Polakami.

Tymczasem Marcow – dumny i pyszny, spoglądał na stosy akt, pozostawionych przez Starcowa i myślał o więźniach – „Teraz wasze życie zależy od mojego widzimisię. Jestem panem życia i śmierci „ – śmiał się w duchu młody, trzydziestoletni prawnik, przesiąknięty do szpiku czerwonym zepsuciem. Łobowa z impetem wpadła do budynku kancelarii. Zdesperowana wbiegła na korytarz. Przed drzwiami biura Starcowa zastała stolarzy. Spostrzegła na drzwiach gabinetu Aleksandra, że jest właśnie przybijana tabliczka z innym nazwiskiem. Zbliżyła się i przeczytała „Siergiej Marcow”. Upewniła się, pytając robotników.

– Przepraszam panów, czy tu do niedawna była inna tabliczka?

– Jakich panów ? Panów już nie ma. Panowie byli u burżujów. Teraz są towarzysze. No właśnie, zmieniamy tabliczkę. A czego towarzyszka tu szuka?

– Niczego, przepraszam – odparła oschle Łobowa.

Przepchnęła się. Zapukała i weszła od razu do gabinetu Marcowa.

– Dzień dobry, towarzyszu, czy zastałam towarzysza Starcowa? – zapytała z dozą uprzejmości.

– Nie! Kim jest towarzyszka i czego tu szuka ? – odpowiedział agresywnie podwyższonym tonem głosu, Marcow.

Łobowa zamknęła za sobą drzwi. Spojrzała na marszczącego czoło, bolszewickiego prawnika, o wybujałych aspiracjach. Patrzyła w oczy pełne nienawiści. Wiedziała, że nic z nim nie wskóra, jeśli od niego, od tego czerwonego potwora będzie zależał los Barana. Trochę podupadła na duchu, lecz musiała być stanowczą lub zachować chociaż pozory. Wyjęła czerwoną legitymację, podeszła do biurka i położyła Marcowowi na stole. Przedstawiła się. Nie usiadła.

– Jestem Kierownikiem Wydziału Kulturalno-Oświatowego w Gorispołkomie, oddelegowanym z Moskwy.

– Widzę – uniżył się trochę Marcow.

– Pytam jeszcze raz, czy zastałam towarzysza Aleksandra Starcowa? – patrzyła na swego rozmówcę ze stanowczością.

– Już go nie ma, wyjechał do Moskwy, teraz ja go zastępuję, tu jest moje upoważnienie podpisane przez samego Starcowa. Przejąłem jego kancelarię i niedokończone sprawy. Jak towarzyszka widziała, na korytarzu zmieniają już tabliczkę na drzwiach.

Łobowa spojrzała na upoważnienie, zobaczyła podpis i pieczęć Starcowa. Była zdruzgotana, wiedziała, że u tego podlca, Baran jest już stracony. Zrozumiała, że jedynym sposobem na ratowanie sytuacji jest to, aby jeszcze zdążyć dostać się do Starcowa i przekonać, żeby przed wyjazdem osobiście zadecydował o sprawie Barana. Patrząc na to, mrożące krew w żyłach, upoważnienie, wpadła na pewien pomysł, choć nie była pewna, czy tak można. Powiedziała:

– Towarzyszu Marcow, to upoważnienie jest nieważne – stwierdziła stanowczo Marusia.

– A to dlaczego? – spytał zdziwiony.

– Nie ma podpisu przełożonego Starcowa – Feliksa Dzierżyńskiego, a tylko on ma prawo oddelegować Starcowa z Mińska gdziekolwiek. Towarzysz nie ma, póki co, prawa do pełnienia zastępstwa, a tym bardziej do przejęcia spraw – grzmiała Łobowa.

Marcow zakłopotał się.

– Ale przecież wystarczy podpis Starcowa – odparł.

– Czy zna towarzysz przepisy? Co z towarzysza za prawnik ? Starcow sam siebie nie ma prawa oddelegować, a tym bardziej powołać kogoś na swoje stanowisko, tudzież zastępstwo. Gdzie mieszka Starcow, czy już wyjechał z Mińska?! – pytała podniesionym głosem.

– Ale ja... nie wiem, nie mogę, prosił o dyskrecję – odpowiedział zakłopotany Siergiej.

– Kto prosił o dyskrecję?!

– Starcow.

– Towarzyszu, niech towarzysz mi natychmiast powie, kiedy i gdzie udał się Starcow – mówiła z perswazją Marusia.

– Nie wiem, nie mogę – odparł Marcow.

– Więc zawiadomię Dzierżyńskiego o tym waszym śmiesznym upoważnieniu. Jutro zjawi się z Moskwy jego przedstawiciel i zweryfikuje te wasze dziwne zastępstwo i dziwne oddelegowanie Starcowa – samowolne wręcz – do widzenia.

Łobowa odwróciła się i pewnym krokiem udała się w kierunku drzwi, chowając przy tym swoją legitymację. Marcow zawołał:

– Nich towarzyszka zaczeka! – Marusia odwróciła się, stojąc przed drzwiami.

– Czego towarzysz jeszcze ode mnie oczekuje? – zapytała Marusia.

– Towarzyszko Łobowa, niech towarzyszka się wstrzyma, ja to jakoś wyjaśnię – tłumaczył przestraszony Marcow.

– Jutro towarzysz będzie to wyjaśniał z przedstawicielem Dzierżyńskiego – chwyciła już za klamkę. Marcow aż przełknął ślinę na myśl o Dzierżyńskim. Powiedział:

– Towarzyszko, jeśli powiem, gdzie jest Starcow, nie zawiadomi towarzyszka Dzierżyńskiego i wyjaśni to z samym Starcowem ? – zapytał skruszony.

– Dobrze, więc gdzie go znajdę? – odparła Łobowa.

– A nie powie mu towarzyszka, że wie to ode mnie?

– Nie powiem, gdzie on jest ? – niecierpliwiła się.

– Towarzyszka zaczeka chwilę, muszę zatelefonować do sekretariatu – odpowiedział Siergiej.