Muzyka żab - Emma Donoghue - ebook
Opis

Literacki thriller o filmowej wręcz fabule, który przenosi czytelnika na drugi koniec świata... Lato 1876 roku. San Francisco nawiedza fala upałów i epidemia ospy, wiele dzielnic zostaje objętych kwarantanną. Jenny Bonnet zostaje zastrzelona przez okno sypialni w pensjonacie Eight Mile House, podczas gdy jej przyjaciółka Blanche Beunon, stoi, zupełnie bezradna, obok. Blanche, która ledwo uszła z życiem, to młoda francuska tancerka burleskowa, trudniąca się również prostytucją. Do Kalifornii przyjechała ze swoim kochankiem i jego najlepszym przyjacielem. Wszyscy troje prowadzą wspólne życie, jednak gdy na ich drodze pojawiła się Jenny, ekscentryczna dziewczyna, która nosi spodnie i jeździ na bicyklu, ich relacje zostają zaburzone. Strzelanina w Eight Mile House staje się punktem wyjścia do podróży, w którą zabiera nas Blanche – podróży po świecie pełnym zdesperowanych nędzarzy, zazdrosnych mężczyzn i skrzywdzonych dzieci. Blanche zakwestionuje swoje dotychczasowe wybory i zaryzykuje wszystko, co ma, by walczyć o sprawiedliwość w imieniu swojej zmarłej przyjaciółki – jeśli oczywiście wcześniej nie dopadnie jej morderca. „Podobnie jak w świetnym Pokoju, choć jednocześnie zupełnie inaczej, Donoghue osią swojej powieści czyni dziwaczną zbrodnię, główną bohaterką – wyjątkową kobietę, a prowadzona przez nią narracja może się równać z wyczynami cyrkowych akrobatów. Śledzone okiem literackiej kamery bohaterki tej panoramicznej, tętniącej życiem prozy stanowią największe jak dotąd osiągnięcie autorki”. – Darian Strauss, autor Half a Life

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 639

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

FROG MUSIC

Copyright © 2014 by Emma Donoghue Ltd.

This edition published by arrangement with Little, Brown, and Company, New York, New York, USA. All rights reserved.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bogumiła Pasionek-Szachnowska

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-625-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Margaret Lonergan,

przyjaciółce i muzie, którą jest dla mnie od ćwierć wieku

Rozdział 1Mój miły

Siedząc na skraju łóżka, Blanche pochyla się, żeby rozsznurować getry.

– Dors, min p’tit quinquin1– zaczyna nucić cicho, ale jej lekko zachrypnięty głos załamuje się na drugiej wysokiej nucie. Odchrząkuje, oczyszczając gardło podrażnione upalnym powietrzem.

Na zewnątrz słychać pociąg pędzący z San Jose na północ. Przez długą szparę pomiędzy odrapaną framugą okna a zieloną roletą wpada snop światła z latarni lokomotywy, oświetlając na moment wnętrze pokoju: oczom Blanche ukazuje się sfatygowana komoda, rama łóżka i Jenny leniwie rozciągnięta na materacu, z głową opartą o wysłużony zagłówek. Gdy towarowe wagony z turkotem mijają Eight Mile House, ściany trzęsą się, jakby były zrobione z kartonu. San Miguel Station, przy której stoi budynek, znajduje się dokładnie na południowej granicy San Francisco – to tutaj miasto wydaje swoje ostatnie tchnienie.

Od dwóch dni razem z Jenny pomieszkuje kątem u McNamarów, starych znajomych Jenny, ale dla niej pozostają oni nadal całkiem obcymi ludźmi. Jak długo jeszcze będzie uziemiona w tej czteropokojowej budzie na spalonych słońcem obrzeżach San Francisco, które nie zasługują nawet na miano przedmieść? I skąd będzie wiedzieć, że jest już na tyle bezpiecznie, żeby móc wrócić?

Blanche zsuwa lewą nogawkę wraz z osłanianym przez nią trzewikiem, ale sznurowadła w prawej gdzieś się splątały. Przy świetle sączącym się z jednego ogarka nie może znaleźć supła. Długimi paznokciami skubie tasiemki, śpiewając:

Dors, min p’tit quinquin,

Min p’tit pouchin,

Min gros rojin…

Śpij, moja dziecino, mój mały kurczaczku, mój tłuściutki rodzynku.

Tym razem stara melodia gładko płynie z jej ust, bez jednej fałszywej nuty. Śmieszna pikardyjska kołysanka, którą śpiewała jej babcia na ciasnym poddaszu w Paryżu.

– Dors, min p’tit quinquin, min p’tit pouchin… – podchwytuje Jenny refren, jakby puszczała liść z nurtem leniwie płynącej rzeki.

Blanche wciąż nie może się nadziwić, jak szybko ta dziewczyna potrafi nauczyć się nowej piosenki. Wystarczy, że usłyszy ją tylko raz.

– Jak to idzie dalej? – pyta Jenny, wspierając się na łokciu. Na jej brązowych policzkach błyszczą krople potu. Spuchnięta skóra pomiędzy nosem i brwiami z każdą chwilą robi się coraz ciemniejsza. Rano będzie miała dwoje idealnie podbitych oczu.

Ale Blanche nie chce teraz o tym myśleć. W końcu sama Jenny nigdy nie rozpamiętuje przeszłości. Dumnie obnosi się ze swoimi sińcami, jakby to był element odświętnego stroju. A poza tym opuchlizna zawsze szybko schodzi.

Blanche, wciąż siedząc na skraju łóżka, prostuje plecy i śpiewa dalej:

Te m’f’ras du chagrin

Si te n’dors point qu’à d’main.

–„Zamknij dziób, moja dziecino, zanim ja ci go zamknę” – tłumaczy w przybliżeniu Jenny, kiwając przy tym głową. – Pewnie większość kołysanek się do tego sprowadza.

Blanche nagle zaczyna brakować tchu. Przed oczyma staje jej obraz P’tita. Surowa dłoń spada na jego twarz, żeby go uciszyć. Nie ma pojęcia, gdzie on teraz jest. Gdyby chociaż wiedziała, że wszystko z nim w porządku, tylko tyle. Ciekawe, czy Jenny choć raz w życiu pomyślała, zanim otworzyła ten swój cholerny dziób.

Ale jej przyjaciółka ma już na wpół przymknięte powieki i niczym kot mości się w pościeli. Poobijana twarz Jenny, odcinająca się na tle nocnej koszuli pożyczonej od McNamarów, przywiera do miękkiej poduszki i dziewczyna pogrąża się we śnie.

Blanche zadziera spódnicę, po czym kładzie prawą stopę na lewym kolanie, żeby lepiej móc się przyjrzeć poplątanym sznurowadłom. Szorstkie płótno getrów przylega ciasno do jej łydki niczym wężowa łuska, której nie da się zrzucić. Zachlapana błotem drewniana podłoga, brudne prześcieradła, w całej tej chałupie pewnie aż się roi od pcheł i wszy. Blanche pochyla się niżej, żeby rozsupłać tasiemki. Jeszcze kilka sekund i supeł będzie rozwiązany. Jej płuca wypełniają się powietrzem, rozpychając klatkę piersiową, skórę, gorset i stanik, gdy znów zaczyna nucić łagodnym głosem: Te m’f’ras du chagrin…

Huk jest tak potężny, że w pierwszej chwili bierze go za odgłos grzmotu. To pewnie rozpalone niebo wreszcie eksplodowało, kierując ostrza swych piorunów wprost na dach Eight Mile House. Nie powinnam była śpiewać, wyrzuca sobie Blanche, którą nagle ogarnia zabobonny lęk, że swym śpiewem sprowadziła burzę.

– Qu’est-ce2… – Czy to początek pytania zadanego przez Jenny, czy tylko jej ciężki oddech?

Świeca zgasła i pokój pogrążył się w całkowitej ciemności; na tym odludziu nie ma żadnych świateł.

– Czekaj – mówi Blanche, zrywając się na równe nogi. Na jej prawej stopie wciąż tkwi niezdjęty but. W powietrzu unosi się ostra woń siarki – pierwszy raz spotyka się z takim zapachem podczas burzy. A może to fajerwerki? Tylko z jakiej niby okazji mieliby puszczać sztuczne ognie czternastego września? Z podwórza dobiega wściekłe ujadanie psów. Co mogło zgasić świecę? Przewrócić ją, rozpryskując dookoła gorący wosk? Bo to chyba właśnie wosk spływa jej po twarzy?

– John! – słychać krzyk Ellen McNamary, która woła swojego męża z pokoju na tyłach domu.

W sypialni rozlega się głuche uderzenie. Coś spadło na ziemię tuż obok Blanche. Może to miednica zleciała z komody?

– John!

Z prawego policzka Blanche spływają krople. Są jak parzące łzy, choć ona wcale nie płacze. Kiedy próbuje je otrzeć, czuje ukąszenie. Czyżby ugryzł ją jakiś monstrualnych rozmiarów komar? Nie, to nie żaden insekt. To musiało być coś ostrego.

– Merde3, ktoś mnie drasnął! – jej krzyk rozdziera duszną ciemność.

Jenny nie odpowiada. Za cienką ścianą sypialni trzaskają drzwi. Do uszu Blanche docierają przytłumione wrzaski McNamary, jego żony i dzieci, ale nie jest w stanie rozpoznać poszczególnych słów.

Blanche traci równowagę. Drewniane deski skrzypią pod jej nagą stopą. Szkło. To pewnie szklany odłamek zadrasnął ją w policzek. Piorun roztrzaskał okno i wypalił dziurę w rolecie, przez którą sączy się teraz mętne światło księżyca. Blanche dyszy z wściekłości. Czy te psy kiedyś się wreszcie zamkną? Przez to ujadanie człowiek nie słyszy własnych myśli. Blanche rozgląda się po pokoju.

– Jenny?

Strzepując ze stopy odłamki szkła, gramoli się na łóżko, ale Jenny już na nim nie ma. Przecież nie mogła stąd wyjść, nie otwierając drzwi, prawda?

Pod palcami czuje mokrą pościel. Skąd ta wilgoć?

Jej oczy powoli przyzwyczajają się do bladej księżycowej poświaty. W kącie pomiędzy ścianą a łóżkiem dostrzega poruszający się kształt, który jednak nie przypomina człowieka. Nienaturalnie powykręcane ramiona, nieprzyzwoicie zadarta koszula nocna, chude nogi umazane krwią i znajoma, choć karykaturalnie wykrzywiona twarz.

Jenny!

Blanche wzdraga się na ten widok.

Mija sekunda. Potem kolejna.

Zmusza się, żeby dotknąć ręką… żeby poczuć, żeby przynajmniej mieć pewność… ale gdy spod jej palców tryska istny gejzer, odskakuje z wrzaskiem, lądując po drugiej stronie łóżka. Kurczowo chwyta się poplamionej pościeli.

Przez drzwi wdziera się snop światła: w progu staje McNamara z lampą.

– Panno Blanche, ktoś do pani strzelał?

Blanche, mrużąc oczy, spogląda w dół. Całe ubranie ma czerwone.

***

Niecały miesiąc wcześniej, saloon House of Mirrors, chińska dzielnica San Francisco.

Pianino, pierwsze delikatne akordy walca, maleńka scena, a na samym środku, niczym rozkwitający pąk, ona. Blanche. Tego wieczoru cała w bieli, tak jak sugeruje jej pseudonim sceniczny. Zaczyna bardzo powoli, majestatycznie, z niewinnością typową dla młodej, jeszcze naiwnej debiutantki – na tym polega magia tańca burleskowego. Subtelnie, nieśmiało, jakby właśnie sama odkrywała lśniące kaskady białej satyny wytryskujące z jej talii aż po same czubki palców, Blanche zatacza koła na niewielkim podeście. Owija się błyszczącym materiałem (ponad trzynaście metrów tkaniny), rozkoszując się tym, jak delikatnie muska jej ciało.

Stara się zachowywać tak, jakby w ogóle nie zauważała mężczyzn, którzy siedzą w ciasno ustawionych rzędach krzeseł obitych karmazynowym aksamitem, jakby ich tam w ogóle nie było. W ten sobotni sierpniowy wieczór, choć godzina jest jeszcze wczesna, Grand Saloon już pęka w szwach. Światło lamp odbija się w wielkich, sięgających od podłogi aż po sam sufit lustrach, a czerwone ściany i dobrany pod kolor puszysty dywan niemalże pulsują od gorąca. Blanche czuje, jak pod falbaniastym gorsetem strugi potu spływają jej po skórze. Mimo to w swoich ruchach zachowuje pełną grację, niczym łabędź rozpościerający swe mlecznobiałe skrzydła. Oplata ciało obszerną satynową spódnicą, by uwypuklić kobiece kształty. W tej chwili michetons4 wychylają się ze swoich krzeseł, pragnąc przebić wzrokiem materiał, ale ona tylko rzuca im przelotne spojrzenie.

Łagodna melodia Delibesa ustępuje miejsca bardziej wyrazistemu tematowi muzycznemu. Blanche zaczyna sunąć, podskakiwać i wirować. Każdą figurę perfekcyjnie doprowadza do końca. Zbliża twarz do kolana i wyrzuca nogę w tył, jakby palcami stopy chciała dotknąć pozłacanych kasetonów na suficie. Spódnica zsuwa się po jej udzie, zaczepiając lekko o cienkie pończochy. Jeszcze chwila i całkiem wywinie się na lewą stronę. Na widowni kilku mężczyzn wstrzymuje oddech, choć tak naprawdę jeszcze nic nie widać – Blanche doskonale zdaje sobie sprawę, że najbardziej podnieca ich to, co sami muszą sobie wyobrazić. W tym momencie muzyka na powrót się uspokaja, a ona prostuje ciało i znów zaczyna tańczyć walca. Na jej twarzy nieprzerwanie maluje się wyraz spokoju i niewinności.

Michetons, którzy słono płacą za możliwość obejrzenia jej tańca, mają złożone potrzeby: pragną być podniecani i odtrącani niemal w tym samym momencie. Blanche to zawodowa allumeuse5 – jest specjalistką w sztuce uwodzenia, wie, jak rozniecić w mężczyźnie płomień pożądania tylko po to, by go za chwilę zdmuchnąć.

Ma ten numer świetnie przećwiczony. Zna na pamięć każdy takt towarzyszącego mu słynnego walca Swanhildy, dlatego może sobie pozwolić na to, by myślami być teraz gdzie indziej. Jak się nazywało to włoskie chuchro, pierwsza wykonawczyni roli Swanhildy podczas premiery Coppélii, na której byli w Paryżu? Pięć, nie, sześć lat temu. Blanche doskonale pamięta, jakim zachwytem napawał ją każdy piruet. Któregoś dnia podczas oblężenia Arthur przyniósł do domu wiadomość o śmierci tej małej Włoszki. Kiedy Prusacy podeszli pod bramy miasta, nawet największym primabalerinom wstrzymano pensje. Podobno dziewczyna grająca Swanhildę przymierała głodem, a potem zaraziła się ospą i zmarła w dniu swoich siedemnastych urodzin.

A niech to szlag! Blanche za wszelką cenę stara się nie dopuszczać do siebie myśli o zarazie, która dotknęła San Francisco w maju tego roku. Ospa – już na sam dźwięk tego słowa wszystko zaczyna ją swędzieć.

Niewiele brakuje, żeby się potknęła. Jednak już w następnej chwili przyjmuje właściwą pozę, bardzo klasyczną: umykająca nimfa zmieniona w marmurowy posąg. Gdy w końcowej partii walca melodia staje się mroczna, Blanche tak bardzo odchyla się do tyłu, że palcami dłoni prawie dotyka desek podłogi. Zaczyna wirować, a jej ciało przypomina kielich białej lilii, bezwolnie obracający się i kołyszący na cienkiej łodydze.

Muzyka wzbiera i narasta w szaleńczym tempie. Nagle Blanche wyprostowuje się jak struna, otulając falującą spódnicą całą scenę. Towarzyszą jej przy tym dudniące, triumfalne dźwięki. Gdy następuje crescendo, dotyka pleców na wysokości talii, chwyta ukrytą tasiemkę i w tej samej chwili spódnica szybuje w górę. Kremowa satyna niczym albatros pikuje wprost na widownię, lądując na dwóch starych milionerach. Ich rozbawione okrzyki rozładowują napięcie, i o to właśnie chodzi – w prawdziwej burlesce nie może przecież zabraknąć śmiechu.

Blanche, która ma na sobie już tylko gorset, półprzezroczyste pończochy i białe, marszczone pantalony, zaczyna ssać koniuszek palca, udając niewinne dziewczątko, wprawione w zakłopotanie zachłannymi spojrzeniami mężczyzn. Siedzący przy pianinie Profesor wie, że musi teraz zaczekać. Pierwszą zwrotkę Blanche śpiewa a cappella, niczym żebraczka o bladej skórze stojąca na rogu ulicy:

Możesz mieć jedną dziewczynę, mój miły,

Możesz mieć jedną dziewczynę, mój miły,

Na dwie nie starczy ci siły, mój miły,

Możesz mieć tylko jedną.

W tym momencie włącza się pianista i występ zaczyna nabierać rumieńców.

Gdy dwie ci narai twa żądza pazerna, nie myśl, mój miły, że będę ci wierna –ostrzega Blanche zebrany na sali tłum mężczyzn, grożąc im wilgotnym palcem.

W chwili gdy po raz pierwszy usłyszała tę piosenkę, nuconą fałszywie na tyłach tramwaju, od razu wiedziała, że można z niej zrobić estradowy numer. Po każdej zwrotce wykonuje króciutki taniec. W miarę śpiewania zdobywa wiedzę. Dojrzewa na oczach publiczności. Gdy dochodzi do czwartej strofy, jej ruchy w światłach rampy stają się coraz bardziej bezwstydne. Nie możesz rzucać się na cztery, bo sama cię rzucę, do cholery. „Nie możesz” – domaga się jej głos, lecz taniec mówi co innego: „możesz, możesz, możesz”. Porusza biodrami, jakby reagowała na dotyk wyimaginowanych rąk. Tańczy tak, jak tańczyły starożytne tancerki, odkąd tylko pojawiły się na tej ziemi, od zarania ociekających potem dziejów ludzkości.

Nie pozwolę ci na pięć,

Jeśli na mój miód masz chęć,

Mój miły, nie pozwolę ci na pięć.

Blanche uderza fala gorąca. W głowie dokonuje pobieżnych obliczeń: pięćdziesiąt dolarów za ten występ, plus pieniądze, które uda jej się zarobić po pokazie, podczas prywatnych rendez-vous z klientami. Każde wygięcie ciała, zakołysanie biodrami, wydęcie warg czy jakikolwiek inny sugestywny ruch przelicza na dolary, co tylko dodaje jej animuszu. Tańczy z jeszcze większą ikrą, a w jej oczach pojawia się błysk. Jeśli skusisz się na sześć, już ci nie będę z ręki jeść – łaje wpatrzonych w nią widzów, serią szybkich kopnięć strącając kapelusze z głów kilku mężczyzn siedzących w pierwszym rzędzie. Jeden z klientów, cały czerwony na twarzy, wydaje z siebie tak głośny jęk rozkoszy, że Blanche zaczyna się niepokoić: wygląda, jakby zaraz miał paść rażony atakiem apopleksji.

Na tyłach sali Grand Saloon stoi przypominająca zakonnicę kobieta w szarości, właścicielka saloonu, Madame Johanna Werner. Spogląda w stronę Blanche i nieznacznie kiwa głową, dając tym samym wyraz aprobaty.

Blanche robi szpagat w powietrzu i zaczyna lekko dyszeć, by jeszcze bardziej podgrzać atmosferę.

Jeśli osiem z tobą spotkam,

To cię nie wpuszczę do środka,

Mój miły, nie wpuszczę cię do środka.

Czyżby pominęła siódmą zwrotkę? Co za różnica. Już jest na czworakach i potrząsa biodrami, rzucając mężczyznom przez ramię kokieteryjne spojrzenie. Jeśli dziewięć zechcesz kochać, zabieraj rzeczy i wynocha. Jej ciało gwałtownie się wygina, jakby mocowała się z jakimś niewidzialnym kochankiem. Aż dziesięć dziewcząt za tobą chodzi? Jak możesz znowu mi to robić…

Przy dwunastej strofie zamyka oczy i z pasją wyśpiewuje kolejne wersy:

Jeśli dwanaście u ciebie znajdę,

Chyba się sama sobą zajmę,

Mój miły, sama się sobą zajmę.

Jej głos załamuje się, po czym Blanche daje upust swojej desperacji. Odchyla pasek i jedną rękę wsuwa w pantalony. Potem drugą. Mężczyźni wydają z siebie jęki, wiercąc się na swoich aksamitnych krzesłach. Wszystkie cigares6 stoją na baczność. Ona sama również jest podniecona. Jej talent do tej roboty polega na tym, że nie musi niczego udawać. Każdy impuls przeszywający jej wilgotną, wąską szparkę jest prawdziwy.

Blanche leży teraz na plecach, nogami młócąc powietrze. Zaatakowana przez niewidzialny tłum lubieżnych upiorów. Z trudem łapiąc oddech, śpiewa: Na trzynaście ci nie pozwolę, nie chcę, by znów zaczęło boleć…

Kiedy owego wieczora wychodzi z hotelu International, rękawy natychmiast przyklejają jej się do ramion. Czarny jak smoła odźwierny przytrzymuje jej drzwi. Ćwierćdolarówka, która ląduje na jego różowej dłoni, cała aż klei się od potu Blanche.

Stojący na rogu ulicy kataryniarz kręci korbą, wydobywając z instrumentu melodię „Marszu triumfalnego” z Aidy. Dokładnie to samo grał ponad godzinę temu, kiedy wysiadała z dorożki, którą przyjechała do hotelu. Mężczyzna jest naprawdę wytrzymały, trzeba mu to oddać. Katarynka jak nic waży z pięćdziesiąt kilo i choć opiera się na jednej rachitycznej nóżce, pasek, na którym zawiesił ją sobie na szyi, ciągnie mu ramiona w dół z siłą młyńskiego kamienia. Żona kataryniarza apatycznie pobrzękuje tamburynem, akcentując co czwarte uderzenie, podczas gdy ich spaniel podryguje bez życia, prezentując wyuczone kroki.

Zapada zmierzch, promienie słońca bledną, a mimo to jest coraz bardziej duszno i parno. L’heure bleue7, jak mawiali w domu. Niebieska godzina. Moment, w którym niebo przybiera barwę głębokiego błękitu, a postrzępiona linia horyzontu okrywa się czernią. Oczywiście, zdaniem Blanche, ta absurdalna metropolia nie umywa się do Paryża, choć niektórzy nazywają San Francisco Paryżem Zachodu. Stolicą Zachodu, tak, z tym się można jeszcze zgodzić, ale Paryżem? Przecież San Francisco jest dziesięć razy mniejsze od Miasta Świateł, a do tego nie ma tu ani jednego porządnego bulwaru, promenady czy nawet zwykłej ulicy, która zasługiwałaby na to miano. Miejscowi mówią po prostu „miasto”, jakby na całym świecie istniało tylko to jedno. Same wzgórza, przypominające wymiętą, niedbale zrzuconą przez olbrzyma pierzynę. Przez ostatnie półtora roku, od chwili gdy przyjechała z Francji, codziennie przemierza wśród morza ludzi mrówek te strome stoki, ale chyba nigdy nie przywyknie do przyprawiających o zawrót głowy wzniesień i spadków terenu.

Jest zmęczona. Jednak wcale nie z powodu występu w saloonie House of Mirrors czy lampki szampana wypitej w hotelu International razem z klientem, którego przed chwilą zostawiła, zdyszanego, w eleganckiej hotelowej pościeli. (To nie był żaden z jej stałych klientów, tylko będący tu przejazdem milioner. Zatrzymał się w mieście na jedną noc i ubłagał Madame Johannę, żeby wcisnęła go na pierwsze miejsce w kolejce do niej. Prawdę mówiąc, woli jednorazowe numerki, bo o wiele łatwiej jest wywrzeć piorunujące wrażenie na kimś, z kim się to robi jeden jedyny raz). Nie, to ten dziwny upał ją wykańcza. Lato zaczęło się całkiem normalnie: ciepłe podmuchy wiatru rozwiewały poranne mgły, ale teraz, w drugiej połowie sierpnia miasto wręcz się dusi. W powietrzu unoszą się cuchnące opary wszystkich brudów produkowanych przez mieszkańców San Francisco. Jedna z gazet dotarła do pewnego ekscentrycznego jegomościa, który od dnia swojego przyjazdu w 1849 roku codziennie notował temperaturę. Tegoroczne lato, 1876, okazało się najgorętszym latem w historii jego rejestru: słupek rtęci każdego popołudnia wskazywał 32°C.

Pół przecznicy dalej, w Chinese Royal Theater przy Jackson Street, wciąż ciągnie się ta sama opera: skrzypiące smyczki, bębny i gongi. Blanche potrząsa głową, żeby oczyścić umysł. Skręca w Kearny Street i przyspiesza kroku. Fuksjową spódnicą zamiata drewniany chodnik, a spod jej obcasów wzbijają się kłęby kurzu. Za dziesięć minut będzie w swoim mieszkaniu. Zrzuci z siebie to przepocone ubranie i może wypije drinka razem z Arthurem, jeśli oczywiście jest w domu.

Pony Express Saloon już dziś reklamuje wrześniowy Wielki Turniej Walk Psów. Na widok wywieszonej nad drzwiami sklepu z damską odzieżą niewielkiej żółtej flagi sygnalizującej ospę, Blanche wstrzymuje oddech i gwałtownie odskakuje w bok. Czerwone plamy na twarzy, rękach, stopach – to właśnie takich śladów należy wypatrywać na swoim ciele, jak wyjaśniają tak zwani eksperci. Tyle tylko, że jakoś nie mogą dojść do porozumienia co do tego, w jaki sposób następuje zakażenie: czy przez wdychanie trujących wyziewów, które wydobywają się z ziemi, czy może za sprawą niewidzialnych mikrobów przeskakujących z osób chorych na zdrowe. Zresztą kto by wytrzymał całe lato zamknięty w czterech ścianach, nieustannie wstrzymując oddech?

Mija po drodze Bella Union Theater, skąd dolatuje skandowanie tłumu oczekującego na program rewiowy – z tego, co słyszy, mają dziś pełną widownię. Ice Cream Boudoir też pęka w szwach. Tylko ratusz świeci pustkami, jeśli nie liczyć jednego więźnia zamkniętego w areszcie. W chwili gdy przechodzi obok ratuszowej sutereny, mężczyzna tłucze w okienne kraty. Wystraszona Blanche aż podskakuje.

Dochodzi do placu Portsmouth Square: ogrodzenie z pozłacanych żelaznych prętów przypominających swym kształtem włócznię, konfetti oklapłych kwiatowych rabat. Pod rozłożystymi koronami drzew, niczym rzucone na stos trupy na polu bitwy, drzemiący ludzie. W fontannie szamocze się dwóch pijaków: walczą o miejsce pod samym strumieniem wody. Dookoła fontanny w bezpiecznej odległości krążą dzieci i zbierają się na odwagę, by podbiec i ochlapać twarz. Patrząc na całą tę scenę, Blanche zaczyna odczuwać pragnienie, ale nie ma ochoty przeciskać się pomiędzy uliczną dzieciarnią i kloszardami, żeby napić się wody.

Słońce skrywa się za horyzontem i na ulicach robi się tłoczno. Ludzie wylegają ze swoich dusznych pokoi. Blanche spogląda na zachód, w stronę Nob Hill. Widzi, jak ostatnie promienie pogrążają się w wodach Pacyfiku. Na rogu Clay Street dostrzega starą, jednooką kobietę, która taszczy poplamioną walizkę. Chcąc zejść jej z drogi, postanawia przejść na drugą stronę ulicy, ale najpierw musi przepuścić rozklekotany tramwaj konny. Pod cienkimi podeszwami butów czuje rozgrzane kocie łby, kształtem przypominające zaciśnięte pięści. Kamienie parują, wydzielając żar zgromadzony w ciągu całego dnia. Gdy tramwaj ją mija, Blanche robi krok i wchodzi na ulicę, cały czas patrząc pod nogi, by w mętnym świetle zmierzchu nie wdepnąć w końskie łajno, przez co w ogóle nie zauważa tego, z czym zaraz się zderzy.

Czarna kierownica, która wygląda jak poroże – tylko tyle jest w stanie dostrzec kątem oka, bo dokładnie w tej samej chwili gigantyczne szprychy wciągają jej fuksjową spódnicę. Bicykl, jakby pod naporem siły jej krzyku, łamie się wpół, a przynajmniej tak to wygląda. Z impetem upada na jedną stronę, rowerzysta leci w drugą, a poturbowana Blanche ląduje na ziemi.

Próbuje się podnieść, ale prawa noga nie jest w stanie utrzymać ciężaru ciała. W ustach ma zbyt sucho, żeby splunąć.

Chudy jak szczapa rowerzysta podskakuje żywo niczym klaun, rozcierając łokieć.

– Ça va, mademoiselle?8

Jest spostrzegawczy: ze stroju Blanche bezbłędnie odgaduje jej narodowość. Do tego ma tak samo francuski akcent, jak i ona. Ale ten głos…

Blanche uświadamia sobie nagle, że nie ma do czynienia z mężczyzną ani też z chłopcem. To dziewczyna, choć z pewnością nie świadczy o tym szara marynarka, kamizelka, spodnie i kruczoczarne włosy ścięte równo z linią opalonej szczęki. Właśnie takimi cudakami szczyci się to miasto – co zresztą tylko pogłębia jej irytację, bo całe zdarzenie nabiera nagle komediowego charakteru, jakby to był jakiś głupi kawał, i nieważne, że na czyjejś spódnicy wylądowało merde.

Jadący ulicą wóz gwałtownie skręca, omijając Blanche, lecz końskie kopyta są na tyle blisko, że musi się cofnąć. Próbuje się podnieść na kolana, ale spódnica krępuje jej ruchy.

Młoda kobieta w spodniach wyciąga do niej rękę, szczerząc zęby w uśmiechu. Blanche odtrąca jej dłoń. Nie dość, że ją potrąciła, to jeszcze śmieje się złośliwie…

W tym momencie do jej uszu dociera pisk hamulców. Na skrzyżowaniu pojawia się kolejny wóz, który zmierza w ich stronę. Nieznajoma znów, tym razem z przesadną, teatralną wręcz kurtuazją, podaje jej rękę. Blanche chwyta się chłodnych palców i staje na nogi, słysząc, jak pod pachą pęka jej szew. Chwiejnym krokiem, z przekrzywioną turniurą na biodrze, wraca na chodnik i próbuje rozruszać obolałą nogę.

Nagle spostrzega, że została sama. Szalona rowerzystka jest już kilka domów dalej i wrzeszczy coś po angielsku do gamins9, którzy skorzystali z okazji i porwali jej fantazyjny pojazd. Dobrze jej tak!

W czasie gdy Blanche poprawia turniurę i strzepuje brud ze spódnicy, dziewczyna pojawia się z powrotem. Przycupnięta na gigantycznym przednim kole, sunie w jej kierunku, a gdy dociera do celu, przerzuca nogę nad ramą, zeskakuje na ziemię i podbiega do niej.

– Jenny Bonnet – oznajmia, jakby przynosiła dobre wieści. Teraz jej akcent jest na wskroś amerykański, mimo że wymawia swoje nazwisko z francuska, z niemym „t”. – A ty jak się nazywasz?

– Nie twój interes! – Blanche zdmuchuje kosmyk włosów, który przykleił jej się do wilgotnej wargi, i przybiera najbardziej arystokratyczny brytyjski akcent, na jaki ją stać, bo przecież brak kilku centymetrów wzrostu zawsze można nadrobić wyniosłością. – Słuchaj, dziewczyno, chłopaku, czy kim tam jesteś – mówi – następnym razem, kiedy postanowisz urządzić sobie z ulicy swój prywatny plac zabaw…

– Fakt, ciężko się prowadzi to cholerstwo – wtrąca Jenny Bonnet, kiwając głową, jakby przytakiwała swojej rozmówczyni. Z bliska widać, że jest od Blanche wyższa o jakieś piętnaście centymetrów. – Ale nie zrobiłam ci krzywdy, prawda?

– Jestem cała posiniaczona – rzuca Blanche rozdrażnionym tonem.

– No ale nie połamałam ci kości, nie? – Dziewczyna ostentacyjnie ogląda ją od stóp do głów, wyszczerzając zęby w uśmiechu. – Nie doszło do rozlewu krwi per se.

– Mogłaś nas obie zabić, ty idiotko!

– Jeśli już o tym mowa, to równie dobrze mogłam dziś rano spaść z parowca płynącego do Limy, a ty mogłaś zarazić się śmiertelną chorobą – mówi Jenny, wskazując kciukiem żółtą chorągiewkę wywieszoną na trafice tuż za ich plecami.

Blanche gwałtownie się odchyla i odsuwa kilka kroków dalej.

– Ale wygląda na to, że obie jesteśmy całe i zdrowe, tak samo jak moje dwa kółka – to mówiąc, Jenny wydaje z siebie kowbojski okrzyk.

Co dziwne, Blanche powoli zaczyna przechodzić złość. Może to za sprawą delikatnego szumu bryzy wzbierającej nad zatoką, gdzie maszty objętych kwarantanną dżonek i kliperów lekko się kołyszą, no chyba że to złudzenie optyczne w zapadającym zmierzchu. A może to dzięki łagodnej melodii, którą ktoś wygrywa na flecie w mieszkaniu na piętrze. W kawiarniach i sklepach przy Kearney Street zapalają się światła i wkrótce chińska dzielnica rozbłyśnie niczym karuzela.

– Chodź, postawię ci drinka – proponuje Jenny, ruchem głowy wskazując na knajpkę „Durand’s”.

Blanche zawsze z ochotą przyjmuje takie propozycje.

– W ramach przeprosin? – pyta.

– Proszę bardzo, jeśli tak chcesz to potraktować. Dla mnie przeprosiny nie są warte funta kłaków.

Blanche unosi brwi.

– Jeśli naprawdę jest ci przykro, inni zaraz to poznają – stwierdza Jenny. – Nadmierne wodolejstwo po prostu nie ma sensu – dodaje, po czym kładzie bicykl pod drzwiami knajpki i skinieniem przywołuje stojącego nieopodal chłopca, żeby go popilnował.

– Nie sądzisz, że ten dzieciak może uciec z twoim rowerem równie szybko jak tamci? – pyta Blanche z drwiną w głosie.

– Nie, bo wiem, gdzie mieszka.

Ta odpowiedź nieco zbija Blanche z pantałyku.

– Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że takie pętaki mają gdzieś jakiś dom.

Jenny zadziera głowę i wskazuje na koślawy okap knajpy.

– To chłopak Duranda.

Kiedy obie przekraczają próg cuchnącego czosnkiem pomieszczenia, kilku klientów spogląda w ich stronę, ale nikt nie zwraca większej uwagi na młodą dziewczynę w spodniach. Ta Jenny musi być tutaj stałą bywalczynią, myśli Blanche.

Monsieur Durand wita ją skinieniem głowy i rękawem koszuli wyciera kontuar. Jego sumiaste wąsy ociekają woskiem. Po chwili wraca za ladę, z hukiem stawiając na niej kieliszki i karafkę wina. Blanche nalewa sobie alkohol i bierze głęboki łyk. Uff, od razu lepiej. Ociera pot z powiek.

– Nie jest ci za gorąco w tych wszystkich ciuchach? – zwraca się do Jenny. Ale ta w odpowiedzi wzrusza tylko ramionami, nalewając sobie kieliszek wina. – Już nie mogę się doczekać września, kiedy wreszcie zrobi się chłodniej.

– Ale nasze miasto to wyjątek od każdej reguły – stwierdza Jenny. – Zdarza się, że największy upał jest w październiku.

Blanche reaguje na tę wizję zbolałym jękiem.

Durand przynosi dwie miski cuisses de grenouille au beurre noir10, których wcale nie zamawiały. Blanche nagle uświadamia sobie, jak bardzo jest głodna. Od razu zabiera się do jedzenia, odrywając zębami twarde, aromatyczne mięso z żabich udek.

– Smakują dużo gorzej niż te we Francji – stwierdza po chwili.

– Nieprawda, są o wiele lepsze – zaprzecza Jenny i wydaje pomruk zadowolenia, przeżuwając mięso. – Nie żyją dopiero od dziesięciu minut, w tym cały sekret. Chociaż mogłyby być odrobinę mniej słone – stwierdza, po czym rzuca w stronę Duranda: – Powiedz mu, że sypie jeszcze za dużo soli.

Właściciel knajpy kciukiem odgarnia wąsy znad zaciśniętych ust.

– Portal! – ryczy przez ramię.

– Od jak dawna tu jesteś? – zwraca się Jenny do Blanche.

– Od półtora roku.

– A czemu zostałaś?

Blanche jest zaskoczona tym pytaniem.

– Czy ty nie masz żadnych manier, panienko?

– Ależ mam – ripostuje Jenny – tyle tylko, że raczej nie można nazwać ich dobrymi. Nieoszlifowany diament. Oto cała ja.

Blanche przewraca oczami.

– A mogę wiedzieć, dlaczego miałabym stąd wyjechać? – pyta.

– Bo większość ludzi wpada tu tylko na chwilę – stwierdza Jenny. – Jakby San Francisco było ustami, które w całości połykają przybyszów, a reszta Ameryki brzuchem, w którym kończą swoją podróż.

Blanche krzywi się, słysząc takie porównanie, i nalewa sobie więcej wina. O ile dobrze pamięta, Kalifornię wybrał Arthur. Ona sama nie umiałaby znaleźć jej na mapie. Wszyscy Francuzi, z którymi rozmawiali na statku, podobnie jak ona, Arthur i Ernest wybrali jedno z wielkich miast: Nowy Jork, Chicago albo właśnie San Francisco, gdzie – z tego, co słyszeli – oprócz gościnności można też liczyć na dobre pieniądze w branży rozrywkowej.

– Przyjechaliśmy tutaj, bo doszły nas słuchy, że każdy może tu nosić kapelusz na bakier, jeśli tylko ma na to ochotę, i zostaliśmy chyba z tego samego powodu.

– „Nas”? Jakich „nas”?

Ale Blanche ma już dosyć tego przesłuchania.

– A ty kiedy tu przyjechałaś?

– Portal! – znów słychać krzyk Duranda.

– Miałam trzy lata – mówi Jenny, lśniącymi zębami skubiąc ostatnie żabie udko – ale już wtedy byłam wybredna w kwestii tego, co jem.

– A teraz?

– Nadal jestem wybredna.

– Nie, nie – tłumaczy Blanche – chodziło mi o to, ile teraz masz lat.

– Dwadzieścia siedem – odpowiada Jenny ze śmiechem.

Doprawdy?

– Hmm. Jesteś trzy lata starsza ode mnie… No ale ja też przecież wyglądam jeszcze całkiem młodo, prawda?

Jenny uśmiecha się od ucha do ucha, ani nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając.

– To pewnie przez ten twój ubiór – wzdycha Blanche, patrząc wymownie na jej spodnie. – Nosisz się dość niekonwencjonalnie, ale trzeba przyznać, że taki strój odejmuje ci lat.

Z pewną dozą niepokoju łapie się na tym, że przekomarzają się, jakby były dobrymi znajomymi. A przecież ona z zasady nie zaprzyjaźnia się z kobietami.

W kuchennym okienku pojawia się ponura twarz mężczyzny, a Durand natychmiast na niego naskakuje.

– Jenny mówi, żebyś nie przesadzał z solą.

To musi być Portal, domyśla się Blanche.

Kucharz wykonuje obsceniczny gest w kierunku Jenny, a ta rzuca w odpowiedzi:

– Wiesz, że mam rację, mon vieux11.

– Ty się lepiej zajmij łażeniem po bagnach –odparowuje Portal. Ociera czoło rękawem, po czym znika w kuchni.

– No więc coś ty za jedna? – nie daje za wygraną Jenny, znów zwracając się do Blanche. – Opowiedz mi o sobie.

– Czekaj, czekaj. Jakie łażenie po bagnach? – pyta zaintrygowana Blanche.

– To ja złapałam te żaby, wczoraj w nocy. Nad jeziorem Merced – wyjaśnia Jenny, unosząc palcami lśniącą kostkę.

– Tym się zajmujesz? Polowaniem na żaby? – To faktycznie tłumaczyłoby dziwaczny strój tej młodej kobiety. – Nie boisz się, że dostaniesz od tego kurzajek?

– To tylko głupi zabobon – stwierdza Jenny i na potwierdzenie swoich słów wyciąga przed siebie drobne dłonie: są opalone, ale całkiem gładkie.

– Nie mogłabyś robić czegoś mniej… no wiesz, mniej obrzydliwego?

– Najwyraźniej niewiele rzeczy mnie brzydzi. W tym mieście jest trzysta restauracji, a wszystkie francuskie i chińskie serwują żaby.

– Ale to przecież takie paskudne, pokraczne stworzenia.

– Pokraczne? Chyba nie widziałaś nigdy, jak one pływają.

Blanche uświadamia sobie, że właściwie nigdy nie widziała żywej żaby, nie licząc tych sprzedawanych w beczkach na Dupont Street.

– Ale ten smród, ta obrzydliwa śliska skóra…

– Mówisz o rybach – poprawia ją Jenny. – Żaby w ogóle nie mają zapachu. A bez odrobiny śluzu nie da się działać na dwa fronty.

– Na dwa fronty?

– Żyć na lądzie i w wodzie. To się nazywa spryt.

Blanche zaciska usta.

– Pijesz z mojego kieliszka – syczy przez zęby.

– Przepraszam – mówi Jenny, która dopiero teraz się zorientowała, że trzyma w ręce nie swój kieliszek. Daje Durandowi znak, żeby podał jej towarzyszce nowy.

– Wreszcie doczekałam się przeprosin – mruczy pod nosem Blanche. W jej głosie pobrzmiewa sarkazm.

Kiedy właściciel z impetem stawia przed nią czysty kieliszek, nalewa sobie wina i odrywa zębami ostatni strzęp naczosnkowanego mięsa z delikatnej kosteczki.

– Skoro napiłaś się z mojego kieliszka – zwraca się do Jenny – powinnaś teraz móc czytać w moich myślach. Ale to pewnie dla ciebie kolejny głupi zabobon.

Jenny marszczy brew.

– Nazywasz się Patience Vautrien…i pracujesz w mleczarni.

Blanche wydaje z siebie syk oburzenia. Każdy wie, że dojarki śmierdzą.

– Pracowałam kiedyś z końmi – przyznaje, choć dziś nie ma to żadnego znaczenia.

– Ale to było dawno. – Jenny palcami przyciska skronie, z wysiłku marszcząc czoło. – Pani Hectorowa Losange, matka pięciorga uroczych pociech, znana z podwieczorków organizowanych w celach dobroczynnych? – przerywa na moment, po czym zgaduje dalej: – Arabella Delafrance, kobieta szpieg?

– Wystarczy! – rzuca ostro Blanche, którą ten żart przestaje nagle śmieszyć. Przecież jej krzykliwy strój mówi sam za siebie: kwiecisty gorset i fuksjowa spódnica. To chyba jasne jak słońce, że jest tancerką rewiową i że prowadzi bujne życie nocne.

Właściwie sama nie wie, dlaczego się tym tak przejęła. Gdyby nie chciała zdradzać swojej profesji, nie ubierałaby się w ten sposób, czyż nie? Co prawda nigdy nie planowała zostać córą Koryntu (swoją drogą, cóż za ciekawy eufemizm), ale też nie pamięta, żeby kiedykolwiek się przeciw temu buntowała. Małymi kroczkami wchodziła w życie, jak pływak, który powoli zanurza się w jeziorze.

– Powiedz mi lepiej, gdzie się wychowywałaś – pyta, zmieniając temat. – W ustach czy w brzuchu Ameryki?

– Cóż, na pewno nie była to zbyt estetyczna część tego kraju – żartuje Jenny, unikając odpowiedzi.

– Ile? – odzywa się stojący za plecami Blanche mężczyzna. Ale ona nie reaguje na to pytanie, przekonana, że skierowane jest do Duranda.

– Masz jakąś rodzinę? – drąży dalej temat.

– Znaleźli mnie w kapuście – odpowiada Jenny śmiertelnie poważnym tonem.

– Pytałem: ile – odzywa się znowu Amerykanin, dysząc wprost do ucha Blanche. W jego oddechu czuć tytoń.

– Nie widzi pan, że jem? – mówi, nie odwracając głowy.

– Przecież ja tylko grzecznie pytam – odpowiada wielki facet, po czym wciska się pomiędzy nie i staje przy barze. Pod pachami ma ciemne plamy potu.

– Przeszkadzasz tej damie – wtrąca Jenny.

Intruz odwraca się i mierzy ją wzrokiem od stóp do głów.

– Myślisz, że mnie na nią nie stać? – Pytaniu towarzyszy brzęk monet w jego kieszeni. – Jeżeli chcesz wiedzieć, to mógłbym wynająć sześć takich dziwek – mówiąc to, dźga kciukiem Blanche – i jeszcze dostałbym resztę.

– Jak mawia pewien znany jegomość: Lepiej mieć usta zamknięte i wydawać się głupim, niż je otworzyć i rozwiać wszelkie wątpliwości12 – odparowuje Jenny.

Ostatnią rzeczą, na jaką Blanche ma teraz ochotę, jest wszczynanie awantury. Dlatego rzuca Jenny wściekłe spojrzenie ponad dzielącym je zwalistym cielskiem.

– Twierdzisz, że jestem głupi? – pyta mężczyzna po krótkiej chwili namysłu. Przesuwa w ustach kawałek tytoniu, a jego twarz robi się purpurowa.

– Głupi jak but – odpowiada Jenny uprzejmym tonem.

Mężczyzna wymachuje zaciśniętą pięścią kilka centymetrów od jej twarzy.

– Ktoś cię powinien nauczyć, moja panno, że nie należy wtykać nosa w nie swoje sprawy!

– Obawiam się, że mój przyjaciel, pan Colt, jest innego zdania – oświadcza Jenny i odsłania klapę marynarki, ukazując podłużny kształt pod materiałem spodni.

– Nie masz nic, co mogłoby na mnie zrobić wrażenie – warczy Amerykanin. – Ty, ty… ty żałosny, pieprzony obojnaku!

Durand, widząc, co się święci, wskazuje gościowi wyjście, a z jego gardła wydobywa się ryk:

– Dehors!13

Jenny zeskakuje z barowego stołka niczym Arlekin wykonujący pantomimę.

Amerykanin posłusznie idzie za nią, ale gdy Jenny z nonszalancją przytrzymuje mu drzwi, wierzchem dłoni uderza ją w twarz, a ona leci na ścianę. Trzask czaszki uderzającej w oprawioną w szkło, wyblakłą fotografię Pól Elizejskich sprawia, że nawet najbardziej zatwardziali pijacy podnoszą wzrok znad kieliszków.

– Monsieur Durand! – woła Blanche.

Ale właściciel knajpy tylko unosi brew.

Jenny, z miną ogłuszonego cielaka, schyla się, żeby podnieść kapelusz. Zdjęcie spada na podłogę. Rozlega się brzęk tłuczonego szkła. Connard14 chwyta ją za nadgarstek, wykręca rękę do tyłu i wyprowadza z knajpy, popychając drzwi jej ramieniem.

Blanche wypada za nimi na ulicę i szarpie go za rękaw.

– Jak panu nie wstyd? Przyłożył pan kobiecie jak ostatni bydlak!

Amerykanin odtrąca ją gwałtownie i Blanche ląduje na ścianie. Usiłując złapać oddech, chwyta się za bok i przeklina swój wzrost. W chwilach takich jak ta czuje się jak maleńka wróżka w świecie trolli.

Mężczyzna upuszcza Jenny na chodnik. Czy on ma zamiar wgnieść jej żebra? Zmiażdżyć głowę?

Z piersi Blanche wydobywa się jęk.

Nie, nie ma takiego zamiaru. Za to spryskuje Jenny strumieniem brązowej cieczy, po czym niedbałym krokiem rusza ulicą, ani razu nie oglądając się za Blanche, co tylko utwierdza ją w przekonaniu, że od samego początku szukał zwady, a nie kobiety.

Blanche opiera się o parapet pod oknem restauracji. Kręci jej się w głowie. Ledwo się trzyma na posiniaczonych, poturbowanych przez rower nogach; żebra przeszywa ból. Na szczęście nie ma połamanych kości. Jest wystarczająco doświadczona w tym względzie, żeby to wiedzieć na pewno.

Dookoła nich Kearny Street tętni życiem. Palniki i odbłyśniki lamp naftowych rozświetlających witryny sklepowe tylko potęgują blask płomieni. Podpici birbanci włóczą się od baru do baru. Trzymają się pod ręce i ryczą na całe gardło, wyśpiewując same sprośne piosenki. Grupki mężczyzn kierują swe kroki do burdeli przy Commercial Street i Pacific Street, żeby zakosztować Żydówek, Meksykanek, Azjatek oraz czarnoskórych dziewcząt (choć i tak najwięcej płacą za usługi Francuzek, myśli Blanche z satysfakcją). Morze twarzy o radośnie przekrwionych oczach. Wszyscy wyglądają, jakby postanowili zrezygnować ze snu, dopóki upał nie zelżeje. Kto by się przejmował ospą! Dziś w nocy nikt nie zostaje w domu.

Jenny siada wyprostowana i unosi spiczasty podbródek, próbując szeroko się uśmiechnąć. Twarz już jej zaczęła puchnąć. Krawędzie rany pod lewym łukiem brwiowym ciemnieją z każdą minutą. Po chwili przechyla się na bok i elegancko zwraca całą kolację do rynsztoka.

Ależ ten wieczór się skomplikował, myśli Blanche. W tej chwili powinna po prostu odejść, zostawiając tę szelmę ze spluwą w spodniach, przez którą w ciągu zaledwie dwóch godzin już dwukrotnie odniosła obrażenia. Życie w Mieście nad Zatoką jest już i tak wystarczająco ciężkie, po co więc pakować się w znajomość z kimś, kogo ciągnie do ryzyka jak dziecko do cukierków.

Jednak zamiast się ruszyć, Blanche powoli wypuszcza z płuc powietrze. Prawda jest taka, że nie pamięta już, kiedy ostatni raz tak dobrze się bawiła w towarzystwie zupełnie obcej osoby. To musiało być jeszcze w tamtych, paryskich czasach, zanim przyjechała do Ameryki, i to na długo przed opuszczeniem Francji. W San Francisco krąg jej najbliższych znajomych ogranicza się do Arthura i Ernesta. No i jest jeszcze towarzystwo, które obaj przyprowadzają do domu. Blanche nie przypomina sobie, żeby z kimkolwiek tak szybko (i to w dodatku bez niczyjego udziału) nawiązała znajomość, jak dzisiejszego wieczora z Jenny Bonnet. Tej dziwnej, nieskrępowanej zażyłości towarzyszy powiew czegoś nowego, nieznanego.

– Powinnaś przyłożyć sobie do oka kawałek mięsa – radzi swej towarzyszce.

Jenny parska szyderczo.

– Gdzie mieszkasz? – pyta Blanche.

– To tu, to tam.

Ta dziewczyna to chodząca tajemnica!

– Chodź, odprowadzę cię do domu – proponuje Blanche, wyciągając do niej rękę.

– Prawda jest taka – mówi Jenny, z trudem podnosząc się z chodnika – że wyszłam dopiero tydzień temu.

Wyszłam? Wyszłam skąd…? No jasne, kryminalistka. Doprawdy, to już przechodzi ludzkie pojęcie.

– Za co siedziałaś?

– Za to, za co zwykle sadzają. „Publiczne pokazywanie się w odzieży przynależnej płci przeciwnej” – cytuje Jenny pompatycznym tonem.

Blanche unosi brew. Czy to naprawdę jest przestępstwo?

– Jeśli z powodu tego ubrania trafiłaś do więzienia, to co cię podkusiło, żeby znów je założyć? – pyta, a w jej głosie pobrzmiewa nuta zniecierpliwienia.

– Po prostu dobrze się w nim chodzi i siedzi. – Mówiąc to, Jenny zachowuje kamienną twarz i dopiero po kilku sekundach Blanche dostrzega zabawną grę słów. Trzeba przyznać, ta dziewczyna szybko odzyskuje humor.

– No ale przecież gdzieś się musiałaś zatrzymać – nie daje za wygraną Blanche.

– Głównie jeżdżę na moim bicyklu – odpowiada Jenny.

Że niby śmiga na tym ustrojstwie całe dnie i noce?

– Chcesz mi powiedzieć, że śpisz na tej ramie jak ptaki w locie?

– Ucinam sobie drzemki w parkach i teatrach – przyznaje Jenny – albo na kanapie u przyjaciela, jeśli odczuwam taką potrzebę.

Blanche dopiero teraz dostrzega krew kapiącą na kołnierzyk i ślad wymiocin na podbródku Jenny. Z jej piersi wydobywa się ciche westchnienie. W końcu to z jej powodu, w wyniku źle pojętej kurtuazji, ta intrygująca panna została poturbowana.

– Chodź, mieszkam dwa kroki stąd, przy Sacramento Street – mówi do niej.

– Droga pani, co każe pani myśleć, że ma pani obowiązek…

– Idziesz albo nie – przerywa Blanche.

Chłopak Durandów, siedząc okrakiem na ogromnych szprychach przedniego koła, ze spokojem przygląda się całemu zajściu, jak gdyby siedział na widowni w Bella Union Theater. Jenny rzuca mu monetę, chwyta kierownicę i zaczyna prowadzić maszynę wzdłuż Kearny Street.

Nagle wykonuje gwałtowny skręt, znów nieomal potrącając Blanche. Koła turkoczą o bruk, gdy przeprowadza rower na drugą stronę ulicy. Zatrzymuje się pod oknem, z którego dochodzą dźwięki piosenki nuconej ochrypłym głosem:

To przez ciebie

Miast przyjaciół wrogów mam,

To przez ciebie w starych szmatach

Chodzę sam.

Jenny opiera się o ścianę, wsłuchana w płynący z okna głos. W jej oczach pojawia się błysk.

Już na ustach czuję dotyk szkła – śpiewa dalej mężczyzna. – Przechyl ją i do dna – przyłącza się Jenny dziwnie słodkim sopranem.

Zza okna dobiega śmiech, po czym kilka głosów odpowiada jej refrenem, rycząc na całe gardło:

Ha, ha, ha, ty i ja!

O tobie wciąż śnię, jak ja kocham cię,

Butelczyno ma!

Ha, ha, ha…

Blanche ziewa, odwraca się na pięcie i na rogu ulicy przechodzi na drugą stronę. Jenny sunie za nią swoim pojazdem, stojąc sztywno na podpórce nad tylnym kołem i wyśpiewując kolejną strofę piosenki:

Róża jest czerwona,

Tak jak moja twarz.

Fiołek jest niebieski,

ty tak samo masz.

Ale zanim dziś skończymy,

Jeszcze łyka wychylimy.

Blanche kieruje się na wschód, idąc Clay Street prosto do centrum Chinatown, gdzie ulice, oswojone z nocą, toną w smugach ciemności. Malejący sierp księżyca wygląda, jakby zaklinował się w jednej z wąskich uliczek, gdzie balkony są tak blisko siebie, że niemal dotykają się balustradami. Kiedy Blanche i Arthur przybyli do miasta, zamieszkali oczywiście w chińskiej dzielnicy, gdzie czynsze są niskie, a dzielnicowi rzadko kiedy zapuszczają się w głąb labiryntu ciasnych alejek. Tylko nielicznych właścicieli tutejszych lokali stać na wynajęcie dodatkowej ochrony pilnującej porządku na ulicy, dzięki czemu ludzie żyją tu, jak chcą. Mijając swoją ulubioną chińską knajpkę, Blanche wdycha zapach gorącego oleju, imbiru i sezamu. Po chwili dociera do niej także fetor zgniłych warzyw unoszący się nad sąsiednią uliczką. W tej dzielnicy jest zawsze brudno – głównie dlatego, że władze miasta nie chcą naprawić kanalizacji ani płacić za wywóz śmieci. Arthurowi ten syf sprawia przyjemność, gdyż jak twierdzi, dzięki zalegającym na skraju ulic stertom rybich ogonów czuje głęboką przynależność do tutejszej bohemy. Dziennikarze nazywają Chinatown wylęgarnią wszelkich infekcji; gdyby choć połowa tego, co piszą w prasie, była prawdą – mimowolnie przychodzi jej na myśl – zarówno oni z Arthurem, jak i reszta mieszkańców dzielnicy powinni już dawno nie żyć.

Na Dupont Street wszędzie walają się żółte chorągiewki, które musieli pozrywać z drzwi sklepikarze, chcąc wrócić do handlowania.

– Mam nadzieję, że dałaś się drasnąć? – pyta Blanche, nieufnie spoglądając na swoją towarzyszkę.

W odpowiedzi Jenny klepie się po rękawie nad łokciem, po czym dodaje:

– Stałam w kolejce cały dzień. Osiem lat temu, podczas naszej poprzedniej epidemii.

– A już myślałam, że postanowiłaś zaryzykować – droczy się z nią Blanche. – W końcu taki z ciebie lekkoduch.

Jenny wyszczerza do niej zęby.

– Lekkoduch to nie to samo co głupi osioł.

Na środku ulicy mężczyzna o wyglądzie upiora, ubrany w jedwabne spodnie i czepek, schyla się, żeby pozbierać z chodnika chorągiewki. Chińska dzielnica to istny tygiel pełen kawalerów, którym spod nakryć głowy wystają warkoczyki – każdego miesiąca przybywa ich coraz więcej, jak kolejnych przypraw do zupy. Low Long, lokator Blanche, twierdzi, że jest ich tu tylu, bo w żadnej innej dzielnicy nie chcą wynajmować mieszkań Azjatom.

– Po co ci one? – woła Jenny do mijanego mężczyzny.

Azjata mruga oczami, lecz jego angielski jest zbyt słaby, żeby mógł jej cokolwiek odpowiedzieć.

Blanche śmieje się pod nosem.

– Ludzie gadają, że te flagi wcale nie ostrzegają przed zagrożeniem. Wręcz przeciwnie: odstraszają chorobę.

Jenny kręci głową, nie mogąc się temu nadziwić.

– To tak jak te dziewczyny, które spotkałam w więzieniu. Dały się przekonać panikarzom, że od szczepionki można się nabawić kiły.

Spoglądając w jedną z alejek, Blanche dostrzega grupki ludzi układających się do snu na wąskich balkonach, płaskich dachach, nawet na tarasach i werandach – wszędzie, gdzie czuć powiew świeżego powietrza pośród tej nocnej duchoty. Na rogu Sacramento Street mijają metalową beczkę, w której tlą się koce i jakieś szmaty. Mężczyzna w gumowej masce przybija młotkiem mokre prześcieradło nad drzwiami budynku, w którym z każdego okna wydobywa się dym. Biały urzędnik zapędza kilkunastu Chińczyków z sięgającymi do pasa warkoczami do wozu z napisem: „Wydział Zdrowia Publicznego”.

Blanche i Jenny schodzą z chodnika, lecz nie udaje im się uniknąć ostrego fetoru siarki i obydwie zaczynają kaszleć.

– Jenny! – dobiega je nagle czyjś krzyk.

Merde. To znów ten jednooki wrak kobiety, którą Blanche wcześniej usiłowała ominąć. Krąży wokół wyciągniętych z walizki rozmaitych eksponatów, którymi próbuje handlować.

– Maria, chérie, ça va15? – odkrzykuje Jenny, po czym, dzwoniąc kołami o bruk, przechodzi na drugą stronę ulicy, zbliża się do starej wiedźmy i całuje ją w oba policzki.

To pewnie rak albo trąd trawi tę kobietę od środka. Blanche wzdraga się na jej widok. Nie jest w stanie patrzeć na jej zdeformowaną twarz. Nałożony na policzki róż tylko pogarsza sprawę, podobnie jak obrysowane czarną kredką drugie oko. Piersi zwisają w jej gorsecie niczym dwa wywalone z pragnienia jęzory. Ta Maria nadal ubiera się stosownie do profesji, którą kiedyś niechybnie musiała wykonywać. Ale kto by chciał płacić za coś takiego? Choć z drugiej strony o gustach się nie dyskutuje, zwłaszcza męskich.

– Ty na tym jeździsz? – pyta Maria chropowatym głosem.

– Ja na tym latam – poprawia ją Jenny.

– Dopóki nie wylądujesz na ziemi i nie zmiażdżysz sobie twarzy – mruczy stara, pożółkłym paznokciem dotykając spuchniętego policzka Jenny.

– Nie, nie, akurat tego nabawiłam się w trakcie bójki – wyjaśnia Jenny z wyraźną dumą w głosie. – Znasz moją przyjaciółkę? – pyta, wskazując na Blanche, która na znak protestu potrząsa głową.

Ale jest już za późno. Maria wykonuje coś na kształt upiornego dygnięcia.

– Beunon, „Blanche la Danseuse”16, numer jeden w House of Mirrors! – mówiąc to, kieruje spojrzenie w stronę burdelu stojącego kilka domów dalej. – Nie, nie miałam przyjemności poznać.

– Blanche la Danseuse – powtarza Jenny, szczerząc zęby. – Sławna tancerka. Zgadza się.

Żeby nie patrzeć w pusty oczodół kobiety, Blanche zaczyna przyglądać się rupieciom porozkładanym dookoła walizki, jakby faktycznie było wśród nich coś, czego potrzebuje: para miedzianych odważników, poplamiony halsztuk…

– Czy ten chudzielec, Ernest czy jak mu tam, z którym cię widuję, to twój mac17? – pyta ją Maria, podchodząc na tyle blisko, że Blanche czuje zalatujący od niej alkohol.

– Nie – odpowiada, odsuwając się.

– W takim razie to musi być jego ami intime18, tak? Albert? Arnaud?

Blanche powstrzymuje się, żeby nie powiedzieć tej starej wiedźmie, że to nie jej interes.

– Arthur Deneve – poprawia ją lodowatym tonem.

Ale Maria już zdążyła odwrócić się do Jenny.

– Powinnaś przyłożyć sobie mięso, żeby wyciągnęło złą krew.

– Co za głupie gadanie. Krew to tylko krew, nic więcej – stwierdza Jenny.

Blanche chwyta ją za rękaw szarej marynarki z połatanymi łokciami i popędza w dół Sacramento Street, kierując się na wschód. Ich krokom towarzyszy turkot kół wielkiego bicykla.

– Czyś ty oszalała?! Skąd ci przyszło do głowy, żeby całować tę kreaturę? – syczy do Jenny, gdy są już na tyle daleko, że stara nie zdoła ich usłyszeć. – Przecież mogłaś się czymś zarazić.

– Zarazić? Kwasem? – chichocze dziewczyna.

Blanche jest wyraźnie zaskoczona.

– Jedno chluśnięcie witriolem wystarczyło, żeby pozbawić ją połowy twarzy. W czasach gorączki złota nie stosowano półśrodków. Była tu pierwszą francuską panienką, tak przynajmniej twierdzi…

Blanche czuje dreszcz obrzydzenia. Gorączka złota zakończyła się niemal trzydzieści lat temu. Czy to możliwe, żeby ta stara jędza bez oka zdołała przetrwać aż tak długo?

– Ty naprawdę uwielbiasz wszystko, co odrażające – mówi do Jenny.

– Masz na myśli Marię?

Owszem, ma, ale czy to nie zabrzmiałoby zbyt brutalnie?

– Raczej jej historię.

– No widzisz, ja po prostu lubię różne historie – odpowiada Jenny, wzruszając ramionami.

Blanche nalega, żeby wpadły na chwilę do Hop Yik and Company po mięso.

Twarz stojącego za ladą Meia błyszczy od potu, gdy obsługuje swoich rodaków, podając im bliżej nieokreślone artykuły w bambusowych pudełkach i papierowych zawiniątkach. Blanche płaci za stek zaledwie dwa ósmaki – pewnie dlatego, że jak podejrzewa, mięso nie wytrzyma do jutra. Już teraz ma szarawy odcień, ale przynajmniej jest zimne.

Po długich namowach wreszcie udaje jej się przekonać Jenny, żeby przyłożyła sobie mięso do spuchniętego oka. Bierze od niej kierownicę i przeprowadza machinę przez ruchliwe skrzyżowanie, przecinając Dupont Street, po czym podchodzi do swojego domu pod numerem 815. Ten odcinek Sacramento Street jest tak stromy, że chodnik opada gwałtownie na wysokości parteru, gdzie Low Long ma swoje mieszkanie, warsztat i sklep obuwniczy. Jednym z pęku kluczy przytroczonych do paska Blanche otwiera drzwi i wprowadza Jenny na czarną jak smoła klatkę schodową.

– Au clair de la lune – nuci cicho – on n’y voit qu’un peu. W świetle księżyca niewiele można zobaczyć.

– Prawdę mówiąc, nic nie można zobaczyć – stwierdza Jenny. – Masz bardzo niski głos jak na taką drobną dziewczynę. Czyżby Mamannauczyła cię tej piosenki jeszcze w Paryżu?

Blanche odpowiada parsknięciem.

– Dawała mi klapsa, kiedy tylko usłyszała, że śpiewam.

– Quelle salope!19

– Mówiła, że śpiew przyciąga pioruny – tłumaczy Blanche, jakby trochę stawała w obronie swojej matki. – Nigdy o tym nie słyszałaś? Że piosenka może zmienić pogodę?

Jenny wybucha śmiechem.

– Twoim zdaniem to pewnie kolejny głupi zabobon.

– Cóż, niektórzy po prostu lubią bić dzieci – zauważa Jenny – tak jak inni lubią pić.

– O tak, Maman lubiła i jedno, i drugie – mruczy pod nosem Blanche, pnąc się schodami w górę. Myśli o przykutej do łóżka babci, z którą dzieliła materac. To ona nauczyła ją tych wszystkich starych piosenek, śpiewając jej szeptem prosto do ucha.

– Tutaj możesz zostawić swój ukochany pojazd – rzuca przez ramię.

– A właściciel nie będzie miał nic przeciwko temu?

– To ja tu jestem właścicielem.

– Aha – kwituje stojąca za nią Jenny.

Blanche wciąż jeszcze nie oswoiła się z tym faktem. Nigdy nie miała ambicji, żeby posiadać nieruchomość, ale wszystko zmieniło się kilka miesięcy temu, kiedy jeden z ich współlokatorów napomknął, że Szwajcar, który był właścicielem kamienicy, na gwałt potrzebuje gotówki, bo musi zapłacić jakąś grzywnę. Z rozbawieniem przypomina sobie, jak wytargowała znacznie niższą cenę – ostatecznie zapłaciła za budynek półtora tysiąca dolarów. I kto by pomyślał, że całe to machanie nogami w House of Mirrors i tarzanie się po hotelowych łóżkach tak szybko, niczym za sprawą czarodziejskiej różdżki, przyniesie efekt w postaci solidnych ceglanych murów…

– Mnie tam nie zależy na kupowaniu czegokolwiek – oznajmia Jenny.

Blanche lekko się obrusza. Przypomina sobie śmiech Arthura, kiedy triumfalnym gestem pokazała mu akt własności. Stwierdził wtedy, że będzie z niej świetna mała burżujka. Ale na pieniądze, które ona ściąga co tydzień od Low Longa i pozostałych dziewięciu lokatorów, jakoś wcale nie kręci nosem.

– A rewolwer, którym wymachiwałaś u Duranda? – ripostuje Blanche.

– A tak, moja spluwa – mówi z czułością Jenny – wygrałam ją w pokera od jednego żołnierza z Kalifornii.

– Dlaczego mówi się „spluwa”?

– Bo każdy może ją bez trudu naładować i oddać strzał. To proste jak splunąć.

– Założę się, że bez trudu to strzelisz sobie w nogę, jeśli będziesz trzymać go w kieszeni, rozbijając się po okolicy tą swoją machiną – mówi Blanche. – Sobie samej albo jakiemuś Bogu ducha winnemu przechodniowi, w którego akurat wjedziesz…

– Nie wystrzeli, jeśli go nie odbezpieczę – odpowiada Jenny ze śmiechem.

– Hej, skoro ci „nie zależy na kupowaniu czegokolwiek”, to skąd wzięłaś swój drogocenny bicykl, co? Nawet sobie nie wyobrażam, ile musi kosztować taki fantazyjny wehikuł.

– Ja też nie – zapewnia ją Jenny. – Znalazłam go w zeszłym tygodniu na Market Street.

– Znalazłaś? – powtarza Blanche z niedowierzaniem.

– Widziałam, jak jego właściciel rymsnął na ziemię, a potem wtaszczyli go na nosze i zabrali – wyjaśnia Jenny. – To małe tylne koło jest zdradliwe. Pierwsza lepsza koleina i przelatujesz przez kierownicę.

– A więc ukradłaś drogą maszynę rannemu człowiekowi!

Są teraz na pierwszym piętrze. Blanche czuje zapach oregano dolatujący z trzeciego. To robotnicy z Korfu, pracujący w przetwórni ogórków, gotują coś na swojej małej kuchence.

– A co, miałam zostawić bicykl na chodniku, żeby kto inny go sobie wziął?

– Chciałaś powiedzieć: „inny złodziej” – rzuca ironicznie Blanche, otwierając drzwi do swojego mieszkania.

– Cóż, burżuj, który może sobie pozwolić na kupno takiej zabawki, może też sobie pozwolić na jej stratę.

Blanche znajduje pudełko zapałek i zapala jedną.

Kiedy zamieszkała z Arthurem w budynku numer 815, stać ich było tylko na nędzną izbę na czwartym piętrze, a potem, po jakichś dwóch miesiącach jej tańczenia w House of Mirrors, przenieśli się do lepszego lokalu dwa piętra niżej. Gdy kupiła kamienicę, wynajęła ich dawny pokoik dwójce irlandzkich kapeluszników, zaś sąsiadującą z nim izbę chińskiemu sprzedawcy warzyw. Na drugim piętrze dwie Szkotki, matka i córka, prowadzą zakład fotograficzny. Ona i Arthur mają teraz do dyspozycji przestronne mieszkanie na pierwszym piętrze, dzięki czemu nie muszą pokonywać zbyt wielu stopni (co jest dużym plusem, zwłaszcza gdy Arthura bolą plecy). Powietrze, światło, przestrzeń. Co prawda nie ma tu takiej prawdziwej, oddzielnej kuchni, ale jeśli cię stać na jedzenie poza domem, po co zaprzątać sobie głowę gotowaniem.

Jenny wchodzi do środka i zatrzymuje się w korytarzu, wciąż przykładając mięso do oka, po czym zaczyna rozglądać się dookoła z niekłamaną, dziecięcą ciekawością.

Zapaliwszy kilka wiszących lamp, Blanche rzuca okiem na długi drewniany stół. Gudrun sprzątnęła wprawdzie resztki lunchu, lecz blat wciąż usiany jest okruszkami. (Gudrun, szwaczka ze Szwecji, pracuje u nich w charakterze pomocy domowej. W zamian za drobne prace porządkowe pozwalają jej mieszkać na poddaszu. Wolą taki układ niż dzielenie własnego mieszkania ze służbą. Rano i wieczorem Gudrun wpada do nich dosłownie jak po ogień – wygląda to tak, jakby nie chciała dłużej zabawić w takim przybytku).

Próbując przyjrzeć się mieszkaniu oczami swojego gościa, Blanche zwraca uwagę na pozbawione zasłon okna i zbieraninę pstrokatych mebli. Dostrzega elegancką turecką chustę przewieszoną przez wytarte oparcie sofy. W tym momencie dociera do niej, że to wcale nie przypomina la vie de boheme20, a raczej życie w jakiejś ponurej norze. Ale niby dlaczego ma się przejmować tym, co pomyśli sobie jej nowa znajoma? Jenny Bonnet to bezdomna złodziejka, która zresztą wcale się z tym nie kryje. W dodatku wypuścili ją właśnie z aresztu. Blanche sama do końca nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego właściwie zaprosiła tę dziewczynę do siebie.

Tymczasem Jenny podchodzi do okna i spogląda na ulicę. Najwyraźniej widok Sacramento Street sprawia jej przyjemność.

Podczas gdy stoi tak odwrócona plecami, Blanche rozpina górne guziki śliskiego jedwabnego gorsetu i wyciąga połowę pieniędzy zarobionych w hotelu International dzisiejszego wieczora, a następnie wsadza banknoty do szmaragdowego nocnika, który jak gdyby nigdy nic stoi sobie w kominku. (To Arthur wpadł na ten genialny pomysł podczas jednej z nocnych libacji. Stwierdził, że trzeba ukryć pieniądze w miejscu, do którego żaden włamywacz raczej nie zajrzy). Przykrywając go z powrotem pokrywką, zauważa, że w nocniku brakuje banknotów. Arthur musiał wyciągnąć spory plik, żeby móc pozwolić sobie na całą noc hazardu.

Spoglądając w wielkie lustro, dokonuje oględzin swojej fryzury. Jej włosy przypominają rój rozwścieczonych pszczół. Na doprowadzenie ich do ładu za pomocą żelazka i szpilek musiałaby poświęcić z godzinę, chwyta więc tylko jeden miodowy lok i z powrotem utyka go w roju.

Na oparciu trzcinowego krzesła leży wczorajszy „Courrier de San Francisco”. Blanche bierze gazetę, rozkłada ją na sofie i zwraca się do Jenny rozkazującym tonem:

– Siadaj tu i cały czas przykładaj sobie mięso.

Jenny ostrożnie się rozciąga. Wyjmuje rewolwer z kieszeni i chowa go pod kanapą. Mięsny sok spływa po jej twarzy wprost na gazetę. Spod przekrzywionego na bakier kapelusza wyłania się bujna kruczoczarna czupryna.

Blanche zapada się w starym fotelu na lwich nóżkach. Powinna zaparzyć kawę na lampce spirytusowej, zdjąć poplamiony masłem gorset i ubrać się w coś innego, ale nagle ogarnia ją potworne zmęczenie. Niekończący się sierpniowy upał, zderzenie z bicyklem, mocne wino, tamten connard, który po wyjściu z knajpy rzucił nią o ścianę… Odchyla głowę do tyłu i kładzie ją na oparciu, tylko na minutę.

***

Saloon Eight Mile House, San Miguel Station, czternasty września 1876 roku. Blanche siedzi skulona na jednej z beczek, które służą za stołki barowe. Nie żyje. Nie żyje, powtarza w myślach, usiłując pojąć znaczenie tych słów. Jenny leży tam martwa na podłodze. W naszej sypialni od ulicy – w sypialni McNamarów.

Za barem John McNamara majstruje przy skrzyni zegara i po chwili ją otwiera. Chwyta wahadło i unieruchamia je. Blanche zerka na tarczę: wskazówki zatrzymały się na 8.49. Czas. McNamara zatrzymał czas.

– Nasz chłopiec! – z sypialni na tyłach budynku nagle dobiega zawodzenie jego żony. Po chwili kobieta staje w drzwiach. Ma obłęd w oczach.

– Gdzie jest nasz chłopiec!?

Mąż tylko na nią spogląda, mrużąc oczy.

Blanche z trudem zbiera myśli, jakby jej umysł brodził w gęstej smole. Ten dźwięk, który słyszała, to nie był grzmot, tylko kule roztrzaskujące szybę w oknie. Grad kul, które nie trafiły w nią, siedzącą na skraju łóżka. Kul, które świsnęły jej nad głową, gdy się schyliła, żeby rozsznurować prawą nogawkę getrów.

Zaciska zęby, żeby nie wypowiedzieć na głos jego imienia – imienia mężczyzny, którego kule rozerwały jej przyjaciółkę na strzępy. Czuje, że zbiera jej się na wymioty.

Jenny! Bijący z niej blask zgaszony w jednej sekundzie.

Nagle drzwi otwierają się z impetem. Blanche w ostatniej chwili powstrzymuje krzyk.

Nie, to nie on. To tylko mały Phil Jordan ze sklepu obok. Ma oczy szeroko otwarte i przeskakuje z nogi na nogę, niczym zapaśnik wagi lekkiej. Za jego plecami stoi przygarbiony dwunastolatek.

– Słyszeliście to? – pyta Jordan tonem stanowczo domagającym się odpowiedzi.

Po chwili jego wzrok zatrzymuje się na Blanche, która wygląda, jakby pracowała u rzeźnika.

– Czy słyszeliśmy?! Kula przebiła ścianę naszej sypialni – lamentuje Ellen McNamara – i przeszła mi dwa centymetry nad głową. – W tym momencie za plecami Jordana dostrzega swojego syna, Johna juniora. Natychmiast do niego podbiega i bierze go w ramiona.

– John! Jesteś ranny?

W odpowiedzi chłopiec skowyczy z bólu, zamknięty w matczynym uścisku.

– Ten młodzieniec siedział w wychodku i robił swoje – z lekkim zakłopotaniem wyjaśnia Jordan, klepiąc go po głowie. – Hałas tak go wystraszył, że skoczył na równe nogi i grzmotnął ręką o drzwi.

– Jenny… – zaczyna McNamara z ponurą miną, odwracając głowę w kierunku sypialni.

– Nie! – z piersi Jordana wyrywa się krzyk – Tylko nie Jenny! Nie żyje? – pyta, bezgłośnie poruszając ustami, jakby to było coś wręcz nieprzyzwoitego.

McNamara potwierdza skinieniem głowy.

Dopiero teraz Blanche po raz pierwszy dostrzega poplamioną podłogę pod drzwiami do sypialni.

– Kiedy wyobrażę sobie, jak wpadasz na tych morderców… – zawodzi Ellen.

– Niepotrzebnie się tym denerwujesz – uspokaja ją mąż.

– Mówisz, że niepotrzebnie się denerwuję? Po okolicy wałęsają się oprychy albo te skośnookie szumowiny z Chinatown, a ja mam zachować kamienny spokój?

– Widziałeś coś, synu? – pyta McNamara.

John junior, z wciąż szeroko otwartymi oczami, potrząsa łepetyną.

– A nie przyszło ci do głowy, żeby czymś zasłonić lustro? – upomina Ellen swego męża i nalewa sobie whisky, rozchlapując alkohol.

– Niby czym?

– Czymkolwiek, na litość boską, co za różnica?

– Pal sześć lustro – wtrąca Jordan. – John, nie sądzisz, że powinniśmy… – urywa w pół zdania, rzucając nerwowe spojrzenie w stronę frontowych drzwi.

McNamara natychmiast poważnieje i wyciąga zza baru sfatygowaną drewnianą pałkę.

– Chyba nie zamierzasz zostawić kobiet i dzieci sam na sam z grasującym gdzieś w pobliżu rzeźnikiem? – protestuje Ellen.

– Tylko się rozejrzę – zapewnia ją John, po czym bierze broń, a Jordanowi wręcza lampę.

A co ci da pałka przeciwko pistoletowi? – zastanawia się Blanche.

Mężczyźni wychodzą na zewnątrz. Słychać, jak ich przytłumione głosy oddalają się za rogiem.

Dwadzieścia siedem, myśli Blanche. Tyle lat miała Jenny. Dwadzieścia siedem cholernych lat, przerwanych w połowie piosenki.

W sypialni na tyłach budynku młodszy synek McNamarów, Jeremiah, wciąż chlipie z przerażenia. Kate i Mary Jane próbują go uspokoić. Ellen bez słowa idzie do nich do pokoju, ciągnąc za sobą Johna juniora.

Blanche cała się trzęsie. Czuje, jakby jej ubranie stawało się coraz ciaśniejsze. Spogląda w dół: nasączony krwią Jenny materiał jej niegdyś śnieżnobiałego gorsetu całkiem zesztywniał. Przed oczyma staje jej obraz mężczyzny na werandzie. Zabójcy. Miękko i pewnie stąpa po nadgniłych deskach. Zza przekrzywionej rolety zerka do środka. Przez brudne szkło obserwuje Blanche i Jenny w kręgu rzucanego przez świecę światła. Widzi, jak szykują się do snu, gawędząc o jakiejś kołysance.

Ellen wraca na salę, niosąc coś, co przypomina płaszcz przeciwdeszczowy, po czym wchodzi na stołek i niezdarnie owija materiałem wielkie lustro.

Abrakadabra, jak pewnie skomentowałaby Jenny te wszystkie rytuały odprawiane nad zegarem i lustrem.

Irlandka duszkiem wychyla szklankę whisky, nie częstując Blanche, która przez cały czas uparcie wpatruje się w podłogę – nie może przecież pozwolić, by ci ludzie się domyślili, że to ona przywlekła z miasta nieszczęście ciągnące się za nią niczym niewidzialny ogon. Że wie, kto zabił Jenny. Co więcej: że to wszystko jej wina.

Mężczyźni wracają do środka, robiąc przy tym sporo hałasu.

– Ciemno choć oko wykol – narzeka McNamara.

A co z księżycem? Nie było żadnej poświaty? Spoglądając przez brudną szybę, Blanche widzi, że niebo zaciągnęło się chmurami. Au clair de la lune, on n’y voit qu’un peu.21

– Żadnych śladów – dodaje Jordan.

To znaczy, że zabójca Jenny już się ulotnił? Serce podchodzi jej do gardła na samo wspomnienie jego twarzy: kiedy widziała go po raz ostatni, w jego ponurych oczach kipiała wściekłość, choć w tym spojrzeniu kryło się znacznie więcej.

Ellen napełnia dwie szklanki.

McNamara wychyla swoją jednym haustem.

– Proszę pani, proszę pani? – zwraca się w stronę Blanche.

Jej ciałem wstrząsa lekki dreszcz, gdy dostrzega wreszcie, że gospodarz mówi do niej.

– Może napije się pani jednego na uspokojenie nerwów?

Blanche odpowiada skinieniem głowy i wyciąga rękę. Whisky pali jej gardło. I o to chodzi. Jak mawia pewien znany jegomość: Czasem zbyt wiele wina ledwo wystarcza – słyszy w głowie żartującą Jenny.

– Zrobiliśmy wokół domu dwie rundy. Obeszliśmy też mój bar – oznajmia Jordan z poważną miną. – Doszliśmy aż do torów, mijając po drodze staw. Nigdzie ani śladu.

Przecież ci durnie nie zauważyliby śladu mordercy, nawet gdyby wymalował go dla nich farbą wielkimi literami!

Blanche nie wolno nawet w myślach wypowiedzieć jego imienia. Już sam wyraz twarzy mógłby ją zdradzić – zdradzić tę potworną wiedzę. Tak, ona wie, co nie znaczy, że rozumie. Prawdę powiedziawszy, w ogóle tego nie pojmuje. Skąd on się dowiedział, że razem z Jenny wylądowały na tym pustkowiu, akurat w pobliżu San Miguel Station, prawie trzynaście kilometrów na południe od centrum miasta?

Obaj mężczyźni wchodzą do sypialni mieszczącej się od strony ulicy. Z tego, co słychać, opuszczają i podnoszą do góry okno, a przynajmniej to, co z niego zostało. Blanche ma nadzieję, że wyprostowali powykręcane zwłoki nieszczęsnej Jenny, żeby choć trochę przypominały ciało człowieka. Albo chociaż przykryli je prześcieradłem, tak jak przykrywa się krzesła w opuszczonym domu. Dokładnie tak uczyniłaby sama, gdyby tylko mogła usiąść prosto i ruszyć się z beczki, na której przycupnęła niczym rozbitek ocalały z katastrofy statku.

Ellen gdzieś zniknęła. Za to z korytarza wyłania się teraz dwóch małych McNamarów wraz z piętnastoletnią Mary Jane. Bosymi stopami dotykają krawędzi brązowiejącej plamy pod drzwiami sypialni. Wybałuszonymi oczami przyglądają się temu, co dwaj mężczyźni robią w środku. Blanche chciałaby, żeby ktoś je stamtąd przegonił. Ale ona sama nie może tego zrobić. Jej ciało ani drgnie.

– To musiała być śrutówka – rzuca przez ramię Jordan i wychodzi z pokoju, odpychając dzieci na bok. – Kaliber 10, a ty jak myślisz, John?

Irlandczyk wraca do saloonu, potrząsając bujną czupryną. Wyciąga jedną rękę do góry i przysuwa ją do wiszącej na ścianie lampy, żeby bliżej się przyjrzeć jej lepkiej zawartości.

– Raczej kaliber 12, załadowana grubym śrutem. Mamy sześć… nie, pięć kulek: jedna, którą wyciągnąłeś ze ściany, Phil, plus cztery, które wciąż tkwią w zagłówku łóżka. Wyglądają mi na zwykłe jedynki.

– Na moje oko dwójki.

Jak mali chłopcy, którzy poszli na jagody i teraz z dumą pokazują swoje zbiory – stwierdza w duchu Blanche. I nagle ogarnia ją gniew. Cała zaczyna się trząść. Jeszcze chwila i wijąc się niczym wąż, spełznie na podłogę. Kaliber 10, kaliber 12, skąd on wziął taką broń i gdzie się nauczył z niej strzelać? To wszystko nie trzyma się kupy. Ile dni temu uznał, że jedynym rozwiązaniem – nie, nie, jedynym właściwym wyrazem jego wściekłości – będzie zastrzelenie Jenny?

Wydawało jej się, że go zna. Ale wydawało jej się też wiele innych rzeczy, które okazały się jedną wielką bzdurą.

McNamara rzuca pociski na kontuar i chustką do nosa bezskutecznie próbuje wytrzeć rękę. Nalewa sobie kolejną szklankę whisky i tak mocno trąca się nią z żoną, że część alkoholu ląduje na zewnątrz.

– Pokój jej duszy.

– Psy! – mówi nagle Phil Jordan. – Jakim cudem jakiś Chińczyk dałby radę wejść na waszą werandę, skoro są na niej psy?

Wszyscy wlepiają w niego wzrok.

– Chodzi ci o ten jego zapach? – upewnia się McNamara.

Niski mężczyzna zaprzecza, machając ręką.

– Nie, ja mówię o każdym obcym z miasta, nieważne, czy to byłby facet od czarnej roboty, czy jakiś bandzior, czy Bóg raczy wiedzieć, kto tam jeszcze. Ważne, że psy powinny szczekać jak szalone, nie?

Ale przecież szczekały, prawda? – Blanche przypomina sobie potworne wycie.

Mary Jane wychodzi z jadalni. W jednej ręce trzyma wiadro, w drugiej szmatę na kiju i miotłę, wycelowane w górę, jakby to była broń.

– Idź no teraz do pokoju gościnnego – mówi do niej matka – bo inaczej całą noc będziemy roznosić po podłodze krew i szkło.

Dzieci rozpierzchają się po domu. Ale John McNamara podnosi ręce na znak protestu.

– Nie możemy sami tego zrobić. Musi tu najpierw przyjechać policja i obejrzeć miejsce zbrodni. – Słowo „policja” wypowiada z wyraźnym irlandzkim akcentem, zaś „miejsce zbrodni” brzmi w jego ustach tak sztucznie, jakby cytował jakąś tanią powieść sensacyjną.

Blanche ma w tej chwili ochotę dać mu w twarz, ażby się nogami nakrył, za tę jego pijacką paplaninę i ten jego saloon, w którym aż się roi od much krążących wokół każdej cuchnącej kropli alkoholu. Za tę nędzną pościel i oślizgłe deski w sypialni, gdzie w kącie niczym kupa śmieci leży ciało, które kiedyś należało do Jenny.

Mary Jane niepewnie odstawia wiadro i miotłę.

– Jeszcze nie posłałeś po policję? – syczy przez zęby Ellen McNamara.

– Która godzina? – pyta mąż, ignorując słowa żony.

– A skąd mam wiedzieć?

Oczy wszystkich zwracają się na nieruchome wskazówki zegara, które wciąż pokazują 8.49.

– Phil, skoczyłbyś do pani Holt z telegramem? – pyta McNamara.

Sąsiad wyrzuca w górę swoje zadbane ręce w geście protestu.

– No wiesz, to nie jest mój dom… – tłumaczy.

– A co to, do cholery, za różnica, czyj…

– Mówię tylko, że chętnie ci pomogę, tak po sąsiedzku, ale nie chcę, żeby gliny mi się wtrącały w interes.

– Ale przecież to ja wysyłam wiadomość i ja za to płacę, nie? – wścieka się McNamara.

– To dlaczego sam z tym nie pójdziesz na stację?

– Bo ta