Wydawca: Ole Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 224 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Muzyczny alfabet - Marek Sierocki

Spotkania Marka Sierockiego z idolami popkultury!

50 sylwetek gwiazd estrady – polskich i zagranicznych – oraz ich największe przeboje w osobistej relacji jednego z najpopularniejszych polskich prezenterów. Wspomnienia opatrzone fragmentami archiwalnych wywiadów Sierockiego emitowanych w Radiu Vox.

Opinie o ebooku Muzyczny alfabet - Marek Sierocki

Fragment ebooka Muzyczny alfabet - Marek Sierocki

Marek Sierocki

Witold Górka

Alfabet muzyczny. Od Abby do Zucchero

Autorzy: Marek Sierocki, współpraca Witold Górka

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Projekt wnętrza: Robert Rejch/ Dolina Literek

Redakcja merytoryczna: Witold Górka

Spisanie nagrań i adiustacja językowa: Jan Górka

Korekta: Kropki Kreski Monika Buraczyńska

Skład: TYPO 2

Text copyright© 2014 by Marek Sierocki i Witold Górka

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o., Warszawa 2014

Wydawca:

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

e-mail:biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN: 978-83-7881-409-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.i Krzysztof Talarek / Virtualo Sp. z o.o.

Bardzo serdecznie zapraszam Państwa do lektury tej książki. Poświęciłem ją ludziom, którzy swoim talentem i pracą uczynili ten świat jeśli nie lepszym, to z pewnością przyjemniejszym. Przy ich muzyce bawię się, wypoczywam, doznaję wielkich wzruszeń. To ich muzyka jest osią mojej już prawie trzydziestoletniej pracy zawodowej.

Jestem didżejem. Wsłuchuję się w melodie, dźwięki i rytmy. Staram się, najlepiej jak potrafię, ułożyć z tego dramaturgiczną całość. Wciągam do zabawy, namawiam do tanecznej euforii i radości wspólnego śpiewania. Pilnuję, żebyśmy w odpowiednim momencie potrafili odpocząć w poczuciu komfortu i przyjemności. Jeśli mi się to udaje, jestem szczęśliwy. Bez muzyki – to wszystko byłoby niemożliwe.

Jestem dziennikarzem muzycznym. Pracuję w Teleexpressie i Radiu VOX FM. Opowiadam tam o moich muzycznych fascynacjach i prowadzę rozmowy z ludźmi, którzy ciężko pracują dla naszej rozrywki. Rozmawiamy o rzeczach przyjemnych, a czasami smutnych i nawet bolesnych. Dzięki temu i ja, i Państwo dowiadujemy się czegoś o procesie twórczym, o mechanizmach przemysłu rozrywkowego.

Bywam organizatorem i producentem. Staram się, by nic naprawdę godnego uwagi nie zniknęło bez śladu. Organizuję koncerty, robię programy telewizyjne i wydaję składankowe płyty.

Jestem wreszcie normalnym słuchaczem, człowiekiem, który w dzieciństwie często buntował się przeciwko estetycznemu gustowi pokolenia rodziców, by z czasem wiele swoich sądów zweryfikować. Przeżywałem wiele młodzieńczych fascynacji różnymi wykonawcami, o niektórych z nich już zapomniałem, niektóre są ciągle żywe.

Ta książka to próba uporządkowania tego wszystkiego, co w muzyce dla mnie najważniejsze. Zarówno zawodowo, jak i prywatnie. Jak to z takimi wyborami bywa – zapewne wielu wykonawców zabrakło. Starałem się jednak wybrać i opowiedzieć o takich, których twórczość wydaje mi się najważniejsza. Nie tylko dlatego, że dobrze mi się ich słucha, gdy jadę samochodem, albo dlatego, że setki, tysiące dyskotek, które prowadziłem, potwierdziły ich parkietową skuteczność. Także ze względu na rolę, jaką odegrali w rozwoju współczesnej muzyki tanecznej (choć nie tylko tanecznej, o czym świadczy obecność w tym wyborze na przykład zespołu SBB).

Zapraszam do zapoznania się z tą garścią informacji, wspomnień i fragmentów rozmów. Proszę nie zapomnieć o włączeniu stosownej płyty. W końcu słowa są tylko dodatkiem. Najlepsza jest muzyka.

Marek Sierocki

AbbaZawsze zazdrościłem Markowi Kościkiewiczowi…

Konkurs Eurowizja, pokazywany przez Telewizję Polską w latach siedemdziesiątych, był jednym z nielicznych okienek, w którym mogliśmy zobaczyć, jak wyglądają europejscy artyści. I tak przyszedł rok 1974, kiedy usłyszeliśmy piosenkę „Waterloo” szwedzkiego zespołu Abba. Zobaczyliśmy także, jak czwórka muzyków oryginalnie prezentuje się na scenie. Utwór „Waterloo” szybko zawojował światowe stacje radiowe, także nasze, państwowe radio. Rozpoczęło się pasmo niezwykłych sukcesów Abby, zespołu, który podbił cały świat, a pochodził z kraju, w którym mieszkało zaledwie kilka milionów ludzi. Pokochała ich Europa, pokochała Ameryka, pokochała Australia. Dokument rejestrujący australijską trasę był jednym z pierwszych filmów muzycznych wyświetlanych w naszych kinach.

Jak to zwykle bywa, publiczność podzieliła się na dwa wrogie obozy, jedni kochali Abbę – za przebojowe, niezwykle melodyjne piosenki, inni pogardzali nią, uznając ją za kwintesencję kiczu. Oczywiście byłem wśród tych pierwszych. Także dziś, kiedy po latach przyglądam się tym produkcjom, jestem pod wrażeniem. Zachwyca mnie, jak precyzyjnie zostały nagrane, jak czysto zostały zaśpiewane, jak fajne i bogate są aranżacje wykorzystujące instrumenty smyczkowe, sekcję dętą, świetną sekcję rytmiczną. Tu trzeba wspomnieć o polskim akcencie w tej fabryce przebojów. Przez lata członkiem zespołu akompaniującego wokalistom był polski saksofonista mieszkający w Szwecji Kajtek Wojciechowski.

Polubiłem Abbę. Za wszystko, za chwytliwą nazwę utworzoną z pierwszych liter ich imion, za styl, profesjonalizm i wreszcie za coś, co było mi szczególnie bliskie: za umiejętność pisania rewelacyjnej muzyki tanecznej. Posłuchajmy, jak doskonałym kawałkiem dyskotekowym jest „Gimme! Gimme! Gimme! (A Man After Midnight)”. Tak przy okazji, to nie przypadek, że po latach Madonna wykorzystała motyw syntezatora z tej piosenki w swoim hicie „Hung Up”, to świadomy hołd oddany poprzednikom. Abba w promocji wykorzystywała także wątki z życia prywatnego: wiedzieliśmy o tym, że to dwa małżeństwa. Czekaliśmy na kolejne plotki, czy się kłócą, czy rozwodzą. Dziś to norma, wtedy należało do rzadkości. Pamiętam, jak opowiadaliśmy sobie pełni podniecenia, że nie latają razem samolotem, aby w razie katastrofy ktoś przeżył. Jednym słowem – Abba nas kręciła.

Aż wreszcie nadszedł dzień, gdy legendarna, topowa grupa pojawiła się w Polsce. W 1976 roku, dzięki pomocy polskiego architekta, który projektował Polar Studios (miejsce, gdzie Abba nagrywała swoje płyty) Michała Borowskiego, wystąpili w telewizyjnym programie Studio 2. Abba była wtedy w najlepszym momencie swojej kariery, śpiewali „Mamma Mia”, „Dancing Queen” czy „Money, Money, Money”, piosenki, które królowały na światowych listach przebojów. Zawsze zazdrościłem Markowi Kościkiewiczowi, twórcy De Mono, że jako członek harcerskiego zespołu Gawęda był na widowni podczas nagrania programu. To był wtedy jedyny taki przypadek, że artyści światowego formatu, w szczytowym momencie swojej kariery, przyjechali do Polski i wystąpili w telewizji. Polskie Nagrania, państwowa firma wydająca płyty, postarały się o licencje i mogliśmy wystawać godzinami przed sklepem, mając nadzieję, że uda się nam kupić ich płytę.

Teraz czas na dygresję. To dla mnie bardzo interesujące, jak Szwedzi wbili się przebojem na światowy rynek muzyczny. Wspomniane już Polar Studios szybko stało się atrakcyjne dla gwiazd z całego świata. Tam powstała słynna piosenka Fridy „I Know There’s Something Going On”, w której obok wokalistki Abby możemy usłyszeć Phila Collinsa. Nagrywali tam swoje płyty tacy artyści, jak Led Zeppelin, Rammstein, Roxy Music, Genesis, Adam Ant, Backstreet Boys, Britney Spears czy Céline Dion. Gdy byłem w Sztokholmie kilka lat temu, poprosiłem producenta i kompozytora polskiego pochodzenia Jany Shellę, by pokazał mi to słynne studio. „Nie ma problemu, to tylko dwie ulice stąd”. Poszliśmy, byłem bardzo podniecony myślą, że obejrzę to legendarne miejsce. Niestety, okazało się, że studio zostało sprzedane i w tym budynku otworzono klub fitness. Co za niefart.

Ten wspaniały boom wywołany przez Abbę zaowocował czymś jeszcze, czymś niezwykle ważnym. Tamto społeczeństwo zostało bardzo umuzykalnione. Przykład Abby i późniejszych szwedzkich gwiazd, jak Secret Service czy Roxette, ożywił Szwedów na tyle skutecznie, że, jak mówili mi organizatorzy preselekcji na konkurs Eurowizja, rokrocznie zgłoszonych jest tam 7–10 tysięcy piosenek. Dla porównania: w Polsce niewiele więcej niż sto. To jest różnica, prawda?

To właśnie sprawiła Abba. Stworzyli muzykę, która zachowując pewne elementy melodyki, harmonii skandynawskiej, jest zarazem czytelna i popularna na całym świecie. W jakiś sposób ponadczasowa, czego dowodzi choćby sukces musicalu i filmu „Mamma Mia”. Lubię w Abbie także to, że potrafili zdecydowanie powiedzieć ostatnie słowo, nagrać w 1982 roku płytę „Visitors” i podziękować, zakończyć działalność. Było świetnie, ale teraz każde z nas idzie własną drogą. Czuli, że nie da się tego kontynuować, małżeństwa się rozpadły, emocje były już zupełnie inne, nie skusiły ich nawet ogromne pieniądze. Nie ma powrotu do legendy.

Zostały piosenki. Uwielbiam te kompozycje, ale szczególnie „Dancing Queen”, to dla mnie najlepszy utwór taneczny świata. Gram go często na różnych dyskotekach i jestem pewien, że zawsze będzie wzbudzał szczery entuzjazm słuchaczy.

Abba to najsłynniejszy szwedzki zespół muzyczny. W jego skład wchodzili Ann-Frid Lyngstad, Agnetha Faltskog, Bennt Anderson i Bjorn Ulvaeus. Nazwa zespołu powstała od pierwszych liter imion jego członków. Zespół działał w latach 1973–1982. Kariera formacji rozpoczęła się od zwycięstwa w Eurowizji w 1974 roku piosenką „Waterloo”. Ich płyty rozeszły się w nakładzie ponad trzystu osiemdziesięciu milionów egzemplarzy. Najsłynniejsze przeboje Abby to: „Waterloo”, „Mamma Mia”, „Dancing Queen”, „Money, Money, Money”, „Knowing You, Knowing Me” i „Gimme, Gimme, Gimme! (A Man After Midnight)”. Na podstawie piosenek Abby powstał musical „Mamma Mia”, a w roku 2008 na jego podstawie nakręcono film fabularny.

BajmJak te dzieci szybko rosną…

Rok 1978, Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu, konkurs debiutów, a w jego programie pojawia się praktycznie nikomu nieznany zespół z Lublina, który nazywa się Bajm. Śpiewają piosenkę „Piechotą do lata” i zdobywają drugie miejsce. Przyznam się, że nie pamiętam, kto wtedy wygrał ten konkurs (sprawdziliśmy dla ciekawskich: Ilona Wieczorek piosenką „Kołysanka”). Bajm zrobił na mnie ogromne wrażenie, a piosenka „Piechotą do lata” była prawdziwym hitem. Później długo oczekiwaliśmy na następne nagrania. Wreszcie ukazały się pierwsze single i album zespołu Bajm, zaskoczenie było pełne. To już w niczym nie przypominało studenckiego zespołu z akustycznymi gitarami i bębenkiem, grającego muzykę z pogranicza bardzo sympatycznej piosenki turystycznej, a takimi pamiętaliśmy ich po opolskim koncercie. Usłyszeliśmy nowe, ostre utwory poprockowe z ostrymi gitarami i ciekawymi riffami: „Józek, nie daruję ci tej nocy”, „Co mi, Panie, dasz” czy „Nie ma wody na pustyni”. Mocne wejście do czołówki polskiej sceny muzycznej.

Początek lat osiemdziesiątych był bardzo udany dla zespołu Bajm. Charakterystyczny głos Beaty Kozidrak, mocne brzmienie zespołu, melodyka tych utworów oraz słowa, szlagworty, które miały w sobie tę cudowną moc, powodujące, że nie sposób się od nich uwolnić, to wszystko sprawiało, że piosenki Bajmu zdobywały popularność. Pojawiły się kolejne albumy i kolejne przeboje: „Płynie w nas gorąca krew” czy piosenka, którą szczególnie lubię: „Dwa serca, dwa smutki”, przepiękna ballada, ciarki przechodzą mnie po plecach, gdy tego słucham.

***

MS: Opowiedz nam o piosence „Blondynka”…

Beata Kozidrak: Inspiracją do napisania tego tekstu była biografia Marilyn Monroe. Opowiada o tym, że kobiety, które osiągnęły sukces, wielki sukces w życiu zawodowym, są podziwiane przez innych, tak naprawdę często nie potrafią znaleźć szczęścia w miłości i wracają do pustego domu. Wiele takich kobiet jest…

MS: Pamiętam, jak zaśpiewałaś w Opolu „Szklankę wody”, to publiczność w amfiteatrze zwariowała. Publiczność w Opolu kocha ciebie i kocha Bajm.

Beata Kozidrak: Tak, bo ja jestem dzieckiem Opola. Urodziłam się w Lublinie, ale artystycznie narodziłam się w Opolu, tam klamka zapadła, kocham muzykę, kocham scenę i to jest moim przeznaczeniem.

***

Pierwszy raz na żywo usłyszałem Bajm w 1983 albo na początku 1984 roku w Hybrydach. To robiło wrażenie, szczególnie Beata z tą jej charyzmą, wspaniałą umiejętnością przemiany z ciepłej, spokojnej dziewczyny w drapieżną wokalistkę i uwodzącą publiczność showmenkę. Beata jest taka do dziś. Ona kocha scenę, łatwo nawiązuje kontakt z publicznością. Jej niezwykła, niezmienna od trzydziestu lat ekspresja sprawia, że koncerty Bajmu stają się niezapomnianymi przeżyciami. Od tamtej pory wiele razy widziałem ich na różnych koncertach, festiwalach, eventach firmowych czy występach podczas pikników w różnych miastach. Zawsze było świetne granie. Muzycy Bajmu mają to do siebie, że niezwykle poważnie podchodzą do każdego spotkania z publicznością. Nie ma dla nich koncertów mniej ważnych. Także dzięki temu przetrwali tyle lat na scenie.

Gdy w 2000 roku pierwszy raz byłem dyrektorem artystycznym Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, miałem po konkursie premier dwadzieścia minut do zagospodarowania. Wpadłem na pomysł, aby ten czas, potrzebny na obrady jury i podliczenie SMS-ów, wypełnił minirecital zespołu Bajm. Wspominam do dziś ten moment, gdy Beata wyszła na scenę, a publiczność opolska, która ją niezmiennie kocha, wpadła w jakiś szał, zachwyt i uwielbienie. Świetnie się poczułem, byłem przecież za ten sukces w jakimś malutkim fragmencie odpowiedzialny.

Myślę, że za sukcesami Bajmu stoi także decyzja Andrzeja Pietrasa, prywatnie męża Beaty, by przestać występować na scenie i przejąć funkcję menedżera grupy. Stratę instrumentalisty reszta muzyków jakoś przeżyła, ale za to zyskali fantastycznego i niebywale oddanego organizatora. Znam wielu menedżerów muzycznych i mogę śmiało powiedzieć, że Andrzej to absolutna czołówka. Dla niego praca nie kończy się na podpisaniu umów, zagraniu koncertu i rozliczeniach finansowych. On myśli o karierze zespołu kompleksowo, dba o muzykę, o dobór kompozycji na każdy album. Wiem, że testuje piosenki, puszcza różnym osobom utwory, dobiera producentów, aby kolejne płyty brzmiały dobrze, a zarazem miały w sobie jakieś nowe elementy. Robi także coś, co jest szczególnie rzadkie: odpowiednio nam Bajm dawkuje, nie dławi rynku nowymi utworami. Dba wreszcie o wizerunek sceniczny.

Na zakończenie taka regionalna refleksja: Bajm reprezentuje lubelskie zagłębie muzyczne, z którego wywodzi się także Budka Suflera. Jest w tych ludziach coś specyficznego, jakiś rodzaj łagodności i śpiewnej słowiańskiej muzykalności. I Bajm, i Budka sprawiły, że uważniej przyglądam się muzycznym propozycjom z tamtego regionu.

Aha, jeszcze osobiste wspomnienie. Pamiętam, jak kiedyś Beata przyjechała do Teleexpressu przy okazji prezentacji płyty i przyszła z takim trzymadełkiem. Była w nim jej młodsza córka, która niedawno się urodziła. Starsza Kasia miała osiem czy dziweięć lat i pilnowała swojej młodszej siostry. Jakoś tak szybko ten czas zleciał i nagle zobaczyłem Kasię na scenie. Towarzyszy mamie, śpiewając w chórkach. Cudne i optymistyczne: Bajm dwupokoleniowy.

***

Bajm to zepół poprockowy, który powstał w 1978 roku w Lublinie. Nazwa pochodzi od pierwszych imion założycieli: Beaty Kozidrak, Andrzeja Pietrasa, Jarka Kozidraka i Marka Winiarskiego. Skład formacji wielokrotnie ulegał zmianom, ale od samego początku najważniejszą postacią w zespole jest wokalistka Beata Kozidrak. Pierwszym sukcesem Bajmu było drugie miejsce zdobyte w konkursie debiutów Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1978 roku. Śpiewali wtedy utwór „Piechotą do lata”. Inne przeboje Bajmu to: „Józek, nie daruję ci tej nocy”, „Co mi panie dasz”, „Nie ma wody na pustyni”, „Biała armia”, „Dwa serca, dwa smutki”, „Szklanka wody”, „Myśli i słowa”. Zespół jest laureatem wielu nagród, między innymi Superjedynek. Bajm ma na koncie dziesięć studyjnych albumów. Beata Kozidrak wydała też dwa solowe albumy.

Bee GeesGorączka sobotnich nocy

Większość fanów na całym świecie wie, że grupa Bee Gees jest zespołem australijskim. To prawda, tworzący zespół bracia Gibbowie dorastali w Australii, ale tak naprawdę są Brytyjczykami. Bee Gees powstał w 1958 roku, wierzyć się nie chce, że to było już tak dawno. Barry, Robin i Maurice Gibbowie oraz Andy, czwarty brat, który wybrał solową karierę, zdobyli na świecie ogromną popularność już w latach sześćdziesiątych. Świetnie im się powodziło także w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych, ale na sam szczyt wdarli się tanecznym krokiem w 1977 roku, kiedy na ekrany kin wszedł film „Gorączka sobotniej nocy”. Głównego bohatera zagrał młody John Travolta, który świetnie tańczył i nawet wygrał konkurs w jednym z klubów dyskotekowych. Producent Robert Stigwood zlecił zespołowi nagranie ścieżki dźwiękowej do tego filmu, w którym muzyka gra pierwszoplanową rolę. Bracia Gibbowie doskonale wywiązali się z tego zadania, byli nominowani do Złotych Globów i nagrody BAFTA, a co ważniejsze, zawładnęli parkietami na całym świecie. Album z tymi nagraniami to ścieżka dźwiękowa wszech czasów, żadna inna płyta z piosenkami z filmu nie sprzedała się w takim nakładzie. Kolejne single pochodzące z tego krążka: „How Deep Is Your Love”, „Stayin’ Alive” i „Night Fever” dochodziły do pierwszego miejsca amerykańskiej listy przebojów, zrobiły też oszałamiającą karierę w Europie. Oprócz nich światowymi bestsellerami stały się także inne piosenki z tego filmu: „If I Can’t Have You” zaśpiewana przez Yvonne Elliman czy „More Than a Woman”, którą śpiewali zarówno Bee Gees, jak i grupa Tavares.

Te lata to była prawdziwa gorączka beegeesomanii, pamiętam, jeszcze chodziłem wtedy do szkoły średniej. Pierwsze dyskoteki, które prowadziłem, były autentycznie zawojowane przez piosenki Bee Gees. To szczególnie interesujące – ikoną muzyki dyskotekowej stał się zespół, który nie miał typowego brzmienia disco, grali raczej popowe utwory, które po prostu fantastycznie nadawały się do tańca. Ich rytm jest tak genialny, że bez względu na zmieniające się mody nie przestają być najczęściej granymi utworami w klubach, na dyskotekach czy podczas rozmaitych eventów, to jest absolutna czołówka utworów muzyki tanecznej.

Bee Gees pracowali także przy innych filmach, zawsze pisząc doskonałe utwory, jak choćby tytułowy utwór filmu „Grease”, którego wykonawcą był Frankie Valli. Wyjątkową przygodą był dla nich udział w filmie „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, gdzie nie tylko zmierzyli się z muzyką The Beatles, ale również zagrali w nim razem z odtwarzającym główną rolę wokalistą i gitarzystą Peterem Framptonem. W 1983 roku nagrali muzykę do kontynuacji „Gorączki sobotniej nocy”, czyli filmu „Staying Alive”. Największym hitem tego filmu była piosenka „The Woman in You”.

W tym samym czasie niesamowite sukcesy odnosił także młodszy brat Gibbów Andy, którego największym hitem była piosenka „Shadow Dancing”. Jego kariera zakończyła się tragicznie. Wydaje się, że jak wielu innych, ogromny sukces go przerósł, a narkotyki i alkohol sprawiły, że zmarł w marcu 1988 roku.

Bracia Gibbowie w latach osiemdziesiątych ograniczyli nagrywanie płyt, koncentrując się na wspólnych przedsięwzięciach z innymi artystami, pisali dla nich muzykę, produkowali, grali, śpiewali. W ten sposób powstały cztery absolutnie genialne krążki: „Guilty” Barbry Streisand, „Heartbreaker” Dionne Warwick, „Eaten Alive” Diany Ross i „Eyes That See in the Dark” Kenny’ego Rogersa. Równocześnie Robin Gibb świetnie sobie radził w solowej karierze i nagrywał fantastyczne przeboje: „Juliet” czy „How Old Are You”.

W 1997 roku miał miejsce spektakularny comeback grupy Bee Gees. Wydali wtedy koncertową płytę zatytułowaną „One Night Only” – to był zapis koncertu, który odbył się w Las Vegas. Przypomnieli podczas niego swoje największe hity i zaśpiewali też utwory, które pisali dla innych artystów. Udowodnili tym koncertem i płytą, że zasługują na miejsce w panteonie sław. Pokazali też, że nie zamierzają ustąpić tego miejsca młodszym. Ciągle żywi… Niestety, w 2003 roku zmarł na zawał serca Maurice Gibb. Barry i Robin postanowili zawiesić działalność zespołu, aby ta nazwa pozostała kojarzona z nimi trzema, nie zaś z duetem.

Zawsze żałowałem, że grupa Bee Gees nie przyjechała do Polski i nie miałem okazji, by usłyszeć ich na żywo. Na koncertach, które możemy oglądać na DVD, ich przeboje brzmią fantastycznie. Szczęśliwie w 2011 roku przyjechał do Polski Robin Gibb i wystąpił w warszawskiej Sali Kongresowej, a oprócz utworów ze swojej solowej kariery zaśpiewał także znane piosenki Bee Gees. To był dla mnie niezapomniany i bardzo wzruszający koncert. Niestety, dokładnie rok później dotarła do nas wiadomość o śmierci artysty.

***

Bee Gees to brytyjski zespół założony w 1958 roku przez braci Robina, Barry’ego i Maurice’a Gibbów. W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych zespół odnosił dosyć skromne sukcesy. Szczyt ich popularności przypadł w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, kiedy stali się ikoną muzyki disco. Ich utwory pochodzące ze ścieżki dźwiękowej filmu „Saturday Night Fever” odniosły niebywały sukces na światowych listach bestsellerów. „Stayin’ Alive”, „Saturday Night Fever”, „More Than A Woman” to klasyka ery disco, a ballada „How Deep Is Your Love” to jedna z najpiękniejszych miłosnych piosenek wszech czasów. Bracia Gibbowie pisali też przeboje dla innych wykonawców. Te gwiazdy to: Barbra Streisand, Dionne Warwick, Diana Ross, Céline Dion i Kenny Rogers. Albumy Bee Gees rozeszły się w nakładzie ponad dwustu dwudziestu milionów egzemplarzy. Działalność Bee Gees przerwała śmierć Maurice’a Gibba w 2003 roku.

Bon JoviHotelowy kamuflaż

Bon Jovi to jeden z moich ulubionych zespołów z lat osiemdziesiątych, bardzo przypadła mi do gustu ich muzyka. Była to fantastyczna fuzja ostrych, soczystych brzmień hardrockowych, doskonale znanych mi z lat siedemdziesiątych, z żywiołowością i przebojowością charakterystycznymi dla następnej dekady. A nad tym wszystkim dominował specyficzny i łatwo rozpoznawalny wokal Jona Bon Joviego.

Nie przypuszczałem, że kiedykolwiek zetknę się z nimi na żywo. Szczególnie, że w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zespół wyraźnie przycichł. Nadszedł rok 2000 i pojawił się ich sztandarowy przebój „It’s My Life”, pierwszy singlowy utwór zapowiadający album „Crush”. Zaraz po wydaniu albumu grupa wyruszyła w trasę związaną z promocją albumu. Oprócz koncertowania Bon Jovi nagrywali krótkie recitale telewizyjne w niektórych krajach. Jednym z nich była Polska.

Przyjechali do nas z Niemiec, a stąd mieli udać się do Rosji. O możliwości nagrania programu w ramach cyklu „Gwiazdy w Jedynce” dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili. Wszystkie studia były zajęte, a cykl realizowaliśmy w konkretnej scenografii. Musieliśmy coś szybko wymyślić. Wynajęliśmy klub Lokomotywa przy ulicy Kolejowej, tam przywieźliśmy całą scenografię, wszystko w ogromnym tempie, na styk. O umówionej godzinie panowie z Bon Jovi przyjechali z lotniska, szybka charakteryzacja, krótka próba, rejestracja występu i na zakończenie nagranie krótkiego wywiadu. Zespół był świetnie przygotowany, profesjonalny, więc wyszło bardzo dobrze.

Wtedy, podczas krótkich przerw mogliśmy sobie trochę pogadać. Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy o związkach zespołu z Polską. Przede wszystkim rodzice gitarzysty Richiego Sambory pochodzą z Krakowa, klawiszowiec David Bryan także ma polskie korzenie, a szefem ochrony zespołu jest Robert Kozłowski, pochodzący z Białegostoku. Podobno Jon Bon Jovi zawsze melduje się w hotelach pod jego nazwiskiem, więc jeśli jest w hotelu jakiś Robert Kozłowski, to macie szansę spotkać właśnie Jona Bon Joviego. Rozmawiałem z panem Robertem. On raczej unika opowiadania o tym, że jest Polakiem. Często zdarzało mu się, że nasi rodacy, dowiadując się, z kim pracuje, nadużywają tego i proszą go o umożliwienie kontaktu z zespołem i inne rzeczy, których to próśb on nie może spełnić.

Następne moje spotkanie z zespołem miało miejsce niewiele później, w Londynie, na promocji kolejnego albumu. Byłem w grupie dziennikarzy z Polski, którzy dostali zaproszenie na to spotkanie. Kiedy cała nasza piątka czy szóstka zbliżała się do klubu, gdzie to się odbywało, opowiedziałem kolegom o Robercie i wymyśliłem taki niewinny performance. Zaproponowałem, żeby każdy z nas wchodził po kolei i z absolutną powagą mówił do szefa ochrony po polsku „dzień dobry”. Tak zrobiliśmy, Robert był strasznie zdziwiony, dopiero na końcu zobaczył mnie i bardzo się z tego śmiał. Sama konferencja była bardzo ciekawa i na niej także pojawiły się polskie akcenty. Ktoś zapytał członków zespołu, jakie jest ich ulubione jedzenie. Jon Bon Jovi powiedział, że najbardziej lubi żurek i pierogi. Zawsze, jak wybierają się do mamy Richiego Sambory, mama przygotowuje je specjalnie dla niego. Po konferencji, wieczorem tego samego dnia byliśmy zaproszeni na koncert realizowany na potrzeby rejestracji DVD. Koncert był świetny, odbył się w doskonałej klubowej atmosferze.

Rewelacyjny był także kolejny koncert Bon Jovi, na jakim byłem, w gdańskiej PGE Arenie. Było około sześćdziesięciu tysięcy widzów. To jest zespół, który ma co zagrać, przez lata swojej kariery wypracowali bardzo bogaty repertuar. Podczas koncertu zagrali niewiele tytułów z najnowszej płyty, koncentrując się przede wszystkim na starych i znanych już publiczności przebojach. Żałowałem, że Richiego Sambory nie było na koncercie, niestety w tym czasie miał poważne problemy z alkoholem. Na szczęście gitarzysta, który go zastępował, grał bardzo podobnie. Bon Jovi to doskonała maszyna koncertowa, której atrakcyjność wynika nie tylko z jakości muzyki, ale także doskonałego talentu showmańskiego i aktorskiego Jona. W końcu zagrał w kilku filmach i nieźle w nich wypadł.

Wydaje się, że zespół Bon Jovi ma już ostatecznie wypracowany styl, ale jestem przekonany, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Ich talent i ciągle atrakcyjna mieszanka hard rocka z popem sprawiają, że z ogromnymi nadziejami czekam na ich kolejne nagrania.

***

Bon Jovi to amerykański zespół rockowy założony w 1983 roku przez Jona Bon Joviego. Pierwszym sukcesem formacji był udział w konkursie stacji radiowej WAPP dla młodych talentów. Na wydanej przez stację składance znalazł się utwór „Runaway”. Piosenka stała się przebojem, zespół Bon Jovi podpisał kontrakt fonograficzny. Pierwszy album zatytułowany po prostu „Bon Jovi” ukazał się w 1984 roku. Do dziś zespół może pochwalić się dwunastoma płytami studyjnymi oraz jednym krążkiem koncertowym. Liderem formacji jest wokalista Jon Bon Jovi. Inni ważni muzycy to: Richie Sambora, Tico Torres i David Bryan. Najsłynniejsze utwory Bon Jovi to: „Livin On a Prayer”, „Keep The Faith”, „Always”, „You Give Love a Bad Name” oraz „It’s My Life”. Jon Bon Jovi nagrywał też solowe płyty, był również aktorem w kilku filmach.

Adriano Celentano Dziękuję, ale windami nie jeżdżę…

To artysta, którego poznałem dzięki taśmom magnetofonowym mojego taty. Mieliśmy starą tonetkę, był początek lat siedemdziesiątych, a ja chodziłem do szkoły podstawowej. Tata słuchał swoich taśm i co jakiś czas w domu rozbrzmiewała piosenka „Azzurro”. Początkowo utwór ten bardzo mi się nie podobał, był jednak dosyć odległy od moich upodobań. Z ciekawości zapytałem, kto to śpiewa i wtedy usłyszałem: Adriano Celentano.

Minęło kilka lat i zacząłem zajmować się amatorskim puszczaniem muzyki na imprezach, zostałem didżejem. Kumpel ze szkoły przywiózł z jakiejś podróży zagranicznej singiel „I Want to Know”, znakomity przebój Adriano Celentano, i okazało się, że wszyscy świetnie się przy tym bawili. Poznałem szybko inne piosenki Celentano, dowiedziałem się, że to nie tylko wokalista, ale również aktor filmowy. To wszystko sprawiło, że zacząłem się nim interesować. Gdy usłyszałem jego znakomitą wersję utworu „Stand by Me” zatytułowaną „Preghero”, byłem już jego. Prawda jest taka, że zaśpiewał to fantastycznie. Do dziś gram go w audycjach radiowych i na imprezach tanecznych. Polubiłem ten charakterystyczny wokal, oczywiście osadzony w tradycji włoskiego śpiewania, ale jednak trochę inny. Od początku lat osiemdziesiątych zbieram jego płyty. Jedną z pierwszych w mojej kolekcji był singiel „Non succederà più”, przywiózł mi ją z Włoch mój przyjaciel, siatkarz Włodek Nalazek. To śpiewana na luzie piosenka, którą Adriano wykonał ze swoją żoną Claudią Mori, aktorką, przepiękną kobietą i świetną sportsmenką. Potem na trochę zniknął mi z oczu i uszu, aż dopiero w latach dziewięćdziesiątych przypomniał mi o nim Wojtek Gąssowski. Rozmawialiśmy o włoskiej piosence (zawsze, gdy spotykamy się z Wojtkiem, to mówimy o włoskiej piłce i włoskiej muzyce), i Wojtek powiedział, że przywiózł sobie nową płytę Adriano Celentano, która we Włoszech sprzedała się w dwóch milionach egzemplarzy. A ja byłem wtedy przekonany, że Adriano już nie nagrywa. Poprosiłem Wojtka, by mi ją przywiózł przy następnej okazji. Wojtek jest uczynny, przywiózł mi tę płytę, ja posłuchałem i uznałem ją za coś genialnego. To już inny Adriano, z pazurem, bardziej rockowy.

W roku 2003