Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich ebook

Monika Śliwińska  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 447 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich - Monika Śliwińska

Trzy siostry: Maria, Zofia i Eliza Pareńskie. Trzy muzy Stanisława Wyspiańskiego. Maryna i Zosia, pod własnymi imionami, zostały sportretowane przez niego w Weselu, prapremiera dramatu w marcu 1901 roku przerodziła się w wielki skandal towarzyski w Krakowie. Wesele dało Wyspiańskiemu nieoficjalny przydomek czwartego wieszcza, a siostrom Pareńskim literacką nieśmiertelność.
Maria, Maryna, wielka miłość i muza Witolda Wojtkiewicza, portretowana także przez Wyspiańskiego, została żoną Jana Raczyńskiego, zapomnianego dzisiaj pediatry, który jako pierwszy wykazał doświadczalnie związek krzywicy z niedoborem światła słonecznego. Z trzecim mężem, Janem Grekiem, i szwagrem, Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, zginęła w egzekucji profesorów lwowskich w pierwszych dniach niemieckiej inwazji na ZSRR.
Zofia, Fusia, Boyowa, została żoną Tadeusza Żeleńskiego. Jej portret z synem autorstwa Stanisława Wyspiańskiego jest jednym z najpiękniejszych pasteli z serii Macierzyństwo. Przyjaźniła się z mężem, choć obydwoje szukali miłości poza małżeństwem. „Dobra, rozumna i miła towarzyszka pracy” – napisał o niej Boy.
Eliza, Lizka, najmłodsza z sióstr, najmniej znana, choć najczęściej portretowana, była żoną młodopolskiego poety Edwarda Leszczyńskiego. W swoim krótkim życiu zmagała się z problemami emocjonalnymi, uzależnieniem od alkoholu i opiatów. Popełniła samobójstwo, mając trzydzieści pięć lat.

Opinie o ebooku Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich - Monika Śliwińska

Fragment ebooka Muzy Młodej Polski. Życie i świat Marii, Zofii i Elizy Pareńskich - Monika Śliwińska

Projekt graficzny: Andrzej ‌Barecki
Redakcja: Leszek Kamiński/ADK Media
Opieka ‌edytorska: Agnieszka Dziewulska
Korekta: Bogusława ‌Jędrasik
Autorzy i źródła ‌zdjęć (numery stron dotyczą ‌wydania ‌papierowego):
Marek Krupa ‌(s. 282, 340),
Monika Śliwińska ‌(s. ‌80, ‌156, 181, ‌188, ‌247, ‌248, 254, ‌266, 292, 295, ‌301, 365),
J.P. Gawlik, Powrót ‌do Jamy, ‌Wydawnictwo ‌Artystyczno-Graficzne, ‌Kraków ‌1961 (s. ‌153),
S. Przybyszewski, T. Żuk-Skarszewski, ‌S. Świerz, ‌Stanisław Wyspiański. Dzieła ‌malarskie, ‌Biblioteka ‌Polska, ‌Kraków–Warszawa–Bydgoszcz 1925 ‌(s. 105, ‌123, 124, 125),
S.I. ‌Witkiewicz, Nowe formy w malarstwie ‌i inne pisma ‌estetyczne, PIW, ‌Warszawa 1959 ‌(s. 222),
K. ‌Zbijewska, ‌Orzeł w kurniku, Państwowy ‌Instytut Wydawniczy, Warszawa 1980 ‌(s. ‌203),
Muzeum Górnośląskie ‌w Bytomiu (s. ‌148), ‌Muzeum Lubelskie (s. 122),
Muzeum ‌Narodowe ‌w Kielcach (s. 127),
Muzeum Narodowe ‌w Warszawie ‌(s. 128, 129),
Muzeum ‌Narodowe ‌we Wrocławiu ‌(s. 126),
Ita ‌Wegman Archiv (s. ‌231),
archiwum Iskier (s. 154),
oraz ‌archiwa ‌rodzinne Piotra Janko ‌(s. 15, ‌17, 18, 46, ‌136, 166, 172, 220, ‌251, 285, ‌320);
Aleksandry Jurkiewicz (s. ‌212); Haliny de Latour-Janko ‌(s. ‌168);
Jakuba Leszczyńskiego (s. 37, ‌162, ‌241, 253, 309, 352);
Ewy ‌Modzelewskiej (s. 14, 16, ‌17, 30, 31, ‌32, 33, 36, 43, ‌47, 48, 49, 50, ‌55, 62, 88, 90, ‌102, 113, 115, 117, ‌165, 183, 206, 249, ‌250, 252, ‌264, 274, 371, 382);
Macieja ‌Raczyńskiego (s. 46, ‌173); Piotra Romiszowskiego ‌(s. 95);
Pawła Wyczańskiego ‌(s. 225, 349).
Copyright © by Monika Śliwińska
Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014
ISBN 978-83-244-0388-2 (epub)
ISBN 978-83-244-0388-2 (mobi)
WYDAWCA
Wydawnictwo ISKRY
ul. Smolna 11, 00-375 Warszawa
tel./faks (22) 827-94-24-15
e-mail: iskry@iskry.com.pl
www.iskry.com.pl
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Trzy siostry były, trzy siostry jak Psyche

przeczyste, jasne, trwożliwe i ciche:

Wiara, Nadzieja, Miłość ich imiona...

Z tych dwie umarły, a trzecia nad nimi

w niemej boleści, z rękoma zwisłymi,

NAJWAŻNIEJSZE POSTACIE POJAWIAJĄCE SIĘ NA KARTACH KSIĄŻKI
Pareńscy

JÓZEF PAREŃSKI (ur. 1807 lub 1808) – sędzia prezydujący Trybunału Pierwszej Instancji Rzeczypospolitej Krakowskiej, radca c.k. sądu krajowego.

FRANCISZKA Z ŻYCHOWICZÓW PAREŃSKA (1817–1889) – żona Józefa Pareńskiego, właścicielka kamienicy Bonerowskiej na rogu Rynku i ul. Świętego Jana, matka Edmunda, Franciszka, Stanisława, Ludwiki, Heleny, Teodora, Wacława i Emilii. Matka chrzestna wnuka – Adama Pareńskiego.

EDMUND PAREŃSKI (1840–1906) – syn Franciszki i Józefa, uczestnik powstania styczniowego, notariusz w Jaśle.

FRANCISZEK PAREŃSKI (1842–1863) – syn Franciszki i Józefa, autor broszury Zwięzła nauka przyrządzania ogni sztucznych, uczestnik powstania styczniowego, zmarł w wyniku ran odniesionych w bitwie pod Imbramowicami.

STANISŁAW PAREŃSKI (1843–1913) – syn Franciszki i Józefa, lekarz internista, chirurg, położnik, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, uczestnik powstania styczniowego, radca miejski, prezes Przytuliska Weteranów. Ojciec Adama, Marii, Zofii, Elizy i Jana.

LUDWIKA PAREŃSKA (1846–?) – córka Franciszki i Józefa.

HELENA PAREŃSKA (1848–?) – córka Franciszki i Józefa.

TEODOR PAREŃSKI (1850–1888) – syn Franciszki i Józefa, notariusz w Skawinie, alpinista. W 1880 roku wziął udział w wyprawie naukowo-turystycznej Hugona Zapałowicza przez Karpaty Marmarońskie na najwyższy szczyt Alp Rodniańskich. Ojciec chrzestny bratanicy – Marii Pareńskiej.

WACŁAW PAREŃSKI (1852–1871) – syn Franciszki i Józefa.

EMILIA Z PAREŃSKICH KORCZYŃSKA (1855–1935) – córka Franciszki i Józefa, żona Edwarda Korczyńskiego, lekarza internisty, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.

ELIZA (LIZA) Z MÜHLEISENÓW PAREŃSKA (1857–1918) – córka Marii i Bogusława, żona Stanisława Pareńskiego, matka Adama, Marii, Zofii, Elizy i Jana Pareńskich. Matka chrzestna syna Stanisława Wyspiańskiego – Stanisława. Opiekunka i protektorka krakowskiej cyganerii.

ADAM PAREŃSKI (1881–1885) – pierworodny syn Elizy i Stanisława Pareńskich.

MARIA (MARYNA, MARYNIA) Z PAREŃSKICH (1884–1941) – córka Elizy i Stanisława, pierwowzór Maryny z Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Zamężna: 1. Jan Raczyński, 2. Roman Jasieński, 3. Jan Grek. Matka Anny i Adama Raczyńskich.

ZOFIA (ZOSIA, FUSIA, FUŚ, BOYOWA) Z PAREŃSKICH (1886–1956) – córka Elizy i Stanisława, pierwowzór Zosi z Wesela, żona Tadeusza Boya-Żeleńskiego, matka Stanisława Żeleńskiego.

ELIZA (LIZKA) Z PAREŃSKICH (1888–1923) – córka Elizy i Stanisława, żona Edwarda Leszczyńskiego, matka Witolda Leszczyńskiego.

JAN PAREŃSKI (1889–1919) – syn Elizy i Stanisława, porucznik obserwator 5. eskadry lotniczej Wojska Polskiego. Zginął w katastrofie samolotu.

JAN GREK (1875–1941) – lekarz internista, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, trzeci mąż Marii z Pareńskich.

ROMAN JASIEŃSKI (1875–1937) – generał brygady, drugi mąż Marii z Pareńskich.

Mühleisenowie

BOGUSŁAW MÜHLEISEN – nadinżynier kolejowy, przyczynił się do powstania linii kolejowej Moskwa–Odessa.

MARIA Z MEYERÓW MÜHLEISENOWA (1837–1923) – żona Bogusława, matka Elizy, Karola, Ludwika i Bogusława. Matka chrzestna wnuczki – Zofii Pareńskiej.

KAROL MÜHLEISEN (1858–?) – syn Marii i Bogusława, technik i budowniczy.

LUDWIK MÜHLEISEN (1864–?) – syn Marii i Bogusława, urzędnik.

BOGUSŁAW MÜHLEISEN (1868–?) – syn Marii i Bogusława, farmaceuta.

Raczyńscy

BOLESŁAW RACZYŃSKI (1879–1937) – muzyk i pedagog. Twórca oprawy muzycznej do dramatów Stanisława Wyspiańskiego.

JAN RACZYŃSKI (1865–1918) – brat Bolesława, lekarz pediatra, profesor Uniwersytetu Lwowskiego, redaktor czasopism lekarskich. Jako pierwszy wykazał doświadczalnie związek krzywicy z niedoborem światła słonecznego. Pierwszy mąż Marii z Pareńskich.

ANNA (HANECZKA) Z RACZYŃSKICH (1905–1986) – córka Jana i Marii, zamężna: 1. Henryk Janko, 2. Emil Michałowski.

HENRYK JANKO (1896–1962) – ostatni właściciel majątku Hoszany, wnuk działacza niepodległościowego, wójt gminy. Pierwszy mąż Anny z Raczyńskich, ojciec Andrzeja i Krystyny.

ANDRZEJ JANKO (1925–2005) – syn Henryka i Anny z Raczyńskich.

KRYSTYNA (KRZYSIA) JANKO (1933–1940) – córka Henryka i Anny z Raczyńskich.

ADAM RACZYŃSKI (1910–1976) – syn Jana i Marii, lekarz ortopeda, żonaty: 1. Jadwiga Loria, 2. Grażyna Barańska.

MACIEJ RACZYŃSKI (ur. 1951) – syn Adama i Grażyny z Barańskich, wnuk Jana i Marii z Pareńskich.

Leszczyńscy

CYPRIAN LESZCZYŃSKI (1834–1909) – radca sądu okręgowego w Przemyślu, ojciec Celiny i Edwarda.

CELINA Z LESZCZYŃSKICH LESZCZYŃSKA (1878–?) – córka Cypriana i Amalii z Pilińskich, siostra Edwarda, żona Adama Leszczyńskiego.

EDWARD LESZCZYŃSKI (1880–1921) – poeta, doktor filozofii, syn Cypriana i Amalii z Pilińskich, mąż Elizy (Lizki) z Pareńskich, ojciec Witolda Leszczyńskiego.

KAZIMIERZ PILIŃSKI (zm. 1924) – właściciel majątku ziemskiego Tarnowiec, wuj Edwarda Leszczyńskiego.

DZIDZIA (brak informacji) – córka Adama i Celiny Leszczyńskich, siostra Jana, zmarła młodo.

JAN LESZCZYŃSKI-PILIŃSKI (1905–1990) – syn Adama i Celiny, usynowiony przez Kazimierza Pilińskiego, ostatni właściciel majątku ziemskiego Tarnowiec, profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, żonaty: 1. Janina (Inka) Turowska, 2. Zofia Rylska.

JANINA (INKA) Z TUROWSKICH LESZCZYŃSKA (1910–1944) – żona Jana Leszczyńskiego.

WITOLD LESZCZYŃSKI (1912–1983) – syn Edwarda i Elizy (Lizki) z Pareńskich, ekonomista, żonaty: Maria Modzelewska, bezdzietny.

MARIA Z MODZELEWSKICH LESZCZYŃSKA (1923–2003) – malarka, witrażystka, profesor Politechniki Gdańskiej, żona Witolda Leszczyńskiego.

Żeleńscy

WŁADYSŁAW ŻELEŃSKI (1837–1921) – doktor filozofii, muzyk, kompozytor, pedagog, żonaty: 1. Wanda Grabowska, 2. Tekla Symonowicz, ojciec Stanisława, Tadeusza i Edwarda.

WANDA Z GRABOWSKICH ŻELEŃSKA (1842–1904) – siostra Julii z Grabowskich Tetmajerowej, żona Władysława Żeleńskiego, matka Stanisława, Tadeusza i Edwarda. Publicystka, autorka szkiców literackich i antologii Lirnik polski. Uczennica i przyjaciółka Narcyzy Żmichowskiej.

STANISŁAW (STANISŁAW GABRIEL) ŻELEŃSKI (1873–1914) – syn Władysława i Wandy z Grabowskich, właściciel Krakowskiego Zakładu Witrażów S.G. Żeleński, żonaty: Izabela Madeyska, ojciec Walerii, Władysława i Adama.

TADEUSZ (BOY) ŻELEŃSKI (1874–1941) – syn Władysława i Wandy z Grabowskich, lekarz pediatra, satyryk, krytyk literacki i teatralny, publicysta, tłumacz literatury francuskiej, mąż Zofii z Pareńskich, ojciec Stanisława Żeleńskiego.

EDWARD ŻELEŃSKI (1877–1910) – syn Władysława i Wandy z Grabowskich, urzędnik, współtwórca kabaretu Zielony Balonik.

IZABELA (IZA) Z MADEYSKICH ŻELEŃSKA (1878–1956) – żona Stanisława Gabriela Żeleńskiego, matka Walerii, Władysława i Adama. Po śmierci męża prowadziła Krakowski Zakład Witrażów S.G. Żeleński.

WALERIA Z ŻELEŃSKICH SROCZYŃSKA (1901–1992) – córka Stanisława i Izabeli z Madeyskich, zamężna: Karol Sroczyński.

WŁADYSŁAW ŻELEŃSKI (1903–2006) – syn Stanisława i Izabeli z Madeyskich, dziennikarz, prawnik, publicysta, przyjaciel i powiernik Zofii i Tadeusza Żeleńskich. Żonaty: 1. Halina Jentys, 2. Adela Bohomolec.

ADAM ŻELEŃSKI (1905–1963) – syn Stanisława i Izabeli z Madeyskich, prowadził z matką Krakowski Zakład Witrażów S.G. Żeleński, żonaty: 1. Stefania Lewakowska, 2. Halina Rowińska.

STANISŁAW (STASZEK) ŻELEŃSKI (1905–1981) – syn Tadeusza i Zofii z Pareńskich, aktor, żonaty: Janina Sokołowska, bezdzietny.

JANINA Z SOKOŁOWSKICH ŻELEŃSKA (1900–1992) – aktorka, żona Stanisława Żeleńskiego.

Znajomi

ALEKSANDRA CZECHÓWNA (1839–1923) – krewna Heleny Rydlowej, autorka Dziennika dokumentującego życie towarzyskie i obyczajowe Krakowa z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku.

ANTONINA Z KREMERÓW DOMAŃSKA (1853–1917) – żona Stanisława Domańskiego, lekarza neurologa, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, matka chrzestna Marii Pareńskiej i Anny Rydlównej, spokrewniona z Heleną Rydlową. Pierwowzór Radczyni w Weselu, autorka książek historycznych dla dzieci, między innymi Historii żółtej ciżemki czy Paziów króla Zygmunta.

JULIUSZ DROHOJOWSKI (1836–1916) – honorowy kanonik wileński, uczestnik powstania styczniowego, kapelan Towarzystwa Dobroczynności i Towarzystwa Strzeleckiego, wiceprezes Przytuliska Weteranów.

HELENA Z KREMERÓW RYDLOWA (1846–1921) – żona Lucjana Rydla, lekarza okulisty, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, matka Lucjana, Adama, Heleny, Mieczysława, Anny, Romana i Stanisława. Spokrewniona z Antoniną Domańską i Aleksandrą Czechówną.

LUCJAN (LUCIO, LUCEK) RYDEL (1870–1918) – syn Lucjana i Heleny z Kremerów, poeta i dramaturg, pierwowzór Pana Młodego w Weselu. Jego wesele z Jadwigą Mikołajczykówną stało się kanwą dramatu Stanisława Wyspiańskiego Wesele.

ADAM (ADAŚ) RYDEL (1872–1914) – syn Lucjana i Heleny z Kremerów, lekarz neurolog.

ANNA (HANECZKA) RYDLÓWNA (1884–1969) – córka Lucjana i Heleny z Kremerów, siostra poety, pielęgniarka, organizatorka szkolnictwa pielęgniarskiego, pierwowzór Haneczki w Weselu.

RUDOLF (RUDI, DOLCIO) STARZEWSKI (1870–1920) – dziennikarz, polityk, redaktor naczelny dziennika „Czas”, pierwowzór Dziennikarza w Weselu.

JULIA Z GRABOWSKICH TETMAJEROWA (1831–1914) – siostra Wandy Żeleńskiej, matka Kazimierza Przerwy-Tetmajera, druga żona Adolfa Tetmajera.

WŁODZIMIERZ (WŁODZIO) TETMAJER (1861–1923) – syn Adolfa, przyrodni brat Kazimierza Przerwy-Tetmajera, malarz, poseł do parlamentu austriackiego, pierwowzór Gospodarza w Weselu.

KAZIMIERZ PRZERWA-TETMAJER (1865–1940) – syn Adolfa i Julii z Grabowskich, przyrodni brat Włodzimierza, poeta i dramaturg, pierwowzór Poety w Weselu. Sławę, popularność i uznanie przyniosły mu Poezje (osiem serii).

STANISŁAW WYSPIAŃSKI (1869–1907) – malarz, poeta, dramaturg, grafik, scenograf i projektant mebli; zaprzyjaźniony z rodziną Pareńskich.

Zofia Pareńska, 1903 rok

Maria Pareńska, około 1903 roku

Zofia Pareńska, 1903 rok

Maria Pareńska, 1904 rok

Lizka Pareńska i Maria Raczyńska, 1906 rok

Maria Raczyńska

Maria Raczyńska

Koniec wieku XIX

Kraków przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, prowincjonalne miasteczko na krańcu Galicji, ograniczone pierścieniem dawnych murów obronnych. Rytm dnia wyznaczały tu: hejnał mariacki, doroczne święta i utarte przyzwyczajenia. Pielęgnowano w pamięci dawno utracone swobody i przywileje, jakimi cieszył się pod godłem Rzeczypospolitej Krakowskiej.

W mieście Jagiellonów celebrowano rocznice, jubileusze i pogrzeby, kochano togi, gronostaje, kontusze i insygnia. Krakowski karnawał ściągał do miasta gości z najodleglejszych miejsc, zza kordonu. Przez kilka pierwszych tygodni nowego roku tańczono w domach i na wielkich salach, dla przyjemności i dla pieniędzy. „Tańcującą dobroczynnością” nazywano bale charytatywne na kolonie wakacyjne w Rabce, budowę domu dla „podupadłych rękodzielników i przemysłowców” czy bal na rekonwalescentów szpitala św. Ludwika. W niedzielne popołudnia, po „dwunastówce” w kościele, krakowianie spacerowali po Rynku, wzdłuż linii A–B i po Plantach, gdzie każdy – arystokraci, mieszczanie, renciści i bony z dziećmi – miał swoje stałe miejsce. Latem wyjeżdżali z miasta, a zimą odwiedzali się w domach na proszonych kolacjach i mniej wystawnych żurfiksach, przezywanych popularnie żurkami. Każda zamożniejsza rodzina mieszczańska, która chciała, wzorem arystokracji, prowadzić dom otwarty, miała określony dzień przyjęć. Schodzono się więc na wtorki, środy, czwartki, piątki, soboty i niedziele, rzadziej poniedziałki, na popołudniowe herbatki, do których podawano ciasteczka lub torty. Krakowianie kochali się w etykiecie, która regulowała życie towarzyskie i obyczajowe, przestrzegali jej skrupulatnie, bacząc na to, że każde jaskrawe odstępstwo może grozić „skutkami towarzyskimi”.

I oto w tym mieście „bez niespodzianek, bez ryzyka i bez możliwości”, gdzie warunki życiowe były opłakane, a młodzież w czarnych pelerynach, przesiadująca w Rosenstocku i Paonie, marzyła o wyrwaniu się do Paryża albo przynajmniej do „Widnia”, narodziły się Młoda Polska i jej legenda.

Z Paryża wrócił uczeń Jana Matejki, Stanisław Wyspiański. W swojej pracowni na Rynku malował pastele, pisał dramaty i projektował witraże. O jego Warszawiance, wystawionej na scenie Teatru Miejskiego jesienią 1898 roku, długo dyskutowano na krakowskich salonach; polskiej scenie dała legendarną kreację Wiarusa w wykonaniu Ludwika Solskiego i stanowiła preludium do odbioru innego dramatu z marca 1901 roku.

W 1899 roku w Teatrze Miejskim miejsce Tadeusza Pawlikowskiego zajął nowy dyrektor, Józef Kotarbiński. Pod rządami Pawlikowskiego na krakowskiej scenie wystawiano dramaty: Ibsena, Strindberga, Czechowa, Wilde’a, Maeterlincka. Występowali: Ludwik Solski, Irena Pomian (wkrótce Solska), Wanda Siemaszkowa, Maria Przybyłko, Kazimierz Kamiński.

Z Niemiec przyjechał z żoną Dagny „genialny Polak” Stanisław Przybyszewski i przejął po Ignacym Sewerze-Maciejowskim redakcję „Życia”, pisma młodych, organu Młodej Polski. Tadeusz Żeleński napisał, że wraz z „Życiem” ubyło Sewerowi wielu bywalców popołudniowych herbatek, które organizował wraz z żoną. „«Przybysz» lał do herbaty trzy czwarte koniaku, takiej konkurencji «herbaciarnia» kochanej Sewerowej nie mogła wytrzymać”. Koniak z herbatą lał się do szklanek także w mieszkaniu Przybyszewskich na rogu Karmelickiej i Siemiradzkiego i w kawiarni Ferdynanda Turlińskiego niedaleko Teatru Miejskiego. W gromadce skupionej wokół „smutnego szatana” znalazł się też Tadeusz Żeleński, jeszcze nie literat, ale student medycyny, uważny obserwator, który po trzydziestu latach przypomniał tamten Kraków w swojej pięknej książce Znasz-li ten kraj?... I pewnie jego wspomnienia nie miałyby tej delikatnej bolesnej i nostalgicznej nuty, gdyby nie pamięć Dagny, którą głęboko kochał. Urodzona w Norwegii żona Przybyszewskiego, chłodna, skryta, tajemnicza i atrakcyjna, w romantycznej legendzie Młodej Polski była postacią tragiczną już za życia. W kraju, którego nie znała i w towarzystwie, którego nie potrafiła zrozumieć, wygrywała swoje uczucia na fortepianie.

W lutym 1899 roku w Teatrze Miejskim Przybyszewski wygłosił odczyt zatytułowany Mistyka Maeterlincka, połączony z przedstawieniem sztuki Wnętrze, w której wystąpili między innymi: Kazimierz Kamiński, Maksymilian Węgrzyn, Maria Przybyłko, Konstancja Bednarzewska, Gabriela Zapolska i Irena Pomian. Wydarzenie zapowiadał afisz zaprojektowany przez Stanisława Wyspiańskiego, przedstawiający dziewczynkę za oknem, z twarzą i dłońmi przyciśniętymi do szyby. Pozowała mu do tego legendarnego plakatu czternastoletnia Haneczka, siostra Lucjana Rydla. „Była to epoka, gdzie wszyscy «młodzi» byli pod fascynującym wpływem Maeterlincka” – pisał Ferdynand Hoesick.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer wydał dotąd trzy serie Poezji, druga, zawierająca wiersze, takie jak Hymn do Nirwany, Lubię, kiedy kobieta czy Koniec wieku XIX, zapewniła mu spektakularny rozgłos. Jego przyrodni brat Włodzimierz Tetmajer, syn marszałka powiatu nowotarskiego, dobrze rokujący malarz, „piękny i świetny młodzieniec”, ożenił się z chłopką i osiadł w Bronowicach, gdzie na plener zjeżdżała cała krakowska „malaria”.

W Szkole Sztuk Pięknych (od 1900 roku Akademia) miejsce Jana Matejki kilka lat wcześniej zajął pejzażysta Julian Fałat, który zreformował uczelnię, wprowadził nowych wykładowców i nowe prądy artystyczne. Krakowscy malarze powołali do życia Towarzystwo Artystów Polskich „Sztuka”, w 1899 roku na III wystawie pokazano między innymi: Czwórkę Józefa Chełmońskiego, obrazy Józefa Mehoffera, Włodzimierza Tetmajera, Władysława Ślewińskiego, Juliana Fałata. Studenci Jana Stanisławskiego, Teodora Axentowicza, Leona Wyczółkowskiego i Jacka Malczewskiego przesiadywali w Cukierni Lwowskiej przy Floriańskiej 45, którą prowadził przybyły ze Lwowa Jan Apolinary Michalik. Trudno było jednak nazwać go patronem artystów, gdyż Michalik trzymał się żelaznej zasady: „Można kupić na kredyt ubranie, fortepian, ostatecznie kopalnię węgla, ale za ciastko płaci się gotówką”. Zdania swojego nie zmienił nawet wtedy, gdy kabaretowa piosenka rozsławiła jego lokal w całym kraju.

Konserwatywny Kraków patrzył na zmieniające się oblicze miasta oczyma Stanisława Tarnowskiego. Ten „potomek hetmańskiego rodu”, filar stronnictwa stańczyków, kierował Katedrą Historii Literatury Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, był prezesem Akademii Umiejętności, autorem książek z historii literatury polskiej romantyzmu i odrodzenia, współautorem słynnej Teki Stańczyka. Organem prasowym konserwatystów był znany wszystkim krakowianom dziennik „Czas”, a „czego nie było w «Czasie», tego nie było na świecie dla ówczesnego Krakowa”. Tarnowski miał swój pałac na Szlaku, na tej samej ulicy zamieszkał też Stanisław Wyspiański. Dwaj wielcy indywidualiści, antagoniści i moraliści. Pierwszy – ceniony jako pisarz i nauczyciel akademicki, portretowany przez Matejkę w purpurowej todze i gronostajach, drugi – pomieszkujący z matką swoich dzieci, stale w tarapatach finansowych, ciężko chory, skryty i nieprzystępny, „wiadomo było, że coś pisze”. Tarnowski krytycznie wypowiadał się o artystach i literaturze spod znaku Młodej Polski, ale nic nie mogło już powstrzymać zmian w kulturze i obyczajowości, które przeobraziły małe prowincjonalne miasteczko w stolicę intelektualną podzielonego kraju.

Liberalna polityka Wiednia względem zaboru austriackiego sprzyjała sztuce, kulturze, karierom i awansom. Polacy piastowali też stanowiska urzędnicze w monarchii austro-węgierskiej. W mieście uniwersyteckim wyodrębniła się nowa warstwa społeczna, rekrutująca się z zamożnego, wykształconego mieszczaństwa związanego ze środowiskiem akademickim. Profesorowie i wykładowcy stanowili ogniwo pośrednie między arystokracją a obywatelami miasta. Studia odbywali na macierzystej uczelni, dla dalszego kształcenia wyjeżdżali do Wiednia, Berlina i Paryża, skąd wracali, aby zasilić kadrę krakowskiej Alma Mater i wejść w szeregi krakowskich rajców. Profesorowe, doktorowe i radczynie, pod patronatem pań z towarzystwa, udzielały się w towarzystwach, kołach i stowarzyszeniach. W swoich domach wydawały popołudniowe herbatki, proszone kolacje i wieczorki tańcujące, na których bywali koledzy uniwersyteccy mężów, lekarze, prawnicy, księża. Domy profesorskie – jak wspominała Zofia Muczkowska – tworzyły z reguły zamknięte i ekskluzywne grono znajomych, a choć towarzystwo rekrutowało się spośród intelektualistów, nie gardzono tam dobrą krakowską ploteczką. „Najmilszy świat, dla niego wciąż będę tęsknił za Krakowem! Jak zawsze, krążą tam anegdotki, ploteczki, złośliwości, w których celują ci magowie, tak często zmuszeni ukrywać uśmieszek pod maską powagi. Toga profesorska w Krakowie przynajmniej – ma jeszcze coś z sukienki kapłańskiej” – pisał po latach Tadeusz Żeleński.

I oto teraz wszyscy, piórem, zabawą i modlitwą, szykowali się na koniec wieku. Ostatni dzień grudnia gromadził w krakowskich świątyniach tysiące ludzi. „Pomimo wszelkich naukowych dowodzeń ogół nie chce się pogodzić z tą myślą, że wiek XIX jeszcze się nie skończył. Toteż wczoraj obchodzono wszędzie «koniec» wieku, który ma jeszcze trwać cały rok” – donosił 3 stycznia 1900 roku „Czas”.

Wątpliwości, zniechęcenie, przepowiednie, strach przed tym, co przyniesie przyszłość, wreszcie – baczne śledzenie konfliktów w Europie, oczekiwanie i nadzieja, że coś się zmieni, oto, z czym wchodził Kraków w nowy wiek.

Rodzina

To była zamożna, szanowana rodzina mieszczańska, na pozór niewyróżniająca się z kręgu ludzi związanych ze środowiskiem akademickim; podział ról w tym domu także nikogo nie gorszył. Stanisław Pareński, profesor uniwersytetu o ugruntowanej sławie, doświadczony internista, prowadził dochodową praktykę lekarską. Jego żona, Eliza, dla przyjaciół „pani Liza”, dla innych „siwa pani”, przystojna, inteligentna, wykształcona, otaczała się służbą, niańkami i bonami. Pareńscy byli zamożni i wspaniałomyślnie przeznaczali część swojego majątku na filantropię. Kwoty, które przekazywali na dożywianie, opiekę nad najmłodszymi czy kolonie zdrowotne, były zawsze akuratne. Obydwoje wiedzieli, ile należało dać, aby nie zostać posądzonym o przysłowiowe centusiostwo lub niepotrzebną rozrzutność. Dzięki pieniądzom małżonka pani Liza mogła udzielać się towarzysko – dawać cotygodniowe żurfiksy, parzyć herbatę w samowarze, piec torty i ciasteczka lub podawać ptifury od samego Maurizia.

Ale w utrwalonym mieszczańskim modelu coś od początku zgrzytało, coś wyłamywało się z konwenansów. Gospodarz cenił sobie wielce towarzystwo kolegów uniwersyteckich, ale wieczory spędzał wśród artystycznej cyganerii przesiadującej w jego domu do późnej nocy. Gospodyni piekła sumiennie mazurki, torty z dwunastu jajek, obwarzanki migdałowe i pączki, ale oprócz herbaty serwowała słodkie wino i czytała „obrzydliwe” francuskie romanse.

Wzorem utytułowanych pań z towarzystwa kolekcjonowała obrazy, ale jakie! „Schodzono się oglądać te wariactwa i przez naturalną selekcję – ile że te obrazy jednych przyciągały, drugich wystraszały – dom, przedtem mieszczański, zmienił się w salon artystyczno-literacki” – wspominał Tadeusz Żeleński.

Kłaniano się profesorowej nisko, bo znali ją wszyscy, ale czujne oko mieszczańskiej cenzury ścigało ją bezlitośnie. Krakowskie matrony nie widywały owej damy na nabożeństwach odprawianych o północy w wigilię Nowego Roku, na domiar złego – szeptano sobie, że jest „luterką”.

Tradycje

Siódmego września 1839 roku o godzinie jedenastej przed wikariuszem parafii Panny Marii w Wolnym Mieście Krakowie do spisania aktu małżeństwa stawili się Józef Wincenty Adrian Pareński i Franciszka Kunegunda Zychowicz. Trzydziestodwuletni Józef Pareński był sędzią Trybunału Pierwszej Instancji, urodził się w Prądniku pod Krakowem, mieszkał przy ulicy Franciszkańskiej. Jego narzeczona była posażną panną, mieszkała we własnej kamienicy przy Rynku Głównym. Miała lat dwadzieścia trzy, pochodziła z Koszyc w Królestwie Polskim, gdzie mieszkała jej matka, Katarzyna z Wytyszkiewiczów. Zapowiedzi ślubne ogłoszono pod koniec sierpnia przed głównymi drzwiami domu gminnego i w parafii Wszystkich Świętych.

Edmund, pierwszy syn Pareńskich, urodził się w październiku 1840 roku. Rodzina szybko się powiększała – w kolejnych latach przyszli na świat: Franciszek (1842), Stanisław (1843), Ludwika (1846), Helena (1848), Teodor (1850), Wacław (1852) i Emilia (1855). Z gromadki dzieci sześcioro zapisało się w annałach miejskich: Emilia wyszła za mąż za znanego internistę Edwarda Sasa-Korczyńskiego, Teodor był notariuszem w Skawinie, Franciszek wiosną 1860 roku wydał broszurę Zwięzła nauka przyrządzania ogni sztucznych, Wacław i Edmund studiowali prawo, a Stanisław został lekarzem. I choć z rodzeństwa jedynie ten ostatni ma dzisiaj biogram w Polskim Słowniku Biograficznym, mało kto pamięta o jego zasługach. Ten znakomity lekarz, powstaniec styczniowy i społecznik znany jest głównie jako mąż i ojciec czterech niezwykłych kobiet.

Urodził się 16 listopada 1843 roku, na chrzcie otrzymał imiona Stanisław Kostka Edmund Franciszek. Jako czteroletnie dziecko patrzył z okien mieszkania rodziców na pogrzeb ofiar bombardowania Krakowa. Widział trumny poległych i kondukt żałobny, który zmienił się w manifestację patriotyczną. Nigdy tego obrazu nie zapomniał.

W 1862 roku ukończył Gimnazjum św. Anny i rozpoczął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie uczył się długo, bo w styczniu 1863 roku na ziemiach zaboru rosyjskiego wybuchło powstanie. Senat Akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego nawoływał młodzież do nieprzerywania nauki, ale on, razem z dwoma starszymi braćmi, dołączył do powstańców. Z oddziałem kapitana Anastazego Mossakowskiego bił się pod Gorenicami, Golczowicami i wreszcie pod Jaworznikiem, gdzie 24 kwietnia oddział został rozbity. Franciszek Pareński, absolwent Instytutu Technicznego, walczył w oddziale dowodzonym przez Edwarda i Gustawa Habichów, rozbitym 15 sierpnia. Trzy miesiące później – 23 listopada 1863 roku – zmarł w Krakowie w wyniku ran odniesionych w bitwie pod Imbramowicami. Ranny w potyczkach został także Edmund.

Podobnie jak większość studentów powstańców, po upadku powstania Stanisław Pareński wrócił do dawnego życia i przerwanych obowiązków. W 1868 roku ukończył studia jako jeden z najlepszych uczniów, dyplom doktora wszech nauk lekarskich otrzymał 28 lutego. Od tego momentu jego kariera rozwijała się błyskawicznie. W latach 1868–1870 był asystentem przy Katedrze Anatomii Patologicznej Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierowanej przez Alfreda Biesiadeckiego. W 1870 roku otrzymał dyplom doktora chirurgii. W tym samym roku został sekundariuszem Oddziału Chorób Wewnętrznych w szpitalu św. Łazarza, z którym związał się zawodowo do końca życia. W 1871 roku na Uniwersytecie Wiedeńskim otrzymał tytuł magistra położnictwa. W Krakowie został asystentem przy katedrze Kliniki Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierowanej przez Karola Gilewskiego, a po śmierci przełożonego, od czerwca 1871 roku kierował w zastępstwie kliniką. W 1872 roku został docentem diagnostyki lekarskiej. Jego praca habilitacyjna O wrzodach przewodu pokarmowego skutkiem zatoru powstających, opublikowana również w języku niemieckim, była pierwszą z zakresu chorób wewnętrznych w historii uczelni.

W wieku trzydziestu lat Stanisław Pareński był pewnym kandydatem na kierownika Kliniki Chorób Wewnętrznych, którą de facto kierował od śmierci Gilewskiego. I wówczas, kiedy już wydawało się, że nic nie stoi na drodze awansu, zachorował na gruźlicę krtani, a kierownikiem kliniki został jego przyszły szwagier. W maju 1874 roku Edward Korczyński ożenił się z Emilią Pareńską, a świadkował im nie kto inny jak Stanisław Pareński. Najwyraźniej więc walka o katedrę nie poróżniła obydwu lekarzy tak dalece, jak sugerował Stanisław Sterkowicz, który twierdził, że kontakty między obiema rodzinami miały zostać zamrożone aż do śmierci Korczyńskiego w 1905 roku. Wyprzedzając wypadki, warto dodać, że kiedy Pareńskiemu zaproponowano objęcie kierownictwa kliniki po zmarłym, nominacji nie przyjął. Awans przyszedł za późno.

Do pracy wrócił dopiero w styczniu 1875 roku (po przebytej chorobie został mu schrypnięty głos) – początkowo jako zastępca ordynatora, pół roku później już jako ordynator (prymariusz) Oddziału Chorób Wewnętrznych szpitala św. Łazarza.

Maria Eliza Mühleisen

Urodziła się 22 stycznia 1857 roku w rodzinie wyznania ewangelickiego. Dwudziestego szóstego grudnia 1876 roku poślubiła w kościele Mariackim Stanisława Pareńskiego. Świadkowali im Ignacy Wójcikiewicz i szwagier Pareńskiego – Edward Korczyński.

Mühleisenowie byli właścicielami majątku ziemskiego Kobierzyn, a pochodzili z Weiningen. Ojciec Elizy, nadinżynier Bogusław Fryderyk Mühleisen, przyczynił się do powstania linii kolejowej Moskwa–Odessa, za co w Odessie uhonorowano go tablicą pamiątkową. Matka, Maria Augusta Meyer, urodziła się na Śląsku. Dziadek Elizy, Edward Meyer, dał dowód przywiązania do rodziny Fröhlichów, poślubiając kolejno trzy siostry. Meyerowie przyjechali z Hamburga i byli spolszczonymi Niemcami – w latach dwudziestych Andrzej Meyer był adiutantem przybocznym prezydenta Stanisława Wojciechowskiego[1].

W Krakowie owdowiała Maria z Meyerów Mühleisenowa zamieszkała na Kazimierzu przy ulicy Miodowej 45 m. 14. W późniejszych latach mieszkali z matką młodsi bracia Elizy – Ludwik i Bogusław[2].

Kamienica Bonera

Stanisław Pareński zamieszkał z żoną w kamienicy należącej do matki. Budynek na rogu Rynku Głównego i ulicy Świętego Jana (dzisiaj Rynek Główny 42/Świętego Jana 1) do połowy szesnastego wieku należał do rodziny Bonerów, stąd jego późniejsza nazwa – kamienica Bonerowska. Kolejny właściciel, kupiec włoskiego pochodzenia Sebastian Zacherle, nadbudował drugie piętro i od strony ulicy Świętego Jana wystawił boczną oficynę. W 1774 roku kamienicę z ogrodem kupił Józef Wytyszkiewicz, prezydent miasta w latach osiemdziesiątych osiemnastego wieku. Podana przez Adama Chmiela anegdota głosi, że syn Józefa Wytyszkiewicza, Kajetan, oficer kościuszkowski, wjeżdżał po niskich i szerokich schodach konno wprost pod drzwi mieszkania na pierwszym piętrze. W ręce Pareńskich kamienica przeszła, z chwilą gdy Franciszka Żychowicz, córka Katarzyny z Wytyszkiewiczów, wyszła za mąż za Józefa Pareńskiego.

Stanisław Pareński, 1874 rok

Eliza Mühleisen

Franciszka z Żychowiczów Pareńska

Maria z Meyerów Mühleisenowa

Pierwszy plan przebudowy kamienicy, wykonany na zlecenie Franciszki Pareńskiej przez Teofila Żebrawskiego, powstał w 1868 roku, ale do prac przystąpiono dopiero w 1878 roku, dwa lata po ślubie Stanisława i Elizy. Według nowego projektu, sporządzonego przez Karola Borkowskiego, nadbudowano trzecie piętro, zlikwidowano zewnętrzne schody do oficyny tylnej, przerobiono klatkę schodową i utworzono nową sień z wejściem od ulicy Świętego Jana. Podczas przebudowy zlikwidowano kamienne obramienia okien i charakterystyczną płaskorzeźbę przedstawiającą Zygmunta I Starego, znajdującą się na ścianie budynku. Na parterze mieściły się sklepy, w tym punkt z wyrobami tytoniowymi, nazywany przez krakowian „Verlag”. Pierwsze piętro kamienicy należało do Pareńskich – dwa mieszkania zajmowali Stanisław i Eliza ze służącą Różą oraz owdowiałe siostry: Franciszka z Żychowiczów Pareńska i Konstancja z Żychowiczów Makowska. Na trzecim piętrze miał pracownię Jonatan Krieger, znany w Krakowie fotograf zabytków miejskich.

Adam, Maria, Zofia, Eliza, Jan

Sześć lat czekali Pareńscy na swoje pierwsze dziecko, ale po nim szybko przyszły na świat kolejne – pięcioro w ciągu siedmiu lat. Pierworodny syn Elizy i Stanisława urodził się 7 stycznia 1882 roku i otrzymał imiona Adam Stanisław. Ochrzczono chłopca późno, bo dopiero 18 października 1884 roku. Rodzicami chrzestnymi zostali Kazimierz Grabowski i Franciszka Pareńska. Dwa tygodnie wcześniej, w piątek 5 października 1884 roku, Eliza urodziła pierwszą z trzech pięknych córek. Dziewczynka otrzymała dwa imiona, Maria Eliza – po matce. Rodzicami chrzestnymi zostali Antonina Domańska, żona profesora uniwersytetu, znanego neurologa, oraz Teodor Pareński, brat Stanisława. Chrzest obydwojga dzieci odbył się tego samego dnia w kościele Mariackim.

Marynia miała sześć miesięcy, gdy trzyletni Adaś Pareński zmarł na zapalenie opon mózgowych. Ojciec lekarz nie zdołał mu pomóc. Chłopiec umarł tuż po świętach wielkanocnych, 9 kwietnia 1885 roku. Pogrzeb odbył się dwa dni później, o czym zrozpaczeni rodzice zawiadomili w rozesłanych biletach. Niemal rok po śmierci Adasia, w środę 7 kwietnia 1886 roku, urodziła się Pareńskim druga córka. Rodzicami chrzestnymi Zofii Marii Stanisławy zostali Stanisław Domański, mąż Antoniny, i Maria Mühleisen, matka Elizy Pareńskiej.

Trzecia córka urodziła się w czwartek 25 października 1888 roku. Na chrzcie, który odbył się 15 grudnia, otrzymała pięć (!) imion: Eliza Władysława Józefa Maria Kryspina. Dziecko trzymali do chrztu adwokat Władysław Wilkosz i Józefa z Fryczów Grabowska, udzielił go zaprzyjaźniony z rodziną ksiądz Juliusz Drohojowski.

W Wigilię Bożego Narodzenia 1889 roku w wieku 73 lat zmarła matka Stanisława Pareńskiego, Franciszka z Żychowiczów. Krakowianie mawiali, że „kołyska schodzi się z trumną” i tak było tym razem. Trzy dni później urodziło się ostatnie dziecko Elizy i Stanisława Pareńskich. Jan Stanisław Piotr Marian pierwsze imię otrzymał po patronie, w którego święto przyszedł na świat. Rodzicami chrzestnymi dziecka zostali Piotr Szemberg Szymberski i Ernestyna z Paschów Gulkowska, krewna Pareńskich. Eliza miała wtedy 32 lata, Stanisław – 46.

Stanisław Pareński

Po śmierci matki Pareńscy zajęli całe pierwsze piętro kamienicy. Mieszkanie, połączone z dwóch mniejszych, składało się teraz z sześciu pokoi, kuchni i dwóch przedpokojów. W 1890 roku mieli do pomocy bonę – Marię Rittner, dwie służące – Antoninę Bernadzikowską i Agnieszkę Wągiel, kucharkę – Józefę Rybową, oraz służącego – Jana Dziadkowca.

Adaś Pareński

Rachunek wystawiony przez przedsiębiorstwo pogrzebowe „Pompes Funebres”

za pochówek Adasia Pareńskiego, 1885 rok

W 1878 roku Stanisław Pareński został powołany do komisji sanitarnej, organu doradczego gminy w sprawach zdrowia publicznego. W 1881 roku otrzymał mandat do Rady Miejskiej z ramienia Koła Inteligencji. Pracował w sekcjach sanitarnej i dobroczynnej. Był członkiem komisji wodociągowej, a od 1885 roku także gimnazjalnej i sanitarnej. Swoje obowiązki traktował bardzo poważnie, czego dowody znajdujemy w jego listach:

17 sierpnia 1899

Gdybym w całość zebrał słowa, które napisałem na temat kurzu i brudu w Krakowie, pod względem objętości powstałyby dwie Sienkiewiczowskie Trylogie. Na tenż sam temat na różnych posiedzeniach, odczytach, wykładach etc. przegadałem w sumie jakieś dobre pół roku. A w Krakowie jak było brudno, tak jest brudno. W tym roku nawet może i gorzej. Ulic się systematycznie nie zamiata, rynsztoków nie czyści. Śmieci lokuje się, gdzie Bóg da, a pan prezydent nie dojrzy. Ścieki beztrosko odprowadza się wprost na ulice. Ot, najbrudniejsze w świecie – to nasze miasto!

Jako przewodniczący sekcji dobroczynnej wpłynął na poprawę systemu pomocy społecznej w mieście. Zabiegał o tworzenie schronisk, przytułków i ochronek. Z inicjatywy sekcji, którą kierował, przy ulicy Świętego Marka powstała pierwsza w Krakowie herbaciarnia dla ubogiej młodzieży, czynna w okresie zimowym, a sam Pareński „znaczniejszym datkiem” przyczynił się do jej otwarcia.

Szczególną troską otaczał dawnych kolegów powstańców, którzy mieli mniej szczęścia. Z jego inicjatywy rozpoczęto budowę domu opieki dla weteranów Przytulisko, otwartego oficjalnie 3 listopada 1895 roku. W rodzinie pielęgnowano etos powstańczy i pamięć o poległym stryju. Kiedy w 1908 roku Stanisława Pareńskiego wybrano na prezesa krakowskiej delegacji Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania Polskiego z r. 1863, oświadczył publicznie, że ze wszystkich godności ta właśnie przynosi mu największą satysfakcję.

W 1884 roku został mianowany profesorem nadzwyczajnym tytularnym, a w 1890 roku etatowym profesorem nadzwyczajnym patologii i terapii chorób wewnętrznych. Wykłady praktyczne, które prowadził na Wydziale Lekarskim, cieszyły się ogromną popularnością, zapisy na zajęcia prowadzono kilka półroczy wcześniej. Pareńskiego kilkakrotnie wybierano do grona egzaminatorów przy drugim ścisłym egzaminie lekarskim (II rygorozum). Zdobył sławę i uznanie doskonałego diagnosty, głównie dzięki mistrzowskiemu opanowaniu metody badania fizykalnego, polegającego na połączeniu palpacji, opukiwania i osłuchiwania chorego.

O jego intuicji diagnostycznej zrobiło się głośno w związku z niespodziewaną i szeroko komentowaną śmiercią bakteriologa Napoleona Kostaneckiego, asystenta Odona Bujwida, z którym prowadził badania na żywych szczepach bakterii dżumy. Na początku stycznia 1900 roku Pareński zdiagnozował u Kostaneckiego zapalenie płuc i opłucnej, ale – z uwagi na charakter prowadzonych doświadczeń – krakowianie szybko orzekli, że bakteriolog padł ofiarą dżumy. Powołano komisję lekarzy i nikt już nie słuchał zapewnień Bujwida, że dżuma ma inny obraz kliniczny. Kiedy Kostanecki zmarł, rodzinę poddano kwarantannie, a Odona Bujwida zmuszono do zniszczenia szczepów bakterii. Sekcja zwłok wykonana przez trzech lekarzy, w obecności trzech innych – w tym samego Bujwida – potwierdziła diagnozę Stanisława Pareńskiego. Po pięciu dniach psychozy w mieście „Czas” opublikował wyniki badań przeprowadzonych w Wiedniu na próbkach pobranych od zmarłego:

Zaznaczyć należy, że wezwany do chorego prof. dr Pareński postawił od razu trafną diagnozę choroby śp. Kostaneckiego, stwierdzoną następnie przez sekcję, mianowicie zapalenie płuc i opłucny z nietypowym przebiegiem, oraz ostry obrzęk śledziony.

Zaabsorbowany pracą w szpitalu, praktyką prywatną i obowiązkami rajcy miejskiego, Pareński nie miał czasu na działalność naukową. Po rozprawie habilitacyjnej opublikował jeszcze dwie prace, napisane wspólnie z zastępcą Stefanem Blatteisem: O pasożycie zimnicy. Studium kliniczno-etiologiczne („Przegląd Lekarski” 1892, numery: 10, 12, 13, 14, 19 i 20) oraz Błękit metylenu (Mercka) przeciw zimnicy („Przegląd Lekarski” 1893, nr 1).

Krakowscy aptekarze mawiali, że był ostatnim lekarzem w Polsce, który umiał przepisywać recepty. Spośród wielu opracowanych przez niego receptur największą popularnością cieszyły się zapomniane dzisiaj tabletki na kaszel. Nazywano je „proszkami doktora Pareńskiego”, miały w składzie: efedrynę, kodeinę, wodorowęglan sodu i sulfogwajakol. Dzisiaj zaliczane są do kategorii leków złożonych i przepisywane przy ostrych i przewlekłych infekcjach górnych dróg oddechowych. Próżno jednak szukać ich w spisie leków, recepturę od ponad stu lat przekazują sobie krakowscy lekarze.

Pareński, zdaniem żony, „żyjący tylko troską, jak ulżyć cierpiącym i przywrócić siły chorym” jako lekarz praktyk cieszył się ogromnym powodzeniem, miał intuicję, cierpliwość i duże poczucie humoru. Latem 1901 roku zbadał przebywającego w Krakowie Józefa Piłsudskiego. Znalazł u niego objawy wyczerpania i zalecił odpoczynek. Na pytanie, jak długo, odparł zwięźle: „Dopóki pan nie zacznie się nudzić”. Także Henryk Sienkiewicz, ulubieniec Krakowa, w jednym z listów do Szetkiewiczów zalecał wizytę u Pareńskiego:

Nie wadziłoby jednak wezwać Pareńskiego, kazać się dobrze ostukać, wybadać i dopiero robić projekta. Poddałem jej tę myśl właśnie na czekającą ją podróż i malaryczne usposobienie, ale pewno tego nie zrobi (...). Jest zupełnie prawdopodobne, że Pareński znajdzie wszystko w porządku i prócz delikatności kompleksji nic nie odkryje, ale właśnie w takim razie będzie spokój i zadowolenie.

Pareńskiego zapraszano na konsylia lekarskie, był konsultantem w innych szpitalach, często wyjeżdżał na wezwania do pacjentów zza kordonu. Zawsze w drodze, z domu do domu, z miasta do miasta. To pewnie wtedy wszedł mu w nawyk zwyczaj wyskakiwania z jadącego pociągu, gdy pomylił trasę.

Jak każdy krakowianin, reklamy nie lubił, bo też i jej nie potrzebował. Zwykł mawiać, że dobrego i uczciwego lekarza pacjenci znajdą sami. Przyjmował od piętnastej do późnych godzin nocnych. Przed drzwiami gabinetu czekało codziennie od dwudziestu do trzydziestu osób, a przyjętych bywało nie więcej niż sześciu. Badanie trwało długo, od trzech do siedmiu (!) kwadransów, Pareński słynął bowiem z dokładności. Od godziny dwudziestej trzeciej do drugiej nad ranem pracował jeszcze w swoim gabinecie.

Eliza Pareńska

Bal na szpital św. Ludwika i Rabkę odbędzie się dnia 9 lutego 1898 r. w sali hotelu Saskiego. Urządzeniem balu raczyły się zająć pp.: Hr. Andrzejowa Potocka, jako przewodnicząca, hr. Stanisławowa Badeniowa, Janowa Federowiczowa, Faustynowa Jakubowska, Adamowa Jędrzejowiczowa, delegatowa Laskowska, hr. Janowa Mieroszowska, Eliza Pareńska, hr. Antoniowa Wodzicka, hr. Stanisławowa Wodzicka. Do komitetu zaproszeni zostali nadto pp.: Jan Jędrzejowicz, Leopold Mussil, Ksawery hr. Pusłowski, Dr Romuald Szawłowski, Stanisław Szawłowski, Józef Wężyk, hr. Aleksander Wodzicki i Tadeusz Żeleński.

„Czas” z 19 grudnia 1897

Profesorowej Pareńskiej nie wystarczało układanie jadłospisów, uzupełnianie domowych zapasów, doglądanie dzieci i pilnowanie służby. Nadmiar energii wyładowywała, udzielając się w rozmaitych kołach i towarzystwach dobroczynnych. Jako ewangeliczka w latach osiemdziesiątych należała do Towarzystwa Ewangelickiego Oświaty Ludowej, podobnie jak właściciel słynnej cukierni na Rynku – Parys Maurizio.

Obecność Pareńskiej w gronie utytułowanych dam komitetowych krakowskiego Towarzystwa Dobroczynności jest potwierdzeniem mocnej pozycji towarzyskiej, jaką cieszyła się w mieście. Udzielała się też w „komitecie dla głodnych dzieci pw. Dzieciątka Jezus”. Jak odnotował „Czas”, zimą 1897 roku obdarowała niedożywione dzieci medalikami z wizerunkiem Dzieciątka Jezus, ale – na co zapewne bardziej liczyli podopieczni – nadzorowała także wydawanie obiadów w przyklasztornych kuchniach.

Na loteryę gospodarską złożono w dalszym ciągu następujące fanty: JE. minister Jędrzejowicz 10 złr.; hr. Zdzisławowie Tarnowscy 5 bażantów, 5 zajęcy; Felicya Siemiginowska 10 złr.; Emilia Bossowska 5 złr.; prof. Maciej Jakubowski 5 złr.; profesorowa Żuławska 7 fantów; Lucyna Hallerowa 2 kapłony; Maurizio 10 flaszek likieru; Urban 5 flaszek araku; Stanisławowa Pareńska 5 zajęcy, 6 kur, 5 strucli, 14 słoi konfitur, 9 flaszek wódki, koszyk bakalii.

„Czas” z 23 grudnia 1898

W zbieraniu datków pieniężnych nie miała sobie równych. Z powodzeniem kwestowała zarówno wśród zamożnych znajomych, jak i we własnym domu – „prof. Maciej Leon Jakubowski 10 złr, prof. St. Pareński 10 złr”. Sam Pareński także nie stronił od dobroczynności, jego nazwisko powtarza się wśród osób wspierających działalność szpitala św. Ludwika.

Obydwojgu bliskie były inicjatywy na rzecz dzieci. Eliza Pareńska była opiekunką Towarzystwa kolonii wakacyjnych w Krakowie, pod protektoratem hrabiny Katarzyny Adamowej Potockiej, a jej mąż jednym z głównych darczyńców. Kilka lat później zawiązało się podobne zrzeszenie, tym razem wspierające kolonie zdrowotne w Rabce. W 1903 roku Eliza udzielała się w komitecie organizacyjnym balu, z którego dochód przeznaczony był na kolonie rabczańskie. „Czas” relacjonował:

Około godziny wpół do jedenastej z galerii rozległy się dźwięki poloneza, na sali między tłumem panów, zajmującym jej środek, zaczęły się przesuwać pary, rozpoczynające bal. W pierwszych parach postępowali: niestrudzony twórca i opiekun kolonii rabczańskiej prof. Maciej Jakubowski z hr. Andrzejową Potocką, p. delegat Fedorowicz z prof. Stanisławową Pareńską, wiceprezydent Leo z hr. Adamową Sierakowską, jen. Albory z hr. Antoniową Potocką i długi szereg innych par.

W karnawale 1897 roku profesorowa Pareńska znalazła się wśród gospodyń balu lekarskiego w Hotelu Saskim, jednego z najważniejszych podczas tegorocznego karnawału. Od 1900 roku należała do krakowskiego koła pań działającego przy Towarzystwie Szkoły Ludowej, wspierającym budowę szkół, tworzenie czytelni i wypożyczalni książek, organizowanie kursów pisania i czytania dla analfabetów. Pareński należał do Towarzystwa Opieki Szpitalnej dla dzieci, które organizowało między innymi kolonie zdrowotne dla dzieci chorych na gruźlicę węzłów chłonnych.

Obydwoje byli w mieście postaciami rozpoznawalnymi i wpływowymi. Alfred Wysocki wspominał: „Gdy profesorowa Pareńska szła z córkami, późniejszą doktorową Raczyńską i Boyową-Żeleńską, to musiała kłaniać się bez przerwy”.

Wielopole 4

Według Kalendarza Krakowskiego na rok 1893 po śmierci Franciszki Pareńskiej prawa do kamienicy Bonerowskiej posiadali Edmund Pareński i Emilia Korczyńska oraz krakowski kupiec August Porębski. Przed drzwiami mieszkania Elizy i Stanisława Pareńskich mijali się pacjenci pana domu i goście pani. Było tłoczno, ciasno i ciemno. Jan Raczyński, asystent w Klinice Pediatrycznej, przyjaciel rodziny, mawiał: „Gdyby to mieszkanie było jaśniejsze, każda z córek profesora byłaby o dwa centymetry wyższa!”. Nadszedł czas na zmianę – Pareńscy zapragnęli większej i bardziej reprezentacyjnej siedziby.

Pałacyk Pareńskich przy ul. Wielopole 4 w Krakowie, początek XX wieku

Wybór padł na pałacyk w dzielnicy Wesoła, przylegającej zachodnią częścią do Plant. Nieruchomość miała doskonałą lokalizację: blisko stąd było na czekoladę paryską do Maurizia, do fabryki bielizny M. Beyera i do szpitala św. Łazarza. Na początku dziewiętnastego wieku to dawne przedmieście zaczęło tracić swój podmiejski charakter. W miejscu terenów zielonych pojawiły się kamienice i pałacyki. Tu, gdzie później stanął pałac Pareńskich, znajdował się duży ogród. W 1876 roku działka wydzielona z dóbr Librowskich przeszła na własność nieznanej z imienia pani Kwiatkowskiej. Prawdopodobnie w następnym roku nowa właścicielka wybudowała tu trójkondygnacyjną rezydencję. Cechy stylowe budynku z silnie uwydatnionymi gzymsami międzykondygnacyjnymi nawiązywały do neorenesansu. Charakter reprezentacyjny miała jedynie elewacja frontowa. W późniejszych latach pozostałe, gładkie elewacje budynku efektownie maskował ogród założony przez Elizę Pareńską. Założenia architektoniczne podkreślały pałacowy charakter posesji: główny budynek usytuowany był na środku działki, w otoczeniu zieleni. W drugiej połowie dziewiętnastego wieku wybudowano domek stróża przy wjeździe od strony zachodniej oraz stajnię.

Kolejne edycje Kalendarza Krakowskiego Józefa Czecha pozwalają prześledzić dalsze dzieje posesji. W 1886 roku właścicielem działki przy ulicy Wielopole 4 był Juliusz Epstein. W następnych latach pałac kilkakrotnie zmieniał właścicieli: w 1892 roku był własnością Wojciecha i Marceli Wójcickich, a rok później należał do Piotra i Zofii Bontempsów oraz Bronisławy Narbutt.

Pareńscy kupili pałac około 1894 roku. Wtedy Stanisław Pareński został po raz pierwszy wymieniony jako właściciel posiadłości. Jeszcze przez kilka lat przyjmował pacjentów pod starym adresem. Siódmego lipca 1897 roku w „Głosie Narodu” pojawiło się zawiadomienie: „Prof. dr Stanisław Pareński, znakomity internista, przeniósł swe mieszkanie na Wielopole l. 4. Godziny przyjęć tak jak dawniej”.

W nowym domu Pareńscy zajęli całe pierwsze piętro – łącznie ponad trzysta metrów kwadratowych powierzchni użytkowej. Na parterze, na prawo od wejścia, Stanisław Pareński miał gabinet lekarski, w którym przyjmował pacjentów.

Pozostałe pomieszczenia parterowe oraz drugie piętro zostały przeznaczone na wynajem. W 1900 roku Pareńscy zatrudniali służącą Agatę Gomułbę, kucharkę Marię Duc, posługaczkę Teresę Lipiarz i stróża Szymona Grabiarza. Nadal pracował dla nich pochodzący z Myślenic Jan Dziadkowiec, o którym kilka żartobliwych wierszy, recytowanych w Zielonym Baloniku, napisał Boy. Mieczysław Smolarski wspominał: „Profesor Pareński był lekarzem o wielkiej sławie i kto do niego chciał się dostać, musiał opłacić się lokajowi Janowi”.

Dzieciątka

3 stycznia 1899

Tabuny źrebaków harcują mi po całym domu, koledzy Janka etc. Jedna taka Etcetera, z bardzo zacnego domu, z dobrą kinderstube, za przyzwoleniem Elizy liznęła parę łyczków wina, tego z najgłębszego zadka najtylniejszego i rozmarzona, pełna rezonu, w przypływie rycerskości na straży dam i domu naszego stanęła. Czego szukała w antresoli, tego nie wiem. Znalazła przypadkiem mnie. Ruszyła więc do ataku: Szanowny pan czego tutaj szuka? – Ubawiony powiadam: Spokoju, chłoptysiu, spokoju we własnym domu. – To z kim mam właściwie przyjemność? – naciera Etcetera. Tłumaczę cierpliwie: Pareński jestem. Stanisław Pareński. Więcej nie zdążyłem powiedzieć. W Etceterę jakby nowy duch wstąpił, ruszyła z kopyta i znikła niczym kamfora.

O czwórce swoich pociech dumny ojciec pisał „dzieciątka”. W zbiorach rodzinnych zachowało się kilkadziesiąt fotografii wykonanych dzieciom Pareńskich, między innymi przez Stanisława Bizańskiego i Józefa Sebalda: Zosia i Marynia w niemowlęcych koszulkach batystowych i już jako kilkuletnie dziewczynki w odświętnych białych sukienkach, Lizka z rozpuszczonymi włosami i Janek w marynarskim ubranku. Dwie starsze dziewczynki wychowywały się razem, podobnie jak dwójka młodszych dzieci. Ojciec lekarz troszczył się o zdrowie swoich pociech, ale przede wszystkim rozpieszczał je ponad miarę. Dzieci wychowywały się w domu, gdzie panowała swobodna atmosfera, daleka od nakazów, wyrzeczeń i kar. Podobnie jak rówieśnicy, bawiły się w ciuciubabkę, pierścionek, cztery kąty, serso i cenzurowanego, a to, co było modne w Krakowie, trafiało też na Wielopole.

Maria Pareńska, 1885 rok                 Zofia Pareńska, 1886 rok

Zofia (z lewej) i Maria Pareńskie, około 1887 roku

Zofia (z lewej) i Maria Pareńskie, 1896 rok

Zofia Pareńska, 1896 rok

Jan Pareński, około 1892 roku

Lizka Pareńska, około 1892 roku

Jan i Lizka Pareńscy, 1896 rok

29 października 1900

Mamy już balon, mamy bicykle czy tam rowery, aparaturę do fotografowania osób i przedmiotów. Do pełni szczęścia brakuje nam podobno jeszcze tylko szkieletu, czyli kościotrupa, jak powiadają moje dzieciątka. Hm, kwestia przynajmniej do przemyślenia, a te chcą już, bodaj od ręki. I żeby miał szlafrok turecki... I żeby można było poruszać rękoma... i nogami też! Same głupstwa! Powiem: Nie! – jeszcze mi po cholerycznym cmentarzu zaczną grzebać, powiedzieć: Tak – nie mogę. Wzywam więc na odsiecz Lizę i z całą powagą oświadczam: Moja droga, panienki pragną mieć w domu ludzki szkielet, damom, jak wiesz, nie umiem odmawiać, uprzedzam nawet życzenia. Proszę cię więc, zadysponuj jutro wcześniej obiad i niech Wojciech w hallu wannę ustawi. Tylko rano. Wprost z kliniki przyślę formalinę. Umarlaka przetransportuje się przed obiadem, żebym zdążył należycie go wyeksponować, nim mi pierwszy pacjent [na jego widok] trupem padnie. Ale, ale, kogo chcecie panienki: starca czy staruszkę? Na to moje panny jednogłośnie i nader tragicznie: Papo!

– Znowu niezadowolone?! – niecierpliwię się i wychwalam korzyści z posiadania umarlaka: – Rączką ruszy, nóżką tupnie, turecki szlafrok narzuci i mamy balową suknię włoży, a sam szkielet co? – Fortel przeszedł moje oczekiwania, dzieciątkom odechciało się szkieletu i byłby spokój, gdyby Liza nie podsunęła pomysłu seansów spirytystycznych!... Mamy więc już pod własnym dachem: balon, bicykle, aparat do fotografowania – do pełni szczęścia brakuje już tylko duchów we własnym domu. Zaiste na brak urozmaicenia życia rodzinnego – narzekać nie mogę.

(z korespondencji Stanisława Pareńskiego)

Balon był marzeniem najmłodszego Janka, który pasjonował się lataniem. Miał jedenaście lat, kiedy postanowił skonstruować własny, domowy aerostat. O tej próbie też dowiadujemy się z listu Stanisława Pareńskiego:

22 września 1900

Własny dom jest zawsze największą niewiadomą dla człowieka. Nigdy nie wiesz, co cię w nim spotka lub co ty w nim napotkasz. A zawsze ci się zdaje, że co jak co, ale dom własny, swój dom znasz na pamięć, że nie ma w nim żadnych dla ciebie niespodzianek. Tak i ja przekonany – wchodzę dziś na strych, aby sprawdzić, czy rzeczywiście dach należycie na zimę przygotowany. Wchodzę i z miejsca staję: na podciesiach dynda coś rozpiętego. Cóż to może być? Medytuję – i skąd mi się to tu wzięło? – Liziu, kochanie, pytam Magnifiki, czy my może zamierzamy unowocześnić jakoś mieszkanie, no, wiesz, może to taka teraz moda zawieszać takie coś pstrokate, nadęte? – Widzę, że Lizia nic nie pojmuje... Wspólna lustracja strychu przynosi nam nowe odkrycia: cudzy kosz wiklinowy, obce zwoje lin konopnych... Przyparte do muru dzieciątka wyznają wreszcie, że to nasz jedynak szykował nam niespodziankę i nic straconego, bylem był cierpliwy, tylko WARA od mojego gabinetu! I nie wolno w salonie – zastrzega sobie Lizia. – Gabinet!!! Salon!!! – szydzą dzieciątka. – Janek tym będzie pływał w powietrzu! Ponad naszym domem! Całe miasto będzie nas podziwiało. To jest balon!!! Doprawdy, niczego więcej nie brakowało mi do szczęścia.

Zosia i Marynia

Dzieci Pareńskich miały bonę Paulinę Halentę i francuską guwernantkę Alinę Geoffroy. Początkowo uczyły się w domu, ale jesienią 1899 roku rodzice postanowili posłać córki do szkoły. Marynia i Zosia Pareńskie rozpoczęły naukę w I Prywatnym Gimnazjum Żeńskim im. Emilii Plater. Była to pierwsza szkoła żeńska z programem gimnazjum męskiego. Zajęcia odbywały się przy ulicy Szewskiej 9, gdzie przyprowadzała i skąd odprowadzała panny Pareńskie służąca. Żadna dbająca o reputację panienka z dobrego domu nie mogła bowiem wałęsać się po ulicy bez przyzwoitki. W czasach gdy edukacja kobiet skupiała się głównie na znajomości obowiązków domowych, języka francuskiego i gry na fortepianie, panienki z gimnazjum żeńskiego uczyły się języka polskiego, niemieckiego, francuskiego, łaciny, greki, historii powszechnej, historii naturalnej, matematyki, geografii, rysunków i religii.

Piętnastoletnia Marynia i trzynastoletnia Zosia trafiły do jednej klasy. Pierwszy semestr nauki ukończyły z doskonałymi wynikami. Warto przyjrzeć się kartom semestralnym, gdyż wiele mówią o tych dwóch uczennicach. Oprócz przedmiotów ocenie poddawano obyczaje (chwalebne, dobre, dość dobre, naganne), pilność (wytrwała, dobra, dość dobra, niejednostajna, mała) i formę zewnętrzną ćwiczeń pisemnych, która mogła być chwalebna, staranna, dość staranna, dobra, dość dobra i tak dalej. Marynia obyczaje miała „chwalebne”, pilność „dobrą”, a formę zewnętrzną ćwiczeń pisemnych „dosyć staranną”. W drugim semestrze pilność jej oceniono na „dość dobrą”, za to ćwiczenia pisemne na „staranne”. Odnotowano w karcie z drugiego półrocza kilka godzin nieusprawiedliwionych. Młodsza Zosia zakończyła oba semestry nauki z wyróżnieniem. Podobnie jak siostra, obyczaje miała „chwalebne”, za to pilność „wytrwałą”, a formę zewnętrzną ćwiczeń pisemnych „staranną”. Wśród ocen końcowych przeważały celujące. Prymuską była też w drugim roku nauki w gimnazjum. W pierwszym semestrze oceny celujące miała z religii, łaciny, języka francuskiego, geografii i historii powszechnej, z pozostałych – bardzo dobre. Rok szkolny 1900/1901 ukończyła z wyróżnieniem, choć obyczaje miała „dobre” i kilka godzin nieusprawiedliwionych.

W drugiej klasie szesnastoletnia Marynia straciła zainteresowanie nauką w gimnazjum. Koniec pierwszego półrocza to czas karnawału i prapremiery Wesela. Na karcie semestralnej najstarsza panna Pareńska obyczaje miała „dobre”, a „dostateczny” z religii mógł być wynikiem zatargu z katechetą księdzem Franciszkiem Świderskim. Pierwsze półrocze zakończyła ocenami dobrymi, dostatecznymi i stopniem bardzo dobrym z języka francuskiego. Na początku drugiego półrocza na dobre pożegnała się z gimnazjum im. Emilii Plater.

We wrześniu 1901 roku Zosia jako uczennica trzeciej klasy rozpoczęła ostatni rok nauki. Opuściła 350 godzin lekcyjnych, oceny semestralne miała nieco słabsze niż dotychczas, choć nadal była uczennicą ze „stopniem pierwszym”. Celujący z języka francuskiego z poprzednich dwóch lat na koniec trzeciej klasy zastąpiła ocena dobra. Dopingowano ją w domu, kusząc wyjazdem do Paryża w nagrodę za dobre stopnie.

W małym, ciasnym Krakowie francuski był językiem „mondu”, każda księżna i hrabina mówiła i myślała po francusku, na balach panny w swoich „tualetach” tańczyły kadryla podtrzymywane przez „epuzerów”, a w kawiarniach „kozerzy” czytali „Revue des Deux Mondes” i „La Vie Parisienne”. Zosia, panienka z zamożnego domu, uczona francuskiego, aby dla przyjemności czytać w oryginale dzieła klasyków, nie mogła przypuszczać, że salonowe rzemiosło stanie się kiedyś dla niej źródłem utrzymania. Tymczasem jednak, w czerwcu 1902 roku, zakończyła naukę w gimnazjum im. Emilii Plater.

W październiku Marynia, już bez Zosi, została słuchaczką modnych Kursów dla Kobiet im. Adriana Baranieckiego. Przezywane żartobliwie „Baraneum”, były instytucją prywatną, umożliwiającą kobietom zdobycie wykształcenia zbliżonego do uniwersyteckiego. Przyjmowano uczennice powyżej szesnastego roku życia. Słuchaczki opłacały wpisowe i czesne. Każda z kandydatek musiała przedstawić rodowód, w którym obok danych osobowych wpisywała dotychczasowe wykształcenie. W rubryce zatytułowanej „Na jakiej podstawie pragnie być przyjęta” – Maria Pareńska dopisała: ukończonej szkoły wydziałowej i dwóch klas gimnazjalnych. Na kursach Baranieckiego, które odbywały się przy ulicy Karmelickiej 32, była słuchaczką nadzwyczajną wydziału literackiego, co oznaczało, że uczęszczała tylko na wybrane przez siebie wykłady – z historii Polski, historii powszechnej i historii literatury powszechnej.

Pani Liza

Prywatnie był to po prostu salon pani Lizy, rzadziej salon Pareńskich, nigdy – Stanisława Pareńskiego. Przepracowany doktor, śpieszący się od jednej sprawy do drugiej, sam bywał gościem we własnym domu. Pisał:

3 września 1899

Człowiek wstając rano, nie wie, co go w południe czeka! Zasiedziałem się przy chorym, to i trochę późno na obiad wracam... Kto mnie u drzwi wita? Najukochańsza Małżonka, którą wczoraj kilkadziesiąt wiorst od Krakowa żegnałem na cały tydzień! Zjechała na lustrację domu, służby, kasy i mnie. Wszystko po swojej myśli znalazła, więc humor miała wspaniały! Ja, w miarę zagęszczania się salonu, coraz słabszy. 26 person ukradło mi pół dnia i kawał nocy, bo dokładnie do północy siedzieli... Wziąłem rewanż i ni kropelki wina nie dałem. Rozmowa była wyborowa, dowcip elegancki... Szczególna to dla mnie przyjemność, że wszyscy w naszym domu tak dobrze się czują. Radość ogromna, wprost szczęście, tylko dlaczego nie mogę spokojnie pracować, kiedy mam na to największą akurat ochotę?

Aktor Jerzy Leszczyński wspominał: „Mawiało się «Idę na Wielopole». Oficjalnie chodzono do Pareńskich na „czwartki”, a nieoficjalnie, jak pokazuje cytowany list, niemal codziennie. Reprezentacyjne pokoje pierwszego piętra były rozmieszczone od frontowej strony pałacyku. Tutaj zbierali się goście i tutaj narodziła się legenda tego salonu artystyczno-literackiego. Niekwestionowana to zasługa pani domu, która według przekazów była urocza. W mieście nazywanym polskimi Atenami Eliza Pareńska nazywana była przez pochlebców Aspazją.

Eliza Pareńska

„Osiwiała bardzo wcześnie, pudrowała włosy biało, co dawało jej kształtnej głowie charakter osiemnastowiecznej markizy, z wiecznie młodą figurą, prosto a wytwornie ubrana, miała w życiu ówczesnego Krakowa swoją jakby «udzielność»; salon jej był bardzo realną siłą” – pisał Tadeusz Żeleński. Usposobienie miała optymistyczne, co udzielało się towarzystwu, czarująco prowadziła konwersację, była towarzyska, skrupulatna, a kiedy trzeba nieustępliwa. Posiadała bezcenny dar zjednywania sobie ludzi różnych stanów, przez co uznawano ją za osobę wpływową, potrafiącą nadać niejednej sprawie właściwy bieg.

W swoim salonie była niezrównaną gospodynią i na przekór przysłowiowej galicyjskiej oszczędności przyjmowała z rozmachem: ser szwajcarski od Hawełki, ptifury od Maurizia, kawior, sardynki, węgierskie wino, słodka wódka i oczywiście torty – najczęściej czekoladowe i orzechowe z różanym nadzieniem. Doktorowa Pareńska, radczyni, umiała zręcznie zmienić temat, gdy dyskusja stawała się nazbyt burzliwa. Wbrew porzekadłu wiodło się jej w miłości i w kartach; w grze w winta podobno nie miała sobie równych wśród kobiet, wybornie też grała na fortepianie. Była siłą sprawczą każdego przedsięwzięcia, w które się angażowała. Lucyna Kotarbińska pisała: „Ona jedna może skuteczną interwencją wyjednać prolongatę terminu w sferach, do których my w tej chwili żadnego dostępu już nie mamy”. Z tarapatów finansowych wyciągała nie tylko Kotarbińskich, wspierała pożyczkami znajomych i regulowała długi karciane, bo choć „grało się z całą furią, aby coś załapać”, przy gotówce byli na Wielopolu tylko gospodarze. „Często zdarzało mi się w ciągu wieczora prosić panią Elizę o pożyczkę, którą mi wręczała zawsze z przemiłym uśmiechem, dając radę wytrawnego gracza: «Niech pan gra spokojnie i nie rachuje nigdy na wygraną, bo wtedy przegrana jest pewna»” – wspominał jeden z bywalców. Pareńska była więc po trosze „domem bankowym Młodej Polski”, nieoficjalną agendą Towarzystwa Dobroczynności.

„Nieopisanie hojna w razach składek i pomocy” wspierała także Stanisława i Dagny Przybyszewskich. Kiedy w 1900 roku małżeństwo tych dwojga było już fikcją, Dagny pożyczyła od Pareńskiej pieniądze przed swoim wyjazdem z Krakowa.

„Ponieważ pani Dagny zaciągnęła u Pani dług w wysokości 25 fl. i kazała mnie prosić, bym sumę tę Pani zwrócił, więc dam Pani te obrazy [Skarby Sezamu Wyspiańskiego i Szopen Weissa – M.Ś.] za 175 reńskich (...). Nie umiem Pani wypowiedzieć, jak jestem Jej wdzięczny za szczerą a głęboką życzliwość, jaką Pani naszemu rozbitemu gniazdu zawsze okazywała, a jeżeli sam osobiście nie przychodzę, to li tylko dlatego, że mi trudno mówić, wręcz lękam się ludzi” – pisał Stanisław Przybyszewski.

Pani Liza propagowała wśród znajomych modę na wzornictwo ludowe, agitowała na rzecz towarzystwa Polska Sztuka Stosowana i walczyła o posadę dyrektora teatru dla Stanisława Wyspiańskiego. Przez wiele lat, razem z Władysławem Żeleńskim, zabiegała o stworzenie orkiestry symfonicznej, bo w Krakowie działała tylko austriacka orkiestra wojskowa prowadzona przez Józefa Hocka (znane jest powiedzenie Wyspiańskiego „żadnych hocków!”). Wszystko to przypomniał po latach Tadeusz Żeleński w serdecznym wspomnieniu o domu teściów.

Towarzystwo

Wiele osób przewinęło się przez ten jedyny w swoim rodzaju salon. Gdyby wzorem Boya pokusić się o przedstawienie ich, należałoby wymienić bez mała setkę osób, wśród nich późniejsze sławy z dziedziny medycyny, sztuki, literatury, a do tego wszystko, „co było jeszcze utalentowane w Krakowie”. Zanim jednak znaleźli się tam: Adam Asnyk, Władysław Reymont, Tadeusz Pawlikowski, Karol Frycz, Jacek Malczewski czy Witold Wojtkiewicz – początkowo było to miejsce spotkań inteligencji mieszczańskiej, ludzi nauki skupionych, jak gospodarz, wokół Uniwersytetu Jagiellońskiego i szpitala św. Łazarza.

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku, kiedy Pareńscy przyjmowali już na Wielopolu, nastąpiły w ich towarzystwie pewne przetasowania. Demokratyczno-postępowe poglądy gospodarzy zadecydowały o charakterze spotkań i o tym, kto ich odwiedzał. Nadal licznie reprezentowane było środowisko uniwersyteckie, ale miejsce wykładowców stopniowo zajmowali ich utalentowani uczniowie, którzy chętnie bratali się ze światem bohemy. Dom Pareńskich stał się na kulturalnej mapie Krakowa miejscem modnym i dość niezwykłym, bo tylko dzięki dyplomacji gospodarzy mogły się tu zetknąć na gruncie towarzyskim tak różne osobowości jak: Leon Wyczółkowski, Jan Stanisławski, Włodzimierz Tetmajer z Józefem Mehofferem, Kazimierzem Sichulskim, Stanisławem Czajkowskim; Władysław Żeleński z Bolesławem Raczyńskim czy Franciszkiem Bylickim; Rudolf Starzewski, Witold Noskowski z Arturem Górskim, Ignacym Sewerem-Maciejowskim; Kazimierz Przerwa-Tetmajer ze Stanisławem Przybyszewskim, Ludwik Solski z Józefem Korabińskim. Bywali tam: Stanisław Wyspiański i jego lekarz, Julian Nowak, Maciej Jakubowski i jego asystenci Jan Raczyński i Tadeusz Żeleński.

Nie obywało się bez rozdźwięków, gdy na kilkunastu metrach kwadratowych zeszło się jednocześnie kilka silnych indywidualności.

„Na bajkę zakrawa, a jednak najprawdziwszą prawdą jest scena, gdy Stanisławski rzucił Wyczółkowskiemu (grającemu co prawda jak noga) kartami w łeb, rycząc: «Z durniami nie gram!». Zrobił się popłoch, Wyczół się rozpłakał, oprzytomniały Stanisławski zaczął go ściskać, no i partia potoczyła się dalej” – pisał Żeleński.

W tym towarzystwie zdarzały się rozmaite humory sytuacyjne, wywołujące uśmiech nawet po wielu latach. Aktor Jerzy Leszczyński przypomniał jedno z większych przyjęć z okazji imienin Elizy, na których stawił się „nieomal cały Kraków”. W tłumie przybyłych Stanisław Pareński, który tego dnia wyjątkowo późno skończył swoją praktykę, sam został wzięty za gościa:

Skromnie stanął w drzwiach wejściowych, obserwując dobrze już podpitą hałastrę, rżnącą przy sześciu stolikach w karty. Obok niego, oparty o framugę drzwi, stał jakiś młody człowiek, przejezdny literat z Warszawy, którego na swoją odpowiedzialność wprowadził do Pareńskich Rudolf Starzewski. Gość minę miał znudzoną, ukradkiem ziewał od czasu do czasu. W pewnej chwili spojrzał na zegarek.

– Ho, ho, już pierwsza godzina – trzeba zmykać. A szanowny pan – zwrócił się do Pareńskiego – zostaje jeszcze?

Profesor uśmiechnął się.

– Mój Boże, panu to dobrze, może się pan ulotnić, a ja muszę tu zostać.

– Musi pan, dlaczego?

– A bo widzi pan... jestem gospodarzem tego domu.

Lucyna Kotarbińska, żona Józefa, dyrektora Teatru Miejskiego w latach 1899–1905, w swoich pamiętnikach pisze dyplomatycznie:

Dom pp. Pareńskich, doktora, przezacnego człowieka, i żony jego, p. Elizy, światowej, inteligentnej i zajmującej kobiety, grającej dużą rolę w mieszczańskim świecie, odznaczał się gościnnością, z której nieraz korzystaliśmy i my. Ale mimo że widywałyśmy się dość często, bo niemal co poniedziałek, łaskawie nas odwiedzała pani doktorowa, nie przyszło między nami do bliższej zażyłości.

W liście do męża zdradza już więcej szczegółów: „Wczoraj od 9-tej rano do 12-ej w nocy byłam u Pareńskiej z Sewerami. Tak pękałyśmy z niczego ze śmiechu, że ja się posiuś..., a Sewer zwymyślał nas od idiotek (...). Pareńsia miła dla mnie była nad wszelki wyraz”. Sama Kotarbińska przyjmowała w swym mieszkaniu przy ulicy Radziwiłłowskiej w poniedziałki od siedemnastej „do której Bóg dał”.

Maria z Güntherów i Ignacy Maciejowscy, czyli Sewerowie, przyjmowali codziennie w swoim trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Batorego 6 na drugim piętrze. Podobnie jak Pareńscy, z którymi żyli w serdecznej przyjaźni, wspierali mało znanego wówczas malarza Stanisława Wyspiańskiego, zresztą nie tylko jego. W latach trzydziestych w felietonie Na początku była chuć Żeleński opublikował fragmenty korespondencji Elizy Pareńskiej i Ignacego Maciejowskiego. Bo choć widywali się często – bywało, że i codziennie – to namiętnie hołdowali sztuce epistolarnej.

W pewnym okresie Eliza Pareńska przyjaźniła się z Idalią Pawlikowską, żoną poprzedniego dyrektora teatru, Tadeusza Pawlikowskiego, siostrą Józefa Kotarbińskiego. Michał Pawlikowski napisał w Pamiętnikach, że „intymnym gościem” bywał u niej Tadeusz Żeleński. Ochłodzenie stosunków między obiema kobietami nastąpiło około 1905 roku, prawdopodobnie w związku z walką o posadę dyrektora Teatru Miejskiego (właśnie w tym roku wygasła sześcioletnia dzierżawa Kotarbińskiego). W rozpisanym konkursie na nowego dzierżawcę Pareńska opowiedziała się po stronie Stanisława Wyspiańskiego. Do konkursu stanęli także Józef Kotarbiński i Ludwik Solski, któremu ostatecznie przypadło zwycięstwo.

To właśnie Józef Kotarbiński wymyślił wyborne określenie „furia towarzyskości”. Oprócz Lucyny Kotarbińskiej miała ją mieć także Pareńska, bo przyjmowała gości bez liku, nawet na rozjazdach. Sam Pareński mawiał w takich sytuacjach: „Jaki człowiek durny, mając małżonkę o spokoju marzy!”.

Tradycją na Wielopolu były wieczory tematyczne – wieczór literacki, muzyczny, innym razem zabawa w teatr. Wielkim powodzeniem cieszyły się tableaux vivants, czyli widowiska parateatralne inscenizujące wydarzenia zaczerpnięte z historii, sztuki czy literatury, inspirowane dziełami Henryka Sienkiewicza, Adama Mickiewicza czy Jana Matejki. Żywy obraz kształtował się na oczach widzów. W określonym momencie zgrupowane osoby ustawiały się i nieruchomiały, tworząc wybraną scenkę. Do projektu i nadzoru nad wykonaniem tableaux angażowano artystów.

Na Wielopolu zabawy parateatralne reżyserował Stanisław Wyspiański. Zanim choroba wyłączyła go z rozrywek, chętnie udzielał się w towarzystwie. Projektował kostiumy i dekoracje, przygotowywał rekwizyty. Wśród wielu listów adresowanych do Pareńskiej znalazł się i ten, napisany przez Wyspiańskiego w grudniu 1896 roku:

Szanowne i Łaskawe Panie!

Niezmiernie żałuję, ale przed niedzielą nie będę mógł znaleźć czasu, aby u Szanownych Pań być celem omówienia obrazu żywego, mam bowiem bardzo pilne zajęcia terminowe i od nich odstąpić nie mogę. Łączę wyrazy poważania dla Wnej Pani, a dla panienek ukłony.

Panienki, Marynia i Zosia, wychowywały się w salonie rodziców, w towarzystwie córek Heleny Rydlowej i Antoniny Domańskiej, przyjaciółek Elizy. Tutaj odbierały pierwsze lekcje dorosłości. Na próżno po latach zgorszona Julia Tetmajerowa pisała: „Jeżeli te dzieci tak nieurabiane nie przepadną, to będzie cud!”.

Dużą rolę w tych naukach odegrał stały bywalec salonu – kanonik Juliusz Drohojowski, od 1886 roku kapelan Towarzystwa Dobroczynności. Razem z Pareńskim wszedł do Towarzystwa Wzajemnej Pomocy Uczestników Powstania Polskiego z r. 1863 i był jego zastępcą. Nazwany przez Boya – nie bez powodu – najcharakterystyczniejszą figurą ówczesnego Krakowa, ten były powstaniec żył w wielkiej przyjaźni z gospodarzami domu.

„Szlachcic z urodzenia i wychowania, doskonale się czuł wśród salonów arystokracji, a przez wdzięczność za gościnę, wykorzystując stosunki watykańskie, zabiegał niebezinteresownie, przez swego przyjaciela A. Wołyńskiego o różne dla nich tytuły, ordery, dyspensy, rozwody itp” – napisała Janina Brieremeister-Rojewska.

Drohojowski szybko znalazł się na celowniku miejscowych dewotek. Aleksandra Czechówna pisała:

O ile słyszę, to nie jest to Kapłan, którego samo nazwisko nakazywałoby już cześć i szacunek, a przytem nie dopuszczało do żadnych obmów i plotek. Otóż Ksiądz ten jest bardzo częstym gościem u Pareńskich, jeździ z niemi do Krzeszowic [Tenczynka – M.Ś.], zakłada i pielęgnuje ogród Pareńskiej, i tym podobne oddaje jej przysługi.

Zdaje się, że ogrodnictwo było jego pasją. W 1904 roku znalazł się nawet w składzie komisji plantacyjnej do spraw miejskich zakładów ogrodowych. Ksiądz kanonik związany był z Pareńskimi w dobrych i złych chwilach – udzielał chrztów, ślubów, a na koniec, wiele lat później, pochował swojego serdecznego przyjaciela.

Antonina i Stanisław Domańscy

Mieszkali przy ulicy Szczepańskiej 9. Stanisław Domański był profesorem neurologii i, tak jak Pareński, radcą miejskim. Antonina Domańska, matka chrzestna Maryni Pareńskiej, wiele lat później zasłynęła jako autorka książek dla dzieci, a tymczasem rywalizowała z Elizą o towarzyski rząd dusz. Panie zgadzały się w wielu kwestiach, ale kością niezgody między nimi była różnica w ocenie twórczości Stanisława Wyspiańskiego.

W 1900 roku Antonina Domańska pisała w jednym z listów:

Spotykam dzisiaj na Rynku profesorową Pareńską i mówię jej tak: Może i nie znam się na malarstwie, może mam wprost zły gust, ale jak można do Sukiennic, pod jeden dach z Matejką, Siemiradzkim, Wyczółkowskim, że tych tylko wymienię – pchać niewydarzone malowidła tego Wyspiańskiego. A wiem, proszę mi nie zaprzeczać, bo wiem, że to na pewno pani robota. Bardzo  n i e ł a d n a  robota, bo teraz Wyspiański, żeby na głowie stawał, nigdy nie namaluje ani Grunwaldu, ani Czwórki, ani wreszcie kwiatów Wyczółkowskiego. Coś tam pochlapie, pomaże, rozmaże i każe wierzyć, że to akurat kaczeńce. Ja już go znam! A ona mi na to: – Droga pani, nikt do malowania na głowie nie staje, nawet Styka i to maluje na klęczkach, ale jedynie Chrystusa, wszyscy malują, stojąc – to raz. Po wtóre, gdyby TEN Wyspiański, jak to podkreśliła, TEN WYSPIAŃSKI, odmalował Grunwald, Czwórkę czy Kaczeńce