Muzeum osobliwości - Alice Hoffman - ebook
lub
Opis

W świecie pełnym niezwykłości, coś tak powszedniego jak miłość jest największą zagadką

Pierwsza dekada XX wieku, Coney Island, miasto jak ze snu szaleńca i niecichnący lunapark. To miejsce, w którym szukają rozrywki mieszkańcy budowanego właśnie Nowego Jorku, miejsce grzechu i folgowania przyjemnościom. To też dom Coralie, która dorasta w Muzeum osobliwości, gdzie jej ojciec, surowy profesor Sardie, zgromadził kolekcję najbardziej nieprawdopodobnych okazów natury: bliźnięta syjamskie, mężczyzna o szpiczastej głowie czy kobieta z tak długimi włosami, że może po nich stąpać. Coralie, wyśmienita pływaczka, w dziesiąte urodziny dowiaduje się, że całe jej dotychczasowe życie było tylko przygotowaniem do roli, jaką miała odegrać – roli jednego z ojcowskich eksponatów. Rozpoczyna się jej spektakularna kariera, która tak naprawdę jest niewolą.

Eddie Cohen przybył do Ameryki jako dziecko, uciekając przed prześladowaniami religijnymi. Wraz z ojcem, ortodoksyjnym Żydem, pracuje jako szwacz a jego życie ogranicza się do zamkniętej społeczności żydowskich imigrantów. Ale pewnego dnia wewnętrzna niezgoda na los doprowadza go do desperackiego kroku, który poprowadzi go przez nowojorski półświatek drobnych oszustów i złodziei, aż do odkrycia nowej pasji – fotografii.

W przededniu katastrofalnego w skutkach pożaru w Triangle Shirtwaist Factory drogi 18-letniej syreny i młodego fotografa krzyżują się w najbardziej niespotykany sposób, bo miłość jest tym, czego najmniej się spodziewasz.

Alice Hoffman to jedna z najbardziej uwielbianych pisarek Ameryki, która podbiła serca czytelników na całym świecie. Jej książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków. Trzy z nich (Totalna magia, Król rzeki oraz Akwamaryna) zostały sfilmowane, a na podstawie powieści Gołębiarki powstał serial telewizyjny.

“Jak zwykle Alice Hoffman zadziwia swoją zdolnością do operowania słowem z taką wirtuozerią, z jaką inni artyści operują pastelami, malując świat jak ze snu. O wielu powieściach mówi się, że zapierają dech w piersiach – ta naprawdę ma taką moc… Nieprawdopodobnie piękna historia.”

Jodi Picoult

 “Wielki wkład do literatury XXI wieku”

Toni Morrison

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 410

Popularność


Słyszałem, co mówili mówcy, mówili o początku i kresie,

Ale ja o początku i kresie nie mówię.

Walt Whitman, Pieśń o sobie, przeł. Andrzej Szuba

Rozdział 1Świat w kuli

Można by pomyśleć, że na świecie nie da się już znaleźć niczego nowego, żadnych stworzeń, jakich wcześniej oko ludzkie nie widziało, czy jedynych w swoim rodzaju dziwów, pokazujących, że natura sięgnęła po rzeczy z krainy fantazji i cudów. Mogę was zapewnić, że takie rzeczy istnieją, jako że pod wodą znaleźć można bestie rozmiarów słonia, z setkami odnóży, a z nieba spadają rozżarzone skały, paląc powietrze i uderzając w ziemię. Są mężczyźni o tak dziwacznym wyglądzie, że muszą zasłaniać twarz, by nie zaczepiano ich na ulicy, i kobiety o obliczu tak szczególnym, że żyją w pomieszczeniach pozbawionych luster. Kiedy byłam mała, ojciec trzymał mnie z dala od takich niezwykłości, chociaż mieszkałam nad kolekcją, którą zgromadził na Coney Island, nad Muzeum Osobliwości. Nasz dom był podzielony na dwie części: w jednej mieszkaliśmy, a w drugiej mieściła się wystawa. Dzięki temu ojciec nigdy nie musiał rozstawać się z tym, co kochał najbardziej na świecie. Rozbudował oryginalny budynek, wzniesiony w 1862 roku, kiedy to Coney Island i Brooklyn Railroad wypuściły pierwsze tramwaje konne jeżdżące do naszego miasta. Ojciec zbudował wielki hol, gdzie prezentował zatrudniane przez siebie żywe osobliwości, a każda z nich czyniła cuda lub odznaczała się szczególnymi cechami, z jakimi już przyszła na świat, co sprawiało, iż ludzie chętnie płacili, by móc je zobaczyć.

Ojciec był zarazem naukowcem i magikiem, ale głosił, że naszą najprawdziwszą naturę odkrywamy w literaturze. Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, podsuwał mi do czytania poezje Whitmana i sztuki Szekspira. Te dzieła oświeciły mnie i zrozumiałam, że wszystko, co tworzy Bóg, jest cudem, jedynym i niepowtarzalnym. Róża jest przepiękna, ale nie przewyższa urodą eksponatów z muzeum ojca, starannie wystawianych w dużych szklanych pojemnikach z formaliną. Okazy prezentowane przez ojca były jedyne na świecie: doskonale uformowane dziecko bez oczu, nienarodzone małpie bliźnięta trzymające się za ręce, maleńki śnieżnobiały aligator z ogromną paszczą. Często siadywałam w ciemnościach u szczytu schodów i starałam się dojrzeć choćby skrawek owych cudów. Wierzyłam, że każde wyjątkowe stworzenie zostało naznaczone ręką Boga i że każda z osobliwości miała zdumiewać jako hymn ku chwale Stwórcy.

Kiedy szłam do niewielkiego, wyłożonego drewnem pokoju mieszczącego bibliotekę, gdzie ojciec mi czytał, musiałam przejść przez muzeum, zasłaniał mi oczy, żebym nie doznała wstrząsu na widok zgromadzonych na półkach osobliwości, które przyciągały w nasze progi chmary zwiedzających, szczególnie w lecie, gdy plaże i parki zapełniały się tłumami przybyszów z Manhattanu, podróżujących tramwajem lub powozem i promem, przypływających statkami na całodzienną wycieczkę. Jednak opaska, którą zakładał mi ojciec, była zrobiona z cienkiego muślinu i jeśli trzymałam oczy otwarte, mogłam coś zobaczyć. I rozpościerały się przede mną skarby, jakie ojciec zgromadził przez lata: dłoń z ośmioma palcami, ludzka czaszka z rogami, doskonale zakonserwowane szczątki szkarłatnego ptaka o długich nogach, zwanego warzęchą, kamienie poprzecinane błyszczącymi żyłkami, które w ciemności świeciły na żółto, jakby same gwiazdy były uwięzione w skale. Fascynowało mnie wszystko, co niezwykłe: szczęka słonia z zamierzchłej przeszłości, zwanego mastodontem, i buty olbrzyma odnalezione w szwajcarskich górach. Chociaż eksponaty sprawiały, że przechodził mnie dreszcz strachu, czułam się wśród nich jak w domu. Wiedziałam przecież, że życie w muzeum w niczym nie przypomina życia gdzie indziej. Niekiedy śniło mi się, że słoje się roztrzaskują, a po podłodze rozlewa się mętna mieszanka wody z solą i formaliny. Kiedy budziłam się z tych koszmarów, miałam koszulę przesiąkniętą potem. I zastanawiałam się, jak dalece jawa różni się od świata ze snów.

Moja matka zmarła na grypę, gdy byłam niemowlęciem, i chociaż nigdy jej nie poznałam, to kiedy śniły mi się straszne, przerażające stwory i budziłam się z płaczem, dygocąc ze strachu, marzyłam, by mieć przy sobie kochającą mamę. Zawsze miałam nadzieję, że tata utuli mnie do snu, nucąc kołysankę, i że będzie mnie traktował jak swój skarb, równie cenny jak eksponaty, które często kupował za ogromne sumy, ale był zbyt zajęty i miał dużo spraw na głowie, a ja rozumiałam, że dzieło jego życia jest najważniejsze. Byłam posłuszna, przynajmniej do czasu. Nie pozwalano mi bawić się z innymi dziećmi, które nie zrozumiałyby, w jakich warunkach mieszkam i dorastam, ani nie mogłam sama chodzić po ulicach Brooklynu, bo mężczyźni tylko czyhali na taką niewinną dziewczynkę jak ja.

Dawno temu ziemia, którą Indianie zwali Narrioch, była pustym obszarem, gdzie zimą pasło się bydło, konie i bawoły. Holendrzy określili ją mianem „Konijn Eylandt”, Wyspy Króliczej, i nie interesowali się piaszczystym wybrzeżem. Niektórzy utrzymywali, że Coney Island przeistoczyła się w miejsce grzechu, przypominające Sodomę, i ludzie myślą tu jedynie o folgowaniu własnym przyjemnościom. Pewne okolice, jak Brighton Beach czy Manhattan Beach, gdzie milionerzy wznosili posiadłości, miały własne pociągi z konduktorami, których opłacano, by przeganiali motłoch. Wagony dla mas odchodziły ze stacji Brooklyn Bridge, a dotarcie do dzielnic nadbrzeżnych zajmowało trochę ponad pół godziny. Metro dopiero budowano; zaczęło kursować pod East River w 1908 roku, co w lecie pozwoliło coraz liczniejszym rzeszom szukać wytchnienia od skwaru Manhattanu. Wyspa była miejscem sprzeczności; mieściła plugawe dzielnice domów rozpusty i spelunek, gdzie wabiono mężczyzn na zabawę i łupiono ich bezlitośnie, ale też pawilony i przystanie, na których w roku mych narodzin, latem, pod gwiazdami, występował sam wielki John Philip Sousa z orkiestrą. Jednak Coney Island była przede wszystkim miejscem ze snów, oferującym rozrywki niespotykane nigdzie indziej: przejażdżki zaprzeczające prawom ciążenia, koncerty i gry losowe, sale balowe rozświetlane tyloma żarówkami, że wyglądały, jakby stały w ogniu. Tu zbudowano niegdyś hotel w kształcie słonia, który dumnie wznosił się na blisko pięćdziesiąt metrów, zanim doszczętnie spłonął, tu pojawiła się pierwsza na świecie kolejka górska, Switchback Railway, dając początek coraz dzikszym przejażdżkom i coraz bardziej wymyślnym trasom.

Najrozleglejszymi parkami były Steeplechase i Luna Park, z największą atrakcją – słynnym koniem imieniem King, który z wysokiego rusztowania z platformą skakał do wody i nurkował. Na Surf Avenue znajdował się park rozrywki Dreamland[*], którego nazwa doskonale oddawała jego charakter; był stale rozbudowywany, tak że szybko zajął obie strony ulicy, a z naszego ogrodu widziało się jego wieżyczki. Idąc wzdłuż Surf Avenue ku Ocean Parkway, napotykało się setki innych atrakcji, tyle rozrywek, że nie pojmowałam, skąd ludzie wiedzą, co wybrać. Dla mnie najpiękniejsze były karuzele z magicznymi, zdobionymi klejnotami zwierzętami z drewna, wyrzeźbionymi głównie przez przybyłych z Ukrainy żydowskich rękodzielników. Karuzela El Dorado u wejścia do parku Dreamland była istnym cudem: miała trzy części, na których roiło się od zwierząt wszelkiego rodzaju. Najbardziej lubiłam tygrysy, tak dzikie, że ich zielone oczy wręcz sypały iskrami gorejącego w nich ognia, oraz oczywiście konie z rozwianymi grzywami, wyglądające tak prawdziwie, iż wyobrażałam sobie, że gdybym kiedyś dosiadła któregoś z nich, mogłabym odjechać daleko i nigdy nie wrócić.

Elektryczność była w powszechnym użytku, wpełzała na Brooklyn i zmieniała noc w dzień. Pokazała swoją moc podczas egzekucji biednego słonia Topsy, który rzucił się na okrutnego i brutalnego tresera. Nie miałam nawet dziesięciu lat, gdy Edison postanowił udowodnić, że proponowana przez niego forma elektryczności jest bezpieczna, w odróżnieniu od oferowanej przez jego rywala, Westinghouse’a, która stanowi zagrożenie dla świata. Jeśli metoda Westinghouse’a była w stanie zabić zwierzę o tak grubej skórze, to cóż dopiero mogłaby wyrządzić zwykłemu człowiekowi! Akurat przechodziłam tamtędy owego dnia, wracając z targu do domu z naszą gosposią Maureen. Chociaż był styczeń i panował przejmujący chłód, kłębił się tam ogromny, ogarnięty gorączkowym pragnieniem obejrzenia egzekucji tłum.

– Idź dalej – powiedziała Maureen, nie zatrzymując się i ciągnąc mnie za rękę. Miała wełniany płaszcz i zielony filcowy kapelusz, najcenniejszą rzecz, jaką posiadała, kupiony u słynnego kapelusznika z Dwudziestej Trzeciej Ulicy na Manhattanie. Była zdegustowana żądną krwi tłuszczą. – Ludzie nigdy nie przestaną zaskakiwać okrucieństwem.

Nie byłam pewna, czy Maureen ma rację, bo część zgromadzonych litowała się nad zwierzęciem. Spostrzegłam dziewczynkę siedzącą na ławce obok swojej matki. Patrzyła na biednego Topsy i płakała. Wyglądała, jakby czuwała przy nim, jak smutny aniołek z wściekłą miną. Ja sama nie odważyłam się okazać gniewu ani emocji, jakie odczuwałam. Pragnęłam znaleźć się obok tej dziewczynki, wziąć ją za rękę, zaprzyjaźnić się z nią, ale odciągnięto mnie od tego przerażającego widowiska. Tak naprawdę nigdy nie miałam przyjaciółki w moim wieku, choć bardzo chciałam mieć.

Mimo to kochałam Brooklyn i jego magię. Moją szkołą było miasto, ponieważ choć w 1894 roku wprowadzono przepisy nakładające powszechny obowiązek szkolny, nikt ich nie egzekwował i łatwo było uniknąć publicznej edukacji. Na przykład wystarczyło, że mój ojciec wysłał do dyrekcji miejscowej szkoły informację, że jestem upośledzona, i nikt tego nie sprawdził ani nie zażądał dodatkowych poświadczeń. Chodziłam zatem na lekcje na Coney Island i były to lekcje niezwykłe. Parki rozrywki powstawały z połączenia papier mâché, stali i elektryczności, bił od nich blask widoczny na wiele kilometrów, i nasze miasto przypominało baśniową krainę. Może inna dziewczynka, trzymana w podobnym zamknięciu, zrobiłaby sobie drabinkę z podartego na pasy prześcieradła lub uplotłaby linę z warkocza, co pozwoliłoby jej uciec przez okno i nacieszyć się czarem wybrzeża. Jednak gdy mnie nachodziła pokusa nieposłuszeństwa, przymykałam oczy i mówiłam sobie, że jestem niewdzięczna. Byłam pewna, że gdyby mama żyła, czułaby się rozczarowana, jeśli nie robiłabym tego, co mi kazano.

W sezonie ojciec zatrudniał w muzeum kilkanaście osób występujących jako żywe eksponaty. Każdego lata kilka razy dziennie, po południu i wieczorem, w holu odbywały się pokazy, podczas których każdy demonstrował swoje rzadkie przymioty. Nie wolno mi było odzywać się do tych ludzi, choć bardzo chciałam poznać ich historie i dowiedzieć się, jak znaleźli się na Brooklynie. Ojciec powtarzał, że jestem za mała. Do muzeum nie wpuszczano dzieci, które nie miały ukończonych dziesięciu lat, z uwagi na ich wrażliwość. Ojciec włączył mnie do tej podatnej na wzruszenia grupy. Gdy zbliżała się któraś z osobliwych osób, miałam spuszczać wzrok, liczyć do pięćdziesięciu i udawać, że ten ktoś nie istnieje. Na przestrzeni lat pracownicy przychodzili i odchodzili, niektórzy wracali przez kilka sezonów, inni znikali bez słowa i słuch o nich ginął. Nigdy nie poznałam bliźniaków syjamskich o bladych twarzach, z których jeden był lustrzanym odbiciem drugiego, ani mężczyzny o szpiczastej głowie, przysypiającego między jednym a drugim występem, ani kobiety z tak długimi włosami, że mogła po nich stąpać. Wszyscy odeszli, zanim nauczyłam się mówić. Zachowałam w pamięci tylko ukradkowe spojrzenia, które im rzucałam, jako że owi ludzie nigdy mnie nie przerażali, lecz byli dla mnie fascynujący i niepowtarzalni, a przy tym niezwykle odważni, gdyż odsłaniali swe najskrytsze oblicze.

Mimo ustanowionych przez ojca reguł, kiedy dorastałam, czasami wychylałam się przez okno w letnie poranki, gdy niezwykli przybywali do pracy, przeważnie szczelnie zakryci, nawet przy ładnej pogodzie, gdyż chcieli uciec przed ciekawskimi spojrzeniami czy wręcz pobiciem. Ojciec nazywał ich cudami, lecz świat uznawał ich za dziwadła. Chowali się, by uniknąć obrzucenia kamieniami, wezwania policji i płaczu wystraszonych i zaskoczonych dzieci. Na ulicach Nowego Jorku budzili wstręt, a że nie było praw dających im ochronę, często złośliwie znęcano się nad nimi. Miałam nadzieję, że w naszych progach, w cieniu gruszy, znajdują nieco spokoju.

Ojciec przyjechał tu z Francji. Mówił o sobie „Profesor Sardie”, choć tak naprawdę to nie było jego nazwisko. Kiedy pytałam, jak się w rzeczywistości nazywa, odpowiadał, że to tylko jego sprawa. „Wszyscy mamy sekrety” – powtarzał często, wskazując na moje dłonie w rękawiczkach.

Wierzyłam, że ojciec jest mądrym i bystrym człowiekiem, podobnie jak sądziłam, iż Brooklyn jest po trosze niebem, gdzie zdarzają się cuda. Profesor miał zasady, które innym mogły wydawać się dziwne, wyznawał własną filozofię zdrowia i dobrego samopoczucia. Od magii odciągnęła go nauka, którą uważał za znacznie ciekawszą niż karciane triki i kuglarskie sztuczki. Dlatego zaczął zbierać rzadkie i niezwykłe przedmioty i tak bardzo pilnował szczegółów naszego życia prywatnego. Codziennie musieliśmy jadać ryby, ponieważ ojciec wierzył, że nabywamy cech tego, co spożywamy, i dlatego upewniał się, że każdego dnia dostaję posiłek, w którego skład wchodzi ryba – abym przejmowała jej umiejętności. Kąpaliśmy się w lodowatej wodzie, dobrze robiącej na skórę i narządy wewnętrzne. Ojciec skonstruował specjalną rurę do oddychania, dzięki której mogłam długo przebywać w wannie na nóżkach w kształcie lwich łap, i wkrótce moja kąpiel trwała godzinę albo i dłużej. Musiałam tylko nabierać powietrza, by nie wynurzać się z wody. Czułam się znakomicie jako dziewczynka ryba i szybko przestałam odczuwać zimno, przyzwyczajając się do temperatur, które inni odbieraliby jako przenikliwy chłód.

W lecie razem z ojcem pływałam nocami w morzu, pokonywaliśmy fale aż do listopada, kiedy zimno stawało się zbyt przejmujące. Kilka razy dotarliśmy niemal do Dead Horse Bay, zatoki odległej o ponad pięć kilometrów, co było wielkim wyczynem nawet dla doświadczonego pływaka. Trenowaliśmy nieprzerwanie, w zimie biegając wzdłuż brzegu, by doskonalić nasze umiejętności i ćwiczyć oddech. „Nadzwyczajne zdrowie wymaga nadzwyczajnych działań” – przekonywał mnie ojciec. Wierzył, że gdy jest zbyt zimno na pływanie, biegi zapewnią nam zdrowie i kondycję. Wieczorami truchtaliśmy wzdłuż brzegu, skóra błyszczała nam od potu, i nie zwracaliśmy uwagi na ludzi w kapeluszach i ciężkich płaszczach, którzy śmiali się z nas i pozwalali sobie na ciągle te same, odgrzewane dowcipy: „Przed czym uciekacie?”. „Przed wami” – mamrotał ojciec. „To głupcy, niewarci uwagi” – mówił do mnie.

Czasami padał śnieg, ale i tak biegaliśmy, nie przejmując się pogodą, bo nasze zasady były surowe. Niemniej w śnieżne wieczory zostawałam nieco w tyle, by podziwiać piękno plaży. Dotykałam pokrytej płatkami śniegu wody. Zamarznięty brzeg przywodził mi na myśl diamenty. Zachwycały mnie te noce. Odpływy i przypływy sprawiały, że brzeg wydawał się biały i lśniący jak kość. Z ust wydobywały mi się obłoczki pary i unosiły się ku mlecznemu niebu. Śnieg opadał mi na rzęsy, cały Brooklyn stawał się biały, świat w kuli. Każdy płatek śniegu był jedynym w swoim rodzaju cudem.

Miałam długie, ciemne włosy, które nosiłam splecione w warkocz. Prezentowałam się nobliwie i spokojnie. Znałam swe miejsce na tym świecie i byłam wdzięczna, że jestem na Brooklynie, który był moim domem, a który Whitman tak bardzo ukochał. Poprawnie się wysławiałam i wyglądałam na starszą, niż byłam. Z powodu mego poważnego usposobienia niewiele osób zdawało sobie sprawę, że nie skończyłam jeszcze dziesięciu lat. Ojciec chciał, bym ubierała się na czarno, nawet w lecie. Powiedział, że we Francji, w mieście, w którym się wychował, wszystkie dziewczynki tak się nosiły. Przypuszczałam, że moja od dawna nieżyjąca matka też tak się ubierała jako młoda dziewczyna, kiedy ojciec się w niej zakochał. Może mu ją przypominałam, kiedy wkładałam czarną sukienkę, taką, w jakiej chodziła ona. Jednak nie byłam do niej podobna. Mówiono, że była pięknością z jasnymi włosami koloru miodu, o spokojnym usposobieniu. Ja byłam czarnowłosa i zwyczajna. Kiedy spoglądałam na brzydko powykręcany kaktus, który ojciec trzymał w saloniku, myślałam, że jestem raczej jak ta roślina z szarymi łodygami marnej jakości. Ojciec zaklinał się, że kaktus przepięknie zakwita raz do roku, ale zdarzało się to zawsze, kiedy spałam, i właściwie nie bardzo mu wierzyłam.

Chociaż byłam nieśmiała, przejawiałam pewną ciekawość, mimo że dziesiątki razy słyszałam, iż ciekawość przywodzi dziewczynki do zguby. Zastanawiałam się, czy odziedziczyłam tę cechę po mamie. Nasza gosposia, Maureen Higgins, która zajmowała się wszystkim, a zwłaszcza moim wychowaniem, ostrzegała mnie wystarczająco często, że powinnam myśleć o sprawach prostych i nie zadawać zbyt wielu pytań ani nie pozwalać sobie na igraszki z wyobraźnią. A jednak kiedy Maureen mnie pouczała, jej twarz przybierała rozmarzony wyraz, co sprawiało, iż podejrzewałam, że sama nie stosuje się do owych zaleceń. Gdy zaczęła mi powierzać załatwianie drobnych spraw i pozwalała, bym pomagała jej w zakupach, przemierzałam Brooklyn, zapuszczając się aż na Brighton Beach, odległe o niewiele ponad półtora kilometra. Lubiłam przesiadywać na nabrzeżu i słuchać rybaków, mimo ich topornego języka, ponieważ opowiadali o podróżach po świecie, a ja nigdy nie byłam dalej niż na Manhattanie, choć łatwo było przejść przez Brooklyn Bridge czy nowszy, olśniewający Williamsburg Bridge.

Mimo że miałam dociekliwy charakter, zawsze podporządkowywałam się nakazom Profesora. Ojciec nalegał, bym w lecie nosiła białe, bawełniane rękawiczki, a kiedy robiło się zimno – kremowe, skórzane. Godziłam się z tym i postępowałam, jak kazał, choć rękawiczki w lecie drażniły mi skórę, a w zimie ocierały i zostawiały czerwone ślady. Urodziłam się ze zdeformowanymi dłońmi i rozumiałam, że ojciec nie chce, bym była narażona na pogardę, z jaką spotykały się zatrudniane przez niego żywe eksponaty.

Nasza gosposia była jedynym ogniwem łączącym mnie ze światem zewnętrznym. Ta Irlandka około trzydziestki miała kiedyś narzeczonego, który w szale zazdrości oblał jej twarz kwasem siarkowym. Nie przejmowałam się, że szpeciły ją blizny. Maureen zajmowała się mną od dzieciństwa. Była moją jedyną towarzyszką i uwielbiałam ją, choć wiedziałam, że ojciec uważa, iż jest prosta i niegodna rozmów o stanie ducha. Chciał, by nosiła szarą sukienkę i biały fartuch, ubiór stosowny dla służącej. Opłacał Maureen pokój w budynku położonym w pobliżu doków, w tanim i odpychającym miejscu, niewłaściwym dla mnie, jak zawsze podkreślała. Nigdy nie wiedziałam, dokąd szła, gdy już pozmywała po kolacji, bo szybko chwytała płaszcz i znikała za drzwiami, a nie miałam tyle odwagi, by za nią pobiec.

Maureen była bystra i zręczna, wbrew opinii ojca, i często traktowała mnie jak równą sobie. Lubiłam siadywać obok niej na schodach z tyłu domu, kiedy jadłyśmy lunch. Robiła dla nas kanapki z masłem i sałatą. Uważałam, że mimo blizn jest nawet ładna.

Jedynie ona, oprócz ojca, wiedziała o moich zdeformowanych dłoniach i przyrządzała miksturę z aloesu i mięty, którą wcierała mi między palce. Byłam jej wdzięczna zarówno za serdeczność, jak i konkretność. „To pomaga prawie na wszystko – mówiła o maści. – Z wyjątkiem śladów na mojej twarzy”.

Niestety, eliksir nie działał także na mnie, ale przyzwyczaiłam się do jego woni i stosowałam go co noc. Na podwórzu za domem Maureen paliła papierosy, choć ojciec stanowczo jej tego zakazał. „Tylko dziwki mają podobne nałogi” – oświadczył, a poza tym przeraźliwie obawiał się pożaru, który mógł wybuchnąć od jednej iskry i ogarnąć muzeum, a wtedy stracilibyśmy cały nasz dobytek. Podczas letnich burz stał na dachu z wiadrami pełnymi wody, obserwując pioruny rozdzierające niebo. Jego zbiory były nie do zastąpienia. Poza sezonem, kiedy muzeum było zamknięte, przykrywał szklane pojemniki białym płótnem, jakby kładąc do snu zmumifikowane stworzenia, żeby odpoczęły przez zimę. Stawał się wówczas zaskakująco łagodny. „Wprowadzę cię do muzeum, jeśli chcesz” – proponowała Maureen co jakiś czas, choć była świadoma, że dzieci poniżej dziesiątego roku życia miały zakaz wstępu.

„Chyba poczekam” – odpowiadałam, kiedy Maureen sugerowała złamanie zasad narzuconych przez ojca i obejrzenie wystawy. Nie byłam jeszcze buntowniczką, którą stałam się później. Miałam dziewięć lat i dziewięć miesięcy i nie musiałam długo czekać, by oficjalnie wejść do muzeum. Nosiłam czarną sukienkę i czarne trzewiki zapinane na guziczki. Moje czarne pończochy były z wełny, ale nigdy nie narzekałam, że mnie ocierają. Gdyby ktoś zapytał, jak bym określiła siebie z tamtych czasów, od razu bym odpowiedziała: „dobrze wychowana”. Jednak oczywiście niewielu ludzi poznaje swą prawdziwą naturę w tak wczesnym wieku.

„Podporządkowani czekają, a ludzie czynu – nie” – twarz Maureen pokrywały plamki, jakby była w półcieniu. Zdarzały się chwile, na przykład w południe, kiedy przebijało światło, że promieniała, jak gdyby jej wewnętrzna uroda przedzierała się przez zniszczoną skórę. Patrzyła na mnie ze współczuciem. „Boisz się, że ojciec ukarze cię za nieposłuszeństwo?”.

Oczywiście, że się bałam. Widziałam ojca w napadzie wściekłości, gdy ktoś spóźnił się do pracy albo złamał którąś z zasad, na przykład paląc w miejscu publicznym czy flirtując z kimś ze zwiedzających.

Kiedyś zamierzył się laską na pewnego osobnika z Anglii, który nazwał się Królem Kaczek, gdyż zamiast ramion miał skórę przypominającą skrzydła. Kazał mu nigdy więcej się nie pokazywać, a wszystko dlatego, iż podejrzewał, że pociąga whisky w godzinach otwarcia muzeum. To było niesprawiedliwe ze strony ojca, wziąwszy pod uwagę, jak bardzo sam lubił rum.

Nie musiałam wyjaśniać gosposi trawiących mnie rozterek.

– Nie winię cię – rzekła z westchnieniem Maureen. Miała oddech pachnący miętą i rozmarynem, jej ulubionymi przyprawami. – Pewnie za karę kazałby ci biegać po plaży tam i z powrotem, przez całą noc, bez chwili wytchnienia. Nogi by ci się plątały, zdyszana błagałabyś o łyk wody, a on nawet wtedy mógłby ci nie wybaczyć. To zasadniczy człowiek, a zasadniczy ludzie wyznają zasadnicze poglądy. Jeśli rzucisz im wyzwanie, poniesiesz konsekwencje.

– Czy twój narzeczony był zasadniczy? – odważyłam się zapytać.

Maureen zwykle unikała tego tematu.

– Jak cholera – odparła.

Uwielbiałam, gdy używała słowa „cholera”. W jej ustach brzmiało tak naturalnie jak u mężczyzn pracujących w dokach przy załadunku śledzi i tasergali.

– Jak miał na imię?

– Sukinkot – spokojnie odpowiedziała.

Zawsze umiała mnie rozśmieszyć.

– Sukinsyn – ciągnęła, a ja znowu się roześmiałam, co ją tylko rozochociło. – Diabelski pomiot. – Bardzo lubiłam, gdy szeroko się uśmiechała. – Z piekła rodem.

Wtedy obie spoważniałyśmy. Zrozumiałam, co miała na myśli. Był złym człowiekiem. Widziałam jemu podobnych na Surf Avenue i na nabrzeżach. Szalbierze i złodzieje, typy, przed którymi od dzieciństwa przestrzega się każdą dziewczynę. Na Coney Island było ich pełno i wszyscy wiedzieli, że opłacani przez tych łajdaków policjanci często patrzą przez palce na ich poczynania. Za piątaka na ulicach Brooklynu można było dostać, czego dusza zapragnie, a dziewczynki w moim wieku kupowano i sprzedawano za znacznie mniejsze sumy. Niektórzy dranie starali się wyglądać przyjaźnie, inni przypominali demony. Maureen zawsze mi powtarzała, żeby nikogo nie oceniać po pozorach, ale gdyby ktokolwiek chciał mnie zaciągnąć w boczną uliczkę, mam uciekać, niezależnie od obiecywanych podarków. Gdyby zaszła taka potrzeba, mogę kopnąć faceta w kolano albo w czułe miejsce, co najprawdopodobniej zmusi go, by trzymał się z dala.

– Wiesz, co to miłość? – spytała Maureen owego dnia.

Zwykle ograniczała się do uwag dotyczących pracy i nie chciała rozmawiać o ważnych sprawach życiowych. Nagle stała się bardziej otwarta niż zazwyczaj, może zaczęła przypominać osobę, jaką była, zanim została oszpecona.

Wzruszyłam ramionami. Nie wiedziałam, czy jestem wystarczająco dorosła, by rozmawiać o takich sprawach. Maureen delikatnie pogładziła mnie po włosach, zanim na dobre zrzuciła maskę surowości.

– Miłość jest tym, czego najmniej się spodziewasz.

Kiedy kończyłam dziesięć lat, wezwał mnie ojciec. Moje urodziny przypadały w marcu i nigdy nie wiedziałam, czego oczekiwać w tym miesiącu. Niekiedy w dniu mych urodzin padał śnieg, innym razem zieleniła się wiosna. Nie pamiętam, jaka pogoda panowała owego szczególnego dnia 1903 roku. Byłam zbyt podniecona tym, że ojciec obdarzył mnie uwagą, co zdarzało się niezwykle rzadko, jako że w pełni pochłaniała go praca. Niekiedy pracował w piwnicy całą noc i kładł się dopiero o świcie. Zatem zauważenie mnie było czymś wyjątkowym. Gdy nieśmiało zbliżyłam się do niego, oświadczył, że w stosownym czasie trzeba się podzielić każdym sekretem i zadać sobie pytania dotyczące każdego cudu. Z wprowadzenia mnie do muzeum uczynił wielkie wydarzenie. Wyszliśmy na zewnątrz, by wkroczyć frontowymi drzwiami, jak robili to zwiedzający. Ojciec włożył czarny frak z długimi połami, strój niezwykle oficjalny, i wysoki kapelusz, który przywiózł z Francji. Miał przenikliwe, wszystkowidzące, błękitne oczy i siwe włosy i mówił ze specyficznym akcentem. Przed drzwiami muzeum rozmieścił żarówki jarzące się elektrycznością. Wokół fruwały ćmy, przyciągane przez światło, ale pokonałam chęć, by którąś pochwycić w złożone dłonie. Ja z kolei byłam ubrana w swoją zwykłą czarną sukienkę, ale na szyi miałam sznur pereł po mamie. Były moim skarbem, lecz ojciec powiedział, bym je zdjęła. Kazał mi także zsunąć rękawiczki, co mnie zdziwiło. Nie lubiłam patrzeć na swoje ręce.

Była północ, pora, kiedy wokół panowała cisza, sezon jeszcze się nie zaczął. W lecie przez całą noc tłumy zapełniały ulice, powietrze tętniło podnieceniem. Jednak hordy poszukujące przyjemności nie zjawią się przed końcem maja i pozostaną aż do wrześniowych obchodów kolejnej parady Mardi Gras, dzikiego corocznego święta, którego uczestnicy tracili wszelkie hamulce, a oddziały uzbrojonej policji przybywały, by przywrócić im rozum. Rozbudowa Dreamland szła pełną parą, właściciele wznosili coraz to nowe kolejki i organizowali pokazy, które mogły rywalizować z każdym parkiem rozrywki na świecie i przewyższyć nawet Luna Park. W odróżnieniu od innych wesołych miasteczek, które według co zamożniejszych mieszkańców były pospolite i niemoralne, Dreamland miał być równie wspaniały jak parki europejskich stolic, z olśniewająco białymi budynkami, jakby wzniesionymi dla aniołów. Jako że stawiano go na zachód od nas, przy Surf Avenue, ojciec obawiał się, iż może nas to doprowadzić do ruiny. W nocy słyszeliśmy ryki lwów i tygrysów, trzymanych w klatkach, lecz wytresowanych tak, by przypominały raczej domowe psy czy koty niż dzikie bestie. Teraz, w tym spokojnym okresie, nad parkiem krążyły o zmierzchu olbrzymie stada skrzeczących mew i rybitw. Stalowe szkielety kolejek górskich, ciągle rozbudowywanych, srebrzyście połyskiwały w mroku. Wyobrażałam sobie, iż drżą w oczekiwaniu tego, czym mają się stać.

Ojciec odchylił kotarę z ciężkiego śliwkowego adamaszku, zasłaniającą wejście do Muzeum Osobliwości. Powiedział, że będę jedynym gościem tego wieczora, po czym skłonił się i gestem zachęcił mnie do przekroczenia progu. Po raz pierwszy weszłam do środka. Choć z mojego punktu obserwacyjnego udawało mi się wcześniej ukradkiem podejrzeć niektóre eksponaty, większość z nich niewyraźnie majaczyła w mroku i nigdy nie mogłam odróżnić zielonej żmii od jadowitej żaby drzewnej. Tej nocy szklane słoje jaśniały. W powietrzu unosił się słodki zapach kamfory. Tak długo czekałam na ten dzień, lecz wtedy z nerwów byłam bliska omdlenia i z trudem ogarniałam wszystko, co mnie otaczało.

Był z nami mężczyzna, którego ojciec często zatrudniał do opieki nad żywymi eksponatami. Widywałam go, jak przyjeżdżał konną dwukółką, dostarczając skrzynki pożywienia dla tajemniczych mieszkańców muzeum. Stałam tam, a przed oczami wirowały mi najdziwniejsze stworzenia: jaszczurka, która nadymała szkarłatną szyję, ogromny żółw, wyglądający jak potwór z głębin, kolibry z czerwonymi gardłami, wypuszczone z klatek, lecz uwiązane na sznurkach. Kiedy spojrzałam poza tę przyprawiającą o zawrót głowy menażerię, zauważyłam urodzinową niespodziankę przygotowaną przez ojca, udekorowaną niebieskimi jedwabnymi wstążkami i girlandami papierowych gwiazd. Stała na honorowym miejscu: było to ogromne akwarium wypełnione wodą. Na dnie leżały muszle z całego świata, od Oceanu Indyjskiego po Morze Chińskie. Ojciec nie musiał mi wyjaśniać, co tam będzie pokazywane, gdyż umieścił na zbiorniku tabliczkę z drzewa orzechowego, którą zamówił u doskonałego rzemieślnika, ręcznie malowaną, ozdobioną płatkami złota.

SYRENA

Pod tą informacją wyryte było jedno słowo – moje imię, Coralie.

Nie potrzebowałam dalszych instrukcji. Zrozumiałam, że całe moje dotychczasowe życie było po prostu przygotowaniem do tej szczególnej chwili. Nie czekając na zachętę, zsunęłam buty.

Umiałam pływać.

Marzec 1911

Gdyby Coralie Sardie wiodła inne życie, w innym miejscu, w innym czasie, być może zostałaby mistrzynią w pływaniu, słynną sportsmenką, której głowę ozdabiałyby wieńce, i tłumy tłoczyłyby się, by uzyskać jej autograf, kiedy pokonałaby kanał między Anglią a Francją lub okrążyłaby Manhattan. Zamiast tego pływała w rzece Hudson, gdy zapadał zmrok, pilnując, by zawsze trzymać się w cieniu. Gdyby była rybą, to pewnie węgorzem, ciemnym kształtem kryjącym się w jeszcze mroczniejszych wodach, samotnym stworzeniem wyruszającym na północ, w podróż bez przystanku ni odpoczynku, dopóki nie osiągnie celu. Owej zimnej i wilgotnej nocy, kiedy nie mogła już dłużej pływać, wynurzyła się z rzeki, dygocąc ze zmęczenia. Przechodni tytuł mistrza w pływaniu przyznano właśnie jakiemuś człowiekowi z klubu sportowego Nowego Jorku. Pływaka ochrzczono mianem „człowieka ryby”, ale jego wyczyny nie mogły się nawet równać z osiągnięciami Coralie. W świetle gwiazd wspięła się na opustoszały brzeg, stając po kostki w błocie. Wyżęła włosy, na jej sinych ustach igrał uśmiech. Nigdy wcześniej nie odpłynęła tak daleko. Wytrzymała dziewięćdziesiąt minut w lodowatej wodzie, pobiła kolejny rekord. Zerwał się wiatr, było chłodno, powietrze przenikała wilgoć. Niewielu pływaków wytrwałoby w tak zimnym, wartkim nurcie. A przecież Coralie nie była żadną sportsmenką, nikt nie mierzył jej czasu, nikt jej nie podziwiał. Nosiła męski strój, ułatwiający ruchy: dopasowane spodnie i białą koszulę wsuniętą pod pasek. Zanim się weń przebrała, pokryła ciało niedźwiedzim tłuszczem wymieszanym z naparstnicą, która to maść jednocześnie pobudzała i pozwalała zachować ciepło. Jednak mimo mikstury i treningów, które zahartowały ją do znoszenia nieludzkich warunków, trzęsła się z zimna.

Torując sobie drogę przez plątaninę szuwarów, Coralie zorientowała się, że przypływ zniósł ją z kursu. Była znacznie dalej na północ, niż zakładała, dotarła do ziemi niczyjej na górnym Manhattanie, gdzie na mokradłach Holendrzy przygotowywali ongiś tereny pod zabudowę. Niedaleko na wschód, wzdłuż rzeki Harlem, nadal rozciągały się wsie zamieszkane przez czarnych Amerykanów i irlandzkich emigrantów, którzy osiedli w piaszczystych zatoczkach rzeki, a ich domy były zasłonięte przez ogromne buki i tulipanowce liczące ponad trzysta lat.

Inaczej niż w większości rzek, wody rzeki Hudson płynęły w dwóch kierunkach: popychane na północ przez Atlantyk zmieniały się w strumienie i rzeczki i spotykały z prądami Harlemu, a połączone zasoby wracały na południe, do portu. Po zimie obfitującej w szkwały i śnieżyce rzeka Hudson była znacznie bardziej wartka niż zwykle. Obliczenia ojca Coralie zawiodły. Profesor czekał niespełna pięć kilometrów dalej na południe, wraz z właścicielem stajni i jego powozem, gotów zaoferować córce wełniany koc i flaszeczkę whisky, która – jak zapewniał – uchroni ją od przechłodzenia płuc.

Po ośmiu latach pokazów sława Coralie zbladła. Publika była głodna wciąż nowych dziwów, wcześniej niewidzianych, a nie stworzeń, do których już przywykła. Barnum i Bailey otwierali cyrk przy Madison Square Garden. W tym samym miejscu Barnum urządzał pokazy, kiedy jeszcze znajdował się tam Wielki Rzymski Hipodrom, nieogrzewana arena bez dachu. Widownia była zachwycona tańczącymi rumakami, występami akrobatów oraz sztukami tresowanych fok i wyścigami pędzących z hukiem rzymskich rydwanów, wzniecających tumany kurzu. Barnum zaczął karierę od muzeum na dolnym Manhattanie, gdzie demonstrował wypchane zwierzęta i skamieliny, a także budzące wątpliwości eksponaty, takie jak Syrena z Fidżi: tułów małpy z rybim ogonem. Właśnie tego oszusta Barnuma chciał przewyższyć Profesor, uważający siebie za prawdziwego człowieka nauki, podczas gdy Barnum był przecież zwykłym szarlatanem! Mimo to Barnum został bohaterem Ameryki, a Profesora fortuna zdawała się opuszczać.

Jako dziecko Coralie stanowiła główną atrakcję Coney Island, ale przestała być dzieckiem. Ogon, jaki jej przyprawiano, był wykonany z cienkich, giętkich kawałków bambusa pokrytych jedwabiem posmarowanym parafiną i siarczanem miedzi, dzięki czemu był wodoodporny. Przyczepiona z boku zbiornika tuba do oddychania pozostawała niewidoczna dla zwiedzających. Odwracając się, by pokazać błękitny ogon, Coralie mogła zaczerpnąć powietrza. Ojciec podejrzewał, iż widzowie poznali ich sztuczkę, i kazał jej oddychać jak najrzadziej. Ćwiczenia z dzieciństwa, kiedy to nurkowała w wannie, sprawiły, że jej zdolność wstrzymywania oddechu znacznie przekraczała możliwości przeciętnej kobiety. Niekiedy miała wrażenie, że prawie nie potrzebuje powietrza. Nocami wślizgiwała się do wanny, szukając ukojenia, zanurzając się w ciepłej, mydlanej wodzie, będącej balsamem dla wychłodzonego ciała i bladych rąk, każdego ranka moczonych w niebieskiej farbce.

Między palcami miała cienką siateczkę, wrodzony defekt, który barwnik jeszcze podkreślał. Dlatego musiała nosić rękawiczki, choć deformacja nie przeszkadzała jej w codziennych czynnościach. A jednak gardziła sobą z powodu tej drobnej niedoskonałości. Często wyobrażała sobie, że bierze nożyczki i odcina bladą skórę. Jedyny raz, kiedy próbowała pozbyć się pajęczej błonki za pomocą ostrego noża do obierania jabłek, już po pierwszym nacięciu na kolana zaczęły jej spadać krwawe korale. Każda kropla była tak jaskrawoczerwona, że Coralie z przestrachem szybko odrzuciła nóż.

Nawet gdy tłumy się przerzedziły, pozostała garstka wiernych wielbicieli, którzy gromadzili się wokół akwarium Coralie, a pożądliwość przebijała z każdego ich rozgorączkowanego spojrzenia. Nie tknął jej żaden mężczyzna, choć niektórzy oferowali Profesorowi ogromne sumy za jej cnotę, a jeden posunął się tak daleko, iż zaproponował małżeństwo. Wszystkie propozycje ojciec z wściekłością odrzucał. Coralie miała pewność, że żaden z adoratorów nawet by na nią nie spojrzał w jej codziennym życiu, kiedy była jedynie bladą, niezdarną dziewczynką ubraną na czarno, przystającą obok kramów na rynku przy Neptune Avenue, by kupić rzepę, szpinak i ryby. Jej admiratorzy szukali lubieżnej i występnej satysfakcji, płynącej z zawładnięcia dziwem natury. Byliby zaszokowani, widząc, jaka jest zwyczajna, bo największą przyjemność sprawiała jej lektura powieści z ojcowskiej biblioteki albo pogawędki z Maureen, podczas których omawiały, jak rozplanują ogród na wiosnę. W niczym nie przypominała postaci z wszetecznych marzeń, była tylko dziewczynką, która musiała pływać na wpół ubrana.

W styczniu, kiedy Coney Island pokrył śnieg, a wzburzony Atlantyk zatrzymał w domach nawet najbardziej doświadczonych rybaków, Coralie weszła do muzeum i odkryła, że jej akwarium już nie stoi na środku sali wystawowej. Właściciel stajni umieścił je na rolkach i przesunął w kąt, po czym nakrył plandeką. Coralie zawsze myślała, że z wdzięcznością przyjmie zwolnienie z obowiązku, ale nagle stała się niczym, nie była nawet udawaną syreną. Kim zatem była? Cichą dziewczyną, której nikt nie zauważał, niewidzialną dla większości męskich oczu. Zdała sobie sprawę, iż przeistoczyła się zaledwie w dodatek do fikcyjnej postaci, gdyż syrena była niepowtarzalna i przyciągała uwagę, a ona sama okazywała się bezwartościowym nikim.

Jednak jej ojciec był człowiekiem patrzącym w przyszłość. Bez wahania parł do przodu. Potrafił szybko zwalniać tych, którzy przestawali zwabiać tłumy; łzy i błagania nie robiły na nim wrażenia, jeśli dziw natury nie stanowił już atrakcji dla przynoszącej pieniądze publiczności. Wiele żywych eksponatów, które Coralie poznawała od dzieciństwa, traciło zatrudnienie, gdy ich popularność spadała, i wszelki słuch o nich ginął. Kobieta, którą obsiadały pszczoły, nie zgodziła się, by dołączyć do nich osy, gdyż ich użądlenia mogły być śmiertelne. Po burzliwej rozmowie z Profesorem musiała odejść. Pracodawca nie pozwolił jej nawet zabrać roju pszczół, które pozostały w drewnianym ulu w ogrodzie. Kiedy w lecie Coralie postanowiła je uwolnić, nie przyniosło to nic dobrego. Pszczoły zbiły się w kłąb w jedynym domu, jaki znały, a gdy zrobiło się zimno i mokro, dopadła je jakaś choroba i wkrótce wyginęły.

Były też inne dziwy, które znikały bez pożegnania. Tłum szybko znużył się widokiem chłopca kozy, który miał kopyta zamiast stóp, oraz kobiety ptaka, od stóp do głów odzianej tylko w pióra i potrafiącej naśladować głos każdego ptaka, czy to śpiew wilgi, czy dziki wrzask sroki. Nieduża kobietka mieszcząca się w dziecięce ubranka, Marie de Montague, pociągała z butelki (w której było nie mleko, lecz słaba herbata z Cejlonu doprawiona rumem) i paliła cygaro. Jednak szybko się opatrzyła, bo pojawiły się karły, niższe od niej o kilka centymetrów. Wylądowała w wodewilu drugiej kategorii przy Neptune Avenue, gdzie hałaśliwy tłum obrzucał ją wyzwiskami, rzucając drobniaki i domagając się, by obnażyła swoje małe pośladki lub piersi, co jak wiedziano, robiła podczas wyuzdanych wieczorów, kiedy na widowni nie było kobiet.

Gdyby Coralie była kimkolwiek innym, dorywczo angażowaną artystką jakich wiele, już by została wyrzucona z domu ojca. Zastanawiała się, czy może wolałaby pracować jako pokojówka albo sprzedawczyni w pobliskim sklepiku, ale ojciec trzymał ją przy sobie i zapowiedział, że nigdy nie pozwoli jej odejść.

– Jeśli czegoś nie mamy, sami to zrobimy – oznajmił.

Już uknuł sprytny plan. Nowym eksponatem może być aligator lub wąż bądź też dziwna kombinacja obu tych stworzeń, trzymająca się dzięki sznurkom, gwoździom i pomysłowości, dalece przewyższająca Syrenę z Fidżi pokazywaną u Barnuma. W piwnicy miał pracownię, miejsce, do którego Coralie nigdy nie mogła wchodzić, nawet kiedy skończyła dziesięć lat. Na drzwiach widniały dwie zasuwy, jedna żelazna, druga mosiężna. Klucze Profesor nosił przyczepione do łańcuszka od zegarka.

– Damy ludziom stwora, jakiego zapragną – oświadczył Coralie. – Bo ludzie zapłacą, by zobaczyć to, w co wierzą.

Gdy Profesor ruszał na poszukiwania osobliwości, niekiedy zabierał ze sobą Coralie. Często udawało mu się załatwić korzystny interes, gdy prezentował się jako człowiek obarczony rodziną. Kilka tygodni przed otwarciem sezonu poszukiwał dziwów, które ściągną nie tylko klientów, ale i prasę. Najpierw poszli do doków w Red Hook, ale nie znaleźli ani gigantycznych kałamarnic, ani wielorybów ogromnych jak Lewiatan, nie było lwów morskich albinosów ani ogromnych meduz. Daleko po zachodniej stronie Manhattanu weszli na targ mięsny, gdzie krew z rzeźni spływała po wybrukowanych ulicach dzielnicy. Wśród padliny trafiały się czaszki lub kości, które można było przyszyć do skóry żywych stworzeń. Profesor przemierzał targowisko, a woźnica został pilnować powozu, gdyż zaprzęgowi przypatrywały się jakieś odrażające draby. Na siedzącą w środku Coralie posypały się wyzwiska. Wychodząc na ulicę, często nosiła w kieszeni sukienki nóż, i była zadowolona, że ma go teraz pod ręką. To był ten sam nóż, którym zakrwawiła dłoń, gdy chciała pozbyć się siateczki między palcami.

Ulica była pusta, banda podeszła bliżej. Coralie poczuła skurcz strachu, lecz woźnica przepędził oprychów, celnie rzucając w nich kamieniami. Był przysadzistym milczącym człowiekiem i ciężkie lata przesiedział w Sing Sing za zbrodnie, których nie chciał wyjawić. Kiedy bandziory zniknęły, przyszedł sprawdzić, czy Coralie nic się nie stało. Chcąc zaczerpnąć powietrza, wysiadła z powozu i stanęła obok mężczyzny, choć wiedziała, że ojciec nie pochwaliłby takiego postępowania. Podeszwy jej bucików szybko zabarwiły się na czerwono od krwi z rzeźni, płynącej między kamieniami bruku.

– Nigdy nie zjadłbym żywego stworzenia – powiedział woźnica, zaskakując Coralie nawiązaniem rozmowy, gdyż do tego dnia ani razu się do niej nie odezwał. – Mają taką samą duszę jak my. A nawet większą, prawdę mówiąc. – Na pozbawionym liści drzewie, wysoko nad nimi, przysiadł wróbel i zaćwierkał. – Popatrz. – Mężczyzna wskazał kciukiem. – To tylko samo serce i dusza.

Profesor wrócił z niczym, więc udali się do kostnicy przy Bellevue, mrocznego i okropnego miejsca, zwanego przez woźnicę kościarnią; stamtąd kazano mu ruszyć w stronę szpitala. Żeby wpuszczono ich do środka, Profesor oświadczył, iż szukają zaginionej, ukochanej matki jego biednej córeczki. Robili tak już wcześniej, co zawstydzało Coralie. Gdyby im odmówiono, miała szlochać i udawać zrozpaczoną. Strażnikom wówczas robiło się jej żal i pozwalali im obejrzeć ciała, po które nikt się nie zgłosił. Jednak gdy tym razem wchodzili po granitowych stopniach, Coralie nie mogła się zmusić do płaczu. Ogarnęła ją trwoga, że zostaną ukarani za stosowanie niegodnych sztuczek, skoro Bóg naprawdę widzi wszelkie występki, na jakie pozwala sobie rodzaj ludzki. Być może pod ziemią istniało piekło, w którym będą się smażyć za wszelkie kłamstwa, do jakich się uciekali.

Widząc, że Coralie ma kłopot, Profesor odciągnął ją na bok.

– Jeśli nie możesz się rozpłakać, potrafię ci to ułatwić – powiedział. Chwycił ją za ramię i gwałtownie ścisnął. – Ale nie chciałbym tego robić.

Coralie zrozumiała, co musi uczynić. Uszczypnęła się w rękę, bardzo mocno, a łzy same napłynęły jej do oczu.

Kiedy już pozwolono im wejść, przeszukali kostnicę, mimo wszechogarniającego smrodu i przerażającej zawartości. Profesor wręczył Coralie lnianą chusteczkę, żeby zakryła nos i usta. Na marmurowych postumentach leżały zwłoki kilku kobiet; jedne były tak posiniaczone, że Coralie czym prędzej odwróciła wzrok. W innej części umieszczono ciała dzieci, których nikt nie szukał i nikt nie znał; nieruchome blade kształty, naznaczone przez chłód, wydawały się roztapiać niczym lód, a na twarzyczkach miały wypisany smutek.

– Nic się nie nadaje – wymamrotał ojciec.

Kiedy wyszli na ulicę, Coralie zrobiło się słabo. Wiedziała, że już nie będzie potrzebowała uszczypnięć, gdyby znów musiała się rozpłakać tego dnia.

Pojechali dalej, do dzielnicy zwanej Francuską, gdzie kobiety i dzieci wynajmowano na godziny plugawych przyjemności. W niektóre wieczory dopuszczano tam jedynie klientów w strojach wizytowych, dziwki uczono prowadzenia rozmów z mężczyznami z klasy wyższej i ubierano je w eleganckie i wydekoltowane suknie. Część przybytków miała aksamitne kanapy i łóżka z jedwabną pościelą. Inne były odrażającymi, ledwo oświetlonymi, rozpaczliwymi magazynami smutku i ludzkiego mięsa. W podobnych miejscach niektóre z podsuwanych ofiar wyżej ceniono i uznawano za bardziej godne pożądania, jeśli odznaczały się jakąś deformacją, i to właśnie Profesor chciał znaleźć. Coralie czekała w powozie, gdy ojciec odwiedził dwa z tych ponurych domostw. W jednym chłopców przebierano w sukienki, różowano im policzki i szminkowano usta, drugi smutny przybytek zapełniały dziewczynki przypominające lalki, w zbyt obszernych sukniach, które to kostiumy miały jedynie podkreślać, jak są młodziutkie. Żaden z domów nie zainteresował Profesora i szybko je opuścił. Ale z drugiego budynku wybiegł za nim krępy mężczyzna z dzieckiem, na oko sześcioletnim. Starał się za wszelką cenę przyciągnąć uwagę Profesora, wlokąc dziewczynkę na lince, bo nie miała ani rąk, ani nóg.

– Zapewne tego właśnie pan szuka! – wykrzyknął. – Spodoba się panu. Za niewygórowaną cenę!

Dziewczynka zaczęła kwilić, ale jedno smagnięcie nadzorcy sprawiło, że szybko zamilkła. Była zbyt zastraszona, by płakać. Profesor potrząsnął głową i oddalił się. Jednak szubrawiec wołał za nim:

– Chciał pan potwora! Oto on! Niech pan dalej nie szuka!

– Co się stanie z tym dzieckiem? – spytała Coralie, gdy wsiedli do powozu, umykając przed narastającą wściekłością mężczyzny.

– Ruszaj! – ponaglił woźnicę Profesor.

Coralie rzuciła szybkie spojrzenie za siebie: mężczyzna odciągał dziewczynkę ku z pewnością straszliwemu przeznaczeniu. Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu wobec Dzieci usiłowało chronić dzieci przymuszane do żebrania, błagające o jałmużnę, uczestniczące w występach akrobatów czy w wynaturzonych pokazach, zwłaszcza tych, które eksponowały deformacje ciała. Jednak w rzeczywistości, rzadko egzekwowano jakiekolwiek zalecenia. Uważano, że dzieci nie mają żadnych praw.

– Nie twoja sprawa – rzucił Profesor z pewnością siebie. – Jesteśmy tu w imię nauki.

– Może to powinna być moja sprawa – zaprotestowała Coralie. – Mogłabym zająć się tą dziewczynką. Nie byłby to żaden kłopot. – Łzy, które wcześniej nie chciały się pojawić, teraz ciekły jej po policzkach, mimo że szybko je ocierała.

– Gdybyś chciała naprawiać wszelkie nieprawości tego świata, wykończyłabyś się w godzinę. To sprawa Boga.

– Naprawdę?! – głośno wyraziła swoje zdziwienie Coralie. – Pomaganie Bogu nie jest naszą sprawą?

– Naszą sprawą jest zdobycie stworzenia, które przyciągnie tłumy, dzięki czemu będziemy mieli pieniądze na jedzenie, na węgiel i na buty dla ciebie.

Coralie wychyliła się, by spojrzeć do tyłu, ale ulica była już pusta. Mężczyzna i jego towar zniknęli, pochłonięci przez mrok. Wydawało się, że wzrok Boga nie sięga do tej części miasta, gdzie istoty ludzkie kupowano i sprzedawano, jakby były owcami prowadzonymi na targ.

– Prawo powinno zakazywać takich okrucieństw – oznajmiła.

– Ten człowiek jest jej ojcem. – Profesor odwrócił się do córki, aby dobrze go zrozumiała. – I cały świat uznaje, że postępuje on zgodnie ze swym prawem.

Profesor zaczął realizować plan odzyskania pozycji. W pierwszych miesiącach 1911 roku pojawiły się pogłoski, które narodziły się w umyśle Profesora. W rzece Hudson osiedlił się potwór, z brzegu można dostrzec stwora pływającego w ciemnościach. A może raczej można go zauważyć w pierwszym świetle dnia, kiedy woda jest spokojna i srebrzyście połyskuje? Pierwsi podchwycili historyjkę dwaj chłopcy łowiący ryby na kolację. Przysięgali, że dziwne stworzenie mieszkające w rzece ukradło im zdobycz z wędek. Przepytywani przez policję zaklinali się, że nie był to rekin, choć od tych roiło się w porcie Nowego Jorku, niektóre dochodziły do pięciu metrów. Naprawdę widzieli łuski na grzbiecie potwora, ale wyglądał zupełnie inaczej: był ciemny i nie przypominał zjawy, ruszał się bardziej jak człowiek. Narastała panika. Mundurowi w łodziach patrolowali brzegi, od doków w dole miasta aż do Bronxu. Kilku mężczyzn z czterech linii promowych kursujących z Dwudziestej Trzeciej Ulicy do New Jersey zanurzyło się w lodowate odmęty, jakby potrafili chodzić po wodzie; utrzymywali, że słyszeli wzywający ich kobiecy głos, i sądzili, że ktoś się topi.

Potworem widywanym z nabrzeża, tajemniczym stworzeniem, które mężczyźni chcieli uratować lub pochwycić, była Coralie. Musiała jedynie mignąć, pokazać się na moment, jak nieuchwytny wodny stwór rodem z sennych koszmarów, który przybył do akwenów miasta Nowy Jork. W gazetach odnotowano siedemnaście informacji o spotkaniu z potworem. Wszystkie miały miejsce w czasie, kiedy Coralie płynęła na północ zimną, szarą rzeką, przemykając wśród węgorzy, które właśnie budziły się po zimowym śnie i wyślizgiwały się z osadów pokrywających dno. Mijała pręgowanego okonia, królującego w górze rzeki, niewzruszenie pewna siebie nawet podczas nagłych uderzeń fal. Rankiem zasiadała na skąpanym w słońcu ganku za domem, by poczytać o sobie w „Sun” albo „Timesie”: o wielkim stworze z zębami niczym u rekina, pokrytym zieloną łuską, który w rzeczywistości był ważącą niespełna pięćdziesiąt pięć kilogramów dziewczyną, najchętniej wkładającą czarne sukienki oraz skórzane trzewiki zapinane na guziczki i niezmiennie niezdejmującą rękawiczek.

Coralie wiedziała, że ojciec wielce potrzebuje okazu, który mógłby rywalizować z atrakcjami Dreamland i Luna Park oraz innymi rozrywkami oferowanymi na Coney Island. Dwa lata wcześniej słynny Zygmunt Freud przybył na Brooklyn, by poznać i zrozumieć amerykański sposób patrzenia na świat. Mówiono, że niewiele rzeczy wywarło na nim większe wrażenie niż wspaniałe parki rozrywki. Wyobraźnia była na Brooklynie wszystkim i właśnie to Sardie musiał sprzedawać. To był prezent, za który dziękował Stwórcy każdego dnia. Zawsze twierdził, że jego instytucja nie jest wystawą dziwadeł, jak dobrze znane Huber’s Dime Museum przy Czternastej Ulicy na Manhattanie, które przez wiele lat prezentowało rzeczy dziwne i wyjątkowe, dopóki w 1910 roku na drzwiach nie pojawił się napis finis. Podobnie było z dziesiątkami małych, okropnych lokali oferujących rozrywki, rozrzuconych wzdłuż dolnej Surf Avenue, z wystawami, na których poniżano ludzkie szkielety i pokazywano osoby z amputowanymi członkami, bliźniaków syjamskich czy mężczyzn pozwalających muchom spijać krew z ciała; obok nich mieściły się ringi zapaśnicze i teatrzyki wodewilowe, z których najpodlejsze i najbardziej wyzyskujące swoich pracowników przeniosły się na północ, do dzielnicy zwanej Gut[**]. Muzeum Osobliwości było prawdziwym muzeum, godnym miejscem, gdzie cuda przyrody pokazywano obok dziwów ludzkich. Jednak teraz potrzebowali czegoś więcej, a kiedy coś więcej trudno znaleźć, należy to coś wymyślić. Jeśli podobna sztuczka miałaby się komukolwiek powieść, to tylko Profesorowi, magikowi z Francji, sławnemu w swoim czasie, znanemu z trików tak zadziwiających, że ludzie z trudem wierzyli własnym oczom. Profesor rozumiał, że skoro wzrok może człowieka zawodzić, podobnie może czynić i umysł.

Coralie postępowała zgodnie z zaleceniami ojca, tak jak przez całe dotychczasowe życie, chociaż serce jej się krajało na samą myśl o tym, co musi robić: zwodzić cały Nowy Jork. Nagłówki w gazetach krzyczały o Tajemnicy Rzeki Hudson, jako że nikt nie zdołał jej się przyjrzeć. Dwóch mężczyzn spostrzegło ją w nocy, gdy szybko przepłynęła obok ich łódki, ale nie zauważyli kobiecych kształtów. Zobaczyli jedynie to, co podsuwała im wyobraźnia, dokładnie tak jak przepowiedział Profesor, a ludzka wyobraźnia w owych mrocznych czasach była równie mroczna. Na ulicach dochodziło do straszliwych, wielkich starć, szefowie i politycy wraz z policją rzucali się do walki z robotnikami, kobietami i mężczyznami. Wszyscy angażowali się w debaty, aresztowano pracowników najemnych, domagających się jedynie sprawiedliwego podziału zysków. Przepaść między grupami imigrantów rozszerzała się na przeludnione osiedla przy Lower East Side, a mieszkańcy rezydencji otaczających Madison Park tworzyli zarzewie nienawiści.

A jednak mimo doniesień o kłopotach w zakładach pracy – strajkach stoczniowców z doków Brooklynu i z fabryk Manhattanu ogarniętych wrzeniem zamieszek – nazajutrz po tym, jak pływała, w „Sun” i „Timesie” zawsze zamieszczano jakąś wzmiankę, gdyż Tajemnica Rzeki Hudson zdążyła przyciągnąć zainteresowanie czytelników. Stwór z głębin stał się zagadką, o której rozprawiano na rogach ulic i w sklepach. Rankiem pojawi się osiemnasta informacja, szczęśliwy numer, bo zbieżny z wiekiem Coralie, jako że jej urodziny przypadły dwa dni wcześniej i zostały uczczone piernikiem upieczonym przez Maureen, oblanym słodką glazurą, w której tkwiły świeczki, iskrzące się, gdy Coralie usiłowała je zdmuchnąć.

Po wyjściu z rzeki Coralie zaczęła się przedzierać przez moczarki i paprocie, bujnie rozrastające się na podmokłym gruncie. Wolność była bezcennym skarbem, nawet jeśli trwała tylko kilka godzin. Możliwość swobodnego wędrowania w przenikliwym chłodzie, nawet jako widmo, była istnym darem. Nikt tu nie mógł jej rozkazywać. Była wodną nimfą, która wyłoniła się na brzegu nieznanej, przyjaznej krainy. Świat pojaśniał, jakby uchyliły się jakieś drzwi, a za nimi, po drugiej stronie, unosiła się kolorowa mgiełka. Wyobrażała sobie, że czeka ją tam świetlana przyszłość, nieznane życie, którym będzie mogła się cieszyć, skoro już nigdy nie wróci do domu. Rozłożyste drzewa rzucały długie cienie. Czerń nocy zmieniła się w krajobraz zamglony szarością. Coralie zdjęła maskę, którą nosiła, by nie przypominać człowieka, wykonaną przez tego samego rzemieślnika, co przygotowywał tabliczki dla muzeum.

Ogarnęła spojrzeniem rzekę i drugi brzeg, którego nie rozpoznawała, nie wiedząc, że białe klify błyszczące w ciemności nazywano Palisade. Była niedaleko ostatnich dzikich obszarów leżących na północy, ale nie miała pojęcia, gdzie jest północ, i nie miała pojęcia, że sam Bronx przebudowano po wzniesieniu Grand Concourse, wzorowanego na paryskich Polach Elizejskich. Potwory nie korzystają z map, a gdy gubią drogę, nie mają innego wyjścia, niż polegać na ludzkiej uprzejmości. Coralie wytknęła głowę z zarośli. W oddalonych częściach Manhattanu, które niegdyś należały do holenderskich obszarników, ziemię nadal porastały hikory, drzewa orzechowe i czarno-zielone wiązy. Wśród ruchliwych cieni dostrzegła smużkę dymu snującego się w mroku. Poszła w tamtą stronę, jakby dym był światłem przewodnim, mając nadzieję na filiżankę herbaty i koc, którym owinie swoje dygocące z zimna ciało.

Ubranie ją oblepiało, ale szła nadal; mimo że ciężkie mokre spodnie i koszula utrudniały ruchy, zachowała gibkość pływaka. Zręcznie torowała sobie drogę po śliskim brzegu. Gałęzie przyczepiły się ubrania, lecz uwolniła się od nich. Cisza nocy obezwładniała. Nie było świerszczy, bo ciągle panowało przejmujące zimno, ani żadnych podglądaczy, ptaki nie śpiewały w ciemnościach. Wszechobecne moczarki, zielone i twarde, wydzielały ostrą woń. Właśnie wtedy usłyszała warknięcie, zwielokrotnione przez echo. Poczuła, że ogarnia ją panika. Co sobie wyobrażała, szukając towarzystwa? Jakich pytań może się spodziewać młoda kobieta pływająca w rzece przy zimnej, wilgotnej aurze? I kto powiedział, że to nie bandyci obozują w lesie, bezdomni, którzy będą myśleć tylko o tym, by ją zaatakować?

Coralie przypadła do ziemi i zmrużyła oczy, starając się wzrokiem przeniknąć cień. Przez bujne drzewa dostrzegła przy ognisku sylwetkę młodego mężczyzny szykującego sobie późną kolację. Wytężyła wzrok, patrząc przez sercowate liście lipy, by lepiej zobaczyć, na kogo trafiła. Przypomniała sobie Whitmana:

Ty, obcy, jeśli przechodząc,

napotkasz mnie i zapragniesz przemówić,

czemu nie miałbyś przemówić do mnie?

I czemu ja nie miałbym przemówić do Ciebie?[***]

Obserwowała obcego, ale zachowywała się bezszelestnie. Był ciemnowłosy, wysoki i szczupły, miał przystojną twarz. Ogorzały po dniu spędzonym nad rzeką, pogwizdywał, oprawiając rybę, którą złowił. Coś w nim poruszyło Coralie w sposób, którego nie rozumiała, poczuła niemal magnetyczne przyciąganie. Zaalarmował ją łomot własnego serca. Obok mężczyzny siedział pies rasy używanej do walk. Zauważył ją i szczeknął ostrzegawczo.

– Cicho, Mitts – usłyszała głos mężczyzny.

Pitbull spojrzał na swego pana, zawahał się, ale był najwyraźniej zbyt podniecony, by posłuchać. Rzucił się przez las w jej kierunku. Mężczyzna przywoływał go, lecz pies biegł dalej.

Coralie zerwała się do ucieczki, spazmatycznie chwytając powietrze. Poczuła ostry ból w piersiach, jakby serce waliło o żebra. Ojciec trzymał ją z dala od ludzi, z wyjątkiem godzin występów. Uważał, że żywe osobliwości mogą spowszednieć w kontaktach ze zwyczajnymi ludźmi, którzy najprawdopodobniej nie będą w stanie ich zrozumieć, za to zechcą je wykorzystać i zniszczyć. „Jak już raz cię doprowadzą do upadku – ostrzegał – to nie będzie drogi odwrotu”.

Pies przedzierał się przez zarośla. Coralie słyszała, jak gna tuż za nią. Usiłowała go zmylić, pokonując krzaki, ale po sekundzie pies już deptał jej po piętach. Odwróciła się w obawie, że zwierzę skoczy na nią od tyłu. Mimo wyziębienia czuła wrzącą w niej krew, gdy zesztywniała, szykując się na ugryzienie. Wiedziała, jak czerwoną ma krew, zrobiło jej się gorąco, chociaż chłód wody przeniknął ją do kości. Pitbull miał krótko przycięte uszy i ogon, jego ciało było krępe i muskularne, piana ciekła mu z pyska. Coralie spodziewała się, że ją zaatakuje, ale pomachał ogonkiem, gapiąc się na nią, ogłupiały i przyjaźnie nastawiony. Okazał się nie złowrogą bestią, lecz najlepszym przyjacielem człowieka.

– Idź sobie – wyszeptała.

– Mitts! – rozległo się w lesie wołanie. – Wracaj, do diabła!

Pies dyszał, merdał ogonem i obwąchiwał swój łup, nie zwracając uwagi na to, że Coralie go odgania. Machała rękami i cicho na niego posykiwała.

– Mitts, idioto! – zawołał młody mężczyzna.

Pies nie wiedział: cieszyć się wspaniałym znaleziskiem czy okazać lojalność wobec pana. W końcu zawrócił i popędził w zarośla. Przez trzepocące liście Coralie mogła dobrze przyjrzeć się mężczyźnie. Miał ściągniętą twarz, na której malował się niepokój, i wyraziste, delikatne rysy. Szeroko się uśmiechnął, gdy spostrzegł psa.

– Tu cię mam! – Pochylił się, by czule pogładzić zwierzę, które odwzajemniło się, liżąc go po twarzy i łasząc się. – Chcesz się zgubić?

Coralie poczuła, że coś ją przenika, jakby stała się nadziewaną na haczyk rybą, która nie może się uwolnić. Poczuła związek z tym obcym człowiekiem, pociągał ją każdy jego gest. Nie myśląc o konsekwencjach, szła za nim, gdy wracał do obozowiska. Mimo obecności psa podczołgała się bliżej. Mężczyzna piekł nad dymiącym ogniskiem dwa kawałki pręgowanego okonia, jeden dla siebie, drugi dla psa, którego nakarmił, zanim sam zabrał się do jedzenia. Nazywał psa głupkiem, lecz napełnił mu miskę świeżą wodą i ponownie przygarnął do siebie jego wielki łeb.

– Ty durniu. – Roześmiał się. – Chcesz, żeby cię zeżarł niedźwiedź?

Na złożonym płaszczu leżał wielki aparat fotograficzny, zabezpieczony przed wilgotnymi paprociami i mokrą ziemią. Był więc fotografem i wędkarzem. Co by zobaczył, gdyby spojrzał na nią przez obiektyw? Szare oczy, długie błyszczące włosy opadające na plecy, łuski morskiego potwora narysowane na skórze. Oszustka, kłamczucha, przebieraniec. Zobaczyłby to i nic innego, gdyż, jak twierdził Profesor, ludzie z całą pewnością widzieli to, co sobie wyobrażali. Coralie zapragnęła stać się jedynie zabłąkaną kobietą, z którą mógłby się podzielić kolacją, ale była czymś więcej. Była córką swego ojca, żywym cudem natury, dziwadłem, którego zwykły człowiek nigdy nie zrozumie.

Torując sobie drogę przez krzaki i chroniąc twarz przed kolcami, odnalazła drogę powrotną do rzeki. Usłyszała za sobą kroki. Przez chwilę poczuła coś w rodzaju dzikiej radości, jakby pragnęła, by ją odkryto. Odwróciła się, ale to nie był mężczyzna z obozowiska. Serce w niej zamarło, bo w zaroślach rysował się szary kształt wielkiego zwierzęcia. Od razu uznała, że to wilk. W bajkach, które uwielbiała jako dziecko, zło zawsze spotykała kara, los, na jaki zasługiwało. Pomyślała o niegodziwościach, które wyrządziła, o udawaniu i maskaradzie. Podporządkowywała się poczynaniom ojca, o nic nie pytając i bez wyrzutów sumienia. Być może to było przeznaczenie: dzika bestia pożre ją żywcem, to będzie odpowiednia kara za jej zbrodnie. Zamknęła oczy i starała się uspokoić serce. Jeśli ma zakończyć życie, niech tak będzie. Zostaną po niej jedynie połyskujące kości rozrzucone po krzakach, a pukle włosów rozniosą wróble, by uwić z nich gniazda.

Wilk stał w prześwicie, przyglądał się jej, ale musiał stwierdzić, że jest niewarta zachodu, gdyż wycofał się do lasu.

Mgiełka snuła się między drzewami, kiedy Coralie w końcu dotarła do umówionego miejsca. Przemarzła do kości, ale fala emocji wciąż przepełniała ją gorącem. Zdała sobie sprawę, że istnieje tylko jedno wytłumaczenie tego, co czuła, kryjąc się za drzewami w przemoczonym ubraniu, gdy z bijącym sercem przypatrywała się młodemu mężczyźnie. Maureen powiedziała, że miłość jest tym, czego najmniej się spodziewasz. Nie można było umówić się na nią, zastosować jakiejś sztuczki czy zaplanować. Była tym, na co natknęła się tej ciemnej nocy, bez żadnego ostrzeżenia.

Gdy Coralie ujrzała ojca drepczącego obok powozu, poczuła wyrzuty sumienia. Profesor nigdy nie podniósł na nią ręki, ale niezadowolenie, jakie okazywał, boleśnie raniło; nie mógł być szczęśliwy, że musiał czekać aż do świtu. Szpaki budziły się w zaroślach, choć na niebie migotały jeszcze ostatnie gwiazdy. Coralie często zastanawiała się, czy ojcu naprawdę na niej zależy, czy też zadowoliłaby go jakakolwiek inna dziewczynka na jej miejscu.

– Nareszcie jesteś! – wykrzyknął, kiedy się pojawiła. Czym prędzej ruszył w jej stronę z naszykowanym kocem, którym otulił jej ramiona. – Myślałem, że utonęłaś.

Profesor szybko kierował ją w stronę powozu. Woźnica, który dostawał znaczne sumy za milczenie, najprawdopodobniej zażąda podwójnej stawki za tę wyprawę, bo na Brooklyn dotrą, gdy zrobi się już zupełnie jasno. Na Williamsburg Bridge będą tłumy mężczyzn i kobiet śpieszących do pracy w posępny marcowy poranek, nieświadomych, że właśnie minął ich potwór i że Coralie płakała, wyglądając przez okno powozu, bo pragnęła stać się jedną z nich i samodzielnie decydować o swojej przyszłości.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[*] Dreamland – Kraina Marzeń (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza i redakcji).

[**] Gut (ang.) – trzewia.

[***] Walt Whitman, Do Ciebie, przeł. Stefan Napierski.

Rozdział 2Mężczyzna, który nie mógł spać

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 3Marzyciel z marzeń

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4Mężczyzna, który nie czuł bólu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5Kłamca pierworodny

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6Ptasznik

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7Wilczy dom

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8Niebieska nitka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9Dziewczyna, która umiała latać

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10Prawa miłości

Dostępne w wersji pełnej

Świat zaczyna się na nowo

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

THE MUSEUM OF EXTRAORDINARY THINGS

Projekt graficzny okładki

Katarzyna Borkowska

[email protected]

Zdjęcie na okładce

© Kamil Vojnar/Trevillion Images

Redakcja

Anna Jutta-Walenko

Korekta

Jadwiga Piller

Anna Tłomacka

Copyright © 2014 by Alice Hoffman

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Maruszkin, 2016

Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., 2016

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-068-0

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl


Oko ludzkie nie potrafi uchwycić prawdziwego obrazu, gdyż ogranicza je człowieczeństwo przysłonięte żalem, przekonaniami, wiarą. To, czego człowiek jest świadkiem nie zawsze jest przez niego od razu rozumiane. Dopiero oko kamery chwyta świat takim, jakim jest on naprawdę.