Muzeum. Miejsce, które zwróciło Warszawie duszę. - Jan Ołdakowski, Maciej Mazur - ebook
Opis

Przez jednych stawiane za wzór, przez innych mocno krytykowane, ale nikomu nie obojętne. Muzeum Powstania Warszawskiego – miejsce, które powstańcom oddało należną cześć, połączyło rocka z patriotyzmem i na dobre zmieniło oblicze miasta.

Szef i współtwórca muzeum, Jan Ołdakowski, w rozmowie z dziennikarzem Faktów TVN Maciejem Mazurem zdradza, jak przekonał prezydenta Lecha Kaczyńskiego do punka, co wspólnego z Powstaniem mają wieloryby z Winnipeg i któremu światowemu przywódcy weterani Batalionu Zośka chcieli pokazać cztery litery.

Ten wywiad jest trochę jak samo muzeum. Iskrzy, prowokuje, zadaje pytania i zmusza do myślenia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 185

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wy­daw­nic­two The Fac­to bar­dzo dziękuje Bar­ba­rze Au­gu­sty­niak-Pa­pież za po­moc przy po­wsta­wa­niu książki.

Zdjęcia po­chodzą ze zbiorów Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go.

Pro­jekt okładki:

Ry­szard Kaj­zer

Re­dak­cja, ko­rek­ta, łama­nie:

Aga­ta Mościc­ka

Bar­ba­ra Paw­li­kow­ska

Ber­na­de­ta Le­kacz

ISBN 978-83-61808-56-5

© Co­py­ri­ght by Jan Ołda­kow­ski 2014

© Co­py­ri­ght by Ma­ciej Ma­zur 2014

© Co­py­ri­ght by The Fac­to 2014

Wy­daw­ca:

The Fac­to Sp. z o.o.

ul. Skier­nie­wic­ka 21/53, 01-230 War­sza­wa

www.the­fac­to.pl

Dys­try­bu­cja:

DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

www.dic­tum.pl

tel.: (22) 663 98 13, fax: wew. 37

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

pamięci Le­cha Ka­czyńskie­go

Ma­ciej Ma­zur i Jan Ołda­kow­ski

Fot. Ro­bert Da­nie­luk

WSTĘP

Jana Ołda­kow­skie­go spo­tkałem kil­ka­naście lat temu, czy­li znam go pra­wie od jego przed­szko­la (prze­sa­dzam, ale tyl­ko trochę). W młodym wie­ku zdążył się za­trzasnąć w to­a­le­cie na mo­ich uro­dzi­nach.

Pamiętam go jako współgo­spo­da­rza nie­co sur­re­ali­stycz­nej knaj­py OFF na Puław­skiej, gdzie awan­gar­do­wi po­eci re­cy­to­wa­li nie­zro­zu­miałe dla mnie stro­fy, młodzież im­pro­wi­zo­wała jaz­zo­we kawałki, star­si pa­no­wie gra­li w sza­chy, a ja de­ba­to­wałem przy pi­wie z dzi­siej­szym plat­for­mer­skim mi­ni­strem Sien­kie­wi­czem.

Ołda­kow­ski był wte­dy przy­ja­ciel­skim, ro­zu­miejącym wszyst­kich, nie­co mi­sio­wa­tym człowie­kiem, ale nie sądziłem, że okaże się na­ro­do­wym skar­bem.

Kie­dy podjął się sza­leńcze­go dzieła zbu­do­wa­nia mu­zeum w ja­kimś re­kor­do­wo krótkim cza­sie, cho­dziłem do nie­go na Przy­oko­pową i utrwa­lałem swo­im piórem zdu­mie­wającą at­mos­ferę zbra­ta­nia się sędzi­wych po­wstańców i ich spad­ko­bierców przy­noszących pamiątki oraz młodych wo­lon­ta­riu­szy, którzy od­bie­ra­li te dary ni­czym re­li­kwie. To mi się ko­ja­rzyło z nie­po­wta­rzalną gorączką pierw­szej „So­li­dar­ności”.

A równo­cześnie, tak jak chy­ba wszy­scy, nie wie­rzyłem, że zdążą na czas. Sądziłem, że będzie ka­ta­stro­fa, że nie zmieszczą się przed 1 sierp­nia 2004 roku. Zdążyli, z prze­dziwną, jak­by mi­mo­wolną swo­bodą po­ko­ny­wa­nia ko­lej­nych przeszkód, przełamy­wa­nia opo­ru ma­te­rii.

Ołda­kow­ski to je­den z lu­dzi, którzy od­bu­do­wa­li nam wte­dy zbio­rową tożsamość, o czym prze­ko­nałem się, kie­dy któregoś ko­lej­ne­go pierw­sze­go sierp­nia pa­trzyłem, jak na dźwięk sy­re­ny wstają z poważnymi mi­na­mi ty­po­we zbla­zo­wa­ne ja­pi­szo­ny – w ogródku nie­co post­mo­der­ni­stycz­nej knaj­py Szpil­ka na pla­cu Trzech Krzyży. Oczy­wiście główny bu­dow­ni­czy tej tożsamości to Lech Ka­czyński. To on po­sta­wił na szczególny pa­trio­tyzm: nie­cia­sny, ro­man­tycz­ny, wol­nościo­wy, pil­nujący tego, co pol­skie, ale bez na­cjo­na­li­stycz­nej huc­py. Po­sta­wił i wy­grał, dziś jego języ­kiem mówią o pamięci hi­sto­rycz­nej na­wet jego daw­ni prze­ciw­ni­cy.

Lech Ka­czyński po­ka­zał, co to zna­czy po­li­tycz­na wola. Ale mógł prze­cież po­sta­wić na lep­szych lub gor­szych tej woli wy­ko­nawców. Wy­brał do­brze, choć jed­nym „mu­ze­al­ni­cy” ja­wi­li się jako gru­pa zbyt spiętych, za­gu­bio­nych w la­bi­ryn­tach świa­ta władzy i pie­niędzy no­wi­cju­szy, dla in­nych byli z ko­lei na­zbyt roz­wi­chrze­ni i lek­ko­myślni.

Sam Ołda­kow­ski w tej książce trochę kry­je się za swo­im dziełem. Woli mówić o in­nych lu­dziach, o in­sty­tu­cjach i przed­mio­tach, o war­szaw­skich miej­scach i kli­ma­tach niż o swo­ich oso­bi­stych od­czu­ciach. W rze­czy­wi­stości opo­wieść o jego per­so­nal­nej sym­bio­zie z pie­czołowi­cie składaną z kawałków tra­dycją Po­wsta­nia, z sa­my­mi po­wstańcami to ma­te­riał na so­lidną bio­gra­ficzną po­wieść albo i na film fa­bu­lar­ny.

Cza­sem wy­da­wało mi się, że to już dosyć. Zro­bił, co miał zro­bić, wymyślił świet­ne mu­zeum, które wbrew kraczącym: „Dosyć muzeów!” do dziś bije re­kor­dy po­pu­lar­ności. Po­wi­nien to zo­sta­wić, zacząć obmyślać ko­lejną tego typu in­sty­tucję (może na­wet poza War­szawą), bo to lubi i czu­je. Mógłby być ta­kim wędrow­nym eks­per­tem od przy­wra­ca­nia Po­la­kom pamięci. Ma do tego wyraźną smy­kałkę. Sam słyszałem, jak z pasją, nie będąc hi­sto­ry­kiem i grając cza­sem na no­sie lob­by hi­sto­ryków, snuł wi­zje upa­miętnia­nia… śre­dnio­wie­cza.

Ale do­pie­ro te­raz zro­zu­miałem, dla­cze­go to bar­dzo do­brze, że tak długo trzy­mał się Po­wsta­nia. Zo­ba­czyłem film Po­wsta­nie War­szaw­skie zmon­to­wa­ny z jego ini­cja­ty­wy ze sta­rych kro­nik po­ko­lo­ro­wa­nych i opa­trzo­nych nie­ist­niejącym wcześniej dźwiękiem. Pa­trzyłem, jak pod ręką cu­dotwórców odżywa za­raz po 1 sierp­nia 1944 roku War­sza­wa jako prze­strzeń krótko­tr­wałej na­dziei, mia­sto z ro­gatą duszą. I jak po­tem ta sama War­sza­wa jest przy­gnia­ta­na nie­wia­ry­godną wręcz nawałnicą. Po­czu­liśmy to chy­ba wszy­scy – we własnych głowach i własnych trze­wiach. Myślę, że Ja­nek żył dla tego dzieła.

Dla­te­go można go na­zwać na­ro­do­wym skar­bem. A za­ra­zem… wszyst­ko jesz­cze przed nim. To bar­dzo młody człowiek, cho­ciaż dał już Pol­sce tak dużo.

Dał kla­rowną i bar­dzo zwy­czajną od­po­wiedź na na­rze­ka­nia tych, którzy usiłują sens Po­wsta­nia za­kwe­stio­no­wać. Od­po­wie­dział tym, którzy nie wierzą w żywot­ność tra­dy­cji, po­ka­zał, że można się tra­dycją zaj­mo­wać wspólnie z bar­dzo różnymi ludźmi, także tymi o kom­plet­nie in­nych poglądach po­li­tycz­nych i es­te­tycz­nych wrażliwościach. Jest jed­no­cześnie i bar­dzo doj­rzały, i młody du­chem.

Ale może naj­ważniej­sze, że rzednącym zastępom sa­mych po­wstańców ofia­ro­wał miej­sce, gdzie czu­li się i czują jak u sie­bie. Zasługi­wa­li na to. Ob­da­rzył jed­nak nie tyl­ko żywych. Mój stryj, który zginął w 1944 roku na Czer­nia­ko­wie, ma swo­je miej­sce na mu­rze pełnym na­zwisk i ma też swo­je zdjęcie w in­ter­ne­cie. To zasługa Jan­ka. On pomógł się po­li­czyć i żywym, i zmarłym.

Za­nim się całkiem roz­kleję, do­dam, że sam je­stem cie­kaw, co te­raz wy­bie­rze. Czy film Po­wsta­nie War­szaw­skie to będzie sy­gnał przełomu w jego życiu, czy ko­lej­ny etap pil­no­wa­nia po­wstańcze­go po­ste­run­ku? Czy ta książka jest za­mknięciem pew­ne­go okre­su? Dzi­siej­sza Pol­ska nie ofe­ru­je ta­kim wul­ka­nom ener­gii za wiel­kich możliwości, a czuję zresztą, że i w po­wstańczej te­ma­ty­ce Ja­nek nie po­wie­dział ostat­nie­go słowa. Ale też po­trze­bu­je­my no­wych muzeów. I zasługu­je­my na lep­sze, bar­dziej po­mysłowe mu­zea.

Ty już od­niosłeś suk­ces, ale to nie zna­czy, że nie możesz od­nieść ko­lej­ne­go. Życzę ci tego.

Piotr Za­rem­ba

GA­LE­RIA OFF

Bo­ha­ter­stwo, pamięć, poświęce­nie, pa­trio­tyzm, sza­cu­nek, po­li­ty­ka, mi­to­lo­gia – oczy­wiście, że tak. Ale też punk, reg­gae, te­atr, spo­ro aneg­dot i wypięte za­dki we­te­ranów. Hi­sto­ria na­ro­dzin Mu­zeum Po­wsta­nia jest jak hi­sto­ria Po­wsta­nia. Jeżeli ktoś chce wer­sji czar­no-białej, niech po­zo­sta­nie w za­ku­rzo­nym ar­chi­wum daw­nych klisz. Ja wolę wersję pa­no­ra­miczną i tech­ni­ko­lor. Nie umknie nam wte­dy żaden szczegół, a i życie na­bie­rze od­po­wied­nich barw. Państwo po­zwolą, oto nasz główny bo­ha­ter: Jan Ołda­kow­ski. Czter­dzieści dwa lata, z wy­kształce­nia po­lo­ni­sta, a z za­wo­du od dzie­sięciu lat dy­rek­tor Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go. Ale za­nim o mu­zeum, naj­pierw sko­czy­my na małe piwo. Przyszły dy­rek­tor za­pra­sza.

Uli­ca Puław­ska 37/39. Wejście przez długą, ciemną bramę, po­tem za­mknięte drzwi, dzwo­nek. Bram­karz, po­bieżna lu­stra­cja, można wejść. W środ­ku półmrok, czar­ne ścia­ny i siwy dym. Za ba­rem właści­ciel: około trzy­dziest­ki, blu­za z kap­tu­rem, bojówki i mar­ten­sy. Twarz jak­by skądś zna­na? Owszem, to pan Ołda­kow­ski. Mu­ze­al­ni­kiem zo­sta­nie za dwa lata, na ra­zie na­le­je nam bro­wa­rek. Jest początek 2002 roku, przyszły dy­rek­tor pro­wa­dzi Ga­le­rię OFF – mod­ny, al­ter­na­tyw­ny war­szaw­ski klub.

JA NIE MAM NIC, TY NIE MASZ NIC

– Jak tra­fi­liście do ga­stro­no­mii? W do­dat­ku z am­bit­nym pro­gra­mem kul­tu­ral­no-roz­ryw­ko­wym?

– Te­atr Nowy za­pro­sił nas do sie­bie. Tam już była kie­dyś knaj­pa, po­tem znikła i mie­li wolną prze­strzeń do wy­najęcia. Jak usłyszałem, że jest możliwość, aby tam spróbować coś stwo­rzyć, spo­tkałem się z moim przy­ja­cie­lem Pawłem Ko­wa­lem i po­wie­działem: „Paweł, chodź, założymy knajpę”. Wcześniej pra­co­wa­liśmy w rządzie Je­rze­go Buz­ka w Mi­ni­ster­stwie Kul­tu­ry. Byłem sze­fem ga­bi­ne­tu mi­ni­stra Ka­zi­mie­rza Ujaz­dow­skie­go. Całkiem niezłe sta­no­wi­sko jak na fa­ce­ta, który nie ma na­wet trzy­dziest­ki, a tu na­gle: ko­niec. Mie­liśmy strasz­ne­go kaca.

– Piliście z żalu, bo po wy­bo­rach w 2001 roku przy­szedł Le­szek Mil­ler z ko­le­ga­mi z So­ju­szu Le­wi­cy De­mo­kra­tycz­nej i wymiótł całe pra­wi­co­we to­wa­rzy­stwo spod zna­ku Ak­cji Wy­bor­czej So­li­dar­ność?

– Nie, w in­nym sen­sie. Miało być tak faj­nie, kon­ser­wa­tyw­nie, tra­dy­cyj­nie i wspólno­to­wo, a skończyło się na tym, że część po­sta­no­wiła się na­cha­pać, część gdzieś poszła i wszyst­ko pod ko­niec moc­no trąciło ob­cia­chem. W do­dat­ku wcześniej byłem ab­so­lut­nie prze­ko­na­ny, że ta po­li­ty­ka ide­al­nie mi leży. Ga­bi­net, lan­cia, władza. I kie­dy się wszyst­ko skończyło, ciężko to przeżyłem. Po­sta­no­wi­liśmy więc z Pawłem, że nie chce­my już więcej po­li­ty­ki i zro­bi­my coś in­ne­go. Obaj fa­scy­no­wa­liśmy się wte­dy Zie­mią obie­caną, ma­rzyło nam się, że stwo­rzy­my taką fa­brykę. Tyl­ko co mają lu­dzie, którzy nie­wie­le mają?

– Jak to, co?! Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic – to ra­zem mamy aku­rat tyle, żeby założyć fa­brykę!

– Po­wta­rza­liśmy to so­bie w kółko! Naszą fa­bryką z Zie­mi obie­ca­nej miała być właśnie knaj­pa. Wymyśliliśmy nazwę, spo­tka­liśmy Zuzę Zio­mecką – da­leką zna­jomą Pawła Ko­wa­la i późniejszą na­czelną „Prze­kro­ju”, która właśnie wróciła ze Stanów. Paweł za­py­tał, czy ma doświad­cze­nie kul­tu­ral­no-roz­ryw­ko­wo-ga­stro­no­micz­ne. A ona, patrząc nam w oczy, pew­nym głosem stwier­dziła, że w rozkręca­niu ta­kich miejsc jest naj­lep­sza. Do­pie­ro później się oka­zało, że bar­dzo chciała tam pra­co­wać, na­to­miast wie­działa o knaj­pach tyle co my. Czy­li nic. Trze­ba jed­nak przy­znać, że miała świetną in­tu­icję. Otwar­cie Ga­le­rii OFF za­pla­no­wa­liśmy na Nowy Rok 2002. W syl­we­stra do późnego wie­czo­ra ma­lo­wałem sto­li­ki. Wyłączyłem te­le­fon, bo żona ciągle dzwo­niła, py­tając, kie­dy będę. Wy­szedłem z knaj­py tak jakoś przed północą, spo­tkałem się z żoną i gdy dojeżdżaliśmy na im­prezę, na którą byliśmy za­pro­sze­ni, to właśnie od­pa­li­li fa­jer­wer­ki. Na święto­wa­nie No­we­go Roku się spóźniliśmy, ale lo­kal udało się uru­cho­mić na czas. Pierw­sze­go dnia przyszło na­wet z sześć osób. Zamówili coś, wy­pi­li, po­szli. Świet­nie.

Jan Ołda­kow­ski w cza­sach Ga­le­rii OFF

Ar­chi­wum pry­wat­ne Jana Ołda­kow­skie­go

– Sami na­le­wa­liście piwo?

– Tak też bywało. Pew­ne­go razu po długiej i hucz­nej im­pre­zie stałem na za­ple­czu, myjąc ku­fle. W zim­nej wo­dzie, bo boj­ler nie­ste­ty był nie­wiel­ki i ciepła woda szyb­ko się kończyła. Stoję więc i zgra­białymi rękami myję szkło, gdy na­gle wcho­dzi moja zna­jo­ma. Ostat­ni raz, gdy się wi­dzie­liśmy, byłem jesz­cze mi­ni­ste­rial­nym dy­rek­to­rem w gar­ni­tu­rze i pod kra­wa­tem, jeździłem służbową lan­cią, a tu w młodzieżowej blu­zie z pod­ciągniętymi ręka­wa­mi z zapałem pu­cuję ko­lej­ne ku­fle. Zna­jo­ma padła ze śmie­chu i dojście do sie­bie zajęło jej trochę cza­su. Ale oczy­wiście nie zmy­wałem cały czas. Mie­liśmy w klu­bie całą załogę. Równie doświad­czoną jak my. Za­trud­ni­liśmy uroczą ekipę stu­dentów so­cjo­lo­gii, bo znaw­cy ga­stro­no­micz­ne­go te­ma­tu stra­szy­li nas, że jak weźmie­my pro­fe­sjo­na­listów, to za­raz będą ja­kieś ma­chi­na­cje. Po­dzie­li­liśmy się z Pawłem ro­la­mi jak zwy­kle: ja byłem tym do­brym. Kum­plo­wałem się z ar­ty­sta­mi i klien­ta­mi. Paweł zo­stał tym złym. Pil­no­wał ter­minów, ne­go­cjo­wał umo­wy i za­trud­niał lu­dzi. Później pro­wa­dze­nie OFF-u przejął od nas ma­na­ger – Adaś Ju­ha­no­wicz.

Ta wesoła stu­denc­ka eki­pa oka­zała się zresztą świet­nym strzałem. To nic, że nie mie­li bla­de­go pojęcia o pra­cy w ga­stro­no­mii, a niektórzy na­wet nie mie­li do tego zdol­ności. W do­dat­ku, gdy zni­ka­liśmy na chwilę z knaj­py, to gdy wra­ca­liśmy, za­sta­wa­liśmy ich nie­raz na za­ple­czu, jak wesoło roz­ma­wia­li, po­pi­jając dar­mo­we piwo. Do jed­ne­go piwa mie­li pra­wo, cho­ciaż ko­lej­ka do baru i sto­sy nie­do­pałków w nie­wy­mie­nia­nych po­piel­nicz­kach świad­czyły, że chy­ba swo­je­go przy­wi­le­ju nadużywa­li. Do­star­cza­li za to cie­ka­wych wrażeń. Raz przy­szedł do baru klient i zamówił setkę wódki z colą. Nasz kel­ner podał mu w ta­kim kie­lisz­ku ze stopką setkę, a gość mówi: „Ale miało być z colą”. Kel­ner wziął bu­telkę i dolał do tej set­ki jesz­cze tak na je­den pa­lec coli. Więcej się nie dało. Wódka zro­biła się lek­ko brązo­wa­wa, a klient mówi: „No, ale więcej!”. Co więc zro­bił nasz zuch? Znów wziął bu­telkę i tak de­li­kat­nie kapał, aż za­war­tość kie­lisz­ka zro­biła się wy­pukła. Fa­cet zro­bił taką minę, jak­by nie wie­dział, czy kel­ner stroi so­bie żarty, czy też na­prawdę nie wie, o co cho­dzi. I tak właśnie wyglądała ta na­sza Ga­le­ria OFF. Ale z ja­kie­goś po­wo­du tra­fi­liśmy w gu­sta młodej pu­blicz­ności i chwy­ciło.

OPI­NIE UŻYT­KOW­NIKÓW POR­TA­LU CLUB­BING.PL

Bar­dzo się cieszę że mogę jako pierw­sza sko­men­to­wać to miej­sce. Dla tych którzy lubią Ce­De­Ko­we kli­ma­ty Ga­le­ria Off będzie dru­gim do­mem. Jest tam miło i przy­tul­nie. Mały par­kie­cik. Jest to miej­sce z tych „gorąco po­le­cam”. Na­prawdę war­to wy­sko­czyć tam na jakąś im­prezkę.

~Mala-Mi, 18 lip­ca 2002 r.

Nie byłem w tym klu­bie, ale jak po­zwo­li­li grać tam Bo­dzi­so­wi (7.09.2002) to musi być na­prawdę za­je­bi­sty klu­bik ;)

~SE­BA­_W­wa, 8 września 2002 r.

Wi­tam, klub fak­tycz­nie jest kli­ma­tycz­ny – po pro­stu su­per, tyl­ko lu­dzi trze­ba troszkę zmie­nić a i drzwi z kratką są strasz­ne:D Su­per miej­sce na piw­ko. Po­le­cam, tyl­ko chy­ba właści­cie­le nie dają so­bie rady!!!

~UFKA, 2 września 2002 r.

Też bym po­szedł ale ponoć mały par­kiet jest i po­wy­mia­tać nie będzie można…:/ :P

~Ja­Jo7, 12 lu­te­go 2004 r.

[pi­sow­nia ory­gi­nal­na]

PUN­KOW­CY I SZA­CHIŚCI

– Skąd taka po­pu­lar­ność? O Fa­ce­bo­oku nikt wte­dy jesz­cze nie słyszał. Mie­liście od­jaz­do­wy szyld z mi­gającym neo­nem? Re­kla­mo­wa­liście się w mod­nych cza­so­pi­smach?

– Wręcz prze­ciw­nie. Nie mie­liśmy żad­ne­go szyl­du, za to uda­wa­liśmy, że była tak zwa­na se­lek­cja. Do lo­ka­lu wca­le nie było tak łatwo się do­stać. Naj­pierw gość mu­siał za­dzwo­nić do drzwi. Otwie­rał się taki szy­ber, po­ja­wiało się oko na­sze­go bram­ka­rza, który bez słowa lu­stro­wał klien­ta i wpusz­czał lub nie. Kie­dyś mój ko­le­ga Da­rek Karłowicz spo­tkał w Szwaj­ca­rii czwo­ro Ame­ry­kanów. Jak się do­wie­dzie­li, że Karłowicz jest z Pol­ski, to mu po­wie­dzie­li, że byli w War­sza­wie i przy­tra­fiła im się nie­sa­mo­wi­ta hi­sto­ria. Miesz­ka­li gdzieś przy uli­cy Ba­to­re­go i wie­czo­rem wy­szli na mia­sto. W tym mo­men­cie prze­szli na kon­spi­ra­cyj­ny szept: „Po­szliśmy do knaj­py. Ale ja­kiej! Byliśmy w miej­scu kom­plet­nie nie­le­gal­nym! Spo­tka­ny Po­lak po­wie­dział nam, gdzie za­pu­kać. Wejście nie­ozna­czo­ne, a w środ­ku… cu­dow­na didżej­ska im­pre­za jak w naj­lep­szych lo­ka­lach No­we­go Jor­ku czy Chi­ca­go! Wszy­scy pi­ja­ni, na pew­no wszy­scy też han­dlo­wa­li pro­cha­mi i gdy­by tyl­ko weszła po­li­cja, to by za­raz całe to­wa­rzy­stwo aresz­to­wała, a nas cze­kałaby de­por­ta­cja. Na szczęście nie weszła. Baliśmy się jak cho­le­ra, ale co to był za wieczór!”. Karłowicz słucha tej opo­wieści i co­raz bar­dziej mu się wy­da­je, że zna ten taj­ny lo­kal. To chy­ba Ga­le­ria?! Myśmy zresztą też wte­dy byli na miej­scu. I tu małe spro­sto­wa­nie. Po pierw­sze – było jed­nak paru trzeźwych, po dru­gie – nikt nie han­dlo­wał pro­cha­mi, a po trze­cie – wszyst­ko było le­gal­ne, cho­ciaż nie da się ukryć, że to miej­sce ta­kie wrażenie mrocz­no-un­der­gro­un­do­we robiło. I zresztą miało robić.

– Czy­li: niech żyje pro­pa­gan­da szep­ta­na. Kto do was przy­cho­dził poza al­ter­na­tywną młodzieżą i za­gu­bio­ny­mi cu­dzo­ziem­ca­mi?

– Pra­wi­cow­cy na przykład. Piotr Za­rem­ba, Rafał Ziem­kie­wicz, Bro­nisław Wild­ste­in. Or­ga­ni­zo­wa­liśmy spo­tka­nia dys­ku­syj­ne. Za­czy­nały się mniej więcej na go­dzinę przed ofi­cjal­nym otwar­ciem klu­bu. Mo­gliśmy po­sie­dzieć i spo­koj­nie po­ga­dać. W dosyć cie­ka­wych oko­licz­nościach, bo na ogół poważne roz­mo­wy o Pol­sce ko­jarzą się z wy­so­ki­mi pro­ga­mi, uni­wer­sy­tecką salą se­na­tu, a tu u nas wokół czar­ne ścia­ny i za­pach kwaśnego piwa. Po­tem po­wo­li za­czy­na­li się scho­dzić nasi ty­po­wi goście, czy­li w za­sa­dzie ci zupełnie niety­po­wi – pun­kow­cy, ra­sta­ma­ni. Im więcej pun­kowców, tym mniej kon­ser­wa­tystów. Tak się to płyn­nie za­mie­niało. Mie­liśmy też taki ze­staw uro­czych klientów – na­zwij­my ich miej­sco­wy­mi. Panów, którzy mie­li swój sto­lik i gra­li w sza­chy. Naj­pierw wpa­da­li tak od przy­pad­ku, a kie­dy już zo­sta­li stałymi klien­ta­mi, to na­ma­lo­wa­liśmy im na bla­cie sza­chow­nicę.

– Klu­bik sza­cho­wy w pun­ko­wej me­cie?

– Też, ale oni przy­cho­dzi­li po pro­stu się napić. To była (trochę może pod­upadła) war­szaw­ska in­te­li­gen­cja. By­wa­li pro­fe­so­ro­wie, inżynie­ro­wie. Taka mo­ko­tow­ska śmie­tan­ka, cho­ciaż po przejściach. Za­ma­wia­li zwy­kle po jed­nym pi­wie, do którego cza­sem do­le­wa­li spod stołu wódkę. Za to do­le­wa­nie pew­nie ich z różnych miejsc po­wy­rzu­ca­no, a myśmy ich przy­garnęli, bo byli tak ko­smicz­ni z tym swo­im sto­li­kiem z sza­chow­nicą, że pew­nie trochę wyglądali jak wy­najęci ak­to­rzy robiący per­for­man­ce. Do­okoła tłum lu­dzi, tańce, głośna mu­zy­ka, a tu jak skała Gi­bral­ta­ru pośrod­ku mo­rza – po pro­stu fa­ce­ci, którzy grają w sza­chy. Sko­czek bije królową, cho­ciaż my też cza­sem ich sza­cho­wa­liśmy, jak zbyt dużo i osten­ta­cyj­nie tej wódki do­le­wa­li. Sko­ro już o wódce. Mie­liśmy stałego by­wal­ca, którego na­zy­wa­liśmy Pa­nem Piołunem. Po pra­cy, około pierw­szej w nocy, za­wsze przy­jeżdżał na ro­wer­ku, sie­dział do za­mknięcia i pijał tyl­ko piołunówkę. Za pierw­szym ra­zem nie mie­liśmy tej piołunówki – nikt prze­cież jej nie za­ma­wiał – ale po­tem za­wsze już była i cze­kała. Gość przy­cho­dził, sta­wał w tym sa­mym miej­scu przy ba­rze i sączył swoją piołunówkę, zo­sta­wiając całkiem so­lid­ne pie­niądze.

– A ma­fia do was nie wpa­dała po ha­racz? 2002 rok to jesz­cze cza­sy trochę dzi­kie.

– Strasz­nie się baliśmy, że przyj­dzie do nas ma­fia, ale nig­dy nie przyszła. Może po­mogło nam to, że wcześniej byliśmy w po­li­ty­ce i się oba­wia­li, że komuś na­skarżymy? Zresztą ta na­sza przeszłość trochę się za nami ciągnęła. Kie­dyś, stojąc z Pawłem Ko­wa­lem w bra­mie, podsłucha­liśmy taką roz­mowę: wy­cho­dzi dwóch młodych gości Ga­le­rii i mówią: „Świet­ne miej­sce! Tyl­ko właści­cie­le to po­dob­no jacyś pier…leni kra­wa­cia­rze!”. Ja to jesz­cze się do­sto­so­wałem – nosiłem bojówki, mar­ten­sy i bluzę, na­to­miast Paweł za­wsze cho­dził w twe­edo­wej ma­ry­nar­ce z łata­mi na ręka­wach, ko­szu­li z kołnie­rzy­kiem i dżin­sach, czym zresztą strasz­nie nakręcał całą al­ter­na­tywną klien­telę. To do­pie­ro był off.

BAN­DA, WAN­DA I ZOŚKA

– Dziś pew­nie twe­edo­wy stój właści­cie­la wy­zna­czałby tren­dy klu­bo­we­go hip­ster­stwa.

– Wte­dy też! Pew­ne­go razu za­dzwo­ni­li z cza­so­pi­sma „Ak­ti­vist”. Aku­rat przy­go­to­wy­wa­li taką sondę z py­ta­niem: „Z czym nam się ko­ja­rzy mu­zy­ka PRL-u?”. Była wte­dy moda na di­sco-kicz, więc wszy­scy wy­mie­nia­li na prze­mian Kom­bi albo Bajm. A Paweł po­wie­dział: „Wan­da i Ban­da”. Re­dak­to­rzy osza­le­li. Wan­da i Ban­da! Za­py­tałem więc Ko­wa­la, jak to wymyślił – bo w su­mie z czy­sto pro­mo­cyj­ne­go punk­tu wi­dze­nia to był strzał w dzie­siątkę. Nie dość, że wiel­ki ar­ty­kuł o nas, dar­mo­wa re­kla­ma, to jesz­cze pełna al­ter­na­ty­wa. A on mi na to: „Wiesz, to je­dy­ny zespół, który mi się przy­po­mniał…”.

– Ale po dwóch la­tach w klu­bie chy­ba się już bar­dziej wy­edu­ko­wał?

– Skąd. W ogóle nie miał ta­kich aspi­ra­cji, żeby się edu­ko­wać mu­zycz­nie. Paweł był po pro­stu inny, a inność przy­ciąga. Ja na przykład miałem ta­kie dążenia, żeby po­znać i zro­zu­mieć grających u nas didżei, a on ich lubił ta­kich, ja­ki­mi są. I mówił do wszyst­kich „proszę pana”, co jesz­cze bar­dziej lu­dzi kręciło. Przy­szedł kie­dyś do nas didżej, który się przed­sta­wił jako „DJ Cho­oj”. Paweł za­py­tał: „Jak się mam do pana zwra­cać?”. A ten fa­cet: „No… Ja się na­zy­wam DJ Cho­oj”. I przez całe spo­tka­nie Ko­wal mówił do nie­go „Pa­nie Didżeju Cho­oju”. Wszy­scy, którzy byli przy tej roz­mo­wie, ta­rza­li się ze śmie­chu, a on z całko­wi­tym spo­ko­jem po­wta­rzał swo­je: „Pa­nie Didżeju Cho­oju, czy pan mógłby określić re­per­tu­ar…”. Wyszło na to, że niby ja się bar­dziej z tymi ar­ty­sta­mi kum­plo­wałem, ale to Paweł był po­sta­cią praw­dzi­wie le­gen­darną przez swoją całko­witą nie­prze­ma­kal­ność.

Ga­le­ria OFF, na dru­gim zdjęciu słynny sto­lik sza­chistów

Ar­chi­wum pry­wat­ne Jana Ołda­kow­skie­go

– Kra­wa­cia­rze pro­wadzący miej­sce awan­gar­do­we­go lan­su? Nie prze­szka­dzało to al­ter­na­tyw­nej pu­bli­ce szu­kającej praw­dzi­we­go pun­ka, a nie Wan­dy i Ban­dy?

– Ależ u nas były tłumy! Od­by­wały się ta­kie im­pre­zy, pod­czas których prze­wi­jało się przez cały wieczór pięćset osób. A mie­liśmy rap­tem ja­kieś sto metrów po­wierzch­ni w sali ba­ro­wej plus drugą salę ad­ap­to­waną na par­kiet, w której na co dzień było foy­er Te­atru No­we­go. Sąsiedz­two zo­bo­wiązywało, to i pro­gram kul­tu­ral­ny mie­liśmy bo­ga­ty. Sta­ra­liśmy się, aby co­dzien­nie była jakaś im­pre­za te­ma­tycz­na. W po­nie­działki or­ga­ni­zo­wa­liśmy po­ka­zy slajdów, w środy było reg­gae, w czwart­ki jakiś dub, w so­bo­ty im­pre­zy didżej­skie na żywo. Cza­sem świet­ne po­mysły po­ja­wiały się przez przy­pa­dek. Pew­ne­go dnia pro­wa­dzi­liśmy z Pawłem Ko­wa­lem ze­bra­nie na­szej załogi w spra­wie wpro­wa­dze­nia no­we­go menu. Na­gle za­dzwo­nił te­le­fon. Ode­brał bar­man. Mówi, że dzwo­ni dzien­ni­karz „Ga­ze­ty Stołecz­nej” i pyta, czy u nas będzie można oglądać mun­dial. To był rok 2002, mi­strzo­stwa w Ko­rei i Ja­po­nii, nasi piłka­rze po szes­na­stu la­tach prze­rwy wresz­cie awan­so­wa­li. „Po­wiedz mu, że u nas będą się od­by­wały al­ter­na­tyw­ne mi­strzo­stwa świa­ta” – coś mnie pod­ku­siło, aby tak rzu­cić na od­czep­ne­go. „Ale on chce wie­dzieć coś więcej o tych mi­strzo­stwach!” – bar­man nie­ocze­ki­wa­nie wra­ca. Cóż było robić, da­lej wymyślałem. „Po­wiedz mu, że to będą al­ter­na­tyw­ne mi­strzo­stwa świa­ta. Mi­strzo­stwa gry w zośkę”. A trze­ba tu przy­po­mnieć, że zośka była wte­dy ulu­bioną za­bawą war­szaw­skich śro­do­wisk al­ter­na­tyw­nych, więc pa­so­wała do nas ide­al­nie. Po chwi­li bar­man znów wrócił: „On chce na­pi­sać o tym kon­kur­sie. Pro­si, żeby mu wysłać re­gu­la­min”. Trud­no, co było robić. W go­dzinę wymyśliliśmy jury, na­gro­dy i re­gu­la­min. Dzien­ni­karz o kon­kur­sie na­pi­sał, spon­so­rzy dali na­gro­dy. W dniu finału mie­liśmy wejście na żywo do „Te­le­expres­su”, ma­te­riał w TVP3 i Pa­no­ra­mie, kil­ka ma­te­riałów new­so­wych w ra­diu i ar­ty­kuły pra­so­we. A wszyst­ko zaczęło się od jed­ne­go te­le­fonu dzien­ni­karza, który chciał spraw­dzić, czy mamy duży te­le­wi­zor w klu­bie.

MY TRIP TO WAR­SAW / MOJA PODRÓŻ DO WAR­SZA­WY 19.01.2004

A lot of