Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Muzeum ciszy ebook

Yoko Ogawa

3.01098901098901 (91)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Muzeum ciszy - Yoko Ogawa

 

Młody muzealnik przyjeżdża do prowincjonalnego miasteczka, by na zlecenie pewnej starszej pani utworzyć muzeum. Chodzi o kolekcję pamiątek, które kobieta gromadziła od dzieciństwa: niewiele wartych przedmiotów, które łączy tylko jedno - wszystkie zostały ukradzione właścicielom tuż po ich śmierci, nie zawsze naturalnej. Wśród setek rekwizytów znajdują się między innymi mumia psa, wypchana sowa, sekator zmarłego po upadku z drabiny ogrodnika, krążek domaciczny zamordowanej przed laty prostytutki, czy aluminiowe tubki po farbie, która stała się ostatnim pożywieniem umierającej z głodu malarki. Muzealnik ma nie tylko skatalogować wszystkie pamiątki i spisać ich historie - do jego zadań należy także pozyskiwanie nowych eksponatów. I choć początkowo czuł się nieswojo, coraz bardziej fascynuje go obsesja staruszki. To, co miało być sprzeciwem wobec zapomnienia, stopniowo staje się niebezpiecznym fetyszyzmem. A śmierci, nie zawsze naturalnej, jest w miasteczku coraz więcej...

Przeplatające się w tej historii piękno i przemoc Ogawa opisuje spokojnym, przejrzystym językiem. Między eleganckimi zdaniami pełno jednak niedopowiedzeń i wymownego milczenia.

 

 

Język prosty, chłodny i zdystansowany, a jednocześnie dojrzały. Poruszające obrazy i wizje. Thriller i dzieło filozoficzne w jednym.

www.amazon.de

 

Yoko Ogawa potrafi w subtelny, a zarazem przenikliwy sposób opisać mechanizmy ludzkiej psychiki.

Kenzaburo Oë

 

Intrygująca proza. Rytmiczny wzrost napięcia przypomina najlepsze muzyczne crescendo.

„Elle"

 

Zgłębianie mrocznych namiętności to coś, w czym Ogawa osiągnęła niepokojącą biegłość.

„The New York Times"

 

Opinie o ebooku Muzeum ciszy - Yoko Ogawa

Fragment ebooka Muzeum ciszy - Yoko Ogawa

Wydano z pomocą finansową The Japan Foundation

Tytuł oryginału: 沈黙博物館 (Chinmoku Hakubutsukan)

Copyright © 2000 by Yoko Ogawa

First published in Japan in 2000 by Chikumashobo Ltd.

Polish translation rights arranged with Yoko Ogawa through Japan Foreign-Rights Centre / Graal Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo W.A.B., 2012

Wydanie I

Warszawa 2012

Przekład: Anna Horikoshi

Redaktor serii: Karolina Iwaszkiewicz

Redakcja: Beata Frankowska

Korekta: Katarzyna Pawłowska, Beata Wójcik

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt graficzny serii: Joanna Szachowska-Tarkowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Wolna

Fotografia wykorzystana na I stronie okładki: © Rafał Gawęda

Fotografia autorki: © Masaaki Toyoura

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka

Żółkiewskiego 7a, Piaseczno

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-342-9

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

1

Kiedy przyjechałem do miasteczka, miałem ze sobą tylko jedną torbę podróżną. W środku parę ubrań na zmianę, wytarty piórnik, którego używałem od lat, zestaw przyborów do golenia, mikroskop i dwie książki: Muzealnictwo i Dziennik Anne Frank1. Nic więcej.

W liście od zleceniodawcy napisano, że ktoś wyjdzie po mnie na dworzec, ale ponieważ nikt nie przekazał informacji o tym, jak wyglądam, nie byłem pewny, czy tak łatwo się odnajdziemy. Zszedłem schodami z pomostu łączącego perony i minąłem bramkę biletową. Nikt poza mną nie wysiadł na tej stacji.

– Witam pana. – Z ławki w poczekalni podniosła się dziewczyna. Była znacznie młodsza, niż się spodziewałem. W zasadzie, biorąc pod uwagę jej wiek, powinienem powiedzieć „dziewczynka”. Mimo młodego wyglądu ukłoniła się grzecznie i z dużą ogładą. Natomiast ja zmieszałem się nagle i słowa powitania uleciały mi z głowy.

– To co, jedziemy?

Nie zwróciwszy na moje zachowanie najmniejszej uwagi, zaprowadziła mnie do samochodu, a kiedy wsiedliśmy, wydała kierowcy polecenie:

– Proszę ruszać.

Wiosna dopiero się zaczęła, wiatr był jeszcze bardzo chłodny, a ona miała na sobie tylko lekko rozszerzającą się ku dołowi bawełnianą sukienkę. Nie zarzuciła na ramiona nawet cienkiego sweterka. Niebo było przejrzyste, tylko gdzieniegdzie wiatr przeganiał po nim białe smugi chmur, a na ziemi, w nasłonecznionych zakątkach ogrodów, kwitły krokusy, żonkile i stokrotki.

Ze stacji główną drogą dojechaliśmy do rynku, a kiedy go minęliśmy, roztoczył się przed nami prawdziwie wiejski krajobraz. Po prawej stronie ciągnął się mieszany las, po lewej pole ziemniaków, a za nim pastwiska. W głębi, na wzgórzu rysował się kształt przyświątynnej dzwonnicy. Słońce równomiernie sączyło się na wszystko dookoła, roztapiając resztki zimy ukryte pod zbutwiałą trawą.

– Pięknie tutaj – powiedziałem.

– Cieszę się, że się panu podoba.

Dziewczynka siedziała wyprostowana, z dłońmi opartymi na kolanach i wzrokiem utkwionym przed siebie. Uprzejmie zwracała głowę w moją stronę i spuszczała oczy, kiedy do mnie mówiła.

– W takim miejscu praca na pewno pójdzie gładko.

– Mama też ma taką nadzieję.

Wreszcie zrozumiałem, że to córka mojej pracodawczyni.

Za każdym razem kiedy samochód skręcał, jej włosy przesypywały się na bok i zasłaniały połowę twarzy. Były tak proste i naturalne, jakby nigdy nie widziały nożyczek.

– Mama jest trochę nieprzewidywalna, proszę się nie wystraszyć – powiedziała, jakby zwierzała mi się z tajemnicy.

– Oczywiście, nic się nie martw.

– Z powodu nieporozumień z mamą parę osób przed panem porzuciło tę pracę.

– Twoja mama jest cenioną osobą w naszym środowisku. Na pewno nie zachowam się tak nieodpowiedzialnie.

– No tak. Z CV, które pan nam przysłał, można się tego domyślić.

– Moja praca polega na tym, aby jak najwięcej przedmiotów, które ześlizgnęły się ze stołu świata, pochwycić w locie i ocalić przed rozbiciem, przywracając im ich najgłębszą wartość. Zwykle zleceniodawcy mają silne osobowości; to ludzie, którzy nie liczą się z innymi. Czasami myślę, że gdyby to ich skatalogować, uzyskalibyśmy materiał jeszcze ciekawszy od tego, który się nam powierza. W każdym razie nie wystraszy mnie parę dziwactw twojej mamy. O to się nie martw.

Zdawało mi się, że dziewczynka uśmiechnęła się nieznacznie. Uśmiech zniknął jednak natychmiast pod maską grzecznego, spokojnego wyrazu twarzy.

Nie wiadomo kiedy asfaltowa droga zamieniła się w bitą, wysypaną żwirem, wąską dróżkę. Samochód najwyraźniej wiózł nas na sam kraniec wsi, w jej zachodniej części. Otaczały nas teraz niskie zarośla, przez trawę przemykały co jakiś czas małe zwierzęta – a to wiewiórki, a to łasice. W mojej torbie pobrzękiwały części mikroskopu.

Przejechaliśmy kamiennym mostem ponad niewielkim strumykiem, pokonaliśmy łagodne wzniesienie i przed nami ukazała się wielka kuta żelazna brama. Była otwarta na oścież, toteż samochód, nie zwalniając, wjechał przez nią na teren posiadłości. Wysypana żwirem dróżka wiła się nadal wśród drzew, a ponieważ były to potężne topole, przez które światło słoneczne przebijało się z trudem, na drodze panował półmrok. Czasami jakiś kamyczek odbijał się od opony i z brzękiem uderzał o szybę.

– Jesteśmy prawie na miejscu. To tam.

Dziewczynka wskazała palcem miejsce za szybą. Niespodziewanie rozpostarł się przed nami widok na rozległy, niezarośnięty teren. W głębi ujrzałem wiejski dwór. Przyciśnięty do szyby biały paluszek wyglądał tak niedojrzale, że aż ścisnęło mi się serce.

Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się w bibliotece. Pracodawczyni siedziała na obitej aksamitem sofie ustawionej na środku pokoju. Pierwotnie kolor sofy był prawdopodobnie beżowy, ale pot, ślina, kurz, rozmaite napoje, tłuszcz ze słodyczy – jednym słowem, wszelkiego rodzaju brud – nadały sofie nowy, trudny do określenia, ale w każdym razie żałosny kolor.

Kobieta miała niewiarygodnie drobną budowę ciała. Chuda jak patyk, chodziła zgięta w biodrach niemal pod kątem prostym. Gdybym rozłożył obie dłonie, zakryłbym nimi górną część jej tułowia. Zamiast „drobna budowa ciała” powinienem raczej powiedzieć: „Była przerażająco mała”.

Czy to z powodu wzrostu, czy specyficznych upodobań, ubrana była w sposób, którego nie odważyłbym się ocenić. Na głowie miała wełnianą czapkę, a dalej wydawała się owinięta jakimiś kratkami, prążkami i kwiecistymi wzorkami. Jakby sama była jedną z tych plam na sofie.

Co najbardziej mnie jednak zdziwiło, to jej wiek. Jak na matkę dziewczynki, moja przyszła szefowa wyglądała stanowczo zbyt staro. Sprawiała wrażenie, że ma blisko setki. Każdy skrawek jej ciała przeżarty był starością. Nie mogłem uwierzyć, że ta zasuszona staruszka mogła wydać na świat dziewczynkę.

Przez dłuższą chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Plecy kobiety zatrzęsły się, jak przy kaszlu, lecz z pochylonej głowy nie wydobył się żaden odgłos. Kiedy tak zamarła na chwilę w bezruchu, wydało mi się, że jest jeszcze mniejsza i słabsza.

Może to rodzaj testu – pomyślałem. Może kobieta w ten sposób sprawdza, jak zachowuję się w kompletnej ciszy. A może popełniłem jakąś gafę i od początku była do mnie wrogo nastawiona? Na przykład nie przywiozłem żadnego prezentu albo nie spodobał się jej mój krawat?…

Dużo rzeczy mogło być powodem jej milczenia. Szukając podpowiedzi, spojrzałem na dziewczynkę, siedzącą w pobliżu wykuszowego okna. Ale ona nie odpowiedziała mi uśmiechem, tylko z uporem prostowała wciąż tę samą zmarszczkę na sukience.

Służąca przyniosła herbatę. Brzęk filiżanek i spodków na chwilę rozluźnił atmosferę, ale wkrótce znów zapadła cisza.

Sufit w bibliotece znajdował się wysoko, toteż w pomieszczeniu było dość chłodno. Mimo że na zewnątrz było tak ładnie, grube zasłony w oknach nie przepuszczały słonecznego światła, a kurz na abażurach sprawiał, że i światło lamp nie rozpraszało dostatecznie mroku. Północną ścianę niemal w całości zajmował regał z pokaźnym zbiorem książek. W powietrzu unosił się specyficzny zapach papieru wymieszany z wonią skóry.

Rozglądałem się nieco po drodze do biblioteki i odniosłem wrażenie, że w pałacu mogło znajdować się wiele cennych przedmiotów. Oczywiście bez głębszej ekspertyzy nie umiałbym niczego powiedzieć na pewno, ale kilka obrazów i rzeźb spośród tych, które minąłem w hallu, na schodach i na korytarzu, zdecydowanie przyciągało uwagę, a w bibliotece oprócz zbioru książek zauważyłem zegar stołowy, wazę, lampy i wyroby ze szkła, które również wyglądały na unikatowe.

Największym problemem mógł się okazać nie najlepszy stan przedmiotów i fakt, że cenne rzeczy przemieszane były, bez żadnej logiki, ze zwykłymi rupieciami. Na przykład obok srebrnego świecznika w kształcie rogów jelenia położono popielniczkę, która wyglądała jak podwędzona z taniej restauracji. To wszystko trzeba by przebrać, opisać i naprawić, a to już wymagało dużo wysiłku. W porównaniu z poprzednimi projektami tym razem niewątpliwie czekała mnie wyjątkowo żmudna praca.

– Myślę, że powstanie tu dobre muzeum – nie wytrzymałem i odezwałem się pierwszy. – W kategorii prywatnych kolekcji ma szansę być jednym z lepszych. Biorąc pod uwagę nie tylko zbiory sztuki i rzemiosła, lecz także meble, park i sam pałac, to naprawdę może być nietuzinkowy obiekt.

– Co pan powiedział?!

Nawet nie zjadliwy ton, ale siła jej głosu sprawiła, że na chwilę oniemiałem. Czy to możliwe, by z tego wątłego ciała wydobył się głos tak donośny?

– Oczywiście wszystko zależy od pani. Chciałem tylko powiedzieć, że mamy mnóstwo możliwości. Możemy urządzić niewielką wystawę opatrzoną pani nazwiskiem w urzędzie powiatowym lub na tym ogromnym terenie wybudować nowoczesne muzeum. Jest wiele różnych rozwiązań…

– Pytam, co pan przed chwilą powiedział!

– Co powiedziałem? Hm… nie pamiętam dokładnie. Co ja takiego powiedziałem? W każdym razie mówiłem o muzeum…

– Dość, dość! Tracę przy panu cierpliwość! Nie pamięta pan, co powiedział kilka sekund wcześniej? Cóż to za słaba pamięć! I z taką pamięcią jest pan muzealnikiem? Nie do wiary. Maruderów nie znoszę najbardziej. Takich, którzy się ciągle guzdrają. Przy mnie musi pan pracować szybko i dokładnie. Nie mam już wiele czasu. To chyba widać?

Grad słów, wyskakujących jedno po drugim z wnętrza zapadniętych policzków, zasypywał pokój. Palce, ramiona i rzepki kolan staruchy wydawały się rezonować, drżąc przy każdym słowie.

– Czy ja prosiłam kogoś o to, żeby te stare graty pokazywać w jakimś muzeum? Nie przypominam sobie! Niech pan zachowa swoje opinie dla siebie. Komu sprawi przyjemność patrzenie na rzeczy, które kupili moi przodkowie, bo nie mieli co zrobić z pieniędzmi? Nikomu. „Ach, jakie to unikatowe! Ach, jaki zbytek!” – będą wzdychać i smarować szyby gablot brudnymi paluchami. I to wszystko.

Starucha kuliła się coraz bardziej. Garbiąc się, pochylała głowę, toteż patrzyła teraz na mnie spode łba. Miała wklęśnięte policzki, rzadkie brwi, a na niskim czole widocznym pod czapką zauważyłem jakiś ropiejący wrzód.

Zmarszczki dominowały w jej fizjonomii. I oczy, i dziurki nosa, i wargi, wszystko ginęło w ich gęstej sieci. Były tak głębokie, że skóra tworzyła fałdki, które pokrywały równomiernie całą twarz. Przypominało mi to skórę morsa – jeden z eksponatów w muzeum przyrody, gdzie swego czasu miałem okazję pracować.

– W całym tym domu nie ma ani jednej rzeczy, którą kupiłam z własnej woli, wkładając w to nieco trudu. Wszystko kupili moi przodkowie i nie pytali mnie o zdanie. Dlaczego mam się teraz martwić, co z tym wszystkim zrobić? Dziękuję bardzo! Nigdy nie robię czegoś, co może za mnie zrobić ktoś inny. To moja żelazna zasada. A teraz proszę mi powiedzieć dwie rzeczy, którymi pan kieruje się w życiu.

Rozpiąłem jeden guzik w garniturze, skupiłem wzrok na stygnącej herbacie, żeby uspokoić nerwy, i zacząłem mówić:

– Pracować efektywnie i robić rzeczy, których inni nie chcą zrobić.

Nie wiem, czy spodobała jej się moja odpowiedź, czy nie, bo starucha w odpowiedzi tylko fuknęła nosem.

– To, czego ja chcę dokonać, wam, młodym, nawet nie przychodzi do głowy. Tak wspaniałego muzeum nie ma nigdzie na świecie, a jest bardzo potrzebne. Jeśli raz zacznie działać, musi się stale powiększać i nie ma odwrotu. Moje muzeum to wieczna służba – w tym sensie budzi współczucie. Jeśli na widok wciąż przybywających eksponatów wystraszy się pan i ucieknie, one, słabe z natury, umrą po raz drugi. Teraz, zapomniane przez wszystkich, usychają w ustronnych miejscach. Porzucić tę pracę, to jakby je odgrzebać, wystawić na widok publiczny, gdzie będą pokazywane palcami, a kiedy już zaczną tracić cierpliwość, wyrzucić jeszcze raz na śmietnik. Nie wydaje się to panu zbyt okrutne? Dlatego nie wolno panu porzucić tej pracy w pół drogi. Rozumie pan? To ma być pańska trzecia święta reguła.

Umilkła tak samo nagle, jak zaczęła mówić, i znów otoczyła nas cisza. Kiedy zamknęła usta, z powrotem przeistoczyła się w małą, słabą staruszkę. Spuściła oczy, a energia, która przed chwilą tryskała z niej wraz ze śliną, niespodziewanie utonęła w milczeniu.

Nie miałem pojęcia, jak dostosować się do tych nagłych przemian. Gdyby chociaż dziewczynka jakimś mrugnięciem oka dała mi do zrozumienia, że mnie wspiera… czułbym się znacznie lepiej. Ale ona wciąż tylko chowała się w kącie pokoju.

Poprzez zasłony dostrzegłem, że słońce chyli się ku zachodowi. Wiatr musiał przybrać na sile, bo słychać było szum drzew w oddali. Chłód, który bił od podłogi, zdawał się potęgować ciszę.

– Proszę podać mi definicję muzeum. Taką, jakiej się pan nauczył.

Staruszce chyba zaczęła wypadać sztuczna szczęka, bo ślina trysnęła z jeszcze większą siłą.

– Oczywiście.

Zrozumiawszy, że moje wysiłki, aby pokazać się jako człowiek uprzejmy i miły w obyciu, spełzają na niczym, postanowiłem nie przejmować się i mówić, co mi przyjdzie do głowy.

– Muzeum to niekomercyjna, trwała instytucja publiczna, która służy społeczeństwu i jego rozwojowi, prowadzi różnorodne badania nad materialnymi dowodami działalności człowieka oraz nad jego środowiskiem, ponadto zbiera i przechowuje owe materiały, ogłaszając wyniki swoich badań, a także wystawia swoje zbiory w celach naukowych, edukacyjnych i rekreacyjnych.

– Ależ pan nudzi! Nauczył się pan na pamięć fragmentu przemówienia na międzynarodową konferencję?

Kobieta chrząknęła, kichnęła i poprawiła sztuczną szczękę.

– Powiem panu. Taką ograniczoną definicję dawno należało wyrzucić do kosza. W młodości obejrzałam wszystkie muzea świata. Od tych wielkich, narodowych, które trzeba zwiedzać trzy doby, po te najmniejsze, jak muzeum narzędzi rolniczych, urządzone w szopie przez jakiegoś dziwaka. Wszystkie i wszędzie. Ale nie zadowoliło mnie żadne. Toż to zwykłe składy niepotrzebnych rzeczy! Ani śladu pasji, by ofiarować coś bogom mądrości. Moim celem jest muzeum, które przekracza granice ludzkiego istnienia. Gdzie nawet pozbawiona charakteru, gnijąca na śmietniku obierzyna odkrywa cud życia, gdzie tajemnice tego świata… Ale pan tego nie zrozumie. Szkoda mojego gardła. Dla pana muzeum to przecież „niekomercyjna, trwała instytucja publiczna”. Jaki to dzień dzisiaj mamy? Trzydziesty marca? Toż to Dzień Ubijania Zająca! Zapomniałam, co sama robiłam. Dzisiaj trzeba zjeść całą nogę tego zwierzęcia. A tu słońce zachodzi. Muszę już iść.

Staruszka chwyciła laskę i podniosła się z sofy. Kiedy spróbowałem jej pomóc, machnęła laską, żeby mnie odpędzić, po czym kuśtykając, wyszła z biblioteki. Za nią wyszła dziewczynka. Patrzyłem w milczeniu na ich plecy, kiedy wychodziły. Na sofie, w miejscu, gdzie przed chwilą siedziała staruszka, pozostało niewielkie wgłębienie.

Tamtej nocy przydzielono mi skromne mieszkanie w domu po drugiej stronie parku za pałacem. Był to dwurodzinny bliźniak. Sąsiednie mieszkanie zajmował ogrodnik z żoną. Był to ten sam mężczyzna, który przywiózł nas z dworca, a jego żona okazała się służącą, która przyniosła herbatę do biblioteki.

Kiedy spotkaliśmy się na ganku, ogrodnik przywitał się ze mną ciepło.

– Pan nowy?

– Tak, ale chyba mnie nie zatrudnią. Rozmowa poszła mi okropnie.

– To jeszcze nie wiadomo.

– Nie spodobałem się.

– Byłoby dziwne, gdyby się pan spodobał. Nie ma się co przejmować. Lepiej niech pan szybko idzie spać i odpocznie po długiej podróży.

Ogrodnik miał ciało umięśnione w sposób charakterystyczny dla ludzi pracujących fizycznie na świeżym powietrzu. Podwinięte rękawy ukazywały opalone ręce. Posiadłość była za wielka, córka za młoda, matka za stara – nic nie pasowało. W świecie, który nie układał się w żadną całość, jego zdrowie i delikatnie okazywana serdeczność przyniosły mi otuchę.

Kiedy zaszło słońce, szyby w oknach natychmiast pokryły się ciemnością. Zamrugałem, usiłując dostrzec jakieś jaśniejsze miejsce lub światełko, ale nadaremnie. Czarna bryła pałacu, przesłonięta drzewami, tonęła na dnie nocy.

Zjadłem kolację, którą przyniosła służąca, i później nic już nie miałem do roboty. Na parterze znajdowały się kuchnia i salon, a na piętrze sypialnia i łazienka. Meble i pozostałe przedmioty były funkcjonalne i dobrej jakości. Na pewno pasowały do siebie lepiej niż te w głównym budynku. Starałem się jednak nie dotykać rzeczy, których nie potrzebowałem, sądząc, że następnego dnia i tak prawdopodobnie wyjadę.

Torbę podróżną postawiłem obok łóżka, nawet jej nie otworzywszy. Nie chciało mi się suszyć podłogi w łazience2, więc tylko przetarłem ciało mokrym ręcznikiem i wypłukałem usta. Na stoliku przy łóżku leżała świeżo wyprasowana piżama. Kusiło mnie, żeby ją włożyć, ale w końcu, chcąc oszczędzić trudu służącej, położyłem się do łóżka w samych slipkach.

Tylko jedną rzecz wyjąłem z torby – Dziennik Anne Frank. Od lat miałem zwyczaj czytać fragment tej książki przed zaśnięciem. Nieważne który ani jak długi. Po prostu otwierałem książkę w dowolnym miejscu i czytałem na głos. Jedną stronę, dwie, a czasami jeden dzień.

Nie umiem sobie przypomnieć, dlaczego zacząłem to robić. Książka była pamiątką po matce. Matka zmarła, kiedy miałem osiemnaście lat.

Nigdy nie spotkałem kogoś takiego osobiście, ale na świecie jest przecież wielu ludzi, którzy czytają Biblię przed zaśnięciem. To chyba działa na podobnej zasadzie – myślałem za każdym razem, kiedy w szufladzie przy łóżku w jakimś hotelu znajdowałem Biblię. Oczywiście matka to nie Bóg, ale taka rozmowa z kimś dalekim, niewidocznym dla oczu zapewne przynosi sercu spokój, zanim świadomość opuści ciało.

I okładka, i papier wewnątrz książki pożółkły, rogi kartek się postrzępiły, tasiemkowa zakładka rozplotła, a niektóre nitki w grzbiecie pękły, przez co część kartek ledwo się trzymała. Dlatego musiałem bardzo uważać. Kiedy chciałem czytać, obejmowałem książkę delikatnie obiema dłońmi i otwierałem jednym zgrabnym ruchem.

Na okładce z tyłu został podpis matki. Oczywiście nie miała pojęcia, że książka stanie się ważną pamiątką dla syna, więc podpisała się zwyczajnie, zapewne tylko po to, by odróżnić własne książki od cudzych.

Przez lata atrament wyblakł. Z roku na rok podpis był coraz mniej widoczny. Bałem się, że kiedyś zniknie zupełnie. Nie dość, że moje wspomnienia stawały się coraz mniej wyraźne, to jeszcze ten podpis znikał. Bolało mnie to nawet bardziej. Chyba czułbym się podobnie, gdyby ktoś pociął książkę i wrzucił ją w ogień. Książkę, która nosiła ślady moich palców i palców matki.

Przypomniałem sobie nagle słowa, którymi posłużyła się starucha: „umrzeć dwa razy”. „Muzeum to wieczna służba, w tym sensie budzi współczucie”. Potrząsnąłem jednak szybko głową, żeby uwolnić się od jej głosu.

Otworzyłem dziennik na siedemnastym lutego 1944 roku. Paragraf, w którym Anna czyta swoje opowiadanie pani van Daan i Peterowi. To ważne miejsce, bo wtedy kiełkuje miłość Anny do Petera. Podoba mi się. „Powiedziałam mu, że chciałam tylko pokazać, że zapisuję nie tylko śmieszne rzeczy” – to zdanie podkreślone było falującą linią, która też była już bardzo słaba. Zdawało się, że zniknie, jeśli na nią dmuchnę.

Dlatego nie czytałem tego fragmentu pełnym głosem. Raczej mamrotałem słowa po cichu, do wnętrza własnych uszu. Czułem, jak słowa Anny nasiąkają ciemnością, niczym wieczorną rosą. Spokój i świeże powietrze w mojej sypialni bardzo sprzyjały czytaniu na głos. Chyba zasnę tu szybko, mimo że to nowe miejsce – pomyślałem.

Kiedy obudziłem się następnego ranka, od razu rozpocząłem przygotowania do powrotu. „Przygotowania” to zbyt wielkie słowo, po prostu umyłem twarz, włożyłem to samo ubranie co poprzedniego dnia i schowałem Dziennik Anne Frank do torby.

Poranne słońce świeciło ostro, osuszając mgiełkę, która napływała od strony lasu. Zapowiadał się kolejny piękny dzień. Poprzedniego wieczoru tego nie zauważyłem, ale ta część parku, do której przylegał dom, musiała kiedyś być wybiegiem dla koni. Pośrodku znajdowała się studnia z wodopojem, a po przeciwnej stronie – wspaniała murowana stajnia. Na wschód od stajni, w ogrodzie, kołysały się skąpane w słońcu różnokolorowe kwiaty.

Pościeliłem łóżko i rozejrzałem się jeszcze raz po sypialni, sprawdzając, czy czegoś nie zapomniałem. Trochę martwiło mnie to, że nie wiedziałem, o której mam pociąg. Sądząc po wielkości stacji, pociągi pospieszne zatrzymywały się tu pewnie raz, co najwyżej dwa razy na dzień.

Zapytam ogrodnika, on powinien wiedzieć – pomyślałem i wstałem z krzesła. Wtedy usłyszałem, że ktoś otwiera drzwi na dole.

– Dzień dobry! Jeszcze pan śpi?

Był to głos dziewczynki.

Ujrzawszy mnie z torbą w ręce, zrobiła podejrzliwą minę.

– Co się stało?

– Chciałem się pożegnać przed wyjazdem, ale jeszcze wcześnie, więc siedzę i czekam.

– Czemu chce pan wyjechać?

– Domyślam się, że nie przeszedłem rozmowy pomyślnie. Twoja matka tak się na mnie rozgniewała…

– Ona się nie rozgniewała. Ona tak zawsze, kiedy spotyka kogoś po raz pierwszy. W ten sposób wyraża zakłopotanie. Mówiłam panu, że jest dziwna. Proszę się nie przejmować. Został pan przyjęty. Zrobi pan tutaj muzeum. W każdym razie nie musi pan nigdzie wracać.

Mówiła, rozczesując włosy palcami. Miała zaczerwienione policzki i mokre od rosy łydki. Chyba biegła. Nie wiedziałem, czy się cieszyć, czy martwić wiadomością, że zostałem przyjęty. Tak czy inaczej podziękowałem dziewczynce w dość nieporadny sposób.

– No, to od dzisiaj zaczyna pan pracować. Najpierw obejrzy pan miasteczko. Oprowadzę pana. Samochód czeka przed domem. Mam nadzieję, że może pan zaraz jechać? Proszę sobie przypomnieć pierwszą zasadę matki. Nigdy nie wolno się ociągać.

2

Ogrodnik zawiózł nas do rynku i odjechał tą samą drogą.

– Wszędzie można dojść na piechotę. To mała wioska – powiedziała dziewczynka.

Z powodu wczesnej pory sklepy wokół rynku były jeszcze zamknięte, ale kręciło się tu wielu ludzi: a to udających się do pracy, a to wyprowadzających psy na spacer. Pośrodku placu znajdowała się fontanna. Woda lała się z paszczy dwóch lwów, a przy nich odpoczywało kilka gołębi.

Z rynku odchodziło pięć ulic: jedna, główna droga prowadziła na stację, druga była zadaszonym pasażem handlowym, a pozostałe trzy były tak wąskie, że samochody z trudem mogły się na nich wyminąć. Obeszliśmy wszystkie ulice bez wyjątku. Być może dziewczynka przygotowała sobie wcześniej plan wycieczki, bo nie zastanawiała się, jaki obrać kierunek, kiedy znów wychodziliśmy na któryś z czterech rogów rynku. Po powrocie do domu sprawdziłem na mapie, gdzie byłem. Gdy zaznaczyłem kredką trasę, którą przeszliśmy, okazało się, że od miejsca startu w rynku aż do końca linia ta nigdzie nie była podwójna.

W czasie tego „zwiedzania” moja przewodniczka nie wdawała się w szczegóły historyczne. Przeważnie milczeliśmy, koncentrując się raczej na marszu niż rozmowie. Dziewczynka znów ubrana była bardzo lekko, w cienką bluzkę z okrągłym kołnierzykiem. Na nogach miała czerwone sandały na podeszwie z korka, które skrzypiały rytmicznie, gdy szła z zadartym podbródkiem i falującymi włosami.

Po jakimś czasie zaczęło mnie niepokoić, czy takie zwykłe chodzenie to rzeczywiście wszystko, czego ode mnie oczekiwano.

– Proszę, powiedz mi, jeśli powinienem coś robić – odezwałem się. – Może powinienem notować albo robić zdjęcia?

– Nie. Proszę się nie przejmować. Zamieszka pan tutaj na trochę dłużej, więc musi pan wiedzieć, gdzie jest sklep mięsny albo dentysta. Jeśli coś pana zainteresuje, to proszę powiedzieć. Zatrzymamy się.

– Jednego chciałbym się dowiedzieć. O jakie muzeum chodzi twojej mamie.

– Ona musi to panu wytłumaczyć osobiście.

Czubkami palców stopy kopała lekko korzeń przydrożnego drzewa, obie dłonie wsadziła do kieszeni spódnicy.

– To co? Idziemy dalej?

Miasteczko nie miało jakiegoś szczególnego charakteru. Była tu sala koncertowa, przychodnia, targ, cmentarz połączony z parkiem, szkoła i publiczna łaźnia. Nie brakowało niczego i wszystko znajdowało się na swoim miejscu – przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Odludne, podrzędne ulice były zadbane, a okna domów zdobiły kwiaty. Czasami jakiś znajomy kłaniał się dziewczynce.

Jak dowiedziałem się później z mapy, miasteczko znajdowało się w niecce, którą z trzech stron otaczały góry. U ich podnóża było kilka jezior, a ze wschodu na zachód płynęła rzeka. Kształtem przypominało liść klonu, którego środek stanowił dworzec kolejowy.

Teren był nierówny, ciągle albo wchodziliśmy na jakieś wzniesienie albo z jakiegoś schodziliśmy, ale z każdego prawie miejsca widzieliśmy góry. Im wyżej zawędrowało słońce, tym mocniejszy stawał się wiatr, który wiał od strony gór.

– Tu jest ogród botaniczny. W głębi znajduje się laboratorium, gdzie naukowcy badają różne zioła. Prowadzą też aptekę. Kupuję tutaj lekarstwa na podagrę mamy.

– To pomnik uczonego wynalazcy, który urodził się w miasteczku. Wyhodował nową odmianę ziemniaka. Jego ziemniaki mają cienką skórkę, ale nie rozlatują się przy gotowaniu. Niestety znaki w nazwisku trochę się zatarły i nie można odczytać całości.

Od czasu do czasu dziewczynka zatrzymywała się i ze spuszczoną głową, jakby się wstydziła, udzielała tych prostych wyjaśnień. Mówiła jak osoba dorosła, ale różne drobne gesty zdradzały jej dziecinność. Ten dysonans był widoczny w całej jej postaci i we wszystkim, co robiła. Z jednej strony profesjonalnie pokazywała mi miasteczko, z drugiej – paliła się ze wstydu, gdy spojrzała mi w oczy. Miała długie, zgrabne nogi, ale obute w sandały z wielkim czerwonym kwiatkiem dla ozdoby.

O tym, że bez wątpienia jest jeszcze dzieckiem, przekonałem się, kiedy pokazywała mi dziwne otwory w płocie za magistratem. Wszystkie były tej samej wielkości, w kształcie wąskiej, podłużnej litery S. Umieszczono je w równych odstępach w połowie wysokości ogrodzenia.

– Dawno, dawno temu za pomocą tych dziur decydowano, czy ktoś ma płacić podatki, czy nie. Zdarza się, że ktoś przestaje rosnąć w młodym wieku, sądzono jednak, że chrząstka w uchu rośnie równomiernie. Dlatego ten, kto zdołał przecisnąć ucho przez otwór, usłyszał i rozpoznał dźwięk za płotem, nie musiał jeszcze płacić podatków. Wszyscy młodzi ludzie zbierali się tutaj trzydziestego września i przechodzili test ucha. Urzędnicy stali za płotem, sprawdzali, czy ucho wystaje z drugiej strony, i albo dzwonili dzwoneczkiem, albo dmuchali w piszczałkę z trzciny, albo brzdąkali na strunach małej harfy. Pokażę panu.

Dziewczynka zbliżyła się do płotu, chwyciła palcami ucho i jednym ruchem wsunęła je do otworu.

– O tak.

Jej lewe ucho znikło w dziurze, jakby zostało wciągnięte do środka. Skóra wokół małżowiny nie była ani naciągnięta, ani zgnieciona. Zdawało się, że otwór zrobiono specjalnie na miarę ucha dziewczynki.

Spróbowałem zrobić to samo, ale w ogóle mi nie wychodziło. Szczelina miała tylko kilka milimetrów szerokości, toteż jeśli na siłę próbowało się wcisnąć w nią ucho, łamało się ono i bolało.

– Niektórzy przycinali chrząstkę, żeby ucho przestało rosnąć. Podobno wielu znachorów przeprowadzało operacje zmniejszania ucha.

Dziewczynka zachichotała, widząc, jak się męczę, żeby wepchnąć ucho w szczelinę.

Najruchliwszym miejscem w miasteczku był targ. Przeróżne artykuły, głównie spożywcze, były estetycznie poukładane na stołach, a klienci mieli pełne siatki zakupów. Obeszliśmy stoiska z pieczywem, warzywami, mięsem i rybami. Dziewczynka przedstawiała mnie po drodze właścicielom stoisk.

– To jest pan kustosz, który będzie u nas pracował.

Wszyscy witali mnie przyjaznym gestem dłoni, a parę osób dało mi jabłko ze swojego stoiska.

Nie była to miejscowość licznie odwiedzana przez turystów, ale zauważyłem kilka sklepików z pamiątkami. Przyglądając się widokówkom, lalkom i albumom ze zdjęciami gór, zwróciłem uwagę na małe owalne przedmioty w rozmaite wzorki. Niektóre stały na delikatnych podstawkach, inne powieszono na wstążkach koło okna.

– To jajka. Wydmuszki. Jedyny rodzaj ludowego rzemiosła, jaki przetrwał tu do dzisiaj. W środku są puste, skorupkę najpierw utwardza się specjalną farbą, a potem zdobi.

Dziewczynka zbliżyła twarz do szyby. W głębi sklepu znajdowała się pracownia. Przy stole siedział rzemieślnik. Wokół niego pełno było białego proszku, pewnie ze skorupek. Ozdoby miały najróżniejszy kształt i przeznaczenie – od inkrustowanych szlachetnymi kamieniami po dzwoneczki na stół i miniaturowe cukierniczki. Były też takie, których wzór, wygrawerowany na powierzchni jajka, widać było dopiero w świetle lampy.

– Pewnego razu podczas długiej suszy kury przestały się nieść. Nastąpiło jednak zaćmienie słońca i wtedy wszystkie kury złożyły złote jajka. Zdumieni wieśniacy ozdobili skorupkami okna i w ten sposób przebłagali bogów – wreszcie spadł deszcz. Ale teraz jest na odwrót. Jesienią ciągle pada. I żadne prośby do bogów nie pomagają.

Postanowiłem, korzystając z pomocy dziewczynki, kupić jedną z ozdób.

– O, ta jest dobra.

Długo się zastanawiała, biorąc każdą pisankę do ręki, aż w końcu poleciła mi jednobarwną, z wygrawerowanym na powierzchni skorupki aniołkiem o zamkniętych oczach.

Im dalej od centrum, tym okolica stawała się bardziej odludna i monotonna. Domy z ogródkami przed wejściem i coraz więcej kotów. Częściej też mijały nas ciężarówki z warzywami, nawozem albo sianem.

Cały czas po swojej lewej stronie wyczuwałem obecność dziewczynki, czy to w postaci wilgotnego oddechu czy ruchu falującej na wietrze spódniczki. Kilka razy próbowałem spojrzeć na nią ukradkiem. Widziałem wówczas gładziutkie łydki i sandały.

Kiedy doszliśmy do północno-wschodniego krańca tego klonowego liścia, przed nami ukazał się Park Leśny. Minęło nas kilka par na rowerach, widziałem też ludzi, którzy malowali obrazy, na sztalugach rozstawionych w trawie, ale poza tym panowała tu cisza, którą przerywał tylko łopot skrzydeł jakichś małych ptaków. Szliśmy spacerową dróżką w głąb lasku. Po jakimś czasie wyszliśmy na otwarty teren i stanęliśmy przed okrągłą budowlą. A jednak. W miejscowości nie zabrakło i tego – stadionu do gry w baseball.

Był stary i niewyszukany, boki boiska nie miały nawet dziewięćdziesięciu metrów. Mur otaczający obiekt popękał, a białe linie cyfr w tabeli na wyniki gdzieniegdzie zanikły i w zasadzie żadna z dziewięciu cyfr nie była kompletna. Kupiliśmy hot dogi, napoje i frytki, które sprzedawano z jedynego zaparkowanego tam samochodu dostawczego, i usiadłszy na trybunie w pobliżu pierwszej bazy, zjedliśmy je w ramach lunchu.

– Nie idę za szybko? Przed nami jeszcze godzina marszu i w zasadzie obejdziemy miasteczko dookoła – powiedziała, oblizując palce z keczupu.

– Nie, nie idziesz za szybko, daję radę – odparłem.

Trybuny, tak przy polu wewnętrznym, jak i przy zewnętrznym, składały się z paru rzędów betonowych ławek. Oprócz zadaszonego miejsca pod siatką nigdzie nie było cienia, boisko i trybuny skąpane były w słońcu. Nawet niewielki stadion, jeśli jest się na nim tylko we dwoje, daje poczucie wolności i w pogodny dzień świetnie nadaje się do jedzenia lunchu.

W przeciwieństwie do zaniedbanych starych trybun samo boisko było świetnie utrzymane. Soczystozielona równo przystrzyżona trawa, nieskazitelnie białe bazy – miało się wrażenie, że za chwilę śmignie gdzieś piłka.

– Kto tutaj gra? – zapytałem.

– Różnie. Czasem dzieci. A czasem rozgrywane są mecze w rodzaju „Księgowi kontra Hodowcy kur”. Miejscowi bardzo lubią baseball.

Kiedy dziewczynka przełknęła ostatni kęs hot doga, wypiła połowę butelki wody gazowanej na raz i sięgnęła po frytki.

Tuż za ogrodzeniem zaczynał się las. Gdyby piłkę wybito poza boisko, na pewno by się już nie znalazła. Za lasem na tle błękitnego nieba rysowały się nieco zamglone góry. Cały czas wiał silny wiatr. Wpadał na stadion, po czym skręcał w bok, po łuku trybuny. Musieliśmy przytrzymywać papier, którym owinięte były nasze hot dogi.

– Może chcesz moje? – spytałem.

Dziewczynka bez skrępowania przyjęła frytki, dziękując cicho.

– A co z twoją szkołą?

– Przerwałam naukę. Mama chciała, żebym była blisko. Ale uczę się korespondencyjnie.

– Boję się, że nie sprostam zadaniu, jakie ma dla mnie twoja mama.

– Nie powinien się pan tym przejmować. Jak już pan zauważył, ona nie jest łatwa w obyciu, ale jeśli nauczy się pan, jak z nią postępować, praca pójdzie gładko.

– To jak trzeba z nią postępować?

– Nie umiem tego wytłumaczyć. Ja jestem jej córką, więc to przychodzi mi samo, a pan musi się nauczyć.

– Przepraszam, jeśli zaboli cię to pytanie, ale czy ona jest naprawdę twoją matką? Nie babcią?

– Oczywiście, że nie jest moją biologiczną matką. Była już taka stara, kiedy mnie adoptowała. Nikomu chyba nie przyjdzie na myśl, że jestem jej rodzoną córką! Dlatego to pytanie nie boli mnie ani nie obraża. Proszę się nie martwić. W każdym razie przeszedł pan chrzest: wysłuchał jej pan do końca i nie okazał zakłopotania. To wystarczy. Dlatego został pan przyjęty.

– Chyba nie było wielu chętnych?

– Ależ oczywiście byli! Mnóstwo. I nie był pan jedynym, który do nas przyjechał.

Drzewa w lesie rosły tak gęsto, że mimo wiatru nie szumiały.

Piasek na polu wewnętrznym był dobrze nawilżony i wydawał się miękki. Widać było nawet ślady zamiatania. Przyjemnie biegłoby się po takim piasku! – pomyślałem.

– Jedno chcę tylko powiedzieć – kontynuowała dziewczynka, zaglądając do torebki z frytkami. – Mama nie jest zła. Nie jest łagodna ani nie jest miła, ale na pewno nie jest zła. Ona zawsze patrzy daleko przed siebie. Nagle otwiera oczy i kłapiąc sztuczną szczęką, przygląda się czemuś daleko, tam gdzie nie sięga wzrok. Nie zwraca uwagi na własne stare ciało ani, tym bardziej, na odczucia innych. Ech… Lepiej niech pan opowie o muzeach, które stworzył pan do tej pory.

Włożyła ostatnią frytkę do ust i nie odrywając od nich kciuka i palca wskazującego, zamrugała powiekami. Do jej spoconej szyi przylgnął kosmyk włosów. Zaniepokoiłem się nagle losem wydmuszki, którą kupiłem, i ostrożnie wsadziłem dłoń do kieszeni spodni.

Na deser zjedliśmy jabłka, które dostaliśmy na targu. Opowiedziałem dziewczynce parę epizodów ze swojej kariery muzealnika. O tym, jak zapadłem na chorobę endemiczną podczas pozyskiwania materiałów w terenie; o tym, jak próbowałem zmieścić wszystkie kości wieloryba błękitnego w jednym pokoju; o lampie, której światło nie szkodzi zbiorom; o tym, jak ponad rok w muzealnym magazynie mieszkał bezdomny; o nowych technikach wystawienniczych i o tym, jak zakochałem się w koleżance specjalizującej się w naprawie przedmiotów z metalu.

Dziewczynka słuchała z przejęciem, zadawała dodatkowe pytania, kiwała głową i śmiała się co chwila. Chyba nikomu do tej pory nie sprawiłem tyle radości swoim opowiadaniem. Zwykle ludzie, słysząc słowo „muzeum”, widzą mroczne i sztywne miejsce i niczego więcej nawet nie próbują sobie wyobrazić. Dla niej natomiast muzeum było jakimś tajemniczym rajem w odległym kraju. Była zafascynowana. Ogryzek w jej ręce robił się coraz cieńszy, ale wciąż nie chciała go wyrzucić.

Przeszliśmy popołudniową część trasy i wróciliśmy na rynek nieco przed trzecią. Było tam trochę więcej ludzi niż rano, ale raczej trudno byłoby powiedzieć, że miejsce to tętni życiem. Jedni po prostu siedzieli na ławkach i wystawiali twarze do słońca, inni popijali herbatę w kawiarnianych ogródkach i prowadzili ciche rozmowy.

Przy fontannie stał człowiek, który wyróżniał się na tle pozostałych. Miał na sobie białe futro, był rozczochrany i bosy. Z początku pomyślałem, że to żebrak, ale nigdzie w pobliżu nie było puszki, a w oczach ludzi, którzy go mijali, zamiast politowania widziałem coś w rodzaju szacunku.

– To nauczyciel ciszy – wyjaśniła mi szeptem dziewczynka. – Zszedł z gór, bo zrobiła się wiosna.

– A któż to taki?

– Bardzo rzadko można ich spotkać. Ja widzę go po raz drugi albo trzeci w życiu.

Mężczyzna był chudy i wysoki, nieco przygarbiony. Miał około trzydziestki, czyli był w moim wieku. Futro – a raczej kawał skóry, w kształcie prostokąta z otworem na głowę – wisiało luźno na jego ramionach. Mężczyzna używał go chyba od lat, bo miejscami było podarte, a miejscami wyliniałe i przybrudzone.

– Reguła klasztorna nakazuje im milczenie. Nie mogą nic powiedzieć przez całe życie. Dążą do tego, żeby umrzeć w absolutnej ciszy. To bardzo ciężka reguła. Wiem od mamy, że mają klasztor w górach na północnym krańcu wsi. Żyją tam we wspólnocie. Ale niewielu ludzi widziało to na własne oczy. Od czasu do czasu schodzą do miasteczka, by nauczać ciszy.

Mężczyzna stał nieruchomo ze splecionymi przed sobą dłońmi i wzrokiem utkwionym w ziemi. Woda z fontanny pryskała na jego stopy, a popękane pięty były czerwone z zimna. Wyglądał trochę tak, jakby przeczekiwał atak jakiegoś nieznośnego bólu albo jakby próbował odczytać niewidoczny dla innych znak. W każdym razie powietrze wokół niego przesycone było gęstą ciszą. Ludzie bardziej niż na niego samego, zdawali się zwracać uwagę na otaczającą go aurę.

– W takim razie nie może nauczać słowami.

– Zgadza się. Tylko stoi nieruchomo. Ale można do niego mówić, to nie jest zabronione. Istnieje nawet przesąd, że jeśli powierzy mu się jakąś tajemnicę, to nikt nigdy się o niej nie dowie. O, proszę spojrzeć na tę kobietę!

Rzeczywiście, do mężczyzny niepewnym krokiem zbliżała się kobieta w średnim wieku. Na głowie miała chustkę, w ręce trzymała siatkę z zakupami. Stanęła przed mężczyzną w takiej odległości, by nie zasłonić skrawka ziemi, w który się wpatrywał. Po chwili zastanowienia przyłożyła dłoń do piersi i pochyliła głowę, jak przy modlitwie. Kiedy to zrobiła, zdawało się, że odległość między nimi nagle się zmniejszyła.

Nie słyszeliśmy jej głosu, ale sądząc po tym, że węzełek chustki zaczął podskakiwać, musiała mówić coś do mężczyzny. Nauczyciel wyglądał wciąż tak samo. Tak samo złożone ręce, to samo futro, to samo odbicie jego postaci w mokrym betonie i ta sama aura dookoła. Ale nie sprawiał wrażenia, jakby odcinał się od kobiety. Przeciwnie, zdawało się, że wpuścił ją do niewielkiego świata ciszy, a słowa tajemnicy chował głęboko pod swoje futro.

Kobieta opowiadała długo. Mówiła i mówiła, a tajemnica biła z niej bez końca, jak woda ze źródła. Dziewczynka i ja staliśmy na skraju chodnika i patrzyliśmy w stronę nauczyciela. Oczywiście nie interesowała nas tajemnica tej kobiety. Usiłowaliśmy ogarnąć myślami wspólnie spędzone chwile i do tego potrzebowaliśmy zanurzyć wzrok w ciszy.

Sandały dziewczynki, z powodu przebytej drogi, pokryły się grubą warstwą kurzu. Gołębie zrywały się do lotu, a drobne krople wody unoszące się nad fontanną błyszczały w słońcu. Wkrótce główną drogą nadjechał samochód, który zabrał nas z powrotem do domu.

Tego wieczoru, przed snem, zawiesiłem ozdobę z jajka przy oknie w sypialni.

Jakoś nie mogliśmy ruszyć z pracą. Staruszka miała humory i kiedy już się wydawało, że omówimy temat, wykręcała się, podając jakieś niedorzeczne przyczyny, i nasze spotkania spełzały na niczym. Przede wszystkim wciąż nie wiedziałem, co ma być pokazywane w tym jej muzeum. Perorowała swoim donośnym głosem na różne tematy, ale w końcu, zanim doszła do sedna sprawy, mówiła, że źle się czuje albo że jest głodna, albo że chce spać, i wycofywała się w głąb pałacu. Zawsze wyglądała tak samo: wełniana czapka, niepasujące do siebie ubrania, twarz pokryta zmarszczkami, i do tego tubalny głos.

Staruszka twierdziła, że robi wszystko zgodnie z porządkiem wszechświata, który opisała w specjalnym kalendarzu. Przechowywała kalendarz w schowku za regałem w bibliotece. Pokazała mi go tylko raz.

Odkręciła końcówkę laski i wyjęła z niej kluczyk do schowka.

– Niezwykła ostrożność – powiedziałem.

– Naturalnie – odparła i ze świstem trzepnęła laską w róg regału.

Kalendarz był jednak dla niej zbyt ciężki. Okładka z bordowej skóry błyszczała w miejscach, gdzie dotykano jej palcami przez wiele lat. Kiedy zajrzałem do środka, zobaczyłem, że na każdy dzień przeznaczone były dwie stronice. Od pierwszego stycznia po trzydziesty pierwszy grudnia wypełniały je wszelkiego rodzaju mądrości, nakazy, porady domowe i rolnicze, historyczne odniesienia, przepowiednie, piosenki na różne okazje, ludowe sposoby leczenia chorób i tak dalej. Wszystko to zapisane było kaligrafowanymi literami. Gdzieniegdzie tekst zdobiły delikatne kolorowe ilustracje, namalowane akwarelą.

– Niesamowite! – wyrwało mi się, gdy przewracałem kartki.

– Ja to wszystko napisałam – powiedziała z dumą.

– Te ilustracje też są pani dziełem?

– Oczywiście.

W tym momencie dokonałem pewnego odkrycia. Nie zdziwiłem się bardzo, że staruszka miała tak piękny charakter pisma, choć jej własny charakter wcale piękny nie był. Osłupiałem na widok wyrazu jej twarzy.

Odkąd zacząłem pracować, przez cały czas traktowała mnie z góry i zachowywała się egocentrycznie. Zawsze wydawała się dumna i pewna siebie. Ale wtedy, gdy pokazywała mi kalendarz, na jej twarzy odmalowało się zawstydzenie i pragnienie pochwały. A więc i takie żywiła uczucia? To był pierwszy moment, kiedy to sobie uświadomiłem.

– To prawdziwe arcydzieło! Widziałem różne kalendarze w muzeach, w których pracowałem, ale czegoś tak wspaniałego jeszcze nie.

– Praca nad nim zajęła mi dwadzieścia trzy lata. Od momentu gdy pomysł kalendarza zrodził się w mojej głowie i przystąpiłam do badań, aż do ukończenia dzieła.

– Ach, więc kiedy pierwszego dnia mówiła pani o Dniu Ubijania Zająca, to miała pani na myśli dzień z tego kalendarza…