Muszę kończyć, umieram - Grzegorz Sobaszek - ebook

Muszę kończyć, umieram ebook

Grzegorz Sobaszek

0,0
22,11 zł

lub
Opis

Niezwykle zabawna opowieść o lękach, fobiach, błędach językowych, małżeństwie i zbrodni.

Maksymilian, trzydziestoparolatek, przewrażliwiony na punkcie poprawności językowej sprzedawca szkoleń, cierpi z powodu licznych lęków i obsesji.

Nie ma przyjaciół, wśród sąsiadów na osiedlu strzeżonym Lazur III uchodzi za wariata, a w domowej hierarchii wyżej od niego stoi nawet kot. Maksymilian od czternastu lat planuje rozstać z żoną, ale nie wie, jak jej o tym powiedzieć...

Czy ktoś, kto umiera ze strachu w windzie i wpada w panikę w supermarkecie na widok siedemnastu rodzajów keczupu, jest zdolny do popełnienia morderstwa z zimną krwią?


"Najzabawniejszy debiut sezonu. O zaściankowym społeczeństwie, ekscentrycznych lekach i potwornej zbrodni"
- Aleksandra Boćkowska, ELLE

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 324




Projekt okładki: MAGDALENA MAMAJEK-MICH
Zdjęcie autora: ALENA WAWRZEWSKA
Redakcja: EWA KORCZEWSKA
Copyright © 2010 Grzegorz Sobaszek Copyright © 2010 Wydawnictwo Szafa All rights reserved
ISBN 978-83-88141-19-5
WYDAWNICTWO SZAFAwww.wydawnictwoszafa.pl
Konwersja:eLitera s.c.

O Autorze

Grzegorz Sobaszek (ur. 1972), pracował jako redaktor w prasie codziennej („Polska The Times”, „Dziennik”) i niecodziennej (m.in. „Newsweek”). Pisał o gwiazdach w dwutygodniku „Na Żywo” i o teatrze w miesięczniku „Foyer”.

Wcześniej machał motyką na niemieckich polach, naprawiał maszyny do pisania i sprzedawał artykuły biurowe, uczył dykcji w studium teatralnym i wróżył z gwiazd w firmie audioteksowej (0-700). W tej samej firmie został wkrótce zawodowym erotomanem: najpierw flirtował przez telefon (4,44 zł za minutę plus VAT) ze spragnionymi fizycznej bliskości kobietami, potem pisał opowiadania erotyczne dla Katarzyny Figury.

Debiutował tomikiem wierszy (Nadmiar krwi, 1992). Od tamtej pory pracuje nad drugim zbiorem poetyckim. O ile dobrze pamięta, są to Bardzo Poważne Wiersze o cierpieniu, życiu, miłości i śmierci itd.

Prywatnie zajmuje się kolekcjonowaniem fobii (ma już – w porządku alfabetycznym – agorafobię, astrafobię, demofobię, hemofobię, klaustrofobię, ofidiofobię i tafefobię). Jest specjalistą od lęku napadowego oraz innych lęków. Niektóre z nich zostały wymienione w powieści Muszę kończyć, umieram, debiucie prozatorskim autora.

Trzem siostrom: Barbarze, Krystynie i Urszulioraz wszystkim, którzy się boją bardziej,niż to konieczne.

.

Chciałbym podziękować:

Anecie, Anicie, Agnieszce, Magdzie, Marcie, Monice, Natalii, Hubertowi, Markowi i Przemkowi za liczne uwagi i sugestie

Alicji Mikulskiej i Tadeuszowi Olszewskiemu, którzy pokazali mi słowa

Annie Kosewskiej-Brykczyńskiej i doktorowi Wiktorowi Chmielarczykowi za mądrość i dobroć

moim kuzynom, Pawłowi i Tommy’emu, oraz ciotce Anneliese i wujowi Heinzowi

Ewie za wiarę, wielkie poświęcenie i nieocenioną pomoc

Alenie za nieustające wsparcie. Za wszystko

Rozdział pierwszy

Maksymilian postanowił odejść od żony. Postanowił odejść od żony ponad czternaście lat temu, zanim jeszcze została jego żoną, ale dopiero teraz zdobył się na odwagę, żeby jej o tym powiedzieć. Nadarzyła się znakomita okazja, ponieważ Adam, bohater ulubionego serialu żony Maksymiliana, powiedział właśnie do ekranowej małżonki: „Odchodzę”, więc Maksymilian, leżąc nieruchomo obok kobiety, której nie kochał od co najmniej 5223 dni, zdobył się wreszcie na odwagę i powiedział najciszej, jak potrafił: „I ja też”.

Zdziwił się, że przyszło mu to z taką łatwością. Poczuł ulgę, ale równocześnie żal, no bo skoro przyszło mu to z taką łatwością, równie dobrze mógł to powiedzieć czternaście lat temu.

Pochłonięta serialem żona nie zareagowała, więc Maksymilian powtórzył pod nosem: „I ja też”. Znów nie odpowiedziała. Jak tu odpowiedzieć, gdy ma się ściśnięte gardło, jak tu nie mieć ściśniętego gardła, gdy Adam, najpiękniejszy mężczyzna, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi, mówi właśnie do żony: „Odchodzę”? I choć jego życie nie jest prawdziwe, żona Maksymiliana przecież naprawdę czuje, że go kocha, na pewno bardziej kocha nieprawdziwego Adama niż prawdziwego Maksymiliana, który mamrocze coś pod nosem, gdy ona akurat wyobraża sobie, że Adam zostawia żonę właśnie dla niej i że jadą czerwonym kabrioletem po zalanym słońcem Monte Carlo albo przynajmniej po Jastarni, wiatr rozwiewa im włosy i nic nie zakłóca bezbrzeżnego szczęścia, jakie czuje całą sobą. Na samą myśl o tym głęboko westchnęła.

Maksymilian też głęboko westchnął, choć z zupełnie innego powodu. Chciał mianowicie dać żonie do zrozumienia, że jest mu co najmniej przykro, że jest mu przykro od czternastu lat, że jest mu cholernie przykro również w tej chwili, ale jego westchnienie miało taką samą siłę rażenia, jak dwukrotnie wymamrotane: „I ja też”. Mógłby teraz wstać z łóżka i napisać zielonym sprejem na ścianie, że odchodzi, a jego żona nawet nie mrugnęłaby powieką. Postanowił więc, że poczeka do napisów końcowych, zbierze się w sobie i gdy tylko żona oderwie się od telewizora, powie to tak, żeby wreszcie do niej dotarło.

Ale nie powiedział, bo gdy pojawiły się napisy końcowe, żona Maksymiliana zniknęła w łazience. Serial, w przeciwieństwie do Maksymiliana, wzruszał ją, bawił i zaskakiwał, więc napisy końcowe za każdym razem sprawiały jej niewysłowioną przykrość. Żeby się jakoś pozbierać, spryskała twarz wodą termalną w aerozolu, uśmiechnęła się do zmęczonej życiem, ale wciąż atrakcyjnej kobiety, którą zobaczyła w lustrze, po raz trzeci tego wieczoru umyła zęby i niechętnie ruszyła w stronę sypialni.

Kiedy Maksymilian usłyszał szuranie kapci, poczuł, że wreszcie nadeszła odpowiednia chwila. Otworzył usta, żeby powiedzieć głośno i wyraźnie to, co miał ochotę powiedzieć już czternaście lat temu, ale żona popatrzyła na niego z takim politowaniem, że musiał poprzestać na otworzeniu ust. Jak tu nie patrzeć z politowaniem na kogoś, kto po raz trzeci w tym tygodniu siedzi na poduszce z przystawionym do skroni pistoletem, kto nie potrafi uruchomić wiertarki, a udaje, że byłby się w stanie zastrzelić?, pomyślała.

– Tylko trupy mają coś sensownego do powiedzenia – oznajmił Maksymilian, gdy naciągała na siebie kołdrę. Postanowił powiedzieć, że odchodzi, ale kiedy spojrzała na niego z politowaniem, znów poczuł, że łatwiej byłoby mu ją zabić, niż powiedzieć, że odchodzi, więc powiedział, co mu ślina na język przyniosła. Był szczęśliwy, że przy tak rozszalałym tętnie w ogóle coś udało mu się powiedzieć. Poza tym, pomyślał z zadowoleniem, było to całkiem efektowne zdanie. Ale nawet ono nie zrobiło na jego żonie najmniejszego wrażenia.

– Tylko trupy mają coś sensownego do powiedzenia – powtórzył głośniej.

Wreszcie podziałało.

– Mam dość tych cytatów z Dostojewskiego. Skoro się już do mnie odzywasz, może wreszcie powiedziałbyś coś od siebie? I odłóż ten pistolet, bo poplamisz olejem kołdrę – odpowiedziała zniecierpliwiona. Odpowiedziała, choć wcale nie miała ochoty odpowiadać. Doskonale wiedziała – zawsze wszystko wie doskonale – że jeśli zareaguje, Maksymilian nie odpuści i odpowie, więc ona też odpowie, więc potem on odpowie, a potem ona, potem znowu on, i ona, i tak dalej, i wścieknie się, że się dała sprowokować, więc tuż przed snem znów jej się obniży nastrój, a rano będzie miała worki pod oczami. Większe i ciemniejsze niż zwykle.

– To nie z Dostojewskiego – odpowiedział Maksymilian, tym razem mierząc z pistoletu przed siebie. Wracał do formy. Serce powoli wyrównywało kurs. – A poza tym to nie olej, tylko oliwa techniczna. Olej to można mieć w głowie, choć akurat niewielu ludzi może się tym pochwalić – dodał.

– No ty to na pewno nie. Poza tym może być też olej techniczny, założę się.

– Może i tak, ale do konserwacji Walthera używam oliwy technicznej, a nie oleju.

– Co za różnica?

– Jeśli nie rozumiesz, że niuanse mają znaczenie, usmaż sobie frytki na oliwie. Najlepiej technicznej. Smacznego.

– Sam się usmaż. Idę spać.

– Jak możesz iść spać, skoro już leżysz? – zapytał i wykrzywił twarz. Musiał wykrzywić twarz, żeby porządnie zamknąć lewe oko. Niektórzy ludzie nie muszą wykrzywiać twarzy, żeby zamknąć oko, ale Maksymilian akurat się do nich nie zalicza, więc wykrzywił twarz, żeby zamknąć lewe oko, żeby zobaczyć prawym okiem dokładnie skorelowany ciąg następujących obrazów: szczerbinka – muszka – kot Szwarcwald. Agresywny i wyjątkowo gnuśny kastrat rasy syjamskiej został ochrzczony Szwarcwaldem na cześć ulubionego serialu teściowej Maksymiliana. Teściowa od wielu lat kochała się w doktorze Brinkmannie z Kliniki w Szwarcwaldzie. Nie bez powodu – przedstawiciel niemieckiej służby zdrowia był najpiękniejszym mężczyzną, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi. Tak w każdym razie uważała teściowa.

Maksymilian zamknął lewe oko, żeby dokładnie wycelować w kota, do którego miało wreszcie dotrzeć, że jest niemile widziany w sypialni. Szwarcwald przyglądał się z lekceważeniem swojemu panu, który był jego panem tylko z nazwy, bo w sypialni od niepamiętnych czasów obowiązywała określona hierarchia: najpierw żona Maksymiliana, potem kot, potem Maksymilian.

– Możesz powiedzieć, że zasypiasz albo że nie chce ci się dłużej gadać, ale przecież nie możesz powiedzieć „idę”, skoro już leżysz – wyjaśnił uprzejmie.

– Nie wymądrzaj się, bardzo cię proszę. Przecież tak się mówi, mówi się: „Idę spać”. „Idę spać”, czyli zasypiam – powiedziała. – Ale po co mam mówić, że zasypiam, skoro i tak nie dasz mi spać, bo przecież nie powstrzymasz się, żeby czegoś nie powiedzieć. Mówiąc, że idę spać, chcę powiedzieć, żebyś się wreszcie zamknął, intelektualisto od siedmiu boleści.

Maksymilianowi pękały żyłki w oczach, kiedy używała wciąż tych samych związków frazeologicznych: od siedmiu boleści, to był strzał w dziesiątkę, rozchodzą się jak świeże bułeczki, rosną jak grzyby po deszczu, zamienia w złoto wszystko, czego dotknie. Król Midas. Gdy Maksymilian słyszał pięć razy dziennie pozornie niewinną frazę typu zakręcony jak chiński termos, za szóstym razem marzył już tylko o tubce butaprenu, którym mógłby zakleić sobie uszy.

– Już to powiedziałaś. Powiedziałaś, że idziesz spać, nie musisz tego powtarzać – obruszył się Maksymilian i znów przyłożył lufę do skroni. Mógł wreszcie otworzyć lewe oko, które zdążyło mu nieco ścierpnąć.

– Jesteś zakręcony jak chiński termos. Ale kocham cię jak wierna chińska gejsza, przecież wiesz – powiedziała to tak przekonująco, że niemal sama w to uwierzyła.

– A ja ciebie jak fiński torreador – odpowiedział, gładząc palcem cyngiel.

– Jak fiński torreador? Przecież Fińczycy, yyy... Finowie nie walczą z bykami – syknęła z wyrzutem.

– No pewnie, że walczą. Podobnie jak chińskie gejsze z termosami.

– Gbur.

– Chińska gejsza.

– Fiut.

– Fiutowa.

– Starałam się być miła, ale ty chyba naprawdę jesteś dysfunkcyjny – rzuciła z rozżaleniem, chowając głowę pod kołdrę.

– Śpij słodko, moja piękna Finko. Kolorowych snów – powiedział Maksymilian, przyciskając mocniej lufę do prawej skroni, choć najchętniej wybrałby lewą skroń swojej trzydziestosiedmioletniej, wciąż jeszcze w miarę ładnej, choć zupełnie bezużytecznej żony.

– Dobranoc – powiedziała spod kołdry, żeby mieć ostatnie słowo.

– Dobranoc – odpowiedział znad kołdry, żeby mieć ostatnie słowo.

– Dobranoc.

– Dobranoc. Dobranoc.

– Dobranoc.

– Dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedziała.

W końcu postanowił odpuścić. Jednak gdy tylko usłyszał, że porządnie zaciągnęła się powietrzem, świszcząc wniebogłosy, powiedział słodko:

– A właśnie, że dobranoc.

I choć cieszył się jak dziecko, że to do niego należało ostatnie słowo, nie czuł triumfu. Również 5223 dnia nie udało mu się powiedzieć, że odchodzi. Jeszcze raz westchnął i zrezygnowany spojrzał na srebrnego Walthera, z którego wciąż nie potrafił zrobić użytku.

Kupił go żonie na trzydzieste szóste urodziny. Doskonale wiedział, że żona powie mu, że chyba go pokręciło, że zamiast flaszki Chanel Allure, którą kupił jej na trzydzieste piąte urodziny, flaszki Gucci Rush 2, którą kupił na trzydzieste czwarte urodziny, flaszki Dior Poison, którą kupił na trzydzieste trzecie urodziny, na trzydzieste szóste urodziny kupił jej srebrnego Walthera.

– Kup jej na urodziny Walthera – powiedział ojciec, do którego Maksymilian czuł nieodpartą niechęć co najmniej od ćwierćwiecza. – Nie będzie zachwycona, ale co za różnica? Przecież nigdy nie jest – stwierdził, gdy Maksymilian zapytał go, co kupić żonie na urodziny. Do tej pory w kwestii prezentów dla żony zwracał się o radę do matki, do której również czuł nieodpartą niechęć co najmniej od ćwierćwiecza, ale akurat na tydzień przed trzydziestymi szóstymi urodzinami jego żony matka wyjechała do siostry w Berlinie, starej, grubej i bezdzietnej skneruski – jak mówiła o niej matka Maksymiliana, stara, chuda i dzieciata skneruska.

Matka Maksymiliana nie znosiła swojej siostry, więc z dziką rozkoszą raz w roku jechała pod Bramę Brandenburską, żeby odświeżyć więdnące uczucie i odpocząć od ojca Maksymiliana, którego nie znosiła jeszcze bardziej niż siostry, choć nie znosiła go nieco krócej, bo dopiero od czterdziestu lat. Odpoczywająca w Berlinie matka Maksymiliana zabroniła mu dzwonić, żeby nie wydawał pieniędzy na gadki szmatki, za które trzeba płacić jak za zboże.

– Pieniądze nie leżą na ulicy – powtarzała. – Twój ojciec żyje tak, jakby leżały na ulicy, więc wcześniej czy później sam wyląduje na ulicy, ciągnąc za sobą w rynsztok całą rodzinę. Byłam głupia, że nie podpisałam intercyzy. Ty też jesteś głupi, skoro odziedziczyłeś po mnie niepodpisanie intercyzy. Z twoim brakiem polotu szanse masz mizerne, ale a nuż kiedyś nieoczekiwanie się wzbogacisz i co wtedy? Dasz przeputać fortunę tej szerokiej w biodrach, leniwej cwaniaczce? Z pieniędzmi nigdy nic nie wiadomo. Poza tym, że nie leżą na ulicy.

– Z Walthera przynajmniej sobie postrzelasz – powiedział ojciec w słuchawce. – Rozładujesz się. Stres trzeba rozładowywać. Ładujesz spluwę, a potem rozładowujesz stres, rozumiesz, ha, ha, ha!

– Dokumentnie cię pokręciło – powiedziała żona Maksymiliana, gdy otworzyła pudełko, w którym spodziewała się kolejnej butelki wody toaletowej. A że pudełko było większe i cięższe niż zwykle, liczyła na zestaw woda toaletowa plus balsam do ciała, ewentualnie plus żel pod prysznic. Obstawiała Hugo Bossa albo Givenchy. – Ale dziękuję, że pamiętałeś. To bardzo miłe z twojej strony. O, i jeszcze róże! Co prawda moje ulubione czerwone róże pachną intensywniej, ale to nic. Liczą się przecież dobre chęci.

Maksymilian kupił herbaciane róże, chociaż były droższe od czerwonych, ale uznał, że warto zapłacić więcej, żeby zobaczyć rozczarowanie i wściekłość w jej oczach.

Jak po czternastu latach wciąż miałbym kochać kobietę, której ulubione kwiaty to czerwone róże?, pomyślał, masując srebrnym Waltherem prawą skroń. Pod lufą wyczuł niemrawo pulsującą tętnicę.

W tej samej chwili jego żona rozkosznie westchnęła. Zapadała się właśnie w sen o tężni solankowej w Konstancinie, do której Maksymilian zabrał ją na jedną z ich pierwszych randek. Oczywiście, w jej śnie nie było Maksymiliana. Zamiast męża leczniczymi oparami solanki delektował się z nią Filip Holzgraber, czarujący, blondwłosy, przystojny student stosunków międzynarodowych, syn znanej prezenterki telewizyjnej, w którym się kochała, kiedy jeszcze Adam, najpiękniejszy mężczyzna, jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi, nie istniał nawet w wyobraźni serialowego scenarzysty.

Zanim w wyniku niepojętej do dziś emocjonalno-intelektualnej zapaści zdecydowała się zniszczyć sobie życie, wybierając Maksymiliana, poznała bliżej kilku pozbawionych wyobraźni i nutki szaleństwa przystojniaków, ale żaden z nich nie był nawet znajomym syna prezenterki telewizyjnej. Filip Holzgraber również był pozbawiony wyobraźni, to fakt, ale w przeciwieństwie do Maksymiliana umiał i lubił się całować.

Ona też myślała, że umie, ale tylko lubiła, tak przynajmniej uważał Maksymilian, który ostatni raz całował się z żoną czternaście lat temu. Innego zdania musiał być Filip Holzgraber, który całował ją właśnie na wilgotnej ławeczce w tężni solankowej. Najpierw muskał ustami jej kark, następnie lekko odkryte ramię, potem wdzięcznie rozchylone wargi, aż wreszcie powoli, delikatnie wsunął lewą dłoń między fałdy jej purpurowej sukni. Co za suknia! Co za sen! Co za dłoń! Co za pocałunki! Nie dość, że Filip Holzgraber umiał i lubił się całować, to jeszcze wiedział, czego pragnie prawdziwa kobieta. I dlatego na randkę przyniósł bukiet krwistoczerwonych róż.

– No cóż, gdy kobieta zbyt długo przebiera, psuje jej się cera i bierze ją cholera, bo w niepojętej emocjonalno-intelektualnej zapaści rzuca się na jakieś zakompleksione, dysfunkcjonalne nie wiadomo co – powiedziała szalona staruszka z mocno przerzedzonymi zębami, która przysiadła się do nich niepostrzeżenie.

– Co za jędza! A poza tym mówi się: dysfunkcyjne – syknęła z wściekłością żona Maksymiliana, odrywając wargi od ust Filipa Holzgrabera.

Z oczu kochanka polały się łzy niewypowiedzianego smutku. To były również jej łzy. Tak to czuła we śnie o tężni solankowej w Konstancinie, ach i och!

Na szczęście, kiedy się obudzi, nie będzie rozżalona. Nigdy nie pamięta swoich snów. Tym – i prawdę mówiąc, tylko tym – ujęła ojca Maksymiliana, któremu nigdy w życiu, powtarzał to z dumą przy każdej okazji, nigdy w życiu nic się nie przyśniło. W jego mniemaniu brak marzeń sennych jest głównym przejawem harmonijnie ukształtowanej osobowości.

– To porządna dziewczyna – powiedział ojciec, gdy Maksymilian zaprezentował ją rodzicom i gdy powiedziała przy stole, mniej więcej między tłustym rosołem a kotletem mielonym, że nigdy nie pamięta swoich snów. Ojciec wziął Maksymiliana na balkon, żeby wypalić po camelu. – Ożeń się z nią. Nie jest brzydka. A jeśli nie pamięta snów, to znaczy, że jest w miarę, no wiesz, normalna, w sensie, że nieskomplikowana. Nie masz się nad czym zastanawiać. Gdybym ja się dłużej zastanawiał, byłbym dziś może szczęśliwszym człowiekiem, ale czym jest szczęście, jak nie masz kobiety, której mógłbyś z całego serca nienawidzieć? – zakończył swoją przemowę ojciec.

– Nienawidzić, tato. Mówi się nienawidzić – jęknął Maksymilian.

– Co za różnica? I tak wiesz, o co biega – powiedział ojciec, po czym strzelił niedopałkiem w czarną alfę sąsiada z parteru i nerwowo zachichotał. – Ma się jeszcze to oko, co?

Maksymilian spojrzał na żonę z nienawiścią. Nie powinienem tego dłużej ciągnąć, pomyślał, wkładając lufę srebrnego Walthera w usta.

– Chcesz się zabić? – zapytała Zofia, która nagle stanęła w drzwiach sypialni.

– E ogę odpowieec, o am ufę w ustag – odpowiedział Maksymilian.

– Co? – zapytała Zofia.

– Nie mówi ę tso, ylko łoszę – upomniał ją Maksymilian.

– Co? – powtórzyła.

– Dlaczego jeszcze nie śpisz? – zapytał, wycierając oślinioną lufę w kołdrę żony. – Nie mówi się co, tylko proszę.

– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie – odpowiedziała Zofia. – Ale kurewsko zimna podłoga. Chcesz się zabić?

– Nie przeklinaj. Kto cię tego nauczył?

– Czego?

– Że nie odpowiada się pytaniem na pytanie.

– Nie wiem.

– Skąd ci przyszło do głowy, że nie odpowiada się pytaniem na pytanie? To bzdura. Jeśli ktoś cię o coś pyta, to znaczy, że nie wie, więc jest głupi, a skoro jest głupi, nie warto się z nim zadawać. Najlepsze, co możesz zrobić, gdy ktoś cię o coś pyta, to nie odpowiadać. Jeśli już nie możesz nie odpowiedzieć, odpowiedz pytaniem na pytanie. To najlepsze, co możesz odpowiedzieć, jeśli nie możesz nie odpowiedzieć – powiedział Maksymilian.

– To dlaczego chcesz się zabić?

– No a dlaczego jeszcze nie śpisz?

– Czy nie możesz mi wreszcie odpowiedzieć?

– Czy nie możesz przestać pytać?

– Nie mogę.

– Niedobrze. Mówiłem ci, że jeśli już nie możesz nie odpowiedzieć, odpowiadaj pytaniem na pytanie. Jedzenie po dwudziestej jest niezdrowe. Nie uważasz, że to głupie?

– Co?

– Czy nie masz dość?

– Czego?

– Nie wiesz czego?

– A ty wiesz? – zapytała rozjuszona Zofia, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.

– Czy nie zauważyłaś, że większość rozmów, jakie ludzie ze sobą prowadzą, nie ma sensu? – zapytał Maksymilian.

– Dlaczego?

– Zacznijmy jeszcze raz – powiedział, ciężko wzdychając.

– Przegrałeś, przegrałeś, nie zadałeś pytania, pobite gary! – zarżała ze szczęścia Zofia, wskakując do łóżka między Maksymiliana a jego żonę. Szwarcwald się zjeżył, prychnął, po czym dostojnie opuścił sypialnię, żeby skubnąć odrobinę aromatycznej karmy Sheba o smaku królika. Wyrwana ze snu żona Maksymiliana wymamrotała przez sen: „Oddawaj róże, stara wariatko”, po czym zniknęła z powrotem pod zaślinioną na brzegu kołdrą.

– Przegrałem, bo taki był mój zamiar. Jeśli nie możesz nie odpowiedzieć i jeśli nie udaje ci się odpowiedzieć pytaniem na pytanie, zmieniaj wątek. Kiedy ktoś pyta cię o godzinę, odpowiadaj, że nie wiesz, dlaczego każdy Rumun przypomina hrabiego Draculę, a każda Francuzka marzy o romansie z polskim hydraulikiem, rozumiesz?

– Ale po co? Dlaczego nie można po prostu odpowiedzieć?

– Ty znowu swoje. Czy zdarzyło ci się kiedyś z kimś sensownie porozmawiać? – zapytał Maksymilian.

– Czy nie pamiętasz już, dlaczego tutaj przyszłam?

– Jesteś głodna?

– ???

– Wiesz, że ona nie pozwala ci jeść po dwudziestej, prawda?

– Czy ona przypadkiem nie śpi? – zapytała z bezczelnym uśmieszkiem Zofia.

Maksymilian wsunął srebrnego Walthera pod poduszkę, włożył praktyczne kapcie w norweski wzór, które dostał od teściowej na trzydzieste ósme urodziny, i podniósł się z łóżka tak szybko, że poczuł na wysokości krzyża porządne łupnięcie. Jeszcze dwa lata i zupełnie się rozsypię, pomyślał. Może jogging?

To wyśmienity pomysł. Dopóki, oczywiście, pozostanie jedynie pomysłem. Maksymilian nie jest na tyle głupi, żeby dać się zabić podczas porannego biegania. Jeden z jego znajomych z pracy po dziesięciu latach siedzenia przed komputerem któregoś dnia ewidentnie oszalał i zapragnął zerwać z niezdrowym trybem życia, więc kupił sobie kask, obcisłe gatki i rower z włókna węglowego. Pojechał na wycieczkę krajoznawczą po Dolinie Służewieckiej i po kwadransie pedałowania był trupem. Maksymilian wolał nie ryzykować śmierci w obcisłych gatkach, więc tylko jęknął, pomasował się po plecach i powiedział do córki, żeby nie ufała nikomu po trzydziestce. Zofia wyskoczyła za nim z łóżka, postawiła stopy na jego kapciach, a on chwycił ją za dłonie i szurając, ruszyli w stronę lodówki.

Zofia była krytyczna. To jedna z niewielu cech, jakie po nim odziedziczyła. Gdyby nie kilka fizycznych podobieństw (oczy z mongolską fałdą, ekstremalnie wąskie stopy i wystające łokcie), podejrzewałby, że Zofia jest podrzutkiem autorstwa Filipa Holzgrabera. Maksymilian podejrzewał Holzgrabera tylko dlatego, że Zofia zbyt często zadawała mu pytanie: „Dlaczego nie jesteś prezenterem telewizyjnym?”. Wykluczył Holzgrabera, gdy przypomniał sobie, że były kochanek jego żony nie był prezenterem telewizyjnym, a jedynie synem prezenterki telewizyjnej. Odetchnął z ulgą. Cenił żelazną logikę, która rządziła jego życiem i imponującymi konstrukcjami myślowymi.

Ale gdy porzucił podejrzenia względem Holzgrabera, dopadły go nowe wątpliwości. Uświadomił sobie, że Zofia cierpi na sygmatyzm właściwy, a dokładniej rzecz ujmując, na seplenienie świszczące. Zofia sepleni, no a żona Maksymiliana i on sam nie seplenią. Sepleni za to dentysta, do którego chodzi moja żona i do którego również chodzi Zofia, pomyślał. Zanim jednak umówił się na wizytę u rodzinnego stomatologa, żeby mu dyskretnie wyrwać włos, który wyśle na testy DNA, doznał objawienia. Któregoś wieczoru wybrał się z Zofią na proszoną kolację do rodziców. Gdy prowadzący teleturniej Jeden z dziesięciu zadał pytanie: „W jakiej miejscowości brzmi chrząszcz w trzcinie?”, Romuald i Zofia krzyknęli razem: „W Szczebrzeszynie”. Wówczas Maksymilian wreszcie zrozumiał, że szeleszczące spółgłoski nieszczęsna potomkini Maksymiliana odziedziczyła po świszczącym dziadku Romualdzie, miszczszu świata w seplenieniu.

Już jako dziecię Maksymilian pojął, co oznacza stwierdzenie – forma zabija treść. Każde wyseplenione przez Romualda słowo bolało Maksymiliana o wiele bardziej niż powtarzana przez żonę Maksymiliana fraza typu grzyby po deszczu. Chyba że frazę typu grzyby po deszczu artykułował Romuald. U Zofii jakoś to tolerował – mogła sobie seplenić, ile wlezie. Ze świstaniem Romualda nigdy się nie pogodził. Może dlatego, że Romuald nigdy w życiu nie powiedział czegoś, co warto by uwiecznić choćby w kiblu na Dworcu Wileńskim, gdzie Maksymilian, jako otumaniony hormonami trzynastolatek, przeczytał wiekopomną deklarację: „Za pięć złoty połknę twą sperme”, a pod nią dopisek: „Za takie piniendze połknij se swoją”. Kiedy zobaczył tę wymianę zdań niedoszłych kochanków, poczuł, jak treść żołądka błyskawicznie przenosi się w okolice migdałków. Błędy ortograficzne doprowadzały go do mdłości, więc zamazał flamastrem ohydne komunikaty, a nad nimi wykaligrafował ich poprawne wersje, po czym obiecał sobie, że zrobi wszystko, by już nigdy więcej nie korzystać z miejskich toalet.

I nie jadać na mieście. Jednak to nie było takie łatwe. Bo choć Maksymilian odziedziczył po matce nie tylko niepodpisanie intercyzy, ale również talent kulinarny, to od trzech lat go nie rozwijał. Pewnego dnia, po lekturze książki W poszukiwaniu prawdziwej męskości, którą dostał od żony na trzydzieste szóste urodziny, poinformował żonę i córkę, że nie ugotuje nic, dopóki żona lub córka (tak naprawdę miał na myśli tylko żonę) same nie staną do garów, że zacznie znowu gotować, jeśli choć raz po powrocie z roboty dostanie cholerny obiad. Niech to szlag! Bo najwyższy czas, co powtórzył bez przekonania za autorem książki W poszukiwaniu prawdziwej męskości, powrócić do patriarchatu. Kupując tego wydawniczego gniota, żona Maksymiliana nie przypuszczała, że płaci 29,90 za seksistowski manifest jakiegoś frustrata z Nowej Anglii. Wydawało jej się, że książka W poszukiwaniu prawdziwej męskości to poradnik w stylu Jak zostać Priapem w weekend. Po zainwestowaniu prawie trzech dych miała prawo oczekiwać, że Maksymilian wreszcie ujrzy w swojej sikawce coś w rodzaju narzędzia do sprawiania rozkoszy.

Żona Maksymiliana nie lubiła gotować. Wystarczyło, że uwielbiała kuchnię. Oglądała programy kulinarne (Jamie Oliver, Nigella Lawson, Martha Stewart itd.), kupowała w hurtowych ilościach portugalskie talerze, włoskie otwieracze do konserw, niezawodne preparaty do czyszczenia lodówek made in USA oraz dziesiątki pięknych i praktycznych drobiazgów, którymi dekorowała kuchnię w stylu rustykalno-postindustrialnym. Najbardziej dumna była z beżowej lodówki Smeg. To właśnie przed nią na pięknych i praktycznych kapciach Maksymiliana stała Zofia, wypatrując jakiejś wysokoenergetycznej bomby węglowodanowej.

– Może po prostu napiję się coli? – zapytała.

– A może po prostu zjesz banana? – odpowiedział pytaniem Maksymilian, wyrywając córce dwulitrową butelkę.

– Dlaczego wszyscy rodzice są tacy sami? – spytała, wbijając pięty w stopy Maksymiliana.

– Nie pamiętasz, że wszystkie szczęśliwe rodziny są szczęśliwe w ten sam sposób, a każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa po swojemu?

– To z Dostojewskiego?

– Coście się uparły na tego Dostojewskiego? To Anna Karenina.

– Jakaś znajoma mamy?

– Może jednak banan? Cola wypłukuje wapń, magnez i chyba żelazo, nie pamiętam, a banany mają mnóstwo tryptofanu. Anna Karenina nie jest znajomą twojej mamy. Czy wydaje ci się, że twoja matka ma chociaż jedną koleżankę, która byłaby w stanie utworzyć zdanie wielokrotnie złożone?

– Nie chcę banana.

– W takim razie poślę cię na odwyk.

– Nie poślesz, jesteś miękką frytą.

– Że co?

– Nie masz jaj. No nie patrz tak! Powtarzam tylko to, co mówi mama. A rodziców trzeba słuchać, prawda?

– Niech cię Bóg broni. Jeśli chcesz zachować resztki zdrowia psychicznego, nigdy nie słuchaj rodziców.

– A kogo?

– Nikogo.

– Naprawdę chcesz się zabić?

– Tak samo jak ty. Tylko że ja raz a dobrze, a ty na raty, żłopiąc to świństwo hektolitrami.

– Strasznie przynudzasz. Kaznodziej się z ciebie zrobił na stare lata.

– Kaznodzieja, jeśli już. I nie na stare lata. Jestem stosunkowo młody.

– Nawet mój nauczyciel od etyki, który też przynudza jak nawiedzony, jest od ciebie młodszy.

– Ale sama powiedziałaś, że to kretyn.

– A od kiedy ty słuchasz innych?

– Jesteś stanowczo zbyt wyszczekana jak na trzynastolatkę. Do łóżka, ale już!

– Myślisz, że możesz mi rozkazywać, bo masz spluwę?

– To nie moja spluwa. Pożyczam ją tylko od twojej matki.

– Tym bardziej.

– Niemniej jednak dobranoc.

– Dobranoc.

– Dobranoc.

– Dobranoc. Chcesz się ze mną przekomarzać jak z mamusią?

– Nie chcę. Bonne nuit.

– Nie popisuj się. Przecież wszyscy wiedzą, że nie znasz francuskiego. Gute Nacht, ha, ha, ha!

Maksymilian zamknął sobie usta na niewidoczny zamek błyskawiczny i wskazał Zofii palcem drzwi do jej pokoju. Chciał jak najszybciej wrócić do łóżka, żeby wsadzić dłoń pod poduszkę i poczuć kojący chłód srebrnego Walthera. Choć w porównaniu z żoną Maksymiliana, srebrny Walther był gorący jak płynna stal.

Rozdział drugi

Przed wiekami stał tutaj gęsty las. Między kołyszącymi się dostojnie klonami, na dywanach z wrzosów i mchu, krzepkie dziewki dawały się wytarmosić napalonym parobkom. Jeszcze nawet dwadzieścia lat temu sterczało tu coś w rodzaju zarośli. Późną wiosną i wczesną jesienią, przy ładnej pogodzie, mieszkające w pobliskich akademikach studentki Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji wyruszały w plener, by w okolicznych chaszczach wyskoczyć z majtek przed studentami Wydziału Technologii Drewna.

Jednak na początku milenium w krzakach rozpanoszyły się buldożery, żeby potomkowie dziewek o rumianych policzkach i napalonych parobków mieli się gdzie skryć przed gwałtem i grabieżą. I tak wyrosło tu kilkadziesiąt nowych osiedli strzeżonych, a wśród nich oddzielona od reszty świata wysokim na trzy i pół metra murem oaza spokoju, którą upatrzyła sobie żona Maksymiliana, prapraprawnuczka jednej z najbardziej chwackich dziewek w okolicy.

Na środku wyłożonego kostką Bauma placu, pomiędzy sześcioma blokami w kolorze lilaróż, robotnicy wydłubali dziurę w ziemi, po czym zalali ją kranówką. Tak powstało urocze oczko wodne, wokół którego na ławeczkach przysiadają nianie, żeby umilić sobie czas typową dla tej grupy zawodowej paplaniną. Narzekają na zimnokrwistych i aroganckich rodziców, którzy z roku na rok produkują coraz bardziej upierdliwe bachory. Wymieniają się trickami wychowawczymi. Perswazje, negocjacje, łagodny przymus bezpośredni względem rozwydrzonych gówniarzy – to wiodące tematy wielogodzinnych nasiadówek. Gdy nianie są szczególnie zniechęcone, rozmawiają o piraniach. Wierzą, że pewnego dnia ktoś wpuści do oczka wodnego parę rybek, które na pierwszy rzut oka nie różnią się od płotek czy glonojadów, no bo kto w dzisiejszych czasach jest na tyle spostrzegawczy, żeby znaleźć trzy szczegóły, którymi różni się pirania od glonojada: to ryba i to ryba, to lubi pływać i to lubi pływać, glonojad lubi glony, a pirania dzieci. Nianie wierzą, że pewnego dnia ktoś wpuści do oczka wodnego piranie, które zjedzą wszystkie osiedlowe bachory, dzięki czemu nianie nie będą już musiały użerać się z aroganckimi rodzicami, zaczną nowe życie i kto wie, może nawet zrobią karierę biurową lub telewizyjną.

Maksymilian nienawidził tych spiskujących półanalfabetek, które uczyły dzieci sąsiadów, że trzeba włanczać, kontynuować dalej, cofać się do tyłu i nienawidzieć. One też go nienawidziły, zwłaszcza gdy krzyczał do nich z balkonu, że mu leci z uszu krew, gdy słyszy wziąść. A od 12 kwietnia, gdy o 22.05 wymalował na śmietniku zielonym sprejem hasło „Nienawidzę głupich cip”, dostał przezwisko Pojeb z Czwartego.

W sprawie pierwszego w dziejach osiedla Lazur III aktu wandalizmu ruszyło śledztwo. Do ustalenia i ukarania sprawcy wzięła się pani Marta, szara eminencja osiedlowej administracji. Osiedlowa panna Marple zaatakowała mieszkanie żony Maksymiliana, jej córki Zofii, kota Szwarcwalda i Maksymiliana w piątek, 13 kwietnia, o godzinie 7.45 rano. Jednak dla żony Maksymiliana, która nie musiała pracować, był to środek nocy. Idąc w stronę drzwi, rozmawiała wciąż z serialowym Adamem, który nadal jej się śnił. Kiedy stanęła w przedpokoju, była już w miarę przytomna, więc pomyślała, że zwyzywa idiotę, który wyrywa ją z tak pięknego snu, ale chwytając słuchawkę domofonu przypomniała sobie, że przecież to piątek trzynastego, więc licho nie śpi, dlatego na wszelki wypadek zachowa ostrożność i będzie tak miła, jak tylko potrafi o tak wczesnej porze. Namiętnym głosem, jakby ogłaszała odjazd pociągu ze stacji Kutno do stacji Nowy Jork, powiedziała:

– Tak, proszę?

– Pewna niania, oczywiście nie mogę powiedzieć która, powiedziała, że widziała przy śmietniku kogoś podobnego do pani męża – usłyszała w słuchawce. – Wpuści mnie pani czy mam mówić przy wszystkich?

Jak to przy wszystkich? Gdyby słuchawkę podniósł Maksymilian, obok kobiety z administracji oczami wyobraźni zobaczyłby tuzin przedstawicielek Związku Niań Polskich, jak zwykle podpitych ochroniarzy z osiedla Lazur III, wspomaganych przez drużynę policjantów z Wydziału do Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej i nauczycielkę rosyjskiego, która często powtarzała: „Maksymilian, mam ja dla ciebie maksymę, która brzmi: Maksymilian, źle skończysz”. Ale że w przeciwieństwie do Maksymiliana jego żona była właściwie pozbawiona wyobraźni (w zupełności wystarczały jej horoskopy), odpowiedziała pannie Marple:

– Proszę, proszę.

I poszła włączyć ekspres. Wiedziała, że zanim stukilowe monstrum z administracji wdrapie się na czwarte piętro, zdąży zaparzyć sobie kawę, a może nawet wziąć prysznic.

– Kawy? – zapytała, patrząc na zasapaną kobietę w jasnym prochowcu, która resztką sił opadła na fotel w salonie.

– Nie, kawa by mnie zabiła, mam teraz tętno ze dwieście.

– To może herbaty? Polecam darjeeling, przepyszna. Albo nie, zrobię pani zieloną. Wypłukuje toksyny.

– Herbata wysusza, ale może być mięta, na zgagę dobra.

– Nie używam mięty, bo nie miewam zgagi.

– Ale w końcu można też pić dla smaku i zapobiegawczo. Niech będzie woda, byle bez gazu.

– No to tylko ta z czajnika, bo my pijemy wyłącznie gazowaną.

– A przefiltrowana? Bo jak nie, to już lepiej niech będzie ta z gazem, postoi chwilę i się odgazuje. Ja, widzi pani, to niefiltrowanej nie piję, o nerki się boję. Co to tam się zdąży odłożyć przez całe życie, to wolę nawet nie myśleć. Ale się umęczyłam. Nie dla mnie czwarte piętro, no naprawdę.

– Dzwoniłam do państwa wczoraj, że się winda popsuła, ale do dziś nikt nie raczył przyjść.

– Raczył, raczył. Byli tu już z serwisu i powiedzieli, że silnik się popsuł, nawalił, przepalił, trzeba wymienić. To tak z dnia na dzień się nie da. Zamówili. Ma być w poniedziałek. Co za wstyd!

– No cóż, w końcu to jeszcze tylko trzy dni. Dobrze nam zrobi na pośladki, ha, ha. – Żeby żart na pewno dotarł do adresatki, żona Maksymiliana porozumiewawczo mrugnęła okiem.

– Ja nie o windzie, proszę panią. Winda to nie wstyd, ale to, co zrobił pani mąż ja mówię.

– Może mi pani przypomnieć, bo rano jestem zakręcona jak chiński termos i nie pamiętam, co pani mówiła przez domofon?

– Niania, której dla dobra śledztwa tutaj nie wymienię z nazwiska, powiedziała, że zauważyła przy śmietniku kogoś podobnego do pani męża, kiedy ten napis się pojawił.

– Jaki napis?

– Wiedziałam, że pani zapyta. Aż wstyd powtarzać, no naprawdę. Zrozumiałabym, gdyby to jakiś dzieciak, ale dorosły mężczyzna? I to na własnym osiedlu...

– Co on takiego napisał?

– Mówiłam już. Aż wstyd powtarzać.

– Napisał: „Aż wstyd powtarzać”?

– Niech się pani nie wygłupia, no naprawdę. Wstyd powtarzać, co napisał, i tyle. Nienawidzę głupich cip.

– Słuchaaam?

– No ile razy mam powtarzać, daj pani spokój. Tak właśnie napisał tym sprejem.

– Jakim znowu sprejem?

– Zielonym.

– Niemożliwe.

– Możliwe, możliwe.

– Mój mąż nie używa zielonego spreju.

– To ciekawe. A co to pani tak obstaje przy swoim? Myśli pani, że on nie ma przed panią tajemnic?

– Nie tylko nie myślę, ale nawet jestem pewna. O wszystkim sobie mówimy.

– Proszę panią, chyba pani mężczyzn nie zna, no naprawdę. Oni zawsze mają jakieś tajemnice. Może nie tyle co my, ale jednak.

– Kiedy to się stało?

– Wczorej około dziesiątej wieczór. Ta niania, która mi powiedziała, że widziała pani męża przy śmietniku, widziała go tak mniej więcej pięć po dziesiątej, plus minus dziesięć minut.

– Niemożliwe. Byłam wtedy z mężem.

– Przy tym śmietniku?

– W domu. W mieszkaniu, w łóżku... Oglądaliśmy film.

– Jaki film?

– Serial.

– W publicznej, czy w komercyjnej z reklamami?

– A jakie to ma znaczenie?

– To ja tutej zadaję pytania i ja decyduję, co ma znaczenie – powiedziała stanowczo panna Marple.

– Nie wierzę. Nie wierzę, że mówi to pani serio. Co to za śledztwo? Pani sobie żartuje, prawda? Jest pani z administracji, czy z CIA? Jeśli mamy jakieś niedopłaty, proszę powiedzieć, ile. – Żona Maksymiliana podniosła głos o ćwierć oktawy.

– Nie żartuję. W publicznej czy z reklamami?

– Dwieście, trzysta? Proszę powiedzieć, jeszcze dziś zapłacę i po sprawie, agentko Mulder.

– Obawiam się, że dużo więcej. Usunięcie tego ohydnego napisu będzie państwa kosztowało dużo więcej.

– Już pani powiedziałam, że mój mąż nie ma z tym nic wspólnego. Oglądaliśmy serial, więc to nie on, to wszystko.

– Może była przerwa na reklamy i wtedy się wymknął i zasprejował śmietnik tym napisem?

– Nie było żadnej przerwy na reklamy. Nie było żadnego zasprejowania.

– Było.

– Pani Magdo...

– Marto.

– Przepraszam, pani Marto, jesteśmy dorosłymi ludźmi. Musi pani wiedzieć, że mój mąż jest najbardziej leniwym człowiekiem, jaki szura nogami po tej ziemi. Nawet kiedy rozwiąże mu się sznurówka, nie zada sobie trudu, żeby ją zawiązać. Woli wyrżnąć twarzą o bruk, niż się schylić.

– Może powinna mu pani kupywać mokasyny?

– To tylko taki przykład z tymi sznurówkami. Mój małżonek jest zbyt leniwy, żeby pójść do sklepu po jakiś sprej. Nawet gdyby poszedł, straciłby cały dzień i wróciłby z niczym, znam go. Najpierw by się tygodniami zastanawiał, jaki sprej wybrać, potem wytypowałby najtańsze sklepy w okolicy i zaczął objeżdżać wszystkie supermarkety, żeby porównać ceny, bo nie znosi przepłacać, a w internecie nie kupuje, bo jest z natury nieufny. W końcu wróciłby do sklepu, w którym sprzedają najtańsze spreje na świecie, ale to też nie byłby jeszcze koniec. Już go widzę, jak stoi przed półką ze sprejami i zaczyna się zastanawiać, jaki wybrać kolor: żółty czy niebieski? Żółty czy niebieski? Żółty czy niebieski? I tak godzinami. Bo może jednak żółty, a może jednak niebieski, rozumie pani?

– Ale w końcu wybrał zielony.

– No dobrze, jeśli mi pani nie wierzy, zejdźmy na dół, popatrzę na ten napis i powiem pani, czy to jego charakter pisma.

– Może jeszcze grafologa sprowadzimy, a najlepiej dwóch, żeby nie było podejrzeń co do niezawisłości? Ha, ha, ha! Bez żartów, no naprawdę. Poza tym tego napisu już od dawna nie ma. Kazałam go zamalować mojemu szwagrowi, który jest u nas na osiedlu złotą rączką, jak pewno pani dobrze wie. Zna pani męża mojej siostry bliźniaczki, prawda? No więc kazałam Tomkowi, mojemu szwagrowi, to zamalować. Czy wyobraża sobie pani, że ja bym pozwoliła, iżby taki świński, chamski napis kłuł od samego rana w oczy mieszkańców, zwłaszcza małoletnich? Napis zniknął ponad półtora godziny temu. Muszę dbać o przyzwoitość i dobre samopoczucie. To porządne osiedle, że przypomnę.

– Skoro nie ma już tego napisu, to po kłopocie.

– O nie! Ktoś musi zapłacić za zmycie farby. Niech się mąż przyzna i wtedy to dopiero będzie po kłopocie.

– Nie ma pani dowodów, że to mój mąż.

– Ale mam świadka.

– Mój mąż też ma świadka. Ufa pani bardziej jakiejś niani niż mi, mnie? Jak się mówi, mi czy mnie w takiej sytuacji? Dobrze pani wie, jakie są nianie. I zdaje sobie pani sprawę, że nienawidzą mojego męża, bo on im zwraca uwagę na niewłaściwe zachowanie. Poza tym już pani powiedziałam, że oglądaliśmy serial w tym czasie, w którym rzekomo ta niania, swoją drogą chciałabym się dowiedzieć, która to, widziała tego kogoś...

– Pani męża. Mówi, iż widziała pani męża, że przypomnę. Dobra ta woda. Niby gazowana, a dobra. Nie powinniście państwo pić gazowanej, strasznie szkodzi na jelita – zmieniła temat kobieta z administracji, odstawiając szklankę. – I proszę przypomnieć mężowi, żeby nie wrzucał puszek do kontenera ze szkłem. Nie raz, nie dwa zwróciłam mu już uwagę, ale nie pomogło. A to są kary, proszę panią, to są koszty. Dodatkowe koszty, które wszyscy musimy ponosić. Nie mówiąc już o ekologii. I to dopiero jest, jak się pani wyraziła, niewłaściwe zachowanie. Mogę się trochę rozejrzeć po mieszkaniu?

– Wolałabym nie. Chyba że ma pani nakaz, ha, ha! A co do śmieci – mój mąż je segreguje. I na pewno nie pisze głupot sprejem.

– To się jeszcze okaże, kiedy wszystko wyjdzie na jaw. A propos: czy to prawda, że pani mąż chodzi po domu z pistoletem na wierzchu?

Rozdział trzeci

W tej samej chwili, w której osiedlowa panna Marple dopija drugą szklankę wody, unosimy się nad osiedlem Lazur III. Szybując nad miastem w kierunku północnym (prędkość wiatru cztery metry na sekundę, temperatura dwadzieścia stopni Celsjusza, wilgotność powietrza siedemdziesiąt siedem procent, więc śmiało rozwińmy skrzydła), dotrzemy nad Starówkę. Możemy zawisnąć nad dachami jak wrona, anioł, satelita szpiegowski albo cholerny wszechwiedzący narrator i obserwować wszystko z góry, ale lepiej wylądować na skrzyżowaniu Miodowej i Długiej, usiąść na ławce pod kościołem, zapalić papierosa i spokojnie się przyglądać.

Oto sam środek Wielkiego Dziania Się.

Na postoju naprzeciwko kościoła trzej taksówkarze oparci o zdezelowaną toyotę avensis w kolorze buraka pastewnego wymieniają uwagi o dominantach przestrzennych telewizyjnej pogodynki.

– Za chuda jest, żeby były prawdziwe, mówię wam, raz ją wiezłem, ze dwa lata temu, wtedy miała mniejsze – mówi Brzuchaty.

– To nie dziwota, dzisiej jak chcesz pracować w telewizji, musisz se zrobić silikony – zauważa roztropnie Kurdupel w kamizelce wędkarza.

Brzuchaty przeczesuje kilka ostatnich włosów.

– Wszystko po to, żebyś się nie gapił na te popieprzone mapki, temperatury i ciśnienia, tylko na te jej balony. Wtedy nie pamiętasz, jaka ma być jutro pogoda, bo myślisz o cycach, i wtedy taka jedna cizia z drugą może ci podać prognozę dla Egiptu, a ty się i tak nie połapiesz – mówi.

– No – przytakuje Kurdupel. – To by się zgadzało. Tylko że czasami pogodę zapowiada facet.

Brzuchaty długo się nie namyśla:

– Prawdziwy facet z krwi i kości nie może robić jako pogodynka. Ale nawet jak już jakiś robi, to też go przeszkolą, jak zachachmęcić. Włoży taki czapkę Mikołaja albo kombinezon kosmonauty, żeby oglądalność była, i też już nic nie pamiętasz, tylko ten kombinezon.

Kurdupel na to:

– No.

A Brzuchaty:

– Wczorej też mówiła, że będzie padało, a tu słoneczko jak malowane, ja pierdolę. I miało być dwanaście stopni, a jest dwadzieścia. Myśli, że jak ma balony jak arbuzy, to może kłamać, ile wlezie.

Kurdupel udaje, że się zastanawia.

– Ja to kupuję. Pogoda tak się popieprzyła przez ten ozon w niebie, że nawet sam Einstein by się nie połapał. Wszystko się popieprzyło – mówi.