Muskając aksamit - Sarah Waters - ebook
lub
Opis

Anglia, schyłek XIX wieku. W uporządkowane życie Nancy Astley, córki sprzedawcy ostryg, niespodziewanie wkracza Kitty Butler, gwiazda wodewilu. W pogoni za marzeniami Nancy opuszcza rodzinną miejscowość i wraz z nową przyjaciółką wyrusza na podbój Londynu, gdzie wkrótce sama staje na scenie... 

Muskając aksamit” to historia o poszukiwaniu – miłości, szczęścia i tożsamości, również seksualnej. Ma ono wymiar uniwersalny: po drodze Nancy dozna wielu upokorzeń, straci niewinność, lecz zyska wgląd we własną duszę oraz świadomość swoich potrzeb i pragnień, co pozwoli jej wreszcie odnaleźć szczęście. Jest to również wspaniała powieść historyczna; autorka z niezwykłą dbałością o szczegóły przedstawia społeczne tło epoki oraz mentalność ludzi, których przysłowiowa wręcz pruderia skrywała perwersyjne skłonności.

Najważniejszy debiut od czasów Jeanette Winterson. 
„Daily Telegraph” 

Zachwycająca książka, która stworzyła nowe standardy dla historycznej powieści lesbijskiej. 
Emma Donoghue 

Thriller pierwszej klasy! 
„Sunday Express”

Bardzo ciekawa… napisana z pasją. 
„The New York Times Book Review”

Sarah Waters (ur. 1966) – popularna i wielokrotnie nagradzane brytyjska pisarka, autorka znanych na całym świecie powieści historycznych z wątkiem homoerotycznym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 621


Tytuł oryginału

TIPPING THE VELVET

Copyright © Sarah Waters 1998

All rights reserved

Projekt okładki

Anna Pol

Redaktor prowadzący

Anna Czech

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Mariola Będkowska

Ewa Nyk-Głogowska

ISBN 978-83-8097-456-2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali i skomentowali poszczególne szkice „Muskając aksamit”, zwłaszcza Sally O-J, lecz również Margarecie Jolly, Richardowi Shimellowi i Sarze Hopkins. Dziękuję Caroline Halliday, Monice Forty, Judith Skinner i Nicole Pohl, które służyły mi nieocenioną radą i wsparciem zarówno w trakcie pisania, jak i później; dziękuję Sally Abbey, mojej redaktorce w Virago, oraz Judith Murray, mojej agentce. Pragnę też z całego serca podziękować Laurze Gowing, która nauczyła mnie wielu cudownych rzeczy o historii i miłości. Dedykuję jej tę książkę.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ 1

Jedliście kiedyś ostrygi z Whitstable? Jeśli tak, na pewno pamiętacie ich smak. Z niejasnych przyczyn, może za sprawą tutejszej wody, uchodzą za najbardziej soczyste, najsmaczniejsze, a przy tym najdelikatniejsze w całej Anglii. Ostrygi z Whitstable cieszą się ze wszech miar zasłużoną sławą. W beczkach wypełnionych lodem podróżują na stoły Hamburga i Berlina; Francuzi, znani z wybrednego podniebienia, regularnie przepływają po nie przez Kanał. Ba, podobno nawet sam król specjalnie jeździ z panią Keppel do Whitstable, aby raczyć się nimi w prywatnym hotelu, a co do królowej, mówią, że do śmierci spożywała jedną z naszych ostryg dziennie.

Byliście kiedyś w Whitstable i widzieliście tamtejsze gospody z ostrygami? Jedna z nich należy do mojego ojca, tutaj przyszłam na świat. Pamiętacie wąski, pokryty łuszczącą się niebieską farbą, odeskowany budynek w połowie drogi między główną ulicą a portem? Czytaliście zawieszony nad drzwiami wybrzuszony szyld, który głosił, że w środku można zjeść „Ostrygi Astleya, najlepsze w Kent”? A może pchnęliście owe drzwi i znaleźliście się w mrocznym pomieszczeniu z niskim stropem? Przypominacie sobie stoły z obrusami w kratkę, jadłospis wypisany kredą na tablicy, lampy spirytusowe, wilgotne osełki masła?

Czy obsługiwała was figlarna, kędzierzawa dziewczyna o różanych policzkach? To moja siostra Alice. A może dość wysoki, przygarbiony mężczyzna w śnieżnobiałym fartuchu do samej ziemi? To mój ojciec. Czy przez rozkołysane drzwi do kuchni dostrzegliście pochmurną niewiastę w kłębach pary unoszącej się znad rusztu bądź rondla z zupą? To była moja matka.

A może u jej boku stała szczupła, blada dziewczyna o dość przeciętnym wyglądzie, z rękawami sukienki zakasanymi aż po łokcie i mysimi kosmykami bez przerwy wpadającymi do oczu, nucąca pod nosem śpiewkę ulicznego pieśniarza albo musicalową piosenkę?

To byłam ja.

Niczym Molly Malone ze starej ballady sprzedawałam dary morza, gdyż tym właśnie trudnili się moi rodzice. Mieszkaliśmy nad gospodą: byłam dziewczyną od ostryg i przesiąkłam wszystkimi woniami tego fachu. Stawiałam pierwsze kroki dokoła kadzi z ostrygami oraz beczek z lodem; nim dostałam do ręki tabliczkę i kredę, wręczono mi nóż do ostryg i nauczono, jak się nim posługiwać. Na długo przed poznaniem tajników alfabetu umiałam wyrecytować składniki potraw naszej kuchni, po omacku sortować ryby i bezbłędnie wskazywać ich nazwy. Whitstable było dla mnie całym światem, gospoda Astleya ojczyzną, a sok ostryg środowiskiem naturalnym. I choć rychło przestałam wierzyć w opowieść matki, podług której znaleziono mnie w muszli ostrygi i o mało nie padłam ofiarą apetytu żarłocznego klienta, przez osiemnaście lat nie wątpiłam w swoje powołanie i nie wyglądałam poza ojcowską kuchnię w poszukiwaniu innego zajęcia lub miłości.

Wiodłam osobliwe życie, nawet jak na tutejsze obyczaje, lecz nie było ono szczególnie uciążliwe ani trudne. Nasz dzień pracy rozpoczynał się o siódmej i kończył dwanaście godzin później. Zawsze wyglądał tak samo. Matka gotowała, ojciec i Alice obsługiwali gości, a ja siadałam na wysokim stołku obok kadzi z ostrygami, by skrobać, płukać i zawzięcie wywijać nożem. Niektórzy lubią ostrygi na surowo: tutaj zadanie było łatwe, wystarczyło bowiem wybrać tuzin z beczki, opłukać z solanki i ułożyć na talerzu ozdobionym rzeżuchą lub natką pietruszki. Jednakże dogodzenie tym, którzy lubili ostrygi duszone lub zapiekane – tudzież smażone, przyrządzane w muszlach lub w cieście – wymagało większego nakładu starań. Musiałam wówczas otworzyć każdą z nich, oczyścić, a następnie nienaruszoną zanieść do matczynego rondla, tak by nie zmącić jej soku i nie uronić ani kropli. Zważywszy, że talerz pomieści tuzin ostryg, a dania z nich są tanie, w naszej gospodzie zaś w salce przeznaczonej dla pięćdziesięciu osób często brakowało miejsc, nietrudno obliczyć, ile ostryg każdego dnia trafiało pod mój nóż. Możecie sobie również wyobrazić, jak czerwone, obolałe i przeżarte solą były pod wieczór moje ręce. Nawet teraz, ponad dwadzieścia lat po tym, jak odłożyłam nóż do ostryg i na zawsze opuściłam ojcowską kuchnię, na widok beczki handlarza ryb lub na dźwięk jego okrzyku czuję osobliwe rwanie w nadgarstku i palcach. Czasami też mam wrażenie, że pod paznokciem kciuka i w zgięciu dłoni na zawsze pozostała woń solanki.

Wspomniałam, że w moim ówczesnym życiu nie istniało nic prócz ostryg, ale to nie do końca prawda. Miałam przyjaciół i kuzynów, podobnie jak każda dziewczyna z małego miasteczka, pochodząca ze starej, licznej rodziny. Miałam siostrę Alice, moją najdroższą przyjaciółkę, z którą dzieliłam pokój, łóżko oraz wszystkie sekrety. Miałam nawet chłopaka o imieniu Freddy, który wraz z moim bratem Davym i wujem Joe wypływał kutrem na połowy w zatoce Whitstable.

No i miałam słabość – możecie to nazwać zamiłowaniem – do musicalu, a zwłaszcza jego piosenek oraz ich śpiewania. Jeśli odwiedziliście Whitstable, wiecie, że była to pasja raczej nie na miejscu, gdyż nie ma tutaj ani rewii, ani teatru, jedynie samotna latarnia obok hotelu Książę Cumberland i tam okazjonalnie występują przyjezdne trupy, a w sierpniu można oglądać spektakle wędrownego teatru lalek. Lecz Whitstable leży zaledwie kwadrans drogi pociągiem od Canterbury, tam zaś znajdował się miejscowy teatr rewiowy – Palace of Variétés – w którym bilety kosztowały sześć pensów, a przedstawienia trwały trzy godziny i, jak głosiła wieść, nie miały sobie równych w całym hrabstwie Kent.

Teatr był nieduży i dość nędzny, ale w swoich wspomnieniach nadal postrzegam go oczami córki karczmarza: widzę lustrzane ściany, fotele obite czerwonym pluszem oraz pociągnięte złotą farbą gipsowe kupidynki zawieszone nad kurtyną. Podobnie jak w naszej gospodzie, tutaj również unosił się charakterystyczny zapach, zapach drewna, szminki i rozlanego piwa, osobliwa mieszanka woni lamp gazowych, tytoniu oraz pomady. Teraz już wiem, że tak pachną wszystkie rewie. Jako dziewczyna uwielbiałam tę woń bezkrytycznie; potem słyszałam, jak dyrektorzy teatrów i artyści określają ją wonią śmiechu, aromatem owacji. Jeszcze później zaś miałam uznać ją nie za esencję rozrywki, lecz żalu.

Ale po kolei.

Znałam barwy i zapachy teatru w Canterbury lepiej niż jakakolwiek inna dziewczyna, przynajmniej w owym okresie, tego ostatniego lata w rodzinnym domu, gdy skończyłam osiemnaście lat, gdyż pracował tam ukochany Alice, Tony Reeves, który oferował nam miejsca po obniżonych cenach albo za darmo. Tony był bratankiem dyrektora Palace, znanego Tricky’ego Reevesa, dzięki czemu stanowił świetną partię dla Alice. Rodzice początkowo traktowali go nieufnie i uważali za „prędkiego”, ponieważ pracował w teatrze, nosił za uchem cygaro i gładko rozprawiał o kontraktach, Londynie oraz wykwintnych trunkach. Lecz Tony okazał się tak wielkoduszny, szczery i dobrotliwy, iż nie sposób było długo czuć doń antypatię, poza tym tak samo jak poprzedni adoratorzy Alicji uwielbiał moją siostrę i przez wzgląd na nią gotów był przychylić nam wszystkim nieba.

I tak Alice i ja spędzałyśmy sobotnie wieczory na najlepszych i najpopularniejszych przedstawieniach w teatrze. Siadałyśmy, podwijając suknie pod fotele i wyśpiewywałyśmy refreny najweselszych piosenek. Podobnie jak reszta widowni, miałyśmy swoich ulubieńców, artystów, których wywoływałyśmy okrzykami, piosenki, których słuchałyśmy wiele razy dopóty, dopóki gardło szansonistki – gdyż to właśnie występujące kobiety ukochałyśmy najbardziej – nie wyschło na wiór: wówczas solistka milkła i tylko kłaniała się z uśmiechem.

A po skończonym występie, kiedy już zajrzałyśmy na pożegnanie do dusznego pokoiku Tony’ego, za budką biletera, unosiłyśmy ze sobą zasłyszane melodie. Nuciłyśmy je w pociągu do Whitstable; niekiedy dołączali się do nas inni podróżni, wracający z teatru w równie radosnych nastrojach, i śpiewaliśmy wespół. Leżąc w łóżku, powtarzałyśmy szeptem słowa piosenek, śniłyśmy w takt rewiowej muzyki, po czym budziłyśmy się rano z głowami wciąż pełnymi dźwięków. Następnie doprawiałyśmy potrawy szczyptą rewii: Alice pogwizdywała, roznosząc talerze, co niezmiennie wywoływało uśmiech na twarzach gości, a ja, przycupnięta na wysokim stołku obok miski z solanką, śpiewałam nad sprawianymi ostrygami. Matka twierdziła, że sama powinnam wystąpić na scenie.

Ale mówiąc to, wybuchała śmiechem, a ja jej wtórowałam. Dziewczęta, które oglądałam w świetle jupiterów i których piosenek tak chętnie uczyłam się na pamięć, były zupełnie inne niż ja. Bardziej przypominały moją siostrę: miały malinowe usta i roztańczone kędziory, sterczące piersi, łokcie z dołeczkami oraz kostki smukłe i kształtne jak butelki od piwa. Ja byłam wysoka i raczej chuda. Miałam płaską pierś, mysie włosy i oczy o nieokreślonej barwie zbliżonej do błękitu. Mogłam się wprawdzie pochwalić nieskazitelną cerą oraz białymi zębami, co jednak nie uchodziło za szczególne osiągnięcie, przynajmniej w naszej rodzinie, której członkowie jednako spędzali dni w wyziewach solanki, dzięki czemu byli gładcy niczym mątwy.

Nie, to ślicznotki takie jak Alice pląsały po przystrojonej scenie w satynowych spódnicach, w otoczeniu kupidynków; dziewczęta mego pokroju, bezbarwne i anonimowe, musiały pozostać na widowni.

Tak mi się podówczas zdawało.

Opisany przeze mnie tryb życia, polegający na ciągłym sprawianiu, przyrządzaniu i podawaniu ostryg oraz sobotnich eskapadach do teatru, stanowi główną oś moich dziewczęcych wspomnień, choć naturalnie pracowaliśmy tak jedynie jesienią i zimą. Od maja do sierpnia, kiedy nastaje okres godowy, a kutry opuszczają żagle albo wypływają w morze w poszukiwaniu innej zdobyczy, gospody specjalizujące się w daniach z ostryg są zmuszone zmienić jadłospis ewentualnie zamknąć podwoje. Interes ojca, wprawdzie dochodowy od jesieni do wiosny, nie pozwalał na kilkumiesięczne zamknięcie gospody. Niemniej jednak, podobnie jak wiele okolicznych rodzin, których los zależał od morza i jego darów, podczas ciepłych miesięcy odczuwaliśmy znaczną ulgę w dotychczasowych obowiązkach i przechodziliśmy na weselszy, powolniejszy i bardziej swobodny rytm. W gospodzie panował mniejszy ruch. Zamiast ostryg serwowaliśmy kraby, płastugi, skarpy i śledzie, filetowanie zaś było zajęciem bez mała przyjemniejszym niż wieczne skrobanie i łuskanie ostryg w ciągu zimowych miesięcy. Otwieraliśmy na oścież okna i drzwi do kuchni. Nie musieliśmy gotować się żywcem w parze z rondli ani dygotać z zimna przy beczkach z lodem; z zewnątrz napływała chłodna bryza, słyszeliśmy też kojący łopot żagli i zgrzyt podnośników z zatoki Whitstable.

Tamto lato, kiedy skończyłam osiemnaście lat, było ciepłe i w miarę upływu tygodni stawało się jeszcze cieplejsze. Ojciec zostawiał gospodę pod opieką matki, a sam handlował na plaży małżami. Alice i ja mogłyśmy co wieczór jeździć do Canterbury, lecz podobnie jak nikt w lipcu nie miał ochoty na smażoną rybę czy zupę z homara w naszej dusznej gospodzie, tak i my pociłyśmy się i wzdrygały na samą myśl o dwu godzinach spędzonych w blasku rozżarzonych świeczników gazowych na pozbawionej powietrza widowni teatru Tricky’ego Reevesa.

Profesję handlarza ryb i dyrektora rewii łączy więcej podobieństw, niż moglibyście sobie wyobrazić. Kiedy ojciec zmienił asortyment, by dogodzić ospałym i przegrzanym klientom, Tricky uczynił rzecz identyczną. Odprawiwszy połowę zespołu, zatrudnił grupę nowych artystów z Chatham, Margate i Dover, a co najistotniejsze, zawarł jednotygodniowy kontrakt z prawdziwą londyńską gwiazdą: Gullym Sutherlandem, jednym z najlepszych komików w branży, gwarantującym pełną salę nawet w najgorętsze z gorących miesięcy w Kent.

Alice i ja odwiedziłyśmy Palace pierwszego wieczoru występów Gully’ego Sutherlanda. Na mocy porozumienia z bileterką skinęłyśmy jej głowami na powitanie, po czym minąwszy kasę, ruszyłyśmy na poszukiwanie dogodnych miejsc. Zazwyczaj kierowałyśmy się w stronę galerii. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego inni wolą miejsca na parterze; wydawało mi się nienaturalne siadać pod sceną i oglądać artystów z poziomu ich kostek poprzez rozgrzane, falujące powietrze ponad rampą. Z drugiego piętra rozciągał się nieco ciekawszy widok, natomiast galeria, choć położona w pewnym oddaleniu od sceny, moim zdaniem nie miała sobie równych. Szczególnie upatrzyłyśmy sobie dwa miejsca pośrodku pierwszego rzędu. Dawały one poczucie, że człowiek przyszedł nie tylko na przedstawienie, ale do teatru: w dole rysował się kształt sceny oraz łuk widowni; ze zdumieniem patrzyłeś na twarze sąsiadów, wiedząc, że twoja twarz wygląda tak jak ich, oblana poświatą lamp, z widmowym uśmiechem zastygłym na ustach, ponad którymi perliły się krople potu.

Wieczorem podczas pierwszego występu Gully’ego Sutherlanda w Palace of Canterbury panował zaiste piekielny upał. Do tego stopnia, że gdy wraz z Alice wychyliłyśmy się przez barierkę, aby zerknąć w dół na parter, uderzyła nas przenikliwa woń tytoniu i potu, od której zakręciło nam się w głowach. Zgodnie z przewidywaniami stryja Tony’ego, teatr był prawie pełny, choć panowała w nim niespotykana cisza. Ludzie rozmawiali półgłosem albo wcale, energicznie wachlując się kapeluszami bądź programami. Gdy orkiestra odegrała kilka pierwszych tonów uwertury i przygasły światła, wachlowanie nie ustało, lecz nieco zwolniło tempa i widzowie wyprostowali się na fotelach. Znużony szmer przeszedł w ciszę oczekiwania.

Palace był teatrem rewiowym w dość staroświeckim stylu i – podobnie jak wiele tego typu przybytków w latach osiemdziesiątych dziewiętnastego wieku – nadal funkcjonowała w nim instytucja konferansjera. Ową rolę odgrywał oczywiście sam Tricky. Siadał przy stole pomiędzy fotelami a orkiestrą, zapowiadał kolejne numery i nawoływał do spokoju, kiedy gawiedź poczynała sobie zbyt ochoczo, oraz wznosił toasty za zdrowie królowej. Miał na głowie cylinder, w jednej ręce dzierżył młotek (nigdy nie widziałam konferansjera bez młotka), a w drugiej kufel porteru. Na stole stała świeca; zapalano ją na czas występów, po czym gaszono w czasie przerwy i gdy przedstawienie dobiegało końca.

Tricky był niezbyt atrakcyjnym mężczyzną o bardzo przyjemnym głosie, który brzmiał równie melodyjnie i dźwięcznie jak klarnet i był równie miły dla ucha. Owego wieczoru powitał wszystkich zebranych, obiecując im niezapomnianą rozrywkę. Czy mamy płuca? – zapytał. Przygotujmy się, by robić z nich użytek! Mamy nogi i ręce? Będziemy tupać i klaskać ile sił! Mamy boki? Będziemy je zrywać bez opamiętania! Łzy? Wylejemy ich całe wiadra! Oczy?

– Wytrzeszczcie je w zachwycie! Orkiestra! – Uderzył młotkiem w stół. Łup! Płomień świecy podskoczył. – Oferuję wam urzekające i cudowne widowisko. – Ponownie uderzył w stół. – Weseli Randallowie!

Kurtyna zadrżała, a następnie powędrowała w górę. Na scenie ustawiono tło z nadmorskim widoczkiem, na deskach zaś rozsypano prawdziwy piasek, po którym przechadzały się cztery żwawe postaci w odświętnych strojach: dwie damy – ciemno- i jasnowłosa, z parasolkami, oraz dwóch wysokich dżentelmenów. Jeden z nich miał na szyi zawieszone na pasku ukulele. Zaśpiewali „Wszystkie dziewczęta nad morzem cieszą oko”, bardzo ładnie, potem artysta z ukulele odegrał partię solową, a damy uniosły suknie i zatańczyły na piasku. Nieźle, jak na pierwszy numer. Okrzykami wyraziliśmy uznanie, a Tricky wytwornie podziękował nam za aplauz.

Dalej obejrzeliśmy występy komika, a potem jasnowidza. Była to dama w wieczorowej sukni i rękawiczkach; stała na scenie z opaską na oczach, podczas gdy jej mąż krążył po widowni z tabliczką, namawiając ludzi do zapisywania liczb i nazwisk, które niewiasta miała następnie odgadnąć.

– Wyobraźcie sobie tę liczbę wyrytą w powietrzu ognistymi cyframi – mówił z emfazą mężczyzna – płynącą wprost do umysłu mojej żony. – W skupieniu patrzyliśmy na scenę, gdzie dama zachwiała się z lekka, unosząc ręce do skroni.

– Moc – powiedziała – jest dzisiaj bardzo silna. Ach, czuję, jak płonie!

Po nich wystąpiła trupa akrobatów, trzech mężczyzn w strojach suto zdobionych świecidełkami, którzy wykonywali salta przez obręcze i stawali sobie na ramionach. Gwoździem programu było utworzenie żywej pętli i przetoczenie się po estradzie przy wtórze melodii wygrywanej przez orkiestrę. Nagrodziliśmy ich brawami, ale że zrobiło się za gorąco na akrobacje, przez cały czas trwania numeru można było słyszeć ogólne szurania oraz szepty, kiedy wysyłano boyów z zamówieniami do baru, skąd wracali z butelkami, szklankami i kuflami, które następnie hałaśliwie przekazywano sobie wzdłuż rzędów, ponad głowami, kolanami i łapczywymi dłońmi widzów. Zerknęłam na Alice: wachlowała się kapeluszem i miała bardzo czerwone policzki. Zsunąwszy czepek na tył głowy, wychyliłam się przez barierkę i opierając brodę na rękach, przymknęłam oczy. Usłyszałam, jak Tricky wstaje i wali młotkiem w stół.

– Panie i panowie! – zawołał. – Teraz czeka was mała niespodzianka. Odrobina helegancji i pokaz wykwintnego stylu. Jeśli macie w kieliszkach szampana... – tutaj rozległy się ironiczne wiwaty –...wznieście je do góry. Jeżeli pijecie piwo... cóż, i ono ma bąbelki, czyż nie? Do góry kufle! Nade wszystko zaś podnieście głosy, albowiem przed wami, prosto z teatru Phoenix w Dover, nasz lokalny dandys rodem z Kent, miniaturowy donżuan Faversham... panna Kitty... – Trzask! –...Butler!

Dały się słyszeć niemrawe oklaski oraz kilka ospałych wiwatów. Orkiestra odegrała jakąś skoczną melodię, po czym usłyszałam zgrzyt i szmer podnoszonej kurtyny. Niechętnie uchyliłam powieki, a następnie otworzyłam szeroko oczy i uniosłam głowę, zapominając o upale i zmęczeniu. Ciemności sceny rozpraszał pojedynczy snop różowawego światła, pośrodku którego stała dziewczyna. Natychmiast uznałam, że to najbardziej zachwycająca istota, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się oglądać.

Naturalnie widywaliśmy tu wcześniej kobiety w męskim przebraniu, jednak w roku 1888, w prowincjonalnej rewii, nie było to równie powszechne zjawisko jak dzisiaj. Kiedy pół roku wcześniej Nelly Power odśpiewała przed nami „Ostatniego z dandysów”, nosiła trykoty i miała równo przyciętą grzywkę jak baletnica; aby nadać jej chłopięcy wygląd, ograniczono się tylko do laski i melonika. Kitty Butler zrezygnowała z trykotów i błyskotek. Zgodnie z opisem Tricky’ego prezentowała się niczym elegancki dżentelmen z West Endu. Była ubrana w uszyty na miarę męski garnitur, z mankietami i klapami z błyszczącego jedwabiu. Nosiła różę w butonierce, a z kieszeni wystawały rękawiczki w kolorze lawendy. Spod kamizelki wyglądał gors śnieżnobiałej koszuli z kołnierzem postawionym na dwa cale. Jej szyję zdobiła biała muszka, na głowie zaś miała cylinder. Kiedy go zdjęła, aby z animuszem ukłonić się publiczności i wykrzyknąć „Halo!”, oczom zebranych ukazały się krótko obcięte włosy.

Chyba właśnie jej włosy wywarły na mnie największe wrażenie. Wprawdzie wcześniej widywałam kobiety z równie krótką czupryną, zazwyczaj jednak były to rekonwalescentki, zwolnione więźniarki bądź pensjonariuszki zakładu dla obłąkanych. Lecz żadna z nich nie wyglądała jak Kitty Butler. Jej włosy zdawały się pasować do głowy niczym dzieło zręcznej modystki. Opisałabym je jako brązowe, choć to mało precyzyjne określenie. Miały bowiem odcień brązu, o jakim zwykle słyszy się w piosenkach – orzechowy albo rdzawy. Zbliżony do czekolady, lecz przecież czekolada nie ma połysku, tymczasem włosy Kitty lśniły w blasku lamp niczym tafta. Odrobinę kręciły się na skroniach i nad uszami, a gdy artystka odwróciła głowę, by ponownie włożyć cylinder, zobaczyłam pasek bladej skóry pomiędzy kołnierzem a dołem włosów i, pomimo upału panującego w sali, zadrżałam na całym ciele.

Jednym słowem wyglądała jak piękny chłopiec: twarz o idealnie owalnym kształcie, wielkie oczy ocienione ciemnymi rzęsami oraz pełne, zaróżowione wargi. Jej smukła postać również przypominała chłopięcą, choć charakterystyczne krągłości piersi, brzucha i bioder świadczyły niezbicie, że mieliśmy do czynienia z dziewczyną; po chwili zauważyłam też, że nosiła buty na dwucalowych obcasach. Mimo to chodziła i stała jak chłopak, z szeroko rozstawionymi nogami, dłońmi niedbale wciśniętymi w kieszenie spodni i arogancko przekrzywioną głową, a kiedy śpiewała, jej głos brzmiał czysto i melodyjnie jak głos dorastającego młodzieńca.

Wrażenie okazało się piorunujące. Moi sąsiedzi siedzieli wyprostowani jak struny, wpatrując się w nią roziskrzonym wzrokiem. Miała starannie dobrany repertuar: zaśpiewała „Pijcie, chłopcy!” oraz „Żony i narzeczone”, rozsławione przez artystów pokrojuG.H. Macdermotta, które mogliśmy nucić razem z nią, choć szczególnie ekscytujące było słuchanie tych piosenek w wykonaniu nie mężczyzny, lecz dziewczyny w muszce i spodniach. W przerwach pomiędzy kolejnymi utworami zwracała się poufale do widowni i wymieniała żartobliwe uwagi z Trickym Reevesem. Jej normalny głos brzmiał równie silnie i zdrowo jak śpiew, i tak samo przyjemnie było go słuchać. Niekiedy mówiła z akcentem z nizin społecznych, czasem przybierała teatralnie wytworny ton lub przechodziła na lokalną gwarę.

Występ Kitty Butler nie trwał dłużej niż zwyczajowe piętnaście minut, ale pod koniec wywoływano ją na scenę dwukrotnie. Na zakończenie odśpiewała liryczną balladę o różach i utraconej miłości. W trakcie piosenki zdjęła kapelusz i przycisnęła go do piersi, następnie wyjęła z butonierki różę i uniosła ją do policzka, jak gdyby roniąc łzy. Sala, ogarnięta współczuciem, wydała z siebie potężne, zbiorowe westchnienie i wszyscy jak jeden mąż przygryźli wargi, ujęci tą nieoczekiwaną zmianą nastroju.

Naraz Kitty uniosła wzrok, zerkając na nas spod oka: wówczas zobaczyłyśmy, że wcale nie płacze, tylko uśmiecha się skrycie, po czym mrugnęła zawadiacko. Następnie żwawo przeszła na skraj sceny i przystanęła, wypatrując najładniejszej dziewczyny. Wreszcie podniosła rękę: róża pofrunęła w powietrze ponad orkiestrą i przeciąwszy snop świateł, wylądowała na kolanach wybranki.

Widzów ogarnął zbiorowy szał. Krzyczeliśmy i tupaliśmy, podczas gdy ona szarmancko uchyliła kapelusza i opuściła scenę. Wołaliśmy, ale bisów nie było. Kurtyna opadła, orkiestra nadal coś grała, a Tricky uderzył swoim młotkiem w stół i zdmuchnął świecę. Nadeszła pora na przerwę.

Wytężyłam wzrok, próbując dojrzeć dziewczynę, która dostała kwiatek. Taki podarunek z rąk Kitty Butler urósł w moich oczach do rangi największego wyróżnienia.

Podobnie jak reszta publiczności przyjechałam do teatru, aby obejrzeć popisy Gully’ego Sutherlanda, kiedy jednak wreszcie stanął przed nami, ocierając czoło wielką chustką w grochy i utyskując na kanterberyjski skwar, a następnie doprowadził widownię do spazmów wesołości repertuarem min oraz komicznych przyśpiewek, nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia. Marzyłam, by panna Butler ponownie zjawiła się na scenie, i mierząc nas uroczym, aroganckim spojrzeniem, zaśpiewała o szampanie oraz wyścigach. Owa myśl nie dawała mi spokoju. Wreszcie Alice, która zaśmiewała się z wygłupów Gully’ego równie głośno jak pozostali, zwróciła wzrok w moją stronę.

– Co z tobą? – szepnęła mi do ucha.

– Strasznie tu gorąco – odpowiedziałam. – Idę na dół. – I gdy Alice pozostała na miejscu z zamiarem obejrzenia występów do końca, ja powoli zeszłam do pustego westybulu, gdzie studząc rozpalone czoło o szklane drzwi, ponownie zanuciłam pod nosem „Żony i narzeczone”.

Wkrótce dobiegły mnie okrzyki i odgłosy tupania oznaczające koniec numeru Gully’ego, po chwili też zjawiła się Alice. Nadal wachlowała się kapeluszem, zdmuchując z różowych policzków zwilgotniałe loki.

– Zajrzyjmy do Tony’ego – powiedziała, puszczając oko. Poszłam za nią, po czym ospale przycupnęłam na krześle za biurkiem, podczas gdy Tony obejmował moją siostrę. Nastąpiła wymiana zdań na temat pana Sutherlanda i jego chustki.

– A co myślicie o Kitty Butler, hę? – zapytał nagle Tony. – Czyż nie jest wyborna? Jeśli na dobre przypadnie widzom do gustu, założę się, że stryj przedłuży jej kontrakt aż do świąt.

Natychmiast przestałam się wiercić.

– To najlepszy numer, jaki kiedykolwiek widziałam! – zawołałam. – Tricky byłby głupcem, pozwalając jej odejść, przekaż mu to ode mnie.

Tony zapewnił ze śmiechem, że nie omieszka tego uczynić; z tymi słowy mrugnął do Alice, wpatrzony z cielęcym zachwytem w jej śliczną twarzyczkę.

Z westchnieniem odwróciłam wzrok, mówiąc szczerze:

– Ach, jakżebym chciała jeszcze raz zobaczyć ją na scenie!

– I zobaczysz – odrzekła Alice. – W sobotę. – W sobotę planowaliśmy przyjechać tu całą rodziną, ojciec, matka, Davy, Fred i reszta.

– Wiem – odrzekłam, bawiąc się rękawiczką. – Ale do soboty jeszcze tak daleko…

Tony ponownie wybuchnął śmiechem.

– Ejże, Nance, kto powiedział, że musisz czekać aż tak długo? Jeżeli o mnie chodzi, możesz przyjść jutro, jeśli chcesz, a nawet pojutrze. A gdyby zabrakło dla ciebie miejsca na galerii, posadzimy cię w loży z boku sceny, skąd będziesz mogła podziwiać pannę Butler ile dusza zapragnie!

Jestem pewna, że chciał po prostu zaimponować mojej siostrze, lecz mimo to serce podskoczyło mi w piersi.

– Och, Tony, mówisz poważnie? – zapytałam.

– A jakże!

– W loży, naprawdę?

– Czemu nie? Tak między nami, zwykle rezerwujemy te miejsca dla rodziny Woodów oraz państwa Plushów. Jak już tam usiądziesz, dopilnuj, żeby wszyscy cię zauważyli; niech zazdroszczą, a co!

– Uważaj, bo jeszcze Nancy wpadnie w pychę – ostrzegła Alice. – Nie możemy do tego dopuścić. – A gdy Tony mocniej ścisnął jej kibić i spróbował skraść całusa, wybuchnęła śmiechem.

Samotna wyprawa na rewię zapewne mogłaby okazać się kłopotliwa dla dziewczyny z miasta, ale w Whitstable obowiązywały nieco inne obyczaje. Kiedy następnego dnia poruszyłam ten temat, matka tylko zmarszczyła brwi i cmoknęła pod nosem. Alice oświadczyła ze śmiechem, że chyba postradałam zmysły: ona bynajmniej nie miała zamiaru pocić się cały wieczór dla dziewczyny w spodniach, której piosenek wysłuchałyśmy nie dalej niż wczoraj.

Nie kryjąc oburzenia, odczułam jednak cichą ulgę, że tym razem dostąpię tej przyjemności bez świadków. I skrycie radowałam się na myśl o obietnicy Tony’ego. Dzień wcześniej miałam na sobie zwykłą sukienkę, dzisiaj jednak – interes nie szedł najlepiej i ojciec pozwolił nam zamknąć o szóstej – wyjęłam z szafy niedzielny ubiór, który przeważnie wkładałam na spacery z Freddym. Kiedy odświętnie wystrojona zeszłam na dół, Davy gwizdnął, a w pociągu znalazło się kilku mężczyzn skorych podchwycić mój wzrok. Lecz ja nie uznałam ich za godnych mojej uwagi, przynajmniej nie wtedy. W teatrze jak zwykle skinęłam głową bileterce, po czym zasiadłam na złoconym fotelu obitym czerwonym pluszem, pozostawiając swe dawne miejsce jakiemuś zgrzanemu nieszczęśnikowi. I tkwiłam tam wystawiona na pastwę ospałych, zaciekawionych tudzież zawistnych spojrzeń tłumnie zebranej gawiedzi, podczas gdy Weseli Randallowie dwoili się i troili, komik sypał dowcipami jak z rękawa, jasnowidząca chwiała się na scenie, a akrobaci wyczyniali dzikie harce.

Wreszcie Tricky ponownie zapowiedział naszego lokalnego dandysa… i wstrzymałam oddech.

Kiedy tym razem zawołała „Halo!”, tłum odpowiedział jej rozgłośnym, potężnym rykiem: w okolicy musiała roznieść się wieść o jej talencie. Widziałam ją nieco z boku, lecz gdy podchodziła na skraj sceny, zdawała się stąpać lżejszym krokiem, jak gdyby podziw publiczności dodał jej skrzydeł. Siedziałam wychylona do przodu, zaciskając palce na aksamitnym obiciu. Loże w Palace znajdowały się w niewielkiej odległości od sceny, przez co dzieliło nas niespełna dwadzieścia stóp. Podziwiałam szczegóły kostiumu Kitty – łańcuszek od zegarka przy kieszonce kamizelki, srebrne spinki do mankietów – które umknęły mojej uwagi poprzedniego wieczoru.

Miałam też okazję uważniej przyjrzeć się jej twarzy. Zobaczyłam uszy, małe i nieprzekłute. Usta – dla wzmocnionego efektu pociągnięte karminową szminką. Białe zęby i oczy, brązowe jak czekolada, tak jak włosy.

Ponieważ wiedziałam, czego się spodziewać – i ponieważ skupiłam się raczej na obserwacji artystki niż słuchaniu piosenek – występ Kitty Butler zdawał się trwać nie dłużej niż chwilkę. Ponownie wywołano ją na scenę i ponownie zaśpiewała na pożegnanie sentymentalną balladę. Tym razem dostrzegłam, kto złapał różę: dziewczyna w trzecim rzędzie, szczęściara w słomkowym kapeluszu ozdobionym piórami, ubrana w żółtą, satynową sukienkę odsłaniającą ramiona. Urocza nieznajoma, którą znienawidziłam w mgnieniu oka, choć nigdy przedtem jej nie widziałam!

Z powrotem przeniosłam oczy na Kitty Butler. Stała z uniesionym cylindrem, gotowa zgiąć się w ostatnim ukłonie. Spójrz na mnie, pomyślałam. Spójrz! Zgodnie z zaleceniem męża jasnowidzącej, wyryłam te słowa szkarłatnymi literami i posłałam w kierunku artystki. Spójrz tutaj!

Odwróciła się, obrzucając mnie przelotnym spojrzeniem, jakby odnotowała czyjąś obecność w pustej poprzedniego dnia loży. Następnie zanurkowała pod opadającą kurtyną i znikła.

Tricky zdmuchnął świecę.

– I co? – spytała mnie Alice po powrocie do domu. – Jak zaprezentowała się dzisiaj Kitty Butler?

– Pewnie tak samo jak wczoraj – wtrącił ojciec.

– A właśnie że nie – odparłam, ściągając rękawiczki. – Była jeszcze lepsza.

– Lepsza, a to ci dopiero! Jeśli tak dalej pójdzie, ciekawe, co będzie w sobotę!

Alice popatrzyła na mnie, z trudem powstrzymując uśmiech.

– Dasz radę wytrzymać do soboty, Nancy? – zapytała.

– Pewnie bym dała – odpowiedziałam z pozorną obojętnością. – Ale nie jestem pewna, czy chcę. – Zwróciłam się do matki, która szyła przy dogasającym kominku. – Nie będzie mama miała nic przeciwko temu – rzuciłam lekkim tonem – jeśli jutro znowu pojadę do Canterbury?

– Znowu? – powtórzyli wszyscy z rozbawieniem.

Uparcie spoglądałam na matkę. Uniosła głowę i utkwiła we mnie wzrok, nieznacznie marszcząc brwi.

– Nie widzę przeszkód – odrzekła z wolna. – Ale Nancy, tyle fatygi dla jednego numeru… Na dodatek sama. Czy nie mogłabyś jechać z Fredem?

Fred był ostatnią osobą, która mogła mi towarzyszyć podczas występu Kitty Butler.

– Och, on nie chciałby tego oglądać! – zapewniłam. – Nie, pojadę sama. – Oznajmiłam to raczej stanowczo, tak jakby codzienna wyprawa do Palace stanowiła obowiązek, który postanowiłam spełnić, wielkodusznie wyrzekając się skarg.

Zapadła chwila niezręcznej ciszy.

– Dziwna jesteś, Nancy – powiedział wreszcie ojciec. – Jechać do Canterbury w taki upał… i nie czekać nawet na występ Gully’ego Sutherlanda!

Zakłopotanie minęło; wszyscy zgodnie wybuchnęli śmiechem i rozmowa zeszła na inne tematy.

Kiedy jednak ponownie wróciłam z Canterbury i obwieściłam zamiar udania się tam czwarty, a potem piąty raz, napotkałam kolejną falę niedowierzania i uśmiechów. Wujek Joe akurat wpadł z wizytą: właśnie nalewał sobie ostrożnie piwo do kufla, kiedy ogólna wesołość kazała mu unieść głowę.

– Co się stało? – zapytał.

– Nancy zadurzyła się w Kitty Butler z rewii! – zawołał Davy. – Proszę sobie wyobrazić, wujku Joe: zakochana w dandysie!

– Przymknij się! – fuknęłam.

Matka spojrzała na mnie ostro.

– Sama się przymknij, jeśli łaska, młoda damo.

Wuj Joe pociągnął łyk piwa, po czym oblizał pianę z wąsów.

– Kitty Butler? – powtórzył. – To ta dziewczyna, która przebiera się za mężczyznę, prawda? – Zrobił śmieszną minę. – Ejże, Nancy, rzeczywistość ci nie wystarcza?

Ojciec nachylił się w jego stronę.

– Cóż, podobno chodzi o Kitty Butler – powiedział. – Ale jeśli chcesz znać moje zdanie… – tutaj mrugnął i potarł nos – …uważam, że wpadł jej w oko raczej jakiś chłopak z orkiestry…

– Aha – rzucił znacząco wujek Joe. – Miejmy nadzieję, że biedny Frederick nic nie podejrzewa…

Wszyscy spojrzeli na mnie i poczerwieniałam, jakby na potwierdzenie ojcowskich słów. Davy prychnął, a matka wyraźnie się rozchmurzyła. Mogli sobie myśleć, co chcieli: milczałam jak zaklęta. I podobnie jak poprzednim razem, towarzystwo wkrótce zaczęło rozmawiać o czym innym.

Rodzicom i bratu mogłam bez trudu zamydlić oczy, lecz Alice czytała we mnie jak w otwartej książce.

– Naprawdę upatrzyłaś sobie jakiegoś chłopaka w Palace? – zapytała, kiedy wszyscy poszli spać.

– Oczywiście, że nie – odrzekłam cicho.

– Czyli jedziesz po prostu zobaczyć pannę Butler?

– Tak.

Zapadła cisza przerywana odległym zgrzytem kół i stukaniem końskich kopyt na głównej ulicy oraz cichym szumem fal rozbijających się o kamieniste wybrzeże zatoki. Zgasiłyśmy świecę, nie zamykając okna. W świetle gwiazd zobaczyłam, że Alice leży z otwartymi oczami. Spoglądała na mnie na poły z niesmakiem, na poły z rozbawieniem.

– Ona ci się podoba, prawda? – zapytała.

Odwróciłam głowę, zrazu wzbraniając się przed odpowiedzią. Wreszcie przemówiłam, kierując słowa nie do siostry, lecz w przestrzeń.

– Gdy na nią patrzę – zaczęłam – to... sama nie wiem. To nie do opisania. Całkiem jakby coś we mnie wzbierało jak wino w kieliszku. Oglądam numery poprzedzające jej występ i nic dla mnie nie znaczą. Potem ona wychodzi na scenę i... jest taka śliczna, ma taki ładny strój, jej głos brzmi tak słodko... Mam ochotę zarazem śmiać się i płakać. Aż boli tu, w środku. – Położyłam rękę na piersi. – Nigdy nie widziałam takiej dziewczyny. Nie miałam pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje... – Głos mi zadrżał, a następnie uwiązł w gardle.

Ponownie zapadła cisza. Otworzyłam oczy, spojrzałam na Alice i natychmiast zrozumiałam, że nie powinnam była tego mówić, tylko postąpić z nią podobnie jak z resztą rodziny. Wyraz jej twarzy tym razem nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości: dostrzegłam na obliczu siostry mieszaninę szoku, wzburzenia oraz wstydu czy też zakłopotania. Powiedziałam zbyt wiele. Czułam się, jakby fascynacja osobą Kitty Butler rozpaliła we mnie pochodnię, a otwarte nieopatrznie usta uwolniły snop blasku, oświetlając pokój.

Jednakże miałam do wyboru: powiedzieć za dużo albo nie rzec nic.

Alice przez chwilę wytrzymała moje spojrzenie, a następnie uciekła oczami w bok. Bez słowa odwróciła się do ściany.

CIĄG DALSZY DOSTEPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI