Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 326 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Murzynek B. - Artur Daniel Liskowacki

„Murzynek B.” Artura Daniela Liskowackiego, autora głośnych powieści „Eine kleine” i „Mariasz”, to groteskowa antyczytanka, która bezbłędnie trafia w polskie strachy i paranoje.

B. to chłopak z blokowiska w jednym z polskich miast, które kiedyś polskie nie były. Ma prawie tyle lat, ile wolność jego kraju. Ale choć jest u siebie, nie może czuć się swobodnie. Wyróżniają go talent muzyczny i... kolor skóry. Tego drugiego nie ukryje. Więc ma przechlapane. Zwłaszcza gdy na lekcji polskiego przychodzi czas na lekturę znanego wierszyka o Murzynku Bambo. Matka B. zostaje nawet wezwana do szkoły na konsultacje, czy syn powinien w tych zajęciach uczestniczyć.

Coraz starszy B. nieustannie boryka się z przesądami, arogancją i bezczelnością, ucieka przed przemocą. Nadejdzie jednak moment, gdy ucieczka zmieni się w walkę, a B. będzie musiał skonfrontować swą tożsamość z demonami rodzimej i... rodzinnej historii.

Liskowacki portretuje nasz narodowy kolonializm osiedlowy, ale ukazuje też zmienność ról prześladowcy i ofiary, wieloznaczność kulturowych masek i pułapkę wszelkich etnicznych czy narodowych stereotypów. Mocna powieść, finezyjna i przenikliwa.

Opinie o ebooku Murzynek B. - Artur Daniel Liskowacki

Fragment ebooka Murzynek B. - Artur Daniel Liskowacki

Redaktor prowadzący: Dariusz Sośnicki

Redakcja: Marianna Sokołowska

Korekta: Małgorzata Denys,

Katarzyna Humeniuk

Redakcja techniczna: Anna Gajewska

Projekt okładki wraz z ilustracją i stron tytułowych:

Karolina Michałowska, www.360stopni.com.pl

Fotografia autora: © Konrad Liskowacki

Skład i łamanie: Tekst – Małgorzata Krzywicka,

Piaseczno, Żółkiewskiego 7a

Wydawnictwo W.A.B.

02-386 Warszawa, ul. Usypiskowa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-302-3

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2011

Wydanie I

Warszawa 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Konradowi

Motto

Czy Murzyn może odmienić swoją skórę,

a pantera swoje pręgi?

Biblia Warszawska, Księga Jaremiasza 13, 23

Gromada kilkuletnich żywych czekoladek

gaworzy po polsku jak najęta.

Arkady Radosław Fiedler,Wabiła nas Afryka Zachodnia

1

Murzynek Bambo w Afryce mieszka,

Czarną ma skórę ten nasz koleżka.

Nasłuchiwał.

Nic, może tylko szelest deszczu w koronach drzew. W koronach. Powtórzył zaskoczony, że słowo takie, wysokie, ale słowa też nie usłyszał.

Noc, wilgoć, pulsowanie światła. Ale tylko latarni, bo okna wokół ciemne, jakby na wszystkie spuszczono czarne rolety. Murek wokół skweru, mokre samochody ustawione ciasno, jeden za drugim. Ale żadnego człowieka. Nikogo.

Przebiegł przez ulicę, wtulając głowę w ramiona, choć nie czuł zimna, a i nikt nie patrzył. Kilka schodków, szybki marsz żwirową ścieżką. Zapachniało wodą. Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć prętów ogradzających basen, ale cofnął ją zaraz. Spojrzał jednak; światło padało na wodę tak, że nie było jej widać.

Drgnął, tknięty myślą, że na podeście wiodącym do ciężkich obrotowych drzwi stoi ktoś i papierosa pali. Czarny, choć za nim jasno. Bo tam hol i szatnie. A wyżej złote okna. Ale nikt nie stał, tylko cień gałęzi maznął po ścianie i zamarł. Wciąż było cicho.

Mimo to zawahał się, iść tędy czy bocznym wejściem. Może to podstęp. Bo wieczór, światła, a nikogo. Lepiej bokiem. Przemknął pod ścianą, obok gablot oszklonych mgiełką deszczu, skręcił. Boczne wejście było uchylone, zza drzwi smużyło blado. Pewnie portier wyszedł zapalić. I gapi się w dół, ze skarpy, na ciemną rzekę.

Wszedł, nie patrząc na okienko portierni. To, że wciąż nie spotkał nikogo, wydało mu się nagle oczywiste i jakby wpisane w porządek zdarzeń. Wprawdzie był w tym niepokój, ale już nie ten, co jeszcze niedawno kazał mu drżeć, że ktoś go zatrzyma, rozpozna, zawoła innych. Teraz była to myśl, że stanie się tak, ale później, i dopiero wtedy, gdy się już stanie to, po co tu przyszedł.

Inna rzecz, że jeśli ktoś go rozpozna, to jako kogo właściwie.

Minął szatnię, wbiegł po schodach do foyer, skręcił. W prawo od widowni były drzwi. Otworzył je i szedł korytarzem, wzdłuż sceny, z której ani szmeru, przystając przed kolejnymi drzwiami. Uchylał je bez jednego skrzypnięcia i zamykał. Zaglądał do każdej garderoby, jakby się jednak spodziewał, że kogoś zastanie. Nie zastał. Paliły się lampki nad lustrami, czuć było stęchlizną, kurzem, doniczkową ziemią i zetlałymi perfumami.

Przeszedł do końca korytarza i wrócił, bardziej zniecierpliwiony niż rozczarowany. Teraz za każdym razem wchodził do środka, wysuwał szuflady stolików i toaletek, otwierał szafy, grzebał. Nic. Tylko z kieszeni kąpielowego szlafroka, wiszącego w garderobie na końcu korytarza, wyjął szminkę. Prawie zużytą, karminową, do ust.

To niemożliwe, pomyślał, to nie może być prawda. Przecież to wszystko już się stało.

Raz jeszcze wysunął szufladę w stoliku pod lustrem. Muszą tam być. I były. Tuby, tubki, palety po sześć, po dwanaście, szesnaście. Słoiczki, pojemniczki, gąbki, pędzelki, waciki, kredki. Butelki, buteleczki, puderniczki i pudełeczka z puszkiem do pudru.

Patrzył, nie dotykając jeszcze. Ale i bez strachu, czy da sobie radę. Bo jak ma jej sobie nie dać.

Usiadł na krześle przed lustrem. Patrzył przed siebie, ale myślał o czymś innym. Musiało być tak, jak należy. Dokładnie. Wstał i podszedł do umywalki koło okna. Umył starannie twarz, wytarł ją wiszącym obok szlafroka ręcznikiem. Ręcznik też było czuć doniczkową ziemią. Ziemią z mlekiem, pomyślał. Prawie z uśmiechem. Ale nigdzie nie widział żadnej doniczki z paprocią czy inną palmą, a choćby z niedopałkami papierosów.

A potem znów usiadł na wprost lustra. I zaczął robić to, po co tu przyszedł. Pewną ręką, prawie nie patrząc, sięgał do szuflady. Najpierw podkład; od czoła, przez policzki, po szyję. Potem lateksowa gąbka i szminka tłusta, nie wodna, bo trwalsza. Cienko, ale równo, po całej twarzy. Potem delikatnie pudrem, żeby utrwalić. I miękkim pędzlem nadmiar pudru zebrać.

Wszystko robił sprawnie, prawie bezwiednie, jakby pałeczkami paradidle wymiatał, nutki, przednutki, ta da ta ta, da ta da da, i nogą pod stolikiem uruchamiając niewidoczną stopkę. Ale wciąż nie słychać nic, coraz bardziej nic.

Wstrzymał oddech, w nagłym błysku, że coś mu umknęło. Nasłuchiwał. Nic, nawet bicia serca. Wstał powoli, jakby w obawie, że w pośpiechu może to coś zgubić ostatecznie. Ale zaraz się otrząsnął, przynaglony myślą, że już po wszystkim.

Wybiegł na korytarz, zbiegł po schodach. Wciąż nikogo, czuł jednak, że zaraz ktoś się pojawi. W drzwiach, przed nim, jeden, a potem wielu wokół niego, bardzo wielu.

Zdążył, znów stał przed wejściem. Oddychał głęboko, już spokojny. Światło latarni mżyło, wysokie i wilgotne. Uniósł głowę, odchylił, zamknął oczy. W ciemności było wszystko tak jasne, że musiał je znów otworzyć. I wtedy poczuł, że to deszcz. Że to przecież deszcz wciąż pada. Jezu, pomyślał, o Boże, kurwa.

Podniósł ręce i cofnął. I zaraz znów podniósł, przesunął ostrożnie palcami po policzkach. To nie może się stać, pomyślał, przecież to już jest. Przecież to najlepsze szminki. Idealne pokrycie, maksymalna gładkość. Trwałość i odporność na czynniki zewnętrzne. O Boże, Jezu, kurwa mać.

Wyciągnął przed siebie dłonie i obejrzał je w świetle latarni. Nic. Żadnej smugi, plamy. Jeszcze raz, teraz śmielej, przesunął palcami. Znów obejrzał dłonie. To samo.

Poczuł taką ulgę, jakby to był naprawdę początek.

I wtedy usłyszał. Szli ulicą, mówili coś głośno, może wołali. Jeszcze ich nie widział, czekał. Ale zanim ich zobaczył, uświadomił sobie nagle, co mu wtedy umknęło. O czym nie pomyślał. Albo pomyślał, ale nie pamięta. Nie pamięta, czy pomyślał.

Nie pamięta, jaką szminkę położył na twarz. Brązową czy białą. Wolfman, creole brown, ebony, bronze czy white, a może white zombi. A może czarną, hardcorową black, jak pasta do butów.

Zachciało mu się śmiać, i śmiał się. I słyszał to. Tak głośno, że i oni już musieli usłyszeć.

Nasłuchiwał z otwartymi oczami. Nie wiedział, jak długo. Może cały czas. Czas jest zawsze cały, teraz. Tylko jest. Tylko teraz.

I wczoraj jest. Jest cały czas. Ale jutra nie ma.

Murzyńskie myślenie. Oblizał wargi. Ile razy to kiedyś robił, żeby się przekonać, czy są grube. Pełne. Teraz były suche.

To przez te tabletki. Ale dlaczego tak ciemno. Jak w dupie u Murzyna. Nawet nie widać, na co patrzy. Ale patrzy w górę, bo leży. Poruszył prawą ręką, podniósł do czoła, dotknął. Przypomniał mu się ten gest, to ostrożne badanie twarzy. Kretyn. Teraz by nawet nie mógł sprawdzić koloru. Ale śmiech przecież słyszał. Chyba że naprawdę sam się śmiał.

Jak to było w tym dowcipie. Jakiś gość trafia do nieznanego miasteczka, a tam wszystko dla czarnych. Sklepy, restauracje, hotele. Zachciało mu się spać, ale w hotelu nie chcą mu wynająć pokoju. Wyszedł przed hotel, upaćkał się czarną pastą, wraca.

Zaraz, pomyślał, zaraz. A jeśli to nie ja się śmiałem.

Może już tu byli, już są. Uniósł się gwałtownie, usiadł, wzrok przyzwyczajał się do ciemności, lecz za wolno, aby to wystarczyło, gdyby musiało wystarczyć. Wojownik widzi w ciemności. Ciemności nie widzą wojownika.

Prostokąt światła, z lewej strony. Coraz ostrzejszy. Okno. Zamknięte, zaciągnięte rolety. Sam je opuścił, żeby być sam. Murzyn nigdy nie jest sam, kiedy Murzyn jest sam, to nie ma Murzyna. Ale jego właśnie miało nie być. Ma nie być.

Tego Murzyna. W nim. W kim.

Wstał, przysunął się po omacku do okna. Odchylił roletę, słońce błysnęło mocno, boleśnie. Zmrużył oczy. Było tak, jak pamiętał. To pamiętał. Drzewa, brzozy, trawa. Na trawie już trochę liści, białe, żółtawe cętki. Narożnik domu, fragment drewnianego ganku, z opartą o poręcz gołą ramą leżaka. Na balustradce puszka piwa. Pusta. Chyba. Znów oblizał wargi. Ale pusta długo by stać nie mogła. Zwiałoby ją. Więc jest pełna. Albo stoi od niedawna.

Cofnął się odruchowo, lecz wciąż patrzył.

Nie, gdyby tu byli, już by tu byli. Miał jeszcze czas. Żeby tylko rozpocząć odliczanie we właściwym momencie. A wtedy może już ruszyć wszystko to, co się zatrzymało. Ruszy z nim czy bez niego, to nie ma znaczenia. Już nie ma.

Przez odchyloną roletę wsączyło się do środka wystarczająco dużo światła, żeby mógł zobaczyć tapczan przykryty kocem (jeden, więc musiał jej wystarczać, wystarczać obojgu), stolik, krzesło, na nim plecak, przewieszoną przez oparcie kurtkę. Na stoliku stała buteleczka po soku. Bananowym. Tylko taki był czy właśnie taki podała mu kobieta w kiosku przy autobusowym dworcu, gdy nachylił się, na tę kretyńską pigmejską wysokość, na której zawsze są w kioskach okienka, i poprosił cicho, jakby się bał, że są w pobliżu i że usłyszą jego głos, o butelkę soku. Małą butelkę. No to mu dała, mały soczek dla małego Murzynka.

Podszedł do stolika i podniósł butelkę do ust. Musiał ją trzymać dłuższą chwilę, żeby pociekło parę kropli. Ten smak, od którego zawsze go mdliło. Bananowa galaretka w czekoladzie. Banana split. Baby bananas. Najsłodsze.

Miał na imię B. W Afryce wszystko jest na B. Bambus, baobab, bwana kubwa, bibi, banany, busz, bawół, Bamako, bantu, Biafra, Burundi, Burkina Faso, bature, Benin, Bon-żo ludojady, Bokassa, Bum-Drum król i Bumpo książę, Ba-fana Bafana, bonobo szympansy, Bajbus Mądry, też szympans, bona boys, Bambara, babalawo, który cię obroni albo cię zniszczy, Ba, wielki griot, bembe, złoty tron, brak wody, brak cienia i bębny. Bębny, które robią bum-bum.

A najlepsze bum-bum robią bębny z bubingi.

W Afryce, która jest na A, wszystko jest na B, ale on, dziwnym trafem, mieszkał w kraju na P. Który w Afryce i tak nazywał się na B. Bolanda.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego tak postanowił. Przynajmniej sam tego nie wiedział, a może raczej nie wiedział, że wie.

Mówił Barbie, że jest remont, to jest okazja. Nie wypytywała więcej, nie miała w zwyczaju. Zwyczaje Barby były zresztą wtedy i jego zwyczajami. Nie wypytuj więcej, bo i tak dowiesz się mniej.

Dlatego zaraz potem, gdy z jego pokoju wyszli malarze, zostawiając za sobą gryzącą woń farby i papierosów, zaczął tam robie porządki. Takie jak sobie postanowił. Takie, żeby pasowały do koloru ścian. Ściany były teraz białe i miały takie pozostać. Żadnego plakatu. Nawet Keith Moon zwinął się w rulon, mając nadzieję na zmartwychwstanie w kanciapie Maju. Ale najważniejszy był duży karton, do którego powędrowało wszystko, co by może i chciało sobie powędrować. Wachlując się uszami, polewając wodą z trąby, kołysząc na wełnistym garbie parasolką, schylając nad mapą.

Słoń z kauczuku, włóczkowy wielbłąd, plastikowa zebra, pluszowy lew, pożółkły korkowy hełm z rozdartą bladą wyściółką, garść błyszczących muszelek kauri, wyschnięty kokos, maska z pustymi oczami i strzępami szczeciny po bokach, niezbyt różniąca się od kokosa, kilka pocztówek, w tym jedna duża, ukazująca wejście do portu w Lagos, trochę starych książek,Baśnie afrykańskie, Kamil Giżycki,Elza z afrykańskiego buszu, W pustyni i w puszczy, albumSpirit of Africaz rozłażącą się obwolutą, parę folderów niemieckiego biura podróży z umlautami, płowiejącą sawanną i roześmianą pięknością niosącą na głowie kalabasz pełen mango, fioletowe pięć naira z prezydentem Balewa (na B), ale także tekturowe ułańskie czako z odklejającym się srebrnym orzełkiem, zestaw lego z piratami, półtora kilograma komiksów z Asterixem i sinozielony smok w krakusce z czerwonego filcu.

To było nawet dobrze, że wszystko. Żeby nie było widać, że coś. Żeby nic nie było widać, tylko białe ściany. Żeby nic nie wystawało, nie wyłaziło. Żadnego badziewia poupychanego po kątach.

Najgorzej z mapą. Nie mógł jej zmieścić w pudle. Czarne drążki, które ją obejmowały od północy i południa, nie dawały się oderwać od wzmocnionego materiałem kartonu, a nie chciał brać nożyczek czy noża. Za ostro. No to ją, tak samo jak Moona, zrolował. Kolorową mapę Czarnego Lądu.

Przy kolacji rozmawiali, jak teraz swój pokój urządzi Barba. Przekonywał, że u babci Mary może sobie być, jak było, a może i musi, niech zresztą Grzywaczewscy za remont willi płacą, ich stać, ale tam się i tak wszystko zawali, a tu są u siebie, poszły pieniądze, niech będzie widać. Ale Barba powiedziała, że odmalowała dlatego, że było brudno. Nie chciała niczego zmieniać. Półki, srułki, filiżanki, zdjęcia w ramkach i bez ramek, wsunięte za ramkę innych lub za szkło kredensu. A na zdjęciach trochę Barby, jak była młoda, czyli przedwczoraj, i mnóstwo B. Najwięcej B. Wszędzie B.

Chociaż Barba też jest na B. Od początku była na B., przecież dziadek nie mógł wiedzieć, że ta litera to właśnie taka litera.

Ale to B. zaczął tak na nią mówić. Obruszyła się najpierw. Nie mów na mnie Barba, co to ja, Barbi jestem. Nie, powiedział, ty jesteś Barba, bo Barbara to Barba. Nie, zaśmiała się, Barbara to Barbarka, Barbórka. A Barba Streisand, zapytał. Przecież tak się mówi. To znaczy, tak się czyta. Barba. Kto tak mówi, skrzywiła się, tak czyta. Chyba lektorzy na wideo. Śmiali się razem.

Potem się zastanawiał, czy w imieniu, której jej nadał, nie wiedząc jeszcze o niczym, cokolwiek to nic miało znaczyć, nie było już znaku, śladu, echa. Barba jako Yentl na przykład. Przyglądał się jej twarzy, zawsze jasnej, jakby naprawdę białej. Patrzył na nos. I włosy; właściwie jakie ona ma włosy. Jasne, troszkę mysie. Na fotografiach też, mysie włosy w mysie ogonki. Lecz zdjęcia w słońcu, w świetle. Kolor włosów się zresztą zmienia. Można go sobie zmienić. Czasem warto. Czasem trzeba. Kobiety zmieniają i nikt się nie dziwi.

Patrzył tak na nią któregoś razu, kiedy suszyła włosy w łazience, i spotkał w lustrze jej spojrzenie. Nie powinienem tak patrzeć, pomyślał. Właśnie mnie tak nie wolno. Ale wytrzymał jej wzrok i sprawiło mu to nawet pewną przyjemność, aż zniecierpliwiona czy tylko zdziwiona odwróciła się do niego i wycelowała w jego stronę pistoletem suszarki.

Wtedy, przy kolacji, nie myślał o tym i nie śmiali się, ale rozmawiali o różnych nieważnych rzeczach, które były nagle ważne, najważniejsze. B. czuł się wyjątkowo. Jakby nagle o wszystkim zapomniał, a nie wiedział o czym i czy to dobrze, czy źle.

I wtedy ona wyciągnęła rękę, ciepłą jeszcze od kubka z herbatą, i przesunęła nią po jego czole i włosach. Prawie jak ta szkolna pielęgniarka kiedyś. Trzeba porobić trochę nowych zdjęć. Kwadrans życia już masz, powiedziała Barba, warto by uwiecznić.

To znaczy, że życie trwa godzinę, powiedział, sześćdziesiąt minut. Mary ma sporo więcej.

Nie ma jej co zazdrościć, rzuciła z powagą, która nie pasowała do rozmowy.

Po co ci tyle tych moich zdjęć, zapytał, i jeszcze je trzymasz na wierzchu. Spojrzała przelotnie, uśmiechnęła się. Niepotrzebnie to mówił. Od dawna nie było tego tematu. A zdjęcie dziadka masz jedno, powiedział. Tylko to, co na regale. Wzruszyła ramionami. Są chyba jeszcze jakieś, u mamy, czemu pytasz.

Wcale nie pytał. Wolał nie pytać o to, o czym starał się zapomnieć. Wtedy. Wtedy nic go nie obchodziło. Bardzo w to wierzył. Nic.

Więc i to, że B., śliczny B., łypie białymi gałkami oczu z kolorowych fotografii w jej pokoju, jak Murzynek z zegara z wahadłem, widziany kiedyś w telewizji, w jakimś czarno-białym filmie.

W czarno-białym każdemu Murzynkowi jest do twarzy. Kontrasty są ostre. Nic się nie miesza.

Ale wtedy, po remoncie, kiedy spakował swoje pudło, by je wynieść do piwnicy, to również go nie obchodziło.

Był pewien, że jego pokój będzie teraz taki jak on sam. I że to jego pokój upodabnia się do niego. A nie on do pokoju.

B. mieszkał z Barbą na osiedlu średniej wielkości, w dwóch pokojach, na siódmym piętrze. W pogodny dzień było stąd widać stocznię. A nawet port. A za nimi kraj, w którym mieszkał. Bo osiedle, jak i niemal całe miasto, były z tej strony, za rzeką, bliżej innego kraju, a jego kraj też za rzeką, ale z tamtej strony.

Można więc rzec, że B. mieszkał w kraju, lecz trochę za granicą. Bo kraj był za rzeką, a granica nie. I jeszcze istniała, nawet bardzo, gdy osiedle powstało. Ale teraz już nie, a może tylko nie było jej widać.

Za to stoczniowe dźwigi i żółte suwnice, a nocą światełka portu widać było dobrze. Najlepiej z kuchni, jeśli się ominęło wzrokiem dom naprzeciw i miało trochę wyobraźni. Choć B. wolał uważać, że jej nie ma. Wyobraź sobie, słyszał często. Nic sobie nie będę wyobrażał, odpowiadał szybko, zbyt szybko i za głośno, jak na opinię, że jest skryty i nieśmiały. Potem zaczęto nazywać to bezczelnością i arogancją. Ale zawsze miał wrażenie, że go chcą złapać. Na tę wyobraźnię. Na tym, że nagle mu odbiją jakieś baśnie spod palmy, że zacznie lać exotic mix.

Ojciec B. miał na imię Anthony Onouora, bo miał dwa imiona. Chociaż żadne nie było na B.

Wyobraźnia by się jednak B. przydała. Przy patrzeniu. Bo na przykład tam, gdzie była stocznia, od jakiegoś czasu już jej nie było. A jego ojciec wciąż miał na zdjęciu dwadzieścia kilka lat.

Tylko Maju to zdjęcie widział, a kiedy zobaczył, to prychnął po swojemu, samym nosem, jakby się chciał wysmarkać, i powiedział, że właściwie nie wiadomo, ile Anthony Onouora ma na tej fotce lat, u Murzyna nie poznasz. (Ty, słuchaj, a jak się właściwie pisze Murzyn. Z dużej czy z małej. Wiem, z dużej to na przykład Murzyni mają poczucie rytmu, Murzyn jest kobietą świata i takie tam, ale że ciemno jak u Murzyna, to też z dużej czy jak). Podobno Oli, jak zaczynał u nas grac w kadrze, miał trzydzieści z hakiem, a mówili wtedy, że dwadzieścia, stąd później te jego ciągłe kontuzje kolan. Stare zawiasy żle chodzą. Maju czuł temat, twierdził, że ma rozszczepienie stawu łokciowego od walenia po garach, maż z kaletki wycieka, choroba zawodowa, a wiesz, że ja lubię gwoździe wbijać.

Komu innemu niż on B. by nie darował. Ale Maćkowi tak. Za długo się znali. A w jego piwnicy nie takie rzeczy mówili. W tej kanciapie, w której Moon zawisł obok Vinny'ego Appice'a i Billy'ego Cobhama, dziadek Maćka miał warszat szewski czy kaletniczy. Miało i się zlało, z tego toby dziś i smok Dratewka nie wyżył, mówił Maju, ludzie kupują nowe glany, nim jeszcze stare z kubła wyciągną, a to i tak z chińskiego ryżu wszystko, a pasków się nie nosi, spodnie muszą wisieć niżej jaj. Co ty pierniczysz, mówił B. Aha, sorki, prychał Maju, motherfucker, białasie, fakt faktyczny, już tylko ziomy w Harlemie takie noszą. Gadali, milczeli. B. słuchał trochę, jak Maju łapie groove, gibając się za zestawem, a trochę myślał o fotce Anthony'ego Onouora, który wyglądał na dwadzieścia kilka lat, jak Olisadebe, i nawet, podobno, był z tego samego, co Oli, plemienia.

B. nie lubił słowa plemię, brzmiało prawie jak plemnik, było obrzydliwe i maziło się w palcach jak pierwsza sperma, którą, oszołomiony jeszcze, oglądał w świetle nocnej lampki. Była biała.

Maju miał na imię Maciek, a nazwisko Maj. Ale imienia Maciek, choć było na M, od swoich nie przyjmował. Jeszcze jak się pojawiła ta reklama, to w ogóle. Maju sam o niej B. opowiadał, że to niby piłkarz stoi w murze i się zasłania, to znaczy jaja sobie zasłania, jak to w murze, schizuje, blady, walą w niego piłą, a on dyga i do gaci zaraz, i wyjmuje czekoladowy batonik. I zaraz mu się micha rozjaśnia. I słychać z offu, Maciek, takiego batona nie trafisz. Bo ten baton się Maciek nazywa. Że niby baton (jarzysz) z gaci. To już dla cweli, kurna, reklamy robią, kręcił głową Maju. Lepiej, jak na niego mówili Emem. Od MM, ale to też jakoś brzmiało czekoladowo i mu nie pasało (sorki, B.), więc wolał Maju. Od nazwiska. I tak mu też pisali. Maciek Maju Maj. A raz, kiedy jeden za nim zawołał, e, ty, Maju, zajebaju, to dostał w dyńkę z liścia, aż się nogami w czoło podrapał. Bo Maju, chociaż narzekał na łokieć, miał uderzenie rasowego bębnisty. Inaczej niż B., który nie był zbyt wysoki, na dodatek kości miał raczej drobne, bardziej Barby niż Anthony'ego. Nie świruj, pocieszał go Maju, ty masz lepszy time, tylko pracuj nad nim.

Ale B. wiedział od dawna, że time to jest coś, co się ma albo nie. A jak się jest z A., to się ma.

Ty i tak jesteś z Bolandy, człowieku, prychał Maju, tu być dzika kraj.

Maju mógł tak sobie mówić, chociaż nie zawsze. Ale B. wolał czasami, żeby Maju nie mówił tak nigdy. Nawet wówczas, kiedy to przestało być takie ważne. Takie, ale inne było.

B. miał mniej więcej tyle lat, co kraj na literę P. Zawsze miał tyle samo. W zależności od czasu, mniej więcej dwa albo mniej więcej dwanaście. Choć Barba zawsze mówiła minus jeden. Bo B. urodził się rok po wyborach z Garym Cooperem na plakacie. A więc był właściwie o rok młodszy. Ale kiedy kraj na P zaczął się naprawdę, jeśli się w ogóle zaczął, o tym B. z Barbą w zasadzie nie rozmawiał. Tak się po prostu między nimi przyjęło, że jest rówieśnikiem kraju, w którym się urodził. Tak wyszło. Jak weszło, to i wyjść musi. Podobno mówiła tak Barbie położna, a powtarzała to z wyjątkowym upodobaniem, gdy się dowiedziała, co ma wyjść. Potem, przy odbiorze, było podobno, także podobno, bo przecież B. wie o tym od Barby, małe rozczarowanie. Że wyszło nie diablątko Murzyniątko, baby banana, ale ni to, ni śmo.

Zresztą wszystkie dzieci po porodzie mają na ogół ciemną skórę, mówiła Barba, więc świeżo z niej wyjęty B. niczym się specjalnie nie wyróżniał. Chyba że tym, że nie wyróżniał się właśnie on.

Pewnie miała rację, ale B. miał na ogół wrażenie, że kiedy go tą racją wyróżniała, to jakby unieważniała tamto, co wcześniej.

A potem w ogóle zaczęło mu to przeszkadzać. Cała ta opowieść B. Narodzinowa. A później było nawet i tak, że wolałby w niej usłyszeć wrzask położnej, przerażonej i wypuszczającej z białych rąk unurzanego w matczynej krwi smolistego Antychrysta.

Od chwili, co tamtą opowieść rytmicznymi (oczywiście) skurczami zaczyna, do chwili, która zaczyna, a zarazem kończy całą tę o B. opowieść, mija mniej więcej osiemnaście lat. Troszkę więcej niż mniej, bo to czas opowieści. Chwilowy, ale przecież wykraczający poza jej ramy. Razem z tym, który ją opowiada. No i trudno uchwytny z obu stron. Czyli ze strony początku i końca.

B. o wszystkich takich chwilach z kalendarza na ogół pamięta, bo mu o tym kraj na P przypomina. Na ogół, bo to są urodziny ogółu właśnie. Czerwcowe święto. Do którego raz ogółowi bliżej, raz dalej, lecz kraj ogółu pozostaje w tym wypadku krajem na P. I choć straszono nas tym wypadkiem, że to międzynarodowy karambol będzie, jak mawiał dyrektor w podstawówce B., uczący go historii, to zakręt okazał się łagodny, mimo że bez ofiar się nie obyło, bo nie mogło.

Czwarty, podstawowy paradidel perkusyjnych ćwiczeń. PLPL. Tyle że pociągnąć to trzeba jako LPLP. Jakby na odwrót, wspak.

Gdyby zacząć wspak, to i tak byłby z tego początek. Tak mu to tłumaczył Amakor, który na pewno nie miał drobnych kości, bo był wysoki i mocny jak hebanowy posążek. W Nigerii nie ma heban, kręcił głową Amakor, rozmawiali trochę po polsku, lecz głównie po angielsku, i B. miał czasem wrażenie, że nie wszystko rozumie. A czasem miał wrażenie, że nie chce rozumieć, bo Amakor mówił do niego tak, jakby chciał go tym mówieniem nabrać i ośmieszyć.

Że wierzy w takiego Murzyna, takiego babalawo, jujumena. Szamana, co gada jak skrzyżowanie Kalego z Martinem Lutherem Kingiem.

Miałem sen. Jak to było w tym śnie. Który przecież dopiero będzie. A jeśli będzie, to go nie ma. Nie ma będzie. Jest tylko jest. I jest było. Było jest, jest nieustanne.

Tam w środku to jesteś ty. Ty tam byłeś cały czas, ale nie tylko ty. W tobie są wszyscy twoi. Ale nie wiadomo, kto najbardziej. Kto to jest ten, którego obudziłeś. W sobie. Z którym musisz iść, bo on ma teraz z tobą całą długą drogę. Aż do miejsca, w którym będzie mógł cię zostawić, a ty się obudzisz w innym. I to też będziesz ty.

Amakor siedzi na brzegu okrytego zielono-białą narzutą materaca, trzyma palcami jego brzeg i kołysze się lekko, rytmicznie.

Jeszcze to, myśli B., jakby mnie chcieli złapać jeszcze na to gibanie się, kołysanie. Jakby nie wiedzieli, że to właśnie mnie odrzuca. Rzygam od tego bujania, tego rytmu, rzygam tymi bananami na biegunach, na morskich falach.

Amakor przestaje się kołysać, jakby zobaczył w oczach B. coś, co go rozbawiło i znudziło zarazem. Ale się nie uśmiecha, nie widać też na jego twarzy złości. Prawdę mówiąc, niewiele widać. Za bardzo patrzy na B., żeby B. mógł na niego patrzeć swobodnie.

Heban jest miękkie drzewo. Jasny, prawie biały z wierzchu, w środku dopiero to jest prawdziwy on, ciemny, mocny on.

B. nigdy nie mógł sobie przypomnieć, kiedy to się stało. Kiedy pierwszy raz zobaczył, jaki jest. Czy raczej, jaki nie jest. Taki jak inne dzieci. Nie mógł sobie przypomnieć, chociaż zdawało mu się, że pamięta. Że pamięta patrzenie, leżenie na białej pościeli i gapienie się na swoją nogę, swoją rękę. Nie na lustro. W lustrze nie widać niczego. Twarzy w ogóle. Nigdy. Ta twarz w lustrze to tylko my, nigdy ktoś. Byłby strach. A jeszcze taka twarz.

Dlatego B. wydaje się, że pamięta, jak podciąga spodenki żółtej piżamy i patrzy na łydkę. Jeśli pamięta, że piżama była żółta, to przecież musi pamiętać, że i łydka nie była biała. A potem rękaw ściągnięty do łokcia i oglądanie ręki. Na białej pościeli, przy świetle nocnej lampki. A potem krzyk, na który wbiegła do pokoju Barba, która jeszcze wtedy nie była Barbą, wbiegła, pochyliła się i objęła go, by uspokoić, a on wołał coś, pytał, a ona mu opowiadała o czymś całkiem innym, tak że przeraził się jeszcze bardziej, że to choroba, tajemnica, tak okropna, że lepiej udawać, że jej nie ma. Dlatego przestał wołać i pytać, i udawał, że mu się zdawało i że chce spać, i zaśnie, jak tylko przytuli małą długoszyją żyrafę.

Ale Barba niczego takiego nie pamiętała. I kiedy jeszcze rozmawiali o tym, czy też raczej, kiedy znów o tym zaczęli rozmawiać, mówiła, że musiało mu się pomylić. Przyśnić. Bo przecież jemu się często coś śni. Bujna wyobraźnia, mówi Mary. (Niczego sobie nie wyobrażam, mówi B.). Ale to Barba opowiadała, że zaczęło się w przedszkolu, że jakiś chłopiec, nowy, który dopiero co przyszedł, powiedział, że nie chce się trzymać za rękę z Murzynkiem.

I dzieci się śmiały, bo to wesołe słowo. Z wierszyka, który im pani szybciutko powiedziała, żeby były dla B. miłe.

Były zresztą miłe i tak, tylko ten jeden chłopiec się boczył i płakał. Nawet spazmów dostał. Dlatego pani mu nie pozwoliła dotknąć B. ani razu. Choć innym dzieciom pozwoliła, nawet po dwa razy, i się ustawiały w kolejce. Bo pani powiedziała, że mogą dotknąć, ale tylko rączki, a one chciały jednej i drugiej. No i co, pytała pani, taki sam jak my, prawda. A ty nie płakałeś, opowiada Barba, ale kiedy wróciłam z tobą do domu, oświadczyłeś, że musisz iść do zoo zobaczyć Murzynów. Powiedziałam, że w zoo nie ma Murzynów, tylko słonie, lwy i żyrafy. A u nas w ogóle zoo nie ma i trzeba by jechać do innego miasta. Małpy też są w zoo, powiedziałeś. Pogłaskałam cię, są, kiedyś pójdziemy, w innym mieście.

Mogło być i tak, i tak, mówi B.

Mogło, ale nie było, kręci głową Barba. A dowód to żyrafa z gumy. Bo ty nigdy nie miałeś takiej żyrafy.

Miałem, pamiętam, mówi B. Kupiłaś mi nad morzem. Śniło mi się raz, że jestem lwem i przegryzam jej szyję.

Ale mówi to wtedy, kiedy Barba nazywa się już Barba i kiedy nie ma już Mary, więc można powiedzieć, że to bujna wyobraźnia, tak jakby się tę zimną kobietę ciepło wspominało, kiedy Amakor, na materacu zielonym jak dżungla i białym jak umarli, przestaje się kołysać, a rytm jego kołysania przechodzi na B., a kraj na literę P osiąga pełnoletność. Oczywiście metrykalną, nie duchową, bo ta sięga korzeniami czasów, kiedy Dagome iudex wdział białe giezło i wszedł do chrzcielnicy, nie bojąc się, że się wybieli. A właściwie to nawet licząc na to, że tak się stanie.

Jeśli wierzyć Barbie, a niechby tylko zdjęciom, to z B. musiało być jakoś inaczej. Bo to przecież nie były już fotki orwo, na których Barba ma mysie ogonki i smutną minę (ale niby jaką ma mieć minę dziecko, jeżeli zdjęcia nie robi mu jego ojciec), tylko solidny kodak. A B. się jednak uśmiecha. Choć fotografowała go tylko Barba.

Ze słów Barby i zdjęć wynika też, że gdy B. miał dwa, trzy lata, jego skóra była jeszcze dosyć jasna. Kawa z mlekiem, mówiła Mary. Taka poranna, z dużą ilością mleka. Mówiła bez uśmiechu, jakby ta kawa była bardzo gorąca, a ona musiała stulać usta, aby się nie oparzyć.

Nie lubił takiej kawy. Nie lubił myśleć, że dlatego.

Kobiety, które nie znały Barby i nigdy wcześniej B. nie widziały, stawały na ulicy zaskoczone, niepewne. Jaki ładny chłopczyk. Cyganiątko małe. Opalony taki. I patrzyły na Barbę, szukając w jej twarzy tego koloru, który dałoby się znaleźć i na buzi B. I czasami mówiły nawet, jaki podobny do mamy. Wykapana mama.

Wykapana.

O tym niewiele rozmawiali. Właściwie nigdy nie rozmawiali. Ani wtedy, ani potem, ani teraz. Z Barbą. Bo przecież nie z Anthonym Onouorą.

Z Anthonym Onouorą, który ma pewnie i nazwisko, takie samo zresztą, jakie nosi B., ale które nie będzie w tej opowieści wymieniane, żeby opowieść B. pozostała opowieścią o B., B. rozmawia kilka razy w roku. Oczywiście przez telefon. A połączenia z Nigerią są drogie, choć pojawiły się serwisy, które mają niezłą ofertę.

To zresztą nie jest takie ważne, w końcu to nie B. dzwoni do Anthony'ego, ale on do B. Tyle że to właśnie on mówi, że połączenia są drogie i że trudno mu wybrać numer, i narzeka, że czasem już po halo słyszy wyłącznie ciszę, za to impuls i tak bije.

Rozmawiają zazwyczaj po angielsku, o co B. poprosił już dawno, a może to ojciec rzekł mu po prostu, we have to speak English, bo polskie słowa mu pouciekały, a jak zaczyna je sobie przypominać, brzmi to jak internetowe gadu-gadu o podróżach po Czarnym Lądzie, gdzie spotkani w dżungli tubylcy na widok białego z kraju na P wołają dobdzie, dobdzie, jak sie masz. Więc jak mają ze sobą mówić, B. z ojcem, żeby coś powiedzieć. A zwłaszcza, by o coś zapytać.

Chyba dlatego Anthony Onouora dzwoni coraz rzadziej, a kiedy już dzwoni, więcej sam mówi, niż słucha. Bo przecież B. musi wiedzieć, co się dzieje w jego rodzinie. Która jest bardzo liczna. I w języku angielskim brakuje trochę rzeczowników na te wszystkie koligacje, które przecież są tak skomplikowane. A co można przekazać o kimś, o kim się mówi unckle albo cousin, a kto jest związany z nami jak liana z baobabem, dzień z nocą, jak woda ze studnią, kalabasz z głową idącej kobiety.

Oczywiście, Anthony niczego takiego nie mówi, nie jest cenionym nigeryjskim pisarzem, który hymny wolności i miłości do swej afrykańskiej ojczyzny wyśpiewuje w języku jej zdobywców. Ale to w sumie dobrze, bo dziwnie sobie wyobrazić (niczego sobie wyobrażać nie będę), że druga wojna się nie skończyła, to znaczy, że się skończyła, lecz inaczej, i Polacy, siedemdziesiąt lat po jej wybuchu, piszą patriotyczne wiersze wyłącznie po niemiecku lub po rosyjsku. Dlatego może lepiej, że Anthony Onouora, którego B. widział jedynie dwa razy w życiu, nie jest pisarzem, a język angielski jest jego codziennym językiem, na który nie zwraca większej uwagi, bo to język, którym w Lagos mówi kilkadziesiąt milionów ludzi. Oczywiście, nie licząc tych pozostałych kilkudziesięciu milionów używających pidżin, czyli angielskiego, lecz afrykańskiego.

Właściwie B. widział ojca nie dwa razy, tylko raz. Ale za ten drugi raz B. liczy wcześniejsze miesiące, kiedy to ojciec patrzył na niego, a czego B. pamiętać nie może. Pamięta natomiast kogoś wysokiego i ogromnego, kto pochyla się nad nim i jest cały biały.

Barba mówiła potem, że Anthony miał na sobie jasne ubranie. Dlatego gdy B. z nim rozmawia przez telefon, to wie, że Anthony jest urzędnikiem w Lagos i chodzi w białym garniturze, może nie w białym i nie koloru kawy z mlekiem, ale na przykład barwy kości słoniowej. Nie zdążył wprawdzie skończyć ekonomicznych studiów w kraju na P, ale skończył je w swoim kraju, o którym czasem mówi, jakby nie był jego krajem, potem milknie, jakby sam swoimi słowami zaskoczony, i szybko zmienia temat.

Próbując na przykład wyjaśnić, że żona jakiegoś wujka urodziła dziecko, które jest teraz ich bliskim krewnym.

A przecież B. mu nie odpowie, że w języku, którym on sam mówi co dzień, istnieje na związki rodzinne tyle słów, można na przykład powiedzieć żełwa, świekra, dziewierz, swak, szurzyn, pociot, snecha i wiele innych, które sobie kiedyś wynotował, ale wśród których zdążył się już pogubić. Po co miałby zresztą mówić, jeśli tych słów i tak nikt już nie rozumie, a ojciec, father, przypomina sobie nagle, że umarła babcia. Więc chyba prababcia B., bo przecież nie mama Anthony'ego, nie słychać w jego głosie smutku. Może matka jego żony. Babcia jej dzieci, ich dzieci, tam. W każdym razie niedawno umarła, pół roku temu. Przyjechało mnóstwo osób, cała rodzina, uroczystość trwała bardzo długo i wszyscy czuli się szczęśliwi razem. Musisz koniecznie przyjechać. Muszę kończyć. Musimy zacząć rozmawiać poważnie, jesteś już przecież mężczyzną.

A co u was.

Albo jakoś podobnie, bo B. nigdy potem nie pamiętał, o czym właściwie rozmawiali. Dłoń się pociła, ucho bolało od słuchawki. A gdy Barba pytała go, o czym, był rozdrażniony i nie mógł sobie przypomnieć lub przypominało mu się, o czym myślał, ale powiedzieć nie zdążył albo nie umiał, więc był jeszcze bardziej zły.

Nie przejmuj się, rzuciła kiedyś, paląc papierosa, to nie o to chodzi, że on jest akurat tam, a ty tutaj, ale o to samo, co zawsze.

Co zawsze, zapytał.

Między ojcem i synem, dmuchnęła dymem w sufit. Nie umiała się zaciągać.

Nie był pewny, czy chce go w ten sposób pocieszyć, czy zabrać mu to, o czym jeszcze nie wiedział, że to ma.

Rzecz jasna, B. mógłby też rozmawiać z Anthonym przez internet. Próbowali, lecz się nie udawało. Wiadomości od B. wisiały tygodniami bez odpowiedzi. A taka wisząca w sieci wiadomość gorsza jest od wisielca. Ciągle ją masz przed oczami, jak czarne szyderstwo. Dlaczego czarne, wszystko jest czarne. Czarna rozpacz, czarny poniedziałek na giełdzie, czarna owca, czarna polewka (co to musiało być za gówno), czarna magia, czarny humor.

Pytanie, co Murzyn ma najbardziej białego. Odpowiedź, Pana.

Odpuść, powiedział kiedyś Maju, bo ci malaria mózg zeżre.

Dlaczego akurat malaria.

A dlaczego nie. Ona daje w czachę.W paszczy i piszczyczytałeś. Jak się będziesz tak nakręcał, to ci totalnie odjebie. Dziadek mi przyniósł kiedyś książkę,Uwaga! Czarny parasol. Dla chłopaków, dawniej takie pisali. Jak nie było fantasy, fanty i PlayStation. I co, miałbyś się pochlastać, że parasol też czarny. A czarny, bo twarzowy. Zresztą, czarne wyszczupla. Wiesz, gościu wchodzi do apteki i mówi, poproszę czarne kondomy. A czemu czarne, pyta go pani magister. Bo idę do wdowy i chciałem złożyć kondolencje.

Bo cię strzelę, Maju.

W beczki walnij. Weź pały i walnij. Kiedy ostatnio ćwiczyłeś.

Po rozmowie telefonicznej o śmierci babci, tej grandmother, nie Mary, napisał do Anthony'ego maila z pytaniem, czy to prawda, że w Nigerii (chciał napisać u nas, ale nie napisał) na znak żałoby, podobnie jak i gdzie indziej w Afryce, pokrywa się twarze białą glinką.

Też nie dostał odpowiedzi. Ale głównie dlatego, że maila nie wysłał. Właściwie nie wiadomo dlaczego. A może po prostu dlatego, że to pytanie do wikipedii. Nie do ojca. Nawet takiego, co na fotografii ma wciąż dwadzieścia kilka lat, jak Olisadebe.

Spytał kiedyś Barbę, czy czasem mówiła do męża Ono.

Niby dlaczego Ono. Nie był dzieckiem.

Ono jak Oli. Od Onouora.

Oli jest od nazwiska. Nie od imienia. Chyba.

Chyba.

Nie wiem dokładnie. U nas też można mieć nazwisko Marek.

Dlaczego akurat Marek.

Na przykład. Albo Roman.

To mówiłaś jak.

Przecież wiesz, Antoni, Toni.

A Mary mówi On. To prawie jak Ono.

A to znasz, Maju, pyta B., sprawdzając nowe pałki na ostro już stłuczonym werblu. W buszu, w restauracji dla ludożerców, gość zagląda do menu, a tam na przystawkę móżdżki. Móżdżek Anglika pięć dolarów, móżdżek Niemca dziesięć, Francuza piętnaście. A u dołu karty móżdżek Polaka, pięćdziesiąt dolarów. Gość się dziwi, woła kelnera i pyta, a czemu to Polaka taki drogi. A kelner na to, a pan wie, ile to się trzeba ich nałapać na jedną porcję.

I tak mi mów, cieszy się Maju, zabierając mu pałki. Wpadłbym do ciebie do garażu postukać, ale jadę w trasę.

Kiedyś, kiedy już sądził, że jest gotów, zapytał Barby, czy jej nie drażnią dowcipy o Murzynach.

Mnie, zapytała, a dlaczego mnie. Ale zaraz się uśmiechnęła i wyciągnęła w jego stronę rękę, jakby chciała go dotknąć, przeciągnąć mu, jak dawniej, palcami po włosach. Widząc jednak, że się odsunął, też cofnęła dłoń.

Spojrzała w bok, tak jakby jej się coś przypomniało, a potem znów na niego. Poważnie, ale z uśmiechem.

Wiesz, kto wymyślał najlepsze szmoncesy. Kawały o Żydach.

Wzruszył ramionami.

Żydzi, powiedziała Barba.

I wtedy gość wraca do hotelu, myśli B., odstawiając butelkę po bananowym soku. Wraca do tego hotelu tylko dla czarnych i teraz bez problemu dostaje klucz. Idzie więc szybko do swojego pokoju, bo chce mu się spać. Kładzie się do łóżka i dzwoni do recepcji, by go rano koniecznie obudzono.

Oczywiście, mówią, a o której.

Na przykład, oczywiście, o siódmej, mówi ten gość.

Tu gdzieś musi być łazienka, myśli B., przecież nie mógł im wystarczać sam tapczan. Musieli się potem umyć.

Spłukać z siebie to wszystko. To pragnienie.

Chce mu się pić.

B. mieszkał z Barbą na siódmym piętrze średniej wielkości osiedla i to na pewno nie było najlepsze rozwiązanie dla obojga. Z punktu widzenia opowieści, owszem, ale z punktu widzenia codzienności, niekoniecznie.

Bo opowieść ma prawo się w takim przypadku skomplikować, a jej nieprawdopodobieństwo może nabrać przez to literackiego rozpędu, klimatu mrocznej baśni, w której mnożą się zaskoczenia i niebezpieczeństwa. Wszystko jest w niej nieprawdopodobne, więc wszystko może być zarazem prawdopodobne. Każde szalone rozwiązanie ma tu swoje logiczne sploty, a każdy fabularny galimatias da się przeciąć jednym z wielu ostrych wątków.

Codzienność bywa bardziej kłopotliwa, bo w swej przewidywalności ciemna i mętna. Niby oswojona, sprowadzona do szablonu, a przecież dlatego właśnie zaskakująca, wymykająca się regułom. A przy tym sztywna, niepodatna na próby naginania jej do nowych kształtów i form. Pewna swego, ale cudzego znacznie mniej.

Barba próbowała kiedyś zamienić mieszkanie z matką, która mieszkała na Pogodnie, ale Maria stała się wtedy jeszcze bardziej oschła i zimna niż zwykle. Powtarzała banały, że nie przesadza się starych drzew, choć zdaniem B., nie była już wtedy drzewem, jeśli nim w ogóle kiedykolwiek była, ale suchym kijem bez korzeni, tkwiącym w ziemi jak tyczka z dawno rozebranego ogrodzenia. Mówiła, że w tym domu żyła z mężem, tu rodziła dzieci (w rzeczywistości działo się to w szpitalu na Piotra Skargi) i tutaj zostanie.

Mieszkała w jednym, za to blisko stumetrowym pokoju w starej, ciemnej i wilgotnej willi. Coraz ciemniejszej i wilgotniejszej, bo otoczonej wysokimi, mrocznymi świerkami. Które wciąż zdawały się rosnąć, w przeciwieństwie do domu w ich cieniu, zdającym się nie tyle kurczyć, ile zapadać. Mieszkanie usytuowane było na piętrze. Obszerne, ale podzielone różnymi przepierzeniami i szafami, stanowiącymi namiastkę osobnych pomieszczeń. Ilekroć B. bywał u babki, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że gałęzie napierają na wychodzące na trzy strony okna i próbują się dostać do środka. W całym mieszkaniu unosił się zapach ziemi i mokrego igliwia.

Maria zajmowała piętro willi, w której przed laty, gdy jeszcze mieszkał tu Józef, jej mąż, mogła się czuć panią. Wtedy cała willa była ich. Może nie zawsze i nie cała, bo bywało, że dzielona ze współlokatorami, ale przecież były to tak czy owak dwa poziomy i wiele pokoi, przedsionków, schodów, których przestrzeń podlegała niejasnym i zmiennym prawom. W pamięci Barbary, unikającej zresztą tych wspomnień, rozprzestrzeniały się one w pogmatwane ciągi pomieszczeń, korytarzy, zakamarków.

Nie próbowała, a też i nie bardzo potrafiła później skonfrontować tę pamięć z rzeczywistością, bo dół willi zajęli państwo Grzywaczewscy, a ich relacje z dotychczasową gospodynią domu, co zrozumiałe, nie wyglądały zbyt dobrze. Stosunki administracyjno-prawne między obiema stronami też były zawikłane. B. nigdy tego nie umiał zrozumieć, a Barbie brakowało nie tylko ochoty, ale też energii i pieniędzy, żeby sobie z tym poradzie.

A kiedy Maria zmarła, w sześćdziesiąt jeden lat po przyjeździe do tego miasta, jej wielki pokój na piętrze pozostał pusty. Cuchnęło w nim grzybem, a równocześnie, zwłaszcza zimą, brakło wody, i choć Grzywaczewscy, starzejący się równie szybko jak dom, ale też wypuszczający nowe pędy, wspominali o konieczności generalnego, obejmującego także piętro remontu, kończyło się na słowach. Przez jakiś czas Barba próbowała wynajmować studentom, ale jak mówiła stara Grzywaczewska, lęgły się tam nieznośne komuny, toteż zgodnie uznano, że nie ma powodu, by pomysł kontynuować.

A przeprowadzać się teraz nie było już po co, a właściwie dokąd. Zdaniem B. stało się zresztą tak, jak stać się miało. I wszystkie strony mogły być z tego zadowolone. Zwłaszcza Mary. Choć już jej nie było.

Nie mów Mery, mówiła Barba.

Nie mówię Mery, tylko Mary. Przecież Maria. Marysia. Maryja. Mary.

B. był zawsze przekonany, że babka niechętnie widziałaby jego i Barbę tam, wśród tych ciemnych, wiecznie wilgotnych rzeczy, z których rosły świerki. I nie dlatego, że sama musiałaby się przenieść w nowe miejsce, lecz dlatego, że to stare było częścią świata, do którego on i Barba nie pasują.

Odpowiadało mu to zresztą. W mieszkaniu na osiedlu średniej wielkości, za to położonym najwyżej w mieście, mógł się czuć bardziej anonimowo niż w dzielnicy pełnej starych ludzi, wścibskich spojrzeń, samotnych okazałych domów i zapomnianych małych spraw, wyłażących przy byle okazji.

A poza tym na osiedlu był garaż, w którym trzymał swoje tomy i blachy. I w którym się zamykał, żeby słyszeć tylko ten hałas, który miał swoją formę, przestrzeń i czas. Któremu sam nadawał kształt.

A gdzie będę walił w bębny, pytał, gdy Barba próbowała go jeszcze kiedyś, wcześniej, przekonać, że w mieszkaniu Mary byłoby im dobrze. I że okolica tam piękna, zielona, jedyna taka w mieście. Przecież jak zacznę tłuc po garach, to Grzywaczewscy wezwą policję i pogotowie. Ciebie aresztują, mnie wpakują w kaftan bezpieczeństwa. Inna rzecz, że w białym mi do twarzy.

A gdy się jeszcze dowiedział, że za niemieckich czasów dzielnica nazywała się Braunfelde, ułożyło mu się to jeszcze lepiej.

Bo widzisz, Barba, tacy różni kolekcjonerzy starych pocztówek powiedzą sobie może, że to było pole pana Brauna. Ale jak przyjdą tu jacyś tacy, co mają poczucie czarnego humoru, to powiedzą, że to jest Pole Czarnucha.

Jacy tu przyjdą, zdziwiła się niespodzianie Barba i B. się zmieszał, bo czasem mu się wydawało, że jest podobny do niej, a nie do niego. A ona czasem sprawiała wrażenie, że o tym zapomina.

Osiedle, gdzie mieszkał B., było jak inne osiedla tego rodzaju. Może tylko tym się różniło od niektórych, że więcej miało wieżowców niskich, a mniej wieżowców wysokich. To, że B. i Barba mieszkali na ostatnim, siódmym piętrze niskiego, sprawiało, że nad nimi był już tylko płaski dach, za to przed nimi betonowa ściana domu, którego lokatorzy mogli na nich patrzeć z góry.

Lokatorzy patrzyli tu jednak na siebie niewiele i rzadko, dlatego Barba i jej syn nie wzbudzali wśród nich szczególnej sensacji. A przynajmniej od iluś już lat, kiedy ich widok się opatrzył, a temat pozbawiony nowych wątków stracił na atrakcyjności.

Czasem