Opis

Muhammad Ali (urodzony w 1942 roku jako Cassius Marcellus Clay jr.) to człowiek legenda, trzykrotny bokserski mistrz świata wszechwag. Swoją wielką karierę rozpoczął od zwycięstwa nad Polakiem, Zbigniewem Pietrzykowskim, w finale wagi półciężkiej na igrzyskach olimpijskich w Rzymie w roku 1960. Jednak Muhammad Ali to nie tylko wybitny sportowiec. To także człowiek, który przez całe życie na przekór wszystkim nigdy nie wyparł się swoich przekonań – dla niektórych dość kontrowersyjnych. W 1967 roku został pozbawiony tytułu mistrza świata i skazany na karę więzienia w zawieszeniu za odmowę odbycia służby wojskowej. Przeszedł na islam i znany był ze swych poglądów antywojennych, które wielokrotnie demonstrował w kontekście amerykańskiej interwencji w Wietnamie. Przez lata zmagał się z chorobą Parkinsona. Wiadomość o jego śmierć 3 czerwca 2016 roku agencje informacyjne na całym świecie podały jako temat numer jeden. Książka Przemysława Słowińskiego w zbeletryzowanej formie przedstawia biografię tego nietuzinkowego człowieka i jest z pewnością lekturą, która zainteresuje nie tylko sympatyków boksu. Autor przedstawia sylwetkę boksera na tle burzliwych w Ameryce wydarzeń lat 60. i 70. XX wieku, jest więc to również opowieść m.in. o ruchu hippisowskim, pastorze Kingu, Czarnych Panterach i Malcolmie X.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 438

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Re­dak­cja

Jan Koź­biel

Pro­jekt okład­ki

Pra­cow­nia WV

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ma­rio­la Będ­kow­ska

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Tekst opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia Pró­szyń­ski i S-ka SA 2004, a na­stęp­nie zak­tu­ali­zo­wa­no

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 32-348-31-33

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Prze­my­sław Sło­wiń­ski

ISBN 978-83-7835-522-9

Zbudź psz­czo­łę, a zwró­ci się prze­ciw­ko to­bie z siłą smo­ka.

Sun Tsu,Sztu­ka woj­ny

Prolog

Po­ste­ru­nek po­li­cji w Lo­uisvil­le mie­ścił się w sza­rym, odra­pa­nym bu­dyn­ku na koń­cu Shel­by Stre­et. Tego dnia dy­żur peł­nił Joe Mar­tin, ży­la­sty fa­cet z prze­rze­dzo­ny­mi ja­sny­mi wło­sa­mi. Pa­no­wał nie­przy­tom­ny upał, ła­go­dzo­ny nie­co przez pra­cu­ją­cy pod su­fi­tem ogrom­ny wen­ty­la­tor. Nie zdej­mu­jąc nóg z biur­ka, Joe się­gnął po ko­lej­ną bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej. Otwo­rzył ją zę­ba­mi i jed­nym po­tęż­nym hau­stem wy­chy­lił nie­mal do dna. Woda była obrzy­dli­wie cie­pła, ale przy­naj­mniej mo­kra i zwil­ża­ła przy­jem­nie wy­schnię­te na wiór gar­dło. Wła­dze sta­nu Ken­tuc­ky, wy­po­sa­ża­jąc po­li­cyj­ne po­ste­run­ki, nie prze­wi­dzia­ły ta­kie­go zbyt­ku jak lo­dów­ki.

Przez za­sło­nię­te ro­le­ta­mi okna wdzie­ra­ły się do biu­ra po­wie­wy cie­płe­go wia­tru. Był chy­ba pią­tek, bo ze znaj­du­ją­cej się na­prze­ciw­ko re­stau­ra­cji wiatr przy­no­sił obrzy­dli­wy za­pach sma­żo­nej na ole­ju ryby. Zza za­mknię­tych drzwi do­cho­dzi­ło mo­no­ton­ne kle­ko­ta­nie ma­szy­ny do pi­sa­nia. Je­dy­ne ume­blo­wa­nie po­ko­ju sta­no­wi­ły ogrom­ne, za­śmie­co­ne biur­ko z wy­su­wa­nym bla­tem, dwa twar­de krze­sła i lada. Na biur­ku tlił się nie­do­pa­łek w mo­sięż­nej po­piel­nicz­ce, peł­nej star­szych bliź­nia­ków. Sza­re płat­ki po­pio­łu przy­pró­szy­ły żół­ty blat biur­ka i le­żą­ce na nim pa­pie­ry. Na boku ol­brzy­mie­go me­bla ktoś pra­co­wi­cie wy­rył du­ży­mi cy­fra­mi kil­ka nu­me­rów te­le­fo­nicz­nych. Na brud­no­zie­lo­nej ścia­nie wi­sia­ła wiel­ka mapa te­re­nu i ubie­gło­rocz­ny ka­len­darz – A.D. 1953. Pod­ło­gę po­kry­wa­ły strzę­py spar­cia­łej gu­mo­wej wy­kła­dzi­ny, za­mo­co­wa­nej przy­śru­bo­wa­ny­mi tu i ów­dzie ka­wał­ka­mi za­śnie­dzia­łe­go mo­sią­dzu.

Joe usły­szał do­cho­dzą­cy od stro­ny scho­dów tu­pot nóg i po chwi­li do biu­ra we­szło dwóch klien­tów. Oby­dwaj rasy czar­nej, mie­li po dzie­sięć, je­de­na­ście lat; jed­ne­mu spły­wa­ły po twa­rzy wiel­kie jak kro­ple desz­czu łzy.

– Co się sta­ło, chło­pa­ki? – Mar­tin pod­niósł się zza biur­ka. – Po­bił was kto?

– Nie… tyl­ko… mia­łem… ro­wer… – wy­du­kał za­ry­cza­ny dzie­ciak.

– Co, spa­dłeś z ro­we­ru?

– Nie. Ja­kiś fa­cet rąb­nął mi ro­wer. – Mu­rzy­nek opa­no­wał wresz­cie płacz.

– Gdzie?

– Pod skle­pem.

– Pod któ­rym skle­pem?

– Pod wa­rzyw­nia­kiem sta­re­go Drey­era.

– Za­pią­łeś?

– Nie.

– No to sam po­pro­si­łeś zło­dzie­ja, żeby go so­bie wziął. – Joe Mar­tin zmarsz­czył brwi, ale chcąc nie chcąc za­brał się do spi­sy­wa­nia pro­to­ko­łu.

– Jak masz na imię?

– Cas­sius.

– Tyl­ko tyle?

– Nie. Cas­sius Mar­cel­lus.

– I to wszyst­ko?

– Nie. Mam jesz­cze na­zwi­sko.

– A ja­kie, je­śli moż­na wie­dzieć? – Joe na­le­żał do cier­pli­wych po­li­cjan­tów.

– Clay. Cas­sius Mar­cel­lus Clay.

Pod­czas gdy Mar­tin wy­peł­niał pie­czo­ło­wi­cie ru­bry­ki for­mu­la­rza, roz­pacz ma­łe­go Cas­siu­sa zmie­nia­ła się w złość. Za­ci­snął moc­no pię­ści i wy­ce­dził przez zęby:

– Jak zła­pię tego ło­bu­za, stłu­kę go na kwa­śne jabł­ko!

Po­li­cjant uśmiech­nął się, pa­trząc na wą­tłe ra­mio­na dzie­cia­ka.

– Mu­sisz się spo­ro na­uczyć – po­wie­dział. – I dużo tre­no­wać, je­śli chcesz ko­mu­kol­wiek spra­wić la­nie. Jak masz ocho­tę, to wpad­nij do mnie na salę przy Jef­fer­son Stre­et.

Po­ste­run­ko­wy Mar­tin był jed­nym z tre­ne­rów miej­sco­we­go klu­bu bok­ser­skie­go Co­lum­bia Gym­na­sium, gdzie przez sport sta­ra­no się trzy­mać dzie­cia­ki z bied­nych ro­dzin z dala od uli­cy. Na­stęp­ne­go dnia, kie­dy pro­wa­dził za­ję­cia z mło­dy­mi adep­ta­mi pię­ściar­skiej sztu­ki, sta­nę­li przed nim dwaj wczo­raj­si in­te­re­san­ci.

– To jest mój młod­szy brat Ru­dolph – przed­sta­wił swe­go to­wa­rzy­sza mały Cas­sius. – On też chciał­by na­uczyć się bok­so­wać.

– No to wkła­daj­cie rę­ka­wi­ce chło­pa­ki. Zo­ba­czy­my, co je­ste­ście war­ci.

Tak wy­glą­dał po­czą­tek jed­nej z naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cych spor­to­wych ka­rier. O ma­łym Cas­siu­sie już wkrót­ce za­czę­to pi­sać, że ma re­fleks pan­te­ry, kro­ki tan­ce­rza naj­wyż­szej kla­sy, szyb­kie i sil­ne pię­ści oraz że­la­zny pod­bró­dek, wy­trzy­mu­ją­cy każ­de ude­rze­nie.

Rozdział I. Początek

Wszyst­ko za­le­ży od do­bre­go po­cząt­ku.

Naj­pierw po­win­ni­śmy wy­ty­czyć so­bie ja­sny cel i do­pie­ro wte­dy po­dą­żać nie­wzru­sze­nie wio­dą­cą ku nie­mu ścież­ką.

K. To­nei, This is aiki­do

Hi­sto­ria Cas­siu­sa Claya za­czy­na się nie­ty­po­wo, ale jak się wkrót­ce oka­że, nie­mal­że wszyst­ko było w tym czło­wie­ku nie­ty­po­we. Nie­ty­po­wy był styl wal­ki z opusz­czo­ny­mi luź­no wzdłuż cia­ła rę­ka­mi, nie­ty­po­we były pre­zen­to­wa­ne przez nie­go py­cha, wy­nio­słość i non­sza­lan­cja, nie­ty­po­wa była też ro­dzi­na, w któ­rej przy­szedł na świat. Hi­sto­rie bok­ser­skich mi­strzów świa­ta wagi cięż­kiej za­czy­na­ją się za­zwy­czaj po­dob­nie: „Uro­dził się w bied­nej ro­dzi­nie mu­rzyń­skiej”, a czę­sto przed sło­wem „bied­nej” do­da­wa­ny jest jesz­cze przy­słó­wek „bar­dzo”. Tym­cza­sem Cas­sius uro­dził się w ro­dzi­nie przy­zwo­icie sy­tu­owa­nej. Nie bo­ga­tej, ale i nie bied­nej. Mia­ło to miej­sce 17 stycz­nia 1942 roku o go­dzi­nie 6.35 w li­czą­cej 300 ty­się­cy miesz­kań­ców miej­sco­wo­ści Lo­uisvil­le w sta­nie Ken­tuc­ky, sław­nej z po­wo­du roz­gry­wa­nych w niej co­rocz­nie wy­ści­gów kon­nych.

Przy­szedł na świat w łóż­ku ku­pio­nym za po­waż­ną kwo­tę 225 do­la­rów, a kie­dy do­szedł do zna­czą­cych za­szczy­tów, Clay se­nior oznaj­mił, że nie sprze­dał­by tego me­bla na­wet za ty­siąc. Zresz­tą spra­wa była i tak bez­przed­mio­to­wa, bo­wiem wspo­mnia­ne łóż­ko Cas­sius Clay za­brał do swe­go no­we­go domu, gdzie słu­ży­ło mu jesz­cze przez wie­le lat, a kto wie, czy nie sy­pia na nim i dziś.

Przod­ko­wie przy­szłe­go czem­pio­na miesz­ka­li w Lo­uisvil­le już od sze­ściu po­ko­leń; na po­cząt­ku sta­no­wi­li wła­sność czło­wie­ka na­zy­wa­ją­ce­go się Cas­sius Mar­cel­lus Clay, któ­ry był w swo­im cza­sie wy­słan­ni­kiem pre­zy­den­ta Abra­ha­ma Lin­col­na do Ro­sji. Daw­no, daw­no temu czar­no­skó­ry słu­ga pana Claya dał imię swo­je­go wła­ści­cie­la naj­star­sze­mu sy­no­wi i od tej pory tak na­zy­wa­no naj­star­szych sy­nów w każ­dym po­ko­le­niu. Oj­ciec na­sze­go bo­ha­te­ra, Cas­sius Mar­cel­lus Clay se­nior, był ma­la­rzem szyl­dów w Lo­uisvil­le, za­ra­bia­ją­cym na tyle do­brze, że jego mał­żon­ka, Ode­ssa Clay (z domu Gra­dy), mo­gła nie pra­co­wać i po­świę­cić się wy­cho­wa­niu Cas­siu­sa ju­nio­ra i jego młod­sze­go o dwa lata bra­ta Ru­dol­pha. Miesz­ka­li w jed­no­pię­tro­wym dom­ku z czer­wo­nej ce­gły przy Grand Stre­et, schlud­nym jak far­tu­szek pierw­szo­kla­si­sty. Pod fron­to­wy­mi okna­mi ro­sło mo­rze be­go­nii, a brat­ki two­rzy­ły okrą­gły dy­wan wo­kół pnia aka­cji.

Mały Clay wy­ra­stał więc w do­stat­ku w pię­cio­po­ko­jo­wym domu, pod tro­skli­wym okiem ro­dzi­ców. Po ojcu odzie­dzi­czył bun­tow­ni­czość, po mat­ce cie­pło i do­broć. Pani Ode­ssa sły­nę­ła rów­nież w oko­li­cy z prze­pysz­nych cze­ko­la­do­wych pier­nicz­ków. Na dwu­na­ste uro­dzi­ny Cas­sius otrzy­mał od ojca wspa­nia­ły pre­zent: no­wiut­ki ro­wer wy­ści­go­wy. Kosz­to­wał 60 do­la­rów, sumę na owe cza­sy za­wrot­ną. Ra­do­ści nie było koń­ca i ma­lec przez cały dzień z nie­go nie zsia­dał, a kie­dy trze­ba było iść spać, po­sta­wił so­bie ro­wer przy łóż­ku. Wy­da­wa­ło się, że naj­star­sza po­cie­cha pań­stwa Clay­ów zo­sta­nie w przy­szło­ści za­wo­do­wym ko­la­rzem. To, iż sta­ło się ina­czej, spo­wo­do­wał pe­wien ano­ni­mo­wy zło­dziej, któ­re­go ni­g­dy zresz­tą nie zna­le­zio­no i nie uka­ra­no. Sam zaś Cas­sius chciał w przy­szło­ści zo­stać po­li­cjan­tem, do cze­go po­nie­kąd zo­bo­wią­zy­wa­ło go na­zwi­sko1.

* * *

Tre­nu­ją­cy ma­ło­la­tów w miej­sco­wym Co­lum­bia Gym­na­sium po­ste­run­ko­wy Joe Mar­tin był do­brym tre­ne­rem, cho­ciaż jego me­to­dy wy­cho­waw­cze nie na­le­ża­ły do wzor­co­wych. Zwykł ma­wiać:

– Je­że­li mó­wię, że na dwo­rze pada deszcz, to ża­den z was nie bie­gnie do okna, żeby to spraw­dzić. Je­śli ja tak mó­wię, to zna­czy, że tak jest.

Mło­dy Cas­sius ja­dał i sy­piał w domu, ale żył w bok­ser­skiej sali. Z nie­spo­ty­ka­ną za­cię­to­ścią wa­lił w wo­rek i spa­ro­wał z co­raz sil­niej­szy­mi prze­ciw­ni­ka­mi. W domu miał mi­łość i wy­ro­zu­mia­łość, a w klu­bie słu­chał pil­nie swo­je­go tre­ne­ra, uczył się i ro­bił bły­ska­wicz­ne po­stę­py.

– Zro­bię z nie­go i jego bra­ta praw­dzi­we gwiaz­dy – mó­wił Mar­tin. I w po­ło­wie miał ra­cję.

Cas­sius Clay był już tak do­bry, że co ty­dzień wy­stę­po­wał w praw­dzi­wym rin­gu w wal­kach ama­tor­skich, szyb­ko zy­sku­jąc uzna­nie fa­chow­ców. W de­biu­tanc­kim po­je­dyn­ku zwy­cię­żył na punk­ty bia­łe­go chło­pa­ka na­zwi­skiem Ron­ny O’Ke­efe. Po ko­lej­nych zwy­cię­stwach za­czę­to go na­zy­wać „chło­pa­kiem o szyb­kich rę­kach”. W 1958 roku jako szes­na­sto­let­ni mło­dzie­niec zwy­cię­żył w wa­dze śred­niej w tur­nie­ju O Zło­te Rę­ka­wi­ce sta­nu Ken­tuc­ky.

* * *

Mło­dy zwy­cięz­ca pre­sti­żo­we­go tur­nie­ju po­czuł się nie­mal kró­lem dziel­ni­cy. Nie­mal, bo praw­dzi­wym wład­cą Sna­ke Town i ca­łe­go West Endu był nie­ja­ki Cor­ky Ba­ker, star­szy od Cas­siu­sa o dwa lata wła­ści­ciel po­tęż­nych bi­cep­sów i wiel­kich jak boch­ny chle­ba dło­ni, któ­ry­mi po­tra­fił ro­ze­rwać na pół gru­bą na dzie­sięć cen­ty­me­trów książ­kę te­le­fo­nicz­ną. Cor­ky wy­glą­dał do­kład­nie jak Mi­ster Atlas z po­pu­lar­nych pod­ręcz­ni­ków w ro­dza­ju „Jak stać się spraw­nym i sil­nym”. Pra­co­wał jako wy­ki­daj­ło w zna­nej spe­lun­ce Dre­am­land Ta­vern, gdzie sły­nął z że­la­zne­go chwy­tu „za kark i por­t­ki”, któ­ry mu słu­żył do wy­wa­la­nia pi­ja­ków i awan­tur­ni­ków na ze­wnątrz, a do­dat­ko­we pie­nią­dze za­ra­biał, za­kła­da­jąc się, jak wy­so­ko do góry pod­nie­sie przód ogrom­ne­go ca­dil­la­ca. Obaj chłop­cy już dwu­krot­nie kon­fron­to­wa­li na uli­cy swe pię­ściar­skie umie­jęt­no­ści i uczci­wie trze­ba przy­znać, że spo­tka­nia te nie koń­czy­ły się dla Claya naj­szczę­śli­wiej. Cho­dzą­cy w glo­rii zdo­byw­cy Zło­tych Rę­ka­wic Cas­sius wie­dział do­brze, że prę­dzej czy póź­niej Cor­ky zno­wu sta­nie na jego dro­dze. Szcze­rze mó­wiąc, tro­chę się oba­wiał tego star­cia, ale chcąc zo­stać mi­strzem świa­ta – o czym już za­czy­nał prze­cież ma­rzyć – wie­dział do­brze, że dro­ga do suk­ce­su wie­dzie po­przez sku­cie mor­dy pew­ne­mu sie­bie Ba­ke­ro­wi.

Przez kil­ka ty­go­dni czar­na spo­łecz­ność Lo­uisvil­le żyła zbli­ża­ją­cą się wal­ką Claya z Ba­ke­rem. Wy­wo­ły­wa­ła ona w ma­łym mie­ście sen­sa­cję nie mniej­szą niż póź­niej­szy po­je­dy­nek o mi­strzo­stwo świa­ta z Joe Fra­zie­rem. Jak to w Ame­ry­ce – na po­tę­gę za­wie­ra­no za­kła­dy, w któ­rych zde­cy­do­wa­nym fa­wo­ry­tem był by­ko­wa­ty wy­ki­daj­ło.

Clay po­sta­no­wił nie cze­kać, aż któ­re­goś pięk­ne­go dnia spo­tka zno­wu swe­go prze­ciw­ni­ka na uli­cy. Pew­ne­go je­sien­ne­go po­po­łu­dnia po­szedł wraz z kil­ko­ma ko­le­ga­mi do mor­dow­ni, w któ­rej pra­co­wał Ba­ker.

– Słu­chaj, Cor­ky – po­wie­dział – do­szły mnie słu­chy, że pla­nu­jesz po­ła­mać mi że­bra.

– I nie tyl­ko – rzekł na to ry­wal. – Zła­mię ci rów­nież krę­go­słup i zmiaż­dżę czasz­kę. I żad­ne tam zło­te czy inne rę­ka­wi­ce cię przed tym nie uchro­nią.

– No to masz oka­zję udo­wod­nić, czy w pię­ściach je­steś rów­nie moc­ny jak w gę­bie. W naj­bliż­szy pią­tek od­bę­dą się w Co­lum­bia Gym za­wo­dy To­mo­row’s Cham­pions. Wy­zy­wam cię na po­je­dy­nek.

– To nie jest praw­dzi­wa wal­ka… – za­czął Cor­ky, ale na­tych­miast zo­stał za­krzy­cza­ny przez to­wa­rzy­szą­cą Cas­siu­so­wi gru­pę.

– Co, pę­kasz? Pa­trz­cie na tego si­ła­cza, boi się wejść do rin­gu! Strach cię ob­le­ciał? To idź so­bie po­pła­kać do ma­mu­si!

Po­tęż­ny wy­ki­daj­ło za­ci­snął w strasz­nym gnie­wie ogrom­ne pię­ści i przez chwi­lę wy­da­wa­ło się, że rzu­ci się swym drę­czy­cie­lom do gar­dła jak roz­ju­szo­ny do­ber­man. Opa­no­wał się jed­nak i za­nim od­wró­cił się osten­ta­cyj­nie do Claya ple­ca­mi, rzu­cił krót­ko:

– Do­bra, dup­ku. Na rin­gu czy na tra­wie, co za róż­ni­ca. I tak zro­bię z cie­bie mar­mo­la­dę.

W piąt­ko­wy wie­czór nie­wiel­ka sala Co­lum­bia Gym pę­ka­ła w szwach. Lu­dzie sie­dzie­li stło­cze­ni jak śle­dzie, do­słow­nie gło­wa przy gło­wie. Kie­dy roz­legł się dźwięk gon­gu, Cor­ky ru­szył na prze­ciw­ni­ka, młó­cąc za­żar­cie ogrom­ny­mi pię­ścia­mi. Jed­nym z tych wście­kłych swin­gów o mało nie zno­kau­to­wał sę­dzie­go, ale za nic nie mógł tra­fić Cas­siu­sa. Ten zaś tra­fiał jak chciał i kie­dy chciał, z każ­dej nie­mal po­zy­cji. Jego pra­wa lą­do­wa­ła na no­sie ry­wa­la raz po raz z ze­gar­mi­strzow­ską pre­cy­zją i wkrót­ce na­rząd wę­cho­wy Cor­ky’ego na­brzmiał do roz­mia­rów do­rod­ne­go po­mi­do­ra. Za­nim dru­ga run­da do­bie­gła koń­ca, opuch­nię­ty Ba­ker prze­stał na­gle wal­czyć.

– Do­syć, do cho­le­ry! – wy­mam­ro­tał. – To nie fair.

Co rze­kł­szy, uczy­nił to samo, co kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej pe­wien Po­lak na­zwi­skiem An­drzej Go­ło­ta, czy­li po pro­stu sal­wo­wał się uciecz­ką.

No­wym nie­kwe­stio­no­wa­nym wład­cą Lo­uisvil­le zo­stał Cas­sius Mar­cel­lus Clay. Było to zwy­cię­stwo bez żad­nych pro­fi­tów fi­nan­so­wych, ale w ka­rie­rze przy­szłe­go czem­pio­na nie mniej waż­ne niż try­um­fy nad wiel­ki­mi gwiaz­da­mi rin­gu.

* * *

Zda­nia na te­mat upra­wia­nia sek­su przez spor­tow­ców przed waż­ny­mi me­cza­mi są po­dzie­lo­ne. Jed­ni są­dzą, że nie jest to wska­za­ne, po­nie­waż od­bie­ra siłę i chęć do wal­ki, inni uwa­ża­ją, iż wła­śnie bez sek­su będą cał­kiem do ni­cze­go. Szes­na­sto­let­ni Clay nie miał na te­mat sek­su wy­ro­bio­ne­go zda­nia, przede wszyst­kim dla­te­go, że jesz­cze go nie po­sma­ko­wał. Za sobą miał tyl­ko dwa do­świad­cze­nia o pod­ło­żu z grub­sza sek­su­al­nym. Pierw­sze – li­czył so­bie lat dwa­na­ście – ogra­ni­czy­ło się do pod­glą­da­nia pew­ne­go wie­czo­ru pary, któ­ra otrzy­maw­szy nowe miesz­ka­nie, nie zdą­ży­ła jesz­cze za­ło­żyć so­bie za­słon. Clay wraz z grup­ką ko­le­gów pa­trzył w na­pię­ciu, jak ko­bie­ta i męż­czy­zna ścią­ga­ją z sie­bie ubra­nie, lecz za­nim do­szło co do cze­go, męż­czy­zna zga­sił świa­tło i cały te­atr szlag tra­fił.

Dru­gie do­świad­cze­nie – dwa lata póź­niej – po­le­ga­ło na kil­ku nie­zdar­nych po­ca­łun­kach z jed­ną z są­sia­dek, chu­dą, wiecz­nie ro­ze­śmia­ną Gwen­do­lyn Jo­nes. Je­den ze star­szych przy­ja­ciół Claya z Co­lum­bia Gym, Don­nie Hall, uznał taki stan rze­czy za nie­do­pusz­czal­ny i kie­dy chłop­cy po­je­cha­li w lu­tym 1958 roku do Chi­ca­go na tur­niej bok­ser­ski dla ju­nio­rów, za­brał się ostro za sek­su­al­ną edu­ka­cję pra­wicz­ka.

Za­kwa­te­ro­wa­no ich w ho­te­lu St Cla­ir, nie­da­le­ko za­mar­z­nię­te­go je­zio­ra Mi­chi­gan. Kie­dy się już roz­mie­ści­li wy­god­nie w po­ko­jach, Don­nie za­dzwo­nił po tak­sów­kę.

– Do­kąd, chło­pa­ki? – za­py­tał ich sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą ogrom­ne­go żół­te­go che­vro­le­ta łysy Mu­rzyn w ró­żo­wej ko­szu­li i nie­bie­skiej dżin­so­wej ka­mi­zel­ce.

– Tam, gdzie moż­na zna­leźć ja­kieś bab­ki – od­po­wie­dział Don­nie.

– To za­le­ży, ile chce­cie za­pła­cić – rzekł ostroż­nie tak­sów­karz.

– Cena nie gra roli. Wieź nas po pro­stu tam, gdzie są naj­lep­sze – chwac­ko rzu­cił Don­nie.

– Okay. Ale to was bę­dzie kosz­to­wać eks­tra. – Łysy Mu­rzyn od­wró­cił się i zła­mał cho­rą­giew­kę.

Wy­sie­dli przy Ca­lu­ment Ave­nue, po­nu­rej, za­śmie­co­nej uli­cy, któ­ra nie spra­wia­ła by­naj­mniej wra­że­nia, że pra­cu­ją na niej naj­lep­sze w mie­ście kur­wy. Po chwi­li zna­la­zły się przed nimi dwie pa­nien­ki: bia­ła i czar­na. Ta bia­ła przyj­rza­ła się Cas­siu­so­wi uważ­nie, po czym za­py­ta­ła:

– Chce­cie się za­ba­wić?

– Tak – od­parł za­gad­nię­ty. – Nie. Wła­ści­wie to tyl­ko spa­ce­ru­je­my so­bie.

– Ja­sne, dzie­ci­no. – Don­nie ude­rzył Claya lek­ko łok­ciem w bok. – Pew­nie, że chce­my się za­ba­wić. Ile to ma kosz­to­wać?

– Sie­dem i dwa.

– Co o tym są­dzisz, Cas­sius?

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dział Clay, cho­ciaż nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, co, do dia­bła, zna­czy te sie­dem i dwa.

Kil­ka mi­nut póź­niej zro­zu­miał. To zna­czy­ło sie­dem do­la­rów dla niej i dwa za po­kój. Dro­go jak za zbo­że. We­szli do naj­bliż­szej ka­mie­ni­cy. Tynk od­pa­dał ze ścian ca­ły­mi pła­ta­mi, na klat­ce śmier­dzia­ło ta­ni­mi per­fu­ma­mi i ko­ci­mi szczy­na­mi. Otwo­rzy­ło się małe okien­ko w ko­ry­ta­rzu na par­te­rze i wy­su­nął się z nie­go dłu­gi rę­kaw zie­lo­nej weł­nia­nej ma­ry­nar­ki, za­koń­czo­ny dło­nią z brud­ny­mi pa­znok­cia­mi. Kie­dy Don­nie po­ło­żył na tę dłoń od­li­czo­ne pie­nią­dze, ręka zni­kła i okien­ko za­trza­snę­ło się z gło­śnym hu­kiem.

– Któ­rą chcesz? – za­py­tał Cas­siu­sa przy­ja­ciel.

Clay po­czuł się nie­co spe­szo­ny tak ob­ce­so­wym py­ta­niem. Wła­ści­wie obie były nie­zbyt uro­dzi­we: bia­ła ni­ska i pę­ka­ta, czar­na wy­so­ka, z dłu­gi­mi zę­ba­mi i koń­ską szczę­ką. Ale czar­na spra­wia­ła wra­że­nie czyst­szej i nie­co schlud­niej­szej niż jej bia­ła ko­le­żan­ka.

– Mu­rzyn­kę – wy­szep­tał Cas­sius przy­ja­cie­lo­wi do sa­me­go ucha.

Po­wle­kli się skrzy­pią­cy­mi scho­da­mi na górę, gdzie Don­nie znik­nął ze swą part­ner­ką w któ­rymś z licz­nych ciem­nych ko­ry­ta­rzy. Nie ma­jąc już u boku przy­ja­cie­la, Cas­sius po­czuł się jesz­cze mniej pew­nie. Dziew­czy­na otwo­rzy­ła wiel­kim klu­czem drzwi do jed­ne­go z po­koi. Jego całe ume­blo­wa­nie sta­no­wi­ła po­pę­ka­na umy­wal­ka nie­okre­ślo­ne­go ko­lo­ru, kie­dyś za­pew­ne bia­ła, roz­chwia­ny stół z le­żą­cy­mi na bla­cie okru­szy­na­mi chle­ba, dwa ta­bo­re­ty i sto­ją­ce pod prze­ciw­le­głą ścia­ną łóż­ko, na­kry­te wzo­rzy­stą kapą. Dziew­czy­na usia­dła na łóż­ku, za­dzie­ra­jąc przy oka­zji wy­so­ko krót­ką czer­wo­ną spód­ni­cę, i wy­cią­gnę­ła z to­reb­ki srebr­ną pa­pie­ro­śni­cę.

– Za­pa­lisz?

– Nie, dzię­ku­ję – od­po­wie­dział Cas­sius. – Nie palę. Je­stem spor­tow­cem.

– No to świet­nie, pój­dzie szyb­ciej. No, co tak sto­isz? Za­czy­naj. Nie mamy dla sie­bie ca­łej nocy.

– Za­czy­naj co? – za­py­tał nie­pew­nie Clay.

– Jak to co? Roz­bie­raj się.

Cas­sius od­na­lazł na ścia­nie wy­łącz­nik i prze­krę­cił go.

– Co ty, u dia­bła, ro­bisz? – Z ciem­no­ści do­biegł go głos zdzi­wio­nej dziew­czy­ny. – Po cho­le­rę zga­si­łeś to świa­tło?

– Bo za­mie­rzam zdjąć majt­ki.

– Ja­sny gwint. My­ślisz, że ni­g­dy do­tąd nie wi­dzia­łam fiu­ta?

– Mo­je­go na pew­no nie – od­rzekł lo­gicz­nie Cas­sius i zdjął kurt­kę, na­stęp­nie buty, swe­ter, spodnie, ko­szu­lę i skar­pet­ki. Za­mie­rzał już zdjąć slip­ki, kie­dy za­uwa­żył, że od stro­ny uli­cy pada przez okno ja­sna smu­ga świa­tła. Pod­szedł i za­su­nął sto­ry. Dziew­czy­na chy­ba się tro­chę wy­stra­szy­ła, bo w jej gło­sie dało się wy­czuć nutę nie­po­ko­ju.

– Co ty, do chu­ja pana, wy­czy­niasz? Po co to zro­bi­łeś?

– Bo wła­śnie przy­stę­pu­ję do zdej­mo­wa­nia maj­tek.

Dziw­ka ro­ze­bra­ła się bły­ska­wicz­nie i po­ło­ży­ła na łóż­ku. Kie­dy wzrok Cas­siu­sa przy­zwy­cza­ił się nie­co do ciem­no­ści, mógł do­strzec jej chu­de cia­ło i ster­czą­ce pier­si. Wstrzy­mał od­dech. Ni­g­dy jesz­cze nie wi­dział go­łej ko­bie­ty…

Na­za­jutrz wie­czo­rem prze­grał wy­raź­nie na punk­ty wal­kę z Ken­tem Gre­enem i do­łą­czył do zde­cy­do­wa­nych zwo­len­ni­ków sek­su­al­nej wstrze­mięź­li­wo­ści przed waż­ny­mi po­je­dyn­ka­mi.

* * *

Było upal­ne so­bot­nie po­po­łu­dnie. Wie­czo­rem – jak co ty­dzień – Cas­sius miał wal­czyć w ko­lej­nych za­wo­dach To­mor­row’s Cham­pions. Bar­dzo lu­bił te piąt­ko­wo-so­bot­nie tur­nie­je, szcze­gól­nie że za każ­dym ra­zem Joe Mar­tin pła­cił star­tu­ją­cym za­wod­ni­kom po czte­ry do­la­ry. Idąc w kie­run­ku sali tre­nin­go­wej w lśnią­cych bok­ser­skich spoden­kach w bia­ło-czar­ne pasy, Clay za­trzy­mał się przy ba­se­nie, gdzie grup­ka dzie­cia­ków, pisz­cząc prze­raź­li­wie, roz­chla­py­wa­ła wo­ko­ło fon­tan­ny wody. W pew­nej chwi­li obok nie­go sta­nął inny czar­ny chło­pak, chu­dy, ubra­ny w po­dob­ne, tyl­ko o wie­le bar­dziej znisz­czo­ne bok­ser­skie spoden­ki i sfa­ty­go­wa­ne, kie­dyś bia­łe te­ni­sów­ki. Po­pa­trzy­li na sie­bie spode łba, jak dwa mło­de ko­gu­ty.

– Do­kąd idziesz? – za­gad­nął Cas­siu­sa obe­rwa­niec.

– Do Co­lum­bia Gym. Bok­su­ję dziś wie­czo­rem.

– Z kim wal­czysz?

– Nie mam po­ję­cia, ale z pew­no­ścią stłu­kę mu ty­łek. A ty cze­mu no­sisz bok­ser­skie spoden­ki?

– Bo też dzi­siaj wal­czę w To­mor­row’s Cham­pions.

– A z kim?

– Też nie mam po­ję­cia, ale też je­stem prze­ko­na­ny, że zło­ję mu skó­rę.

– Wo­bec tego ży­czę po­wo­dze­nia – rzekł Cas­sius i po­ma­sze­ro­wał w swo­ją stro­nę.

Kie­dy do­tarł w koń­cu do sali tre­nin­go­wej, zna­jo­my ob­dar­tus z ba­se­nu już tam był. Sie­dział na ław­ce w szat­ni z mar­so­wą miną, a kie­dy zo­ba­czył Claya, pod­niósł się i po­wie­dział:

– Masz pe­cha. Nie wal­czysz dziś wie­czo­rem.

– Jak to nie wal­czę? Co za bzdu­ry opo­wia­dasz?

– Ano po pro­stu nie wal­czysz – po­wtó­rzył chło­pak i ode­pchnąw­szy Cas­siu­sa od drzwi, opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Za­nie­po­ko­jo­ny Clay od­szu­kał Joe Mar­ti­na.

– Ktoś po­wie­dział mi, że dziś nie wal­czę. Co jest gra­ne?

– Zga­dza się. Nie wal­czysz. Twój prze­ciw­nik waży za mało.

– Czy to cza­sa­mi nie ten pa­lant w bia­ło-czar­nych spoden­kach w pa­ski?

– I w po­dar­tych te­ni­sów­kach – od­parł tre­ner. – Chy­ba mó­wi­my o tym sa­mym fa­ce­cie.

Zde­gu­sto­wa­ny ta­kim ob­ro­tem spra­wy Cas­sius udał się na po­szu­ki­wa­nie swe­go nie­do­szłe­go ry­wa­la. Zna­lazł go po­grą­żo­ne­go w smut­ku, sie­dzą­ce­go na ka­mien­nych schod­kach przed wej­ściem do sali.

– Dla­cze­go dup­ku nie na­bra­łeś tro­chę wagi? – na­tarł na nie­go z miej­sca. – Przez cie­bie oby­dwaj stra­ci­li­śmy po czte­ry do­lce!

W oczach na­pa­sto­wa­ne­go chło­pa­ka błysz­cza­ły łzy, ale wca­le nie za­mie­rzał od­dać pola.

– Stra­ci­li­śmy czte­ry bak­sy, bo ty je­steś za tłu­sty – od­gryzł się. – Je­steś zbyt mło­dy, żeby tyle wa­żyć.

Mło­de­go pię­ścia­rza w dziu­ra­wych te­ni­sów­kach spo­tka­my jesz­cze na kar­tach tej opo­wie­ści. Nie co dzień bo­wiem się zda­rza, by z nie­wiel­kie­go mia­sta wy­wo­dzi­ło się aż dwóch czem­pio­nów wszech­wag. Na­zy­wał się Jim­my El­lis i cho­ciaż ta pierw­sza wal­ka nie do­szła do skut­ku, to w przy­szło­ści zmie­rzy się z Cas­siu­sem Clay­em aż trzy­krot­nie. Dwa razy jako ama­tor, raz wy­gry­wa­jąc, raz prze­gry­wa­jąc, i raz w za­wo­do­wej wal­ce o mi­strzo­stwo Ame­ry­ki Pół­noc­nej wszech­wag. Ale nie uprze­dzaj­my wy­pad­ków.

* * *

W nie­wiel­kim Lo­uisvil­le oprócz Co­lum­bia Gym dzia­łał jesz­cze je­den klub bok­ser­ski, Gra­ce Com­mu­ni­ty Cen­ter, dużo bied­niej­szy, po­ło­żo­ny w mu­rzyń­skiej czę­ści mia­sta i pro­wa­dzo­ny przez Fre­da Sto­ne­ra. Tak się skła­da­ło, że Sto­ner był tre­ne­rem o nie­bo lep­szym niż Joe Mar­tin, a jego chłop­cy pre­zen­to­wa­li oczy­wi­ście zde­cy­do­wa­nie wyż­sze umie­jęt­no­ści niż pod­opiecz­ni po­li­cjan­ta. Clay prze­ko­nał się o tym już w 1957 roku, kie­dy je­den z wy­cho­wan­ków Fre­da Sto­ne­ra spu­ścił mu w fi­na­le sta­no­wych Zło­tych Rę­ka­wic nie­złe baty, bę­dąc lep­szym w każ­dym nie­mal ele­men­cie pię­ściar­skiej sztu­ki. Nie­ste­ty, jed­ną z że­la­znych re­guł Joe Mar­ti­na było: „Żad­nych kon­tak­tów ze Sto­ne­rem”. Pła­cił swo­im chłop­com czte­ry do­la­ry za co­ty­go­dnio­wy wy­stęp w To­mor­row’s Cham­pions i nie ży­czył so­bie, by w tur­nie­ju wy­stę­po­wa­li tak­że pię­ścia­rze z Gra­ceCom­mu­ni­ty Cen­ter.

Któ­re­goś dnia Cas­sius wraz ze swym bra­tem Ru­dol­phem, „Ru­dym”, od­wie­dzi­li Sto­ne­ra w jego klu­bie. W sali tre­nin­go­wej było zim­no, sprzęt był pod­nisz­czo­ny i dużo gor­szej ja­ko­ści niż w Co­lum­bia Gym.

– Je­że­li chce­cie tre­no­wać, to przy­chodź­cie – po­wie­dział im czar­ny tre­ner. – Je­stem tu co­dzien­nie od ósmej wie­czo­rem do pół­no­cy. Po­ka­żę wam, jak na­praw­dę trze­ba wal­czyć.

Na­stęp­ne­go ran­ka, kie­dy Cas­sius przy­szedł do swo­je­go klu­bu, Joe Ma­rin za­cze­pił go już na ko­ry­ta­rzu.

– Sły­sza­łem, że by­łeś wczo­raj na tre­nin­gu u Sto­ne­ra. – Ton gło­su był taki, jak­by mło­dy Mu­rzyn do­ko­nał ja­kie­goś po­waż­ne­go prze­stęp­stwa.

– No… by­łem.

– Znasz re­gu­ły na­sze­go klu­bu. Albo je­steś ze mną, albo ze Sto­ne­rem. Masz go zo­sta­wić albo ja zo­sta­wię cie­bie.

Clay wie­dział, że w szkół­ce czar­ne­go tre­ne­ra może na­uczyć się o wie­le wię­cej. To z jego klu­bu wy­wo­dzi­ły się naj­więk­sze lo­kal­ne gwiaz­dy bok­su: Je­ro­me Daw­son, Bil­ly Wil­liams, Bill He­stor czy Ru­dolph Stich. Ale bar­dzo po­trze­bo­wał rów­nież tych co­ty­go­dnio­wych czte­rech do­la­rów.

– Do­bra – od­po­wie­dział z nie­chę­cią. – Wię­cej się tam nie po­ka­żę.

Nie do­trzy­mał obiet­ni­cy. Po ja­kimś cza­sie po­sta­no­wił w ta­jem­ni­cy przez Mar­ti­nem cho­dzić rów­nież do GCC. Po szko­le gnał do klasz­to­ru sióstr kla­ry­sek, gdzie czy­ścił pod­ło­gi i zaj­mo­wał się bi­blio­te­ką, po­tem biegł do Co­lum­bia Gym na za­ję­cia od szó­stej do ósmej wie­czo­rem, a od dzie­wią­tej do dwu­na­stej tre­no­wał pod okiem Fre­da Sto­ne­ra. Pra­ca iście ka­torż­ni­cza, ale na efek­ty nie trze­ba było dłu­go cze­kać.

Poza bok­sem Clay miał jesz­cze jed­ną wiel­ką na­mięt­ność. Dłu­gie go­dzi­ny spę­dzał przed ja­sno oświe­tlo­ną wy­sta­wą sa­lo­nu Auto Ka­iser. Ze wszyst­kich wy­sta­wio­nych po­jaz­dów in­te­re­so­wał go tyl­ko je­den – naj­więk­szy i naj­bar­dziej oka­za­ły mo­del Ca­dil­la­ca. Roz­płasz­czyw­szy nos o szy­bę, jak za­cza­ro­wa­ny po­dzi­wiał ten wspa­nia­ły wóz i nie ba­cząc na swój wiek, za­pew­niał wszyst­kich, że kie­dyś kupi so­bie taki sa­mo­chód za pie­nią­dze za­ro­bio­ne w rin­gu.

Tym­cza­sem obok czte­rech do­la­rów u po­li­cjan­ta za­ra­biał jesz­cze dru­gie czte­ry, ale na ra­zie cią­gle nie wy­star­cza­ło to na naj­now­szy mo­del Ca­dil­la­ca. Te do­dat­ko­we czte­ry bak­sy do­sta­wał od zna­ne­go mi­lio­ne­ra Wil­lia­ma Rey­nold­sa, u któ­re­go pra­cę zna­lazł mu Joe Mar­tin. Któ­re­goś dnia pod­szedł do Cas­siu­sa pod­czas tre­nin­gu i po­wie­dział:

– Słu­chaj chłop­cze, po­trze­bu­jesz ko­goś, kto by się za­jął w przy­szło­ści two­ją bok­ser­ską ka­rie­rą. Zna­la­złem ko­goś ta­kie­go. Na­zy­wa się Rey­nolds i ma wię­cej szma­lu, niż trzy­ma­ją w Fort Knox. Jego ro­dzi­na rzą­dzi ca­łym biz­ne­sem me­ta­lo­wym. No wiesz, ta stal Rey­nold­sa, garn­ki Rey­nold­sa, pa­tel­nie Rey­nold­sa, wa­go­ny Rey­nold­sa. Roz­ma­wia­łem z nim o to­bie i chce ci po­móc. Być może zo­sta­nie na­wet two­im me­ne­dże­rem. Bę­dzie cze­kał na cie­bie ju­tro o osiem­na­stej.

Dom Rey­nold­sa znaj­do­wał się w na­je­le­gant­szej dziel­ni­cy Lo­uisvil­le, w środ­ku oko­lo­nej zie­lo­nym ży­wo­pło­tem ogrom­nej po­sia­dło­ści i przy­po­mi­nał Cas­siu­so­wi sie­dzi­bę Reda But­tle­ra z „Prze­mi­nę­ło z wia­trem”. Trzy­pię­tro­wy, ople­cio­ny blusz­czem, z sze­ro­ki­mi scho­da­mi wio­dą­cy­mi do prze­stron­nej we­ran­dy, wspar­tej na wiel­kich bia­łych ko­lum­nach. Znaj­du­ją­cy się przed do­mem traw­nik wiel­ko­ści fut­bo­lo­we­go bo­iska był wy­strzy­żo­ny ni­czym fran­cu­ski pu­del. Clay­owi wy­da­wa­ło się, że za chwi­lę uj­rzy rząd drew­nia­nych dom­ków u stóp wzgó­rza i zbie­ra­ją­cych ba­weł­nę nie­wol­ni­ków.

Po­cią­gnął za sznu­rek dzwon­ka, a kie­dy po dłuż­szej chwi­li nikt nie za­re­ago­wał, wszedł do środ­ka. Za­czął wspi­nać się po mar­mu­ro­wych scho­dach, kie­dy na­gle roz­legł się za nim ostry krzyk:

– Hej, czar­nu­chu! Gdzie ty się do cho­le­ry pchasz? To pry­wat­na po­sia­dłość pana Wil­lia­ma Rey­nold­sa.

Sto­ją­cy na dole czło­wiek miał na­la­ną czer­wo­ną twarz i gład­ko za­cze­sa­ne do tyłu rude wło­sy. No­sił gar­ni­tur o bar­wie czer­wo­ne­go wina z na­kła­da­ny­mi kie­sze­nia­mi, kra­wat w tym sa­mym od­cie­niu i brą­zo­wą je­dwab­ną ko­szu­lę.

Clay po­wo­li od­wró­cił się i za­czął scho­dzić. W tym mo­men­cie obok ru­dziel­ca po­ja­wił się star­szy siwy Mu­rzyn, jak się póź­niej oka­za­ło ogrod­nik.

– Czy ty wiesz, czar­nu­chu, gdzie w ogó­le je­steś?

– Tak, pro­szę pana, wiem, gdzie je­stem – od­po­wie­dział Cas­sius i po chwi­li do­dał: – Z tym że nie je­stem żad­nym czar­nu­chem.

– My­ślę, pro­szę pana, że to jest Cas­sius Clay – wtrą­cił siwy Mu­rzyn, czu­jąc wi­szą­cą w po­wie­trzu awan­tu­rę.

– Znasz tego czar­nu­cha, John? – za­py­tał ru­dzie­lec.

– Tak, pro­szę pana. To jest bok­ser. Pan Rey­nolds ka­zał mu przyjść dziś wie­czór. Zaj­mę się nim, je­śli pan po­zwo­li.

– No to za­bie­raj­cie się obaj do dia­bła! – Rudy był wy­raź­nie w nie naj­lep­szym na­stro­ju.

Sta­ry ogrod­nik po­pro­wa­dził Cas­siu­sa na tył domu.

– Co to za rudy pa­lant? – za­py­tał go Clay.

– Ra­dzę ci nie uży­wać gło­śno tego okre­śle­nia. To pan Wal­ter Pen­rud­dock, je­den z dy­rek­to­rów pana Rey­nold­sa. Ale do­mem rzą­dzi jego ciot­ka, pani Ma­ria Lu­iza. Chodź, to cię jej przed­sta­wię. – To mó­wiąc, ogrod­nik za­pro­wa­dził mło­de­go bok­se­ra do kuch­ni, gdzie cze­ka­ła już wy­so­ka, siwa i chu­da jak szcza­pa ko­bie­ta z wą­ski­mi, wiecz­nie za­ci­śnię­ty­mi war­ga­mi. Bez sło­wa przyj­rza­ła się Clay­owi od stóp do głów, po czym rze­kła krót­ko: – Po­ka­żę ci, co masz ro­bić.

– Kie­dy spo­tkam się z pa­nem Rey­nold­sem? – za­py­tał grzecz­nie Cas­sius.

Siwa pani spoj­rza­ła na nie­go, jak­by był wy­plu­tą pest­ką śliw­ki lub rzu­co­nym na pod­ło­gę nie­do­pał­kiem.

– Pan Rey­nolds – od­po­wie­dzia­ła dum­nie – jest czło­wie­kiem bar­dzo za­ję­tym. Zo­ba­czysz się z nim, kie­dy uzna to za sto­sow­ne.

Od­tąd co­dzien­nie po za­ję­ciach w szko­le Clay przy­jeż­dżał do po­sia­dło­ści pana Rey­nold­sa, gdzie pani Ma­ria Lu­iza wy­zna­cza­ła mu roz­ma­ite za­da­nia. Któ­ry kurz po­ście­rać, któ­re śmie­ci wy­nieść, któ­rą pod­ło­gę wy­szo­ro­wać, któ­ry ga­nek po­za­mia­tać. Co ty­dzień w so­bo­tę siwa dama wrę­cza­ła mu oso­bi­ście czte­ry do­la­ry, co czy­ni­ła do­kład­nie w taki spo­sób, w jaki daje się jał­muż­nę ubo­gie­mu. Cza­sa­mi Cas­sius py­tał sta­re­go ogrod­ni­ka, kie­dy zo­ba­czy się z pa­nem Rey­nold­sem, ale nie­zmien­nie sły­szał tę samą od­po­wiedź:

– Pan Rey­nolds to bar­dzo za­ję­ty czło­wiek.

Pra­co­wał już od kil­ku mie­się­cy, kie­dy pew­ne­go dnia, my­jąc pod­ło­gę, usły­szał, że ktoś za nim mówi:

– No pro­szę, przy­szły mistrz olim­pij­ski, Cas­sius Clay.

Był to sam pan Wil­liam Rey­nolds, mniej­szy i grub­szy, niż to so­bie Cas­sius wy­obra­żał, ale we­so­ły i pe­łen wi­go­ru.

– Pan Rey­nolds! – ucie­szył się. – Chciał­bym z pa­nem po­roz­ma­wiać wła­śnie o mo­jej bok­ser­skiej ka­rie­rze.

– Zna­ko­mi­cie – od­parł pan Rey­nolds. – Te­raz nie mam cza­su, ale wpad­nij do mnie któ­re­goś dnia.

W cią­gu na­stęp­ne­go roku uda­ło się Clay­owi spo­tkać pana Rey­nold­sa jesz­cze dwu­krot­nie. Za­wsze mile się uśmie­chał i nie­odmien­nie mó­wił:

– Wpad­nij do mnie któ­re­goś dnia, to so­bie po­ga­da­my.

* * *

W roku 1960 Cas­sius Clay wy­grał roz­gry­wa­ny w Chi­ca­go ogól­no­kra­jo­wy tur­niej O Zło­te Rę­ka­wi­ce, a w kil­ka ty­go­dni póź­niej w pięk­nym sty­lu zdo­był mi­strzo­stwo Sta­nów Zjed­no­czo­nych w wa­dze pół­cięż­kiej. Miał już 18 lat, 188 cen­ty­me­trów wzro­stu i wa­żył pra­wie 80 ki­lo­gra­mów. Był wscho­dzą­cą gwiaz­dą ame­ry­kań­skie­go bok­su i naj­więk­szą na­dzie­ją USA na zło­ty me­dal w zbli­ża­ją­cych się wła­śnie XVII Igrzy­skach Olim­pij­skich w Rzy­mie. Przez kra­jo­we eli­mi­na­cje prze­szedł jak bu­rza, no­kau­tu­jąc w fi­na­le zna­ko­mi­te­go Al­la­na Hud­so­na z No­we­go Jor­ku.

* * *

Olim­pij­ski tur­niej bok­ser­ski w wiecz­nym mie­ście roz­gry­wa­ny był we wspa­nia­łej no­wo­cze­snej hali Pa­laz­zodel­lo Sport, miesz­czą­cej 15 ty­się­cy wi­dzów. A wła­ści­wie od­by­wa­ły się tam przede wszyst­kim wal­ki fi­na­ło­we, po­nie­waż część wcze­śniej­szych po­je­dyn­ków mia­ła miej­sce w dużo mniej­szym Pa­la­zet­to. Żeby więc wy­stą­pić w po­nie­dział­ko­wy wie­czór 5 wrze­śnia w ol­brzy­mim Pa­laz­zo, trze­ba było do­stać się do se­rii fi­na­ło­wej, a nie było to wca­le pro­ste, po­nie­waż w nie­zwy­kle sil­nie ob­sa­dzo­nej ka­te­go­rii pół­cięż­kiej aż ro­iło się od sław. Nie­wąt­pli­wie naj­więk­szą z nich był trzy­krot­ny (póź­niej czte­ro­krot­ny) mistrz Eu­ro­py i brą­zo­wy me­da­li­sta po­przed­nich igrzysk, w Mel­bo­ur­ne, Po­lak Zbi­gniew Pie­trzy­kow­ski. Nie­zwy­kle groź­ny był rów­nież de­biu­tu­ją­cy w tej ka­te­go­rii Ro­sja­nin Ge­na­dij Szat­kow. Re­spekt bu­dzi­li Ru­mun Ne­grea i Buł­gar Spa­sow. Wło­si li­czy­li na zna­ko­mi­te­go Giu­lia Sa­rau­die­go, a Au­stra­lij­czy­cy na swój wiel­ki ta­lent, Tony’ego Ma­di­ga­na.

Lo­so­wa­nie było dla Claya bar­dzo po­myśl­ne. W pierw­szej tu­rze eli­mi­na­cji wy­cią­gnął wol­ny los, w dru­giej zaś tra­fił na sła­biut­kie­go Bel­ga Yvo­na Be­cau­sa. Zno­kau­to­wał go w dru­gim star­ciu. W ćwierć­fi­na­le cze­kał jed­nak na nie­go sam Ge­na­dij Szat­kow, mistrz olim­pij­ski z Mel­bo­ur­ne w wa­dze śred­niej i ak­tu­al­ny mistrz Eu­ro­py. Za­wod­nik Związ­ku Ra­dziec­kie­go był zde­cy­do­wa­nym fa­wo­ry­tem, ale w wal­ce z mło­dym Ame­ry­ka­ni­nem wła­ści­wie nie ist­niał. W kon­fron­ta­cji z nie­zwy­kle szyb­kim i zwin­nym prze­ciw­ni­kiem ra­ził po­wol­no­ścią i bra­kiem kon­cep­tu, prze­gry­wa­jąc jed­no­gło­śnie na punk­ty.

Wszy­scy li­czą­cy się pię­ścia­rze gład­ko prze­szli eli­mi­na­cje. Naj­lep­sze wra­że­nie zro­bił Au­stra­lij­czyk Ma­di­gan, któ­ry w pięk­nym sty­lu po­ko­nał bar­dzo sil­ne­go Szwe­da Lar­sa Nor­lin­ga, póź­niej ce­nio­ne­go za­wo­dow­ca. Do­pie­ro w ćwierć­fi­na­łach od­pa­dli wspo­mnia­ny Szat­kow, Buł­gar Pe­ter Spa­sow i Ru­mun Ghe­or­ghe Ne­grea. Ten ostat­ni zo­stał wręcz zde­kla­so­wa­ny przez An­tho­ny’ego Ma­di­ga­na (no­kaut w dru­giej run­dzie).

W pół­fi­na­le Clay tra­fił wła­śnie na Ma­di­ga­na. Wy­padł, szcze­rze mó­wiąc, bla­do i jego wy­mę­czo­ne zwy­cię­stwo nad Au­stra­lij­czy­kiem wie­lu uwa­ża­ło za nie­za­słu­żo­ne. Nie za bar­dzo po­tra­fił zna­leźć re­cep­tę na agre­syw­ne­go i sil­nie bi­ją­ce­go prze­ciw­ni­ka, ale naj­wi­docz­niej nie­spo­ty­ka­na szyb­kość, zwin­ność i gra­cja zjed­na­ły mu sym­pa­tię sę­dziów, któ­rzy osta­tecz­nie jed­no­gło­śnie wy­ty­po­wa­li jego wy­gra­ną. Ten re­zul­tat pre­mio­wał go do fi­na­łu, w któ­rym cze­kał już Zbi­gniew Pie­trzy­kow­ski. Tego na­zwi­ska nie po­tra­fił pra­wi­dło­wo wy­mó­wić nikt z ame­ry­kań­skiej eki­py, bez ry­zy­ka wy­wich­nię­cia so­bie szczę­ki. Na­zy­wa­li go po pro­stu „Zig­gy”, ale do­brze wie­dzie­li, kim jest i co po­tra­fi. Dwu­dzie­sto­sied­mio­let­ni Po­lak był le­piej wy­szko­lo­ny tech­nicz­nie, bar­dziej do­świad­czo­ny i dys­po­no­wał nie­sły­cha­nie sil­nym cio­sem z le­wej ręki, któ­rym po­wa­lił wie­lu ry­wa­li, w tym sa­me­go Lasz­lo Pap­pa. W pół­fi­na­ło­wej wal­ce nie dał naj­mniej­szych szans fa­wo­ry­to­wi go­spo­da­rzy, Giu­lio­wi Sa­rau­die­mu. Za mło­dym Ame­ry­ka­ni­nem prze­ma­wia­ła na­to­miast szyb­kość, zręcz­ność i nie­spo­ty­ka­na ko­or­dy­na­cja ru­chów. Tre­ne­rzy dru­ży­ny USA bar­dzo oba­wia­li się o losy tego po­je­dyn­ku, nie przej­mo­wał się tyl­ko sam Clay.

– Kasz­ka z mle­kiem – stwier­dził spo­koj­nie. – Po­ko­nam go.

Tuż przed roz­po­czę­ciem ich wal­ki do­szło do nie­co­dzien­ne­go wy­da­rze­nia. Inny pol­ski pię­ściarz, Ta­de­usz Wa­la­sek, wy­grał wy­raź­nie z czar­nym Ame­ry­ka­ni­nem Edwar­demCro­okiem, ale sę­dzio­wie wy­ty­po­wa­li zwy­cię­stwo Mu­rzy­na. Na wi­dow­ni roz­pę­ta­ła się praw­dzi­wa bu­rza pro­te­stów. Wa­la­sek stał z ka­mien­ną twa­rzą, sta­ra­jąc się za­cho­wać po mę­sku, jak praw­dzi­wy spor­to­wiec. Ze ści­śnię­tym gar­dłem zdo­łał tyl­ko wy­krztu­sić do Fe­lik­sa Stam­ma:

– Pa­nie, ja chy­ba będę eta­to­wym wi­ce­mi­strzem. Wciąż mnie ki­wa­ją.

Tu­mult na wi­dow­ni trwał kil­ka­na­ście mi­nut, co spo­wo­do­wa­ło znacz­ne opóź­nie­nie ko­lej­ne­go fi­na­łu. A jak wy­glą­dał sam prze­bieg fi­na­ło­we­go po­je­dyn­ku w wa­dze pół­cięż­kiej? Od­daj­my głos jed­ne­mu z bo­ha­te­rów tego dra­ma­tu, Zbi­gnie­wo­wi Pie­trzy­kow­skie­mu:

„Oglą­da­łem go pod­czas tur­nie­ju parę razy. Wy­so­ki, wyż­szy ode mnie, był nie­sły­cha­nie roz­luź­nio­ny. Miał wro­dzo­ną ce­chę na­da­ją­cą każ­de­mu ru­cho­wi cia­ła ko­cią mięk­kość. Wy­da­wa­ło się, że Clay nie bije sil­nie. Pod­czas wal­ki z Bel­giem Be­cau­sem w pew­nym mo­men­cie wy­pu­ścił nie­groź­ny zda­wa­ło­by się, pra­wy sierp, a tam­te­go zmio­tło z rin­gu. W fi­na­le rzym­skie­go tur­nie­ju olim­pij­skie­go zmie­rzy­łem się z tym zbu­do­wa­nym jak mło­dy bóg ry­wa­lem. Wcho­dząc na ring, sły­sza­łem jesz­cze trwa­ją­ce pro­te­sty wi­dow­ni prze­ciw nie­słusz­ne­mu wer­dyk­to­wi, któ­ry ode­brał Wa­la­sko­wi zwy­cię­stwo nad Ame­ry­ka­ni­nem Cro­okiem. Ner­wy mia­łem na­pię­te do ostat­nich gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści. I w tym sta­nie roz­po­czą­łem z Clay­em wal­kę o zło­ty me­dal. Tem­po było mor­der­cze. Po­cząt­ko­wo szło mi le­piej, niż przy­pusz­cza­łem. Za­sto­so­wa­łem roz­sąd­ną tak­ty­kę wal­ki, wy­ma­ga­ją­cą ol­brzy­miej kon­cen­tra­cji i fan­ta­stycz­nej kon­dy­cji. Tej ostat­niej, nie­ste­ty, za­czę­ło mi bra­ko­wać już w pierw­szej run­dzie. Była to prze­cież moja pią­ta wal­ka w tym tur­nie­ju. W dru­giej run­dzie co­raz czę­ściej sta­wa­łem w miej­scu. Pro­wo­ko­wa­łem Ame­ry­ka­ni­na, żeby po­szedł do przo­du, żeby choć raz wdał się w wy­mia­nę cio­sów. Kil­ka razy moja lewa pięść już lą­do­wa­ła na jego szczę­ce. Wi­dow­nia wy­da­wa­ła okrzy­ki, są­dząc, że tra­fi­łem. Tyl­ko ja je­den wie­dzia­łem, że tak nie jest. Clay bo­wiem nie­znacz­ny­mi ru­cha­mi gło­wy po­tra­fił unik­nąć cięż­kich cio­sów. Po dru­giej run­dzie zda­łem so­bie spra­wę, że po­je­dyn­ku tego nie je­stem w sta­nie wy­grać. By­łem u kre­su sił, choć w tym mo­men­cie jesz­cze oce­nio­no, że spo­tka­nie jest re­mi­so­we. Prze­szy­ła mnie myśl, żeby się pod­dać. Nie słu­cha­łem, co mówi do mnie tre­ner Stamm. Za­sta­na­wia­łem się tyl­ko, co mi po­wie, gdy usły­szy, że re­zy­gnu­ję, nie chcę da­lej wal­czyć z prze­ciw­ni­kiem, któ­ry ode­brał mi wia­rę w zwy­cię­stwo. Tak du­ma­łem aż do gon­gu wzy­wa­ją­ce­go do trze­ciej run­dy. Cięż­ko wsta­łem i reszt­ka­mi sił do­trwa­łem do koń­ca…”.

Wal­kę wy­grał jed­no­gło­śnie Clay (59:57, 60:56, 59:56, 59:56, 60:57). Cóż wię­cej moż­na do­dać. Tak wła­śnie było, a nie ina­czej. Na Clayu nie mo­gli się po­znać naj­tęż­si fa­chow­cy aż do mo­men­tu, w któ­rym po­ko­nał naj­lep­sze­go bo­daj wte­dy ama­tor­skie­go pię­ścia­rza.

Ten pol­ski ak­cent w roz­po­czy­na­ją­cej się świa­to­wej ka­rie­rze Cas­siu­sa Claya tak opi­sał w swo­im „Pa­mięt­ni­ku” nie­od­ża­ło­wa­nej pa­mię­ci „Papa” Stamm:

„Po­je­dy­nek Pie­trzy­kow­skie­go z czar­nym Ame­ry­ka­ni­nem, Cas­siu­sem Clay­em, roz­po­czy­na się wśród ogłu­sza­ją­ce­go ha­ła­su cią­gle jesz­cze pro­te­stu­ją­cej pu­blicz­no­ści. Tu­mult jest tak wiel­ki, że le­d­wie mogę do­sły­szeć, co mówi do mnie Zby­szek.

– Nie mam kau­czu­ko­wej ochron­nej szczę­ki – skar­ży się.

Wiem o tym bar­dzo do­brze. Pie­trzy­kow­ski zgu­bił swą sztucz­ną szczę­kę już w so­bo­tę. Ni­g­dzie nie mo­gli­śmy jej zna­leźć. W nie­dzie­lę czy­ni­łem kro­ki, aby otrzy­mać nową. Jed­nak z po­wo­du świę­ta oka­za­ło się to zu­peł­nie nie­moż­li­we. Tego ro­dza­ju ochra­nia­cze mu­szą być do­sko­na­le do­pa­so­wa­ne, nie było więc mowy o po­życz­ce.

Brak ochra­nia­cza dzią­seł de­ner­wo­wał mnie na pew­no tak samo, jak Pie­trzy­kow­skie­go. Zły by­łem na nie­go, że nie po­tra­fił za­dbać o swój sprzęt. De­ner­wo­wał mnie rów­nież prze­ciw­nik Zbysz­ka. Wo­lał­bym, aby nim był Au­stra­lij­czyk Ma­di­gan, któ­re­go Clay z tru­dem wy­eli­mi­no­wał w pół­fi­na­le. Moim zda­niem ra­czej Au­stra­lij­czyk za­słu­żył na zwy­cię­stwo.

Clay był od Pie­trzy­kow­skie­go wyż­szy i, co naj­gor­sze, miał dłuż­sze ręce. Nad­to wy­róż­niał się zna­ko­mi­tą pra­cą nóg, rzad­ko spo­ty­ka­ną u ame­ry­kań­skich pię­ścia­rzy.

Wal­kę roz­po­czy­na Pie­trzy­kow­ski. Sta­ra się do­się­gnąć prze­ciw­ni­ka pro­sty­mi, aby w do­god­nym mo­men­cie wy­pu­ścić sku­tecz­ną se­rię. Jed­nak plan ten się nie uda­je. Clay oka­zał się zbyt szyb­ki, a jego nie­zmier­nie dłu­gie lewe pro­ste sza­cho­wa­ły Zbysz­ka. Star­cie jest wy­rów­na­ne.

Dru­gą run­dę Pie­trzy­kow­ski za­czy­na do­brze. Kil­ka razy za­pę­dza czar­ne­go ry­wa­la w liny i ata­ku­je se­ria­mi. W pew­nej chwi­li Zby­szek sil­nie tra­fia z le­wej w żo­łą­dek. Ame­ry­ka­nin od­czuł to ude­rze­nie. Nie­ste­ty, bielsz­cza­nin nie po­tra­fi wy­ko­rzy­stać do­god­ne­go mo­men­tu i nie idzie za cio­sem. Być może już wte­dy do­ku­cza mu do­tkli­wy ból, bo­wiem sil­nie krwa­wi. Je­den z zę­bów zra­nił mu dzią­sło i nie­mal prze­bił gór­ną war­gę. Wy­da­je się, że tę run­dę Pie­trzy­kow­ski lek­ko wy­grał.

Po gon­gu cięż­ko sia­da na krze­śle. Jest ogrom­nie wy­czer­pa­ny i znaj­du­je się u kre­su sił.

– Pa­nie Fel­ku, ja już nie mogę…

Szyb­ko ta­mu­ję krew i mó­wię:

– Za­pa­mię­taj so­bie, że w fi­na­le olim­pij­skim nie ma słów „nie mogę”. Wal­czy się do ostat­ka.

Bły­ska­wicz­nie ukła­dam plan stra­te­gicz­ny na ostat­nią run­dę.

– Za­raz po gon­gu po­sta­raj się go za­sko­czyć ata­kiem i za­pę­dzić do na­roż­ni­ka. Je­śli się uda, wy­puść se­rię sil­nych ha­ków z obu rąk. Może zdo­łasz go zbić z nóg. Je­śli się uda, to przyj­mij ni­ską po­sta­wę i skryj się za po­dwój­ną gar­dą, ba­lan­suj cia­łem. Wte­dy on z całą pew­no­ścią po­dej­dzie na pół­dy­stans, aby cię skoń­czyć. Wów­czas ty z po­dwój­nej za­sło­ny trzep­niesz go le­wym sier­pem. Ten cios po­wi­nien za­koń­czyć wal­kę. Se­rii już nie pró­buj, bo nie masz na nie siły…

Od­zy­wa się ostat­ni gong. Pie­trzy­kow­ski przy­pusz­cza atak. Uda­je mu się za­pę­dzić Claya do na­roż­ni­ka. Pada se­ria cio­sów, ale ane­micz­nych, nie­sku­tecz­nych. Zda­ję so­bie spra­wę, że Zby­szek nie ma kon­dy­cji i nie może zdo­być się na dy­na­micz­ny cios.

Po tym spa­lo­nym na­tar­ciu Pie­trzy­kow­ski kry­je się za po­dwój­ną gar­dę i wy­raź­nie pro­wo­ku­je Ame­ry­ka­ni­na do de­cy­du­ją­ce­go na­tar­cia. Każ­dy mało do­świad­czo­ny bok­ser zła­pał­by się na taki ka­wał. Ale Clay oka­zu­je się cwa­nia­kiem. Ani mu w gło­wie bli­żej po­dejść do Zbysz­ka. Jest ostroż­ny i z dy­stan­su dłu­gi­mi cio­sa­mi roz­bi­ja gar­dę.

Wszyst­kie pró­by przej­ścia Pie­trzy­kow­skie­go do ata­ku Clay li­kwi­du­je w za­rod­ku. Jest dużo śwież­szy, szyb­szy w no­gach. Zby­szek koń­czy wal­kę bar­dzo wy­czer­pa­ny. Prze­gry­wa z lep­szym bok­se­rem, jak się oka­za­ło, póź­niej­szym mi­strzem świa­ta.

Do tur­nie­ju olim­pij­skie­go trze­ba się so­lid­nie przy­go­to­wy­wać przez pół roku. A Pie­trzy­kow­ski przed zgru­po­wa­niem w Cet­nie­wie mi­gał się, po­dob­nie jak Adam­ski i Dro­gosz. W gó­rach chłop­cy wo­le­li jeź­dzić au­to­bu­sem, niż od­by­wać tre­nin­go­we spa­ce­ry. Wszy­scy trzej nie mie­li w cza­sie tur­nie­ju olim­pij­skie­go do­sta­tecz­nej kon­dy­cji”.

Zwy­cięz­ca zaś uczcił swój try­umf na­pi­sa­nym spe­cjal­nie z tej oka­zji po­ema­tem, roz­po­czy­na­ją­cym się od słów:

To make Ame­ri­ca the gre­atest in my goal,

So I beat the Rus­sian, and I beat the Pole2.

Po wal­ce i de­ko­ra­cji tre­ner Claya udzie­lił te­le­wi­zji wło­skiej wy­wia­du, w któ­rym po­wie­dział:

– Tego chłop­ca nikt nie po­ko­na. Nikt nie jest w sta­nie ude­rzyć go dwa razy z rzę­du, tak szyb­ko bo­wiem po­ru­sza się po rin­gu.

Chy­ba nie mniej­szą ra­dość niż zło­ty me­dal spra­wi­ła try­um­fa­to­ro­wi wagi pół­cięż­kiej wi­zy­ta w jego szat­ni jed­nej z naj­więk­szych gwiazd rzym­skiej olim­pia­dy, pięk­nej Wil­my Ru­dolph, na­zy­wa­nej Czar­ną Ga­ze­lą, trzy­krot­nej zło­tej me­da­list­ki: w bie­gu na 100 m, na 200 m oraz w ze­spo­le szta­fe­to­wym USA 4 × 100 me­trów.Wil­ma Ru­dolph była tak­że re­kor­dzist­ką świa­ta na 100 m (11,2 sek.) i 200 m (22,9 sek.)3.

Kie­dy po­ja­wia­ła się na olim­pij­skim sta­dio­nie, na wi­dow­ni ro­bi­ło się po­god­nie. Jej wy­stę­py w eli­mi­na­cjach sprin­tu mia­ły cha­rak­ter bez­tro­skiej za­ba­wy. Bie­ga­ła nie tyl­ko naj­szyb­ciej, ale i naj­pięk­niej. Mó­wio­no, że już w dzie­ciń­stwie była nie­do­ści­gnio­na. Kie­dy mama wo­ła­ła na ko­la­cję, Wil­ma była za­wsze pierw­sza przy sto­le, prze­ści­ga­jąc star­szych bra­ci. Wy­cho­dzi­ła na rzym­ski sta­dion w śmiesz­nym, sło­mia­nym ka­pe­lu­si­ku, ku­pio­nym na ba­za­rze za kil­ka li­rów. Roz­sta­wa­ła się z nim tyl­ko pod­czas bie­gu. Prze­ry­wa­ła ta­śmę i bie­gła po ka­pe­lu­sik le­żą­cy na tra­wie.

Po­cho­dzi­ła z bar­dzo bied­nej ro­dzi­ny, w któ­rej głód był sta­łym go­ściem. Owdo­wia­ła mat­ka z tru­dem utrzy­my­wa­ła licz­ną ro­dzi­nę. Źle od­ży­wia­na Wil­ma za­cho­ro­wa­ła na pa­ra­liż dzie­cię­cy. Kie­dy mia­ła czte­ry lata, no­szo­no ją na rę­kach, nóż­ki wciąż były bez­wład­ne. Przez ko­lej­ne czte­ry lata mat­ka z upo­rem gra­ni­czą­cym z he­ro­izmem pro­wa­dza­ła ją co­dzien­nie do od­le­głe­go szpi­ta­la. Kie­dy mia­ła pięć lat, za­czę­ła le­d­wie kuś­ty­kać. W szó­stym roku pró­bo­wa­ła już cho­dzić. Ma­jąc sie­dem lat, bie­ga­ła, a jako ośmio­let­nia dziew­czyn­ka była naj­szyb­sza wśród ró­wie­śnic. W kil­ka­na­ście lat póź­niej prze­ści­ga­ła z ła­two­ścią wszyst­kie ry­wal­ki z ca­łe­go świa­ta.

Cas­sius był wte­dy za­ko­cha­ny w Wil­mie po uszy, do cze­go przy­znał się pu­blicz­nie do­pie­ro wie­le lat póź­niej w swo­jej au­to­bio­gra­fii. Na wszel­kie spo­so­by pró­bo­wał za­in­te­re­so­wać sobą bli­żej pięk­ną lek­ko­atlet­kę, ale kie­dy tyl­ko zna­lazł się w jej po­bli­żu, gar­dło ści­skał mu dziw­ny skurcz, a ję­zyk sta­wał koł­kiem. Ca­ły­mi go­dzi­na­mi prze­cha­dzał się w po­bli­żu ame­ry­kań­skiej am­ba­sa­dy, gdzie miesz­ka­ła Wil­ma, w na­dziei spo­tka­nia jej i za­mie­nie­nia kil­ku słów, ale kie­dy mu się to w koń­cu uda­wa­ło, nie umiał wy­krztu­sić z sie­bie jed­ne­go po­praw­ne­go zda­nia.

Poza tym smu­kła Wil­ma o po­god­nych brą­zo­wych oczach mia­ła jesz­cze in­ne­go ad­o­ra­to­ra, Raya Nor­to­na, sprin­te­ra, któ­ry za­wsze był o krok przed Clay­em. Kie­dy Wil­mie upadł na przy­kład na zie­mię bu­cik czy ręcz­nik i Cas­sius rzu­cał się, żeby go pod­nieść i po­dać uko­cha­nej, Nor­ton był za­wsze o uła­mek se­kun­dy szyb­szy. Kie­dyś chciał za­pro­sić Wil­mę na ciast­ko do ka­wiar­ni przy Piaz­za di Spa­gna, ale ze zdu­mie­niem uj­rzał ja sie­dzą­cą tam w to­wa­rzy­stwie Raya. Bar­dzo ża­ło­wał, że Ray Nor­ton jest bie­ga­czem, a nie bok­se­rem. Ma­rzył no­ca­mi o tym, że sta­je na­prze­ciw­ko nie­go w rin­gu i ma­sa­kru­je znie­na­wi­dzo­ną do ostat­ka gębę.

Tak więc ślicz­na Wil­ma, cho­ciaż da­rzy­ła Cas­siu­sa ogrom­ną sym­pa­tią, po­zo­sta­ła wy­łącz­nie ko­le­żan­ką z olim­pij­skiej dru­ży­ny. Wy­szła za mąż wkrót­ce po po­wro­cie z Rzy­mu, ale nie za Raya Nor­to­na, tyl­ko za nie­ja­kie­go Ro­ber­ta El­rid­ge’a, przy­ja­cie­la z lat dzie­cin­nych, z któ­rym ba­wi­ła się w pia­skow­ni­cy. Na jej proś­bę Ro­bert siu­siał do wy­su­szo­ne­go pia­sku, kie­dy bab­ki nie chcia­ły się le­pić. Jej dal­sze losy nie po­to­czy­ły się jed­nak zbyt szczę­śli­wie. Ro­bert nie mógł zna­leźć pra­cy, więc Czar­na Ga­ze­la pra­co­wa­ła jako mo­del­ka, utrzy­mu­jąc cały dom, któ­ry był co­raz więk­szy. Co roku przy­by­wa­ło nowe dziec­ko. Po pią­tym Wil­ma cięż­ko za­cho­ro­wa­ła. Za­czę­ły się kło­po­ty ma­te­rial­ne. Daw­na gwiaz­da zu­peł­nie od­su­nę­ła się od spor­tu, a nie­któ­re jej póź­niej­sze wy­po­wie­dzi po­brzmie­wa­ły go­ry­czą, jaką bu­dzi­ły w niej wspo­mnie­nia zwy­cię­skich star­tów:

– Cóż są war­te trzy zło­te me­da­le, kie­dy pa­trzę te­raz na moje trud­ne ży­cie. Parę dni szczę­ścia na olim­pij­skim sta­dio­nie. Wszyst­ko, co było przed­tem i po­tem, jest ra­czej smut­ne w moim ży­ciu. Sta­łe kło­po­ty, masa dzie­ci, czę­ste cho­ro­by, cią­głe po­szu­ki­wa­nie za­ję­cia.

Dla tych jed­nak, któ­rzy wi­dzie­li jej olśnie­wa­ją­ce zwy­cię­stwa na bież­ni, już na za­wsze po­zo­sta­nie ślicz­ną mło­dą dziew­czy­ną w za­baw­nym słom­ko­wym ka­pe­lu­si­ku. Naj­więk­szą bo­ha­ter­ką i naj­bar­dziej po­god­ną za­wod­nicz­ką rzym­skiej olim­pia­dy.

* * *

Po po­wro­cie do wio­ski olim­pij­skiej cze­ka­ła świe­żo upie­czo­ne­go mi­strza jesz­cze jed­na wi­zy­ta. Za­szczy­cił go mia­no­wi­cie sam ak­tu­al­ny mistrz świa­ta wszech­wag, Floyd Pat­ter­son. Zdję­cia dwóch ko­lo­ro­wych czem­pio­nów, jed­ne­go za­wo­do­we­go, dru­gie­go ama­tor­skie­go, obie­gły na­za­jutrz całą ame­ry­kań­ską pra­sę. Ci­chy i skrom­ny Floyd oraz ha­ła­śli­wy i aro­ganc­ki Cas­sius. Przy bły­sku dzie­sią­tek fle­szy uści­snę­li so­bie ręce, po czym Clay po­wie­dział: „Opie­kuj się do­brze swo­im ty­tu­łem. Trzy­maj go dla mnie przez naj­bliż­sze dwa lata, kie­dy będę go­to­wy, żeby ci go ode­brać”.

Po ode­gra­niu jesz­cze na rin­gu dzi­kie­go tań­ca ra­do­ści, upo­jo­ny szczę­ściem mistrz olim­pij­ski wagi pół­cięż­kiej przez na­stęp­nych kil­ka­dzie­siąt go­dzin nie zdej­mo­wał zło­te­go krąż­ka z szyi. Cho­dził z nim po Via Ve­ne­to, po­ka­zu­jąc wszyst­kim na­po­tka­nym lu­dziom. Prze­chod­nie ki­wa­li gło­wa­mi, bio­rąc go za nie­groź­ne­go wa­ria­ta. Nie roz­sta­wał się z me­da­lem, na­wet kła­dąc się do łóż­ka. Nic w tym dziw­ne­go, je­śli weź­mie się pod uwa­gę po­prze­dza­ją­ce ten try­umf mor­der­cze tre­nin­gi. Kie­dy dwa ty­go­dnie póź­niej trans­atlan­tyk z Clay­em na po­kła­dzie do­bił do brze­gów Ame­ry­ki, na mi­strza olim­pij­skie­go cze­kał już za­wo­do­wy kon­trakt.

Jako ama­tor sto­czył 187 walk; prze­grał tyl­ko 8, we wcze­snym eta­pie ka­rie­ry. W póź­niej­szym cza­sie, uwa­ża­jąc, że to i tak za dużo, przy­zna­wał się je­dy­nie do trzech po­ra­żek.

Rozdział II. Blisko

Kie­dy my­ślą, że je­steś bli­sko, bądź da­le­ko.

Kie­dy my­ślą, że je­steś da­le­ko, bądź bli­sko.

Sun Tsu,Sztu­ka woj­ny

Chęt­nych do wzię­cia w swo­je ręce za­wo­do­wej ka­rie­ry olim­pij­skie­go mi­strza było wie­lu. Naj­pierw zja­wił się u Cas­siu­sa Claya se­nio­ra Joe Mar­tin. Była to pierw­sza wi­zy­ta tre­ne­ra w domu jego naj­lep­sze­go za­wod­ni­ka – po­ste­run­ko­wy Mar­tin nie zwykł od­wie­dzać miesz­kań czar­nych oby­wa­te­li, chy­ba że służ­bo­wo. Była to za­ra­zem jego ostat­nia tam wi­zy­ta. Przy­niósł ze sobą już go­to­wy kon­trakt. Gwa­ran­to­wał Clay­owi ju­nio­ro­wi 75 do­la­rów na ty­dzień przez naj­bliż­sze 10 lat.

– Niech pan zo­sta­wi tu umo­wę – po­wie­dział Clay se­nior. – Chciał­bym, żeby za­po­znał się z nią mój praw­nik.

– To do­bra umo­wa – od­rzekł po­li­cjant. – Nie musi jej oglą­dać ża­den praw­nik. A poza tym trze­ba to pod­pi­sać na­tych­miast.

– Ach tak – po­wie­dział Clay se­nior. – Więc niech pan przyj­mie do wia­do­mo­ści, że nikt nie kupi mo­je­go syna za głu­pie sie­dem­dzie­siąt pięć do­la­rów na ty­dzień i to jesz­cze aż na dzie­sięć lat.

Swo­je pro­po­zy­cje za­ję­cia się ka­rie­rą Cas­siu­sa przy­sła­li mię­dzy in­ny­mi: były mistrz wszech­wag Roc­ky Mar­cia­no, zło­ty me­da­li­sta igrzysk olim­pij­skich w Mel­bo­ur­ne w ka­te­go­rii cięż­kiej Pete Ra­de­ma­cher i me­ne­dżer ak­tu­al­ne­go czem­pio­na naj­cięż­szej wagi, Floy­da Pat­ter­so­na, Cus d’Ama­to. Naj­więk­sze jed­nak szan­se da­wa­no kró­lo­wi sta­li. Se­kre­tarz pana Rey­nold­sa cze­kał na Cas­siu­sa na na­brze­żu por­tu w No­wym Jor­ku, kie­dy ten wy­sia­dał ze stat­ku, któ­rym przy­pły­nął z Ita­lii. Z po­le­ce­nia swe­go pryn­cy­pa­ła umie­ścił mi­strza olim­pij­skie­go w jego pry­wat­nym apar­ta­men­cie w ho­te­lu Wal­dorf–Asto­ria, tuż obok apar­ta­men­tu księ­cia Wa­lii i na­prze­ciw po­koi zaj­mo­wa­nych kie­dyś przez pre­zy­den­ta Her­ber­ta Ho­ove­ra. Na­stęp­ne­go dnia za­brał go na obiad do re­stau­ra­cji oraz do skle­pu na Man­hat­ta­nie, gdzie za 400 do­la­rów do­ko­nał za­ku­pu dwóch ze­gar­ków w cha­rak­te­rze pre­zen­tów dla ro­dzi­ców Cas­siu­sa. Na ko­niec wrę­czył mu eg­zem­plarz umo­wy me­ne­dżer­skiej.

– Kie­dy zo­ba­czę się z pa­nem Rey­nold­sem? – za­py­tał Clay se­kre­ta­rza.

– Tego nie wiem. Pan Rey­nolds to bar­dzo za­ję­ty czło­wiek.

* * *

Osta­tecz­nie pro­tek­to­rem Claya w jego za­wo­do­wej ka­rie­rze zo­stał nie je­den czło­wiek, ale cała gru­pa biz­nes­me­nów z Lo­uisvil­le. Do­kład­nie je­de­na­stu lu­dzi. Sze­fem syn­dy­ka­tu, ofi­cjal­nie wy­stę­pu­ją­cym w roli me­ne­dże­ra mło­de­go mi­strza, zo­stał pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­ni Wil­liam Fa­ver­sham, były ak­tor, gry­wa­ją­cy kie­dyś w te­atrze w Bo­sto­nie, a póź­niej wy­stę­pu­ją­cy na Bro­dwayu. W mło­do­ści sam upra­wiał boks pod okiem zna­ko­mi­te­go pię­ścia­rza daw­nej ery, Jac­ka „Phi­la­del­phii” O’Brie­na.

Funk­cję skarb­ni­ka ob­jął Ja­mes Ross Todd, naj­młod­szy w syn­dy­ka­cie, li­czą­cy so­bie za­le­d­wie 26 lat han­dlo­wiec, syn wzię­te­go w Lo­uisvil­le ad­wo­ka­ta.