Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Muchachas. Tom 2 - Katherine Pancol

"Dynamiczna i pełna humoru książka najpoczytniejszej francuskiej pisarki. Odważne Muchchas zmagają się z losem i spełniają marzenia.     W Nowym Jorku, Hortense pracuje nad swoją pierwszą kolekcją haute couture, z nadzieją na karierę godną drugiej Coco Chanel. Marzenie ma się urzeczywistnić dzięki finansowemu wsparciu zamożnej i tajemniczej hrabiny Eleny. Gary cały swój wolny czas poświęca przygotowaniom do koncertu w duecie z utalentowaną skrzypaczką Calypso.             W Paryżu, Zoé, młodsza siostra Hortense, przeżywa rozterki w związku ze swoim chłopakiem Gaétanem. Joséphine kursuje między Londynem, Paryżem a Lyonem i nabiera podejrzeń co do szczerości uczuć Philippe'a, który coraz więcej czasu spędza w towarzystwie jej przyjaciółki Shirley. Próbuje też ustalić, kim jest podejrzany nieznajomy mężczyzna, który towarzyszy jej jak cień... „Historie awanturnicze i niepokorne. W Muchachas Katherine Pancol oddaje śmiały hołd kobietom, które upajają się życiem”.                                                                                Marie-Eve Dufrense, aktorka „Wyważony, a zarazem przejmujący ton. Prawdziwy językowy majstersztyk. Wciągająca, zabawna, sentymentalna”. François Nourissier z Akademii Goncourtów, Le Point „Muchachas - poruszająca powieść, która rozdziera serce od emocji.  Nie sposób oderwać się od historii bohaterów!  Katherine Pancol znowu w doskonałej formie!  Książki Katherine Pancol to moje niesłabnące uzależnienie!”.  Marzena Rogalska, TVP, „Uroda Życia”"

Opinie o ebooku Muchachas. Tom 2 - Katherine Pancol

Fragment ebooka Muchachas. Tom 2 - Katherine Pancol

Tytuł oryginału:

MUCHACHAS 2

Copyright © Editions Albin Michel - Paris 2013

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Barbara Meisner

ISBN: 978-83-7999-298-0

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Patricii Connelly

– Happy Monday! – woła Heather, rzucając torebkę na krzesło.

– Happy Monday! – odmrukują pod nosem trzy dziewczyny siedzące w Viand Café, przy Madison Avenue, nad butelką chardonnaya.

Jessica, Astrid i Rosie unoszą głowy w stronę Heather, która najpierw podciąga oburącz rajstopy w talii i dopiero potem dosiada się do koleżanek. Jest poniedziałek, a co tydzień tego dnia, około dziewiętnastej, wszystkie się spotykają. Pomysł wyszedł od Heather, która oświadczyła, iż świat jest dżunglą, siła leży w jedności, więc jednoczmy się, by wytrwać w dżungli, hasta siempre, Comandante!

Heather pochodzi z Irlandii. Postanowiła wyjechać do Chile. Ćwiczy wymowę „r” i kręcenie biodrami, ale jest za sztywna i zbyt masywna. Pracuje na stanowisku dyrektora reklamy w AOL, płacą jej procent od zysków, dzięki czemu na jej konto wpływa co miesiąc premia godna milionera.

– Jak leci, dziewczyny? – pyta, poprawiając cienkie jasne włosy. – Przypominacie wdowi gang po pogrzebie!

– Żeby zostać wdową, potrzebny jest facet – stwierdza Rosie. – Od dwóch lat noszę pas cnoty! Chyba wystawię swoje dziewictwo na eBayu.

Rosie jest najstarsza z ich czwórki. W wieku trzydziestu pięciu lat straciła już wszelką nadzieję na karierę, pracuje w sklepie Gap i ma nadzieję, że nie zostanie zwolniona. Brała ślub i rozwodziła się dwukrotnie, ma dwie córeczki, które owinęły ją sobie dookoła palca. Nie potrafi odmawiać. To moja sprawa, że daję się omotać. Wykrzywia smutnie ładną twarz nieco wyblakłej blondynki. Z rezygnacją przygląda się ruinom swojego życia i zbiera adresy gabinetów wykonujących lifting na kredyt.

– Położyłam się spać o trzeciej nad ranem. – Jessica ziewa.

– Ja kładę się tak późno i wstaję tak wcześnie, że mijam się z sobą tylko na schodach! – wybucha śmiechem Heather. – Mam tyle spraw do załatwienia przed wyjazdem! Widziałaś się z Davidem wczoraj wieczorem?

– Byliśmy w Gansevoort – odpowiada Jessica. – Nieźle poszalał…

David i Jessica. Poznali się na Uniwersytecie Princeton. Dwie eleganckie, pełne wdzięku, nonszalanckie postacie. David ma dwadzieścia osiem lat, jest alkoholikiem i cierpi na powtarzające się kłopoty z potencją. Jessica pali skręty, by zapomnieć o tym, że jej związek powoli chyli się ku upadkowi.

– Cola czy whisky z colą? – pyta Astrid.

Astrid z uwagi na swój wdzięk i zmysłowość kojarzy się z czarnoskórą Bardotką. Z gazelą zbiegłą z dworu sułtana. Ma długie nogi, szczupłą talię i wydatne usta. Długie włosy, które co rano poddaje zabiegowi prostowania, upina wysoko w kok. Szeroka opaska ściska grzywkę sięgającą oczu, a dwa dołki w policzkach nadają jej wiecznie radosny wygląd. Mimo wyglądu rozmarzonej gazeli ma twardą rękę i robi oszałamiającą karierę. Jej jedyna słabostka: zakochuje się w niewłaściwych chłopcach. Nudzą ją „grzeczni”. Przy grzecznym nie doznaję tych dreszczy, nie czuję podniecenia.

– Mam zamiar podnająć swoje mieszkanie na pół roku, znacie kogoś, kto byłby zainteresowany? – rzuca Heather.

– Naprawdę zamierzasz wyjechać do Chile? – pyta Jessica, która nie rozumie, że ktoś mógłby chcieć mieszkać gdzie indziej niż w Nowym Jorku.

– W tamtym kraju jest jak za czasów gorączki złota. Posadzisz śrubkę, wyrośnie fabryka! Mogłabym sprzedawać kiełbaski, węże ogrodowe, lampy, koszulki albo porcelanę. Cokolwiek. Mam trzydzieści dwa lata. Daję sobie pół roku na osiągnięcie sukcesu. Mamy dziś dwudziesty szósty marca, jeśli dwudziestego szóstego września nie będę trzymała w ręku pierwszego czeku na pokaźną sumę, wracam.

– Rzucasz swoją robotę tutaj? Masz odwagę! – stwierdza Rosie.

– Kto nie próbuje, ten nie zyskuje! Więc… – ciągnie Heather – wracając do mojego ogłoszenia: sypialnia, salon, strażnik, basen wewnątrz budynku, sala gimnastyczna, tor do joggingu na dachu, wejście do metra przy budynku, a całość położona dwie przecznice od Wall Street, cztery tysiące czterysta dolarów za miesiąc.

– Prawdziwa okazja! – rzuca z przekąsem Rosie, która liczy każdy grosz.

– Zejdę do czterech tysięcy, jeśli to będzie ktoś z waszych przyjaciół.

– Zmień temat albo wydrapię ci oczy – grozi Rosie.

– W porządku! – wzdycha Heather. – Hortense nie przyjdzie?

– Znasz ją, lubi, by zauważono jej nieobecność. Chce zrobić wielkie wejście.

– Ta to ma klasę! – wzdycha Heather, prostując się gwałtownie.

„Okrągłe plecy to nie strój dla dziewczyny”, stwierdziła kiedyś Hortense, patrząc na nią.

– W tej dziewczynie wszystko jest jak trzeba – mówi Rosie – skóra, oczy, włosy, zęby i mózg… Myślisz, że we Francji wszystkie dziewczyny są takie?

– Nawet jej facet jest idealny! – dodaje Jessica.

– Uspokój się, moja droga – mówi Heather. – W życiu liczy się nie tylko seks! Zresztą uważam, że przypisujemy mu zbyt duże znaczenie. Chcecie poznać moje zdanie?

– Nie – reagują natychmiast chórem trzy dziewczyny.

Zdanie Heather liczy się w kwestii strategii, bilansów, rozmów wśród profesjonalistów, ale nie jeśli chodzi o chłopców. Na nich kompletnie się nie zna. Rozpaczliwie się nie zna. Na koniec randki w ciemno to ona opłaca rachunek, a ostatnio nawet odwiozła faceta do domu taksówką, po tym jak zwymiotował Krwawą Mary na jej kolana.

– Gary… Chętnie bym go schrupała – marzy na głos Jessica, myśląc o Davidzie, który co wieczór przed zwaleniem się do łóżka wlewa w siebie morze alkoholu.

– Zapomnij, on za nią szaleje – mówi Astrid, potrząsając wielkimi kolczykami, które opierają się o kołnierz ze sztucznego futra.

– Czy to model z najnowszej kolekcji J. Crew? – pyta Rosie, macając żakiet.

J. Crew to wschodząca marka, która wkrótce może zacząć zagrażać największym szyldom. Trzysta butików, niepowtarzalny styl, ludzie wyrywają sobie każdą kolekcję. Odpowiedzialna za markę stylistka, Jenna Lyons, zmieniła niegdyś klasyczny grzeczny dom mody w must have. Ubiera się w nim Michelle Obama. Anna Wintour twierdzi, iż żadna kobieta w stroju od J. Crew nie może być brzydka. Praca dla tej firmy to zaszczyt. Ozdoba CV.

– Ależ skąd! Nie pamiętasz? To projekt Hortense. Prototyp. Uwielbiam go. Ciągle w nim chodzę.

– Jest naprawdę zdolna! – przyznaje Jessica. – Uwielbiałam z nią pracować. W głowie rodziło jej się dziesięć pomysłów na minutę.

Dziewczyny poznały się w Gap. Pracowały na jednym piętrze i spotykały się w delikatesach na rogu, dokąd wyskakiwały, by na chybcika zjeść kanapkę między dwunastą piętnaście a dwunastą czterdzieści pięć. Heather i Rosie zajmowały się reklamą, Astrid pracowała w dziale handlowym, Jessica i Hortense w pracowni projektowania odzieży. Spędzały czas na wbijaniu sobie nawzajem szpilek, ale w razie przeciwności losu jednoczyły siły. Hortense szkicowała modele, które Jessica realizowała. „W dniu, kiedy narysuję swoją pierwszą kolekcję, zostaniesz szefem mojego atelier, obiecała jej kiedyś. Będziesz też moją modelką. Jesteś pewna, że twoja babcia nie nazywała się Lauren Bacall?”

– Frank ma nietęgą minę, odkąd odeszła – mówi Rosie. – Cały czas narzeka. Powtarza w kółko, że brak nam pomysłów…

– A ty dajesz mu po sobie deptać – podsumowuje Jessica.

– Właśnie – przyznaje Rosie, przygryzając lekko brzeg szklanki. – Jak tylko się wychylam, mówi, że drzwi są otwarte, a za nimi czeka cały tłum chętnych do zastąpienia mnie, wiesz, ile chętnych zgłasza się każdego dnia przy tym niekończącym się kryzysie, bla, bla, bla…

– Trzeba było przejść z nami do J. Crew – mówi Astrid. – Warto było podjąć to ryzyko… Ja i Jessica dobrze na tym wyszłyśmy.

– Ty nie masz do wyżywienia dwójki dzieci.

– Niech przejdą na dietę! – parska śmiechem Astrid.

– Czy ja mówię o twoich facetach, którzy siedzą w więzieniu i proszą cię o wpłacenie kaucji? – odparowuje Rosie urażona.

Wie, że Astrid ma rację. Nie potrafiła odmówić Frankowi, kiedy poprosił ją, żeby została. Bez podwyżki.

– Przestańcie, dziewczyny! Widzimy się raz na tydzień nie po to, żeby się kłócić! – przerywa im Heather.

To idealny moment na to, by Hortense pchnęła drzwi do kawiarni. Lubi to miejsce. Przypomina lokal rodem ze starego filmu. Jackie Kennedy była tu stałą klientką. Siadała w ciemnych okularach z gazetą przy barze i zamawiała chicken salad sandwich, so chic!

– Cześć, dziewczyny! Jak leci?

– Właśnie o tobie mówiłyśmy – oznajmia Heather. – Nie znasz może kogoś, kto by szukał mieszka…

– Mam nadzieję, że tylko dobrze! – przerywa jej Hortense, odwijając z szyi długi szal.

Rozsiada się wygodnie na krześle. Udaje, że czyta menu, zerkając ukradkiem na przyjaciółki. Po co ja się z nimi spotykam? Bo je lubię. I… żeby być na bieżąco z najnowszymi plotkami, najmodniejszymi trendami i wykorzystać je w dniu, kiedy sama założę firmę, bo to doskonałe profesjonalistki. Wiem, co zrobię z każdą z nich. Każda ma już u mnie biuro ze swoim nazwiskiem na drzwiach.

– Czyż życie nie jest piękne? – pyta ciepłym niskim głosem.

– Słuchaj – Heather się nie zraża – a w sprawie mojego mieszkania, nie znasz może kogoś…

– Bo ja czuję, że stoję u progu czegoś wielkiego. Czuję to… aż mnie ciarki przechodzą. Jeszcze was zadziwię! Ale będziecie mi też potrzebne.

– Jak za czasów starego dobrego Franka – uśmiecha się Rosie.

Frank paradował na czele swojego szwadronu dziewcząt, chełpił się, że jest otwarty i działa na rzecz sprawy kobiet. Francuzka, Irlandka, czarnoskóra z Bronksu, samotna matka i dziewczynka z dobrej rodziny, nie można mi nic zarzucić. A wszystkie to posłuszne żołnierzyki! Czego chcieć więcej?

– Podwyżki – cedziła Astrid przez zęby.

– Mniej łap na pośladkach – szeptała Jessica.

– Awansu – wołała Heather, uderzając dłońmi o uda.

Rosie żuła nieodłączną gumę.

– Przez ciebie Frank ma koszmarny humor – mówi do Hortense. – Nie może się pogodzić z twoim odejściem.

– Wystarczyło, żeby przydzielił mi więcej obowiązków.

– Dzwonił do ciebie?

– Dzwoni w kółko. To zaczyna być uciążliwe.

– Chce, żebyś wróciła?

– Za olbrzymią pensję.

– Nie chcesz?

– Co ja tam będę robić? Jestem bliska genialnego pomysłu…

– Finansowo dajesz sobie radę?

– Mam oszczędności…

Miałam oszczędności, myśli Hortense. Tego wieczoru zamówi tylko kawę. Żywi się kawą. I grafitami ołówków. Wcina całe ołówki.

– A jednak… – mówi Rosie, lecz nie kończy zdania: też lubi, kiedy się ją błaga.

– Po co przystawać na miernotę, skoro wkrótce być może dane mi będzie powiedzieć „tak” czemuś wspaniałemu? – oświadcza Hortense zachwycona swoim stwierdzeniem.

Jeszcze go użyję, obiecuje sobie w duchu, dobrze brzmi. Ależ jestem błyskotliwa!

– Jedziesz z nami w niedzielę do Brooklynu? Będzie targ jedzeniowy, powłóczymy się po barach i butikach z ciuchami…

Brooklyn stał się teraz modny. Manhattan jest za drogi. Wokół Bedford Avenue ulokowali się debiutujący styliści, malarze, muzycy, pisarze i fotograficy. Mieszkanie na Manhattanie jest już passé, mieszczańskie, twierdzą młodzi bez grosza, których nie stać na wynajęcie tam lokum, lecz wracają, kiedy tylko udaje im się zarobić parę dolarów.

– Jedziecie samochodem? – pyta Hortense.

– Z Rosie. W ten weekend nie ma dzieci.

– Ona prowadzi?

– Dlaczego pytasz?

– Nie mam ochoty skończyć w charakterze steku.

Dziewczyny wybuchają śmiechem.

Rosie zdobyła prawo jazdy, prowadząc karetkę pogotowia. Jako studentka ukończyła kurs pielęgniarski, po czym przerzuciła się na branżę modową.

– Możecie pojechać metrem – protestuje urażona Rosie.

– Rezerwuję sobie jedno miejsce na tylnym siedzeniu – mówi Jessica i unosi palec w górę.

Podchodzi kelner, wymienia dania polecane tego dnia. Hortense zamawia kawę i wzdycha: wyszła właśnie ze spotkania, gdzie obżarła się blinami i łososiem, nie jest głodna. Następnie dla odwrócenia uwagi pyta, co słychać u Scotta, zastępcy Franka, który swego czasu należał do ich paczki. Dziewczyny go tolerowały, bo wiedział, co knuje szef, i płacił rachunki.

– Wciąż kawaler – mówi Astrid. – Widziałam go w zeszłym tygodniu w Baronie. Włóczy się, brakuje mu dziewczyny. Sądząc po fizjonomii, ma słabe szanse.

– Masz rację – parska śmiechem Hortense. – Kiedy się go mija, człowiek trafia na łupieżową zamieć…

– Nie każdy może chodzić z Garym Wardem! – mruczy Rosie, która umówiła się na najbliższy wieczór ze Scottem na kolację w knajpie.

Hortense na dźwięk imienia Gary’ego uśmiecha się enigmatycznie. Poprzedniego wieczoru zbliżyli się do siebie w wielkim łóżku, on unieruchomił ją ramieniem i szepnął lodowatym tonem nie ruszaj się, nic nie mów, rób, co każę, nie chcę słyszeć żadnego odgłosu… i wziął ją, nie pocałowawszy nawet, nie pieszcząc. Jęknęła, wtedy znieruchomiał, mówiłem masz być cicho, i odwrócił się do niej plecami. To było rozkoszne.

– Hej, wracaj do nas! – zawołała Heather. – Wystarczy, że padnie jego imię, a ty już odlatujesz!

– Nie możecie tego zrozumieć – tłumaczy Hortense, unosząc brew.

– No dobra, to jedziemy do tego Brooklynu czy nie? – pyta Astrid.

– Zadzwonię do ciebie. Nie pali się, dopiero poniedziałek.

Wieczór upływa przy potrawach, które przynosi kelner, i na najnowszych ploteczkach. Mowa o podkładzie, który nie wysusza skóry, o butiku, w którym można kupić TE spodnie cygaretki, o tym, co oznajmiła Laura Denham podczas Glamour’s Women of the Year Award, i jak była ubrana Jenna Lyons: wzorzyste jedwabne spodnie zestawione z męską koszulą, co za look!

Pewnego dnia będę jak one, przysięga sobie Hortense, a nawet lepsza:I’ll crush them1.

Wypowiada życzenie, skupia się, marszczy nos, przypomina sobie, jak drżała tej nocy w wielkim łóżku. Kiedy tak leżała i wsłuchiwała się w jego oddech, usta Gary’ego powróciły i ugryzły ją w ramię.

– Moja szefowa u J. Crew chciałaby się z tobą spotkać… – zaczyna Jessica.

– Niech do mnie zadzwoni – odpowiada Hortense, zerkając na talerze koleżanek.

Ależ jestem głodna! Chętnie sięgnęłabym po kawałek chleba, ale wtedy wyszłoby na jaw, że ta historia z blinami i łososiem to bujda.

– Moim zdaniem chodzi jej o możliwość zareklamowania się na twoim blogu. Jest pod wrażeniem liczby odwiedzających.

– Wszyscy chcą mnie sponsorować albo wykupywać miejsce pod reklamy, ale ja odmawiam. Chcę pozostać wiarygodna. Nie mam zamiaru należeć do nikogo, wolę mówić, co myślę.

– No tak, ale na razie nie zyskujesz na tym ani grosza.

– Zyskuję szacunek.

– Szacunkiem się nie najesz…

– A właśnie że tak. Poza tym pewnego dnia zaprojektuję własną kolekcję, wszyscy będą mnie naśladować, a ja wskoczę prosto na szczyt listy. Trzeba trochę myśleć!

– Hortense ma rację – oświadcza Heather. – Wypracowuje sobie reputację, która jest bezcenna!

– Jeśli ktoś tu sobie napełni kieszenie, będzie to moja młodsza siostra – mówi Astrid. – W metrze zaczepił ją fotograf, zaprosił na sesję zdjęciową i proszę, w przyszłym miesiącu dziewczyna podpisuje umowę z IMG. Ma dopiero szesnaście lat.

Przyjaciółki spuszczają głowy. Nagle poczuły się staro.

– Szesnaście lat… – wzdycha Rosie. – Moja sześcioletnia córka maluje sobie paznokcie i podkrada mi tusz do rzęs.

– Szesnaście lat – ciągnie Astrid – metr osiemdziesiąt dwa, pięćdziesiąt osiem kilo, proste ciemne włosy, wąski nos, dziecięce usteczka, cera jak marzenie i wielkie niebieskie oczy…

– Niebieskie oczy? – Dziewczyny aż prostują się na krzesłach.

– Tak, moja matka miała ją z Łotyszem, który naprawiał u niej klimę. To był jej pierwszy akt niezależności: kupiła klimatyzator za własne oszczędności. Świętowali razem, a dziewięć miesięcy później… Moja matka jest przeciwna pigułce. Nie chodzi o religię, po prostu nie chce być uzależniona od chemii. Mówi, że po tylu stuleciach niewolnictwa trzeba z tym skończyć.

– Jak ma na imię ta cudna istota? – pyta Jessica.

– Antoinette. Moja matka wydaje na świat same królowe.

– Dlaczego nigdy nam jej nie przedstawiłaś?

– Jesteście za stare. Siostra nazywa mnie babcią, chociaż dzieli nas zaledwie dziesięć lat. Poza tym jest zbyt piękna. Wyglądam przy niej jak kocmołuch.

– Przestań! Jesteś niezłą laską! – protestuje Rosie.

– Musiałabyś ją zobaczyć. Zwala z nóg! Facet po prostu płaszczył się przed nią w metrze, nieomal całował ją po stopach. A ona miała to gdzieś. Czytała sobie Schopenhauera. Fotograf polazł za nią aż do domu. Dopiero kiedy jej uświadomił, że za zarobione pieniądze będzie mogła zapisać się na dowolny uniwersytet, zgodziła się go wysłuchać. To intelektualistka pierwszej wody. Wcale nie zależy jej na wyglądzie.

– Szczęściara! – jęczy Jessica.

– Rezultat: za pół roku pojawi się na okładce Vanity Fair!

– Uprzedzam cię, ja nie chcę tego oglądać! – zarzeka się Rosie.

– Nie będzie łatwo: jej twarz będzie wszędzie!

– Re, do, re, do, fa, mi, re, do, si, si, la… – nuci profesor, muskając palcami klawisze pianina. – Re, do, fa, mi, re, do, si, si, la… si. Co się wydarzyło w ciągu tych ośmiu taktów?

Studenci zebrani w wielkiej sali wykładowej milczą. Czekają na odpowiedź nauczyciela.

– Co pomaga nam zrozumieć frazę muzyczną? – pyta Pinkerton, podnosząc głos.

Jeden ze słuchaczy podsuwa ostrożnie „rytm”, inny „powtórzenie”. Profesor niecierpliwi się, nalega: co jeszcze? Co jeszcze?

– Relacja między toniką i dominantą? – proponuje Gary.

– Co jeszcze? – dopytuje się Pinkerton.

Przerywa mu dzwonek komórki. Gary aż podskakuje. To jego telefon. Podczas zajęć aparaty muszą być wyłączone. Nauczyciel może wyrzucić za to z lekcji. Przy wejściu do każdej z sal widnieje napis używanie telefonów komórkowych zabronione – wielkimi literami tłustym drukiem.

Gary dyskretnie sięga po telefon, żeby go wyłączyć. Ma jeszcze czas zauważyć na wyświetlaczu wiadomość: „I hate you!”2. Od Hortense. Dziś rano znowu się pokłócili. Tak jak wczoraj wieczorem, wczoraj rano, przedwczoraj wieczorem…

Ścierają się codziennie, by nocą płonąć uczuciem. Ogień, lód, ogień, lód, STOP!

Sąsiad Gary’ego nachyla się ku niemu, czyta wiadomość przez ramię.

– To znaczy „kocham cię”, stary.

Gary wzrusza ramionami, wkłada telefon do kieszeni.

Wszyscy studenci w sali odwrócili się do niego oburzeni. Gary wbija wzrok w podłogę.

– Jakiś problem? – pyta Pinkerton. – W każdym razie to musi być coś ważniejszego niż mój wykład.

– Bardzo przepraszam, zapomniałem wyłączyć.

– Nie umknęło to naszej uwagi… – Pinkerton krzywi się, na końcu języka ma już polecenie, by Gary opuścił salę. Chłopak wstrzymuje oddech, ale Pinkerton się opanowuje. – Wydaje mi się na dodatek, że nie wybrał pan sobie jeszcze partnera do przesłuchania na koniec miesiąca. Dzisiaj jest drugi kwietnia. Powinien pan już ćwiczyć. Potrzebuję piątego zespołu i właśnie pańskiego mi brakuje.

– Uch… – bełkocze Gary.

– Nędzna odpowiedź! Nie najlepiej pan kombinuje, Gary. Jedyne wymaganie, jakie stawia muzyka, to pełne skupienie. A pan mi się wydaje ostatnio nieco rozkojarzony.

Macha ręką i wzdycha. Sprawia wrażenie przygnębionego, długie siwe włosy na jego uszach wyglądają żałośnie. Gęstwina kręconych włosków przypomina splątany makaron. Dlaczego ich nie usunie? zastanawia się Gary. To niepoważne, żeby profesor miał tak owłosione uszy.

– Niech pan nie zapomni się zapisać. O ile ma pan jeszcze do tego głowę…

– Wiem już, z kim chcę pracować, po prostu zapomniałem się zapisać.

– Ach… Czy moglibyśmy zatem usłyszeć nazwisko szczęśliwego wybrańca?

Studenci mają utworzyć zespoły pianino–skrzypce, nauczyć się grać sonatę i wystąpić przed całą szkołą w poniedziałek trzydziestego kwietnia o godzinie dziewiętnastej w wielkiej sali koncertowej. Będzie to jedno z najważniejszych wydarzeń roku, na które zapraszane są osobistości związane z branżą i agenci. To, że Pinkerton wybrał właśnie jego do udziału w koncercie, było już samo w sobie dużym sukcesem. Należało jeszcze zabłysnąć i dać się zauważyć zawodowcom o zimnym, niewzruszonym spojrzeniu.

– Oczywiście jeśli uważa pan temat za godny uwagi – dorzuca uszczypliwie profesor.

– No więc… – zaczyna Gary.

Prawdę mówiąc, wcale na ten temat nie myślał. Głowę zaprzątają mu sprzeczki z Hortense. Jej krzyki, oskarżenia, przedmioty, którymi rzuca o podłogę, gdzież ty jesteś? O czym myślisz? Mówię ci o czymś superważnym dla mnie, a ty nie raczysz nawet odpowiedzieć! Wiesz, kim jesteś, Gary Wardzie? Egoistą. Wrednym egoistą. Mam tego dość, naprawdę dość… Słowa powtarzają się echem, coraz głośniejsze, przenikliwe akordy. Gary’ego wciąga szum słów, które dzwonią mu w uszach. Ma wrażenie, że traci kontakt z rzeczywistością, rozpada się na drobne kawałeczki. Jego głowa jest zarazem pełna i pusta. Huczy w niej nawałnica dźwięków, z których żaden nie ma sensu.

Omiata salę spojrzeniem. Musi natychmiast kogoś znaleźć. Pinkerton nie może odgadnąć, że w głowie ma tylko konfetti. Mogłoby to bardzo źle wpłynąć na ocenę na koniec roku.

Na samym skraju jednego z rzędów, w dole po lewej, dostrzega Calypso Muñez. Widywał ją kilkakrotnie w Café Sabarsky. Stoi za barem, myje i wyciera filiżanki i szklanki. Kroi ciasta. Napełnia cukierniczki. Wlewa bitą śmietanę do białych pucharów. Poprawia imitujące koronkę papierowe serwetki pod talerzami. Działa ze staranną precyzją, gorliwie, skupiona na każdym ruchu rąk, palców, nadgarstków, jak gdyby chciała stworzyć idealną chwilę. Jak gdyby każdy jej gest był dziełem sztuki. Gary może jej się przyglądać bez przerwy… i wtedy słyszy nuty. W zeszły czwartek wstał, podszedł do niej, pokazał jej swój notes, chyba jestem ci winien tantiemy. Obdarzyła go niemal matczynym uśmiechem, jakby chciała powiedzieć: doskonale, tak trzymaj. W uśmiechu tym nie było ani śladu kokieterii, a jedynie głęboka satysfakcja.

Czy to tylko iluzja, czy ta łagodna dziewczyna różni się od innych? Ogólna wrzawa jakby jej nie dotyczy. Jest w niej powaga, z której ten czy tamten się nabija. On nie. Ilekroć się do niej zbliża, musi się powstrzymywać, żeby nie otoczyć jej opiekuńczo ramionami.

Jego oczy zatrzymują się na jej karku, na lichym czarnym warkoczyku, który wije się po brązowym golfie, odsłaniając długie, niemal przezroczyste uszy i meszek cienkich włosków.

– Gary Ward? Czy nadal jest pan z nami? – pyta Pinkerton.

Calypso usłyszała imię Gary’ego i odwraca głowę. Kiedy tylko pochwycił jej spojrzenie, dziewczyna czerwieni się i spuszcza głowę. Gary czuje, że ogarnia go błogi spokój.

– Calypso Muñez – mówi.

Zdziwione szepty wypełniają salę. Okrzyk „och” rozprzestrzenia się wśród rzędów, wspina się wzdłuż stopni amfiteatru i pęcznieje aż po sufit. Szmery brzmią jak gnieciony papier. Gary Ward i Calypso Muñez. Niemożliwe! Przystojny facet i dziewczyna o pyszczku gryzonia!

Gary powtarza zdecydowanym tonem:

– Calypso Muñez.

Profesor zerka na Calypso pytającym wzrokiem, a ona pochyla głowę, wyrażając zgodę.

– Dobrze – mówi pan Pinkerton. – Gary Ward i Calypso Muñez. Zapamiętajcie, że macie być gotowi na trzydziestego kwietnia. Macie niecały miesiąc na próby.

– Dziwna dziewczyna – szepcze Mark siedzący przy Garym – królowa smyczka, a zarazem Myszka Minnie na co dzień! A i to niezupełnie… Myszka Minnie potrafi czasami być sexy!

– Słyszałeś, jak gra? – pyta Gary.

– Tak. Nieźle.

– Nieźle? No to, stary, powinieneś sobie przetkać uszy!

– Gdyby nosiła maskę… słyszałoby się tylko muzykę. To by dopiero było tajemnicze i romantyczne.

– Rozczarowujesz mnie.

– Jasne! Ty hipokryto!

– Czerpię z niej natchnienie.

– Uważaj, żeby ona ciebie nie wyczerpała! Wiesz, co mówią w moim kraju? „Był sobie kiedyś bardzo brzydki pan. Poślubił bardzo brzydką panią. Urodziło im się dziecko – trzeba było je wyrzucić!” Ty nie jesteś brzydki, ale sporo ryzykujesz, igrasz z ogniem…

Mark rechocze. Gary zastanawia się, dlaczego właściwie przyjaźni się z takim gburem.

– W twoich stronach żyją dzikusy.

– Być może… ale wydają na świat geniuszów! Wymienię tylko Langa Langa, żeby cię upokorzyć.

– W porządku, Mark Mark!

Gary krzyżuje nogi i odpływa w marzenia. Sonata Beethovena na skrzypce i fortepian nr 5 F-dur zwana „Wiosenną” – ten utwór właśnie wybierze. Za zgodą Calypso Muñez, oczywiście. Już słyszy pierwszą frazę skrzypiec, cichy akompaniament fortepianu, którego dźwięki narastają, przejmują melodię, a skrzypce się wycofują… raz, dwa, trzy, cztery, oba instrumenty znów spotykają się, splatają, ścierają, fortepian się złości, skrzypce podnoszą głos, żądając spokoju… i rozmowa toczy się dalej, skrzypce wiodą prym, fortepian raz jest łagodny, raz wściekły. Nie zdążą nauczyć się tego przez miesiąc. Będzie spędzał cały czas w szkole, zamknięty w jednej sali z fortepianem i Calypso.

Hortense będzie marszczyła nos.

Hortense będzie tłukła szklanki, lampy, niszczyła słowniki.

Jego głowę wypełni konfetti.

Hortense trzaśnie drzwiami i pójdzie do Eleny. Coraz częściej ukrywa się u niej.

Gary zaczyna nerwowo stukać palcem w brzeg pulpitu.

Nie wiem, co się z nami dzieje, wokół nas same dziury, chodzimy po pajęczynie.

– Życie z Hortense mnie wykańcza! – wzdycha.

– Trzeba było sobie wybrać brzydulę, jakąś niemotę pełną uwielbienia dla twojej osoby. Miałbyś spokój! Rozumiesz: nie jesteś w stanie sprostać swoim ambicjom. Ta dziewczyna po prostu… przerasta rzeczywistość!

Gary nie odpowiada. Wie, że Mark żartuje, ale wie również, że Hortense go fascynuje. Hortense wszystkich fascynuje.

Pinkerton powrócił do wykładu.

– Pamiętacie słowa Nadii Boulanger na temat kompozycji? Kiedy mówiła, że trzeba słuchać, patrzeć, słyszeć i widzieć. Ale uwaga! Można słuchać i nic nie słyszeć, widzieć i na nic nie patrzeć, patrzeć i niczego nie widzieć. Skupcie się więc w pełni na tym, co robicie.

Przez obecnych przebiega pełen poważania szmer. Pinkerton milczy chwilę, by wyostrzyć uwagę studentów, i unosi palec w górę.

– Komponując, pozostańcie naturalni, wolni. Nie próbujcie udawać kogoś innego. Podejmijcie ryzyko: możecie błądzić, by w rezultacie wyrazić SIEBIE. Jeśli oczywiście macie coś do powiedzenia innym… Szukajcie. Szukajcie tego, czego się nie spodziewacie. Kiedyś Na­dia Boulanger spytała Strawińskiego, czy mógłby napisać utwór tylko dla pieniędzy, a on odparł nie mogę, ślina nie napływa mi wtedy do ust.

Hortense ponownie wdarła się do głowy Gary’ego. „Muszę się zacząć ślinić, rozumiesz? Jeśli się nie ślinię, nie jestem w stanie niczego zrobić, brak mi pomysłów”. Od kiedy odeszła z pracy w Gap, siedzi w domu i szkicuje, czyta gazety, czasopisma, wycina zdjęcia, wymyśla styl „Pierwsze spotkanie” albo „Jak go mimochodem omamić”, albo jeszcze „Upokorzyć żmiję, która udaje przyjaciółkę”. Wymyśla trzy reguły łączenia wzorzystych tkanin, po czym wstaje i wychodzi, gwałtownie trzaskając drzwiami. Zaczyna „ożywiać” swój blog, jak gdyby chodziło o nakarmienie umierającego z głodu. Fotografuje dodatki na ulicach i komentuje je na stronie Hortensecortes.com. Rysuje postacie, trendy, wskazuje must have i to, czego należy unikać. Koniecznie: czarna skórzana kurtka i muślinowa sukienka. W żadnym wypadku: skórzana kurtka i wysokie buty motocyklisty. Koniecznie: duży męski zegarek wystający spod mankietu koszuli. W żadnym wypadku: sznur pereł, wielkie kolczyki i pierścionek na każdym palcu. Robi zdjęcia źle ubranych dziewczyn, wrzuca je na blog, skreśla na czarno i zmienia im ubrania i fryzury. Rozmazuje rysy twarzy, żeby nie dało się zidentyfikować jej ofiar. Ta rubryka cieszy się szaloną popularnością. Kopiuje ją sobotni New York Times. Każda dziewczyna pragnie zostać skreślona na czarno, a następnie przeobrażona za sprawą magii Hortense.

„Nie ma brzydkich kobiet, są tylko leniwe”3, twierdzi Hortense. Pracujcie, wymyślajcie, bądźcie bezlitosne w stosunku do siebie.

Spiknęła się z makijażystką od Bergdorfa Goodmana i teraz udziela rad, poleca kredki, puder, podkład, krytykuje jakiś lakier do paznokci. Niczym pytia wygłasza opinie, które z jej ust spijają spragnione fanki. Ona zaś ochoczo się nad nimi znęca. Nabija się, poniża, wbija im szpilki. Tymczasem widowni wciąż przybywa. „Widzisz? Uprzejmość nie popłaca”, zapewnia Gary’ego, gdy usiłuje ją temperować. Za punkt honoru wzięła sobie odmawianie zamieszczania reklam, chce zachować wolność.

Śli-nić się.

Przeszukuje pchle targi w Brooklynie, przy Columbia Avenue i na Broadwayu. Znosi łachy, które zamienia w nieskazitelne ciuchy i fotografuje.

Wybiera się do Downtown, podkrada pomysł z Opening Ceremony na Howard Street, włóczy się po chińskiej dzielnicy, kupuje skrawki materiału, które łączy, przeszywa, rozcina. Wbiega na górę do Eleny Karkhowej, trzymając w ustach szpilki. Pokazuje jej swoje próby. Czeka na werdykt, kręcąc w palcach kosmyk włosów. Drepcze w miejscu. Zbiega na dół, wszystko pruje, poprawia zakładkę, znów wspina się po schodach, wypatruje błysku w oku swojej mentorki, wraca do mieszkania i kopie w listwy przyścienne. Rzuca ołówkami, wypluwa szpilki, zmiata ręką nożyczki i kupony tkanin, krzyczy NIE DAJĘ RADY, NIGDY MI SIĘ NIE UDA, CZAS MIJA, A JA JESTEM KRZESŁEM.

Wyciąga puderniczkę, poprawia makijaż, przegląda się w małym lusterku, lekko się uśmiecha.

Wrzuca wpis na blog: moja jedyna przytulanka – niebieska puderniczka shiseido. tylko ona mnie pociesza. upiększa. nie mogę bez niej żyć. wy też nie.

I Saks, Bloomingdale’s i Barneys odnotowują skokowy wzrost sprzedaży niebieskiej puderniczki.

Zdarza jej się też obrazić na swój blog.

Przestaje pisać, fotografować, rysować. Nie skreśla żadnej postaci. Źle ubrane na próżno czekają na rogach ulic, żeby oko Hortense je poprawiło. Wierne czytelniczki protestują, błagają, wróć, wróć!

A ona wciąż się dąsa.

Fanki żebrzą na Twitterze? Hortense nadal się boczy.

Obraza to jej śmiercionośna broń.

Wczoraj…

Był pierwszy kwietnia. Wydawało się, że rodzi się wiosna. Gary grał akurat etiudę Szopena. Był tak skupiony, że słyszał tylko nuty. Nie czuł palców, dłoni ani ramion. Miał wrażenie, że gra ktoś inny. Ktoś, kogo nazywa Sąsiadem z dołu.

Nagle usłyszał straszliwy łomot i uniósł głowę. Osaczył go długi zirytowany monolog. Powrócił do ćwiczenia. Był już o krok od uchwycenia idealnego akordu, kiedy w głowę trafił go brokuł. Plask! Bańka prysła.

– Ale za co? – spytał, usiłując opanować narastającą wściekłość.

– Zainspirował mnie jego kolor… a że mnie ignorowałeś, wybrałam go na posłańca.

Wzruszył ramionami i podjął próbę skupienia się na nowo.

– O czym myślisz?

– Nie o tobie – odparł i skrzywił się.

– Cierpię katusze, a ty okazujesz mi obojętność!

– Hortense, proszę cię… Muszę pracować.

– Powiedz mi coś.

– Znowu się pokłócimy. Nie masz tego dość?

Popatrzyła na niego, wahając się między prowokacją i kapitulacją. Wreszcie wciągnęła na maszt białą flagę.

– Może pójdziemy na spacer?

„Spacer” w ustach Hortense oznacza włóczenie się w poszukiwaniu pomysłu, koloru, sylwetki, czegokolwiek, co sprawi, że zacznie się ślinić.

– Schnę, wysycham, nienawidzę się. Mam dość! Chodźmy na spacer, Gary, zaklinam cię.

Wyczytał w jej oczach takie błaganie, że uległ. Choć z pewną podejrzliwością. Czy ten popłoch był udawany, czy prawdziwy?

Ruszyli w stronę Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy. Przeszli wzdłuż parku, dostrzegli ekipę filmową kręcącą gejszę o białej twarzy pod parasolką z czerwonego papieru, minęli Columbus Circle, kupili café frappé w Whole Foods. Hortense wyrzuciła ją do pierwszego napotkanego śmietnika, twierdząc, że śmierdzi końskimi odchodami.

Otępiałe konie zaprzężone do bryczek dla turystów przeżuwały owies. Pokazała im język.

Znaleźli się naprzeciwko Carnegie Hall. Gary otoczył ramieniem Hortense, pocałował ją w szyję, nie, nie jesteś do niczego, po prostu ugrzęzłaś w miejscu, to się zdarza największym! Wzruszyła ramionami i wysunęła naprzód dolną wargę, żeby zatrzymać łzę wściekłości.

– Jestem najsmutniejszą postacią na świecie: bezużyteczną dziewczyną…

Gary wzmocnił uścisk, złożył pocałunek na rozczochranych włosach, wciągnął zapach drzewa sandałowego i pomarańczy. Czekali objęci, aż światło zmieni się na zielone. Rowerzysta w opiętym stroju w szachownicę otarł się o nich, wrzeszcząc fuck off, a Hortense pokazała mu środkowy palec poplamiony na czarno atramentem. Gary miał ochotę go pocałować. Z taksówki wyskoczyła kobieta w zielonej sukience. Zatrzasnęła drzwi i warknęła do kierowcy proszę zatrzymać resztę! Jej sukienka przypominała rurę ozdobioną płetwą. Coś okropnego! skrzywiła się Hortense. Na dodatek musiała za nią zapłacić fortunę! Co za idiotka! Kobieta skierowała się do wejścia Carnegie Hall, nagle jednak zatrzymała się gwałtownie: tren sukni przytrzasnęły drzwi samochodu. Taksówka ruszyła z piskiem opon. Kobieta krzyknęła rozpaczliwie. Stała teraz na chodniku naga od pasa w dół, zasłaniając uda jedną ręką, drugą zaś machając za taksówką, która odjeżdżała z zieloną jedwabną połą sukni w żółtych drzwiach.

Gary dusił się ze śmiechu. Dobrze jej tak! Nienawidził tego typu nadętych bab, które bezwstydnie zabierają ci taksówkę, którą przywołałeś sobie, i rzucają tylko przykro mi. Zobaczyłam ją wcześniej. Te kobiety, które uśmiechają się, nie mrużąc oczu, kochają, nie wkładając w to serca, jedzą – nie przełykając – sam wiatr, powietrze, gwarantowane zero kalorii.

Przyglądał się scenie z zadowoleniem, kiedy Hor­tense złapała go za rękę i oddychając szybko, spytała widziałeś? Widziałeś to, co ja widziałam? Mam coś, coś ekstra! Nic nie mów! Milcz! Mam pomysł, jest tutaj, jest…

Zagryzła koniuszek palca poplamionego atramentem, a Gary znów poczuł, że ma ochotę ją pocałować.

– Och, nie! Odchodzi!

– O czym ty mówisz?

– Miałam pomysł i pfff, zniknął.

– Miałaś wizję? – spytał z kpiną w głosie.

Hortense stała na krawędzi chodnika. Źrenice jej pociemniały, gryzła wargi. Gary wziął ją za rękę.

– Chodź, sprawdzimy program koncertów w Carnegie.

– Nie. Nie mam ochoty. Wracam. Cześć!

Odeszła z głową ukrytą w ramionach i dłońmi wciśniętymi w kieszenie płaszcza Burberry kupionego na pchlim targu.

Gary się wściekł. Odrywam się od pianina, żeby jej towarzyszyć, a ona ucieka bez słowa. Jestem jej sługusem, damą do towarzystwa, pucybutem, fi-ni-to!

Wszedł do holu sali koncertowej, przyjrzał się z podziwem wielkiemu zegarowi z tourbillonem Bregueta, bordowemu marmurowi, świetlistym kulom lamp i jego złość się rozpłynęła. Poprosił o jedno miejsce na parterze na koncert Radu Lupu. Schubert, César Franck, Claude Debussy. Jedno miejsce? spytała kasjerka, gruba Murzynka z żółtymi plastikowymi kolczykami, stukając w klawiaturę. Tak, jedno. Kobieta skrzeczała do mikrofonu:

– Ma pan szczęście, to ostatnie miejsce, a do tego świetna lokalizacja.

Podniosła wzrok i uśmiechnęła się do niego tak szeroko, że aż zatrzęsły się jej plastikowe wisiorki w uszach. Gary zapłacił, wsunął bilet do kieszeni. Westchnął z zadowoleniem, Ra-du-Lu-pu, wyszedł już rozluźniony. Zyskał błogi wieczór bez wrzasków i brokułów.

Zaczął padać deszcz. Gary wcisnął się do metra. Stand clear of the closing doors, please4, nakazywał męski niski głos przez głośniki.

To od Hortense powinienem się odsunąć, pomyślał, wsuwając klucz do zamka.

Rozmawiała przez telefon z Juniorem. Skulona na kanapie. Bawiła się kosmykami włosów. Gary nalał sobie szklankę coli, wziął paczkę precli i usiadł na drugim końcu kanapy.

– Pamiętasz historię z łodygą i jabłkiem? – pytała Hortense Juniora. – No wiesz, łodyga dźwiga kwiat, a potem jabłko, nie łamiąc się, chociaż to tysiąckrotnie większy ciężar. No więc dziś wieczorem prawie to zrozumiałam. Byłam o włos. Tak, tak, łodyga, kwiat, jabłko, zielona suknia, żółta taksówka, moje sukienki. Wyciągnęłam rękę, żeby przytrzymać pomysł, ale on… pfff… umknął mi! Mam tego dość, Juniorze. Drepczę w miejscu, nie zarabiam ani grosza, odłożone pieniądze rozeszły się… Gniję i rdzewieję.

Przez chwilę słuchała Juniora, po czym zawołała:

– Nie! Nie chcę być uzależniona od Gary’ego. Jeszcze by tego brakowało. Być utrzymanką? Wstyd! Może jeszcze powiesz, żebyśmy się pobrali i mieli dzieci! Bzdura!

Gary chrupał precelki i myślał, że to wcale nie hańba pobrać się i mieć dzieci. Może nie od razu. Ale za cztery lata? Miałby dwadzieścia osiem lat, Hortense dwadzieścia siedem. Zrobiliby sobie dziecko, małą dziewczynkę, która rzucałaby słownikami o ziemię. Zabrałby ją do swojego zamku w Szkocji, oprowadzałby ją po murach obronnych, opowiadałby jej historie o szalonych przodkach tak skorych do rozlewu krwi. A ona uśmiechałaby się i śliniła, bo właśnie wychodziłyby jej pierwsze ząbki. Hortense uszyłaby jej mały kilt, a on kupiłby dudy i… opanował się. Hortense miałaby spacerować z dzieckiem po parku wokół szkockiego zamku? Niemożliwe. Prędzej by je udusiła.

Kiedy skończyła rozmowę, spytał:

– Co to za historia z jabłkiem, kwiatem i łodygą?

– To pomysł Juniora – odparła, miętosząc kosmyk włosów w palcach.

– O co chodzi?

– Naprawdę cię to interesuje czy tylko udajesz? Bo nie mam ochoty gadać do powietrza.

– Hortense, proszę cię.

– No dobrze, wyjaśniam… Kiedyś Junior powiedział, że przyjdzie mi do głowy genialny pomysł, że spadnie na mnie znienacka, że będzie to podstawa mojej pierwszej kolekcji, która odniesie ogromny sukces. Chodziło o łodygę, kwiat, jabłko, wytrzymałość, widział zatrzaskiwane drzwi, suknię, błyski fleszy, fotografów, ale nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Mówi coraz większymi ogólnikami, zastanawiam się, czy nie traci powoli swojego daru.

– To dlatego włóczysz się po ulicach?

– Tak. A dzisiaj, kiedy zobaczyliśmy tę kobietę i suknię przytrzaśniętą w drzwiach taksówki, doznałam olśnienia. Prawie zrozumiałam. Ale myśl mi umknęła.

– Szkoda – wymamrotał Gary, przeżuwając precle.

Paczka była źle zamknięta i precelki nawilgły. Gary nie lubi miękkich precli. Nietrudno jest starannie zamknąć paczkę. Do tego służy specjalne błyskawiczne zamknięcie.

Hortense ze wzrokiem utkwionym w przestrzeni ciągnęła:

– Jakim sposobem jabłka trzymają się na drzewie? Jak to się dzieje, że łodyga utrzymuje kwiat, a następnie ciężki owoc? Jak roślina z paru cukrów potrafi wyprodukować równie wytrzymałą łodygę?

– Chcesz uszyć suknię z żywicy?

Hortense wyprostowała się gwałtownie, rozkazała mów dalej, mów dalej, coś w tym jest. Strzelała palcami niecierpliwie, a dźwięk ten skojarzył mu się z dzwonieniem po służbę hotelową i zirytował go.

– Nie wiem – mruknął. – Skoro delikatna łodyga może udźwignąć ciężar jabłka, to znaczy, że została wykonana z wyjątkowo wytrzymałego materiału…

– I? I co? Gary! Nie przestawaj myśleć!

Nachyliła się nad nim z wyrazem chciwości na twarzy. Strzelała palcami, jej głos stawał się coraz bardziej przenikliwy, Gary miał wrażenie, że Hortense trzaska z bata tuż przy jego uchu.

– Sama pomyśl. Ja nic nie wiem!

– Och! Nienawidzę cię! Najpierw nęcisz, a potem wyrzucasz jak zgniłe jabłko. Wredny zboczeniec!

Ciężkie niczym książka telefoniczna tomisko odbiło się od ramienia Gary’ego. Wstał, przeszedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi na klucz. Hortense musiała spać na kanapie. A dziś rano przeszła obok niego sztywna i lekceważąca jak Statua Wolności.

Śniadanie zjadł w Starbucksie przy Columbus Avenue. Kupił sobie czekoladowego muffina. Do tego cappuccino. Przyglądał się starszemu mężczyźnie, który czytał New York Timesa, dłubiąc w uchu i ssąc palec. Odsunął muffina. W telewizorze puszczali akurat piosenkę Kiss Me on the Bus. Kiedyś całowali się w autobusie, ale ostatnio przestali, nie mam do tego głowy, mówiła Hortense.

Położył łyżeczkę na piance swojego cappuccino i patrzył, jak zanurza się w filiżance.

Człowiek nie może liczyć na nic i na nikogo w życiu.

Każdy jest sam. Zawsze.

– Ona mnie wykańcza – zwierza się Gary Markowi. – Nic już nie pojmuję. Poddaję się.

– Calypso na pewno tak cię nie zmęczy.

– Ale ja nie chcę się zakochać w Calypso! Przestań! Będę z nią tylko ćwiczył utwór!

Pinkerton rzuca im zirytowane spojrzenie i chłopcy milkną.

– Niedobrze, Eleno, całkiem źle.

– Co jest nie tak, Hortense?

Elena Karkhova się martwi, że Hortense ma smutną minę. Hortense spuszcza głowę przygnębiona.

– Mamy dziś dwudziesty pierwszy kwietnia.

– I…?

– Czas pędzi, a ja nic nie robię.

Jest dwudziesty pierwszy kwietnia, a ja się wściekam. Nienawidzę słońca, nienawidzę księżyca, nienawidzę wieżowców, czerwonych świateł, końskich odchodów w parku, kaczek w stawie, zapachu waty cukrowej. Nienawidzę Gary’ego.

– Niedobrze to wygląda – przyznaje Elena, potrząsając głową. – Skąd ten zamęt?

– Mam coś na końcu języka i nie umiem tego wyartykułować. Aż mi szumi od tego w głowie. Mój mózg nie pracuje, usycham, mam ochotę skoczyć w próżnię!

– Dobrze, dobrze. Strach, który właśnie pokonujesz, stanowi most do twojego sukcesu.

– Mogłaby mi to pani przetłumaczyć?

– Żeby dorosnąć, trzeba zrezygnować z bezpieczeństwa. Tak mawiała moja babka.

– I…?

– Właśnie dorastasz i wkrótce znajdziesz to, czego szukasz. Na razie jednak czujesz się zagubiona, umierasz ze strachu. To dobry znak.

– To zły znak! Gniję i rdzewieję!

Elena rozkłada ręce w geście niezrozumienia.

– Nie szkodzi! – mówi Hortense. – To moja aktualna mantra.

Dziś rano pracowała od ósmej do południa. Odczekała, aż Gary trzaśnie drzwiami, i zasiadła przy stole kreślarskim. Szkicowała jabłka, kwiaty, łodyżki, żółte taksówki, zielone suknie. Nie zjadła śniadania. Nienawidzi śniadań. Przyprawiają ją o mdłości. Jej żołądek śpi do południa. Wtedy się budzi, domaga się kawy i kawałka ciemnej gorzkiej czekolady. Następnie znów zasypia.

Elena opiera głowę na lewej dłoni i sięga po różaniec, którego paciorki przesuwa w palcach z na wpółprzymkniętymi oczami.

– To przybrało zbyt emocjonalny wymiar. Wszystko ci się miesza. Przestań myśleć. Rozerwij się.

– Nie mam ochoty. Chcę wreszcie wpaść na ten pomysł.

– Wpadniesz. Daj sobie czas. To on decyduje. Idź na spacer. Artysta pracuje, nawet gdy leniuchuje. „Artysta jest wyjątkiem: jego lenistwo jest pracą, a praca wypoczynkiem”, mawiał Balzac. Idź na spacer.

– Nic innego nie robię! Mam tego dość. Nigdy nie znajdę tego, czego szukam.

– To przynosi pecha! Nie mów tak! – woła Elena, wznosząc ku górze dłonie o palcach obciążonych pierścieniami wysadzanymi drogimi kamieniami. – Jeśli zaczniesz myśleć, że będzie padało, to będzie! Jeśli myślisz, że przegrasz, to tak się stanie!

– Woli pani, żebym mówiła, że wszystko gra? Mam kłamać?

Elena przewraca czarnymi oczami. Złość sprawia, że na jej twarzy pojawiają się kolory, odzyskuje nieco młodości i żywotności, a Hortense zdziwiona dostrzega w tym wybuchu kobietę, jaką niegdyś była Elena.

– Nie wolno mnie okłamywać! – krzyczy Elena. – Jeśli któregoś dnia mnie okłamiesz, Hortense, nigdy więcej nie pozwolę ci przekroczyć progu mojego domu!

– Więc mówię: nie jest dobrze! Wcale nie jest dobrze. Mam ochotę bić i kopać gdzie popadnie!

– Nie masz prawa stawać się uciążliwa! Już jesteś trudna, nie wiadomo, co z tobą zrobić. Dalej, znikaj już. Zaraz przyjdzie mój masażysta, muszę się przygotować… Idź do Meme. Funduję ci manikiur. Rozerwiesz się.

– Nie mam pieniędzy.

– Przecież mówię, że ja funduję!

– Nie. Nie ma mowy.

– Hortense! Bo przestaniemy się przyjaźnić. Trochę pokory, proszę cię. I uprzejmości. Nie odmawia się przyjęcia prezentu. Chyba że pochodzi od wroga. Czy jestem twoim wrogiem?

Hortense kręci przecząco głową i wzdycha.

– Więc uciekaj! Powiedz Meme, że skończyły mi się moje magiczne zioła! Niech mi znowu przyniesie garść. Tylko jej pachnący susz sprawia, że mogę zasnąć…

– Popatrz na mnie, niech ci spojrzę w oczy! – rozkazuje Meme wątłym głosikiem, wsuwając różową poduszeczkę z gąbki pod dłonie Hortense. – Następną klientkę mam dopiero za godzinę, czasu jest dosyć. To Elena stawia?

Hortense podnosi głowę, spomiędzy splątanych jasnych włosów wyłaniają się podkrążone fioletowymi cieniami oczy.

– Och! Wyglądasz na zmęczoną i złą – stwierdza Meme.

– Co ty możesz o tym wiedzieć? Znasz tylko moje dłonie i stopy.

– I do tego kąsasz! Musisz być bardzo nieszczęśliwa.

– Ty to mówisz…

– Widzę. Kiedy jesteś szczęśliwa, twoje oczy przypominają zielone orzechy. A kiedy jesteś zła, są jak mazut na powierzchni oceanu.

Hortense krzywi się i spycha małe kulki z waty na brzeg stolika.

– Napijesz się herbaty?

– Nie mam ochoty na rozmowę, Meme. Ani na herbatę.

Na kieszeni różowego fartucha widnieje napis MEME, ale wymawia się Mimi. Meme pochodzi z Korei Północnej. Przekroczyła kilka granic na piechotę, lecz nie chce mówić, którędy szła. Za każdym razem kiedy Hortense zaczyna ją o to wypytywać, zamyka się w sobie.

– Nie jesteśmy w Korei Północnej, możesz mówić!

– A jeśli są inne osoby, które chciałyby tamtędy przejść? A jeśli right at this moment czai się tu gdzieś szpieg? Za kogo ty mnie masz? Za jakąś głupią Jankeskę?

Meme wszędzie widzi szpiegów rządu północnokoreańskiego i nienawidzi Amerykanek, którym wydaje się, że jej ucieczka z Korei Północnej jest „taka malownicza”. Trzepoczą wypielęgnowanymi dłońmi, wykrzywiając plastikowe usteczka, wołając so wild!5 Meme patrzy, wzdycha i przypomina sobie, że dostaje tylko dwadzieścia procent od każdego manikiuru, reszta idzie do kieszeni szefowej królującej przy kasie.

– Nie chcesz rozmawiać? Tym gorzej dla ciebie! Mogłabym ci dzisiaj opowiedzieć kilka pięknych historii…

– Na przykład jakich? – daje się skusić Hortense, która nie potrafi oprzeć się opowieściom Meme.

– O tych dwóch dziewczynach za tobą…

Hortense odwraca się i dostrzega dwie cudowne istoty o oczach rozciągniętych aż po korzonki włosów. Kobiety jazgoczą, mocząc nogi w ciepłej wodzie z mydłem.

– Blondynka – komentuje Meme – to Swietłana. Brunetka to Yvana. Bułgarskie siostry. Dużo, dużo pieniędzy. Ojciec zbił majątek na nieruchomościach. Gdy upadał komunizm, podobno wykupił wszystkie budynki w Sofii za symbolicznego dolara i sprzedał za prawdziwą fortunę. Przypomina beczkę piwa ozdobioną gigantycznymi wąsami.

– Żartujesz?

– Dziewczynom mylą się banknoty dziesięcio- i studolarowe. Bijemy się tutaj o nie.

– Czym się zajmują w życiu?

Meme parska śmiechem znad pilnika do paznokci. Jej zęby są tak olśniewające, że Hortense podejrzewa ją o wybielanie ich sobie, ale Meme przysięga na grób przodków z czasów Kim Ir Sena, że kolor ten zawdzięcza korzeniowi tea tree. Kupuje ekstrakt w sklepach z produktami bio i dodaje kilka kropli do pasty do zębów rano i wieczorem. Hortense spróbowała i musiała przyznać, że to rzeczywiście działa.

– One nie muszą się niczym  z a j m o w a ć,  mogą wydawać. I wydają sporo! Ojciec je do tego zachęca. Są całkowicie od niego uzależnione.

– A kiedy wyjdą za mąż, będą uzależnione od mężów. Co to za życie?

– Żal mi tych kobiet.

– Żal? – oburza się Hortense. – Oszalałaś?

– Ojciec uniemożliwia im dorastanie. Nie potrafią stawić czoła życiu.

– Ja bym chętnie dała się adoptować temu człowiekowi. I stawiłabym czoło życiu!

– Najstarsza, brunetka, już miała wychodzić za mąż… – Meme nachyla się w stronę Hortense i szepcze: – …ale ojciec wezwał ją do swojego biura. Zapowiedział: „To, co zobaczysz, nie spodoba ci się, ale musisz popatrzeć… musisz być silna, córko”, po czym pokazał jej film, na którym jej narzeczony zabawia się swawolnie z piersiastą panienką w kąpieli.

– Kazał go śledzić?

– Z pewnością.

– No i co było dalej? – dopytuje Hortense.

– Panna Yvana wzywa narzeczonego, który zaczyna od kłamstwa, twierdzi, że zdarzenie miało miejsce na długo przed tym, jak ją poznał… Pech chciał, że na filmie widać było bransoletkę Cartiera, którą dziewczyna dopiero co mu podarowała. W końcu się przyznał i został odprawiony. Stracił piękny dom za pięćdziesiąt sześć milionów dolarów, do którego mieli się wprowadzić, a także porsche, lamborghini i ferrari czekające w garażu, i całą resztę. Wylądował na ulicy, tak jak stał. – Meme wybucha śmiechem, zasłaniając usta dłonią. – Dziewczyna musiała usunąć tatuaż na podbrzuszu. Zrobiła go sobie tuż po ich pierwszej wspólnej nocy!

– Niezbyt sprytnie – stwierdza Hortense. – Jak facet, który tak zręcznie się urządził, mógł zachować się aż tak głupio?

– Zapomniał, skąd się wywodzi. Uważał, że może sobie na wszystko pozwolić. Uwierzył wreszcie, że pieniądze należą do niego. Że jest wszechmocny.

– A Yvana? Bardzo płakała?

– Z jej karty kredytowej poleciały iskry! Wyjechała z siostrą do Los Angeles i ogołociła butiki przy Rodeo Drive. Cały czas towarzyszył im szofer w cukierkoworóżowym rollsie.

– Przestań, Meme! Słabo mi!

– Kiedy wróciły z Los Angeles, ojciec podarował upokorzonej córce dwupoziomowy apartament za dziesięć milionów przy Piątej Alei z wanną za milion dolarów! Ona uwielbia się kąpać.

– Ale, ale… skoro mają tyle pieniędzy, może mogłyby zainwestować w moją pierwszą kolekcję?

– Chcesz, żebym cię przedstawiła? – Meme stuka w buteleczkę z bezbarwnym lakierem. – Zrobić ci francuski manikiur?

Hortense kiwa głową i wraca do swojego pomysłu.

– To by musiało wyglądać naturalnie. One pewnie opędzają się od pasożytów.

– Przygotuję teren, opowiem im o tobie.

– Zrobiłabyś to?

– Będzie zabawnie. Jakaś odmiana od tych idiotek, które obmacuję przez cały dzień! Ty przynajmniej masz jakiś pomysł na życie, ciężko pracujesz. Elena mówi o tobie same dobre rzeczy.

– Swoją drogą prosi o jakieś zioła na sen…

– Znowu? Musisz jej powiedzieć, żeby z nimi nie przesadzała. Mogłaby się już nigdy nie obudzić! Fakt, że to zioła, nie oznacza, że można ich nadużywać. Ostrzegałam ją, ale ona jest uparta.

– Myślisz, że nachodzą ją czarne myśli? – pyta Hortense.

– Coś za często o nie prosi. Kiedyś – szepcze Meme – robiłam paznokcie klientce, która znała Elenę z Paryża. Zapewniała, że odznaczała się niezwykłą pięknością, była bardzo bogata i wpływowa. Niestety wybuchł skandal związany z jej osobą, co zmusiło ją do ukrycia się tutaj. Nie chciała mi powiedzieć, o co chodziło.

– Zawsze się nad tym zastanawiałam… skąd się wzięły jej pieniądze?

– Nie mam pojęcia. Od jakiegoś księcia z bajki. Albo od starego obleśnego dziada.

– Musiała wiele podróżować. Włada co najmniej sześcioma językami.

– A może nauczyła się ich od swoich licznych kochanków?… Podobno to najlepszy sposób na nauczenie się języka.

Meme parska śmiechem.

– Meme! – woła szefowa salonu zza lady.

W tym „Meme” słychać zakaz rozmawiania z klientkami, okazywania zbytniej poufałości, zwalniania tempa pracy. Meme pochyla głowę, nakłada ostatnią warstwę utwardzacza i wstaje, cedząc przez zęby:

– Pójdę jeszcze po zioła. Dodam też buteleczkę kajalu. Elena go uwielbia. Zostaw jej to w szafce w łazience. Tam go trzyma.

Hortense przygląda się swoim paznokciom, które przypominają teraz lustereczka. Lustereczka, powiedzcie przecie, kiedy wpadnę na pomysł? Mam rysunki, mam modele, mam wszystko w głowie. Brakuje mi… Czego mi brakuje? Nie wiem.

Chyba oszaleję.

Wielokrotnie była już o krok od poproszenia Eleny o pomoc. Żeby wspomniała o niej Karlowi albo Annie, co sprawiłoby, że drzwi wreszcie otworzyłyby się dla niej przy wtórze bębnów. Chanel, Vogue, pierwszy stopień ku chwale.

I tyle samo razy się powstrzymywała. Prędzej utnę sobie język niż poproszę ją o najdrobniejszą przysługę! Chcę, żeby ona mi to zaproponowała, żeby mi wręczyła swój notes z adresami i oznajmiła powiedz, z kim chcesz się spotkać, a ja cię przedstawię.

Kobieta o wielkiej przyszłości nie prosi innych o nic, wszystkiego wymaga od siebie. Ja jestem kobietą o wielkiej przyszłości.

Hortense czytała wycinki z gazet składowane w pudełkach po butach, które zalegają w czeluściach szaf Eleny. Stare artykuły z ELLE, Jours de France, Paris-Matcha, France-Soir, pożółkłe zdjęcia, tytuły wychwalające niejaką Elenę Karkhovą, młodą i triumfującą u boku Maurice’a Chevaliera, Duke’a Ellingtona, Cole’a Portera, Gregory’ego Pecka, Kirka Douglasa, Jeana Gabina. Pod ramię z Marleną Dietrich, Édith Piaf, Coco Chanel, z księżniczką Małgorzatą i z Elżbietą, zanim jeszcze została królową.

„Elena Karkhova, bohaterka rodem z bajki”, „Miała zaledwie dwadzieścia lat, kiedy spotkała hrabiego Karkhova, który uczynił z niej królową Paryża”. Albo: „Wszyscy mężczyźni się w niej kochali. Smukła niczym liana, o długiej szyi wyniosłego ptaka, to absolutna piękność, symbol wdzięku i paryskiego stylu. To dla niej powstają suknie, kwiaty, zapachy, stawy, stadniny, domy. Nic nie jest wystarczająco piękne, by uczcić jej urodę”. Zdjęcia wyblakły, lecz słowa nadal się skrzą.

Elena nigdy nie wspomina o księciu.

Przeżyła radosne godziny swojego życia w Paryżu. Przyjęcia, bale kostiumowe, szalone zakłady, niebezpieczne upojenia, zakazane podróże.

Elena mieszka sama w Nowym Jorku. Bez dzieci i męża.

Hortense zna obrazy z jej życia, brakuje jej szczegółów.

Mężczyzna obok