Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Muchachas tom 1. - Katherine Pancol

"Pierwszy tom bestsellerowej trylogii jednej z najpopularniejszych francuskich pisarek. Stella pracuje na złomowisku. Radzi sobie jak może, choć jej ukochany to nielegalny imigrant poszukiwany przez policję. Samotnie wychowuje syna, a wobec jej matki Léonie mąż stosuje przemoc fizyczną. Dobroduszna Joséphine próbuje pogodzić rolę matki nastoletniej córki ze swoją prawdziwą miłością... Bohaterowie kochają, cierpią, zmagają się z przeciwnościami losu i realizują marzenia w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku i w małym Saint-Chaland. Katherine Pancol porusza trudny temat przemocy wobec kobiet. Lekkie pióro autorki, barwne, charyzmatyczne i odważne bohaterki sprawiają, że lektura książki będzie z pewnością doskonałą rozrywką. „Wyważony, a zarazem przejmujący ton. Prawdziwy językowy majstersztyk. Wciągająca, zabawna, sentymentalna”. François Nourissier z Akademii Goncourtów, Le Point „Katherine Pancol jest jedną z najbardziej wnikliwych i  utalentowanych powieściopisarek swojego pokolenia”. L'Express"

Opinie o ebooku Muchachas tom 1. - Katherine Pancol

Fragment ebooka Muchachas tom 1. - Katherine Pancol

Tytuł oryginału:

MUCHACHAS

Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2013

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Barbara Meisner

ISBN: 978-83-7999-401-4

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Sylvie Genevoix

„Prawdziwy duch rewolucji polega na szukaniu szczęścia w doczesnym życiu”.

IBSEN

– Ależ ludzie są brzydcy! – wzdycha Hortense, poprawiając lornetkę przed nosem. – Trudno się dziwić, że mam takie powodzenie...

Ma na sobie soczyście zielony kardigan, czerwone dżinsowe cygaretki i baleriny w czarno-białą kratę, obserwuje przechodniów rozparta we wnęce okiennej salonu.

– Są szarzy, starzy, szczerzą się, skrzeczą i jeżą, zgryźliwe zrzędy...

Gary leży na łóżku ze słuchawkami na uszach i wybija takt wielkimi stopami. Jedna skarpetka czarna, druga czerwona. Raz, dwa, trzy, cztery, pauza ćwierćnutowa, pięć, sześć, siedem, osiem, pauza ćwierćnutowa, triola, pauza ósemkowa, dziewięć, dziesięć.

– Albo – ciągnie Hortense – są jak mięczaki, ciągną się w prawo, w lewo, długie smutne strzępy włóczące się bez celu.

Gary się przeciąga. Ziewa. Mierzwi dłonią włosy. Jego cytrynowożółta koszula Brookes Brothers wysuwa się ze spodni uszytych z przetartego aksamitu. Odsuwa słuchawki i jego spojrzenie pada na Hortense, rozkoszną czarownicę o ciekawskim nosku, długich kasztanowych włosach pachnących ziołowym szamponem Kiehl’sa, którego używa dwa razy w tygodniu i którego nie pozwala mu pożyczać, bo „widziałeś przecież, ile kosztuje!”, chowa go więc pod rękawicą w kabinie prysznicowej albo za muszlą klozetową. Gary i tak zawsze go znajduje. Do czycis? zastanawia się, marszcząc brwi. Otwiera partyturę, żeby się upewnić.

– Wszyscy ubrani w brązy, szarości i czernie. Żadnych czerwonych guzików ani zielonego szalika! Krzesła, mówię ci, po prostu krzesła. Armia krzeseł, które drżą w oczekiwaniu na zadek szefa. Wiesz co, Gary? Ci ludzie są w żałobie. Stracili nadzieję. Idą ulicą, bo kazano im wcześnie wstać, wsiąść do pociągu albo do metra, udać się do biura i kiwać głową przed wypomadowanym lalusiem, który służy im za zwierzchnika. Odmawiam bycia krzesłem!

– Nie jesteś przypadkiem głodna? – pyta Gary, zamykając partyturę i mrucząc: „Cis, właśnie tak, cis, mi, re, fa, re, do”.

– Odmawiam bycia krzesłem, chcę być wieżą Eiffla. Chcę wynaleźć strój, który rośnie, wyciąga się ku niebu. „Prostota jest szczytem wyrafinowania”. To będzie mój slogan.

– Leonardo da Vinci wpadł na to przed tobą.

– Jesteś pewien? – dziwi się, stukając balerinką w drewnianą skrzynię, na której siedzi.

– To ja ci podszepnąłem to hasło wczoraj wieczorem. Zapomniałaś?

– Trudno! Podkradam mu je. Nadeszła moja pora, Gary. Nie chcę być ani dziennikarką, ani attaché prasowym, ani pokorną stylistką w sieciówce, chcę tworzyć, wymyślać... Narzucić swoją markę. – Przerywa. Pochyla się naprzód, jakby dostrzegła na ulicy okaz elegancji, lecz po chwili prostuje się rozczarowana. – Żeby odnieść sukces w tym zawodzie, trzeba mieć fioła. Nosić przy sobie manierkę z koksem, bufiaste spodnie, zarękawki w zebrę, odblaskowe getry... Ja nie jestem świrem.

– Nie jesteś głodna? – pyta ponownie Gary, przyjmując zamyśloną pozę mężczyzny wspartego na łokciu.

Przed oczami staje mu wnętrze herbaciarni w Neue Galerie przy Piątej Alei. Café Sabarsky. Lubi to przytulne miejsce, boazerie, okrągłe stoliki o marmurowych blatach i stary czarny fortepian Yamaha, który nudzi się w kącie. Rozszyfrowywanie partytury pobudziło mu apetyt. Jest głodny.

– Głodna? – powtarza Hortense rozkojarzona, jak gdyby pytał ją, czy nie ma w planach adopcji kakadu z żółtym czubem z Oceanii.

– Umieram z głodu, mam ochotę na tartę z karmelizowanymi jabłkami i bitą śmietaną. Chcę iść do Café Sabarsky. Tak tam wygodnie, przytulnie, słodko, wokół mnóstwo apetycznych ciasteczek, siwowłosych staruszków, staromodnych bibelotów, talerzy ze srebrnym brzegiem i grzecznych dzieci, które siedzą prosto i nie wrzeszczą.

Hortense wzrusza ramionami.

– Jestem utalentowana, bystra, mam dyplom z Saint Martins, pokazałam, co potrafię, u Gapa i u wielu innych. Brakuje mi pieniędzy i protekcji... po prostu bogatego męża. Nie mam bogatego męża. Chcę bogatego męża.

Przebiega wzrokiem pomieszczenie, jak gdyby ów bogaty mąż siedział ukryty pod łóżkiem albo za komodą.

– Zastanawiam się, czy wziąć tartę z jabłkami czy schwarzwälder kirschtorte. Waham się.

– A gdybyś tak sprzedał klejnoty rodzinne...

– I gorącą czekoladę po wiedeńsku. Z dużą ilością śmietany.

– Odszukam twoją babkę.

– Babka jest straszną sknerą.

– Przystawię jej pistolet do srebrnej skroni.

– Gorąca gęsta czekolada z bitą śmietaną i schwarzwälder kirschtorte. Wielkie czekoladowe ciasto z wiśniami. Bierz płaszcz.

Wypełnia polecenie. Kiedy Gary jest głodny, staje się głuchy na wszystko. Hortense rzuca po raz ostatni okiem na manekina na kółkach, na którym upięty jest model sukni. Trzy tygodnie pracy. Misterne marszczenie otwiera się wachlarzem w pasie i rozpływa na wysokości kolan. Ciasno opięta klatka piersiowa, zręcznie ukryte biodra, gibka tajemnicza sylwetka. Prostota to szczyt wyrafinowania. Bosko!

– Co sądzisz o moim najnowszym modelu?

– Jeszcze się waham.

Czeka z bijącym sercem na werdykt. Gary jest zawsze jej pierwszym jurorem. Tym, któremu chce się przypodobać. Dla którego mobilizuje wszystkie siły. Uczą się razem, dorastają razem, ona go zadziwia, on ją zadziwia, nigdy się sobą nie męczą. Gdy ona kładzie na nim dłoń, jakby zaznaczając swoją własność, on odsuwa ją lekkim ruchem ramienia i ostrzega spojrzeniem, tylko nie to, Hortense! Nie to! Pozwól mi oddychać. A kiedy on zbliża się zanadto do niej zajętej przelewaniem pomysłu na papier, ona odpycha go, pomrukując. On mówi: w porządku, zrozumiałem, wpadnę później. Nie martwią się, przecież spotkają się wieczorem w wielkim łóżku, gdzie ich ciała rozpalą pieszczoty. Potrafią tak dobrze je przeciągać, tak długo, aż któreś w końcu poprosi o łaskę. Gary zawsze wygrywa, Hortense jest niecierpliwa i zachłanna. Z nikim innym nie mogłabym tak żyć. Jego muzyka fortepianowa ożywia moje modele, dźwięki Schuberta, Bacha i Mozarta wyznaczają rytm i nadają kształt moim rysunkom.

Czeka, aż padną odpowiednie słowa. Gary zawsze starannie je dobiera, używa precyzyjnych określeń. Mówi: nieoczekiwany wypadek, nieszczęśliwy traf, zrządzenie losu, nieprzewidziane okoliczności – w zależności od powagi sytuacji. Uczy ją pogłębiać swoje myśli. Ale też... powstrzymuje ją, kiedy mówi zbyt szybko i opowiada byle jak. Kiedyś po długim namyśle znalazła definicję miłości, która pasowała do nich jak ulał, jak rękawiczka spod igły wielkiego krawca. Miłość, oznajmiła mu, kiedy szykował kawę, jest wtedy, kiedy dwie osoby się kochają, każda potrafi żyć własnym życiem, a mimo to decydują się być razem. To nasza historia.

Odetchnęła z ulgą, on ją objął i potoczyli się na wielką wygniecioną kanapę, która stanowi granicę ich dwóch królestw: muzyki i krawiectwa. Wykwintnego krawiectwa, poprawia Hortense, marszcząc nos.

– A gdyby tak... – mówi Gary.

– Unieść nieco bryty spódnicy?

– A gdyby tak... skusić się nazitronenschnitte? Jest puchata, krucha, a cytryna nie drażni zębów. Waham się... Na co ty masz ochotę?

– Na nic – rzuca zraniona. – Będę patrzyła, jak jesz, i rozmyślała o plisach. Może powinnam lekko poluźnić talię... Albo nie.

– Mówisz to za każdym razem, a potem zamawiasz stosy ciastek, które pochłaniasz do ostatniego okruszka. Zmiatasz wszystko z talerza, mówisz z pełnymi ustami i jesteś idealnie odpychająca, Hortense Cortès.

– To dlatego, że postanowiłam nie utyć. Chodzi o strategię. Jestem silniejsza niż kalorie. Terroryzują wszystkie dziewczyny na ziemi, więc nimi gardzę. A one się obraziły i po prostu mnie unikają.

– Wkładaj płaszcz, w parku wieje. Pójdziemy na piechotę, żeby się rozruszać.

– Maxime Simoëns miał własny dom w wieku dwudziestu dwóch lat...

– Weź rękawiczki, szalik i czapkę. Zostaw suknię i szpilki. Mój brzuch rządzi, musisz go słuchać, kobieto!

Kiedy walcząc z wiatrem, idą przez park, Hortense trzyma się ramienia Gary’ego. On stawia wielkie kroki, ona drepcze u jego boku. On marszczy brew, szukając harmonii, która mu umknęła. Ona poprawia szpilki na manekinie. On szuka akordu z dwoma szesnastkami, ona nie jest już pewna swojego upięcia. Błądzą myślami, nie zwracając uwagi na biegaczy, wiewiórki, trawniki i wzgórza, na grających we frisbee, sprzedawców precli i kiełbasek, na zjeżdżalnie i piłki. Jest zima: Central Park jest brązowy i łysy. Wcale nie przypomina parku z kartek pocztowych kupowanych przez turystów.

Drzewa się kołyszą, gałęzie drżą, wiatr wieje i maluje czerwienią nosy, oni nic nie widzą. Tylko Hortense mówi na głos. Jakby odprawiała egzorcyzmy nad tym dziwnym uciskiem w brzuchu, który ją paraliżuje i ciągnie w dół. Każdego ranka budzi się ze ściśniętym żołądkiem. Nie umie tego nazwać, nie wie, do czego to przyrównać. Węzeł, który rozrywa ją na pół i rzuca w otchłań lęku. A jeśli życie ucieka jej między palcami? Do tej pory żyła w biegu, w kolorowym filmie, ale od pewnego czasu walczy z przygnębiającą szarzyzną. Może straciła swoją szansę? Jest już właściwie stara. Dwadzieścia trzy lata to początek końca, śmierć komórek, zanikanie neuronów, tak jest napisane we wszystkich książkach na temat wiedzy o życiu. Sama już nie wie, w którą iść stronę. Niedługo skończą jej się oszczędności. Nawija na palec kosmyk włosów, nachyla się, nie puszczając ramienia Gary’ego, zrywa źdźbło suchej trawy, odgarnia włosy, wsuwa w nie trawkę, upina wyrafinowany kok, wraca do swoich myśli z odsłoniętym czołem i smukłym, pełnym wdzięku karkiem. Zmylić wszystkich. Nie wyglądać na niezdecydowaną. Zignorować kulę w brzuchu. Przejść do czynu. Działanie rozgromi strach. Przecież zawsze parła naprzód.

– Albo... zmienię wszystko. Zmarszczę górę i wyprostuję dół. Ołówkowa spódnica i gorset z dwoma miseczkami ściskającymi piersi, trzy perłowe guziczki na udrapowaniu podkreślającym talię. Co ty na to?

Gary słyszy tylko ostatnie słowa i wcale mu się nie podobają. Kulawe kaczki, które kręcąc kuprami, znienacka pojawiają się w jego śnie. Plamy na pięknym marzeniu. Fałszywe nuty. Nienawidzi dysonansu.

– Mógłbyś mi odpowiedzieć!

– Hortense, proszę cię, szukam nuty... kluczowej nutki, która poprowadzi pozostałe. Jest tu gdzieś niedaleko, już prawie ją wyłuskałem. Pozwól mi ją złapać, a obiecuję, że potem cię wysłucham.

– Nie rozumiesz, że kryzys wywraca wszystko do góry nogami? Sprzedaż spada, na produkty tekstylne nakłada się coraz wyższe podatki, marki o tym wiedzą i skupiają się na wartościach pewnych, na spuściźnie, na wizerunku. Muszę się tam wślizgnąć i znaleźć swoje miejsce, zanim będzie za późno. W przeciwnym razie przestanę istnieć, pozostanie mi obrębianie tkanin.

Ściska mocniej jego ramię i przyciąga go bliżej siebie, bliżej swojego problemu, w stronę węzła w brzuchu, który ściska ją teraz za gardło.

– W życiu liczy się nie tylko twoja muzyka! – krzyczy. – Powiedz coś, Gary, rozmawiaj ze mną.

Przechyla głowę w jego stronę, czuje powiew wody toaletowej zmieszany z zapachem wełny granatowej kurtki. Od jak dawna on chodzi w tej starej kurtce? Nie chce się z nią rozstać. Hortense zna ją od zawsze. Na prawym rękawie odcisnął się ślad jej ramienia. Wczepia się w ten rękaw, tarmosi za niego, Gary się wyswobadza, ona łapie go ponownie.

– Muszę wymyślić coś nowego, muszę być innowacyjna. To jedyne antidotum na kryzys. Tylko kreatywność pobudzi rynek. Muszę to znaleźć sama. Czuję się taka samotna, tak bardzo samotna...

Gary nie odwraca głowy. Wciąż szuka ostatniej nuty. Mi, sol, la, do, cis... marzenie rozpłynęło się w nicość. Nuta umknęła. Zaciska pięści, zaciska zęby. Odrzuca ruchem głowy koniec szalika, który nasunął mu się na nos. Naciąga rękaw starej kurtki. I jeszcze raz. Szuka ze wszystkich sił. Wściekłość hula w nim niczym wiatr pośród drzew. Cały wrze. Był już tak blisko. Nie mogę się złościć, powtarza sobie, nie mogę się złościć, jeszcze ciągle pamiętam pierwsze nuty. Akord wróci w budzącym poczucie bezpieczeństwa cieple herbaciarni.

To jego schronienie. Właśnie tam skomponował pierwszy takt swojego pierwszego koncertu fortepianowego. Dmuchając na bitą śmietanę czekolady po wiedeńsku. Bazgrząc ołówkiem nuty tłoczące mu się w głowie. Zawsze ma przy sobie notes. I miękki ołówek śmigający po papierze.

– Więc nic cię to nie obchodzi – upiera się Hortense – nie słyszysz mnie, nie słuchasz, czym ja dla ciebie jestem? Meblem? Błyskotką? Źle dokręconą żarówką?

Puszcza ramię Gary’ego. Odsuwa się o krok. Stawia czoło wiatrowi. Znów czuje uścisk zamykający się na żołądku. Nie podda się. Ani skurczowi, ani obojętności Gary’ego. Będzie radzić sobie sama. Zresztą każdy jest w życiu sam. Muszę to sobie wbić do głowy i nie zapomnieć. Sama, sama, sama. No tak, ale co będę robić sama? Piłkę, za którą biegnie zdyszany dzieciak, wysyła kopniakiem w przeciwnym kierunku; chłopiec krzyczy i zaczyna płakać. Dobrze ci tak, zgrzyta zębami. Biegnij i złap ją sobie, to w końcu nie koniec świata! Masz przecież dwie nogi!

Dzieciak przestaje płakać i przygląda jej się zdziwiony.

– Dlaczego płaczesz? – pyta, opuszczając nauszniki czapki kanadyjskiego trapera.

– Nie płaczę. Zmykaj.

– Jesteś zła! Jesteś zła i do tego brzydka! Masz patyk we włosach. To ohydne.

Hortense wzrusza ramionami i ociera oczy wierzchem dłoni. Odwraca się do Gary’ego, licząc, że wstawi się za nią. Ale już zatrzymał taksówkę i wsiada, nie czekając na nią.

– Gary! – woła Hortense, czując napływające łzy. Wyciera je rękawiczkami i jeszcze raz krzyczy: – Gary!

Biegnie w stronę auta. Gary zamyka drzwi. Opuszcza szybę i w chwili gdy samochód rusza, rzuca:

– Przykro mi, kochanie, potrzebuję ciszy i spokoju. Zostawiam cię z twoimi plisami. Spacer to najlepszy sprzymierzeniec zbłąkanych myślicieli.

Hortense odprowadza wzrokiem czerwone światła oddalającej się żółtej taksówki. Zostawił ją na lodzie w Central Parku. Miał czelność zostawić ją na lodzie w Central Parku. Za kogo on się uważa? Myśli, że skoro jest piękny, uroczy i nonszalancki, to może igrać z uczuciami innych? Pfff... Spodnie ma za krótkie, a buty za duże. Stopy też ma za duże. Włosy za czarne. A zęby za białe.

Hortense stoi przez chwilę z opuszczonymi rękami, z kapiącym nosem. Oddycha pełną piersią. Stawia kołnierz, żeby osłonić się przed wiatrem. Dostrzega dzieciaka, który nadal się jej przygląda. Wykrzywia się do niego w okropnym grymasie. Chłopiec odwraca się powoli i rzuca jeszcze na odchodnym:

– Widzisz, że jesteś brzydka? Zostawił cię tu jak zgniłego banana.

I puszcza się biegiem.

W Café Sabarsky jest pusto o tej popołudniowej porze. Piękne próżniacze majętne panie przedłużają sobie porę lunchu, biegając po sklepach, starsi panowie odbywają sjestę, dzieci przykładają się do nauki w szkole, zimny wiatr zniechęcił wszystkich pozostałych. Gary siada przy okrągłym stoliku z białego marmuru, kładzie przed sobą notes i ołóweczek o miękkim wkładzie. Kelner w czarnej kamizelce i długim białym fartuchu przynosi menu i zamierza się wycofać, by pozostawić mu czas do namysłu.

– Nie trzeba – mówi Gary zniecierpliwiony. – Wiem, czego chcę. Proszę gorącą czekoladę z dużą ilością bitej śmietany i schwarzwälder kirschtorte.

I święty spokój! Ciszę i spokój, które można wypełnić nutami. Boże, ależ Hortense potrafi być irytująca! Czy on ją ciągnie za włosy, kiedy ona szkicuje? Czy całuje ją w szyję, chociaż ma na to wielką ochotę? Kiedy jej pochylony kark woła o pocałunek, a nawet o ugryzienie? Nie. On się cofa i kontempluje. Czeka, aż ona się odwróci, dostrzeże go, przypomni sobie o jego istnieniu. Pamiętasz, jak mam na imię? pyta z uśmiechem z kanapy. Jestem twoim ulubionym kochankiem. Hortense wstaje. Jej pełne wyraźnie zarysowane wargi rozciągają się w marzycielskim uśmiechu. Oczy zmieniają kolor na karmelowy. Gary, Gary Ward, coś mi to mówi... Ma wtedy ochotę wgryźć się w jej usta, ale się powstrzymuje, ona jeszcze ciągle jest w swoim rysunku. Poczeka, aż wróci na ziemię i mu się odda. Nigdy nie czeka w jej zasięgu. Jest łakoma. Uważna i uległa nocą, buntownicza w ciągu dnia. Gdzie ja miałem głowę, wsiadając do taksówki? Zgubiłem nuty i byłem wściekły. One wrócą. Oswojone miękką bielą obrusów, boazeriami na ścianach, skrzypiącą pod butami podłogą. Duch starego doktora Freuda krąży między szarlotkami, górami bitej śmietany, tartami, herbatnikami, bezami i lukrowanymi ciastkami w poszukiwaniu pacjenta, którego mógłby położyć na swojej sofie. Nie nadaję się na pacjenta, doktorze Freud, żyję w zgodzie ze sobą. Lubię siebie, nie napuszam się ani nie chowam, z nikim się nie porównuję. Moja recepta na szczęście jest prosta: być sobą. Pochowałem ojca, który zapomniał o mnie zaraz po urodzeniu, ale w ramach zadośćuczynienia zostawił mi zamek w Szkocji. Jeszcze nie wiem, co zrobię. Babka wynajęła ekipę rzemieślników, którzy umacniają ściany i dach. Nie można pozwolić, żeby stuletnie zamki popadały w ruinę. Mój ojciec był człowiekiem niedbałym, samotnikiem. Spożywał dużo alkoholu. Tak, prawdą jest, że przyspieszył godzinę swojej śmierci. Czy powinienem czuć się winny, Zygmuncie? Nie sądzę. Spotkaliśmy się z ojcem tylko raz pewnego popołudnia1. Trochę po to, żeby nawiązać nić porozumienia. Po czym dziecko rozpoznaje ojca? Ojca, którego nigdy nie dane mu było poznać? Jeśli zaś chodzi o matkę... Dorastałem przy niej. Była moją jedyną towarzyszką. Moją północą, moim kompasem. Wychowała mnie, powtarzając, że jestem cudem. Nie ma znaczenia, że nie wiem, ile jest jeden plus jeden ani gdzie leżą Nowe Hebrydy. Ale jeśli przypadkiem zachowałem się nieuprzejmie, kopniak w zadek i hop! do pokoju. Nauczyła mnie chronić kobiety i kręcić majonez widelcem. W końcu musieliśmy się rozstać. Bolesne doświadczenie. To z tego powodu uciekłem do Nowego Jorku: zaskoczyłem ją w łóżku z moim nauczycielem fortepianu. Dzisiaj kochamy się czule. Nie czuję się przytłoczony, a ona kocha mnie na odległość, bo mieszka w Londynie. Śmiejesz się? Nie wierzysz? Tak właśnie jest. Idź dalej swoją drogą.

W głębi sali jest bar z czarnego drewna z dużymi ekspresami do kawy, z parującym mlekiem, filiżankami do czekolady lub kawy ułożonymi rzędem na ocynkowanej obudowie. Gary rozpoznaje za barem dziewczynę ze swojej szkoły. Jest z tego samego roku co on. Pewnie pracuje jako kelnerka, żeby opłacić studia. Jak ma na imię? Jakoś przedziwnie. Imię greckiej nimfy dla dziewczyny o głowie ryjówki na końcu długiej tyczki. Szczupła, blada, niepewna, o rzadkich czarnych włosach splecionych w chudy warkoczyk, wielkich odstających uszach i nosie wieńczącym spiczasty pyszczek pełen mlecznych zębów. Imię w antycznej spódniczce. Atena, Afrodyta, Persefona? Nie, jakoś inaczej.

W zakłopotanie wprawiają jej oczy: wielkie czarne wytrzeszczone oczy, które przywodzą na myśl czujne zwierzę. Przypomina starą pannę rodem z powieści Jane Austin. Taką, która nigdy nie wyjdzie za mąż i popija herbatkę w sypialni, podczas gdy jej siostrzeńcy i siostrzenice paplają w salonie. Jest za młoda na starą pannę. Gdy się jej lepiej przyjrzeć, na niemiłej twarzy zauważyć można uprzejmą obojętność. Jakby mówiła, nie ma mnie, nie patrz­cie na mnie, i wcale z tego powodu nie cierpiała. Albo: mam inne sprawy na głowie, proszę nie nalegać. Tak, właśnie tak, stwierdza Gary, ta dziewczyna jest pozbawiona wdzięku, a jednocześnie delikatnie wyprasza cię za drzwi. Pewnie nosi długi brązowy płaszcz zapięty pod samą szyję i śniegowce. Teraz sobie ją przypominam...

Raz w tygodniu studenci Juilliard School grają przed publicznością. Agenci i profesjonaliści wślizgują się na widownię w poszukiwaniu przyszłych talentów. Rozpoznaje się ich po tym, że głośno rozmawiają i hałasują. Tego wieczoru interpretowała pierwszą część Koncertu skrzypcowego D-dur Czajkowskiego. Trzymała całą salę w napięciu. Nie było żadnego skrzypienia krzeseł, żadnego pokasływania, wszyscy wstrzymywali oddech i chłonęli śpiew smyczka z szyjami wyciągniętymi ku greckiej nimfie o mysiej twarzy. Nagle, kiedy smyczek zawisł w locie u szczytu frazy muzycznej, wprawiając przejętą publiczność w uniesienie, gdy czekała na kolejną falę, spojrzenie Gary’ego zatrzymało się na solistce. Stwierdził, że jest piękna, zadziwiająca, wzruszająca. Róż, złoto, kobaltowy błękit i jaskrawa żółć stroju rzucały jej na twarz lśniące refleksy, tworząc mieniącą się aureolę światła. Niekłamana przyjemność rozjaśniała jej oblicze. Oparłszy podbródek o skrzypce, wymieniła brzydką powłokę na pełną wdzięku postać ikony o zaróżowionych policzkach, drżących skrzydełkach nosa, z uniesioną w niemal bolesnym wyrazie jedną czarną brwią, o kącikach ust lekko drgających jakby pod wpływem dzikiej rozkoszy. Grała, odbierając słuchaczom mowę. Zmieniała ich w bezsilne, nieme, skurczone na swoich krzesłach karły.

Stropił się. Stłumił w sobie wtedy chęć, żeby wstać, podejść do niej i pocałować ją w usta. Zjeść trochę jej koloru. Wielbić ją i chronić. Wiedział bowiem, że kiedy tylko opuści skrzypce, kiedy zapadnie cisza, powróci jej codzienna brzydota. Zwalonego posągu. Chciał, by utrzymała się w powietrzu unoszona wdziękiem efemerycznej piękności. Chciał być magikiem i przedłużyć cudowny śpiew skrzypiec.

Grecka nimfa zrobiła tamtego wieczoru furorę. Wstali, by ją oklaskiwać. Lepiej jej słuchać z zamkniętymi oczyma, zachichotał jakiś student za Garym, kiedy zamilkły skrzypce i dziewczyna ukłoniła się drżąca, lekko przygarbiona, z czerwonymi plamami na szyi i dekolcie. Odwrócił się i spiorunował studenta wzrokiem. Co za dupek! Szkoda, że minęła era pojedynków, natychmiast bym go wyzwał! Jasnowłosy cherubinek o niebieskich oczach wielkich jak spodki peroruje, poklepując się po kieszeniach. Żywa reklama matczynego mleka. Co tu robi ten grubianin? Nie zasługuje na nią. Calypso! Miała na imię Calypso. Jak nimfa zakochana w Odyseuszu. „Siedział u czcigodnej nimfy, arcyboskiej Kalipso. Trzymała go w głębokich pieczarach, chcąc go mieć za małżonka”.2 Córka Atlasa przetrzymywała Odyseusza na swojej wyspie przez siedem lat, po czym z żalem sama pomogła mu zbudować tratwę i spuścić ją na fale. Fa-le. Fa. Fa, do. Mi, sol, la, si, do, cis... Re, fa, la, gis. Tak, to jest to! Gary wyciąga ołówek i układa nuty na pięciolinii. Kiedy ołówek śmiga po papierze, on wyłapuje nuty, porządkuje, całe, połówki, ćwiartki, ósemki, szesnastki. Szczęśliwy, olśniony, uwolniony. Opuścił ziemię. Wzlatuje z wielką torbą nut w ramionach i rozsiewa je po pięcioliniach. Ręka nie nadąża. Kartki notesu przewracają się zbyt wolno. Wreszcie pochwycił dręczącą go melodię. Która skacze, umyka, zrywa się, a on biegnie za nią. Łapie ją, przytrzymuje i przygniata do ziemi. Ona wyrywa się, udaje, że ucieka, on powala ją i unieruchamia. Z trudem łapie oddech i upuszcza ołówek, jest u kresu sił. Ma ochotę wstać, ucałować kelnera w czarnej kamizelce, który przynosi mu gorącą czekoladę i czekoladowe ciasto zatopione w śmietanie, zwieńczone wisienką. Rzuca się na ciasto, rzuca się na bitą śmietanę i gorącą czekoladę, pożera pierwsze, pochłania drugie. Trzema ruchami widelca wymiótł wszystko z talerza, opróżnił filiżankę i teraz białe wąsy okalają jego uśmiech.

Życie jest piękne! Tyle szczęścia w lawinie nut spływających z nieba, a raczej z fal oceanu. Tyle radości i fanfar! Potrzebuję ust do całowania, uszu do wysłuchania, oczu do oglądania odprysków. Hortense! Gdzie jest Hortense? Co robi? Dlaczego jej tutaj nie ma? Powinna dawno już dotrzeć tutaj. Pchnąć drzwi kawiarni, usiąść na czarnym krześle. Wściekła, lecz obecna. Byli już niemal na miejscu, kiedy porzucił ją w parku. Pewnie obrażona rozkopuje teraz stosy zeschłych liści. Ach! Jakże i ja byłbym wściekły na jej miejscu!

Rozpiera się na krześle i śmieje się na samą tę myśl. Szuka w kieszeni telefonu, nie znajduje, musiałem zostawić go w domu. Ciągle o nim zapomina. Nie lubi tej smyczy, która łączy go ze światem, nawet kiedy wcale sobie tego nie życzy. What a drag! Lepiej się żyje bez sznura u nogi.

Dziewczyna o imieniu nimfy usłyszała jego śmiech.

Przygląda mu się zdziwiona zza baru. Gary, siedząc, wykonuje ukłon szczęśliwego człowieka. Ona uśmiecha się do niego i w tym uśmiechu przejawia się nieskończony wdzięk. Łagodny wyraz porozumienia igra na jej wargach. Mechanicznym ruchem wyciera filiżankę. Być może go śledziła ukryta za ekspresami do kawy. Przechwyciła jego błąkające się myśli, modliła się skrycie, by znalazł właściwe nuty. Całe, półnuty, ćwierćnuty i ósemki posypały się na czarny kajecik. Ca-lyp-so, artykułuje powoli szeptem. Boska. Ona oblewa się rumieńcem i spuszcza głowę. Przyjmuje komplement niczym wieniec laurowy.

Wszystko w tej dziewczynie jest zagadkowe, stwierdza Gary, nie ma ciała, stóp, ona tylko muska ziemię. To kobieta bez kości, z dwoma skrzydłami na plecach. Dziewczyna prostuje się i znów mu się przygląda. Tym samym powolnym łagodnym gestem wyciera tę samą filiżankę. Nie spuszcza z niego wzroku. Do, mi, sol, la, si, do, cis, podśpiewuje Gary, akcentując każdą nutę. Palcem wskazującym wybija rytm, a ona macha ścierką do taktu. Przestępuje z nogi na nogę za barem. Re, fa, la, gis, powtarza bezgłośnie. Jej usta się poruszają, lecz nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Śpiewa melodię w głowie. A on słucha i słyszy. Wydaje mu się zarazem zadziwiające, jak i w pełni naturalne, że rozmawiają ze sobą w ten sposób poprzez salę. Chciałby dzielić z nią, podarować jej tę intensywną rozkosz, która go wypełnia, przepełnia i z którą nie wie już, co począć. Nagle tak się wzbogacił o uczucie, którego nie sposób kupić za żadne pieniądze, z którym żadna kobieta nie może się równać. Jest królem Olimpu i Zeus niech lepiej ma się na baczności.

Zrywa się gwałtownie i podchodzi do baru. Opiera ramię na ocynkowanym blacie, patrzy na nią i oświadcza: jestem taki szczęśliwy, znalazłem swoje nuty, szukałem ich od rana, co ja mówię, co najmniej od tygodnia. Szedłem po omacku, gdybyś wiedziała... Ona nie mówi nic, nie pyta, słucha. Jej wytrzeszczone oczy chłoną jego słowa. Ma piękne oczy, nie potrafiłby opisać ich koloru, są czarne ze srebrnymi refleksami rtęci i ołowiu, niemal wodniste, powiększają się, otulają go. Tonie w jej spojrzeniu. Ona słucha go, jak gdyby z każdego wypowiedzianego przez niego słowa skapywały piękne nuty. Jak gdyby tworzył na nowo podmuch ognia, huk potoku uderzającego o kamienie, uśpiony szept wodnych traw w jeziorach. Słucha go z taką uwagą, że miałby ochotę podejść bliżej i oprzeć czoło na jej czole.

A później przestaje mówić.

Ona zamyka oczy.

Milczą.

Kelner kładzie rachunek na kontuarze. Musiał uznać, że Gary chce wyjść bez płacenia. Chłopak sięga po niego. Wraca do stolika, wsuwa do kieszeni ołówek i notes, zostawia na stole dwa banknoty dziesięciodolarowe, kiwa głową w stronę Calypso i wychodzi z Café Sabarsky z przekonaniem, że przeżył właśnie idealną chwilę, tak idealną, że niemal go to przeraża.

Calypso odstawia filiżankę. Sięga po kolejną. I zaczyna ją mechanicznie wycierać.

Miejskie chodniki są szare, a niebo niemal białe. Budynki przypominają kostki lodu zatopione w makadamie. Wkrótce zacznie padać śnieg. Wspaniała burza unieruchomi miasto. Przechodnie będą pokrzykiwać z przerażenia, taksówki sunąć w ciszy. Świeży śnieg będzie chrzęścił jak wafelek, po czym zamieni się w błoto. Styczeń jak wiele innych. Robi się ciemno, nad Central Parkiem zapada wieczór. Miasto zmieniło się w czarno-biały film.

Ależ on mnie wkurza! Wkurza! Hortense czeka na zmianę świateł i przechodzi na drugą stronę ulicy. Podnosi głowę: Siedemdziesiąta Dziewiąta Ulica i Piąta Aleja. Za kogo on się uważa? Zdanie to powraca w kółko, nakłada się na obraz Gary’ego wskakującego do taksówki. Przykro mi, kochanie... Słowa wirują – liche rzępolenie, które sprawia, że czuje się jak pijana. Nie no, za kogo on się uważa?

– Za wnuka królowej – podszeptuje kpiarski głos. – To normalne, w jego żyłach płynie błękitna krew, lekceważąca krew. Jesteś tylko służką, którą uwodzi, kiedy tylko przyjdzie mu ochota.

– Nieprawda! Jestem jego ukochaną, kobietą jego życia.

Zatrzymuje się, żeby sprawdzić swój wygląd w witrynie antykwariatu. Obraca się powoli wokół własnej osi. Długie nogi, szczupła talia, szyja wyłaniająca się z płaszcza, który wyszperała na targu przy Columbus Avenue, włosy opadające długimi złotymi kosmykami, mleczna cera i usta zarysowane tak ładnie, że sama ma ochotę pocałować siebie. Jesteś doskonała – mówi do swojego odbicia – elegancka, pikantna, zadziwiająca, oszałamiająca. Posyła sobie całusa i już spokojniejsza, odrywa się od witryny i rusza dalej. Za kogo on się uważa? Co? Pewnie siedzi teraz w Café Sabarsky i bazgrze te swoje nuty. Nawet do mnie nie zadzwonił. Bądźmy szczerzy: zapomniał o mnie. I ma przekrzywiony kołnierzyk. Jak zawsze.

Mieszkamy razem od trzech lat w wygodnym mieszkaniu użyczonym przez Elenę Karkhovą.

Elena Karkhova nie może żyć bez dźwięku pianina w swoim wielkim domu przy Sześćdziesiątej Szóstej Ulicy, na rogu Columbus Avenue. Co roku prosi w Juilliard School, żeby przysłano jej studentów, przesłuchuje ich, a najlepszym oferuje gościnę w zamian za prywatne koncerty. Przydziela im łaskawie całe piętro w swojej luksusowej willi. W ten właśnie sposób poznała Gary’ego. Zagrał dla niej andantino z sonaty A-dur Schuberta. Zmrużyła oczy, odchrząknęła i skinęła głową. To będzie on. Żadnych innych obowiązków oprócz grywania latem przy szeroko otwartych oknach lub zimą przy odsłoniętym szybrze kominka. Elena zajmuje drugie i trzecie piętro, Gary i Hortense – pierwsze. Piękny dom z białego kamienia i czerwonej cegły, o szerokich schodach, w pobliżu ABC Studios. Apartament jest obszerny, z wysokimi łukowymi oknami, obszernymi wykuszami, sufitami z ciemnego drewna, parkietami z szerokich desek, kominkami, łóżkami z baldachimem, kanapami, fotelami, podnóżkami, grubymi dywanami i bukietami zielonych paproci w srebrnych wazonach. Dwie łazienki, dwie garderoby. Kuchnia wyłożona fajansowymi kafelkami, stara żeliwna kuchenka.

I codziennie rano sprzątaczka.

Elena Karkhova nigdy się z nimi nie widuje. Słucha Gary’ego otulona w kaszmirowy szal, wyciągnięta na starej leżance, która pamięta jeszcze czasy jej ojca. W samowarze parzy się herbata. Dźwięki pianina wzlatują w górę, a ona zamyka oczy.

Czasami Gary przychodzi jej potowarzyszyć. Ceni tę kobietę. Uważa, że jest malownicza, szczodra, niezwykła i obyta. A do tego bardzo czarująca! Za jej wielką fortuną kryją się tajemnice, które ma nadzieję poznać. Pewnego dnia uniesie wreszcie zasłonę milczenia i opowie mi swoje legendy... tego dnia otrzymam swoje wynagrodzenie. Tymczasem częstuje go czekoladkami z likierem wiśniowym, kruchymi rogalikami, rachatłukum, nazywa go kochaniutkim i ściska mu ramię długimi upierścienionymi palcami.

Hortense nie lubi Eleny Karkhovej. Nakłada na siebie za dużo różu, za dużo szminki, za dużo niebieskich cieni do powiek.

Kiedy Gary wyjeżdża na tournée albo do Londynu ucałować Shirley lub Babkę, Elena Karkhova żąda, by wysyłał jej kartki pocztowe, kupował bibeloty, fotografował salony, korytarze i trawniki pałacu Buckingham.

– Musi się w nim kochać – szepcze głos w głowie Hortense.

– Pfff... Przecież ona ma co najmniej dziewięćdziesiąt lat!

– Tak, ale... libido nie musi zanikać z wiekiem.

– Co za bzdura! Jest cała pomarszczona, pożółkła. Przypomina pognieciony abażur.

– To piękna kobieta, i ta jej postawa! Lubię dojrzałe kobiety, mają więcej wdzięku niż młode gąski. Z gładkiej skóry człowiek niczego się nie nauczy, palec się po niej ślizga, za to w zmarszczkach kryją się tysiące cudów. To istne wyspy skarbów.

– Jest tak stara, że wygląda jak czarownica... – mruczy pod nosem Hortense. Któregoś dnia obedrze Gary’ego ze skóry i wypije jego krew.

Za to ja, wciąż wytworna, uwodzę go, zadziwiam, rozczulam, obejmuję udami, owijam wokół swojego małego palca i... Szyderczy głos wybucha śmiechem. No, nie zawsze, przyznaje Hortense i opuszcza dumną głowę. Nikt nie owija sobie Gary’ego wokół małego palca. Jest nieprzewidywalny. Poza tym ma jeszcze swoją muzykę, która jest dla niego niczym szeroko otwarte okno. W każdej chwili może się przez nie wymknąć. Uciec. Jak brzmi to zdanie, które w kółko powtarza? Perhaps the world’s second worst crime is boredom. The first is being a bore3. Bim-bam-bom, I’m not a bore4.

Waha się przez chwilę. Iść na Osiemdziesiątą Szóstą, spotkać się z Garym w Café Sabarsky i rzucić w niego filiżanką czy też zejść wzdłuż Madison i obejrzeć witryny luksusowych sklepów.

Bim, bam, bom... Zdecydowane: pójdzie na Madison i poogląda sklepy. Zobaczy, co projektują inni, żeby ich nie naśladować. Żeby wytrwale tworzyć, dopracowywać. Chcę, by moje ubrania zmieniały kobietę, sprawiały, że stanie się łagodna, kobieca, chcę, by poprawiały ciało, rzucały czar na kształty, usuwały oponkę, wydłużały nogi. Chcę rysować stroje wygodne jak piżama, a zarazem eleganckie jak suknia Yves’a Saint Laurenta. Wtedy wszyscy będą sobie wyrywać moje modele i...

Porzucił mnie w parku. Gdybym tylko mogła zadzwonić do najlepszej przyjaciółki i wyżalić się. Nie mam przyjaciółki. Tylko znajomych. Koleżanki od wędkowania. Od łapania pomysłów.

– Ależ tak... masz przyjaciela – przypomniał cichy głosik skrzypiący w jej głowie jak stary tranzystor.

Hortense zamiera czujnie. Czy to możliwe, żeby...? O tej porze? Ależ skąd! Na pewno od dawna śpi. Szuka komórki na dnie torebki, wyciąga ją, unosi do ucha, nic nie słyszy, wystukuje „śpisz?”. Odpowiedź przychodzi natychmiast, „nie”, „zadzwonisz?”, „za 5 minut...”.

Wślizguje się do Carlyle’a, zamawia dużą kawę. Łagodne światło sączące się przez białe abażury uspokaja ją. Powinnam przypudrować nos, ziąb na pewno zmienił go w rzodkiewkę. Gdzie moja puderniczka, moje niebieskie magiczne pudełeczko?

Na ścianach wiszą zdjęcia muzyków jazzowych i wielki plakat przedstawiający rozgwieżdżone Three Flags Jaspera Johnsa. Pod tym obrazem pogodzili się po ich pierwszej nowojorskiej kłótni. To było w MoMA. Nie pamiętała już za bardzo, o co poszło. A, tak... Szli Pięćdziesiątą Trzecią w stronę Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Gary tłumaczył, w jaki sposób obrazy inspirują go do komponowania melodii. Obrazy tańczą i śpiewają. Przede wszystkim Ma­tisse, to festiwal kolorów eksplodujący nutami w mojej głowie. Dawał jeszcze inne przykłady. Słuchała, pochylając się w jego stronę.

Zadzwonił jej telefon, odsunęła się, żeby odebrać. I straciła go z oczu. Nienawidził, kiedy rozmowę przerywał telefon. Mówił, że to nieuprzejme, nieeleganckie, wręcz chamskie. To tak, jakby ktoś trzeci wepchnął się między nas i zaczął mówić, nie zwracając na ciebie uwagi. Poczułabyś się oburzona i uciekłabyś. I Gary odszedł. Spokojnie, bez nerwów, po co się spieszyć, skoro wiadomo, że postępuje się słusznie? Nie spojrzawszy nawet za siebie. Nie zwalniając, żeby mogła go dogonić. Nie wierzyła własnym oczom. Patrzyła na jego malejącą w oddali postać, która skręciła w prawo i weszła do muzeum. Nie musiał stać w kolejce, miał abonament, przeszedł przez obrotową bramkę z rękami w kieszeniach. Powiedziała do Francka Cooka oddzwonię do ciebie, a on nadal mówił, mówił, więc się rozłączyła. Pobiegła za Garym. Nie było to łatwe na siedmiocentymetrowych obcasach, z wielką torbą pełną szkiców i w ołówkowej spódnicy. Łysy tłuścioch odprowadził ją wzrokiem. Czekał, aż się wywróci. Nie miał nic innego do roboty? Zadziwia mnie liczba ludzi, którzy czekają, aż się wywrócę. Chyba nie budzę sympatii. Pożądanie owszem, lecz nie sympatię. Moja prezencja nie podoba się kobietom, które jej nie mają, ponieważ sprawia, że mężczyźni szaleją na moim punkcie. Szaleją i wyzwalają w sobie gwałtowne emocje.

Pędziła jak na szczudłach, zostawiła ubranie w szatni, odstała co swoje w kolejce po bilet. Ruszyła w stronę ruchomych schodów prowadzących na trzecie piętro.

Tam go znalazła.

W przestronnej sali prezentowano stałą ekspozycję. Dostrzegła jego starą granatową kurtkę przed obrazem Jaspera Johnsa. Rzuciła mu się na plecy. Odwrócił się i wystrzelił jej z kuszy prosto w serce. Lodowate spojrzenie pytające: pani w jakiej sprawie?

O co mu chodzi? Nie mogła zrozumieć. Zazwyczaj to ja zadaję ciosy nożem.

Zignorował ją i przeszedł do kolejnego obrazu. Jeszcze jeden Jasper Johns, Target. Wtedy wszystko potoczyło się bardzo szybko. Rozsypała się w ciągu trzech sekund. Najpierw strach. Może się mną zmęczył? Zobaczyła tysiąc wirujących gwiazd. Wirowały, a ona nie mogła złapać tchu. Zaraz potem ogarnęło ją przygnębienie, wpadła w nie niczym w otchłań. Nie mogła oddychać, łapała powietrze jak czerwona rybka na desce do prasowania. Aż wreszcie olśnienie: była zakochana. Naprawdę zakochana. Co gorsza: kochała go.

Już po niej.

Opadła na pokrytą czarną skórą ławeczkę naprzeciw gwiaździstej flagi, głaskała powoli obicie, chcąc schronić się w materii, którą dobrze zna, która budzi jej zaufanie. Po czym szepnęła dlaczego mi nie powiedziałeś, że jestem w tobie zakochana?

Wybuchnął śmiechem, rozłożył ramiona, przytulił ją i oznajmił Hortense Cortès, jest pani wyjątkowa! Kiedy był wzruszony, nazywał ją Hortense Cortès i używał formy grzecznościowej. Kopnęła go w łydkę i pocałowali się.

To było dwa lata temu przed obrazem Jaspera Johnsa.

Będzie pamiętała ten dzień całe życie, ponieważ wtedy uświadomiła sobie, że wpadła po uszy.

Komórka zawibrowała pod białym obrusem.

– Hortense?

– Junior! Nie śpisz?

– Miałem kłaść się spać, kiedy otrzymałem twoją wiadomość... Musiałem się wymknąć do salonu, rodzice jeszcze się nie położyli.

W salonie Josiane i Marcela Grobzów znajduje się telefon, z którego można bezpłatnie dzwonić za ocean.

– Czy to ty byłeś przed chwilą tym głosem w mojej głowie?

– Tak, sporo czasu upłynęło, zanim udało mi się z tobą skontaktować.

– Jestem wściekła. Gary zostawił mnie samą w Central Parku. A kiedy jestem zła, nie słyszę zbyt dobrze. Tym bardziej że nie bardzo rozumiem, jak to w ogóle działa.

– Tłumaczyłem ci ze sto razy. Wizualizuję tylną część twojego zakrętu skroniowego górnego...

– Mojego czego?

– To segment mózgu, gdzie dźwięki zamieniane są na fonemy. Podłączam się do tych fonemów, one wibrują i...

– Nic nie rozumiem!

– Jak z radiem, telewizją czy telefonem. Kwestia fal. Emitujesz fale, Hortense, a ja się do nich podłączam.

– Wiesz, że nie lubię, kiedy wchodzisz do mojej głowy bez uprzedzenia.

– Przecież się przedstawiam! Zawsze się przedstawiam! Nie słyszałaś, bo złość zakłócała odbiór, ale gdybyś nadstawiła uszu...

– Czyli wiesz o wszystkim?

– To bzdury! Pewnie już wraca żwawo do domu. Zasiądzie do pianina i straci poczucie czasu. Uniesie głowę, dopiero kiedy zgłodnieje, i wtedy zacznie cię szukać.

– Przestał zwracać na mnie uwagę. Jestem jak kran. Kałamarz. Solniczka. Nie wiem już, co robić. No i... mam ataki paniki. Nie mogę oddychać, duszę się, krztuszę, dławię. Boję się otchłani.

– To normalne, kochana, przepoczwarzasz się, usamodzielniasz. To robi wrażenie.

Junior ma rację.

Ale jak staje się wschodzącą gwiazdą na firmamencie haute couture?

Brakuje jej podnóżka.

Siedziała udręczona w swoim nowojorskim biurze. Dobrze jej płacono, owszem, wręcz bardzo dobrze, ale ziewała. Wszyscy jej powtarzali, że w jej wieku to fan-ta-stycz-ne szczęście.

Słyszała: dra-ma-tycz-ne.

Żeby zatrzymać ją przy sobie, Frank zaproponował jej projektowanie „kolekcji w pigułce” dwa razy do roku. Cztery modele jej autorstwa defilowały na oczach prasy z całego świata. Cztery modele, które sobie wyrywano. Zniknęły ze sklepów w niespełna dwa tygodnie. Suknia wieczorowa, płaszcz, garsonka ze spodniami, rybaczki z wysokim stanem.

– Więc będziesz kontynuować produkcję? Wypuścimy kolejne egzemplarze na rynek? – pytała Franka pijana z radości.

– Nie, moja droga, to kolekcja w pigułce i zgodnie z tym, co sugeruje jej nazwa, składa się z krótkich serii, które mają znikać w okamgnieniu... kiedy oczywiście są udane. Kolekcja ma za zadanie rozpalić w klientce pożądanie poprzez fakt, że nie będzie dostępna cały rok. Kobieta widzi, pragnie i kupuje. Wie, że następnego dnia tego modelu już nie będzie. H&M działa podobnie, sama sprawdź.

Uczynił ręką gest, jakby chciał powiedzieć wszystko jest pyłem, tylko pyłem na wietrze, taki już nasz los, amen.

Nie spodobał jej się ten gest.

– Wiesz, że mam talent, i nie pomagasz mi.

– Masz talent, który wykorzystuję, nie stawiając ci ograniczeń. Robisz to, na co masz ochotę, Hortense. Czego chcesz więcej?

– Żebyś pomógł mi założyć własną markę. To dla ciebie nic wielkiego.

– Mam ci posłużyć za bankiera?

Usiadła na skraju biurka i spojrzała mu prosto w oczy.

– Tak.

– Co dostanę w zamian?

– Mój wielki talent. Oraz procent od zysku. Ale o tym musielibyśmy porozmawiać.

– To wszystko?

– I tak idę na ustępstwa.

– Nie będę cię oszukiwał, Hortense, takich jak ty są setki: w Nowym Jorku, Paryżu, Londynie... Setki utalentowanych chłopców i dziewcząt marzących o sukcesie. Wystarczy, że się schylę...

– Ale ja nie jestem jak wszyscy. Jestem wyjątkowa.

– Nie odpowiedziałaś... Co dostanę w zamian?

– Nie chcę odpowiadać na to pytanie.

– A więc o nic też nie proś.

Wetknął z powrotem nos w papiery, chcąc dać jej do zrozumienia, że audiencja została zakończona.

– Trzeba się pieprzyć, żeby odnieść sukces, tak? – spytała, kręcąc bransoletkami na prawym nadgarstku. Nawet w kwestii bransoletek była bardzo pomysłowa.

– Teraz już jesteś wulgarna...

– Używam wulgarnych słów, ale nie myślę wulgarnie: na tym polega różnica między tobą a mną.

– Znam jeszcze jedną różnicę: ty potrzebujesz mnie, a ja ciebie nie!

– Nie jestem tego taka pewna... Zastanów się. Wszystko, co rysuję, sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Znam wyniki sprzedaży, Frank, nie zamydlisz mi oczu.

Spojrzał na nią oszołomiony. Powtórzył:

– Znasz wyniki sprzedaży? Kto ci je dał?

– Po prostu je mam i umiem czytać. Nie wykiwasz mnie. Sporo na mnie zarobiliście. Nie dostałam ani grosza za żaden swój projekt. Ani grosza! Potrzebujecie mnie, jesteście starą marką z zadyszką, a ja jestem młodym talentem, mam mnóstwo pomysłów i pracuję, nie oszczędzając się. Co dostaję w zamian? Nic. Mam tego dość.

– Sprowadziłem cię do Nowego Jorku. Zatrudniłem cię. Za dobrą stawkę.

– Bo już ci się to opłacało, a pieniądze nie były twoje, tylko firmy.

– Traktowałem cię jak królową. Pokazałem miasto, wszędzie z tobą chodziłem. Nigdy mi za to nie podziękowałaś!

– Dlaczego miałabym ci dziękować? Nowy Jork to jeszcze nie szczyt świata mody. Paryż albo Londyn są tysiąc razy ciekawsze i ty doskonale o tym wiesz. Nic nie zyskuję, zostając tutaj. Chyba że mi pomożesz, dofinansujesz... w przeciwnym razie...

– Co w przeciwnym razie?

– Odejdę. I nie jest to czcza pogróżka. Mam dość gnicia tutaj. W końcu wyhoduję grzyby między palcami u stóp. Zasługuję na więcej.

Bawił się kopertą, zaginał jej róg, prostował, wygładzał paznokciem. Wahał się. Wiedziała, o czym myśli. Zwalniam ją czy jeszcze czekam? Mam na warsztacie dwie kolekcje. Ta dziewczyna ma niesamowity talent, ale i zbyt wygórowane ambicje. A firma nie ma pieniędzy. Będę musiał w końcu pozwolić jej odejść.

Widziała swoją klęskę w jego oczach.

Nie chciała, żeby ją zwalniał. Potrafi dojść do siebie po porażce, lecz nie po upokorzeniu.

– Pomogę ci – dorzuciła. – Odchodzę.

– Będziesz żałować!

– Przeciwnie, prowokuję los. Żyję tu i teraz. Poradzę sobie bez ciebie.

– Powinie ci się noga! Będziesz mnie błagała, żebym cię znowu przyjął. Ale wtedy nie wysyłaj swojego CV!

Wyszła z biura, trzaskając drzwiami. Była zbyt wzburzona, żeby myśleć.

Kawa jest już prawie zimna. Hortense unosi dłoń, żeby zamówić jeszcze jedną. Będzie ją to kosztowało fortunę, ale nie przejmuje się tym. Musi przede wszystkim zająć się sobą.

– Nie martw się – mówi Junior. – Twoje projekty są cudowne, jesteś bardzo uzdolniona, znajdziesz sobie coś innego.

– Tak, ale kiedy? Kiedy? Trwa kryzys... Ilu znasz mecenasów, którzy postawiliby na mnie?

– Nie możesz w siebie wątpić. Zasypiaj co wieczór, wyobrażając sobie swój pierwszy pokaz. Wypuść na wybieg modelki, dobierz muzykę, odpowiadaj na pytania dziennikarzy, puszczaj sobie w kółko ten film, a zobaczysz, że marzenie się spełni... Osiągniesz wielki sukces.

Tak bardzo chciałaby w to uwierzyć.

– Musisz mieć nadzieję!

– Dawniej byłam w tym dobra...

– Nadal jesteś. Dalej! Otrząśnij się. W butiku Prady na Pięćdziesiątej Siódmej trwa przyjęcie. Ruszaj. Pokaż się.

– Nie mam zaproszenia, a poza tym widzisz, w co jestem ubrana? Nie wpuszczą mnie!

– Owszem, wpuszczą. Spotkasz kogoś: kobietę.

– Kobietę?

– To twoja dobra wróżka.

– Och, Juniorze... gdyby to tylko mogła być prawda! Jestem gotowa ciężko pracować, wiesz o tym. Ale nie chcę stać się krzesłem.

– Nigdy nie będziesz krzesłem.

– Nocą śnią mi się koszmary. Widzę się jako krzesło w wielkiej sali koncertowej, wśród setek innych krzeseł. I niczym, rozumiesz, absolutnie niczym nie różnię się od innych krzeseł. Aż w końcu pojawia się wielki zad i siada na mnie. Wtedy budzę się z krzykiem.

Junior powtarza wielokrotnie nigdy nie będziesz krzesłem, Hortense, uspokój się, i Hortense się uspokaja. Ściśnięte niepokojem gardło rozluźnia się i znów pozwala wciągnąć powietrze. Dziewczyna oddycha. Junior uporządkował jej w głowie. Gdziekolwiek się pojawia, tam kiełkuje szczęście. Jakby miał czarodziejską różdżkę.

– Co w ogóle słychać? Marcel i Josiane są w formie? – pyta Hortense.

– Ojciec postarzał się, ale wciąż dopisuje mu apetyt. Matka ponownie objęła stanowisko sekretarki, nie chce zostawiać go samego. A ja dzielę czas między studia i dom. Mam sporo pracy. Nie tylko świat mody się zmienia. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Dni są długie, nie mogę cały czas być myślami z tobą.

– A poza tym?

– Poza tym nic. W zeszłą niedzielę twoja matka przyszła zjeść obiad z Zoé...

– Jak się miewa Zoé?

– Dobrze. Twoja matka gorzej wszystko znosi. Jedną nogą jest w Paryżu, drugą w Londynie.

– Wiem. Często ze sobą rozmawiamy. Ale jej nie rozumiem. Nic nowego, pewnie powiesz. Ja w każdym razie nigdy nie będę miała dzieci!

– Dzieciństwo to żadne życie. W wieku sześciu lat ciężko robić plany na przyszłość. Nikt cię nie bierze na poważnie. Wiem, że przeszkadzam podczas narad, na które chodzę z ojcem.

– Czasami czuję się tak staro...

– Przestań się tak dołować. Nudziłabyś się, gdyby wszystko było spokojne i płaskie. Nikt na koniec życia nie pamięta dobrze przespanych nocy.

Hortense wybucha śmiechem.

– I love you bardzo, Junior.

– Kiedyś powiesz mi I love you i pobierzemy się.

Hortense śmieje się jeszcze głośniej.

– Nigdy się nie poddajesz, prawda?

– Zasypiam, wyobrażając sobie, że mówisz mi „tak” w obliczu mera.

– Skup się raczej na swojej karierze.

– Nic innego nie robię!

– Więc tak trzymaj. Myślisz, że naprawdę powinnam iść na przyjęcie u Prady? Nie wyrzucą mnie? Nie zniosłabym tego.

– Zaufaj mi.

– W porządku, szefie!

Hortense rozłącza się, płaci za kawy i wychodzi z Carlyle’a. Potrząsa włosami, żeby nabrały objętości i żeby przegnać czarne myśli.

Postanawia iść na Pięćdziesiątą Siódmą Ulicę.

Napotyka spojrzenie dziewczyny, która czeka na autobus. Och! Przypomina szczura na szczudłach! Rzadko widuje się kogoś tak pozbawionego wdzięku. Biedaczysko! Ale życie nie jest lekkie.

Jeśli na dodatek jest się brzydkim...

Na zegarze w Café Sabarsky wybiła szósta. Sześć potężnych uderzeń odmierzonych z głuchym brzmieniem i regularnością gongu. Calypso zdejmuje w szatni biały fartuch, czarne buty, wkłada brązowy płaszcz zapinany pod samą szyję i kalosze w żabiozielonym kolorze. Szyję owija czterokrotnie białym szalem i naciąga wełniane rękawiczki. Żegna się z Karlem – swoim szefem – z Gustavem – kelnerem – i wychodzi, podśpiewując. Od sześciu dni pracuje w Café Sabarsky. Podoba jej się łagodna wyciszona atmosfera wielkiej kwadratowej sali, dający poczucie bezpieczeństwa mrok, w którym może się skulić. Klienci zostawiają hojne napiwki, które personel dzieli między siebie, śliniąc palce, żeby przeliczyć dolary. Czasami obsługuje salę, ale najczęściej stoi za barem. Tam jest przyjemniej. Ma czym zająć ręce, a myślami może błądzić, gdzie tylko dusza zapragnie. Przymyka wtedy oczy, poprawia śrubę smyczka, opiera podbródek, dostraja instrument. Wybiera jedno ze swojego katalogu marzeń i odpływa.

Dzisiaj nie odpłynęła.

Dzisiaj odezwał się do niej Gary Ward.

Musi się przejść. Pierś rozpiera jej zbyt duże szczęś­cie, by wysiedziała spokojnie w autobusie. Powłóczy się po Madison Avenue, wzdłuż długiej świetlistej wstążki lśniącej luksusem. Później wsiądzie do autobusu.

Gary Ward zbliżył się do niej, oparł łokieć na cynowej ladzie, zatopił spojrzenie w jej oczach. A ona się nie zarumieniła! Nie zaczęła bełkotać. Nie spociła się. Może tylko trochę zbyt intensywnie wycierała filiżankę z wiedeńskiej porcelany, pozostawiając bawełniane nitki na posrebrzanych brzegach. Ale Gary Ward niczego nie zauważył.

Nauczyła się nie czerwienić.

Oddycha przeponą, głęboko i powoli, wyobraża sobie, że jest piękną obojętną dziewczyną. Wdycha istotę o wspaniałej urodzie, wypuszcza z wydechem spoconą dziewczynę o spiczastym pyszczku. I to działa! Zaledwie przez kilka minut, ale wystarcza, żeby przepędzić plamy, które pojawiają się na jej szyi i dekolcie, kiedy tylko budzi się w niej niepokój. Cała krew odpływa wtedy z twarzy i tężeje w postaci szkarłatnych plam na szyi i piersiach. To niezwykle krępujące. Najtrudniej przychodzi jej oddychanie przeponą i jednoczesne utrzymanie spojrzenia rozmówcy lub śledzenie tematu konwersacji.

Wszystkie dziewczyny z Juilliard School kochają się w Garym Wardzie. Podobno jest pół-Szkotem i pół-Anglikiem, a chodzi ze śliczną Francuzką pracującą w branży modniarskiej. Widuje się ich wieczorami w Café Luxemburg. Zamawiają francuskie czerwone wino i trzymają się za ręce. Podobno Gary ma też zielonego cadillaca eldorado biarritz z pomarańczowymi skrzydłami, trzyma go w garażu i używa tylko w weekendy. Razem ze swoją piękną przyjaciółką jeździ do Hamptons. Tańczą na brzegu basenu albo w kominku smażą pianki cukrowe.

Podobno Elena Karkhova szaleje za nim. Ekscentryczna miliarderka chce mu zostawić w spadku swoją piękną willę. Do tej pory Karkhova co roku wybierała młodego pianistę, który miał ją oczarować swoją grą. Gary Ward wygrał trzy lata temu i od tego czasu jego umowa jest przedłużana.

Tyle się mówi o Garym Wardzie. Historie prawdziwe, nieprawdziwe, ale zawsze piękne.

A Gary przemierza korytarze szkolne, nie zważając na odwracające się za nim zgodnym ruchem głowy dziewcząt. Zawsze nosi tę samą kurtkę, stare spodnie z przetartego aksamitu, różnokolorowe koszule od Brooks Brothers, czapkę i wełniane rękawiczki. Niewiele mówi. Jego twarz promienieje uśmiechem, który niełatwo zgasić. Dobrze zakorzenionym uśmiechem. Nie automatycznym albo takim, który mówi popatrzcie, jaki jestem piękny, inteligentny, podziwiajcie moje dołeczki w policzkach.

Przed chwilą, kiedy do niej podszedł, czuła się, jakby miała zadarty nosek, równe zęby, była ubrana w pareo i popijała mleko kokosowe, stąpając po białym piasku wśród fioletowych i różowych kwiatów. W uszach zaczęło jej szumieć, krew odpłynęła wielką falą, odsłaniając białą plażę i barki na płyciźnie. Zazwyczaj przenosi się na piaszczystą plażę, kiedy jej policzek dotyka skrzypiec.

Zazwyczaj jest przezroczysta dla chłopców. Depczą jej po stopach i nigdy do niej nie zagadują. Rozmawiają przy niej o innych dziewczynach, wymieniają się informacjami, które przyprawiają ją o plamy na twarzy i o pryszcze. Albo przechwalają się, rozmawiając o muzyce i technikach gry.

Żeby grać, nie wystarczy technika, to musi dźwięczeć w głowie i w sercu. Trzeba więc jeszcze mieć serce... Ci chłopcy mają wszyscy ten sam model. Model podstawowy, bez dodatkowego wyposażenia.

Czy wiedział o tym ten gamoń, który wykorzystał moment, gdy się odwróciła, żeby ją przedrzeźniać, naśladując szczura kanałowego? Widziała wszystko w odbiciu szyby. Zacisnęła palce w pięść i nawet nie mrugnęła.

Wie, że ma szczurzą urodę. Nie trzeba jej o tym co chwilę przypominać. Z tym że szczury chodzą grupami. Ona nie należy do żadnej bandy. Kiedy nie jest w szkole, zaszywa się w domu i ćwiczy w piwnicy całymi godzinami albo pracuje w Café Sabarsky.

Chciałaby móc zmienić karoserię, jak robi jej wujek, mechanik z Miami. Przeobraża stare samochody w pstrokate małe bolidy. Wyjeżdżając z warsztatu, przypominają kolorowe lizaki.

Dzisiaj Gary Ward się do niej odezwał. Gary Ward zwierzył się jej. Gary Ward pamiętał jej imię. Oczy Gary’ego Warda lśniły, kiedy na nią patrzył.

Nigdy już nie będzie szczurem kanałowym. Odtąd będzie urodziwą Calypso.

Dziś wieczorem przygotuje kurczaka w ananasach. Będzie rozkoszowała się każdym kęsem, przymknie oczy i będzie rozmyślać o koncertach, które kiedyś razem zagrają. Może nawet wyjadą na tournée... Chce zanurzyć się w szczęściu. Jeśli się postara, szczęście może trwać długo. Poćwiczy Sonatę kreutzerowską. Wypełni ją szczęście, zmieni się w wielką bańkę napiętą do granic możliwości.

Calypso kolekcjonuje małe szczęścia.

Gary Ward oparty o bar w Café Sabarsky jest olbrzymim szczęściem. Calypso czuje bicie serca aż w uszach. Próbuje zapanować nad uśmiechem, żeby nie wyglądać jak idiotka. Zaciska wargi, ale jej się nie udaje. Teraz najtrudniejszą rzeczą na świecie jest nie uśmiechać się.

I nagle zaczyna się śmiać.

Ma ochotę piszczeć i pocałować chłopca hotelowego, który gwiżdże, przywołując taksówkę.

Zatrzymuje się przed Carlyle’em i staje w kolejce do autobusu. Mieszka w małym pokoiku w centrum Harlemu, na północy miasta, na rogu Sto Dziesiątej Ulicy i Madison. Kiedyś to była dzielnica portorykańska. Pozostały po niej małe ogródki, altany, domki ozdobione girlandami kwiatów i figurami gipsowych krasnali. Można się poczuć jak na słonecznej wyspie. Przymknąwszy oczy. Z sympatii dla jej dziadka Mister G. wynajmuje jej pokój za kilka dolarów. Kiedyś należeli do jednej orkiestry. Grali wszędzie: w Filadelfii, San Francisco, Miami. W zamian Calypso coś mu tam uprasuje, a w sobotę rano robi zakupy. Ma w pokoju elektryczny piecyk. Stary model uruchamiany na monety. Zawsze musi mieć drobne.

Mister