Mrok - Emma Haughton - ebook + książka
NOWOŚĆ

Mrok ebook

Haughton Emma

4,0

51 osób interesuje się tą książką

Opis

Brytyjska pisarka debiutuje w roli autorki thrillerów. Historia jest elektryzująca, zapiera dech w piersiach i mrozi krew w żyłach – całkiem dosłownie, bo rzecz dzieje się wśród lodowych bezkresów Antarktydy.

Mroczna atmosfera osaczenia i nieufności wzmagana przez nieprzyjazną, nieubłaganą przyrodę.

Lekarka Kate rzuca wszystko i wyjeżdża na placówkę naukową położoną wśród wiecznych śniegów Antarktydy, by zapomnieć o tym, co ją dręczy. Tymczasem jej nową codziennością staje się klaustrofobiczna groza. Jaki los tak naprawdę spotkał Jeana-Luca, poprzednika Kate? Czy ludzie, z którymi ma spędzić najbliższe miesiące, są tymi, za których się podają? Niedopowiedzenia unoszą się w powietrzu.

Pośród zimowych ciemności i zabójczo niskich temperatur splotą się losy trzynastu osób. A każda z nich skrywa własną tajemnicę. Ktoś tu wie więcej, niż okazuje. Ktoś zachowuje pozory. Aż do samego końca.

Im więcej pytań kobieta zadaje, tym bardziej robi się niebezpiecznie, zarówno dla niej, jak i dla pozostałych członków załogi.

Czy Kate wystarczy odwagi, gdy z mroku wyłoni się morderca?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 464

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (5 ocen)
2
2
0
1
0
Sortuj według:
AdamS77

Nie oderwiesz się od lektury

Doskonały i wciągający thriller.
10
izawalczak

Z braku laku…

Dobry pomysł, słabo opowiedziany (i przetłumaczony), postacie, na czele z główną bohaterką - z tektury.
00

Popularność




Dla tych, których kocham najmocniej – już Wy wiecie, o kim mowa

1

12 lutego 2021

Biel. Niezmierzona, monotonna, otępiająca biel. Biel tak oślepiająca, że aż bolą oczy, zarazem piękna i przerażająca. Wreszcie dotarłam na koniec świata – a raczej na jego najbardziej wysunięty na południe koniuszek.

I nie ma tu absolutnie nic.

– Wszystko okej?

Warkot silników samolotu Basler niemal zagłusza Jima. Potwierdzam skinieniem głowy, choć prawda jest zgoła inna. Jestem wyczerpana. Łamie mnie w kościach i pęka mi głowa. Po trzech dniach podróży nagle to wszystko wydaje się strasznie surrealistyczne.

Bo to jest surrealistyczne, stwierdzam w duchu, kiedy zagłębiamy się coraz bardziej w serce kontynentu, a górskie szczyty i lodowce ustępują miejsca dziwacznym lodowym formacjom, które w końcu przechodzą w rozległe równiny Kopuły C, bezkresną połać śniegu pofałdowaną niczym zamarznięte morze – jak okiem sięgnąć wszędzie to samo. Nic dziwnego, że nazywana jest Białym Marsem – to najzimniejsze miejsce na Ziemi, i też najbardziej wyludnione.

Mój nowy dom na najbliższe dwanaście miesięcy.

Po raz pierwszy od czasu, gdy wyleciałam z Heathrow do Christchurch w Nowej Zelandii, ogarniają mnie wątpliwości. To trochę studzi mój entuzjazm.

Kiedy siedziałam bezpiecznie w zaciszu mojego ciepłego mieszkanka w Bristolu i czytałam podanie o pracę, uznałam, że to świetny pomysł. Roczny pobyt w stacji polarnej na Antarktydzie miał być przygodą, poza tym spełniałam wszystkie wymagania: szerokie doświadczenie z zakresu medycyny ratunkowej, podstawowe wykształcenie chirurgiczne, brak przeciwwskazań zdrowotnych. No i decydujący argument – praca dostępna od zaraz.

Tak czy inaczej, nie sądziłam, że znajdę się w tym małym samolociku, lecąc nad ciągnącą się kilometrami lodową krainą. Tę posadę w nowej stacji badawczej mógł dostać każdy. Kto by przypuszczał, że wybiorą akurat mnie?

A jednak tu jestem, wbrew wszystkiemu.

Podniecona. I przerażona.

– Jeszcze ze dwie godziny i będziemy na miejscu.

Jim sięga za moje siedzenie i wyjmuje zapakowane kanapki. Jedną podaje mi. Odwijam ją bez większego entuzjazmu. Przed dwoma dniami, kiedy wylatywaliśmy z Nowej Zelandii, sałata i pomidor były zupełnie świeże, teraz zdążyły przywiędnąć, a chleb rozmiękł i nie wygląda już zachęcająco.

Nie marudź, Kate, upominam się w myślach, wmuszając w siebie jedzenie. To pewnie jedne z ostatnich świeżych warzyw, jakie włożysz do ust w ciągu najbliższych miesięcy, kiedy już zjemy te upchane w skrzyniach za nami. To przedostatni kurs do stacji United Nations Antarctica – pieszczotliwie nazywanej UNA – prowadzącej badania z ramienia ONZ. Kiedy za tydzień odlecą ostatni z grupy letniej, przez ponad pół roku nikt się już do nas nie dostanie.

Mój żołądek ściska się na tę myśl. Czy sobie poradzę? I czy poradzi sobie pozostała dwunastka zimowników? Choć w trakcie intensywnego czterotygodniowego kursu w Genewie wszystko wydawało się wykonalne – wręcz akademickie – dopiero tutaj, teraz, ujrzawszy bezmiar antarktycznej dziczy, uświadamiam sobie z przerażeniem, w co się tak naprawdę wpakowałam.

Słyszałam różne historie – plotki o ludziach, którzy popadają w obłęd, bo nie mogą znieść izolacji, nieustannych ciemności oraz stresu związanego z ciągłym przebywaniem w tak małej grupie. O kucharzu z wielkiej amerykańskiej bazy McMurdo, który rzucił się na kolegę z młotkiem ciesielskim. O Australijczyku, który stał się tak agresywny, że trzeba go było zamknąć w magazynie na kilka miesięcy. I o pijanym rosyjskim spawaczu, który w napadzie furii pchnął nożem elektryka.

Nic dziwnego, że w niektórych stacjach nie pozwala się na to, aby nowi pracownicy poznali wyjeżdżających zimowników.

Szlag!

Samolot kaszle mechanicznie i nagle zaczyna nurkować. Pomimo otępiającego działania tabletek, które zażyłam przed wejściem na pokład, oddech więźnie mi w gardle i przez jedną czy dwie koszmarne sekundy jestem właściwie pewna, że zaraz spadniemy w bezlitosną otchłań lodu.

Po chwili jednak maszyna znów wyrównuje lot.

– Hej, wyluzuj. – Jim ściska mnie za ramię. – Robi tak od czasu do czasu. Silniki są z lekka zimne.

Uśmiecham się na to jawne niedopowiedzenie – na zewnątrz jest jakieś minus czterdzieści stopni.

– Przepraszam. Nie przepadam za lataniem.

– Nie przejmuj się. – Szczerzy się Jim. – Nie ty jedna. Rok temu wiozłem takiego kolesia, inżyniera. Myślałby kto, że zna się na aeronautyce, a szlochał przez większość drogi powrotnej. Naprawdę dobrze sobie radzisz.

Posyłam mu pełne wdzięczności spojrzenie, ale serce nadal wali mi jak młotem. Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli się rozbijemy albo będziemy zmuszeni lądować awaryjnie, szanse na ratunek będą właściwie zerowe. W ciągu kilku minut zamarzniemy na śmierć.

Próbuję ukryć drżenie, więc wsuwam dłonie pod uda, ale moje ciało buntuje się wzbierającą falą mdłości. Rany, żebym tylko nie zwymiotowała. Zaciskam mocno powieki przed oślepiającym słońcem odbijającym się od lodu i powoli, głęboko oddycham.

Widzę wpatrzone we mnie oczy lisa błyszczące w świetle reflektorów i nagle wszystko wokół zaczyna wirować.

Przestań, Kate, besztam się pod nosem, odpychając od siebie ten obraz.

Po prostu przestań.

– Chcesz rzucić okiem na swój nowy dom?

Budzę się na dźwięk głosu Jima, zaskoczona, że w ogóle przysnęłam. Przyciskam twarz do szyby i mrużąc oczy, spoglądam w kierunku, w którym wskazuje palcem. Z początku nie widzę niczego poza wszechobecną bielą i wznoszącą się nad nią intensywnie błękitną kopułą nieba. Ale powoli, w miarę jak mój wzrok przyzwyczaja się do światła, na tej bezkresnej równinie w dole dostrzegam niewielkie skupisko budynków. Za nimi zaś w pewnej odległości wznosi się wysoka srebrna wieża.

Jesteśmy na miejscu, uświadamiam sobie, drżąc z przejęcia.

Stacja polarna.

Maleńka oaza na tym wielkim pustkowiu.

Kiedy podlatujemy bliżej, moim oczom ukazują się dwa wyższe jasnoszare budynki. Wokół rozsianych jest kilka mniejszych, niskich, a śnieg między nimi znaczą krzyżujące się smugi.

Jim siedzi w skupieniu, regulując pokrętła wskaźników i przełączniki, kiedy zaczynamy się zbliżać do pasa startowego. O ile można tak to nazwać. Ustawiamy się do podejścia i nagle dostrzegam, że to tylko długi pas ubitego śniegu. Ponownie wzbiera we mnie strach, ściska za gardło. Chwytam się mocno siedzenia i patrzę, jak ziemia pędzi nam na spotkanie.

– Bez obaw. – Jim spogląda na mnie z szerokim uśmiechem. – Robiłem to tysiące razy.

W chwili gdy koła dotykają lodu, mały samolocik zaczyna wierzgać i się trząść. Wypuszczam powietrze i czuję, jak zalewa mnie fala ulgi, kiedy szybko zwalniamy i w końcu zatrzymujemy się kilkaset metrów od głównych budynków. Teraz widzę, że dwa największe są trzypiętrowe i wsparte na potężnych stalowych podporach dla ochrony przed śniegiem podmuchowym. Po schodach schodzą dwie postaci i zmierzają w naszą stronę.

– No i proszę. – Jim odchyla się na siedzeniu i rozciera kark. – Nie ma jak w domu.

Uśmiecham się słabo. Serce wciąż mi wali od zastrzyku adrenaliny, którego dostarczyło mi lądowanie.

– Gotowa? – pyta, zapinając na suwak swoją grubą parkę.

– Na co?

Po chwili dostaję odpowiedź. Gdy tylko Jim otwiera drzwi, do środka wdziera się niesamowicie zimne powietrze, a moje płuca aż się ściskają pod wpływem szoku. Pomimo puchowej kurtki i spodni od kombinezonu narciarskiego czuję się tak, jakby coś mnie zaatakowało, jakbym zderzyła się z czymś twardym. Staram się oddychać spokojnie, ale każdy wdech sprawia mi ból. Kiedy wysiadam, marząc o tym, aby poczuć stały grunt pod stopami, wilgoć, która zbiera się wokół moich oczu, nosa i ust, natychmiast zamarza. Mimo iż mam gogle, odbijające się od śniegu słońce i tak mnie oślepia.

Kolejna rzecz, jaka mnie uderza, to cisza. Gęsta, niemal dusząca.

Dźwięk idealnej pustki.

Robię kilka kroków i nagle się zataczam, zdezorientowana, a wtedy ktoś chwyta mnie za ramię.

– Ostrożnie. Potrzeba chwili, żeby się oswoić.

Podnoszę wzrok na twarz wpatrującej się we mnie osoby. A raczej na pokryty drobną szczeciną niewielki odsłonięty fragment skóry. Całą resztę zakrywają odzież zimowa i wielkie gogle ze szkła refleksyjnego, przez które trudno dostrzec oczy. Tak czy siak, wiem, że ten mężczyzna jest przystojny. Zdradza to ton jego głosu i bijąca od niego pewność siebie.

– Jestem Andrew. – Wyciąga do mnie odzianą w rękawiczkę dłoń. – Ale wszyscy mówią mi Drew.

Ściskam mu lekko rękę.

– Kate.

– Witaj na końcu świata – rzuca z miękkim amerykańskim akcentem, po czym się odwraca, żeby przedstawić swojego towarzysza. – To Alex.

Alex wita mnie krótkim skinieniem głowy i idzie na tył samolotu, żeby pomóc Jimowi wyładować skrzynie. Odpędzam od siebie to nagłe, niemiłe uczucie, które identyfikuję jako rozczarowanie.

Czego właściwie się spodziewałam? Powitalnej parady?

– Chodź do środka – mówi Drew, a potem zwraca się do pilota: – Zostaniesz trochę?

Jim kiwa głową.

– Zaraz przyjdę. Nastaw już wodę.

Drew podnosi moje ciężkie torby, jakby nic nie ważyły, i rusza w kierunku najbliższego budynku. Idę za nim, choć to dziwne uczucie, bo śnieg wcale nie przypomina tego miękkiego, brejowatego czegoś, co okazjonalnie widuję w domu. Ten jest zupełnie inny: zbity, krystaliczny, skrzypi i jęczy pod moimi butami. Wprawdzie śnieg rzadko tu pada – opady atmosferyczne są tak niewielkie, że Kopułę C można uznać za pustynię – lecz jak już spadnie, to nie znika. Dlatego nagromadzone przez tysiące lat śnieżne masy, które z czasem przekształcają się w lód, mają kilka kilometrów głębokości.

W miarę jak zbliżamy się do budynków, cisza ustępuje miejsca całej gamie szumów i piknięć, świadczących o tym, że w środku coś się dzieje. To odgłosy życia. Agregaty, przyrządy, wszystko, czego potrzebujemy, żeby przetrwać w tym wrogim środowisku – bez tych urządzeń szybko byśmy zginęli.

– Jak minęła podróż? – Drew się zatrzymuje i czeka, aż go dogonię.

Ten krótki spacer sprawił, że z trudem łapię powietrze. To przez wysokość, przypominam sobie. Znajdujemy się trzy tysiące osiemset metrów nad poziomem morza, a powietrze jest nie tylko rozrzedzone, ale też okrutnie zimne.

– Przyleciałaś aż z Londynu, prawda?

Kiwam głową.

– To twój pierwszy raz na Antarktydzie?

Ponownie potwierdzam skinieniem. Brak mi tchu, żeby odpowiedzieć.

– Przywykniesz.

Kiedy dochodzimy do pierwszego budynku, Drew przystaje i pokazuje mi flagę Wielkiej Brytanii powiewającą nad drzwiami wśród wielu innych.

– Dzielisz ją z Alice, ale na pewno nie masz nic przeciwko.

– Czyli ta jest twoja? – Wskazuję wiszącą na końcu flagę w gwiazdy i pasy.

– Tak. Urodziłem się i wychowałem na Środkowym Zachodzie.

Odruchowo wyjmuję telefon z kieszeni i zdejmuję rękawiczkę, żeby stuknąć palcem w ikonę aparatu i uwiecznić moment mojego przyjazdu. Ale nic z tego, bo w jednej chwili ekran zamarza, pokrywając się cienką warstwą szronu.

– A niech to. – Spoglądam na niego z niedowierzaniem i wsuwam telefon z powrotem do kurtki. Palce już mnie bolą z zimna.

– Taa, w tych temperaturach komórki bywają kapryśne – stwierdza Drew. – Nie martw się, będzie dobrze.

Wspinamy się po dwunastu aluminiowych stopniach, a kiedy docieramy do drzwi, z wysiłku aż kręci mi się w głowie. Chwilę później stoję w sporym pomieszczeniu z całym outdoorowym asortymentem: na kołkach wiszą kurtki i parki, pod nimi w rządku stoją śniegowce w różnych rozmiarach, na półkach zaś leżą stosy gogli i kasków ochronnych.

W kącie dostrzegam deskę snowboardową i kilka par nart. Zdziwiona marszczę brwi. Na to jest tu chyba za płasko?

Drew podąża za moim spojrzeniem.

– Niektórzy lubią, jak się ich ciągnie za skuterem. Musisz kiedyś spróbować. – Podaje mi parę granatowych crocsów. – Te powinny na ciebie pasować.

Siadam na pustej ławce, zdejmuję kurtkę oraz buty i szczękając zębami, wkładam miękkie chodaki.

– Dzięki. Oddam je, jak tylko się rozpakuję.

– Nie trzeba. Zostały po kimś z grupy letniej. Mamy tu cały pokój pełen rzeczy, których nikt już nie chce. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, po prostu zwróć się do Rajiva. Oprócz tego, że jest naszym kucharzem, odpowiada też za zaopatrzenie, co tak jakby czyni go Bogiem.

Uśmiecham się na tę uwagę, usiłując nie gapić się na Drew. Teraz, kiedy zdjął wierzchnie ubranie, widzę, że intuicja mnie nie zawiodła – jest niesamowicie przystojny. Wysoki i krótko ostrzyżony, o włosach w kolorze brudnego blondu. Ma brązowe oczy i cudownie wyraziste rysy, które sprawiają, że nadawałby się na modela do kolorowego magazynu.

Skrępowana odruchowo odwracam głowę, aby uniknąć jego spojrzenia, ale zaraz się upominam. Po co się z tym kryć? Przecież i tak zauważy.

– No chodź, napijesz się pysznej herbatki – mówi, fatalnie naśladując londyński akcent.

– Z miłą chęcią. – Trzęsę się tak mocno, że głos mi drży, jakbym przeżyła szok.

– Ogrzejesz się i poznasz wszystkich. Caro upiekła na twoją cześć ciasto.

Wychodzę za nim z przedsionka i przemierzam całą sieć korytarzy pomalowanych na nudny niebieski kolor, typowy dla instytucji i szpitali. Z jakiegoś powodu denerwuję się spotkaniem z ludźmi, z którymi przyjdzie mi spędzić najbliższy rok.

A jeśli mnie nie polubią?

Nie bądź śmieszna, Kate, rugam się w myślach. To nie jest podstawówka. Dlaczego mieliby cię nie polubić?

Drew prowadzi mnie do dużego pomieszczenia, które wygląda jak salon. Wielkie okna widokowe wychodzą na pusty przestwór lodu. Panujące w środku ciepło i przytulna atmosfera, kilka sof i foteli, lampy i półki zastawione książkami w miękkich oprawach oraz często kartkowanymi czasopismami – to wszystko rażąco kontrastuje z zabójczym zimnem tuż za szybą.

Gdy tylko przekraczamy próg salonu, jakiś tuzin osób spogląda w naszą stronę. Moje usta zastygają w uśmiechu, a Drew zaczyna wszystkich przedstawiać. Kiedy kolejno wstają, żeby mnie przytulić albo uścisnąć mi rękę, ja próbuję skojarzyć każde nazwisko i stanowisko z twarzą. Rajiv Sharma, kucharz – łatwo go zapamiętać dzięki krótko przystrzyżonej brodzie i ładnemu niebieskiemu turbanowi. Sonya Obeng, kanadyjska meteorolożka, której ciepłe powitanie sprawia, że od razu mniej się stresuję. Luuk de Wees, elektryk z Holandii, tak wysoki, że gdyby wyciągnął w górę rękę, dotknąłby sufitu. Nowozelandka i hydrauliczka Caro Hinds oraz badająca atmosferę Alice Munro z Edynburga. Tom Weber, administrator danych z Monachium – jedyny okularnik – który chyba jest nieśmiały, bo ciągle ucieka gdzieś wzrokiem. Rob Huang, nasz australijski spec od łączności, który wygląda jak projektant mody w tych swoich czarnych obcisłych ciuchach i z tlenioną czupryną. I jeszcze Arkady Wasiljew, postawny, niedźwiedziowaty Rosjanin pod pięćdziesiątkę, który zajmuje się konserwacją agregatów. Poza tym garstka letników, którzy się ostali, ale odlatują w przyszłym tygodniu.

Nigdzie jednak nie widzę Sandrine Martin, kierowniczki stacji. Ani Alexa, którego poznałam na zewnątrz.

Po rundzie powitań nagle zapada niezręczna cisza. Wszyscy bardzo się starają, żeby nie gapić się na mój lewy policzek.

– To co z tą herbatą? – zagaja Drew, kiedy osuwam się na wolne krzesło. – Jaką pijesz?

– Z mlekiem. Bez cukru. Dziękuję.

– Obawiam się, że mamy tylko mleko w proszku – mówi Alice. Przenosi wzrok na moją bliznę, a potem znów go odwraca. – Ale i do tego da się przywyknąć. – Z tymi włosami w kolorze ciemnego blondu mogłaby uchodzić za siostrę Drew. Jest zdumiewająco piękna: szczupła, o delikatnych rysach, i ma lekki szkocki akcent.

– Pewnie jesteś wykończona – dodaje, a ja się krzywię. Mogę się tylko domyślać, jak koszmarnie wyglądam. Od wylotu z Heathrow prawie wcale nie spałam i nie miałam już siły, żeby się umalować przed ostatnim etapem podróży z Jimem. Zresztą co by to dało? Blizny nie da się ukryć.

Teraz jednak żałuję, że nie zadałam sobie trochę trudu. Czuję się brudna i spocona, a moje włosy po trzech dniach bez mycia są zwyczajnie tłuste. O niczym innym nie marzę jak o tym, żeby zanurzyć się w długiej, gorącej kąpieli.

Ale w tej chwili to wykluczone. Z uwagi na konieczność oszczędzania wody i prądu kąpiele nie wchodzą w grę – dozwolony jest tylko dwuminutowy prysznic, i to raz na dwa dni.

Kolejna rzecz, do której będę musiała przywyknąć.

– Wszystko okej? – Caro podaje mi kawałek ciasta czekoladowego, które upiekła na moje powitanie.

– Jestem skonana – przyznaję.

– Wcale mnie to nie dziwi. – Opada ciężko na sofę naprzeciwko mnie. – Ja po przyjeździe odpłynęłam na piętnaście godzin, a leciałam tylko z Christchurch.

Bez szans, myślę sobie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio przespałam ciągiem osiem godzin. Cóż, takie są uroki pracy na oddziale ratunkowym, no a poza tym od wypadku źle sypiam.

– Jesteś z tej części Nowej Zelandii? – pytam, taksując jej krótkie, punkowe włosy i liczne kolczyki w uszach i nosie. Nie jest tak zachwycająca jak Alice, ale też ładna… na swój własny, bardziej swobodny sposób. W odróżnieniu od Alice paradującej w kwiecistym topie i jasnoniebieskich legginsach ma na sobie workowate ogrodniczki i wyblakły pomarańczowy T-shirt.

Caro kręci głową.

– Z okolic Dunedin. Moi rodzice mieli tam ranczo z bydłem. Ale od pięciu lat mieszkam w Wellington.

Luuk rozsiada się obok niej i tak szeroko rozstawia nogi, że spycha ją na sam koniec sofy.

– Skąd pochodzisz? – pyta między kolejnymi kęsami ciasta, wcale nie ukrywając, że lustruje moją twarz.

– Z Bristolu, w południowo-zachodniej części Anglii. Ale dorastałam w Surrey.

Kiwa głową, chociaż zapewne nic mu to nie mówi.

– Ja z Amsterdamu – ubiega moje pytanie. – Ale moja matka jest Angielką.

Uśmiecham się, bo nie stać mnie na żadną odpowiedź, która nie byłaby banałem. Mój mózg pracuje na zwolnionych obrotach i już czuję początki migreny. Rozpaczliwie pragnę nafaszerować się lekami, wczołgać do łóżka i odpłynąć – a przynajmniej spróbować. Ale tylko sączę herbatę z kubka, który podał mi Drew, i pogryzam ciasto od Caro, chociaż jestem zbyt zmęczona, żeby odczuwać głód.

Wysil się, upominam się w myślach. Pierwsze wrażenie i tak dalej.

Na szczęście od dalszych pogaduszek wybawia mnie ciemnowłosy mężczyzna, który zjawia się w towarzystwie elegancko ubranej pięćdziesięciokilkuletniej kobiety roztaczającej wokół siebie aurę autorytetu. To pewnie Sandrine, kierowniczka stacji.

Wstaję i wyciągam do niej dłoń.

– Jestem Kate.

– Wiem – odpowiada z aroganckim francuskim akcentem i przez to wydaje się jeszcze bardziej onieśmielająca. – Witaj w UNA. – Przez chwilę wpatruje się niespeszona w bliznę na moim policzku. Wreszcie przedstawia stojącego za nią mężczyznę. – To Raffaelo de Marco. Lekarz, którego masz zastąpić.

Raffaelo posyła mi szeroki uśmiech.

– Miło mi poznać – mówi płynną angielszczyzną. – Choć tylko przelotnie. Przepraszam za ten pośpiech.

– Jaki pośpiech? – Nie rozumiem. Ma lecieć dopiero za tydzień, ostatnim samolotem.

Doktor sprawia wrażenie skrępowanego. Spogląda na Sandrine, ale ona powstrzymuje się od komentarza.

– To nic nie wiesz? – pyta. – Dzisiaj wylatuję.

Gapię się na niego i próbuję to pojąć. Dzisiaj wylatuje? Przecież miał tu spędzić jeszcze kilka dni, żeby przekazać mi sprawy i pomóc się odnaleźć.

– Nie, nikt mi nie powiedział.

– Syn Raffa jest chory – oznajmia rzeczowym tonem Sandrine i beznamiętnie, niemal krytycznie, przygląda się mojej reakcji. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

– Och, przykro mi – dukam, starając się ukryć konsternację.

– To nic poważnego. – Raffaelo uśmiecha się przepraszająco. – Ale musi przejść operację, a żona chce, żebym był w domu.

– Rozumiem. – Wiem, że to nie brzmi szczerze, ale jestem zbyt zszokowana, żeby wykrzesać z siebie więcej empatii. Jak mam sobie poradzić, jeśli nie pokaże mi co i jak?

Nagle zjawia się Jim z herbatą, którą wychyla duszkiem.

– Sorry, stary. – Poklepuje doktora po plecach. – Ale musimy już startować. Zapowiadają pogorszenie pogody.

Raffaelo żegna się, w popłochu wymieniając uściski. Potem chwyta za plecak i odwraca się do mnie.

– Na biurku zostawiłem teczkę z instrukcjami, gdzie wszystko znaleźć. Dasz sobie radę. Jean-Luc prowadził skrupulatne zapiski.

Jean-Luc Bernas. Francuski lekarz, który zginął przed dwoma miesiącami na lodowcu. Powód, dla którego tu jestem.

– Dziękuję – odpowiadam odruchowo. – Mam nadzieję, że twój syn szybko wyzdrowieje.

Raffaelo kiwa głową, potem znika. Sandrine odwraca się na pięcie i również odchodzi bez słowa.

Stoję nieruchomo i pogrążam się w smutku. Liczyłam, że ktoś mi pokaże, jak ogarnąć te wszystkie eksperymenty medyczne, i ogólnie wprowadzi mnie w temat. Czuję się zawiedziona. Opuszczona. Choć oczywiście to niczyja wina.

Przez jedną szaloną chwilę walczę z pokusą, aby pobiec za nimi i powiedzieć, że się rozmyśliłam, że chcę wrócić do domu. Wpatruję się w dal, próbując wziąć się w garść, i wtedy dostrzegam, że Drew uważnie mi się przygląda.

Oblewam się rumieńcem. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wie dokładnie, o czym myślę.

– No chodź, Kate – mówi łagodnie i bierze moje stojące w kącie bagaże. – Pora się rozlokować.

2

12 lutego 2021

– To twoje lokum.

Drew otwiera drzwi do kabiny na drugim końcu korytarza i gestem zaprasza mnie do malutkiej sypialni. Dwie prycze upchnięte w kącie, obie schludnie pościelone, szafa z grubej, ciemnej sklejki i proste biurko z wsuniętym krzesłem. Ściany pomalowane na ten sam nijaki szaroniebieski kolor jak wszędzie.

– Masz szczęście. – Drew rzuca moje torby na biurko. – Twój współlokator wyjechał w zeszłym tygodniu, więc masz pokój tylko dla siebie.

Rozglądam się po tej klitce, tak małej i spartańsko urządzonej jak cela więzienna, i wyobrażam sobie, jakby to było, gdybym musiała ją dzielić z kimś jeszcze. Jak tu mieć jakąkolwiek prywatność?

– Rozpakuj się w spokoju – oznajmia Drew i powoli wychodzi. – A później, przed kolacją, może oprowadzę cię po stacji?

Kiwam głową.

– Dziękuję.

– Powiedzmy za godzinę?

Spoglądam na zegarek. Kwadrans po piętnastej czasu miejscowego – w domu dochodzi północ.

– Świetnie.

Kiedy podnoszę głowę, Drew szybko odrywa wzrok od mojej twarzy. Nic dziwnego, że się gapił. Wszyscy tak robią na widok poszarpanej srebrnej szramy ciągnącej się przez mój lewy policzek. Chciałabym powiedzieć, że już do tego przywykłam, ale nie jestem w stanie pozbyć się całkiem tego uczucia skrępowania, podobnie jak blizny.

– Rzucili cię na głęboką wodę, co nie? – mówi Drew. – Bo Raff musiał tak nagle wyjechać.

Do oczu napływają mi piekące łzy, a potem ogarnia mnie irytacja. Nie cierpię współczucia, nie cierpię, jak ludzie się nade mną użalają.

Nie zasługuję na to.

– Poradzę sobie – odpowiadam, może trochę zbyt szorstko, i schylam się, żeby wciągnąć mój przeładowany plecak na dolną pryczę.

– Łazienka jest dwa pokoje dalej, po lewej, gdybyś chciała wziąć prysznic. Pamiętaj tylko, żeby nie używać odżywki do włosów, bo to rozpieprza cały system recyklingu wody.

To rzekłszy, odchodzi.

Jestem zbyt zmęczona i nie chce mi się myśleć, czy mam się ruszyć. Walczę z pokusą, aby zalec na łóżku. Nagle wszystkie moje myśli wypełnia Ben. Brakuje mi go tak, jakby to było wczoraj. Tego, jak drgał mu koniuszek nosa, kiedy był rozbawiony – albo wkurzony. Tego długiego, delikatnego łuku jego kręgosłupa. Tego uczucia, kiedy był we mnie, gdy mnie przytulał, dawał mi ciepło i chronił przed całym złem tego świata.

Szlag. To nie pomaga.

Nowy początek, pamiętasz?

Rozpakowuję plecak i połykam bez popijania kilka tabletek. Resztę chowam w głębi szafy w zupełnie niewinnie wyglądającej sporej butelce po witaminach i poświęcam chwilę, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Kabina znajduje się na tyłach stacji, więc żadne budynki nie przesłaniają widoku na… cóż, na nic. Całe kilometry płaskiej, lodowej połaci, horyzont odcinający się wyraźną linią na tle jasnobłękitnego nieba oraz długie, poziome fale wyrzeźbione przez wiatr na powierzchni śniegu – w cieniu stwarzają niesamowite złudzenie oceanu.

Ciesz się, póki możesz, przypominam sobie. Za kilka krótkich miesięcy słońce całkiem zniknie. A kiedy zajdzie po raz ostatni, na wiele tygodni zapanuje zupełny mrok.

Na tę myśl aż się wzdrygam. Nie wspominałam ludziom z UNA o moim lęku przed ciemnością.

Zresztą nie tylko o tym.

Kiedy przyjęłam tę posadę, moje obawy wydawały się niewiele znaczące i sądziłam, że się z nimi uporam. Ale teraz, kiedy tu stoję, perspektywa niekończącej się nocy na nowo rozbudza we mnie wątpliwości.

Czy przyjazd tutaj był słuszną decyzją?

Na pewno po części kierował mną altruizm, chęć spełnienia swojego obowiązku. UNA, która powstała raptem trzy lata temu, miała skupić naukowców z całego świata, aby wspomóc badania nad zmianami klimatycznymi i kluczowym wpływem Antarktydy na globalne systemy pogodowe. Potrzebni są tu spece każdego fachu, nie tylko naukowcy – także hydraulicy, elektrycy, inżynierzy, mechanicy, kucharze i, rzecz jasna, lekarze.

Niemniej pod całą tą otoczką kryły się też bardziej samolubne pobudki. Rozpaczliwie chciałam uciec od tego wszystkiego, co dzień w dzień przypominało mi o nieobecności Bena, od czujnych spojrzeń otaczających mnie ludzi – mojej siostry i matki, kolegów z pracy, pielęgniarek, a nawet personelu pomocniczego. Ta wyczuwalna na każdym kroku atmosfera troski i współczucia tylko pogarszała sprawę. A ten rozległy kontynent kuszący obietnicą absolutnego odosobnienia wydawał się idealną kryjówką.

Ale może się myliłam? Może to miejsce jest tylko lustrem, w którym odbija się moje złamane, zamarznięte na kość serce?

Dość tego, upominam się w myślach i opuszczam roletę, żeby zasłonić rażące słońce. Jesteś wyczerpana – jutro spojrzysz na to inaczej. Rozpinam torbę podróżną i wypakowuję jej zawartość. Jest tego absurdalnie dużo, a większość to rzeczy wydane przez UNA: dwa kombinezony, puchowe kurtki i legginsy – wszystko w jaskrawoczerwonym kolorze dla zapewnienia maksymalnej widoczności na śniegu. Kilka kompletów odzieży termicznej, sześć par rękawiczek różnej grubości, trzy polary, jeden wełniany sweter, siedem par skarpet i trzy pary bawełnianych spodni. Nie mówiąc już o ocieplanych zimowych butach, podpinkach, dodatkowych wkładkach, goglach, czapce i okularach przeciwsłonecznych.

Wpycham do szafy tyle, ile się da, ale jest po prostu za mała. Dlatego resztę ubrań układam równiutko na górnej pryczy, po raz kolejny zachodząc w głowę, jak w tej klitce miałyby mieszkać dwie osoby – przecież ledwie dałoby się oddychać. Potem się rozbieram i owijam grubym szlafrokiem z polaru, który również wydawał się dobrym pomysłem, kiedy siedziałam w moim chłodnym wiktoriańskim mieszkaniu. Teraz jednak, paradoksalnie, jest mi w nim za ciepło – na zewnątrz może i jest minus trzydzieści stopni, ale w bazie można się ugotować.

Biorę szybki prysznic, osuszam włosy ręcznikiem, po czym wracam do swojej kabiny. Jakiś czas później słyszę pukanie do drzwi.

– Mogę wejść? – woła Drew.

Chryste. To już minęła godzina?

– Chwileczkę. – Wkładam pośpiesznie pierwsze lepsze czyste ciuchy. – Proszę.

Wsuwa głowę przez drzwi.

– To jak? Chcesz, żebym cię oprowadził?

Potwierdzam skinieniem, siląc się na entuzjazm. Jeszcze tylko kilka godzin i będę się mogła położyć, pocieszam się w myślach.

Chociaż widziałam plany układu pomieszczeń, stacja jest większa, niż sobie wyobrażałam, i zdecydowanie bardziej dezorientująca. Drew prowadzi mnie labiryntem korytarzy – niektóre są tak wąskie, że dwie osoby ledwo się w nich mieszczą, inne z kolei tak niskie, że przypominają raczej tunele. Wszystko zostało ciasno upakowane z myślą o maksymalizacji przestrzeni, wyjaśnia Drew, oraz o izolacji cieplnej – zewnętrzne mury muszą być wystarczająco grube, żeby poradzić sobie ze stustopniową różnicą temperatury w środku i na zewnątrz.

Najpierw zwiedzamy Alfę, czyli kwatery mieszkalne w głównym budynku. Drew pokazuje mi dosłownie wszystko: dwadzieścia sypialni i cztery łazienki, kuchnię z jadalnią, przestronny salon i przylegający do niego pokój gier z piłkarzykami oraz stołem bilardowym, bibliotekę, która pełni też funkcję minikina, małą, lecz dobrze wyposażoną siłownię, pralnię z szeregiem pralek i suszarek, i wreszcie moją klinikę oraz gabinet lekarski.

Następna w kolejności jest Beta, sąsiedni budynek techniczny, do którego można się dostać przez zabudowany pasaż. Wśród szumu pracujących maszyn zwiedzamy pokój łączności, czyli serwerownię z radiostacją, pomieszczenie komputerowe, gdzie możemy prowadzić rozmowy na Skypie, oraz różne laboratoria naukowe. Niżej, na parterze, Drew oprowadza mnie po garażach, warsztatach, części magazynowej, w której przechowywana jest żywność, pokazuje agregaty, a także system do recyklingu wody.

Alfa sprawia wrażenie w miarę uporządkowanej, zaś w przeciwieństwie do niej Beta wygląda bardzo industrialnie: stalowa podłoga pod plątaniną rur i kanałów kablowych, a także dużych poskręcanych przewodów, z których część jest rozpięta wzdłuż ścian, a inne po prostu zwisają z sufitu. Korytarze są zagracone tablicami informacyjnymi i mapami, kołkami z wiszącą na nich odzieżą i sprzętem outdoorowym, miriadami regałów zawalonych teczkami i instrukcjami obsługi oraz pudłami pełnymi części od komputerów i innych urządzeń.

Podążając za Drew korytarzami, naprawdę czuję się jak w labiryncie. Bóg jeden wie, ile osób już się tutaj zgubiło.

– To są siłowniki hydrauliczne – wyjaśnia, kiedy przechodzimy przez jeden z warsztatów na drugi koniec budynku. – Nie pozwalają, aby cała ta konstrukcja się zapadła. Bez nich za dziesięć czy dwadzieścia lat znaleźlibyśmy się pod lodem.

Przypominam sobie zdjęcie starego metalowego szałasu gdzieś na Biegunie Południowym. Drewniana podpora – to było jego jedyne zabezpieczenie, żeby się nie zawalił pod ciężarem nagromadzonego śniegu. Jak, u licha, ci pierwsi odkrywcy byli w stanie przetrwać w tak nieprzyjaznych warunkach, mając tak niewiele? Z każdą kolejną minutą spędzoną w stacji coraz bardziej dociera do mnie to, jak jesteśmy uzależnieni od otaczającej nas technologii. Jak bylibyśmy bezbronni, gdyby coś nagle przestało działać.

– Dzisiaj już nie zdążymy, ale jutro możemy się rozejrzeć po okolicy, jeśli chcesz – mówi Drew, wprowadziwszy mnie w arkana recyklingu wody. – Na zewnątrz jest parę ciekawych rzeczy do zobaczenia. Poza tym całe zaopatrzenie medyczne przechowujemy w letnim obozie na wypadek, gdyby tu wybuchł pożar. Powinnaś wiedzieć, gdzie co jest.

– Byłoby super. – Modlę się w duchu, żeby to był już koniec wycieczki i żebym mogła choć trochę odpocząć przed kolacją. Jednak kiedy wracamy do Alfy, Drew nagle przystaje przy zamkniętych drzwiach w głębi korytarza, na którego drugim końcu mieści się moja klinika. Według tabliczki to biuro kierowniczki stacji.

Drew puka i zagląda do środka.

– Chcesz zamienić słowo z Kate?

Słyszę, że Sandrine odpowiada twierdząco, więc wchodzę za Drew do środka. Kierowniczka siedzi przy biurku i pisze coś w dużym zeszycie. Wokół panuje idealny porządek – tak idealny, jak idealne są jej makijaż i nieskazitelny strój. Klimat raczej jak w Paryżu niż na Antarktydzie.

– Rozgościłaś się? – pyta dziwnie płaskim tonem.

– Tak. Dziękuję.

– To dobrze.

Zapada cisza. Nie wiem, jak ją wypełnić.

– Potrzebne mi jakieś klucze? – podsuwam, świadoma tego, że Drew przysłuchuje się naszej rozmowie.

Zauważyłam, że niewiele pomieszczeń w bazie ma drzwi zamykane na klucz, włącznie z kabinami sypialnymi – wyjątek stanowi moja klinika, pokój łączności i biuro Sandrine.

– Ach, tak. – Sandrine wstaje i otwiera toporną drewnianą szafę za biurkiem, a potem podaje mi komplet kluczy. – Daj znać, jeśli będziesz jeszcze czegoś potrzebować.

Oddalam się, ponownie rozczarowana. Wiadomo, nie spodziewałam się fanfar, ale mimo wszystko oczekiwałam nieco cieplejszego powitania.

– Nie przejmuj się. – Drew dostrzega moją minę, kiedy idziemy korytarzem. – Z czasem cię polubi.

Zmuszam się do słabego uśmiechu, licząc, że ma rację.

– I pilnuj tych kluczy. Sandrine zgubiła swoje kilka miesięcy temu i mieliśmy spory kłopot, żeby je dorobić.

– Jasne – odpowiadam i modlę się w duchu, żebyśmy na tym skończyli. Jestem tak skonana, że padam z nóg. Tabletki powoli przestają działać i robię się drażliwa.

– No więc – ciągnie Drew – najlepsze zostawiłem na koniec.

O Boże! Silę się na entuzjazm i podążam za nim kolejną plątaniną korytarzy. Wreszcie docieramy do pomieszczenia po drugiej stronie budynku – wąskiej klitki gęsto obwieszonej LED-owymi lampkami.

– Ta-dam! – Drew szczerzy się, wskazując gestem kilka lichych roślinek, przycupniętych pod oślepiającym światłem. – Oto moje maleństwa.

Przesuwam wzrokiem po żałośnie wyglądających zielonych liściach – paru rodzajach sałaty, rukoli i jarmużu. W tym rażąco białym pomieszczeniu pośrodku rażąco białego kontynentu robią dziwne wrażenie, jakby tu nie pasowały.

– Jedyna zielenina, jaką ujrzysz przez całą zimę – oznajmia z dumą, błyskając w uśmiechu idealnie równym rządkiem zębów. Z tymi krótkimi włosami i dwudniowym zarostem Drew naprawdę wygląda jak model. Mógłby spokojnie reklamować sprzęt sportowy albo odzież turystyczną. – Zasiałem je miesiąc temu. Za kilka tygodni będzie można zebrać pierwszy plon.

Ledwo starczy na jeden posiłek, myślę sobie, ale jakoś udaje mi się przybrać pełną zachwytu minę.

– No więc z grubsza to tyle – podsumowuje, zerkając na zegarek. – Za pół godziny kolacja. Widzimy się w jadalni.

Kiedy się odwraca i rusza do wyjścia, dotykam jego ramienia.

– Dzięki, Drew. Miło z twojej strony, że poświęciłeś mi czas.

– Żaden problem. – Posyła mi przyjazne, ciepłe, acz czysto koleżeńskie spojrzenie. – Dobrze, że z nami jesteś.

Kiedy zjawiam się w stołówce, przy stołach ustawionych równo w czterech rzędach siedzi już kilka osób. Po Drew ani śladu, ale widzę Caro, która macha do mnie i wstaje, żeby się przywitać. W tej krótkiej, nastroszonej fryzurze wygląda naprawdę uroczo i trochę łobuzersko.

– Podobała się wycieczka? – pyta, prowadząc mnie do wydawki.

Kiwam głową.

– Trochę trudno to wszystko ogarnąć.

– Nic nie mów. Jak tu przyjechałam, zgubiłam się chyba kilkanaście razy. Ale w końcu się połapiesz.

Przyglądam się temu całemu jedzeniu stojącemu na kontuarze.

– Mam się sama obsłużyć?

– Nałóż sobie, co tylko chcesz. Masz szczęście. Jest piątek, więc dzisiaj można zjeść rybę z frytkami.

– Serio? Nawet tu, na międzynarodowej stacji?

– Wszyscy na zmianę pomagamy Rajivowi w przygotowaniu kolacji – wyjaśnia Caro. – W piątki mamy kuchnię brytyjską, irlandzką, nowozelandzką i australijską, ale na ogół jest ryba. Niedziela jest zarezerwowana dla Francji i Belgii, w sobotę natomiast jadamy dania włoskie i hiszpańskie, zazwyczaj pizzę lub paellę. Wtorki są amerykańsko-kanadyjskie. Najczęściej jemy wtedy burgery, chociaż Sonya przyrządza też naprawdę pikantnego smażonego kurczaka w panierce. W środę królują Rosja i kraje bałtyckie. W czwartki zwykle jedliśmy potrawy południowoafrykańskie, ale teraz, kiedy większość letników wyjechała, trzeba wymyślić coś innego. Ach, a w poniedziałki jest kuchnia indyjska i azjatycka – dodaje, wskazując głową Rajiva uwijającego się za wydawką. – Jego curry jest najlepsze w całej bazie.

Nakładam sobie trochę jedzenia i idę za Caro do jej stolika, przy którym siedzi Arkady. Witam się z nim i jeszcze z jednym kolesiem, którego nie rozpoznaję. Ark – chce, aby tak na niego mówić – chyba cieszy się, że mnie widzi. Uśmiecha się szeroko, ukazując kilka złotych zębów, jeszcze z czasów Związku Radzieckiego, przez które wygląda trochę jak czarny charakter z filmu o Bondzie. Ten drugi z kolei kiwa tylko nieznacznie głową. To Alex, jak sobie uświadamiam – ten, który wyszedł mi na spotkanie wraz z Drew, kiedy wylądowałam.

Teraz przynajmniej widzę jego twarz: jest gładko ogolony, nie to co Ark i większość letników, którzy – przez te swoje antarktyczne brody – przypominają hipsterów. Bujne, opadające na twarz ciemne włosy i młodzieńcza cera, lekko opalona od częstego przebywania na dworze, nadają mu chłopięcy wygląd. Ma pewnie z dwadzieścia parę lat, szacuję i notuję sobie w pamięci, żeby jutro zajrzeć do jego dokumentacji medycznej. Posyłam mu uśmiech, ale ledwo go odwzajemnia, po czym odwraca wzrok. Ma taki lodowaty wyraz twarzy, podobnie jak Sandrine.

– W zeszłym tygodniu Ark zrobił barszcz – mówi Caro, kiedy siadamy naprzeciw nich. – Był bardzo dobry.

Ark podnosi w górę kciuk w geście podziękowania.

– Lepszy niż to twoje trifle – stwierdza żartobliwie z silnym rosyjskim akcentem. – Co to w ogóle było za gówno?

Caro wybucha śmiechem i pokazuje mu środkowy palec.

– Najwyraźniej ci smakowało, bo wziąłeś dokładkę, no nie?

– Cóż mogę powiedzieć? Jestem starym wieprzem. – Ark masuje się po wydatnym brzuchu i rechocze.

– Oczywiście cały ten grafik posiłków sprawdza się lepiej latem, kiedy w stacji jest więcej ludzi – wyjaśnia mi Caro, gdy dłubię w panierowanej rybie. – Ale staramy się dbać o urozmaicenie. Nie chcemy, żeby kogoś ogarnęła tęsknota za domem.

– A ty czym się tutaj zajmujesz? – pytam Alexa, który wtranżala jedzenie z desperacją godną kogoś, kto albo przymiera głodem, albo liczy, że w ten sposób uniknie rozmowy.

Spogląda na mnie swoimi ekspresyjnymi brązowymi oczami.

– Jestem asystentem terenowym.

Wreszcie rozpoznaję jego akcent.

– Pochodzisz z Irlandii?

– Taa. Z Donegal.

– Fajnie. Kiedyś tam biwakowałam.

Po twarzy Alexa przemyka cień zdumienia.

– Zmokłaś, co?

– Trochę.

Alex pozwala sobie na nieznaczny uśmiech, a potem przenosi wzrok na Drew, który podchodzi z załadowanym talerzem. Siada obok mnie i ruchem głowy wskazuje mój prawie nietknięty posiłek.

– Nie jesteś głodna?

– Jakoś nie mam apetytu – przyznaję.

Caro obrzuca mnie spojrzeniem.

– Przydałoby się, żeby ci wrócił. – Uśmiecha się szeroko, abym wiedziała, że nie chciała mnie urazić.

– To pewnie przez zmęczenie – odpowiadam, wmuszając w siebie kilka frytek. Wreszcie daję za wygraną. Prawda jest taka, że po wypadku przestałam czerpać jakąkolwiek przyjemność z jedzenia.

Chociaż tabletki na pewno też się do tego przyczyniły.

– Daj mnie. – Ark bierze mój talerz i przekłada jego zawartość na swój. – Szkoda, żeby się zmarnowało.

Alex dźwiga się na nogi, zostawia pusty talerz i szklankę przy okienku i wychodzi bez komentarza. Caro odprowadza go wzrokiem, ale Drew tylko unosi brwi nieporuszony, po czym zwraca się do mnie:

– No to jak ci się tutaj podoba?

Upijam łyk wody.

– Jest super. To znaczy… czuję się trochę przytłoczona, ale przywyknę.

– Cóż, cieszymy się, że z nami jesteś. – Caro ściska mnie przyjacielsko za ramię. To drobny gest, ale jej życzliwość mnie wzrusza. Lubię ją i lubię Drew, stwierdzam z ulgą. Mam tu przynajmniej dwoje przyjaciół.

Czy to odpowiednia chwila, aby zapytać o mojego poprzednika? – zastanawiam się. Właściwie nic nie wiem o Jean-Lucu, francuskim doktorze, którego śmierć przyczyniła się do tego, że teraz tu siedzę. Wiem tylko tyle, że zginął w wypadku na lodowcu podczas zjazdu na linie.

Chyba jednak nikt nie chce o tym rozmawiać. Cóż, Antarktyda to niebezpieczne miejsce – tyle wydedukowałam z przyśpieszonego kursu z telemedycyny zorganizowanego przez UNA. Człowiekowi może się tu przytrafić wiele nieszczęść, a w pobliżu nie ma żadnej pomocy. Jak zauważył jeden z genewskich lekarzy, łatwiej ewakuować kogoś z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej niż stąd, zwłaszcza w środku zimy.

Czy kogoś jeszcze to niepokoi oprócz mnie?

Rozglądam się po tych dwudziestu osobach zgromadzonych w jadalni, ale sprawiają wrażenie zupełnie wyluzowanych i beztroskich – jeśli w ogóle martwią się tym, jak bardzo jesteśmy odizolowani od świata, to dobrze to ukrywają.

Dochodzę do wniosku, że to niewątpliwie najlepsza strategia radzenia sobie z tą sytuacją. Po prostu przestać o tym myśleć.

3

13 lutego 2021

Cholera, gdzie ja jestem?

Budzę się zdezorientowana w półmroku, jaki tworzy częściowo opuszczona roleta. Przez chwilę znów czuję się tak, jakbym była tam, w szpitalu, i odzyskiwała przytomność po wypadku. To to samo wrażenie zmieszania, zawieszenia w czasie. Stopniowe wracanie pamięci.

Te lisie oczy w blasku reflektorów, widok pędzących drzew.

Na szczęście nigdy nie pamiętam momentu uderzenia.

Ani tego, co było potem.

Ale tak naprawdę mnie tam nie ma. Jestem na Antarktydzie. Przyleciałam tu wczoraj. Najbliższy rok spędzę tutaj, na lodowcu, z czego osiem miesięcy w towarzystwie zaledwie tuzina osób.

Na samą tę myśl żołądek podjeżdża mi do gardła i zalewa mnie fala mdłości. Gramolę się z łóżka i biegnę korytarzem do małej, ciasnej łazienki. Wpadam do niej w samą porę, żeby zwymiotować do muszli.

Boże.

Opieram się o ścianę wyłożoną białymi kafelkami i ciężko oddycham. Jest mi słabo, a w głowie zaczyna kiełkować ból. Przez chwilę cały świat wiruje mi przed oczami. Boję się, że zemdleję, ale po kilku głębokich oddechach to uczucie mija.

Choroba wysokościowa. Dopada wszystkich tuż po przyjeździe. Powinnam się jednak pilnować, żeby nie przerodziła się w coś gorszego. Ostatnie, czego mi trzeba, to zapalenie płuc – rzadkie, lecz groźne powikłanie związane z ekspozycją na duże wysokości.

Staję na nogi, nalewam do kubka wody z kranu i powoli piję. Potem ochlapuję lekko twarz, jak zwykle unikając swojego odbicia w lustrze. To nawyk, który wyrobiłam w trakcie rekonwalescencji. Nie chcę patrzeć na moją bliznę, na moje wybrakowane rysy częściej, niż to konieczne – wystarczy, że muszę znosić reakcje innych.

Wracam do pokoju, połykam dwie tabletki hydrokodonu z moich prywatnych zapasów i zerkam na zegarek. Piąta czterdzieści sześć rano. Spałam ciągiem siedem godzin – najdłużej od wielu miesięcy.

Kiedy wkładam spodnie dresowe i cienki T-shirt, rozlegają się trzaski, którym towarzyszy iskrzenie. To dla mnie kolejna nowość, coś, czego się nie spodziewałam – z uwagi na suche powietrze wyładowania elektryczne są tutaj częstym zjawiskiem. Wczoraj Drew zwrócił moją uwagę na paski taśmy aluminiowej przy wszystkich biurkach – prowadzące do grzejników czy innych uziemionych części budynku – które służą temu, żeby się „rozładować”, zanim dotkniemy komputerów lub jakichś newralgicznych urządzeń. W drodze do stołówki przeciągam więc łokciem po ścianie, tak jak mi pokazał, żeby rozproszyć zbierające się ładunki elektryczne – to mniej bolesne niż „kopnięcie” iskry przeskakującej z koniuszka palca.

Kiedy docieram na miejsce, ku mojemu zdziwieniu odkrywam, że wcale nie przyszłam pierwsza na śniadanie. Alex siedzi sam, zgarbiony nad książką. Nalewam sobie kawy i modlę się w duchu, żeby jej nie zwrócić. Woda byłaby bezpieczniejsza, ale potrzebuję kofeiny do ożywienia się i pozbycia się z ust tego okropnego posmaku.

– Dobra? – Siadam naprzeciwko Alexa i ruchem głowy wskazuję książkę.

– No, dość upiorna. – Pokazuje mi okładkę: Cienie w mroku Michelle Paver. Zamyka powieść i rozpiera się na krześle, starając się nie patrzeć mi w oczy. Jest w nim coś, czego nie potrafię nazwać. Pewne napięcie widoczne w jego postawie. Swego rodzaju rezerwa. Kiedy przełyka ostatni kęs grzanki, dostrzegam, że porusza nerwowo prawą nogą.

– No więc jak się czujesz? – pyta wreszcie, odgarniając włosy z czoła w geście zniecierpliwienia. Pytanie wydaje się życzliwe, ale ton jego głosu sugeruje zwykłą kurtuazję.

Krzywię się.

– Jak żywy trup.

Przez twarz asystenta terenowego przemyka cień. Spogląda na mnie, lecz zaraz odwraca wzrok.

– Mam lekką chorobę wysokościową – dodaję szybko. – Nic mi nie będzie.

– Cóż, jesteś w dobrych rękach, no nie? Jako lekarka. – Uśmiecha się sztywno, po czym wstaje, jakby już nie mógł ze mną dłużej wysiedzieć. – Zbieram się. Coś jest nie tak z prysznicami. Muszę pomóc Caro je naprawić, zanim dostanie po uszach.

Przybita upijam trochę kawy, podczas gdy Alex wkłada swój talerz i sztućce do zmywarki – rankiem sami po sobie zmywamy, jak wyjaśnił mi wczoraj Drew, a po innych posiłkach sprzątamy na zmianę. Kiedy Alex wychodzi ze stołówki, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że wcale się nie cieszy z mojego przyjazdu.

Tylko czemu? Nie wydaje mi się, żebym czymś go uraziła.

– Ty musisz być Kate.

Odwracam się i widzę wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. W przeciwieństwie do Alexa wygląda na uradowanego moim widokiem. Jego twarz rozjaśnia szeroki, życzliwy uśmiech.

– Jestem Arne. Przepraszam, że wczoraj nie przyszedłem się przywitać. Miałem problem z gąsieniczką. Użerałem się z nią przez większość popołudnia i wieczoru.

– Z gąsieniczką? – Marszczę brwi i wyciągam do niego rękę, licząc, że nie poczuje, jak cała się trzęsę. – Nie wiedziałam, że na Antarktydzie można spotkać gąsienice.

Arne wybucha śmiechem.

– Nie, nie, to nasz ciągnik gąsienicowy, którym zbieramy śnieg na wodę pitną – wyjaśnia po angielsku z lekkim skandynawskim zaśpiewem.

– Ach. Czyli raczej rzecz przydatna.

– Na pewno bardziej niż gąsienica.

Przyglądam mu się uważnie, kiedy szykuje sobie śniadanie. Na oko dobiega czterdziestki. Ma krótkie, ciemne, choć siwiejące po bokach włosy, z niemal białym pasemkiem z przodu. To jego najbardziej charakterystyczna cecha. Poza tym wygląda sympatycznie, jak powiedziałaby – nieco pogardliwie – moja mama.

– Zatem zajmujesz się pojazdami? – pytam, kiedy wraca z musli i szklanką soku pomarańczowego.

– Jestem mechanikiem. Ale robię też przy innych rzeczach. Zasadniczo przy wszystkim, co ma silnik. – Ruchem głowy wskazuje mój kubek kawy. – To całe twoje śniadanie?

– Mam chorobę wysokościową. Trochę mnie mdli. Ale przeżyję.

– To najgorsze, co może być – stwierdza, zabierając się do jedzenia. – Jednego kolesia, z którym tutaj przyleciałem, trzeba było odstawić do domu już po tygodniu, bo tak się rozchorował. Miał obrzęk…

– Obrzęk mózgu?

– Tak, to. Było z nim naprawdę źle. Na szczęście wyzdrowiał po powrocie do Christchurch.

– A ty skąd jesteś? – Próbuję sobie przypomnieć jego nazwisko na liście zimowników, którą dostałam w Genewie. – Przepraszam, powinnam to wiedzieć, ale wciąż jeszcze nie doszłam do siebie po podróży.

– Z Islandii.

– Fajnie – odpowiadam, wyrzucając sobie w myślach ten brak polotu. – Jak długo już tu siedzisz?

– Od kilku miesięcy. – Upija łyk soku. – Ale to nie jest moja pierwsza wyprawa. Wcześniej byłem w McMurdo.

– Z tego, co słyszałam, to jedna wielka imprezownia.

Ta amerykańska stacja polarna, największa na kontynencie, słynie z alkoholowych libacji. Latem przebywa w niej ponad tysiąc osób. To właściwie takie małe miasteczko z bankomatami i kręgielnią. A nawet, jak się okazuje, z nieaktywnym już reaktorem jądrowym.

Arne się uśmiecha, ale nie komentuje. Coś mi mówi, że po prostu chce mi się przypodobać, jako tej nowej, której to rola wcale mnie nie cieszy.

– Czyli raczej tu nie zginiesz – rzucam po mniej więcej trzydziestu sekundach niezręcznej ciszy.

– Raczej nie. – Wzdycha. – O ile będę się trzymać lin.

– To znaczy?

– Byłaś już na zewnątrz? – Przenosi wzrok na sączące się przez okna jasne promienie słońca.

– Zaliczyłam tylko krótki spacer z samolotu.

– Zauważyłaś liny wokół budynku?

Kręcę głową. Byłam zbyt zajęta nadążaniem za Drew i dokładaniem starań, żeby nie zamarznąć na śmierć.

– No więc są po to, żebyś się nie zgubiła w brzydką pogodę albo kiedy po ciemku upuścisz latarkę. Dzięki nim odnajdziesz drogę powrotną do stacji i nie oddalisz się jeszcze bardziej w złym kierunku.

– Chybabym tego nie chciała?

– Jesteś lekarką. Sama mi powiedz, jak długo byś wytrzymała w sześćdziesięciostopniowym mrozie.

– Niedługo – przyznaję. Zastanawiam się, ile dokładnie miałabym czasu. Dziesięć minut? Dwadzieścia? Strach pomyśleć.

– Ale nie musisz się tym martwić. – Arne wstaje i wtedy ponownie zauważam, jaki jest wysoki. Ma pewnie z metr dziewięćdziesiąt. Ale w przeciwieństwie do Luuka wcale się z tym nie obnosi. Po prostu zachowuje się jak ktoś, kto czuje się pewnie we własnej skórze. – Wystarczy, że będziesz stosować standardowe środki ostrożności, a nic ci się nie stanie.

– Tak samo jak Jean-Lucowi Bernasowi? – wypalam bez namysłu. – Co dokładnie mu się przytrafiło?

Arne milczy. Czekam, aż znowu usiądzie i mnie oświeci, ale po jego spiętej minie widzę, że woli zakończyć rozmowę.

– To był po prostu nieszczęśliwy wypadek – mówi.

Chwilę później już go nie ma.

Wracam do kabiny i przystaję na chwilę, aby obejrzeć fotografie wiszące na ścianach głównego korytarza. Wśród nich znajduje się oprawione w ramkę zdjęcie drewnianej chaty Shackletona – widać na nim stary piec i półki zastawione puszkami z jedzeniem. Nieco dalej kilka grupowych ujęć ludzi stojących na lodzie w regulaminowej czerwieni.

Przyglądam się dłużej tym zrobionym latem, kiedy można jeszcze przebywać na dworze z odsłoniętą twarzą. Widzę Drew i Caro. Ark pokazuje uniesione kciuki do aparatu, a w jego krzaczastej brodzie połyskują kryształki lodu.

Obok wisi zdjęcie przedstawiające dwóch mężczyzn – obaj szczerzą się do fotografa w tych swoich czerwonych kurtkach, które nadają ich twarzom zdrowy odcień. Jednym z nich jest Alex. Wygląda inaczej. Wydaje się podekscytowany, beztroski, o dziwo młodszy, zupełnie jakby dopiero kolejne miesiące go sterały. Właśnie to rzuciło mi się w oczy dziś rano, uświadamiam sobie – ta jego trudna do określenia aura… aura przygnębienia.

Obok niego stoi starszy przystojny jegomość pod pięćdziesiątkę i obejmuje go ramieniem. Krótkie, posiwiałe włosy. Opalona twarz i szeroki uśmiech. Oczy zmrużone i otoczone siateczką zmarszczek, jakby w reakcji na coś zabawnego.

Pod spodem napis wykonany niebieskim długopisem.

RIP.

Requiescat in pace. Spoczywaj w pokoju. To pewnie Jean-Luc Bernas. Mój poprzednik.

Coś ściska mnie za serce, tylko nie wiem co. Smutek? Żal?

Idę do pokoju, zastanawiając się, jak bardzo jego śmierć wpłynęła na pozostałych członków załogi. Musieli być zdruzgotani. I przerażeni – tych kilka tygodni bez lekarza, kiedy UNA szukała dla niego tymczasowego zastępstwa, zapewne wzmogło ich niepokój.

Nic dziwnego, że nie chcą o tym mówić.

Przypominam sobie przyjazną twarz doktora. I jakby weselszego Alexa. Jean-Luc ewidentnie był bardzo lubiany i pewnie wiele osób gorzko go opłakiwało. To zrozumiałe, że Alexowi ciężko jest się pogodzić z moją obecnością.

Przez chwilę siedzę na pryczy, próbując wziąć się w garść, ale nie mogę pozbyć się wątpliwości, tego wrażenia, że jestem oszustką udającą kogoś, kim nie jestem. Tak na zdrowy rozum wiem, że to niedorzeczne – zdobyłam ten kontrakt po trzech wyczerpujących dniach rozmów i ewaluacji w Genewie, nie mówiąc już o intensywnych badaniach lekarskich i psychologicznych. Jestem tak samo kompetentna jak inni i mam prawo tu być.

Niemniej czuję się jak marny substytut człowieka, którego oni dobrze znali – a może nawet kochali.

Zgodnie z zapowiedzią Raff zostawił wszystko w należytym porządku. Na moim biurku w klinice leży teczka ze szczegółowymi instrukcjami, gdzie co znaleźć, jak się dostać do medycznej części systemu informatycznego i jak się po niej poruszać, a także z aktualnymi danymi na temat prowadzonych eksperymentów. Narysował nawet plan mojego gabinetu z uwzględnieniem całego sprzętu i zaopatrzenia.

Ciekawe, jak Raff sobie poradził, kiedy tu trafił. W końcu nie miał go kto wprowadzić w temat. Jestem wzruszona tym, ile trudu sobie zadał, aby nie zostawiać mnie w takim samym położeniu.

Na karteczce widnieje odręczna notatka: „Gdybym mógł jeszcze jakoś pomóc, proszę o kontakt”, a pod spodem adres e-mail służbowej poczty szpitala w Neapolu. Postanawiam, że prześlę mu podziękowania, gdy tylko będę mogła skorzystać z internetu.

Zwalczając kolejną falę mdłości i zawrotów głowy, rozglądam się po moim małym królestwie. Dwa pomieszczenia połączone podwójnymi drzwiami. Jeden pokój to gabinet lekarski z kozetką do badań i większością sprzętu medycznego, w drugim z kolei mieści się moje biuro i klinika. Jeśli chodzi o wyposażenie, to nie ma na co narzekać: jest respirator, aparat do znieczulania, butle tlenowe, rozmaite przyrządy chirurgiczne i dentystyczne, a także zaplecze niezbędne do wykonywania zdjęć rentgenowskich i przeprowadzenia prostej analizy krwi oraz moczu. Pociesza myśl, że wszystko to – z tego, co widzę – jest w pełni sprawne.

Biorę do ręki kleszcze dentystyczne i modlę się w duchu, żebym nigdy nie musiała ich użyć. Pomimo intensywnego kursu, który odbyłam w Szwajcarii, z częścią tych rzeczy miałam niewiele do czynienia.

Dasz sobie radę, zapewniam sama siebie. W razie potrzeby zawsze mogę się skontaktować z dostępnym całą dobę zespołem medycznym ze szpitala uniwersyteckiego w Genewie. Jeśli czegoś nie będę wiedzieć albo będę mieć wątpliwości, powiedzą mi, co mam robić. Nawet z zębami.

Wyjmuję klucze i otwieram każdą szafkę, żeby przejrzeć całkiem imponujące zapasy leków – w tym, jak widzę, sporo benzodiazepin i kilka rodzajów naprawdę silnych opioidowych tabletek przeciwbólowych.

Biorę jedno z opakowań, odrywam etykietę zabezpieczającą i przyglądam się blistrowi idealnych małych tabletek. Tłumię w sobie nagłą pokusę i odkładam pudełko z powrotem do szafki, pamiętając o złożonej sobie obietnicy: kiedy zużyję swoje zapasy, kończę z tym – nie będę sięgać po zasoby stacji.

Żeby zająć czymś myśli, zaczynam przeglądać akta medyczne – dzięki UNA mam dostęp zarówno do drukowanych kopii, jak i do danych w systemie komputerowym. Biorę po kolei każdą teczkę i szybko kartkuję. Zauważam, że kilku członkom personelu – Alexowi, Alice i Tomowi – po śmierci Jean-Luca przepisano tabletki nasenne.

Czy to przez ten trwający bez końca dzień, który może kompletnie zakłócić rytm dobowy? Czy może ma to związek ze śmiercią doktora, co by z kolei sugerowało, że za tą prezentowaną światu fasadą skrywają mroczniejsze emocje?

Cóż, chyba dowiem się w swoim czasie.

Zorientowawszy się co nieco w sytuacji, przeprowadzam proste badania. Zakładam na palec pulsoksymetr i widzę, że w związku z niskim ciśnieniem atmosferycznym utrzymującym się na tych wysokościach, które ewidentnie wpływa na stężenie hemoglobiny we krwi, mój poziom saturacji spadł do osiemdziesięciu dziewięciu procent. To znacznie odbiega od dziewięćdziesięciu siedmiu czy dziewięćdziesięciu ośmiu procent uchodzących za normę. A przy stu dziewięciu uderzeniach na minutę moje tętno jest zdecydowanie za wysokie. Przez kilka najbliższych dni będę to musiała monitorować.

– Jak tam?

Zaskoczona wydaję z siebie głośny dźwięk, a kiedy się odwracam, w drzwiach widzę Drew.

– Wybacz. – Wygląda na speszonego. – Nie chciałem cię przestraszyć.

Uśmiecham się.

– To moja wina. Odpłynęłam daleko myślami.

– Wszystko gra? Jak wy to mówicie? Wszystko cacy i jak… – urywa.

– Jak w Bristolu?

– O to, to. Ale nie mam pojęcia, co to znaczy.

– Ani ja – przyznaję. – A mieszkam w tym mieście.

– Później trzeba to będzie wygooglować – stwierdza. – O ile uda nam się połączyć z tym cholernym internetem.

Krzywię się na wspomnienie rozmowy, którą odbyłam z Tomem po wczorajszej kolacji. Cierpliwie mi tłumaczył, jak wejść do sieci. Ostrzegał też, że internet wolno chodzi i możemy z niego korzystać wyłącznie do przesyłania ważnych mejli i wykonywania niezbędnych połączeń.

– Potraktuj to jako detoks od mediów społecznościowych – powiedział z szorstkim niemieckim akcentem. Miał przy tym tak poważną minę, że nie byłam w stanie stwierdzić, czy żartuje. Zauważyłam jednak, że nadal nie potrafi spojrzeć mi w oczy. Może rzeczywiście jest po prostu strasznie nieśmiały.

– Widzę, że Raff zostawił ci trochę roboty. – Drew wskazuje ruchem głowy otwartą teczkę na moim biurku. – Nie będę ci przeszkadzał. Chciałem tylko zapytać, czy miałabyś ochotę wybrać się na wycieczkę po lunchu. Mamy ładną pogodę.

– Dziękuję. – Uśmiecham się ponownie. – Z przyjemnością.

Kilka godzin później w przedsionku wciągam na siebie grubą zimową odzież. Zważywszy na to, że w środku jest ciepło, prawie się w niej duszę, ale gdy tylko wychodzimy na dwór, okazuje się, że mogłaby być jeszcze grubsza.

Sprawdzam wszystko dwa razy, upewniając się, że nie zapomniałam o czapce i goglach, a potem zestresowana tym, że muszę opuścić ciepły kokon stacji, wychodzę za Drew na oślepiające słońce. Mroźne powietrze wypełnia mi płuca i szczypie w odsłoniętą skórę twarzy. Maleńkie włoski w moich nozdrzach niemal natychmiast sztywnieją i zamarzają.

Nic ci nie będzie, upominam się, starając się oddychać wolno. Nie stanie ci się nic złego.

– Pomyślałem, że pojedziemy skuterem – mówi Drew, kiedy schodzimy po stopniach na lód. – Żebyś się za bardzo nie forsowała, dopóki nie odzyskasz formy.

Cholera, aż tak źle wyglądam? Nadal trochę mnie mdli, ale ból głowy minął po łyknięciu jeszcze kilku tabletek. Najwyraźniej moje zmęczenie wciąż rzuca się w oczy.

Drew prowadzi mnie z boku budynku Beta do dużego hangaru, w którym parkuje kilka czarnych skuterów śnieżnych. Wsiada na stojący najbliżej, a potem gestem pokazuje, żebym usiadła za nim. Wspinam się niezdarnie i nawet przez moje watowane spodnie czuję, jak zimne jest siedzenie.

– Złap się mocno!

Kiedy zwiększa obroty silnika i rusza przez lód, chwytam się go kurczowo i oplatam rękami w pasie. Jest mi trochę niezręcznie, ale jedziemy z zawrotną prędkością i co i raz gwałtownie skręcamy, żeby ominąć liny, o których wcześniej wspominał Arne – te odchodzące łukiem od Alfy i Bety w stronę okolicznych budynków gospodarczych.

– Tutaj trzymamy awaryjny agregat! – krzyczy do tyłu Drew, kiedy mijamy największy z budynków. A potem wskazuje ogromne zbiorniki na paliwo pełne ropy i przejeżdża obok nich w kierunku mniejszego budynku położonego dalej.

Staram się opanować mój rosnący niepokój, kiedy mkniemy ku wielkiej białej przestrzeni, a Alfa i Beta coraz bardziej maleją za naszymi plecami. Boję się oddalać od naszego jedynego maleńkiego schronienia na tym zamarzniętym pustkowiu. Boję się, że już tu nie wrócę.

Nagle natrafiamy na koleinę w lodzie. Piszczę ze strachu i przywieram jeszcze bardziej do Drew.

– Wszystko okej?! – próbuje przekrzyczeć ryk silnika.

– Tak! – odpowiadam, choć jestem śmiertelnie przerażona. Jeśli spadnę, dostanę co najmniej wstrząśnienia mózgu albo złamię nogę. Zamykam oczy, starając się nie myśleć o tamtym wypadku, o tym nagłym uczuciu nieważkości, kiedy samochód wypadł z drogi i poszybował w powietrzu.

Nic ci nie grozi, Kate. On pewnie jeździł tym czymś już z tysiąc razy.

Chwilę później zatrzymujemy się przed małym budynkiem.

– To chatka meteorologiczna – wyjaśnia Drew, kiedy zsiadam ze skutera, na szczęście w jednym kawałku. – W zasadzie królestwo Sonyi.

Wchodzimy do środka. Po tym, jak zimne powietrze wysmagało mi twarz na skuterze, bez problemu przenikając przez szalik, który podciągnęłam sobie aż na nos, muszę stwierdzić, że jest tu zaskakująco ciepło. Niemal przytulnie, choć nie potrafię zlokalizować źródła ciepła. Stojąca w kącie kuchenka parafinowa nie pali się.

– Większość tych rzeczy jest na próbki śniegu i do pomiaru stężenia ozonu. – Drew macha ręką w kierunku ławki zawalonej dziwnym sprzętem i pojemnikami. – Ale Sonya przychodzi tutaj codziennie, żeby wypuścić balon.

– Balon?

– Taki z helem. Unosi w atmosferę urządzenia do pomiaru temperatury, wilgotności i tym podobnych, a potem przesyła te informacje do stacji z odległości około stu pięćdziesięciu kilometrów.

– Sonya przychodzi tutaj każdego dnia?

Myślę o tym, jak dzień w dzień mierzy się z tym surowym białym światem. Jak stawia mu czoło w pojedynkę, niezrażona jego ogromem i wrogością.

– No, w sumie tak – mówi Drew. – Odpuściła sobie tylko kilka dni, kiedy pogoda była naprawdę paskudna. Ale ona to lubi, nazywa to swoim codziennym spacerkiem.

Zdejmuję gogle i przecieram oczy, wyobrażając sobie Sonyę grubo okutaną, człapiącą taki kawał do tego schronu. Jestem pełna podziwu. Sama chyba nie miałabym tyle odwagi. Ani determinacji.

– Wszystko w porządku? – pyta Drew, przyglądając mi się badawczo.

– Chyba tak.

– Ja byłem kłębkiem nerwów. Gdy po raz pierwszy wybrałem się na lodowiec, dostałem ataku paniki.

– Serio? – Odwzajemniam jego spojrzenie i zastanawiam się, czy nie przesadza przez grzeczność.

– Serio, serio. Prawie zwymiotowałem, tak się bałem. Czasami tak to działa na człowieka… ta lodowa otchłań. To, jak bardzo jest złowroga – stwierdza, wyrażając tym samym moje myśli. – To miejsce wie, jak dać nam do zrozumienia, kto tutaj rządzi.

Ponownie myślę o Jean-Lucu. Nie mogę pozbyć się z głowy obrazu, jak umiera gdzieś tam, w swoim własnym lodowym świecie, ale opieram się pokusie, żeby zapytać Drew o tamten wypadek.

To nie jest właściwa pora ani miejsce.

Zaglądamy do chatki do badań atmosferycznych, w której Alice spędza większość czasu na zbieraniu próbek powietrza, a potem objeżdżamy pozostałe budynki wzniesione w celu przeprowadzania różnorodnych eksperymentów. Niektóre stoją opuszczone od wyjazdu większości letników, jak wyjaśnia mi Drew. Inne, włącznie z okrągłą jaskinią wydrążoną w lodzie od południowej strony stacji, są użytkowane przez cały rok.

Jedziemy dalej do Omegi, aluminiowej wieży, którą widziałam z samolotu.

– Najwyższa na Antarktydzie! – krzyczy do mnie Drew, klucząc między rozpiętymi linkami namiotowymi mocującymi tę konstrukcję do ziemi. – Wysoka na pięćdziesiąt metrów, oddalona o kilometr od Alfy. Mieści większość przyrządów meteorologicznych.

– Tutaj też Sonya musi codziennie przychodzić? – Nie daj Boże.

Drew kręci głową.

– Tylko raz w tygodniu. Ale wtedy przyjeżdża skuterem.

Zwalnia do żółwiego tempa i przenosi wzrok na wieżę, a potem na mnie.

– Chcesz zobaczyć, jaki jest widok ze szczytu? Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą uprzęże i sprzęt wspinaczkowy.

Spoglądam w górę. Patrzę na niebo widoczne pomiędzy oblodzonymi dźwigarami – jest tak intensywnie niebieskie, że wydaje się niemal czarne.

– Może kiedy indziej. Nie jestem jeszcze pewna, czy mój żołądek to wytrzyma.

– To chyba mądra decyzja – przyznaje mi rację. – Widok jest wspaniały, ale tam na górze bywa dość nieprzyjemnie, zwłaszcza przy wietrze. Nie polecam, jeśli nie czujesz się najlepiej.

Udajemy się więc w przeciwnym kierunku, ku rzędowi wielkich kopułowych namiotów majaczących na horyzoncie. Teraz naprawdę jest mi zimno – mroźne powietrze przenika przez grube puchowe warstwy ubrania, sprawiając, że palce u rąk i stóp pulsują boleśnie.

– Co to? – pytam Drew, kiedy mijamy małą kopułkę pośrodku lodu.

– Igloo! – krzyczy Drew, przejeżdżając z rykiem obok. – Jacyś kolesie zbudowali je kilka lat temu!

– Po co?

– Właściwie po nic. – Śmieje się. – Stoi puste. Paru śmiałków z grupy letniej raz tam nocowało, w ramach wyzwania.

Wzdrygam się na tę myśl – nawet latem temperatura spada tu sporo poniżej zera.

Jeszcze chwila podskakiwania na lodowych wybojach i wreszcie Drew zwalnia obok namiotów oddalonych o jakieś pół kilometra od głównej stacji.

– Witamy w Gammie – oświadcza. – Czyli naszej letniej bazie. Ma własne zaopatrzenie w wodę i łącze internetowe. Są nawet sanitariaty i ekspres do kawy.

– Ile osób zwykle tutaj mieszka?

– Ze trzydzieści. Czasami bywa naprawdę tłoczno. To również nasze oficjalne miejsce ewakuacyjne w razie jakiejś awarii w Alfie lub Becie. Chcesz się rozejrzeć?

Zatrzymuje się przed wejściem i wchodzi do środka, a ja za nim. Teraz, kiedy ta garstka letników, która została, przeniosła się do głównego budynku, nie ma tu zbytnio czego oglądać – ot, rzędy piętrowych łóżek upakowanych zaskakująco blisko siebie, dwie niewielkie łazienki i maciupeńka kuchnia. Przy tym wszystkim moja mała klaustrofobiczna kabina to istny luksus.

– Dasz mi dziesięć minut? – pyta Drew. – Muszę sprawdzić jeden ze wsporników.

Nagle zalewa mnie kolejna fala mdłości. Oddycham głęboko. Jezu, żebym się tylko nie porzygała. Nie przy Drew.

– Właściwie to chyba wrócę pieszo – mówię pośpiesznie. – Muszę się trochę rozgrzać.

– Jesteś pewna? – Drew marszczy brwi, wyraźnie powątpiewając, czy to dobry pomysł.

– Stacja nie jest tak daleko. I chętnie rozprostuję nogi.

– Okej, ale weź ze sobą walkie-talkie – nalega, podając mi krótkofalówkę. – W razie jakichkolwiek problemów połącz się z bazą. Widzimy się w Alfie.

Chowam urządzenie do kieszeni kurtki, po czym wychodzę z namiotu i ruszam w kierunku głównego budynku. Jednak już po kilku sekundach dostaję zadyszki.