Wydawca: Akurat Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Mroczne zakamarki ebook

Kara Thomas

3.66666666666667 (3)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 410 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczne zakamarki - Kara Thomas

W Fayette, prowincjonalnym miasteczku w Pensylwanii, na każdym kroku czają się ponure tajemnice. Tessa, która wyjechała stąd w dzieciństwie, cały czas starała się nie myśleć o tym, co wydarzyło się tamtej letniej nocy. Tak mroczne przeżycia mogą zostawić w pamięci niezatarty ślad, jeśli tylko im się na to pozwoli.

Callie, jej przyjaciółka, została w Fayette. Przeprowadziła się do innego domu, więc nie musi codziennie patrzeć na te same ściany, ale Callie zawsze była tą silniejszą. Dlatego potrafi stawiać czoła demonom i ma nadzieję, że pewnego dnia znikną na dobre, jeśli będzie ostro imprezowała.

Jako dziewczynka Tessa nigdy nie rozmawiała ze swoją przyjaciółką o tym, co wtedy widziały. Nie przed procesem, w którym obie zeznawały. Ani tym bardziej potem. Po procesie Callie zamknęła się w sobie, a Tessa wyjechała, co tylko sprawiło, że przyjaciółki całkowicie straciły ze sobą kontakt.

Ale od wyjazdu Tessę nurtują pytania. Pewne rzeczy nieustannie budziły jej podejrzenia. A teraz musi wrócić do Fayette – tam, gdzie Wyatt Stokes czeka w celi śmierci na proces apelacyjny, gdzie przed laty zginęła Lori Cawley, kuzynka jej przyjaciółki, i gdzie ukrywa się ktoś, kto może znać prawdę.

Opinie o ebooku Mroczne zakamarki - Kara Thomas

Fragment ebooka Mroczne zakamarki - Kara Thomas

Tytuł oryginału: Darkest Corners

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Elżbieta Steglińska

Copyright © 2016 by Kara Thomas

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2017

© for the Polish translation by Radosław Madejski

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Aleshyn_Andrei/Sutterstock

© ehrlif/Shutterstock

ISBN 978-83-287-0624-8

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2017

FRAGMENT

Rozdział pierwszy

Jeśli nie wiesz, jak wygląda piekło, wyobraź sobie dwugodzinną przerwę w oczekiwaniu na samolot w Atlancie.

Kobieta po prawej przygląda mi się, odkąd usiadłam. Jest jedną z tych osób, dla których sam fakt, że oddychasz, jest zaproszeniem do rozpoczęcia rozmowy.

Tylko nie patrz jej w oczy, powtarzam sobie w myślach, nie odrywając wzroku od mojego iPada. Nie rozstaję się z nim ani na chwilę, chociaż jest to model, którego Apple nie produkuje już od siedmiu lat, i ma pęknięty wyświetlacz.

Kręci mnie w nosie. Kobieta na fotelu obok porusza się niespokojnie. Zero kontaktu wzrokowego, myślę. I żebym tylko…

Wtedy kicham. Szlag by to trafił.

– Na zdrowie, złociutka! Ale upał, co? – zagaduje kobieta i wachluje się kartą pokładową.

Przypomina mi moją babcię. Jest stara i wygląda na jedną z tych, co wolą raczej przesiadywać w przychodni, niż chodzić do klubu na bingo. Dziękuję jej zdawkowym kiwnięciem głowy, a wtedy ona się uśmiecha i przysuwa bliżej. Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądam w jej oczach. Tłuste włosy spięte w kok. Czarne spodnie i czarna bluzka – wciąż mam na sobie uniform kelnerki z Chili’s. Ściskam nogami stojący na podłodze plecak i chyba sprawiam wrażenie, jakbym potrzebowała matczynej opieki.

– Skąd jesteś?

Dziwne pytanie jak na lotniskową poczekalnię. W takich miejscach ludzie zazwyczaj wypytują się nawzajem o cel podróży.

Przełykam ślinę, żeby zwilżyć gardło.

– Z Florydy.

Kobieta nadal się wachluje, roztaczając wokół woń potu i pudru.

– Och, z Florydy. Cudownie.

Niezupełnie, myślę. Ludzie przeprowadzają się tam, żeby wyzionąć ducha.

– Są gorsze miejsca – odpowiadam.

Wiem o tym doskonale, bo właśnie wybieram się do jednego z nich.

Wiedziałam, że ktoś umarł, kiedy tylko kierowniczka zawołała mnie do telefonu. W drodze z kuchni do jej biura myślałam, że to babcia. Ale kiedy usłyszałam jej głos na drugim końcu linii, miałam wrażenie, że unoszę się na fali ulgi.

– Tesso, twój ojciec… – powiedziała.

Rak trzustki, wyjaśniła. To było ostatnie stadium, ale nawet gdyby więzienni lekarze wykryli go wcześniej, nic by to nie dało. Minęły trzy dni, zanim naczelnik więzienia zdołał mnie znaleźć. Jakiś klawisz zadzwonił do domu mojej babci na koszt abonenta, kiedy byłam w drodze do pracy. Ojciec mógł nie przeżyć tej nocy, więc babcia przyjechała po mnie do Chili’s. Przygotowała nawet mój plecak, który leżał teraz na fotelu pasażera. Chciała lecieć ze mną, ale nie było czasu na wizytę u kardiologa, który powinien wyrazić zgodę na jej podróż samolotem. Zresztą obie wiedziałyśmy, że zakup drugiego biletu byłby marnotrawstwem.

Glenn Lowell nie jest jej synem. W życiu nawet nie widziała go na oczy.

Bilet do Pittsburgha kupiłam na lotnisku. W kasie kosztował dwieście dolarów więcej, niż gdybym go zarezerwowała z wyprzedzeniem. Niewiele brakowało, a machnęłabym na to wszystko ręką. Jesienią za te dwie stówy kupiłabym sobie książki.

Pewnie się zastanawiacie, kto skazałby swojego ojca na samotność w ostatnich chwilach życia, żeby zaoszczędzić dwieście dolarów. Ale mój ojciec postrzelił i omal nie zabił sklepikarza z powodu dużo mniejszej kwoty i kartonu papierosów. Więc to nie tak, że nie chcę się z nim pożegnać. Po prostu rzecz w tym, że dla mnie ojciec umarł już dziesięć lat temu, kiedy sąd skazał go na dożywocie.

Rozdział drugi

Maggie Greenwood czeka na mnie w hali przylotów. Od czasu kiedy widziałam ją ostatnio, przytyła parę kilo, a jej włosy stały się jaśniejsze o kilka odcieni.

To było dziewięć lat temu. Wolę nawet nie myśleć, jak mało się zmieniło przez ten czas. Greenwoodowie znów przygarniają mnie jak bezdomnego kota, tylko że tym razem nie jestem tak wychudzona. Teraz już nie byłoby mi tak łatwo wbić się w obcisłe dżinsy. Chyba wszystkie te obiadki w Chili’s zrobiły swoje.

– Och, kochanie. – Maggie obejmuje mnie jedną ręką i przyciąga do siebie.

Wzdrygam się, ale przezwyciężam opór i moje dłonie stykają się za jej plecami. Maggie chwyta mnie za ramiona i prezentuje jedną ze swoich najsmutniejszych min, ale nie może powstrzymać uśmiechu, który rozlewa się po jej twarzy. Próbuję spojrzeć na siebie jej oczyma. Już nie jestem tamtą kościstą i ponurą dziewczynką z włosami do pasa.

Matka nigdy nie obcinała mi włosów, ale teraz noszę nie dłuższe niż do ramion.

– Cześć, Maggie – mówię.

Kładzie mi dłoń na plecach i prowadzi na parking.

– Callie chciała przyjechać tu ze mną, ale musiała wcześniej się położyć.

Kiwam głową i mam nadzieję, że Maggie nie czuje, jak mój żołądek się kurczy na dźwięk imienia jej córki.

– Jutro rano ma konkurs gimnastyczny – dodaje.

Zastanawiam się, kogo próbuje przekonać. Wiem, że to wszystko mydlenie oczu i Callie nie ruszyłaby się z domu, nawet gdyby ją namawiała.

– A więc nadal się tym zajmuje?

Tak naprawdę myślę: A więc ludzie wciąż wywijają drążkami i nazywają to sportem, tak? Ale nie chcę być nieuprzejma.

– Och, tak. Dostała stypendium. – Maggie szczerzy zęby w uśmiechu, który prawie przepoławia jej twarz. – Na uniwersytecie w East Stroudsburg. Studiuje gimnastykę artystyczną.

Oczywiście wiem to wszystko. Wiem, z kim Callie nadal się przyjaźni (głównie z Sabriną Hayes) i co jadła na śniadanie w zeszłym tygodniu (muffinki cynamonowe ze sklepiku Jima), jak bardzo chce się wyrwać z Fayette (pięć tysięcy mieszkańców) i że imprezuje tak ostro jak żaden z pierwszoroczniaków. Chociaż nie rozmawiałam z nią od dziewięciu lat, wiem prawie wszystko, co można wiedzieć o Callie Greenwood. Wszystko oprócz jednej rzeczy, która nie daje mi spokoju.

Czy jeszcze zdarza się jej o tym myśleć?

– Twoja babcia mówiła, że zdecydowałaś się na Tampę, tak?

Przytakuję i opieram głowę o szybę.

Kiedy powiedziałam babci, że zdałam na uniwersytet w Tampie, poradziła mi, żebym naprawdę poważnie się zastanowiła nad studiami w mieście. Bo miasto, powiedziała, przeżuje cię i wypluje.

Maggie skręca w stronę zjazdu do Fayette, a ja myślę tylko o tym, że wolałabym raczej zostać przeżuta i wypluta niż połknięta w całości.

Maggie zatrzymuje się przed białym piętrowym domkiem, który w moich wspomnieniach z dzieciństwa wydawał się dwa razy większy. Zatrzaskujemy drzwi minivana i psy za płotem sąsiadów zaczynają wściekle ujadać. Dochodzi pierwsza w nocy. Za kilka godzin Rick, mąż Maggie, wstanie do pracy i pojedzie rozwozić chleb. Ogarniają mnie wyrzuty sumienia, kiedy się zastanawiam, czy już śpi, czy może czeka, dopóki Maggie nie wróci bezpiecznie do domu. Bo takim mężem jest Rick.

Za to mój ojciec był takim mężem, na którego matka musiała czekać, odchodząc od zmysłów, a on wracał w środku nocy chwiejnym krokiem i cuchnął whisky.

Psy cichną, kiedy wchodzimy na ganek, jakby już zmęczyły się szczekaniem. Każda dzielnica w tym miasteczku wyraża własne emocje. Okolica, w której mieszkają Greenwoodowie, emanuje zmęczeniem. Pełno tam rodzin robotniczych, które wstają skoro świt i przez siedem dni w tygodniu wspólnie zasiadają do kolacji, choćby padali ze zmęczenia.

A mnie moja stara dzielnica kojarzy się z gniewem. Niszczejące domy stoją upchnięte tak blisko siebie, że można zajrzeć sąsiadowi do kuchni. Wyobrażam sobie rozsierdzonych starych ludzi, którzy siedzą na gankach i narzekają na spółkę telekomunikacyjną, na demokratów albo na opóźnienia w wypłacie emerytury.

Greenwoodowie mieszkali kiedyś z nami po sąsiedzku. Przeprowadzili się rok przed tym, jak wyjechałam do babci, więc nie mogłam już wpadać po sąsiedzku do Callie, z którą bawiłam się od szóstego roku życia.

Maggie otwiera frontowe drzwi i kiedy w nozdrza uderza mnie ten zapach, od razu wyczuwam różnicę. Mam ochotę ją spytać, czy tęskni za starym domem tak samo jak ja. Ale oczywiście nie tęskni. A zważywszy na to, co wydarzyło się w tamtym domu, takie pytanie byłoby zdecydowanie nie na miejscu.

– Jesteś głodna? – pyta Maggie, zamykając drzwi i przekręcając zamek. – Wiem, że w samolotach nie dają już teraz nic do jedzenia. Zostało nam trochę lazanie.

Kręcę głową.

– Jestem… naprawdę wykończona.

Maggie robi minę pełną współczucia i zauważam na jej twarzy bruzdy, których nie było dziewięć lat temu. Prawdopodobnie myśli, że skoro przyjechałam do umierającego ojca, muszę czuć się zdruzgotana. Tessa, którą zapamiętała, byłaby zdruzgotana. Rozpaczałaby wniebogłosy za tatusiem jak tamtego dnia, kiedy gliniarze wyłamali drzwi i wywlekli go z domu w kajdankach. Ale dziś myślę tylko o tym, żeby nie ociągał się z tym swoim umieraniem, bo chcę wracać do domu. Maggie nawet nie wie, że tamtą Tessę zastąpił bezduszny potwór.

– Oczywiście – mówi, ściskając moje ramię. – Zaraz się położysz.

Kiedy wreszcie zasypiam, właśnie wschodzi słońce.

Marzę o prysznicu, ale nie wiem, gdzie Greenwoodowie trzymają ręczniki. W starym domu mieli w łazience bieliźniarkę. Zamiast zejść na dół i zapytać o to Maggie, ochlapuję tylko twarz wodą i wycieram się małym ręcznikiem wiszącym przy umywalce.

Mam opory przed proszeniem ludzi o różne rzeczy. Jestem taka, odkąd pamiętam, ale myślę, że nasiliło się to, kiedy babcia zabrała mnie na Florydę. Zanim urządziła mi pokój w swoim gabinecie, spałam na rozkładanym łóżku. W oknach nie było żaluzji, więc co rano o szóstej budziły mnie promienie słońca i potem nie mogłam już zasnąć. Zaczęłam sypiać pod łóżkiem, bo tam nie docierało światło. Babcia odkryła to dopiero po miesiącu. Teraz mam już żaluzje, ale czasami, kiedy nie mogę zasnąć, wpełzam pod łóżko i gapię się na sprężyny, jakbym oglądała rozgwieżdżone niebo.

Tej nocy nawet nie próbowałam zasypiać. W szafce pod umywalką znajduję butelkę listerine i płuczę usta. Nawet nie zawracam sobie głowy układaniem włosów, których nie rozpuściłam, kładąc się do łóżka. Bo i po co? I tak nie wierzę, żebym wyglądała gorzej od ojca.

Kiedy schodzę na dół, w kuchni bulgocze ekspres do kawy, a Maggie przyrządza grzanki.

– Z mlekiem czy ze śmietanką? – pyta, wskazując na kubek, który dla mnie przygotowała.

Nie mam serca, żeby jej powiedzieć, że nie znoszę kawy. Wzruszam ramionami.

– Obojętnie.

Maggie przechyla patelnię i obraca przypieczoną kromkę.

– Próbowałam obudzić Callie, ale nie czuje się najlepiej.

Siadam przy kuchennym stole. Słyszałam, jak Callie ukradkiem weszła do domu o trzeciej. Idę o zakład, że nie dolega jej nic innego jak kac. Odkąd zaczęła studia, prawie do każdego zdjęcia na swoim facebookowym profilu pozuje, trzymając czerwony plastikowy kubek z drinkiem.

– Zawaliła konkurs. – Maggie marszczy czoło i przykręca palnik kuchenki. – Ale doszłam do wniosku, że pozwolę jej się trochę poobijać. W końcu są wakacje.

Naprężam się cała, kiedy uświadamiam sobie, że skoro Callie zostanie w domu, nie będzie mogła mnie unikać przez cały dzień. Zwłaszcza że jej matka nie zamierza się wtrącać.

Po przeprowadzce na Florydę przez tydzień dzwoniłam do niej codziennie. Za każdym razem odbierała Maggie. Callie albo była na treningu, albo jeździła na rowerze z Ariel Kouchinsky, albo odrabiała lekcje. Z każdym dniem głos Maggie stawał się coraz bardziej zdesperowany i pełen skruchy. Nie chciała, żebym sobie odpuściła.

Z czasem moje próby nawiązania kontaktu ograniczyły się do jednej tygodniowo, potem dzwoniłam już tylko raz w miesiącu, aż w końcu przestałam w ogóle.

W ciągu ostatniego roku Maggie zadzwoniła do mnie, żeby złożyć mi życzenia urodzinowe, i wysłała kartkę na Boże Narodzenie. Ani razu nie wspomniała o swojej córce.

Trzy lata temu natknęłam się na Callie w miejscu, w którym najmniej bym się jej spodziewała – na forum internetowym poświęconym procesowi „Potwora znad Rzeki Ohio”. Zamieściła tylko jeden wpis, tylko dwie linijki, w którym kazała wszystkim się zamknąć. Nie macie pojęcia o tej sprawie, pisała, bo jesteście bandą niedoszłych adwokatów, którzy urzędują u mamusi w piwnicy. Skwitowała wszystko słowami: „Mordercą jest Wyatt Stokes”, a potem nie odezwała się już ani razu, żeby obronić swoje zdanie przed całą masą ludzi, którzy domagali się dowodów.

Wiedziałam, że to Callie, bo użyła tego samego loginu, jakiego używała przy każdej okazji, odkąd skończyłyśmy dziesięć lat – twirlygirly23. Założyłam konto i wysłałam do niej wiadomość: „To ja, Tessa. Też to czytałam”. Nie doczekałam się odpowiedzi.

Tak czy inaczej, teraz na pewno nie jest zachwycona, że wróciłam, żeby przypomnieć jej najgorsze lato w naszym życiu.

Maggie przechyla patelnię i grzanka z plaśnięciem spada na mój talerz. Unoszę głowę i odwzajemniam jej blady uśmiech.

Za dnia Fayette wygląda jeszcze gorzej. Gorzej niż w moich wspomnieniach. Maggie zajeżdża do Quick Mart przy Main Street, żeby zatankować. Połowa witryn w galerii handlowej jest zasłonięta płytami wiórowymi albo w drzwiach wiszą tabliczki z napisem Zamknięte, które od dawna pokrywają się kurzem.

Znaczna część Fayette podupadła na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy zamknięto tutejsze zakłady metalurgiczne. Jeszcze przed moimi narodzinami ojciec pracował w walcowni w sąsiednim miasteczku. Teraz Fayette sprawia wrażenie, jakby ze wszystkich sił starało się utrzymać przy życiu. Przypuszczalnie dlatego, że wszyscy tutaj są piekielnie uparci. Nikt nie pozwoli, żeby splajtował sklepik Jima czy zakład krawiecki Paula. Ci, którzy tu zostali, ani myślą się wynosić, ale ich dzieci przy odrobinie szczęścia długo nie zagrzeją tu miejsca.

Dojazd do więzienia zajmuje nam pół godziny. Moja noga cały czas podryguje nerwowo i uświadamiam to sobie, dopiero kiedy Maggie zatrzymuje samochód i kładzie rękę na moim kolanie.

– Kochanie, jesteś pewna, że tego chcesz?

Oczywiście, że nie chcę.

– Wszystko w porządku – odpowiadam. – Nie zabawimy tu długo.

Maggie opuszcza osłonę przeciwsłoneczną z lusterkiem i nakłada na usta świeżą warstwę różowej szminki. Wykrzywia w uśmiechu zaciśnięte wargi i krocząc ramię w ramię, dochodzimy do bramy. Obejmuje mnie i nie cofa ręki, chociaż czuje, jak moje mięśnie się naprężają.

Babcia nie jest wylewna. Od lat co wieczór zatrzymuję się w korytarzu pod drzwiami salonu i przyglądam się jej, jak rozwiązuje krzyżówki, mamrocząc coś pod nosem. Stoję tam i czekam jak politowania godna żebraczka spragniona odrobiny uczucia, dopóki ona w końcu nie spojrzy na mnie. No to dobranoc, mała, mówi, kiwając głową. I to wszystko.

Ostatnio robi mi się nieswojo, kiedy ktoś mnie dotyka. Maggie zdaje się nie zauważać, że sięgając do torebki, z której wyciągam komórkę, tak naprawdę uciekam się do fortelu, żeby się od niej uwolnić.

– Prawdopodobnie każą ci to zostawić przy wejściu – mówi, wskazując głową na telefon. – A mnie… chyba tam z tobą nie wpuszczą.

Czuję w ustach gorzki posmak kawy i przełykam ślinę. Domyślam się, że powinnam w tej chwili posmutnieć przytłoczona ciężarem wspomnień. Zamiast tego rozpiera mnie ciekawość. Zastanawiam się, jak on teraz wygląda, czy ma zapadnięte policzki, a jego skóra stała się cienka jak pergamin. Pamiętam, że zawsze był okazem zdrowia. Nigdy nie chodziliśmy do lekarza – matka za nimi nie przepadała, a ojciec twierdził, że nie ma takiej choroby, której nie dałoby się wyleczyć szklaneczką whisky.

W milczeniu podążam za Maggie, która prowadzi mnie do stanowiska wartowniczego. Zza szyby spogląda na nas kobieta w szarym mundurze.

– Jesteście na liście odwiedzających? – pyta ze wzrokiem wlepionym w monitor komputera.

– Wczoraj rozmawiałam z kierownikiem ambulatorium. – Maggie cedzi słowa przez ściśnięte gardło.

– Z kim chcecie się widzieć?

– Z Glennem Lowellem – odzywam się ochrypłym głosem.

Strażniczka unosi wzrok i wpuszcza nas do środka.

– Glenn Lowell zmarł dziś rano – oświadcza.

Maggie zaciska mocno szczęki.

– Jak to możliwe?

– Ludzie chorują i umierają – odpowiada strażniczka z kamienną twarzą, ale kiedy spogląda na mnie, dostrzegam w jej oczach współczucie. Odkłada długopis na biurko. – Pogorszyło mu się w nocy. Przykro mi.

– Czemu, do jasnej cholery, nikt nas nie zawiadomił? To jest jego córka.

Z każdym słowem głos Maggie przybiera na sile. Ludzie, którzy czekają na ławce za naszymi plecami, odrywają wzrok od swoich gazet. Błądząc nerwowo po nogawce dżinsów, mój palec wymacuje na udzie maleńką dziurkę, która zaczyna się strzępić.

– Jego córka ma prawo go zobaczyć – dodaje Maggie. – Kto jest pani przełożonym?

Strażniczka krzyżuje ręce na piersi. Na jej plakietce widnieje imię „Wanda”.

– Rozumiem pani zdenerwowanie, ale córka Glenna Lowella była tutaj wczoraj wieczorem. Nie uprzedzono mnie, że miał dwie córki.

Nogi uginają się pode mną.

– Chwileczkę. Ona tutaj była?

Czuję, jak stojąca obok Maggie cała tężeje. Strażniczka bez słowa przewraca kartkę w leżącej przed nią na blacie książce odwiedzin, a potem podaje mi ją przez szczelinę pod szklaną taflą. Ręce mi się trzęsą, kiedy przeglądam nazwiska w tabeli.

– Nie ma jej tu – mówię w końcu i chcę odepchnąć książkę z powrotem, ale Wanda powstrzymuje mnie gestem.

– Wczoraj o osiemnastej trzydzieści pięć. Sama ją wpuszczałam.

Jeszcze raz przesuwam wzrokiem w dół strony i zatrzymuję się na Brandy Butler. Rozpoznaję charakter pisma mojej siostry Joslin. Odruchowo podkurczam palce u stóp. Wiem, że to ona. Zawsze nabijałam się z tego jej przesadnie pochyłego „E”, które wyglądało tak, jakby litera miała się przewrócić i zaryć nosem w ziemię.

Maggie nadyma się i wszczyna kłótnię ze strażniczką, żądając spotkania z naczelnikiem więzienia.

– Glenn Lowell nie miał córki, która nazywa się Brandy Butler – oświadcza kategorycznym tonem.

– To ona – wchodzę jej w słowo, a kiedy wlepia we mnie wzrok, dodaję: – To jest pismo Jos.

Maggie z niedowierzaniem rozdziawia usta, ale na jej twarzy dostrzegam coś jeszcze. Litość. Zaczynam mieć już tego serdecznie dosyć.

– Chodźmy stąd – mówię. – On i tak nie żyje, więc możemy wracać, co?

Moja noga znów zaczyna nerwowo podrygiwać. Maggie waha się przez chwilę. Patrzy na strażniczkę, jakby chciała powiedzieć, że wyciągnie stosowne konsekwencje, a potem chwyta mnie za rękę.

Rozlega się brzęczenie zamka magnetycznego. W otwartych drzwiach obok wartowni pojawia się strażnik z podkładką do pisania w ręku i nie odrywając od niej wzroku, wykrzykuje nazwisko z listy:

– Edwards!

Z ławki w poczekalni wstaje mężczyzna w garniturze. Jest oszołomiony jak uczeń, którego w połowie lekcji wezwano do gabinetu dyrektora.

– Pański klient już czeka – mówi strażnik.

Edwards przechodzi obok, niosąc pod pachą kartonową teczkę na dokumenty. Chociaż nie wie, kim jesteśmy, uprzejmie kiwa głową w naszą stronę.

Maggie ściska w dłoni moją rękę i już wiem, że też go rozpoznała. Może z filmu dokumentalnego o serii morderstw, Prawdziwe oblicze potwora, o ile zmusiła się do jego obejrzenia. A może śledzi postępowanie apelacyjne Stokesa. Może czuje taką powinność, bo ostatnią z jego ofiar była jej siostrzenica. Tak czy inaczej, udziela mi się jej zdenerwowanie i wiem, że obie widzimy dokładnie to samo – adwokata, który przez ostatnie dziesięć lat usiłuje doprowadzić do ponownego procesu Wyatta Stokesa.

Wyatta Stokesa, „Potwora znad Rzeki Ohio”, który siedzi w celi śmierci, bo Callie i ja sprawiłyśmy, że się tam znalazł.

Rozdział trzeci

– Wychodzimy stąd, Tesso – rzuca Maggie takim tonem, jakbym to ja się ociągała.

Puszcza moją rękę i rusza w stronę wyjścia, a ja podążam za nią.

Drzwi, za którymi zostawiamy więzienny mrok, zatrzaskują się z metalicznym łoskotem. Oślepiają mnie promienie słońca.

Maggie ma taką samą minę jak tamtego dnia przed sądem, kiedy Stokes został skazany na śmierć – jakby przytłoczyła ją cała ciemność wszechświata. Nie byłam na ogłoszeniu wyroku, ale razem z Joslin i mamą siedziałam przed telewizorem w salonie i oglądałam relację w lokalnych wiadomościach.

Kiedy Maggie i Bonnie Cawley, matka Lori, wychodziły z sądu po rozprawie, jeden z operatorów, który czekał na schodach przed gmachem, skierował obiektyw w ich stronę. Nie mogłam pojąć, dlaczego Maggie nie promienieje ze szczęścia. Przecież Stokes został skazany na śmierć, na co wszyscy liczyli. Nie chciała rozmawiać z reporterami, za to Bonnie, zwracając się prosto do kamery, oznajmiła, że na egzekucji Stokesa będzie siedziała w pierwszym rzędzie.

Słyszałam, jak Maggie tłumaczy swojej córce, że ciocia Bonnie zmieniła się po śmierci Lori. Kiedy wkrótce po aresztowaniu Stokes został przewieziony do sądu na pierwsze przesłuchanie, Bonnie czekała tam na niego, żeby patrząc mu w oczy, nazwać go szatańskim pomiotem. Tak bardzo nienawidziła człowieka, który zamordował jej córkę, że nie była w stanie normalnie funkcjonować, dopóki nie dowiedziała się, że został skazany na karę śmierci.

Ale gdy teraz patrzę na Maggie, uświadamiam sobie, że nie można zasiać nienawiści w czyimś sercu, odbierając mu kogoś bliskiego. Albo nosimy w sobie to uczucie, albo nie – ono jest jak komórki rakowe, które ukrywają się w ciele, czekając na sprzyjający moment, żeby się rozwinąć.

Aż do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, że mam w sobie tyle nienawiści. Ale nie do Wyatta Stokesa, który zamienił nasze życie w pasmo strachu. Ani do ojca, chociaż mogłabym go znienawidzić za to, że trafił do więzienia, a jeszcze bardziej za to, że nie zaczekał tych paru godzin, chociaż wiedział, że przyjechałam się pożegnać.

To nienawiść do mojej siostry. Mojej jedynej siostry, która pozwalała mi spać w swoim łóżku, kiedy co wieczór wtulałam się w nią jak mała małpka, i całowała moje opuchnięte od płaczu powieki. Mojej siostry, która opiekowała się mną, kiedy ojciec poszedł do więzienia, a matka na naszych oczach stawała się wrakiem człowieka. Mojej siostry, która obiecywała, że nigdy mnie nie opuści, a dwa dni po moich dziewiątych urodzinach uciekła z domu i już więcej się nie pokazała.

Tylko że teraz wróciła. Ale nie do mnie.

I tak nie wyprawiłabym ojcu pogrzebu, nawet gdyby nie pospieszył się tak z tym umieraniem. Nie mam na to pieniędzy, zresztą nie wyobrażam sobie, kto mógłby się zjawić na nabożeństwie żałobnym w więziennej kaplicy. Wanda? Inni osadzeni? To przygnębiające. Wszyscy ci, na których mu zależało – a było takich naprawdę niewielu – już dawno nie żyją. Dlatego zabukowałam bilet powrotny do Orlando na pojutrze rano.

Ale to było jeszcze, zanim się dowiedziałam, że moja siostra tu jest. A raczej była. Bo któż wie, gdzie może być teraz? Minęło dwanaście godzin i mogła już dawno wynieść się w cholerę z Pensylwanii.

Bez przerwy zachodzę w głowę, skąd wiedziała, że ojciec umiera. Nie była nawet jego córką. Nasza matka porzuciła jej biologicznego ojca, kiedy Joslin miała dwa lata, i wiedziałyśmy o nim tylko tyle, że mieszkał w Luizjanie. Nie byli małżeństwem. Nigdy nie miałam śmiałości zapytać, czy blizna na podbródku mojej siostry ma coś wspólnego z ich rozstaniem.

Jos nazywała Glenna Lowella tatusiem, a w naszym domu nigdy nie wspominało się o tamtym człowieku z Luizjany. Mój ojciec nazywał nas obie swoimi dziewczynkami i Joslin płakała tak samo jak ja, kiedy został skazany za napad rabunkowy z bronią w ręku i usiłowanie zabójstwa.

Wątpię, aby dowiedziała się o jego chorobie od naszej matki, bo matka nie odzywa się do mnie od dziewięciu lat. Babcia nie ma z nią kontaktu prawie trzy razy dłużej. Byłabym skłonna przypuszczać, że to Maggie ją zawiadomiła. Zawsze łączyła ją z ludźmi niemal mistyczna więź, dzięki której potrafiła przejrzeć ich intencje. Ale Maggie była tak samo zaskoczona jak ja, dowiedziawszy się, że Joslin zjawiła się w więzieniu wczoraj wieczorem. Zresztą nigdy nie przepadała za moją siostrą.

Odkąd pamiętam, mówiła o niej „ta cała twoja siostra”, z dezaprobatą odwracając wzrok, chociaż jej córka przyjaźniła się ze mną od przedszkola. Kiedy Callie i ja miałyśmy po osiem lat, w czerwcu przyjechała do Fayette Lori Cawley, żeby spędzić lato u Greenwoodów. Jos miała po wakacjach iść do ostatniej klasy liceum, a Lori właśnie ukończyła pierwszy rok college’u w Filadelfii. Maggie próbowała poznać swoją siostrzenicę z jej rówieśniczkami, ale Lori poznała Jos, która kiedyś mnie odprowadziła, i wtedy się zaczęło. Joslin i Lori zabierały mnie i Callie na kąpielisko prawie codziennie, kiedy tylko moja siostra nie szła do pracy. Pochylały głowy nad „Cosmopolitan” i rozmawiały o rzeczach, które robiły z chłopakami, a jeżeli je podsłuchiwałyśmy, płaciły nam za milczenie ogromnymi porcjami lodów.

To było pierwsze lato, kiedy mama pozwoliła mi zostać na noc w domu przyjaciółki. Wieczorem Callie i ja dwa razy obejrzałyśmy Mulan na wideo, bo nie chciałyśmy iść spać. Miałyśmy usta lepkie od słodyczy i bawiłam się tak świetnie, że leżąc w łóżku, nawet nie tęskniłam za moją siostrą, tak jak w te noce, kiedy zostawiała mnie samą i wymykała się na spotkania ze swoim chłopakiem Dannym.

Ostatni raz spałam u Greenwoodów tej nocy, kiedy zaginęła Lori Cawley. W Fayette krążyły plotki o seryjnym mordercy, który porywał dziewczyny czekające na stopa przy autostradzie międzystanowej I-70. W ciągu poprzednich dwóch lat znaleziono ciała trzech ofiar. Wszystkie były na gigancie i ćpały. Panienki z szemranego towarzystwa.

Takie panienki jak Lori nie miały się czego obawiać. W Fayette były bezpieczne, bo „Potwór” krążył po obrzeżach miasta, gdzie polował na kolejną zdesperowaną dziewczynę, która zechce wsiąść do jego samochodu. Tak wszyscy myśleli, dopóki dzień po zaginięciu Lori policja nie znalazła jej ciała w lesie przy autostradzie.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz