Mroczne szepty - Joanne MacGregor - ebook
Opis

Wstrząsający thriller medyczny, inspirowany prawdziwymi zdarzeniami

Pomiędzy znieczuleniem a przebudzeniem są jeszcze Mroczne szepty

Gdy pod wpływem hipnozy pacjentka wyjawia psychoterapeutce, Megan Wright, że jest ofiarą molestowania i psychicznych tortur ze strony ginekologa, ta postanawia zbadać sprawę. Zdeterminowana, lecz zobowiązana tajemnicą lekarską, będzie musiała stawić czoła niebezpieczeństwu i podjąć walkę ze zdeprawowanym mężczyzną. Czy uda jej się położyć kres bezwzględnym praktykom i ocalić inne kobiety?

__

O autorce

Joanne MacGregor – amerykańska pisarka kryminałów książek dla młodzieży, którą fanki pokochały niezwykły styl i poruszanie w swoich powieściach trudnych i niewygodnych tematów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Słowa mają magiczną moc. Mogą dać nam wielkie szczęście lub najgłębszy smutek.

– Zygmunt Freud

Informacja

Słowniczek wyrazów i zwrotów południowoafrykańskich znajduje się na końcu książki!

1. IDEALNIE

Takie lubi najbardziej, ułożone w białych kitlach na stołach z nierdzewnej stali. Czyste i bez ruchu, odarte z modnych piórek i przygotowane specjalnie dla niego; jak piersi z kurczaka czekające na desce do krojenia. Łatwo jest dostrzec ich niedoskonałości, asymetrie i skazy.

Powód, dla którego im się wydaje, że się tu znalazły, nie jest istotny. Prawdziwy powód to pragnienie perfekcji. Jego zadaniem – nie, jego obowiązkiem – jest je naprawić. To powołanie, uczynić je lepszymi niż to, co zastał. Są takie zdezorientowane, oderwane od piękna formy przez przywiązanie do funkcji. Nie wiedzą, co dla nich dobre.

Ale on wie.

Pochyla się nad tą, która leży obecnie na stole. Wydaje się taka spokojna, zrelaksowana – gotowa. Jej oddech jest powolny i miarowy, a spojrzenie nieco nieprzytomne. Czuje, jak jego własny oddech przyspiesza, serce zaś bije mu szybciej, uskrzydlone boską rozkoszą.

Zanim zapada w całkowitą ciemność i oddaje się w pełni w jego ręce, ma czas na uspokajający szept, nutę nadziei.

Pochyla się ku jej uchu.

– Zrelaksuj się. Zrobię dla ciebie coś niezwykłego. A kiedy się obudzisz, będziesz perfekcyjna. – Ujmuje jedną z jej dłoni i delikatnie ją poklepuje. – Doktor wie najlepiej – dodaje.

2. DOBRE INTENCJE

Postanowienia noworoczne:

1. Przestać usilnie próbować ratować innych.

2. Zamiast tego oszczędzać pieniądze.

3. Zaakceptować moje 4 kg nadwagi.

   („Jakże błogosławiona jestem, że mogę żyć

   i kochać w tejże świątyni”).

4. Przykładać się bardziej do recyklingu.

5. Nauczyć się gotować. Cokolwiek.

6. Być (jeszcze bardziej) cierpliwa wobec najdroższej mamusi.

   („Jestem jak wydrążona trzcina.

   Troski przelatują przeze mnie jak wiatr”).

7. Otwierać wyciągi z konta i czytać je.

8. Utrzymać przy życiu chociaż jedną roślinkę w moim biurze.

9. Nauczyć Edypa, żeby przestał pić wodę z toalety.

Afirmacja na ten rok:

„Jestem istotą dokonującą świadomych wyborów,

a nie ofiarą przypadku”.

Megan Wright zastanawiała się, jak to możliwe, że minęły zaledwie dwa tygodnie stycznia, a jej udało się już złamać każde z tych postanowień. Została w swoim samochodzie chwilę dłużej, ciesząc się świeżością poranka i sącząc kawę na wynos.

Parking szpitala pokrywały pozostałości po burzy, która przeszła przez okolicę zeszłej nocy: drobne gałązki i listki z pobliskich drzew, szare kamyki i żwir wymyte z klombów na północnej skarpie i śmieci nawiane pod ogrodzeniem. Powietrze jednak było czyste, niebieskie afrykańskie niebo połyskiwało kobaltowym błękitem, a nad Johannesburgiem prażyło już słońce.

Megan właśnie wysiadała ze swojego srebrnego renaulta, w jednej dłoni trzymając kubek kawy, a w drugiej teczkę i torebkę, gdy rozdzwonił się jej telefon. Kiedy spojrzała na wyświetlacz, światło poranka natychmiast przesłonił jej cień.

– Cześć, mamo. – Odebrała, zatrzaskując drzwi samochodu biodrem i ruszając przez parking ku wejściu do prywatnej kliniki Akacja.

– Dzień dobry, Megan. – Już sam sposób, w jaki wymawiała jej imię, był irytujący. – Jak się masz?

„Całkiem dobrze, ale mam przeczucie, że to się zaraz zmieni. Po co do mnie dzwonisz?” – pragnęła odpowiedzieć Megan. Zamiast tego odparła jedynie:

– Dobrze, a ty?

– Och, ja czuję się świetnie.

Megan od razu zaczęła się domyślać, o co może chodzić.

Skierowała się ku swojemu tradycyjnemu skrótowi przez niewielką wysepkę trawy na środku parkingu. Rósł tam stary pieprzowiec, a w jego cieniu stała mała, kamienna ława. Żywa zieleń liści pieprzowca zawsze poprawiała jej nastrój. Była dowodem na to, że życie kwitnie nawet na terenie szpitala, gdzie śmierć była na porządku dziennym.

Wobec braku odpowiedzi ze strony Megan jej matka kontynuowała:

– Ale Cayley nie czuje się najlepiej.

– Też mi niespodzianka – wymruczała Megan pod nosem, popijając szybki łyk kawy. Odkaszlnęła, gdy ta poparzyła jej gardło.

– Co mówiłaś?

– Nic, nic. Co jej jest tym razem?

Megan operowała na konwersacyjnym autopilocie. Ich rozmowa toczyła się swoim zwykłym, nonsensownym torem. Równie dobrze mogła pozwolić matce się wygadać. Przystanęła na moment i oparła się o szorstki pień pieprzowca, wyobrażając sobie, że jego energia przepływa przez jej ciało. Miała ochotę przytulić się do drzewa z miłością, ale nie wypadałoby tak zrobić jej, Megan Wright, Psycholożce Dyżurnej. Lekarze mogliby przestać wysyłać jej klientów.

Jej uwagę przykuł mały, brązowy ptaszek na trawniku. Jedno skrzydełko miał wygięte pod dziwnym kątem, a piórka zmierzwione. Z ledwością utrzymywał się na nóżkach.

– Nie czuje się dobrze. Wydaje się bardzo przygnębiona, nie była w pracy już kilka dni – odparła jej matka. – Nie wychodzi niemal ze swojego pokoju, tylko na jedzenie i… No wiesz.

– Och, biedactwo! – odparła Megan, kucając przed bezbronnym stworzeniem w trawie. Odstawiła kubek z kawą na ławkę i wzięła ptaszka w dłonie. Pod palcami czuła jego małe, szybko bijące serduszko. – Nie panikuj, pomogę ci.

– No cóż, muszę przyznać, że miło jest choć raz otrzymać odrobinę współczucia! – odrzekła matka Megan ze zdziwieniem w głosie.

– No tak… – rzuciła Megan w słuchawkę.

Ruszyła w kierunku wejścia do kliniki, mijając oddział ratunkowy, obok którego zaparkowany był ambulans. Opartych o niego stało dwoje ratowników medycznych. Mężczyzna palił papierosa, a kobieta zamknęła oczy i wystawiła twarz ku słońcu.

Szklane drzwi wejściowe rozsunęły się przed nią, wpuszczając ją do lobby, ozdobionego jukami i palmami w donicach, błyszczącego mosiężnymi poręczami i wypolerowanymi posadzkami. Przy automatach z przekąskami stał rząd wózków inwalidzkich. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach lęku i środków odkażających.

Megan ruszyła w kierunku apteki zlokalizowanej naprzeciw recepcji.

– Megan!

– Co?

Przesunęła wzrokiem po półkach. Wsunęła telefon między ucho a ramię i delikatnie trzymając ptaszka w jednej dłoni, wolną ręką sięgnęła po pipetę i opakowanie sproszkowanej odżywki dla małych dzieci.

– Czasem wydaje mi się, że ty mnie w ogóle nie kochasz – powiedziała jej matka, pociągając nosem. – Ani swojej siostry.

Jestem jak wydrążona trzcina. Troski przelatują przeze mnie jak wiatr.

Kasjerka, chuda kobieta z ciemnymi kręgami pod oczami, świadczącymi o pracy zmianowej, nabiła jej zakupy na kasę, wpatrując się w ptaszka w jej dłoni i telefon w drugiej.

– Proszę to na chwilę potrzymać – szepnęła Megan do kobiety, wręczając jej telefon i otwierając torebkę, by wygrzebać z niej pieniądze.

Kasjerka, która wyglądała tak, jakby niejedno już w życiu widziała, wzięła od niej telefon i przyłożyła sobie do ucha.

– Tak… – rzuciła w słuchawkę. – Mhm… Mhm… Eish!

Megan wręczyła jej pieniądze, wrzuciła zakupy do torebki i odebrała telefon z dłoni kasjerki, ledwo opanowując ochotę pozostawienia go jej. Najwyraźniej kasjerka była lepsza w pocieszaniu Moiry Wright niż jej własna córka.

– Dziękuję – odezwała się do kasjerki.

– Mam nadzieję – dało się słyszeć w słuchawce jej matkę.

Megan ruszyła przez lobby ku windom. Miała dziś pełne ręce, nie czuła się na siłach, by skorzystać z krętych schodów prowadzących do wyższych poziomów.

– W każdym razie – kontynuowała jej matka – ona znów zaczęła tracić na wadze. Nie chce mi powiedzieć, ile waży, ale przysięga, że nie mniej niż czterdzieści dziewięć kilo.

– No cóż, skoro przysięga, to jestem pewna, że możesz jej wierzyć. Cayley na pewno nie okłamałaby nikogo w kwestii swojej wagi. – Megan próbowała ukryć nutę sarkazmu w swoim głosie, ale niezbyt skutecznie.

Sama była wystarczająco szczupła, by wcisnąć się do zatłoczonej windy, gdy otwierały się drzwi, na tyle wysoka, że mogła sięgnąć nad głową jednego z pasażerów, by wcisnąć przycisk piętra, i uparta na tyle, by nie spojrzeć w lustro na ścianie windy, nie chcąc widzieć na swojej twarzy irytacji z powodu rodziny. Niemal trzydzieści lat starć z matką i zamartwiania się siostrą wyryło się na jej twarzy coraz widoczniejszymi liniami, zwłaszcza w kącikach oczu. Ruchem głowy odrzuciła długie do ramion włosy kasztanowego koloru, chroniąc dłońmi ptaszka przed ciałami lekarzy w białych kitlach i pielęgniarek w zielonych. Jedna z nich, stojąca za plecami mężczyzny siedzącego w wózku inwalidzkim, spuściła wzrok z niewielkiego wgniecenia na lewej kości policzkowej Megan na ptaka, przypatrując mu się z dezaprobatą.

– To niezbyt higieniczne – skomentowała.

– To prawda – odparła Megan z uśmiechem.

– Cieszę się, że się ze mną zgadzasz! – powiedziała jej matka w słuchawce telefonu.

Narzekała właśnie od dłuższej chwili na traktowanie, z jakim Cayley spotkała się podczas swojego ostatniego pobytu na oddziale leczenia zaburzeń odżywiania kliniki psychiatrycznej, szóstym w ciągu ostatnich ośmiu lat.

– Sądzę, że powinnaś znów się włączyć w sprawę, Megan. Osobiście, a nie tylko odsyłać ją do swoich kolegów po fachu. W końcu kto zna ją lepiej niż jej własna rodzina? I kto zajmie się nią lepiej niż siostra psycholożka?

Jestem jak wydrążona trzcina…

Uśmiechając się szeroko do skwaszonej pielęgniarki, Megan wysiadła z windy i ruszyła w głąb korytarza ku swojemu gabinetowi, przytulając małego ptaszka do piersi.

– Mamo, dobrze wiesz, że nie mogę terapeutyzować członków rodziny. To nieetyczne. Przerabiałyśmy to już nie raz. Poza tym ona mnie nie posłucha. A ja nie mogę jej do niczego zmusić, ma dwadzieścia cztery lata, nie cztery.

Megan weszła do recepcji gabinetu. Kilka nowych roślin doniczkowych – świeżo zakupionych, by zastąpić te, które obumarły w trakcie przerwy świątecznej – stało pomiędzy miękkimi siedzeniami i stolikami do kawy, na których leżały równo ułożone magazyny. Z niewielkiego aneksu kuchennego dochodził zapach kawy; aneks znajdował się na tyłach biurka recepcji, przy którym siedziała Patience Ndlovu, wielka i emanująca siłą spokoju. Podpisywała właśnie koperty.

Megan pomachała jej na przywitanie, jednocześnie unosząc telefon w dłoni i szeptem mówiąc:

– Moja matka.

Delikatnie złożyła ptaszka w duże, miękkie dłonie Patience. Na biurku stała niewielka miseczka z miętówkami w papierkach – na osłodzenie bolesnej terapii dla klientów. Megan wysypała miętówki na biurko, wymościła miseczkę garścią chusteczek i wyciągnęła ją w kierunku Patience, która delikatnie umieściła w niej ptaszka. Matka Megan nadal nieustannie nawijała w słuchawkę.

– Mamo? – Megan przerwała potok narzekań, pomstowania i użalania się nad sobą. – Mamo!

– To pomożesz Cayley czy nie? – W głosie matki Megan pobrzmiewało ultimatum. – Uratujesz swoją siostrę? – dodała melodramatycznym głosem.

Wydrążona trzcina, wydrążona trzcina!

– Nie. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie mogę. – Megan starała się wymawiać słowa powoli i spokojnie, z nadzieją, że pomimo lat powtarzania ich matce ta w końcu je zrozumie i przyjmie do wiadomości. – Nie mogę jej uratować, zanim sama nie zechce zostać uratowana. To jej wybór. Jeśli sama nie zrozumie, że to z nią jest coś nie tak, a nie z nami, nikt nie może jej za wiele pomóc.

– Jest taki dowcip… – kontynuowała jej matka gorzkim tonem. – Ilu psychologów potrzeba, żeby zmienić żarówkę? Wystarczy jeden, ale to żarówka musi chcieć się zmienić.

– Przykro mi mamo, naprawdę. Nic więcej nie mogę zrobić. Poza tym postanowiłam w nowym roku dać sobie spokój z ratowaniem wszystkich naokoło. Żadnych więcej ofiar losu, oprócz klientów, oczywiście. To jedno z moich postanowień.

– Serio? – wymruczała pod nosem Patience, unosząc brew i patrząc sceptycznie na ptaszka w koszyku.

– Jesteś gotowa pomagać obcym, ale nie własnej rodzinie! Nie wiem, gdzie popełniłam błąd w wychowaniu cię, Megan!

– Mnie? To nie ja jestem świrnięta, mamo.

– Cóż za uroczy termin. To z jednego z twoich podręczników do diagnozy?

Megan westchnęła, wzięła głęboki wdech i nakazała sobie nie dać się podpuścić.

– Muszę już kończyć, klienci się niecierpliwią. Kocham was wszystkich.

Nie czekając na odpowiedź matki, zakończyła połączenie i na wszelki wypadek wyłączyła telefon. Był wczesny poranek w drugim tygodniu stycznia, a ona już czuła się wykończona.

– Sawubona, Patience – przywitała recepcjonistkę w języku zulu.

– Yebo sawubona; unjani? – odparła Patience.

– Dziękuję, dobrze, a ty?

– Ngikhona.

– Jak święta?

– Bardzo dobrze.

– To kogo mamy zapisanego na dziś? – Megan obróciła ku sobie kalendarz, by przejrzeć listę klientów.

– Na początek pan Labuschagne – odparła Patience, wycierając nos w różową chusteczkę, którą następnie umieściła w swoim przepaścistym dekolcie.

– Potem przerwa, a dalej Alta Cronjé – na głos czytała Megan. Była zadowolona z przerwy. Da jej ona możliwość przejrzenia notatek na temat Alty i pomyślenia o jej przypadku. Coś było z nią bardzo nie tak, progres nie odbywał się tak szybko, jak powinien. – A potem jakaś pani Nyoka, nowa klientka?

– Tak, z polecenia doktora Malana. Trauma po porwaniu samochodu.

– A po niej Taylorowie. Okej, pamiętaj o uaktualnieniu roku na formularzach przyjęć i ubezpieczeń, a potem pokseruj je na zapas. – Megan rzuciła okiem na zegar ścienny. Do rozpoczęcia pracy zostało jej sześć minut. – Patience, jeśli byłabyś tak wspaniała i kochana…

– Chcesz kawę, prawda? Nie ma sprawy. A co z tym ptakiem?

– A, no tak. Możesz przyrządzić? – Wyjęła z torebki opakowanie odżywki dla dzieci i postawiła na biurku. – I nakarm go tym. – Obok pudełka położyła pipetę. – Musi być dość rzadkie.

Patience wpatrywała się w nią bez słowa.

– Co?

– Ten ptak umrze.

– Wcale nie. Możemy go uratować. Nakarm go i może daj trochę wody, a ja podczas przerwy na lunch wyskoczę z nim do weterynarza. To niedaleko.

– Nawet najlepszy weterynarz nie pomoże temu ptakowi. Jest za słaby. Umrze, ale przedtem będzie cierpiał. Znacznie lepiej byłoby, gdybym mu ukręciła łebek.

– Nie! – wykrzyknęła Megan zszokowana. – To tylko przetrącone skrzydełko. Pewnie wywiało go z gniazda podczas burzy. – Obrzuciła ptaka zmartwionym spojrzeniem. Wydawało się jej, że porusza się znacznie mniej niż przed chwilą. Czy to oznaczało, że się uspokajał, czy że słabł?

– A może matka wykopała go z gniazda, bo był za słaby?

– Patience… Po prostu nakarm tego cholernego ptaka, okej? Utrzymaj go przy życiu do lunchu, a dalej już ja się nim zajmę.

– Skoro tak twierdzisz… – odpowiedziała bez przekonania Patience. Wstała jednak od biurka, wziąwszy ze sobą jedzenie i koszyk, przeszła do aneksu kuchennego. – Lepiej jednak nie zostawiać go na widoku, klienci mogą poczuć się zaniepokojeni – dodała przez ramię.

Patience zawsze musi mieć ostatnie słowo – pomyślała Megan. I zwykle miała rację.

3. ALTA

Biuro Megan urządzono w uspokajających kolorach, by zapewniać neutralne tło dla koszmarów i bólu, które były w nim codziennością. Rozrzucone strategicznie fioletoworóżowe poduszki były jedynym bardziej kolorowym wyjątkiem – pewna uduchowiona klientka zdradziła Megan, że w świecie aury i kryształów jest to kolor utożsamiany z leczeniem.

Biurko lekarki stało na drugim końcu gabinetu, za plecami miała wysokie półki pełne podręczników i czasopism. Powierzchnię biurka w połowie pokrywały teczki i dokumenty. Na jednym ze stosów papierzysk stał przycisk do papieru – delikatne nasionko mlecza na wieki utrwalone w ciężkiej, szklanej kostce.

Promienie słońca wpadały do środka przez pojedyncze okno z widokiem na parking i pieprzowiec. Na ścianie wisiał duży, abstrakcyjny obraz olejny. Pomiędzy biurkiem a drzwiami podłogę zajmowały długa kanapa i pojedynczy fotel, a obok nich stały dwa niewielkie stoliki. Na jednym znajdowała się kompozycja z suszonych kwiatów, a na drugim stało duże pudełko chusteczek higienicznych.

– Pan Labuschagne już przyszedł – ogłosiła Patience, podchodząc do biurka Megan i stawiając na nim duży kubek mocnej kawy. Przy okazji poprawiła sobie piersi w staniku w rozmiarze podwójne „D”.

– Jakiś problem? – zapytała z lekką fascynacją Megan. W jej własnym staniku w rozmiarze „B” było jeszcze trochę luzu.

– Nowy stanik. Za ciasny.

– A, okej. Czy klient chciał kawę albo herbatę?

– Nie, jak zwykle.

– Możesz go poprosić.

Henk Labuschagne, technik naprawy ksero i amatorski hodowca gołębi wyścigowych, był u Megan jak dotąd na czterech wizytach. W teorii chodziło o jego małżeństwo. Za każdym razem Megan wspominała mu, że łatwiej byłoby porozmawiać o problemach małżeńskich w obecności jego drugiej połowy, ale on za każdym razem kategorycznie odmawiał zaproszenia jej. Nadszedł czas przykręcić nieco śrubę. Usiadł naprzeciw Megan, niski, siwiejący i łysiejący, z widocznym brzuszkiem. Zaczął nawijać o niemających większego znaczenia szczegółach minionego tygodnia. Mówił niemal na bezdechu, pocierając przy tym dłońmi o nienagannie wyprane i wyprasowane dżinsy. Zapewne obawiał się, że jeśli tylko da jej szansę, Megan zacznie zadawać niewygodne pytania.

– Henk… – przerwała mu po chwili. – Mam przeczucie, że mówisz o wszystkim, tylko nie o tym, co cię tu sprowadza.

Mężczyzna odchylił się lekko do tyłu z zaskoczenia, po czym kilkukrotnie otworzył i zamknął usta.

– Możesz mówić swobodnie. Nic, co powiesz, nie wyjdzie za drzwi tego gabinetu. A poza tym – uśmiechnęła się do niego zachęcająco – mało co jest w stanie mnie zaskoczyć.

– No cóż, pani doktor…

– Megan – poprawiła go automatycznie.

– Megan… – Potarł znów nogawki dżinsów. – Zrobiłem coś złego. Jestem niewierny.

– Co proszę?

– Niewierny.

Tego Megan się nie spodziewała. Nie miała pojęcia, o co mężczyźnie chodzi. Czyżby przyłączył się do jakiegoś nowego ruchu religijnego lub dopuścił praktyk okultystycznych?

– Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem…

Henk wpatrywał się w nią zdesperowanym wzrokiem.

– Byłem niewierny.

– Aaaa… – Nagle ją oświeciło. – Chodzi o to, że zdradziłeś żonę?

– Tak, pani doktor. Z chińską… eee… masażystką. W Cyrildene.

– Uprawiałeś seks z masażystką erotyczną w Chinatown? – zapytała Megan dla jasności.

Na czole Henka pojawiły się krople potu.

– Nie chciałem… Znaczy uprawiać seksu, rozumie pani? Mój znajomy Piet polecił mi masaż. W stylu wschodnim, jak to określił. Plecy bolały mnie jak diabli od zginania się w pracy nad maszynami, więc pomyślałem sobie: czemu nie? Piet dał mi adres i poszedłem tam. Masażystka nie mówiła za dobrze po angielsku, więc może nie zrozumiała, o co mi chodzi. A jak zaczęła mnie dotykać… Nie mogłem się oprzeć, pani doktor. Poza tym ona tak ładnie pachniała, jak kwiatki czy coś. I była bardzo ładna. Kiedy zaczęła mnie masować, dostałem… – Popatrzył na Megan z lekkim przerażeniem.

– Erekcji? – zgadła.

– Tak! Przepadłem kompletnie. Nie mogłem przestać, pani doktor, było mi tak dobrze. Ale po wszystkim natychmiast poczułem się fatalnie. Carol to dobra kobieta i dobra żona. To, co zrobiłem, jest podłe. Nie wiem, co mam teraz począć…

– Po pierwsze – zaczęła Megan rzeczowym i neutralnym tonem. – Czy użyłeś prezerwatywy? – Proszę, Henk, powiedz „tak”. W innym wypadku zrobi się znacznie gorzej.

– Tak, pani doktor, ona nawet nie pytała, sama mi ją założyła na… No, wie pani. Pełen profesjonalizm… – przerwał na chwilę, najwyraźniej powracając myślami do swoich przeżyć. Szybko się jednak otrząsnął, świadom swego poczucia winy. – Ale teraz czuję się strasznie! Co mam zrobić? Czy muszę jej powiedzieć? Czy nie powinienem?

Powstrzymując ciężkie westchnienie, Megan odparła:

– Zacznijmy od przeanalizowania możliwości, jakie pan ma, i ich potencjalnych pozytywnych i negatywnych konsekwencji. Łatwiej będzie panu podjąć decyzję.

A może wcale nie? Ach, jakże łatwiej byłoby być mechanikiem… Móc dokładnie określić, co jest nie tak z danym silnikiem, wymienić lub wyczyścić części i gotowe! Ludzie byli znacznie bardziej skomplikowani. I nawet po terapii nigdy już nie wracali w pełni do siebie.

– Powiedz mi, proszę, jak się czujesz na myśl o wyznaniu wszystkiego żonie i jaka twoim zdaniem byłaby jej reakcja?

Po chwili wczuła się już w rytm sesji i dnia. Świat zewnętrzny zniknął, a ona skupiła się wyłącznie na tym przerażonym mężczyźnie, spoconym jak mysz na samą myśl o tym, jak bardzo nawalił i na jakie niebezpieczeństwo naraził małżeństwo, na którym mu najwyraźniej zależało. Jej matka, siostra, a nawet mały ptaszek i jego walczące o życie serduszko zeszły na dalszy plan.

Czterdzieści minut później Megan odprowadziła Henka Labuschagne’a do drzwi swojego gabinetu. Patience zajmie się płatnością i umówieniem kolejnej wizyty. Megan opadła na wygodne krzesło stojące za jej biurkiem i przejrzała stosik akt klientów, starannie ułożony przez sekretarkę. Chciała przewertować swoje notatki na temat Alty Cronjé i zaplanować kolejne kroki jej terapii.

Otworzyła jej teczkę i cofnęła się do zapisków z ich pierwszej sesji, poczynionych niemal sześć miesięcy wcześniej.

Alta Cronjé, 31 lat, programistka komputerowa

Zamężna (Johan, 35 lat, elektryk)

1 dziecko, córka (Marljen, 4 lata)

Dziadek od strony matki był alkoholikiem. Brak historii chorób psychicznych w rodzinie

Problem: kłopoty z przystosowaniem po operacji (ginekologicznej, Dr A. Trotteur, Akacja).

Wtórna bezsenność (przebudzenia wczesnoporanne), koszmary

Ogólne poczucie lęku

Efekt labilny: złość → płaczliwość, łatwość irytowania się i wybuchy

Problemy z koncentracją i pamięcią krótkotrwałą (negatywny wpływ na wyniki w pracy → zanik motywacji)

Przybranie na wadze (+7 kg)

Niechęć do kontaktu fizycznego

Problemy w pożyciu seksualnym z mężem, ciągły spadek poziomu pożądania, bóle podczas stosunku → problemy małżeńskie. Mąż nie do końca rozumie, co się dzieje, choć wspiera ją i akceptuje jej zmiany fizyczne.

Depresja niskiego stopnia

Wstępna diagnoza: zaburzenia adaptacyjne / zespół stresu pourazowego, możliwa lekka depresja.

Megan przejrzała potem wszystkie notatki na temat postępu, sporządzone podczas cotygodniowych sesji. U Alty nastąpiła częściowa poprawa niektórych symptomów. Lepiej sobie radziła w pracy, znów była w stanie przytulać się do członków rodziny i wcieliła w życie wiele z technik panowania nad złością, wyuczonych podczas terapii. Jednakże, co frustrujące, inne symptomy nie zanikły. Na oddzielnej kartce papieru Megan wylistowała nadal aktualne problemy, oporne na terapię.

Przyrost wagi (brak spadków od początku terapii)

Koszmary nocne (lęk, tortury, bezradność)

Nagłe wahania nastrojów

Poczucie fizycznego odrętwienia

Problemy seksualne (utrata libido, problemy z relaksacją i bóle podczas stosunku)

Alta Cronjé przeszła w klinice operację zmian na wargach sromowych. Przed zabiegiem nie zdawała sobie sprawy z zakresu zmian, więc była zszokowana, gdy odkryła, ile tkanki usunięto. Jednak pomimo tego, że okazało się to wydarzeniem kryzysowym, a powrót do zdrowia – zwłaszcza w obszarze życia seksualnego – był bolesny, czynniki te nie wyjaśniały w pełni obrazu klinicznego, który zaobserwowała Megan. Alta dorobiła się zespołu stresu pourazowego, pomimo że zapewniono jej odpowiednią terapię. Istniały dwie możliwości: albo Megan miała niewłaściwe podejście do terapii Alty – co zawsze było możliwe – albo działały tu jakieś czynniki zewnętrzne. Coś głębszego, ukrytego za zasłoną amnezji, wyparcia lub któregokolwiek z wielu innych mechanizmów obronnych. Mówiąc prościej, Alta już dawno powinna była poczuć się lepiej. Może nadszedł czas na zmianę podejścia.

Megan uważnie przyjrzała się swojej klientce. Alta była od niej niższa i bardziej krągła. Pod brązowymi oczami miała ciemne kręgi. W dłoniach non stop mięła chusteczkę, oddzierając małe kawałki, formując z nich kulki i układając je na poręczy kanapy, na której siedziała. Kiedy podarła już całą chusteczkę, westchnęła, poirytowana, zmiotła kulki na dłoń, przeszła przez pokój i wrzuciła je do kosza na śmieci. Następnie wzięła kolejną chusteczkę i zaczęła od początku.

– Myślę, że na początek warto byłoby powtórzyć sobie kilka rzeczy – odezwała się Megan. – Zgadza się pani?

– Dobrze, oczywiście – odparła Alta bez entuzjazmu. Wzrok miała spuszczony na dłonie, milczała, podczas gdy Megan w skrócie przywołała powody, dla których Alta zgłosiła się na terapię, co dotychczas przerobiły podczas sesji, co zdołały poprawić, a co nie.

– Powinna pani czuć się o wiele lepiej, niż się czuje. Martwię się, że może jest coś jeszcze, co przeszkadza pani w zdrowieniu, coś ukrytego głębiej.

– Co na przykład? – zapytała Alta, po raz pierwszy podczas tej sesji okazując zainteresowanie.

– Nie wiem. I myślę, że pani też nie. Przynajmniej nie świadomie. Co oznacza, że możemy sobie rozmawiać do woli i nigdy nie odkryć istoty rzeczy. Chyba że spróbujemy innego podejścia.

– Co pani sugeruje?

– Myślałam o zastosowaniu hipnoterapii.

– Hipnoza? Nigdy!

Megan westchnęła wewnętrznie. Na pewno zaraz usłyszy jedną z wielu mylnych opinii na temat hipnozy, które nieraz już utrudniały jej pracę. Jednak zmusiła się do zachowania neutralnego wyrazu twarzy.

– Proszę mi opowiedzieć, co panią niepokoi.

– Hipnoza polega na kontroli umysłu – stwierdziła Alta kategorycznie. – Dlatego właśnie w kościele zawsze mówią, żeby nigdy się jej nie poddawać. Powoduje wypędzanie z duszy Ducha Świętego. Nie mam ochoty skończyć, kwacząc jak kaczka albo udając kurczaka. Co to, to nie!

– Pani Alto, spotykamy się już od sześciu miesięcy. Czy naprawdę myśli pani, że planuję zamienić panią w kurczaka?

– No dobrze, nie. Ale co z tą kontrolą umysłów?

– Nie mam możliwości kontrolowania pani umysłu, ani gdy jest pani w pełni świadoma, ani w transie. Nikt nie ma takiej mocy. Gdyby hipnoza była tak potężnym narzędziem, jak się to ludziom wydaje, po co psychologowie mieliby w ogóle słuchać klientów i rozmawiać z nimi? Wystarczyłoby na pierwszej sesji uśpić klienta i powiedzieć mu, że czuje się świetnie i wrócił do normy!

– Hmm… – zaczęła Alta, najwyraźniej nadal nieprzekonana. Jednakże było widać, że zaczyna się wahać.

– A co do Ducha Świętego – kontynuowała Megan, wiedząc, jak ważne jest odnoszenie się w terapii do światopoglądu klienta. – Skoro nie posiadam mocy wpływu na panią, na pewno nie jestem w stanie wpłynąć na kwestie związane z Bogiem. Poza tym czemu miałabym chcieć wypędzić z pani Ducha Świętego? Popieram wszelkie sposoby na to, aby było pani lepiej.

– Nadal się trochę obawiam…

– Ale czego?

– Pozbawienia kontroli, niewiedzy, co się ze mną dzieje, co pani mi zrobi. To mi się kojarzy z pełnym znieczuleniem.

Megan, która dawno już opanowała sztukę robienia notatek bez zrywania kontaktu wzrokowego, zanotowała sobie tę informację, jednocześnie odpowiadając:

– Pani Alto, będąc w transie, jest pani mocno zrelaksowana, ale nie uśpiona ani nieprzytomna. Nie zapomni pani też niczego, co się wydarzy. Poza tym ja pani nic nie „zrobię”. Każda hipnoza jest tak naprawdę autohipnozą, z której można wyjść w dowolnym momencie. Wystarczy mi powiedzieć albo otworzyć oczy.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– No cóż, w takim razie możemy spróbować, ale nie sądzę, by udało się pani mnie zahipnotyzować.

Megan uśmiechnęła się lekko pod nosem, zadowolona z częściowego zwycięstwa. Z jej doświadczenia wynikało, że klienci, którzy twierdzili, że są odporni na hipnoterapię, okazywali się najbardziej na nią podatni. Sądziła, że wynikało to z tego, iż mieli wyjątkowo sprawne mechanizmy obronne i byli zdeterminowani, by chronić się za wszelką cenę przed ewentualnym wykorzystaniem. Wiedząc, że ich umysł stoi na straży, paradoksalnie łatwiej się relaksowali.

– Spróbujmy przeprowadzić krótką sesję i zobaczymy, jak nam pójdzie, dobrze? Myślę, że świetnie sobie pani poradzi z hipnozą, bo jest pani inteligentna i kreatywna. Największe problemy mają ludzie o niskim poziomie inteligencji, gdyż abstrakcyjne myślenie i symbole sprawiają im trudność.

To prawda, ale był to też terapeutyczny podstęp, którego często używała, przygotowując klientów do hipnoterapii. Musieli albo poddać się hipnozie, albo przyznać, że nie są inteligentni. Bez wyjątku wybierali drugą opcję.

– Okej, spróbuję – zgodziła się Alta. – Jestem gotowa spróbować wszystkiego, co tylko się da. Mam już dość czucia się ciągle źle. Chcę wreszcie wyzdrowieć. – Oczy jej się zaszkliły.

– Ja też tego bardzo chcę. – Po krótkiej pauzie Megan dodała: – Co pani wyniesie z dzisiejszej sesji?

Alta pomyślała przez chwilę, po czym odpowiedziała:

– Że może coś jeszcze jest ze mną nie tak.

– Zgadza się i wiem, że to może być trochę przerażające. Ale może też dać pani nadzieję. Bo jeśli naprawdę tak jest i uda nam się dowiedzieć, w czym rzecz, możemy spróbować to naprawić.

Na tym zakończyła sesję, odsyłając Altę do Patience w celu umówienia kolejnej wizyty najszybciej, jak tylko się da – zanim jakaś „dobra dusza” wyperswaduje jej hipnoterapię.

Przeglądając swoje notatki po sesji, Megan postawiła gwiazdkę na marginesie, po czym zakreśliła ją dodatkowo kółkiem.

Obawa przed utratą kontroli – powiązana z utratą przytomności i doświadczeniami dotyczącymi narkozy.

Pod spodem dopisała:

Kolejna sesja: hipnoterapia (już omówiona), regres do operacji i narkozy. Sprawdzić ewentualne wyparte wspomnienia.

Megan wzięła głęboki oddech i zaczęła się przygotowywać na kolejnego klienta.

4. OSTATNIM RAZEM

Gdy tego wieczora Megan wróciła do domu, Edyp przybiegł się z nią przywitać, szczekając, piszcząc i kręcąc się w kółko. Pies był grubym i leniwym golden retrieverem („bardziej pączkiem niż psem” według zdania Cayley), który rzadko wykazywał większą aktywność, ale zawsze wariował, gdy Megan lub Mike wracali z pracy.

Wnętrze domu było kompaktowe, ale sprawiało wrażenie większego niż w rzeczywistości, może z powodu skromnego wyposażenia. Wprowadziła się tu rok temu, a Mike, choć spędzał u niej więcej czasu niż u siebie, nadal wynajmował własne mieszkanie w Sandton. Megan jakoś nigdy nie zabrała się za nadawanie wnętrzu domowego klimatu. Jej sypialnię zaściełały magazyny o tematyce ogrodniczej i wnętrzarskiej, wylewając się też na teren dwóch łazienek i niewielkiej kuchni. Strony z interesującymi ją pomysłami zaznaczone były kolorowymi karteczkami samoprzylepnymi. Jednak Megan jakoś nigdy nie mogła znaleźć czasu ani energii, by zabrać się za realizację swoich planów. Stoły, krzesła i kanapy stały tam, gdzie powinny, ale ściany były niemal gołe, a wnętrza sprawiały wrażenie, jakby nikt w nich nie mieszkał, co niezmiernie ją irytowało.

Edyp skoczył na nią, domagając się uwagi.

– Siad! – nakazała mu, po czym pochyliła się, by poklepać go z miłością po głowie. Jej zdaniem każdy powinien mieć psa, choćby tylko po to, by móc doświadczać na co dzień takiej radości, gdy wraca do domu.

Mike przywitał ją nieco mniej entuzjastycznie.

– Jak tam? – zawołał z kanapy w salonie, na której siedział naprzeciw włączonego telewizora. Tiger Woods, znów w świetnej formie, właśnie brał zamach kijem golfowym. Mike trzymał na kolanach laptop, na którym przeglądał Facebooka.

– Cześć – odparła Megan, podchodząc do niego. Poczochrała jego blond włosy, a następnie pocałowała go w usta. Mike wychylił się zza niej, by móc obserwować grę, jęknął z rozczarowaniem, po czym uśmiechnął się do Megan.

– Dobrze cię widzieć. W końcu.

– Wiem, wiem, jest późno. Zjadłeś już kolację?

– Nie, pracowałem – odparł, wskazując na ekran, na którym teraz widniał jakiś kontrakt notarialny.

– Ja też – odrzekła, lekko poirytowana.

Edyp wskoczył na kanapę obok Mike’a i wbił w Megan wielkie, kochające, brązowe oczy. Ten pies potrafił czarować, nie ma co.

Rzuciła w kąt swoje torby, nalała sobie wina z butelki stojącej na stoliku do kawy i odepchnęła psa, by wcisnąć się na siedzenie przy Mike’u. Pociągnęła konkretny łyk i westchnęła głęboko.

– Kiepski dzień? – spytał Mike.

– Nie najlepszy. Kilka ciężkich sesji i nowy klient. No i jeszcze ten ptak…

Mike uniósł wzrok znad laptopa, by sprawdzić, jak radzi sobie Tiger.

– Jaki ptak?

– Malutki ptaszek, którego znalazłam pod pieprzowcem na parkingu koło kliniki. Musiał wypaść z gniazda podczas wczorajszej burzy. – Megan pogłaskała Edypa po brzuchu. Kiedy przestała, pies natychmiast zaczął się wiercić i trącać ją łapą.

– Tylko mi nie mów, że…

– Nie mogłam go tak po prostu zostawić.

– Owszem, mogłaś. A nawet powinnaś. Na pewno smakowałby jakiemuś kotu, przy okazji zostałby zachowany naturalny porządek rzeczy. – Mike zerknął na ekran telewizora.

– Pomyślałam, że może uda nam się go odratować.

– „Nam”?

– Okej, mnie. W każdym razie podczas lunchu zabrałam go do weterynarza, ale był już bardzo osłabiony. Weterynarz powiedział, że nie ma większych nadziei…

– I uśpił go? Biedna Meggy, święta od wszelkich szalonych i skrzywdzonych istot. – Mike odłożył laptop, wstał i pocałował ją w czoło. – Chodź, zrobimy coś do jedzenia. – Ujął ją za rękę, podciągnął do pozycji stojącej i delikatnie popchnął w kierunku kuchni.

Megan otworzyła lodówkę i wbiła wzrok w jej wnętrze. Na najwyższej półce stały butelka mleka i kolejna butelka wina. Poniżej leżały zaschłe resztki pieczonego kurczaka z pobliskich delikatesów, zwiędły seler, którego kupiła z zamiarem zrobienia sałatki, napoczęta tuba pasztetu z wątróbki, pokrytego już białym, włochatym osadem i parę jajek w kartonowym opakowaniu. Na półkach na drzwiach lodówki stały butelki z sosami, musztardą, pastą curry i pesto – większość z nich nie została nigdy otwarta, część była już dawno przeterminowana. Były jak wyrzuty sumienia z powodu niezrealizowanych dobrych intencji.

Edyp stanął obok Megan i również zajrzał do lodówki, po czym szczeknął, jakby z wyrzutem.

Kobieta westchnęła.

– Jajecznica à la Megan? – Wyrzuciła spleśniały pasztet i zwiędły seler do kosza.

– Znowu jajecznica?

– Możesz też zamówić pizzę.

– Meggy, kochanie, nie wiem, czy wiesz, ale nie możesz całe życie polegać na urodzie. Musisz kiedyś nauczyć się gotować – skomentował Mike, szczypiąc ją w pośladek.

Megan z irytacją odtrąciła jego dłoń.

– Ty też!

Wiedziała jednak, że jest beznadziejną kucharką. To Cayley zawsze była mistrzynią w kuchni. Cayley gotowała idealne jedzenie dla innych ludzi. Znała zawartość kalorii w każdym kęsie, na jaki sobie pozwalała, jednocześnie nigdy nie czerpiąc zeń przyjemności. Cayley, która nie znała rozkoszy jedzenia bez poczucia winy. Która nikogo innego nie dopuszczała do kuchni, a siebie samej do stołu.

Repertuar Megan składał się z jajecznicy i spaghetti bolognese, które nauczyła się robić na zajęciach ZPT w szkole średniej. Wiedziała, że powinna popracować nad swoimi umiejętnościami w kuchni. Jajecznica na kolację? Nie była już studentką żyjącą w akademiku. Gotowanie to nawet jeden z punktów na jej przeklętej liście postanowień noworocznych, jednak i tak irytowało ją, że Mike musiał o tym wspomnieć. I to w sposób, który sugerował, że jej zadaniem było się nim zajmować i opiekować.

– Szowinistyczna świnia – wymamrotała pod nosem, rozbijając jajka.

– Być może, ale i tak mnie kochasz, bo jestem taki słodki i przystojny!

Fakt. Wysoki, blondwłosy, z jasnoniebieskimi oczami i zgrabnym tyłkiem. Pomimo poirytowania Megan wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Zawsze, gdy się uśmiechała, dołek w jej lewym policzku stawał się znacznie wyraźniejszy. Był to rezultat wypadku w dzieciństwie.

Postawiła na stole talerz z jajecznicą i tostem.

– Jedz, słodziaku, bo to wszystko, co dziś dostaniesz.

Nie rozmawiali za dużo o jego dniu. Mike był notariuszem, Megan poznała go, gdyż zajmował się sprawą kupna jej domu. Jego praca nie fascynowała jej nadmiernie, ale wiedziała, że Mike podchodzi do niej z pasją.

– Dobra wiadomość jest taka – zaczął, popijając łykiem wina ostatni kęs tostu – że moja firma raczej dostanie kontrakt na wszystkie domy na tym nowym osiedlu w Kapsztadzie.

– To fantastycznie – odparła Megan, trącając jego kieliszek swoim. Nagle coś jej przyszło do głowy. – Będziesz się tym zajmował stąd czy musisz się tam przeprowadzić?

– Będę musiał się przeprowadzić. Mogę zostać tam na cały czas trwania projektu albo być w tygodniu i wracać tu na weekendy. Czy co drugi weekend.

– Wprost cudownie.

– Co?

– To fatalnie dla nas, prawie nie będziemy się widywać.

– Rzeczywiście jesteś dziś w kiepskim nastroju. – Mike dolał jej wina. – Popij sobie jeszcze, a potem pójdziemy do łóżka i sprawię, że wszystkie twoje zmartwienia znikną.

– Nie wszystko da się załatwić seksem, wiesz?

– Wiem. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. – Ale prawie wszystko.

Kiedy tylko Megan dokończyła kolację, Mike ujął ją za dłoń i pociągnął do sypialni, po czym zamknął drzwi przed nosem Edypa. Pocałował ją delikatnie w policzek, a potem namiętnie w usta. Pachniał tostem i smakował winem. Rozpiął jej bluzkę i ujął piersi w ciepłe dłonie, całując ją w szyję. Położyli się na łóżku, a on rozebrał ją z wypraktykowaną wprawą. Zwolnił, zakładając kondoma.

– Nie chcemy żadnych wypadków – wymamrotał.

Seks jak zwykle był świetny, jednak po wszystkim Megan poczuła się dziwnie niezaspokojona. Pomimo zmęczenia długo nie mogła zasnąć, myśląc o swoim związku z Mikiem, pracy i postanowieniach noworocznych. W końcu odpłynęła w niespokojny sen.

Śniła jej się Alta Cronjé, leżąca w hipnozie na kozetce zasłanej martwymi ptakami.

5. TRANS

– Zrelaksuj się, połóż wygodnie, weź głęboki wdech, znajdź na suficie punkt i wpatruj się w niego bez mrugania – zaczęła Megan.

Alta Cronjé położyła się na kozetce ze stopami opartymi na podnóżku. Ramiona miała ułożone na miękkim, fiołkowym kocu, rozłożonym na jej nogach i podbrzuszu.

– Teraz, kiedy już patrzysz w ów punkt, bez mrugania, wyobraź sobie, że twoje oczy są jak próżnia, która wciąga wszystkie stresy i napięcia z całego twojego ciała, pozostawiając je zrelaksowanym.

Alta powoli mrugnęła oczami.

– Wkrótce poczujesz… – kontynuowała Megan monotonnym, śpiewnym tonem, kładąc nacisk na słowa, które stanowiły sugestię podprogową – …że twoje oczy zachodzą mgłą, a powieki stają się ciężkie. Pozwól im opaść. Jeżeli chcesz, możesz ich też nie zamykać. Zrób tak, jak jest ci wygodniej.

Powieki Alty powoli opadły i pozostały zamknięte.

– Wraz z rozluźnianiem się coraz bardziej, skupianiem się na moim głosie i swoim oddechu i pozwalaniem, żeby cała reszta świata oddalała się stopniowo, wyobraź sobie, że twoje ciało wypełnia ciepło, ciężkość i spokój, zaczynając od palców u stóp. Całe napięcie powoli cię opuszcza…

Megan mówiła dalej, niespiesznie i bez przerwy, wprowadzając Altę coraz głębiej w stan relaksacji. Stopy klientki opadły na boki, ramiona rozluźniły się wyraźnie, a z twarzy zeszły resztki napięcia.

– To ciepłe, relaksujące uczucie omywa twoją twarz. Mięśnie wokół oczu rozluźniają się. Szczęka, w której tak często czujesz napięcie, również się rozluźnia. Powieki stają się ciężkie tak bardzo, że nie jesteś w stanie ich unieść. Podnieś teraz palec wskazujący dowolnej ręki, by dać mi znać, czy zadziałało.

Megan pochyliła się naprzód i wpatrywała w dłonie Alty. Mały palec u jej prawej dłoni drgnął nieznacznie.

– Dziękuję. Radzisz sobie wręcz wyśmienicie. Teraz, gdy zapadasz w coraz głębsze rozluźnienie, a twój umysł ogarniają miękkie fale relaksu, skup się na moim głosie. Dam ci wskazówki, które zapewnią ci bezpieczeństwo podczas hipnozy.

Megan wyrecytowała standardowy zestaw komend i zabezpieczeń, po czym wprowadziła Altę w jeszcze głębszy trans, w „bezpieczne miejsce” w podświadomości, gdzie mogła odpocząć podczas trwania transu. Ustaliła z nią także, jak może potwierdzić lub zaprzeczyć czemukolwiek za pomocą ruchu palca, a także, według wcześniejszych uzgodnień, przypomniała jej, że na słowo „sen” ma popaść w jeszcze głębsze rozluźnienie.

– Pamiętaj, jeśli kiedykolwiek w zwykłej rozmowie usłyszysz słowo „sen”, nie będzie ono miało na ciebie żadnego wpływu. Zadziała jedynie podczas hipnozy. Teraz poproszę, byś zapadła w sen.

Głowa Alty opadła na jedną stronę. Jej oddech był powolny i wyrównany. Megan wiedziała, że może już przystąpić do planowanej regresji.

– Bardzo dobrze, Alto, świetnie sobie radzisz. Teraz wyobraź sobie, że wpatrujesz się w kalendarz. Kalendarz ma po jednej kartce na każdy dzień i jest otwarty na obecnym dniu, poniedziałku dwunastego stycznia. Jednak jest to bardzo szczególny kalendarz, ponieważ działa on do tyłu i pozwala się cofnąć w czasie. Jeśli więc odedrzesz dzisiejszą kartkę, ukaże się dzień wczorajszy – niedziela, jedenasty stycznia. Odedrzyj teraz kartkę i cofnij się do dnia wczorajszego. – Megan zrobiła pauzę, po czym upewniła się: – Czy widzisz, jak cofasz się w czasie? Unieś palec, jeśli tak.

Alta uniosła palec w geście potwierdzenia.

– Świetnie. Teraz zacznij oddzierać kolejnej kartki po jednej. Razem z nimi cofasz się w czasie. Powolutku, spokojnie, cofaj się coraz dalej, dzień po dniu. – Megan cały czas utrzymywała ten sam śpiewny, spokojny ton głosu, powoli prowadząc Altę ku jej traumatycznemu doświadczeniu.

– Kiedy tak patrzysz na kalendarz, jego kartki nagle zaczynają odpadać same z siebie, po jednej, a ty pozwalasz ponieść się spokojnie w przeszłość… Kartki spadają coraz szybciej, jedna za drugą, zlewają się ze sobą niemal w jeden ciąg… Dalej i dalej, a ty razem z nimi… Po jakimś czasie kartki zwalniają, a chwilę później zatrzymują się zupełnie na dacie w styczniu zeszłego roku, kiedy miałaś operację. Unieś palec, jeśli tak jest.

Pauza, po czym następuje potwierdzenie.

– Czy mogłabyś odczytać tę datę?

Megan odczekała dłuższą chwilę. Ludzie w transie często mają opóźnione reakcje, zwłaszcza gdy trans jest głęboki. Kiedy nie doczekała się odpowiedzi, dodała:

– Możesz teraz z łatwością mówić, Alto. Powiedz mi, proszę, co widzisz na karcie kalendarza.

Po kilku sekundach Alta wymamrotała:

– Dwudziesty drugi stycznia.

Megan zajrzała w swoje notatki. Data się zgadzała.

– Bardzo dobrze. Teraz rozejrzyj się dookoła i zobacz, gdzie jesteś. Zwróć uwagę na oświetlenie i kolory, wsłuchaj się w dźwięki i zarejestruj osoby dookoła. A potem opowiedz mi, czego teraz doświadczasz.

Tym razem odpowiedź nadeszła bez chwili wahania.

– Ból. Mocny ból. – Ciało Alty się wzdrygnęło.

– Śpij, Alto. Głęboko i wygodnie.

Gdy ciało klientki znów się rozluźniło, Megan kontynuowała:

– Gdzie jesteś?

– Na sali pooperacyjnej.

– Jesteś już po operacji?

– Mhm.

– I czujesz ból?

Megan starała się zachować neutralny ton głosu, choć zdziwiło ją, że Alta może odczuwać ból tak szybko po operacji. Przecież dostała chyba jakieś leki przeciwbólowe po zabiegu? Może to było wyjaśnienie jej dolegliwości bólowych i wrażliwości na dotyk?

– Tak bardzo boli… – wyszeptała klientka.

Z kącika oka poleciała jej łza, spłynęła po twarzy i szyi i zostawiła ślad na makijażu. Megan wiedziała z doświadczenia, że oznacza to, iż jej klientka wewnątrz płacze jak bóbr, więc pospiesznie zainterweniowała.

– Alto, na tę chwilę możesz znacznie zmniejszyć ból, zupełnie jakbyś ściszała dźwięk pokrętłem. Zrób to i spokojnie śpij dalej.

Alta westchnęła.

– I powiedz mi, co dzieje się teraz.

– Przychodzi do mnie lekarz.

– Ten sam, który cię operował?

– Mhm.

– I co mówi lub robi?

Alta sapnęła, po czym odpowiedziała:

– Uśmiecha się… i głaszcze mnie po głowie.

– Głaszcze cię po głowie? – Megan nie zmieniła tonu głosu, ale pomyślała sobie: Co za palant.

– Mhm. Skończone, wszystko jest idealnie.

– Słucham? – Megan pochyliła się ku klientce, by lepiej słyszeć, co ta mamrocze.

– Skończone, wszystko jest idealnie – powtórzyła Alta.

– Kto to mówi? Ty czy lekarz?

– Lekarz.

Megan opadła na oparcie fotela, wyraźnie skonsternowana. Słowa lekarza wydały jej się co najmniej osobliwe. Powinien był powiedzieć coś w stylu: „Wkrótce poczuje się pani lepiej” albo „Za jakiś czas znów do pani zajrzę” czy „Wszystko poszło po naszej myśli, proszę teraz odpocząć”. Ale „wszystko jest idealnie”? Brzmiało to dziwnie. No ale cóż, jej zadaniem było pomóc klientce, a nie oceniać maniery lekarza. Nadal jednak coś w tym wszystkim ją niepokoiło, nie pozwalając spokojnie zakończyć regresji. Każdy dobry terapeuta polegał na własnej intuicji. Podczas studiów i szkoleń uczono terapeutów, by nie zbaczali z wyznaczonych ścieżek i nie słuchali instynktu, ale Megan nieraz już zignorowała tę zasadę. Teraz też poszła za głosem instynktu.

– No dobrze, Alto, odpoczęłaś chwilę i czujesz się zrelaksowana. Z każdym wdechem zapadasz w coraz głębszy sen, relaksując się jeszcze bardziej. Tym razem poproszę, byś cofnęła się jeszcze wcześniej, do chwil przed operacją. Czy mogłabyś to dla mnie zrobić?

Alta kiwnęła potakująco palcem, a Megan ciągnęła:

– Rozejrzyj się znów wokół siebie i powiedz, co widzisz.

– Światła.

– Światła?

– Światło… światło… światło…

– Okej, a co słyszysz?

– Klik-klik, klik-klik.

– Gdzie jesteś?

– Na noszach… W korytarzu. Wiozą mnie.

– Leżysz na noszach w korytarzu szpitalnym, słyszysz odgłos kółek i widzisz światła nad głową? Jak się czujesz?

– Zamroczona…

– Czujesz się zamroczona. Wiesz czemu?

– Dali mi pigułkę.

– Rozumiem. Dali ci coś na uspokojenie?

– Mhm.

– I co, czujesz się uspokojona?

– Mhm. Miło. – Ton głosu Alty stał się nieco cieplejszy. Megan uśmiechnęła się.

– To prawda, miło jest być spokojnym i zrelaksowanym. I co dalej?

– Wjeżdżam na salę operacyjną.

– Jak tam jest?

Alta zadrżała.

– Zimno. Bardzo zimno.

– To prawda, na salach operacyjnych panują niskie temperatury. Kto tam jest oprócz ciebie?

– Pielęgniarka.

– Kto jeszcze?

– Anes… Anestety…

– Anestezjolog. Ktoś jeszcze?

– Doktor Trotteur.

– To twój ginekolog?

– Mhm.

– Czy coś do ciebie mówi?

Alta milczy przez dłuższą chwilę.

– Żebym się nie martwiła – odpowiada w końcu.

– I co dalej?

– Każe pielęgniarce wyjść.

– Lekarz każe pielęgniarce wyjść? – powtarza za nią Megan, niepewna, czy się nie przesłyszała.

– Nie jest potrzebna… Prosty zabieg… Nie potrzeba pomocy. Ma iść na oddział C pomóc doktorowi Williamsowi z cesarką.

– Alto, chcę się upewnić, że dobrze cię zrozumiałam. Lekarz odesłał pielęgniarkę, bo powiedział, że nie będzie mu potrzebna?

– Mhm.

Megan nie była może chirurgiem, ale coś jej tu nie pasowało. Czy obecność pielęgniarki, zwłaszcza przy operacji ginekologicznej, nie jest standardem? Megan poczuła ukłucie niepokoju.

– I co dalej?

– Pielęgniarka wychodzi. – Stopa Alty poruszyła się gwałtownie pod kocem.

– Zostajesz sama z doktorem i anestezjologiem?

– Mhm.

Megan zdało się, że głos kobiety zadrżał. Nie była pewna, czy sobie tego nie wyobraziła. A może projektowała część swojego narastającego lęku na klientkę?

– Gdzie jest teraz anestezjolog?

– Moja głowa.

– Siedzi przy twojej głowie? I co robi?

Alta wymamrotała coś cicho. Zabrzmiało jak „ku”.

– Możesz powtórzyć?

– Doku…

– Alto, możesz wypowiadać słowa wyraźnie i głośno? Jest dla mnie bardzo ważne, bym zrozumiała, co mówisz. Powtórz teraz, proszę, co robi anestezjolog?

– Sudoku.

– Rozwiązuje sudoku? – Tym razem Megan nie udało się ukryć oburzenia. Wzięła głęboki wdech, by się uspokoić.

– Tak.

– A co robi doktor Trotteur?

– Układa narzędzia.

Tym razem Megan była pewna, że usłyszała drżenie w głosie klientki.

– Układa instrumenty przed operacją?

– Widzę nóż! – Alta zadrżała.

– Nóż? Masz na myśli skalpel?

– Tak – odparła Alta i rozluźniła się nieco.

– I co dalej?

– Uśmiecha się i dotyka mnie. – Oddech Alty przyspiesza.

– Gdzie?

– W czoło.

Dzięki Bogu, że nie tam…

– Uśmiecha się i dotyka twojego czoła. Czy mówi coś przy tym?

Alta nie odpowiedziała, ale jej ciało wyraźnie zesztywniało, a palce u stóp zawinęły się pod spód. Megan widziała, że kobieta jest na granicy kryzysu, ale nie chciała jeszcze przerywać regresji. Trzeba było kuć żelazo, póki gorące.

– Alto, powiedz mi szybko, co dalej?

– Anestezjolog wkłuwa mi igłę w ramię, od której prowadzi wężyk…

– Przygotowuje cię do podania znieczulenia. Czy coś mówi?

– Proszę odliczać od stu wspak… – odpowiedziała Alta niskim głosem.

– I co dalej?

– Patrzy na doktora Trotteura. – Głos Alty załamał się przy dwóch ostatnich słowach. Jej stopy nerwowo poruszyły się pod kocem.

– Czeka na jego sygnał?

– Mhm.

– Co dzieje się dalej, Alto?

Alta poruszyła głową i przycisnęła łokcie do ciała. Pięści miała zaciśnięte tak mocno, że kłykcie pobielały z napięcia.

– Nie chcę… – Kobieta zapłakała. Łzy ciekły jej po policzkach.

Serce Megan waliło jak oszalałe. Z całych sił pragnęła ukrócić cierpienia kobiety, ale wiedziała też, że jest na skraju dojścia do prawdy.

– Powiedz mi szybko, co dalej, i zaraz skończymy, będziesz bezpieczna, obiecuję. – Ton głosu Megan był rozkazujący.

– Lekarz pochyla się nade mną, napiera na moje piersi. Mówi… Mówi… – Alta urwała i wcisnęła się w kąt kanapy, jakby od czegoś usilnie uciekała. Kolana podciągnęła niemal do piersi.

– Co mówi? – Ponagliła ją Megan.

– Za dużo! – sapnęła Alta.

– Lekarz mówi „za dużo”?

Z piersi Alty wyrwał się pojedynczy, głęboki szloch.

– Nie, za dużo mnie.

– Lekarz mówi, że za dużo pani? – Megan była zaniepokojona.

– Szepcze.

– Lekarz szepcze? Co dokładnie?

– Nie chcę słuchać, chcę już sobie iść. Chcę iść, proszę, błagam!

– Zaraz będziesz wolna, obiecuję. Powiedz mi tylko dokładnie, co mówi lekarz. – Patrząc, jak kobieta wije się na kanapie, Megan zastanawiała się, czy nie posuwa się za daleko. Już miała wybudzić klientkę, gdy nagle Alta odezwała się głębokim, czystym głosem:

– Jest cię zdecydowanie za dużo, moja mała suczko. Ale nie na długo. Zaraz wytnę to wszystko i będziesz idealna. Doktor wie najlepiej.

6. PRZECZUCIE

– A teraz zaśnij! – nakazała Megan. – Już po wszystkim. Zaśnij, wróć do swojego bezpiecznego miejsca i odpoczywaj.

Kobieta natychmiast przestała płakać, głowa opadła jej na bok. Alta westchnęła głęboko i osunęła się zrelaksowana na kanapie. Megan potarła usta dłonią, myśli kotłowały jej się w głowie. Czy to były prawdziwe wspomnienia, czy też jedynie wizje wywołane znieczuleniem? Wydawały się bardzo realistyczne, ale Megan nie miała całkowitej pewności. Emocjonalna reakcja Alty na pewno nie była udawana. Terapeutka bardzo chciała jej pomóc, ale czy będzie to możliwe bez ingerowania we wspomnienie? Jeśli to wszystko naprawdę się wydarzyło, Alta może zechcieć złożyć pozew sądowy, a w tym celu będzie potrzebować szczegółów. Megan doskonale zdawała sobie sprawę z przesądów i uprzedzeń dotyczących hipnozy. Możliwe, że już zniweczyła wiarygodność klientki w oczach prawa. Przeklęła samą siebie za to, że nie nagrywała sesji, by mieć dowód, iż nie nakierowała pacjentki w żaden sposób ani nie podsuwała jej fałszywych tropów.

Przywołała siebie szybko do porządku. Teraz jej najważniejszym zadaniem było pomóc klientce. Tylko jak? W innym przypadku zabrałaby się za zredukowanie poziomu lęku związanego z doświadczeniem lub wybudziła kobietę i użyła technik antytraumatycznych, by znieczulić wspomnienie. Jednak te techniki powodowały zredukowanie klarowności wspomnienia. Pozostawało jej wybudzić Altę i wspólne zdecydować, co dalej.

– Alto, doświadczenie, które przeżyłaś na stole operacyjnym, już się zakończyło. Jest po wszystkim. Zdarzyło się to wiele miesięcy temu. To już przeszłość. Teraz przywołaj, proszę, kalendarz i zobacz, jak jego kartki wracają na miejsce, dzień po dniu, aż do dnia dzisiejszego. Siedzisz całkowicie bezpieczna w moim gabinecie. Operacja już dawno się skończyła, jesteś zrelaksowana, spokojna i bezpieczna. Nic cię już nie boli. Kiedy się obudzisz, będziesz pamiętać wszystko, co sobie dziś przypomniałaś, z najdrobniejszymi szczegółami.

Megan przeszła teraz do wybudzania klientki i przywrócenia jej do rzeczywistości. Alta powoli otworzyła oczy i wyprostowała się. Przez chwilę obie kobiety wpatrywały się w siebie nawzajem w milczeniu, po czym Alta powiedziała:

– Co, do kurwy nędzy?

– Faktycznie. Szok – odparła Megan, starając się zachować spokój.

– Co ten… ten potwór mi, kurwa, zrobił? I dlaczego?

– Pani Alto, proszę wziąć głęboki wdech i porozmawiać ze mną przez chwilę o tym, co sobie pani przypomniała. I co to może oznaczać.

– Co ma pani na myśli?

– Hipnoza nie wygląda tak, jak to pokazują w filmach. Nie jest to odtwarzanie rzeczywistości kadr po kadrze. Raczej subiektywne „nagranie” naszych wspomnień, pomieszanych z uczuciami i tym, co myślimy, że się wydarzyło. Rozumie pani?

– Co pani sugeruje? Że ja sobie to wszystko wymyśliłam? – Alta pochyliła się naprzód, wyraźnie zdenerwowana.

– Ależ absolutnie nie. Po prostu przestrzegam panią, że… – No właśnie, co właściwie chciała powiedzieć? Czy próbowała uspokoić własne lęki, rzucając cień wątpliwości na wspomnienia Alty? To byłoby nieetyczne. – Chciałabym, byśmy nie robiły nic na hura, musimy być bardzo ostrożne. Wspomnienie ujawnione pod wpływem hipnozy nie stanowi dowodu rzeczowego, musi pani to wiedzieć.

Alta spochmurniała.

– A pani wierzy, że to się zdarzyło naprawdę?

– Przeczucie mówi mi, że tak.

Alta opadła na oparcie kanapy i zamilkła na chwilę.

– To co teraz? – zapytała w końcu, znów zaczynając rwać chusteczkę na strzępy.

– To zależy od pani. Jeśli zechce pani złożyć na policji skargę wobec doktora Trotteura za napaść seksualną lub też zaskarżyć go przed Komisją Etyki Lekarskiej, najważniejsze teraz jest nie ingerować w pani wspomnienia. Będę panią oczywiście przez cały czas wspierać, choć nie przyjdzie pani łatwo dzielić się tym z innymi. Myślę też, że nie będzie łatwo udowodnić cokolwiek. Jeśli jednak udałoby się pani go przyskrzynić, zrobiłaby pani coś wielkiego. Kto wie, czy była pani jedyna…

– Myśli pani, że on to zrobił innym kobietom? – Alta wyraźnie się zaniepokoiła.

– Jeśli zrobił to pani, to mógł i innym. Wybór należy do pani, Alto. Jeśli chciałaby pani po prostu pozbyć się tych wspomnień i bólu, mogę pani w tym pomóc. Jestem z panią, cokolwiek pani postanowi.

Alta westchnęła z bólem.

– Proszę dać sobie nieco czasu na przemyślenie tego wszystkiego. Nie musi pani podejmować decyzji natychmiast. Proszę przemyśleć wszystkie możliwości. Zastanowić się, jak oceniłaby pani swoją decyzję z perspektywy czasu. Może warto porozmawiać o tym z Johanem? Omówimy to sobie na następnym spotkaniu.

– Dobrze. – Alta wzięła swoją torebkę i ruszyła ku drzwiom.

– Czuje się pani na siłach do wyjścia? – upewniła się Megan.

Alta skinęła głową.

– Proszę do mnie dzwonić w razie czego.

– Może wezmę tydzień wolnego i spędzimy parę dni na farmie, tylko ja, Johan i Marljen. Będę mogła to sobie wszystko spokojnie poukładać.

– Dobry pomysł. Lepiej, żeby pani teraz nie przebywała za dużo w samotności.

Megan odprowadziła Altę do drzwi, po czym opadła na swój fotel i wypuściła głośno powietrze. Ręce jej się trzęsły, a serce nadal kołatało nieprzyjemnie w piersi.

W głębi ducha miała całkowitą pewność, że wspomnienie Alty było prawdziwe. Że gdzieś na terenie szpitala grasował bardzo niebezpieczny i zaburzony psychicznie lekarz, czyhający na bezbronne kobiety. Cokolwiek zdecyduje Alta Cronjé, Megan postanowiła, że sama również musi coś z tym zrobić.

Musiała zdobyć więcej informacji.

Tego wieczora, choć nie miała na to wcale ochoty, zabrała się za poszukiwania. Była kompletnie wykończona po sesji z Altą i kolejnych trzech klientach, z których jeden narzekał całą sesję, że terapia na niego nie działa, ale i tak nalegał na kolejne spotkanie. Jedyne, na co Megan miała ochotę, to paść twarzą na łóżko. Sprawa Alty nie dawała jej jednak spokoju, odpaliła więc laptop i usiadła po turecku na kanapie z kawałkiem pizzy w wolnej dłoni.

– Serfujesz sobie po necie? – zapytał Mike, biorąc ostatni kawałek pizzy z pudełka i zaglądając jej przez ramię.

– Tak jakby.

– Komisja Etyki Lekarskiej? – odczytał Mike na głos z ekranu. – Ekscytujące!

– Muszę po prostu coś sprawdzić.

– A co, zalegasz ze składkami?

– Nie, nie chodzi o mnie.

– A więc pacjent. – Mike wypowiedział to słowo z przesadnym akcentem, z impetem opadając na kanapę obok niej. – Jeden z twoich wariatów.

– Nie mów tak.

– Ale czemu ta strona? Ten pacjent to lekarz? – dopytywał Mike, przy okazji delikatnie muskając palcami jej kolano. Megan się wzdrygnęła; nienawidziła łaskotek.

– Nie.

– A więc to sekret… – Mike połaskotał ją w drugie kolano, po czym przesunął dłoń wyżej, na jej udo. Megan odtrąciła ją.

– Nie masz nic lepszego do roboty? – rzuciła.

– Mam, kochanie, ale do tego potrzebuję ciebie. – Wyszczerzył zęby.

– Mike, jestem tak zmęczona, że to byłaby w zasadzie nekrofilia.

– Przypomina mi to limeryk, który kiedyś usłyszałem – odpowiedział Mike z psotnym błyskiem w oku. – To jedyny wiersz, który w życiu zapamiętałem. Leciało to tak: „Żył raz pewien pan w stolicy, co trzymał martwą dziwkę w piwnicy. Mówił: »kiepska sprawa, to na grzech zakrawa«, ale przynajmniej oszczędzał na chcicy”.

– To obrzydliwe.

– No weź, to żart! Takie coś, z czego się śmiejesz. Zapomniałaś już, jak to się robi?

Megan zignorowała go. Nie miała dziś siły się kłócić. Po chwili Mike znów się odezwał:

– Skoro pacjent nie jest lekarzem… to może ma problem z jakimś lekarzem? A ty szukasz na jego temat informacji?

– Cholera! – wykrzyknęła Megan.

– A więc zgadłem! – zapiał Mike.

– Nie, strona się zawiesiła.

– No dalej, Meggy, wiem, że masz mi coś do powiedzenia – droczył się Mike śpiewnym tonem.

– Wiesz, że nie mogę.

– Rzuć jakiś soczysty kąsek. Co z tym lekarzem? Czy to dentysta? Zawsze podejrzewałem, że tylko kompletni zboczeńcy chcieliby całe życie grzebać w brudnych zębach innych ludzi.

– Pozwól mi w spokoju zrobić swoje, dobrze? – odparła Megan, poirytowana. Wpisała ponownie adres strony, jednak na ekranie wyskoczył komunikat o błędzie.

Sprawdziła kilka innych stron, które działały bez zarzutu.

– Co za różnica, czy mi powiesz? Przecież pacjenci się o tym nigdy nie dowiedzą. – Mike nie dawał za wygraną.

– Ale ja będę wiedziała – odrzekła Megan. – To nieetyczne. Nic ci nie powiem, więc przestań już mnie męczyć.

– Czy to jakiś lekarz z twojej kliniki? – rzekł Mike z nowym entuzjazmem w głosie. Megan była tak zaskoczona, że podniosła na niego wzrok. Mike uznał to za potwierdzenie.

– Zgadłem, prawda? – napierał radośnie. – Co zrobił? A może zrobiła?

– Mike!

– Ups, a więc figielki w gabinecie? Ktoś się bawił w doktora? – Mike wyciągnął dłonie w kierunku jej piersi. – Może my też się zabawimy?

Megan zaklęła siarczyście. Strona cały czas nie działała. Dlaczego witryny rządowe zawsze były takie beznadziejne?

– Mogłabyś być niegrzeczną pielęgniarką…

– Jesteś monotematyczny – odparła, odsuwając się.

– Ty też, żyjesz wyłącznie pracą – warknął Mike, po czym wstał i wyszedł z pokoju, trzaskając za sobą drzwiami. Megan ponownie zaklęła.

7. KRĘGI NA WODZIE

Rozsmarowuje masło po całej kromce, włącznie z brzegami i rogami. Poranny rytuał chleba i herbaty go uspokaja. Masowo produkowany, pokrojony fabrycznie chleb nie smakuje absolutnie niczym, ale każda kromka jest kwadratowa i biała. Nic innego w ciągu dnia nie będzie tak idealne. Pasta z sardeli również musi być rozsmarowana perfekcyjnie, bez grudek ani wirków. Do obcięcia skórek używa noża kuchennego, którego wygięte ostrze jest do tego celu lepsze niż ostrze noża do masła. Następnie tnie chleb na dziewięć równych kawałków i zjada je po kolei.

Palesa, która już zmyła naczynia, wytarła powierzchnie i wstawiła jego pranie, wchodzi teraz do kuchni. Jej biało-czarny uniform gosposi jest nieskazitelnie czysty i idealnie wyprasowany. Wie, jakie to dla niego ważne. Z wyrazem dumy na twarzy kiwa dłonią na swojego syna, by wszedł za nią.

Chłopiec ma dwanaście lat, stoi na progu przemiany w mężczyznę. Patrzeć na niego to czysta rozkosz. Ma symetryczne rysy, brązową skórę bez skazy i białe, równe zęby. Ach, gdyby wszyscy mogli tak wyglądać…

– Tshepo dostał wczoraj cenzurkę. Same piątki. Nawet z matematyki! – mówi Palesa.

– Genialnie! Po prostu wspaniale! – Obdarza chłopca uśmiechem. – Gratulacje.

Chłopiec szczerzy się szeroko, przestępując z nogi na nogę, jednocześnie uradowany i zawstydzony.

– Co masz do powiedzenia panu doktorowi? – ponagla syna kobieta.

– Bardzodziękujęzaopłacaniemojegoczesnego. – Chłopiec wypowiada zdanie jednym tchem. Najwyraźniej wygląda lepiej, niż się wysławia.

– Chciałby pan zobaczyć jego cenzurkę?

Nie chce, ale wie, że wypada. Nie wszystko na świecie może być tak idealne jak oceny chłopaka, jak jego cera.

– Idź po cenzurkę, Thsepo – nakazuje chłopakowi matka.

Chłopiec wybiega z kuchni, a Palesa rozkłada zastawę i dodatki do herbaty – filiżankę, spodeczek, dzbaneczek na mleko, imbryk i tabletki słodziku w miseczce. Wszystko białe, ułożone według właściwego porządku na lnianej serwecie.

Zawsze pije herbatę po śniadaniu. Rutyna jest dla niego istotna. Nienawidzi, gdy coś lub ktoś zaburza mu porządek. Wpadki, błędy i przeszkody zostawiają po sobie kręgi na spokojnych wodach jego codzienności. Wrzuca do herbaty tabletki słodziku – zawsze dwie. Miesza herbatę, dokładnie pięć razy, i upija łyk.

Czas wybrać kolejną.

Tym razem musi być ostrożniejszy. W przeszłości dokonał kilku niemądrych wyborów, które później utrudniły mu życie. Choćby ten niepokojący, a nawet agresywny telefon wczoraj. Kalwiniści zwykle mają więcej szacunku dla autorytetów, ale ta widocznie jest bardziej upierdliwa. Miała także nieokrzesanego męża. Jakaż szkoda, że nie mógł wyciąć tego telefonu ze swojego dnia tak łatwo, jak odcina się skórkę od chleba! Nie może pozwolić, żeby takie rzeczy zachodziły mu za skórę.

Unosi serwetkę, wyciera nią delikatnie usta i jak zwykle wyczuwa niemal niewidoczną skazę na swoim podbródku. Nie. Nie może o niej myśleć.

Zapatruje się przez okno na swój ogród, popijając przy tym herbatę. W przyszłości musi robić dogłębniejszy rekonesans. Ta studentka to też pomyłka. Z jej ubrań i biżuterii wywnioskował, że studiowała sztukę, była typowym nierobem. Dopiero po fakcie dowiedział się, że chodziła na prawo.

Jego dłoń wędruje znów ku podbródkowi, palec przesuwa się po skazie. Czyżby była coraz dłuższa? Nie! To niepotrzebna, zła myśl! Musi się jej pozbyć. Mimo to udaje się do łazienki i wpatruje w powiększające lusterko na pałąku.

Skaza jest nadal niemal niewidoczna. Ale wciąż jest.

– Jest pan gotowy?

Dziewczyna, zamach, upadek, rozcięcie. Przez jego mózg przelatują obrazy. Obraca się na pięcie i ryczy:

– Co powiedziałaś?!

Palesa, stojąca w drzwiach z kartką papieru w dłoniach, robi krok do tyłu, przestraszona.

– Czy jest pan gotowy zobaczyć cenzurkę Tshepa? – mówi ledwo słyszalnym szeptem.

Zatrzaskuje jej drzwi przed nosem. Głupia baba!

– Jest pan gotowy? Na pewno? – Znów ten głos.

On nie jest rzeczywisty i nie należy do teraźniejszości. Ale i tak brzmi dość mocno, by przenieść go w czasie o ćwierćwiecze.

Znów jest mały.

– Jesteś gotów? – pyta dziewczyna.

– Oczywiście – odpowiada, wspinając się na huśtawkę, chętny na wyzwanie. Czerwona farba odpada płatami z siedzenia, a drzazgi kłują w skórę. Jednak to mu nie przeszkadza. Zaraz będzie huśtany przez Sarę, najstarszą z dzieci zamieszkujących ośrodek. Sara jest duża i ma grube ramiona. Kiedy robi komuś pokrzywkę, uczucie jest takie, jakby skóra odchodziła od mięśni. Każdy chce być w dobrych układach z Sarą. A ona właśnie zaproponowała mu, że go pohuśta.

– Jesteś pewien, Attie?

Mówi w dziwny sposób, przeciągając jego imię. Jej białe zęby błyskają w szerokim uśmiechu.

– Tak, tak! – Mocno łapie za łańcuchy.

Pozostałe dzieci zbierają się wokół nich, by móc się przyglądać. Jeden ze starszych chłopaków trąca Sarę łokciem i szepcze jej do ucha coś, co powoduje, że dziewczyna chichocze.

– Zatem… – Sara odchyla huśtawkę tak daleko, że siedzenie jest niemal poziomo w stosunku do ziemi – …zaczynamy!

Pcha na tyle mocno, że chłopiec niemal traci chwyt na łańcuchach.

– Wyżej! – wykrzykuje Sara i pcha ponownie. – Jeszcze wyżej!

Z każdym pchnięciem wzlatuje coraz wyżej, jakby latał! Przyglądające się im maluchy wzdychają z zachwytem. Przed sobą widzi dom z czerwonej cegły, w którym wszystkie dzieci mieszkają razem z przybraną matką, Tannie Elsą. Wzlatuje powyżej poziomu dachu z blachy falistej, pobłyskującego srebrzyście w popołudniowym słońcu. Jest lekki jak ptak. Wystarczy tylko puścić łańcuchy i wzlecieć w powietrze.

Sara nie ustaje w pchnięciach.

– Patrzcie! – woła do pozostałych. – Świnie umieją latać!

– Pro-sia-czek, Pro-sia-czek! – zaczynają skandować pozostali. Nienawidzi tego przydomku. – Ta mała świnka poszła do lasu… – Sara pcha w rytm wyliczanki. Każde pchnięcie jest jak cios w jego kościste plecy. – Ta mała świnka poszła do wsi… – wykrzykuje teraz słowa jak obelgi. – A ta mała świnka płakała całą drogę do domu!

Wydaje się, jakby huśtawka zastygała na chwilę na szczycie kolejnych łuków, po czym opada gwałtownie i chybotliwie. Za każdym razem jego pośladki na chwilę odrywają się od siedziska, a gdy opada, coś zimnego chwyta go za żołądek. Pot cieknie mu po twarzy, ale nie odważyłby się puścić łańcuchów nawet na chwilę, by go otrzeć.

– Przestań! Ja już nie chcę!

Sara go ignoruje.