Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2015

Mroczna Wieża: Wiatr przez dziurkę od klucza ebook

Stephen King  

4.6875 (16)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 389 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczna Wieża: Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King

Roland z Gilead jest rewolwerowcem, jednym z nielicznych usiłujących utrzymać porządek w świecie rosnącego bezprawia, połączeniem błędnego rycerza i szeryfa z Dzikiego Zachodu. Wraz z grupą towarzyszy przemierza złowrogi, wyludniony świat, zniszczony przez wojny, zamieszkały przez mutanty i demony, w poszukiwaniu tajemniczej Mrocznej Wieży stojącej w centrum istnienia wszystkich światów. Wędrowców zatrzymuje lodowaty wicher niszczący wszystko na swojej drodze. Chcąc przetrwać, znajdują schronienie w opustoszałym budynku wiejskiej świetlicy. Tam spędzają noc, słuchając opowiadania Rolanda o jednej z pierwszych misji, jaką wykonał po tym, gdy stał się rewolwerowcem. Wysłany przez ojca do Debarii, by pomóc tamtejszym mieszkańcom uporać się z mordującym całe rodziny zmiennokształtnym stworem, skóroczłekiem, Roland bierze pod opiekę dziesięcioletniego chłopca, Billa Streetera, jedynego ocalałego z ostatniej rzezi. Usiłując uspokoić przerażone dziecko, opowiada mu swą ulubioną historię z dzieciństwa  zatytułowaną Wiatr przez dziurkę od klucza, którą często czytała mu matka. Występuje w niej chłopiec, Tim Ross, znany później jako Tim Dzielne Serce, nieustraszony rewolwerowiec...

Opinie o ebooku Mroczna Wieża: Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King

Fragment ebooka Mroczna Wieża: Wiatr przez dziurkę od klucza - Stephen King

O książce

Roland i jego ka-tet podczas swej wędrówki w poszukiwaniu Mrocznej Wieży chronią się przed zamiecią w opustoszałym budynku wiejskiej świetlicy. Spędzają tam noc, słuchając opowiadania Rolanda o jednym z jego pierwszych zadań – walce ze zmiennokształtnym potworem mordującym całe rodziny. Podczas tej misji wziął pod swoją opiekę dziesięcioletniego chłopca ocalałego z rzezi i usiłując go uspokoić, opowiedział swoją ulubioną historię z dzieciństwa o Timie Dzielne Serce – Wiatr przez dziurkę od klucza.

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYWkrótceSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:THE WIND THROUGH THE KEYHOLE: A DARK TOWER NOVEL

Copyright © Stephen King 2012All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2012

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: © Vincent Chong

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-256-7

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Dla Robin Furthoraz całej zgrai z wydawnictwa Marvel Comics

PRZEDMOWA

Większość osób trzymających w rękach tę książkę śledziła przygody Rolanda i jego towarzyszy – jego ka-tet – przez lata, a niektórzy od samego początku. Inni – i mam nadzieję, że jest ich wielu, zarówno nowych, jak i stałych czytelników – mogą zadać sobie pytanie: Czy mogę czytać tę powieść i cieszyć się nią, jeśli nie czytałem innych książek z cyklu Mroczna Wieża? Moja odpowiedź brzmi: tak, jeżeli będziecie pamiętali o kilku sprawach.

Po pierwsze, Świat Pośredni leży obok naszego i w wielu miejscach się nań nakłada. W niektórych punktach znajdują się drzwi łączące oba te światy, a w innych granica między nimi jest tak cienka i przepuszczalna, że łączą się ze sobą. Trzy osoby tworzące ka-tet Rolanda, czyli Eddie, Susannah i Jake, zostały kolejno powołane, każda z innej nowojorskiej i niebezpiecznej rzeczywistości, aby wziąć udział w wyprawie rewolwerowca. Czwarty towarzysz ich podróży, bumbler zwany Ejem, jest złotookim stworzeniem pochodzącym ze Świata Pośredniego. A ten świat jest stary i zrujnowany, pełen potworów i magii, której nie można ufać.

Po drugie, Roland Deschain z Gilead jest rewolwerowcem – jednym z nielicznych próbujących utrzymać porządek w świecie rosnącego bezprawia. Jeśli uznacie rewolwerowców z Gilead za dziwne połączenie błędnych rycerzy oraz szeryfów z Dzikiego Zachodu, będziecie bliscy prawdy. Większość z nich, chociaż nie wszyscy, wywodzi się z rodu dawnego Białego Króla, znanego jako Arthur Eld (mówiłem wam, że te światy się nakładają).

Po trzecie, nad Rolandem ciąży straszliwa klątwa. Zabił swoją matkę, gdyż miała romans – niezupełnie z własnej woli i z pewnością wbrew zdrowemu rozsądkowi – z facetem, którego spotkacie na kartkach tej powieści. Chociaż Roland zrobił to pod wpływem magii, wciąż się obwinia, a śmierć nieszczęsnej Gabrielle Deschain dręczy go od wczesnej młodości. Te wydarzenia są wyczerpująco opisane w cyklu Mroczna Wieża, ale pomyślałem, że warto, aby wszyscy o nich wiedzieli.

Stali czytelnicy powinni umieścić tę książkę po powieści Czarnoksiężnik i kryształ, a przed Wilkami z Calla… co chyba czyni ją tomem numer 4,5.

Co do mnie, z przyjemnością odkryłem, że moi starzy przyjaciele mają jeszcze coś do powiedzenia, gdyż myślałem, że ich historie już zostały opowiedziane. Ponowne spotkanie z nimi po latach sprawiło mi wielką radość.

Stephen King14 września 2011 rok

LODODMUCH

1

Po opuszczeniu Szmaragdowego Pałacu – niestety, nie był on pałacem z krainy Oz, jednakże teraz stał się grobowcem nieprzyjemnego faceta, znanego ka-tet Rolanda jako Tik-Tak – Jake zaczął coraz bardziej oddalać się od Rolanda, Eddiego i Susannah.

– Nie martwisz się o niego? – spytała Susannah. – O to, że jest tam sam?

– Ma ze sobą Eja – powiedział Eddie, mówiąc o bumblerze, który uznał Jake’a za swojego najlepszego przyjaciela. – A Ej dobrze traktuje miłych ludzi, ale ma ostre zęby dla tych, którzy mili nie są. O czym boleśnie przekonał się niejaki Gasher.

– Ponadto Jake ma broń swojego ojca – dodał Roland. – I wie, jak się nią posłużyć. Wie to bardzo dobrze. Nie zejdzie ze ścieżki Promienia.

Wskazał w górę okaleczoną dłonią. Nisko wiszące chmury w większości były nieruchome, tylko jeden ich rząd powoli płynął na południowy wschód. W kierunku Gór Gromu, jeśli notatka pozostawiona dla nich przez kogoś podpisującego się RF mówiła prawdę.

Ku Mrocznej Wieży.

– Tylko dlaczego… – zaczęła Susannah, lecz nagle fotel inwalidzki podskoczył na wyboju. Odwróciła się do Eddiego. – Uważaj, gdzie mnie pchasz, złotko.

– Przepraszam – rzekł Eddie. – Drogowcy ostatnio nie naprawiali tego odcinka autostrady. Najwidoczniej na skutek cięć budżetowych.

Wprawdzie nie była to autostrada, tylko droga… przynajmniej kiedyś: teraz zostały z niej dwie ledwie widoczne koleiny miejscami zasłane kulami solanki kolczystej. Wcześniej tego ranka minęli nawet opuszczony sklep z ledwie czytelnym szyldem SKŁAD TOWARÓW TOOKA. Weszli do środka, szukając prowiantu – wtedy jeszcze Jake i Ej byli z nimi – lecz nie znaleźli niczego prócz kurzu, starych pajęczyn i szkieletu jakiegoś stworzenia, które mogło być dużym szopem, małym psem lub bumblerem. Ej obwąchał go pobieżnie, po czym obsikał kości i opuścił skład, żeby usiąść na środku drogi i owinąć się puchatym ogonem. Spoglądał tam, skąd przyszli, i węszył.

Roland widział dziwne zachowanie bumblera i zaczął się niepokoić. Może ktoś ich tropił? Nie wierzył, żeby tak było, ale wygląd Eja – rozdęte nozdrza, nastawione uszy, podwinięty ogon – przywoływał jakieś wspomnienie lub skojarzenie, którego nie potrafił uchwycić.

– Dlaczego Jake chce być sam? – zapytała Susannah.

– Czy uważasz to za niepokojące, Susannah z Nowego Jorku? – zapytał Roland.

– Tak, Rolandzie z Gilead, uważam to za niepokojące.

Uśmiechnęła się przyjaźnie, lecz w jej oczach zapalił się dawny groźny błysk. Roland wiedział, że to ta część jej osobowości, która należała do Detty Walker. Detta nigdy nie odejdzie na zawsze i wcale nie było mu przykro z tego powodu. Bez tej obcej osoby, która wciąż tkwiła w jej sercu niczym okruch lodu, Susannah byłaby tylko ładną czarnoskórą kobietą z nogami obciętymi poniżej kolan. Wraz z Dettą stała się osobą, z którą należało się liczyć. Była niebezpieczna. Była rewolwerowcem.

– On ma o czym myśleć – cicho powiedział Eddie. – Wiele przeszedł. Nie każdy dzieciak powraca z zaświatów. I jest tak, jak mówi Roland: jeśli ktoś stanie mu na drodze, gorzko tego pożałuje. – Eddie przestał pchać wózek, otarł pot z czoła i spojrzał na Rolanda. – Czy w ogóle jest tu ktoś na tym podmiejskim pustkowiu, Rolandzie? Czy może wszyscy poszli dalej?

– Och, zgaduję, że kilku tu zostało.

Wcale nie zgadywał; podążając ścieżką Promienia, byli kilkakrotnie obserwowani. Raz przez wystraszoną kobietę z niemowlęciem w zawiniątku, obejmującą ramieniem dwójkę dzieci. Raz przez starego farmera, półmutanta z podrygującą macką zwisającą mu z kącika ust. Eddie i Susannah nie widzieli tych ludzi i nie wyczuli obecności innych, którzy bezpiecznie skryci w krzakach i wysokich trawach obserwowali ich przemarsz. Eddie i Susannah musieli jeszcze wiele się nauczyć.

Jednakże wyglądało na to, że nauczyli się już przynajmniej części tego, co będzie im potrzebne, ponieważ Eddie zapytał:

– Czy to ci podążający za nami, których zwęszył Ej?

– Nie wiem.

Roland zastanawiał się, czy dodać, że jest pewny, iż w dziwnym umyśle małego bumblera zalęgła się inna myśl, ale postanowił o tym nie mówić. Rewolwerowiec spędził długie lata bez ka-tet i przywykł nie zasięgać niczyich rad. Powinien zerwać z tym zwyczajem, jeśli ka-tet ma pozostać silne. Lecz nie dziś, nie tego ranka.

– Ruszajmy – powiedział. – Jestem pewien, że Jake tam na nas czeka.

2

Dwie godziny później, tuż przed południem, wspięli się na wzniesienie i przystanęli, spoglądając na szeroką, leniwie płynącą rzekę, szarą jak cyna pod zachmurzonym niebem. Na północno-zachodnim brzegu – po ich stronie – stał podobny do stodoły budynek pomalowany tak jaskrawozieloną farbą, że zdawał się krzyczeć w ciszy dnia. Jego koniec sterczał nad wodą, wsparty na palach pomalowanych na taki sam zielony kolor. Do pali była przywiązana grubymi powrozami duża tratwa, co najmniej trzydzieści metrów na trzydzieści, pomalowana na przemian w czerwone i żółte pasy. Z jej środka sterczał wysoki drewniany słup wyglądający jak maszt, ale bez żadnego żagla. Z przodu ustawiono kilka wiklinowych krzeseł zwróconych ku temu brzegowi rzeki, na którym się znajdowali. Na jednym z nich siedział Jake. Obok niego zajmował miejsce starzec w wielkim słomkowym kapeluszu, bufiastych spodniach i wysokich butach. Górną połowę jego ciała okrywała cienka biała koszula z rodzaju tych, które Roland nazywał fikuśnymi. Jake i stary zajadali ogromne kanapki. Na ich widok Rolandowi pociekła ślinka z ust.

Ej siedział za jedzącymi na krawędzi cyrkowo pomalowanej tratwy, bacznie przypatrując się swojemu odbiciu. A może odbiciu stalowej liny, która wisiała nad ich głowami, łącząc oba brzegi.

– Czy to jest Whye? – zapytała Susannah.

– Tak – odparł Roland.

Eddie się uśmiechnął.

– Dla mnie to oznacza „czemu nie?” – Podniósł rękę i pomachał. – Jake! Hej, Jake! Ej!

Jake pomachał mu w odpowiedzi i chociaż rzeka oraz przycumowana do brzegu tratwa znajdowały się jeszcze pół mili od nich, mając dobry wzrok, zobaczyli, jak jego białe zęby błysnęły w uśmiechu.

Susannah przyłożyła dłonie do ust.

– Ej! Ej! Do mnie, złotko! Chodź do mamusi!

Wydając przenikliwe świsty będące u niego odpowiednikiem warczenia, Ej przemknął po tratwie, znikł w podobnym do stodoły budynku, po czym wyłonił się z niego po ich stronie. Pobiegł ścieżką, z uszami położonymi po sobie i błyszczącymi ślepiami o złocistych obwódkach.

– Zwolnij, złotko, bo dostaniesz ataku serca! – zawołała ze śmiechem Susannah.

Ej uznał, że kazała mu biec szybciej. W niecałe dwie minuty znalazł się przy fotelu Susannah, wskoczył jej na kolana, a potem zeskoczył i spojrzał na nich wesoło.

– Olan! Ed! Suze!

– Witaj, Sir Throckenie – rzekł Roland, używając starego imienia bumblera, które po raz pierwszy usłyszał z ust matki czytającej mu książkę o dzielnym throckenie i smoku.

Ej podniósł nogę, obsikał kępę trawy, a potem znów obrócił się w tę stronę, z której przyszli, węsząc i wpatrując się w dal.

– Dlaczego on wciąż tak robi, Rolandzie? – zapytał Eddie.

– Nie wiem.

Jednakże Roland coś wiedział. Czy to było w jednej z tych starych opowieści, nie w tej o throckenie i smoku, ale podobnej? Tak mu się zdawało. Przez moment myślał o zielonych ślepiach spoglądających z ciemności i przeszedł go dreszcz – nie wywołany lękiem (chociaż może po części tak), ale wspomnieniem. Ono jednak zaraz mu umknęło.

Jeśli Bóg da, będzie woda, pomyślał i dopiero widząc zdziwienie Eddiego, uświadomił sobie, że powiedział to na głos.

– Hę?

– Nieważne – rzekł Roland. – Pogawędźmy z nowym znajomym Jake’a, dobrze? Może ma jeszcze parę kanapek.

Eddie, mający już dość pożywnej, lecz niewyszukanej strawy nazywanej burritos rewolwerowca, natychmiast się rozpromienił.

– Do licha, tak – rzucił i spojrzał na wyimaginowany zegarek na swoim opalonym przegubie. – A niech mnie, jeśli to nie czas na wyżerkę.

– Zamknij się i pchaj, słodziutki – ponagliła go Susannah.

Eddie zamknął się i zaczął pchać.

3

Stary człowiek siedział, kiedy weszli do budynku, a stał, gdy wyłonili się zeń na brzegu rzeki. Zobaczył broń Rolanda i Eddiego – wielkie rewolwery z okładzinami z drzewa sandałowego na rękojeściach – i szeroko otworzył oczy. Przyklęknął. Było cicho i Roland usłyszał, jak zatrzeszczały mu przy tym stawy.

– Hile, rewolwerowcze – powiedział i przycisnął do czoła opuchniętą od artretyzmu pięść. – Pozdrawiam cię.

– Powstań, przyjacielu – rzekł Roland, mając nadzieję, że starzec istotnie jest przyjacielem. Jake chyba tak uważał, a Roland zaczął ufać jego instynktowi. Nie mówiąc o instynkcie bumblera. – Powstań, proszę.

Starcowi przychodziło to z trudem, więc Eddie wszedł na tratwę i pomógł mu.

– Dzięki, synu, dzięki. A ty też jesteś rewolwerowcem czy uczniem?

Eddie spojrzał na Rolanda. Ten nie zareagował, więc Eddie znowu popatrzył na starego, wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

– Chyba po trosze jednym i drugim. Jestem Eddie Dean z Nowego Jorku. To moja żona Susannah. A to jest Roland Deschain z Gilead.

Starzec zrobił wielkie oczy.

– Powiedziałeś z Gilead? Naprawdę?

– Naprawdę – potwierdził Roland i poczuł nieoczekiwany smutek ściskający mu serce.

Czas był twarzą odbitą w wodzie i tak jak ta wielka rzeka przed nimi wciąż płynął.

– Zatem wejdźcie na pokład. I witajcie. Ten młodzieniec i ja już zostaliśmy przyjaciółmi.

Ej przeskoczył na tratwę i starzec pogłaskał uniesiony łeb bumblera.

– My także, prawda, mały? Pamiętasz, jak się nazywam?

– Bix! – natychmiast odparł Ej, po czym znów obrócił się na północny zachód i uniósł głowę. Oczami o złocistych obwódkach bacznie wpatrywał się w rząd chmur przesuwających się wzdłuż ścieżki Promienia.

4

– Zjecie coś? – zapytał Bix. – Mam niewiele i nic specjalnego, ale chętnie się tym z wami podzielę.

– Będziemy wdzięczni – powiedziała Susannah. Spojrzała na wiszącą nad ich głowami linę przerzuconą na drugi brzeg rzeki. – To jest prom, prawda?

– Tak – odparł Jake. – Bix powiedział mi, że po tamtej stronie są ludzie. Niezbyt blisko, ale i niezbyt daleko. Uważa, że uprawiają ryż, ale nie pojawiają się tu często.

Bix zszedł z wielkiej tratwy i wszedł do budynku. Eddie zaczekał, aż ze środka zaczęły dobiegać odgłosy otwieranych szafek, a wtedy nachylił się do Jake’a.

– Czy on jest w porządku? – zapytał cicho.

– Tak – odparł Jake. – To dlatego, że zmierzamy na drugi brzeg. Cieszy się, że będzie mógł kogoś przewieźć. Mówi, że nie robił tego od lat.

– Założę się, że tak – zgodził się Eddie.

Bix wrócił z wiklinowym koszykiem, który Roland szybko od niego wziął, inaczej stary mógłby się potknąć i wpaść do wody. Po chwili wszyscy siedzieli na wiklinowych fotelach, zajadając kanapki z jakąś różową rybą. Mięso było dobrze przyprawione i smaczne.

– Jedzcie, ile chcecie – powiedział Bix. – W rzece roi się od ryb i przeważnie są zdrowe. Zmutowane wrzucam z powrotem. Kiedyś kazano nam wyrzucać mutanty na brzeg, żeby się nie rozmnażały, i przez jakiś czas tak robiłem, ale… – Wzruszył ramionami. – Żyj i daj żyć, mówię. Jako ktoś, kto długo żył sam, uważam, że mogę tak mówić.

– Ile masz lat? – spytał Jake.

– Jakiś czas temu skończyłem sto dwadzieścia, ale potem straciłem rachubę i tyle. Czas leci po tej stronie drzwi, wiecie.

Po tej stronie drzwi. Wspomnienie jakiejś starej opowieści znów zaczęło męczyć Rolanda i zaraz znikło.

– Kto kazał ci wyrzucać zmutowane ryby? – zapytała Susannah.

– Podążacie za tym? – Starzec wskazał na przepływające po niebie chmury.

– Tak.

– Do Calla czy dalej?

– Dalej.

– Ku wielkiej ciemności?

Ta myśl zdawała się jednocześnie niepokoić i fascynować Bixa.

– Podążamy naszym kursem – rzekł Roland. – Jaką opłatę weźmiesz za przeprawienie nas, przewoźniku?

Bix się roześmiał. Sucho i wesoło.

– Pieniądze są bez wartości, jeśli nie ma co za nie kupić, nie macie bydła i to jasne jak słońce, że mam więcej jedzenia niż wy. Ponadto zawsze możecie wycelować we mnie broń i zmusić mnie, żebym was przewiózł.

– Nigdy – powiedziała Susannah, robiąc zaszokowaną minę.

– Wiem – odparł Bix, machając ręką. – Bandyci mogliby to zrobić, a potem na dodatek spalić mój prom, kiedy znaleźliby się na drugim brzegu, ale prawdziwi mężczyźni nigdy by tego nie zrobili. Kobiety chyba też nie. Nie wyglądasz na uzbrojoną, panienko, ale z kobietami nigdy nie wiadomo.

Słysząc to, Susannah nieznacznie się uśmiechnęła i nic nie powiedziała.

Bix zwrócił się do Rolanda.

– Przybywacie z Lud, jak widzę. Chciałbym posłuchać o Lud i o tym, co tam się dzieje. Ponieważ to było cudowne miasto, wiecie. Rozsypujące się w gruzy i coraz dziwniejsze, kiedy je znałem, ale wciąż cudowne.

We czwórkę wymienili spojrzenia, które były absolutnie an-tet, rodzajem ich telepatycznego porozumiewania się. A także pełne żalu, które to słowo w dawnej mowie Świata Pośredniego oznaczało ubolewanie, ale również smutek.

– No co? – pytał Bix. – Co ja powiedziałem? Jeśli poprosiłem o coś, czego nie możecie mi dać, to błagam o wybaczenie.

– Wcale nie – powiedział Eddie – ale Lud…

– Lud jest pyłem na wietrze – wtrąciła Susannah.

– Właściwie nie jest pyłem – poprawił Eddie.

– Popiołem – rzekł Jake. – Popiołem, który świeci w ciemności.

Bix zastanowił się nad tym, po czym powoli skinął głową.

– I tak o tym posłucham, przynajmniej tyle, ile możecie opowiedzieć w ciągu godziny. Tak długo trwa przeprawa.

5

Bix się zjeżył, kiedy zaproponowali mu pomoc przy przygotowaniach. Powiedział, że to jego praca i wciąż może ją wykonywać, tyle że nie tak szybko jak kiedyś, gdy po obu stronach rzeki znajdowały się farmy i kilka niedużych faktorii.

Poza tym niewiele było do roboty. Przyniósł z budynku stołek i zrobioną z drzewa żelaznego śrubę oczkową z pierścieniem, wszedł na stołek i przymocował śrubę do końca masztu, po czym zaczepił ją o linę. Odniósł stołek i wrócił z dużą metalową korbą w kształcie litery Z. Uroczyście położył ją przy drewnianej nadbudówce na drugim końcu tratwy.

– Niech nikt z was nie strąci tego do wody, bo nigdy nie wrócę do domu – powiedział.

Roland przysiadł na piętach, żeby obejrzeć ten przyrząd. Skinął na Eddiego i Jake’a, którzy dołączyli do niego. Pokazał im słowa wytłoczone na długiej rączce.

– Czy to jest to, co mi się wydaje?

– Yhm – potwierdził Eddie. – North Central Positronics. Nasi starzy znajomi.

– Kiedy to dostałeś, Bix? – spytała Susannah.

– Dziewięćdziesiąt lat temu albo jeszcze wcześniej. Gdybym miał zgadywać… tam są jakieś podziemia. – Wskazał mniej więcej w kierunku Szmaragdowego Pałacu. – Ciągną się całymi kilometrami i są pełne rzeczy, które należały do starego ludu, doskonale zachowanych. Dziwna muzyka wciąż płynie tam z głośników, muzyka, jakiej nigdy nie słyszałeś. Ona mąci w głowach. I nie waż się zostać tam długo, bo twoje ciało pokryją wrzody, będziesz rzygał i zaczną wypadać ci zęby. Byłem tam raz. Nigdy więcej. Przez jakiś czas myślałem, że umrę.

– Czy wypadały ci nie tylko zęby, ale i włosy? – zapytał Eddie.

Bix się zdziwił, a potem skinął głową.

– Tak, trochę, potem odrosły.

– To korba zestali, wiecie.

Eddie zastanawiał się przez chwilę nad sensem tych słów. Co miała zestalić korba będąca przecież przedmiotem martwym? Potem pojął, że staruszek powiedział „ze stali”.

– Gotowi? – zapytał Bix. Oczy błyszczały mu prawie tak jak ślepia Eja. – Mogę odbijać?

Eddie żartobliwie mu zasalutował.

– Tak jest, kapitanie. Kurs na Wyspę Skarbów.

– Chodź tu i pomóż mi z tymi linami, Rolandzie z Gilead, dobrze?

Roland chętnie to zrobił.

6

Prom powoli przesuwał się po skośnie przerzuconej linie, ciągnięty przez leniwy nurt rzeki. Wokół wyskakiwały z wody ryby, gdy członkowie ka-tet Rolanda kolejno opowiadali starcowi o mieście Lud i o tym, co ich tam spotkało. Ej przez chwilę z zainteresowaniem przyglądał się rybom oparty łapami o krawędź tratwy. Potem znowu usiadł i z uniesionym pyskiem spoglądał tam, skąd przyszli.

Bix chrząknął, gdy powiedzieli mu, jak opuścili skazane na zagładę miasto.

– Blaine Mono, mówicie. Tak, pamiętam. Szybki pociąg. Był tam jeszcze jeden, chociaż nie pamiętam, jak się nazywał…

– Patricia – podsunęła Susannah.

– Ach, no właśnie. Miała piękne panoramiczne okna. Zatem mówicie, że miasta już nie ma?

– Nie ma – potwierdził Jake.

Bix spuścił głowę.

– To smutne.

– Istotnie – powiedziała Susannah, ujmując jego dłoń i lekko ją ściskając. – Świat Pośredni to smutne miejsce, chociaż bywa bardzo piękny.

Dotarli na środek rzeki i lekki, zadziwiająco ciepły wietrzyk wichrzył im włosy. Wszyscy zdjęli grube wierzchnie okrycia i usiedli na wiklinowych fotelach dla pasażerów porozstawianych w różnych miejscach, być może do podziwiania widoków. Duża ryba – zapewne jedna z tych, które napchały sobie brzuchy, gdy wybiła godzina żerowania – wyskoczyła na tratwę i leżała, podskakując, przed Ejem. Chociaż bumbler zwykle błyskawicznie rozprawiał się ze wszystkimi małymi stworzeniami, które weszły mu w drogę, teraz jakby jej nie zauważył. Roland ciężkim butem strącił ją z powrotem do wody.

– Wasz throcken wie, co nadchodzi – zauważył Bix. Spojrzał na Rolanda. – Będziecie potrzebowali schronienia, prawda?

Roland przez chwilę nie odpowiadał. Z głębi podświadomości na powierzchnię wypłynęło wyraźne wspomnienie jednej z tuzina ręcznie malowanych ilustracji w starej i lubianej książce. Sześć bumblerów siedzących w lesie na pniu zwalonego drzewa, pod jasnym półksiężycem, z uniesionymi pyskami. Jako mały chłopiec tę książkę właśnie, Magiczne opowieści Elda, lubił najbardziej ze wszystkich i matka czytała mu ją do poduszki w jego sypialni na wysokiej wieży, gdy jesienny wicher śpiewał na zewnątrz samotną pieśń, przywołując zimę. Wiatr przez dziurkę od klucza, tak nazywała się opowieść zilustrowana tym obrazkiem, a była jednocześnie straszna i cudowna.

– Na wszystkich mych bogów na wzgórzu – rzekł Roland i uderzył nasadą okaleczonej dłoni w swoje czoło. – Powinienem się zorientować od razu. Choćby po tym, jak ciepło się zrobiło w ostatnich dniach.

– Chcesz powiedzieć, że się nie połapałeś? – spytał Bix. – I ty jesteś ze Świata?

Cmoknął.

– Rolandzie? – zapytała Susannah. – Co jest?

Roland zignorował ją. Popatrzył na Bixa, Eja, a potem znów na Bixa.

– Nadchodzi lododmuch.

Bix skinął głową.

– Ano. Throcken tak mówi, a bumblery w tej sprawie nigdy się nie mylą. Oprócz umiejętności wypowiadania kilku słów to ich dar.

– Jaki dar? – spytał Eddie.

– Przewidywania – odparł Roland. – Bix, znasz jakieś miejsce na drugim brzegu, gdzie moglibyśmy się schować i przeczekać to?

– Przypadkiem znam. – Starzec wskazał na porośnięte lasem wzgórza po drugiej stronie Whye, gdzie czekała na nich druga przystań i budynek, tyle że niepomalowany i o wiele mniej okazały. – Na drugim brzegu zobaczycie trakt, wąską ścieżkę, która kiedyś była drogą. Podąża za ścieżką Promienia.

– Pewnie, że tak – powiedział Jake. – Wszystko służy Promieniowi.

– Słusznie prawisz, młodzieńcze, słusznie prawisz. Jak mierzycie drogę, w kołach czy w milach?

– W obu jednostkach – odrzekł Eddie – ale większości z nas łatwiej mierzyć w milach.

– W porządku, zatem podążajcie starą drogą do Calla przez pięć mil… może sześć… aż dotrzecie do opuszczonej wioski. Większość jej budynków jest z drewna i na nic wam się nie zda, ale świetlica jest z kamienia. Będzie wam tam dobrze. Byłem w środku i jest tam śliczny duży kominek. Oczywiście musicie sprawdzić komin i będzie wam potrzeba sporo karmy dla niego na te kilka dni, które tam przesiedzicie. Jako opału możecie użyć drewna ze zrujnowanych domów.

– Czym jest ten lododmuch? – zapytała Susannah. – Czy to jakaś burza?

– Tak – odparł Roland. – Nie widziałem jej od wielu, wielu lat. Na szczęście mamy Eja. A mimo to nie zorientowałbym się, gdyby nie Bix. – Położył dłoń na ramieniu starca. – Dzięki ci, sai. Wszyscy jesteśmy ci wdzięczni.

7

Budynek przystani na południowo-wschodnim brzegu rzeki rozpadał się jak wiele rzeczy w Świecie Pośrednim; z krokwi zwisały stada nietoperzy, a po ścianach biegały spasione pająki. Z zadowoleniem wyszli stamtąd na otwartą przestrzeń. Bix przycumował tratwę i dołączył do nich. Wszyscy uściskali go, uważając, by nie robić tego za mocno i nie połamać jego starych kości.

Kiedy się z nim pożegnali, starzec otarł łzy z oczu, pochylił się i pogłaskał łeb Eja.

– Dobrze się nimi opiekuj, Sir Throckenie.

– Ej! – rzucił bumbler. – Bix!

Starzec wyprostował się i znów usłyszeli, jak zatrzeszczało mu w stawach. Przycisnął dłonie do pleców i skrzywił się.

– Czy zdołasz przeprawić się z powrotem? – spytał Eddie.

– O tak – odparł Bix. – Gdyby była wiosna, może nie zdołałbym, bo Whye nie jest taka spokojna, gdy topnieją śniegi i padają deszcze, ale teraz? Łatwizna. Burza jest jeszcze daleko. Trochę pokręcę korbą, walcząc z prądem, potem zacisnę śrubę, żeby mnie nie zniosło, i odpocznę, a później znów pokręcę. Może potrwa to cztery godziny, a nie jedną, ale wrócę tam. Jak zawsze. Chciałbym tylko móc lepiej was nakarmić.

– To nam wystarczy – zapewnił go Roland.

– To dobrze. Dobrze. – Starzec wyraźnie nie miał ochoty odejść. Z poważną miną powiódł wzrokiem po ich twarzach, a potem uśmiechnął się, pokazując bezzębne dziąsła. – To było dobre spotkanie na szlaku, prawda?

– Prawda – rzekł Roland.

– A gdybyście tędy wracali, wpadnijcie z wizytą do starego Bixa. Opowiedzcie mu o waszych przygodach.

– Tak zrobimy – powiedziała Susannah, chociaż wiedziała, że już nigdy tutaj nie wrócą. Wszyscy to wiedzieli.

– I uważajcie na lododmuch. Nie ma z nim żartów. Macie jednak jeszcze dzień, a może nawet dwa. On jeszcze nie biega w kółko, prawda Ej?

– Ej! – rzucił bumbler.

Bix westchnął przeciągle.

– Teraz idźcie w swoją stronę – rzekł – a ja pójdę w swoją. Niebawem wszyscy będziemy pod dachem.

Roland i jego ka-tet poszli ścieżką.

– Jeszcze jedno! – zawołał za nimi Bix i odwrócili się. – Jeśli zobaczycie tego przeklętego Andy’ego, powiedzcie mu, że nie chcę żadnych piosenek ani żadnych cholernych horoskopów!

– Kim jest Andy?! – odkrzyknął Jake.

– Och, nieważne, i tak pewnie go nie spotkacie.

Takie były ostatnie słowa starca i nikt ich nie zapamiętał, aczkolwiek istotnie spotkali Andy’ego w wiejskiej społeczności Calla Bryn Sturgis. To jednak było później, kiedy burza przeszła.

8

Do opuszczonej wioski było tylko pięć mil i przybyli tam w niecałe dwie godziny po zejściu z promu. Jeszcze mniej czasu zajęła Rolandowi opowieść o lododmuchu.

– Kiedyś, raz, a nawet dwa razy w roku, spadały na Wielkie Lasy na północ od Nowego Kanaanu, chociaż nigdy nie mieliśmy ich w Gilead; zawsze unosiły się w powietrze, zanim dotarły tak daleko. Pamiętam jednak, że kiedyś widziałem jadące drogą do Gilead wozy wyładowane zamrożonymi ciałami. Zapewne wieśniaków i ich rodzin. Nie wiem, gdzie były ich throckeny… ich billy-bumblery. Może zachorowały i umarły. W każdym razie bez bumblerów, które mogły ich ostrzec, ci ludzie nie byli przygotowani. Lododmuch nadchodzi nagle, rozumiecie. W jednej chwili jesteście rozgrzani jak piec, ponieważ przedtem zawsze się bardzo ociepla, a w następnej spada na was niczym wilk na stado owiec. Jedynym ostrzeżeniem jest dźwięk, jaki wydają drzewa, kiedy runie na nie zimny podmuch. To niczym łoskot wybuchających pod ziemią granatów. Zapewne odgłos towarzyszący gwałtownemu kurczeniu się drewna. A zanim usłyszeli to ludzie pracujący w polu, było już za późno.

– Zimny podmuch – głośno rozmyślał Eddie. – Jak zimny?

– Temperatura może spaść nawet o czterdzieści jednostek w niecałą godzinę – posępnie odparł Roland. – Stawy zamarzają w mgnieniu oka, z trzaskiem przypominającym brzęk szyb rozbijanych przez kule. Ptaki zamieniają się w powietrzu w lodowe posążki i jak kamienie spadają na ziemię. Trawa zmienia się w szkło.

– Z pewnością przesadzasz – zauważyła Susannah.

– Bynajmniej. Jednakże zimno to nie wszystko. Nadlatuje wiatr z huraganową siłą, łamiąc zamrożone drzewa jak słomki. Takie burze mogą przetaczać się przez ponad trzysta kół, zanim ustają równie nagle, jak się zaczęły.

– Skąd bumblery o tym wiedzą? – zapytał Jake.

Roland pokręcił głową. Nigdy nie interesowało go to, jak i dlaczego coś się dzieje.

9

Natknęli się na leżący na ścieżce kawałek tablicy z nazwą miejscowości. Eddie podniósł go i odczytał resztę wyblakłego napisu.

– To doskonałe podsumowanie Świata Pośredniego – rzekł. – Tajemniczy, ale dziwnie zabawny. – Odwrócił się do nich, trzymając deskę na wysokości piersi.

GOOK, głosiły duże i nierówne litery.

– Gook to głęboka studnia – wyjaśnił Roland. – Prawo głosi, że każdy podróżny może napić się z niej do woli bez zapłaty.

– Witajcie w Gook – powiedział Eddie, rzucając deskę w krzaki rosnące przy drodze. – To mi się podoba. W istocie, chcę mieć nalepkę na zderzak głoszącą „Przeczekałem lododmuch w Gook”.

Susannah się roześmiała. Jake nie. Wskazał im Eja, który nagle zaczął zataczać wąskie kręgi, jakby gonił za własnym ogonem.

– Może powinniśmy się pospieszyć – powiedział chłopiec.

10

Las cofnął się, a ścieżka przeszła w coś, co kiedyś było główną ulicą wioski. Sama wioska była smutnym zbiorowiskiem opuszczonych zabudowań ciągnących się po obu stronach drogi przez prawie ćwierć mili. Niektóre budynki były domami mieszkalnymi, inne sklepami, lecz teraz nie dało się odróżnić jednych od drugich. Były tylko pustymi skorupami o spoglądających w mrok czarnych oczodołach, w których niegdyś tkwiły oczy szyb. Jedynym wyjątkiem okazała się budowla na południowym krańcu miejscowości. Tu zarośnięta chwastami ulica rozwidlała się, omijając niski, jakby koszarowy budynek wzniesiony z szarych polnych kamieni. Stał do połowy w chaszczach i był częściowo zasłonięty przez świerki, które najwidoczniej wyrosły tu, kiedy mieszkańcy opuścili wieś. Korzenie tych drzew już zaczęły rozsadzać fundamenty kamiennej świetlicy. Z czasem zniszczą ten budynek, a czas był jedyną rzeczą, której Świat Pośredni miał pod dostatkiem.

– Nie pomylił się co do drewna – powiedział Eddie. Podniósł poszarzałą od wiatru i deszczu deskę i położył ją na podłokietnikach fotela Susannah, niczym prowizoryczny stolik. – Znajdziemy go tu mnóstwo. – Rzucił okiem na puchatego przyjaciela Jake’a znów kręcącego się w kółko. – Jeśli tylko zdążymy nazbierać.

– Zaczniemy je gromadzić, gdy tylko się upewnimy, że mamy ten kamienny budynek dla siebie – rzekł Roland. – Zróbmy to szybko.

11

W świetlicy Gook było chłodno i ptaki – które nowojorczycy nazywali jaskółkami, a Roland rdzawogłówkami – dostały się na piętro, ale poza tym istotnie mieli cały budynek dla siebie. Znalazłszy się pod dachem, Ej najwyraźniej nie odczuwał już potrzeby spoglądania na północny zachód ani kręcenia się w kółko i natychmiast odzyskał charakterystyczną dla niego ciekawość. W podskokach pobiegł po trzeszczących schodach ku cichym trzepotom i piskom dobiegającym z góry. Zaczął wydawać z siebie krótkie poszczekiwania i niebawem wędrowcy zobaczyli, jak rdzawogłówki odlatują ku mniej zaludnionym obszarom Świata Pośredniego. Niestety, jeśli Roland miał rację, pomyślał Jake, te lecące w kierunku rzeki Whye aż nazbyt szybko zmienią się w ptasie sople.

Na parterze było tylko jedno duże pomieszczenie. Pod ścianami piętrzyły się stoły i ławki. Roland, Eddie i Jake umieścili je przy oknach, które na szczęście były małe i dało się je w ten sposób zasłonić. Te od północno-zachodniej strony zakryli od zewnątrz, aby wiejący z tego kierunku wiatr dociskał je, a nie odpychał.

Susannah tymczasem podjechała fotelem do kominka, do którego mogła zajrzeć, nawet nie pochylając głowy. Zrobiła to, a potem złapała za zardzewiały uchwyt i pociągnęła. Rozległ się donośny zgrzyt i po chwili spadła na nią z łoskotem wielka czarna chmura sadzy. Jej reakcja była natychmiastowa, gwałtowna i w stylu Detty Walker.

– Och, pocałuj mnie w tyłek i spadaj na drzewo! – wrzasnęła. – Ty spedalony matkojebie, spójrz tylko na ten gówniany bajzel!

Odtoczyła fotel, kaszląc i wymachując rękami. Koła fotela pozostawiły koleiny w warstwie sadzy. Spora kupka leżała również na jej podołku. Susannah strzepnęła ją kilkoma mocnymi uderzeniami, które były jak ciosy pięścią.

– Parszywy pieprzony komin! Wredna stara ruina! Zasrany, skur…

Odwróciła się i zobaczyła Jake’a gapiącego się na nią z szeroko otwartymi oczami i ustami. Za nim, na schodach, Ej robił to samo.

– Przepraszam, złotko – powiedziała Susannah. – Trochę mnie poniosło. Głównie jestem zła na siebie. Wychowałam się przy piecach i kominkach, więc powinnam wiedzieć, czego się spodziewać.

– Znasz lepsze przekleństwa niż mój ojciec – z głębokim szacunkiem zauważył Jake. – Nie sądziłem, że ktoś umie przeklinać lepiej od niego.

Eddie podszedł do Susannah i zaczął ocierać jej twarz oraz szyję. Odsunęła jego ręce.

– Tylko rozsmarowujesz sadzę. Chodźmy zobaczyć, czy uda nam się znaleźć tę głęboką studnię. Może jest w niej woda.

– Będzie, jeśli Bóg da – rzekł Roland.

Odwróciła się i spojrzała na niego, mrużąc oczy.

– Żartujesz sobie, Rolandzie? Chyba nie zamierzasz sobie żartować, kiedy siedzę tutaj jak szef kominiarzy.

– Nie, sai, ani mi to w głowie – zapewnił ją Roland, jednakże lewy kącik ust lekko mu przy tym zadrżał. – Eddie, zobacz, czy uda ci się znaleźć studnię z wodą, żeby Susannah mogła się umyć. Jake i ja zaczniemy zbierać drewno. Będziesz potem musiał nam pomóc. Mam nadzieję, że nasz przyjaciel Bix zdążył wrócić na swój brzeg rzeki, ponieważ sądzę, że mamy mniej czasu, niż przypuszczał.

12

Studnia znajdowała się za świetlicą, na placyku, który Eddie uznał za odpowiednik ryneczku. Lina zwisająca z obracanego korbą bębna pod zbutwiałym daszkiem dawno znikła, ale to nie stanowiło problemu, gdyż w swoim ekwipunku mieli zwój mocnego sznura.

– Kłopot w tym – rzekł Eddie – co przywiążemy do tej liny. Może jeden ze starych juków Rolanda mógłby…

– A to co, kochaniutki? – Susannah wskazała kępę wysokiej trawy i jeżyn na lewo od studni.

– Nie widzę…

Zaraz jednak dostrzegł. Kawałek zardzewiałego metalu. Starając się jak najmniej podrapać kolcami jeżyn, Eddie sięgnął w gąszcz i stęknąwszy z wysiłku, wyciągnął zardzewiałe wiadro ze zwojem zeschniętego trującego bluszczu w środku. Nawet pałąk się zachował.

– Pokaż mi je – zażądała Susannah.

Wyrzucił bluszcz i podał jej wiadro. Sprawdziła uchwyt, który natychmiast pękł, nie z trzaskiem, lecz z cichym znużonym westchnieniem. Susannah przepraszająco spojrzała na Eddiego i wzruszyła ramionami.

– W porządku – powiedział Eddie. – Lepiej teraz, niż gdyby urwała się w studni.

Odrzucił pałąk, odciął kawałek sznura, rozplótł jego końce, żeby były cieńsze, po czym przewlókł je przez uchwyty na pałąk.

– Nieźle – pochwaliła Susannah. – Jesteś całkiem zręczny jak na białaska. – Zajrzała do studni. – Widzę wodę. Zaledwie jakieś trzy metry niżej. Och, wygląda na zimną.

– Kominiarze nie mogą wybrzydzać – rzekł Eddie.

Wiadro z pluskiem wpadło do studni, przechyliło się i zaczęło napełniać wodą. Kiedy znalazło się pod powierzchnią, Eddie zaczął je wyciągać. Wprawdzie miało kilka dziur wyżartych przez rdzę, ale nie były duże. Zdjął koszulę, zamoczył ją w wodzie i zaczął obmywać twarz Susannah.

– Wielkie nieba! – zawołał. – Widzę dziewczynę!

Wzięła od niego ściśniętą w kłąb koszulę, zanurzyła ją w wiadrze, wyżęła i zabrała się do mycia rąk.

– Przynajmniej przetkałam komin. Kiedy zmyję z siebie najgorszy brud, możesz przynieść więcej wody, a gdy rozpalimy ogień, umyję się w ciepłej…

Na północnym wschodzie usłyszeli głuchy łoskot. Po chwili ciszy rozległ się następny. A potem przetoczyło się jeszcze kilka, niczym nieskładna salwa. Odgłosy zbliżały się do nich jak maszerujący oddział. Eddie i Susannah popatrzyli po sobie.

Rozebrany do pasa Eddie chwycił fotel.

– Myślę, że powinniśmy się pospieszyć.

W oddali – lecz zdecydowanie bliżej – słychać było dźwięki przypominające odgłosy walnej bitwy.

– Myślę, że masz rację – powiedziała Susannah.

13

Kiedy wrócili, zobaczyli Rolanda i Jake’a biegnących w kierunku świetlicy z naręczami spróchniałych gałęzi i połamanych patyków. Jeszcze kawałek za rzeką, ale zdecydowanie bliżej, słychać było głuche, stłumione eksplozje stojących na drodze lododmuchu drzew, które gwałtownie kurczyły się aż do swych rdzeni. Ej na środku zarośniętej zielskiem ulicy kręcił się w kółko.

Susannah zsunęła się z fotela, zgrabnie wylądowała na rękach i zaczęła pełznąć w kierunku świetlicy.

– Co ty, do diabła, wyprawiasz? – zapytał Eddie.

– Na fotelu możesz przywieźć więcej drewna. Naładuj go sporo. Ja wezmę od Rolanda krzesiwo i rozpalę ogień.

– Przecież…

– Posłuchaj mnie, Eddie. Pozwól mi zrobić to, co mogę robić.

Bez słowa obrócił fotel, przechylił go na dużych kołach i zaczął popychać tam, gdzie przypuszczalnie był opał. Mijając Rolanda, powtórzył mu słowa Susannah. Roland skinął głową i pobiegł dalej, spoglądając nad naręczem drewien.

Nic nie mówiąc, we trzech biegali tam i z powrotem, gromadząc opał w to upiornie upalne popołudnie. Ścieżka Promienia na niebie chwilowo znikła, ponieważ wszystkie chmury poruszały się, uciekając na południowy wschód. Susannah rozpaliła ogień, który teraz huczał w kominie. W wielkiej sali na parterze leżała sterta drewna. Niektóre kawałki były usiane sterczącymi gwoździami. Dotychczas nikt z nich nie skaleczył się ani nie ukłuł, ale Eddie sądził, że to tylko kwestia czasu. Bezskutecznie próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio brał zastrzyk przeciwtężcowy.

A co do Rolanda, pomyślał, to jego krew zapewne w mgnieniu oka zabije każdy zarazek próbujący wetknąć łeb w ten skórzany worek, który on nazywa swoją skórą.

– Z czego się śmiejesz? – spytał Jake.

Wypowiedział te słowa lekko zasapany. Rękawy koszuli miał brudne i pokryte drzazgami, a na czole brudną smugę.

– Z niczego, mały bohaterze. Uważaj na zardzewiałe gwoździe. Jeszcze jeden kurs i powinniśmy zakończyć zbieranie. To jest już blisko.

– W porządku.

Trzaski rozbrzmiewały już z ich brzegu rzeki i powietrze, chociaż jeszcze ciepłe, stało się dziwnie nieruchome. Eddie po raz ostatni załadował fotel Susannah. W drodze ku świetlicy Jake i Roland wyprzedzili go. Poczuł ciepło buchające z otwartych drzwi. Lepiej niech się ochłodzi, pomyślał, inaczej upieczemy się tu w cholerę.

Nagle, gdy patrzył, jak znajdujący się przed nim współtowarzysze obracają się bokiem, żeby wejść do środka z naręczami chrustu, do trzasków i łoskotu kurczącego się drewna dołączył przenikliwy świst. Sprawił, że Eddiemu zjeżyły się włosy na głowie. Pędzący ku nim wiatr jęczał jak żywa, udręczona istota.

Powietrze znów zaczęło się poruszać. Najpierw było ciepłe, potem tak chłodne, że wysuszyło pot na jego twarzy, a później zimne. A stało się to w ciągu kilku sekund. Do upiornego wycia wichru dołączył trzepot, który kojarzył się Eddiemu z plastikowymi proporczykami, jakie czasem widuje się rozwieszone wokół placów z używanymi samochodami. Ten dźwięk przybierał na sile, gdy z drzew zaczęły spadać liście, najpierw po kilka, a potem jak grad. Gałęzie kołysały się na tle ciemniejących gwałtownie chmur – spoglądał na nie z otwartymi ustami.

– O cholera! – rzucił i pobiegł do drzwi, pchając wózek. I właśnie teraz, za dziesiątym razem, utknął. Deski, które ułożył na podłokietnikach fotela, były za długie. Dotychczas wystające kawałki odłamywały się z tym samym cichym, niemal przepraszającym trzaskiem, jaki wydał pałąk wiadra, ale nie tym razem. O nie, nie teraz, kiedy burza była tuż-tuż. Czy w Świecie Pośrednim nic nie przychodzi łatwo? Sięgnął za oparcie fotela, żeby zepchnąć najdłuższe deski, a wtedy usłyszał krzyk Jake’a:

– Ej! Ej wciąż jest na zewnątrz! Ej! Do mnie!

Ej nie zwrócił na niego uwagi. Przestał kręcić się w kółko. Teraz siedział z pyskiem zwróconym ku nadciągającej nawałnicy, a jego ślepia o złocistych obwódkach były nieruchome i senne.

14

Jake nie zastanawiał się i nie zważał na gwoździe sterczące z ostatniego ładunku drewna przywiezionego przez Eddiego. Po prostu wspiął się na stertę połamanych desek i skoczył. Potrącił Eddiego, który zatoczył się w tył. Próbował złapać równowagę, ale potknął się i klapnął na tyłek. Jake też upadł, ale zaraz się zerwał, z szeroko otwartymi oczami i długimi włosami, które burzą loków opadały mu na ramiona.

– Jake, nie!

Eddie złapał go, lecz w ręku został mu tylko mankiet koszuli chłopca; od częstego prania w strumykach zrobiła się cienka jak pajęczyna.

Roland już był przy drzwiach. Odrzucił na prawo i lewo zbyt długie deski, tak samo jak Jake nie zważając na sterczące gwoździe. Silnym szarpnięciem wciągnął fotel do środka.

– Wchodź – mruknął.

– Jake…

– Jake’owi uda się albo nie. – Roland złapał Eddiego za ramię i podniósł go z ziemi. Szarpane przez wiatr stare dżinsy trzepotały wokół ich nóg z trzaskiem przypominającym serię z karabinu maszynowego. – Sam musi sobie poradzić. Wchodź.

– Nie. Pieprzę cię!

Roland nie spierał się, tylko cisnął Eddiem przez drzwi. Ten runął na ziemię. Susannah klęczała przy kominku, patrząc na niego. Twarz miała zlaną potem, a przód koszuli z jeleniej skóry przemoczony.

Roland stanął w progu, z ponurą miną przyglądając się, jak Jake pędzi do swojego przyjaciela.

15

Jake poczuł, że temperatura otoczenia gwałtownie spada. Jakaś gałąź pękła z suchym trzaskiem i uchylił się, gdy świsnęła mu nad głową. Ej nie poruszył się, dopóki Jake nie podniósł go z ziemi. Wtedy bumbler rozejrzał się nerwowo, szczerząc zęby.

– Ugryź, jeśli musisz – powiedział Jake – ale i tak cię nie puszczę.

Ej nie ugryzł, choć gdyby to zrobił, Jake pewnie nic by nie poczuł. Twarz mu zdrętwiała. Odwrócił się w kierunku świetlicy, a wtedy wiatr stał się ogromną zimną dłonią, która spoczęła na jego plecach. Jake znów zaczął biec, uświadamiając sobie, że teraz wykonuje zabawne skoki niczym biegnący po powierzchni Księżyca astronauta z filmu science fiction. Jeden sus… drugi… trzeci…

Jednakże przy trzecim skoku nie opadł na ziemię. Rzuciło go naprzód z Ejem w ramionach. Z głuchym, przeciągłym hukiem jeden ze starych domów uległ wichrowi i w gradzie odłamków poleciał na południowy wschód. Jake ujrzał fragment schodów z wciąż przytwierdzoną do nich poręczą z nieheblowanej deski, unoszący się pod pędzące po niebie chmury. My będziemy następni, pomyślał, a wtedy męska dłoń, krzepka pomimo braku dwóch palców, złapała go za rękę poniżej łokcia.

Roland obrócił go do drzwi. Przez moment ich los wisiał na włosku, gdyż wiatr odpychał ich od budynku. Potem Roland rzucił się do wejścia, głęboko wbijając palce okaleczonej dłoni w ciało Jake’a. Napór wichru nagle ustał i obaj wylądowali na plecach.

– Dzięki Bogu! – zawołała Susannah.

– Podziękujesz Mu później! – Roland przekrzykiwał wycie wichru. – Pchajcie! Wszyscy pchajcie te przeklęte drzwi! Susannah, ty na dole! Z całej siły! Ty je zaryglujesz, Jake! Rozumiesz? Wsuń antabę w obejmy! Nie wahaj się!

– O mnie się nie martw – warknął Jake.

Coś rozcięło mu skroń i strumyk krwi spływał po twarzy, ale patrzył trzeźwo i zdecydowanie.

– Teraz! Pchajcie! Pchajcie ze wszystkich sił!

Powoli zdołali zamknąć drzwi. Nie utrzymaliby ich długo – zaledwie kilka sekund – ale Jake wsunął grubą drewnianą antabę w obejmy i kiedy ostrożnie się cofnęli, zardzewiałe uchwyty wytrzymały. Łapiąc oddech, popatrzyli na siebie, a potem na Eja. Bumbler wesoło zapiszczał i poszedł grzać się przy ogniu. Najwyraźniej otrząsnął się z transu, w jaki wprawiła go nadciągająca burza.

W wielkiej sali zaczęło się robić zimno.

– Trzeba było pozwolić mi złapać chłopaka, Rolandzie – rzekł Eddie. – Mógł tam zginąć.

– Jake odpowiadał za Eja. Powinien wcześniej zanieść go do środka. I przywiązać do czegoś, gdyby zaszła taka konieczność. Nie uważasz, Jake?

– Tak, uważam.

Jake usiadł obok Eja, jedną ręką gładząc jego gęste futro, a drugą ocierając sobie krew z twarzy.

– Rolandzie – powiedziała Susannah – to jeszcze chłopiec.

– Już nie – rzekł Roland. – Najmocniej przepraszam, ale… już nie.

16

Przez pierwsze trzy godziny zawieruchy mieli wątpliwości, czy nawet ten solidny kamienny budynek świetlicy ją wytrzyma. Wiatr wył, a drzewa pękały. Jedno upadło na dach i rozbiło go. Zimne powietrze wpadło przez szpary w deskach sufitu. Susannah i Eddie się objęli. Jake osłaniał Eja – teraz nieruchomo leżącego na grzbiecie, z krótkimi łapkami rozłożonymi na cztery strony świata – i patrzył na chmurę ptasich odchodów, które osypywały się przez szczeliny w suficie. Roland spokojnie zabrał się do przygotowywania skromnej kolacji.

– Co o tym myślisz, Rolandzie? – zapytał Eddie.

– Myślę, że jeśli ten budynek wytrzyma jeszcze godzinę, to nic nam nie będzie. Z nadejściem zmroku zrobi się jeszcze zimniej, ale wiatr osłabnie. Jutro za dnia przycichnie jeszcze bardziej, a pojutrze ustanie zupełnie i zrobi się znacznie cieplej. Nie aż tak jak przed tą burzą, ale to nie było normalne i wszyscy o tym wiemy.

Przyjrzał im się z nikłym uśmiechem, który dziwnie wyglądał na jego twarzy, zwykle tak nieruchomej i posępnej.

– A tymczasem mamy ogień na kominku. Co prawda za słaby, żeby ogrzać całe to pomieszczenie, ale wystarczający, jeśli będziemy blisko niego. No i możemy chwilę odpocząć. Wiele ostatnio przeszliśmy, prawda?

– Tak – potwierdził Jake. – Zbyt wiele.

– I nie wątpię, że wiele jest przed nami. Niebezpieczeństwa, trudy, smutki. Może śmierć. Tak więc teraz wyciągnijmy się przy ogniu jak za dawnych dni i cieszmy się tym, co mamy. – Przyjrzał się im, wciąż z tym uśmieszkiem. Blask ognia dziwnie oblewał jego twarz, nadając jednej połowie młodzieńczy wygląd, a drugą zmieniając w oblicze starca. – Jesteśmy ka-tet. Jesteśmy jednością z wielu. Bądźcie wdzięczni za ciepło, schronienie i towarzystwo podczas nawałnicy. Inni mogli nie mieć tyle szczęścia.

– Miejmy nadzieję, że mieli – powiedziała Susannah. Myślała o Bixie.

– Chodźcie – powiedział Roland. – Zjedzcie coś.

Podeszli, usadowili się wokół Rolanda i zjedli to, co dla nich przygotował.

17

Susannah zasnęła tej nocy na parę godzin, ale obudziły ją sny o paskudnym, rojącym się od robaków pożywieniu, które w tym śnie musiała jeść. Na zewnątrz wiatr wciąż wył, chociaż ten dźwięk nie był już tak monotonny. Chwilami całkowicie cichnął, żeby zaraz znów rozbrzmieć, z przeciągłym lodowatym świstem przelatując pod krokwiami i wstrząsając starym kośćcem kamiennego budynku. Drzwi rytmicznie tłukły o blokującą je antabę, lecz zarówno drewniana zasuwa, jak i zardzewiałe uchwyty jakoś trzymały, tak samo jak strop nad ich głowami. Zastanawiała się, co by się z nimi stało, gdyby antaba była równie krucha i zbutwiała jak pałąk wiadra, które znaleźli przy studni.

Roland nie spał i siedział przy kominku. Jake obok niego. Między nimi leżał śpiący Ej, nakrywszy pysk jedną łapką. Susannah dołączyła do nich. Ogień trochę przygasł, ale z bliska przyjemnie grzał jej twarz i ręce. Wzięła deskę, zamierzając złamać ją na pół, ale nie chcąc budzić Eddiego, wrzuciła ją całą do paleniska. Iskry wzbiły się do komina i zawirowały porwane prądem powietrza.

Nie musiała się ich obawiać, gdyż zanim iskry zgasły, poczuła dłoń na skórze tuż poniżej linii włosów. Nie musiała się też oglądać, bo rozpoznałaby ten dotyk nawet przez sen. Nie odwracając się, ujęła gładzącą jej kark dłoń, przyciągnęła do swoich ust i ucałowała. Białą dłoń. Chociaż już tak długo byli ze sobą i tyle razy się kochali, czasem nie mogła w to uwierzyć. A jednak tak było.

Przynajmniej nie muszę zapraszać go do domu, żeby poznał moich rodziców, pomyślała.

– Nie możesz spać, złotko?

– Tak jakby. Troszkę. Miałam dziwne sny.

– To wiatr je sprowadza – rzekł Roland. – Każdy w Gilead powiedziałby wam to samo. Jednakże lubię szum tego wiatru. Zawsze lubiłem. Koi moje serce i przypomina dawne czasy.

Odwrócił wzrok, jakby był zmieszany, że tyle powiedział.

– Nikt z nas nie może zasnąć – rzekł Jake. – Zatem opowiedz nam jakąś historię.

Roland przez chwilę spoglądał w ogień, a potem na Jake’a. Rewolwerowiec znów się uśmiechał, ale miał nieobecne spojrzenie. Sęk strzelił w ogniu. Na zewnątrz wył wiatr, jakby rozwścieczony tym, że nie może się dostać do środka. Eddie objął wpół Susannah, a ona oparła głowę na jego ramieniu.

– Jaką opowieść chciałbyś usłyszeć, Jake, synu Elmera?

– Jakąkolwiek. – Zastanowił się. – Z dawnych dni.

Roland popatrzył na Eddiego i Susannah.

– A wy? Chcecie posłuchać?

– Tak, proszę – odparła Susannah.

Eddie skinął głową.

– Taak. To znaczy, jeśli chcesz opowiedzieć.

Roland się zastanowił.

– Może opowiem wam dwie historie, do świtu bowiem daleko i możemy jutro spać cały dzień. Jeśli zechcemy. Te opowieści nakładają się na siebie, a wiatr wieje w obu, i dobrze. Nie ma to jak opowieści w wietrzną noc, gdy człowiek znajdzie ciepłe miejsce w tym zimnym świecie.

Wziął kawałek połamanej wykładziny, szturchnął nim płonące węgle, a potem rzucił w płomienie.

– O jednej wiem, że jest prawdziwa, gdyż sam to przeżyłem razem z moim starym druhem, Jamiem DeCurrym. Drugą, o wietrze przez dziurkę od klucza, matka czytała mi, kiedy byłem mały. Stare opowieści mogą być użyteczne, wiecie, i powinienem przypomnieć ją sobie, jak tylko zobaczyłem Eja węszącego w ten sposób. Ale to było tak dawno… – Westchnął. – Dawne czasy.

W ciemności za kręgiem światła rzucanego przez ogień wiatr zawył jeszcze głośniej. Roland zaczekał, aż nieco przycichnie, a potem zaczął. Eddie, Susannah i Jake słuchali uważnie przez całą długą i wietrzną noc. Lud, Tik-Tak, Szmaragdowy Pałac – zapomnieli o tym wszystkim. Nawet Mroczna Wieża została odrobinkę zapomniana. Był tylko głos Rolanda, to wznoszący się, to opadający.

Raz głośniejszy, raz cichszy, jak wiatr.

– Niedługo po śmierci mojej matki, która… jak wiecie… zginęła z mojej ręki…