Wydawca: HarperCollins Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 334 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczna więź - Gena Showalter

Cykl książek Władcy Podziemi – Maddox, Reyes i Anya to nieśmiertelni wojownicy strzegący bogów Olimpu, którzy przed wiekami popadli w ich niełaskę, zabijając Pandorę, strażniczkę puszki wszelkiego zła. Dziś żyją we współczesnym świecie, a każde z nich skazane jest na wieczne cierpienie. Piekło Maddoksa to powracające ataki Furii, Reyes jest księciem Bólu, a Anya boginią Anarchii. Cała trójka jest skazana na nieustanną wojnę z ludźmi, bogami i demonami. Ich szansą na wybawienie jest miłość, tylko że i ona niesie ogromne zagrożenie… Anya, bogini Anarchii, lubi siać zamęt, wywoływać spory i wojny, a także… okradać ludzi. Chociaż żyje już kilkaset lat, nigdy nie zaznała miłości. Dopóki nie poznała Luciena. Ten posępny nieśmiertelny, dręczony przez demona Śmierci, szybko zdobywa jej serce. Pragną być razem, ale są jedynie pionkami w grze prowadzonej przez potężne siły. Nie dość że ciąży na nich pradawna klątwa, to w dodatku Lucien otrzymuje okrutne zlecenie od samego władcy Olimpu. Ma zabić Anyę, i to jak najszybciej…

W cyklu Władcy Podziemi ukazały się następujące tytuły: Mroczna noc, Mroczna więź, Mroczna żądza, Mroczny szept, Mroczna namiętność i Mroczne kłamstwa.

Opinie o ebooku Mroczna więź - Gena Showalter

Fragment ebooka Mroczna więź - Gena Showalter

Gena Showalter

Mroczna więź

Przełożyła Klaryssa

PROLOG

Nazywano go Mrocznym Żniwiarzem lub mniej wyszukanie – Śmiercią. Był znany jako Malah ha-Maet. Yama. Azrael. Cień. Mojra Król Zmarłych. Przede wszystkim był Panem Świata Podziemnego.

Dawno, dawno temu otworzył dimOuniak, puszkę potężnej mocy zrobioną z kości bogini, i uwolnił uwięzione w niej demony. Od tego czasu wojownicy w służbie Olimpu, on wśród nich, stali się strażnikami złych duchów. Zatarła się granica między dobrem a złem, ładem a chaosem.

Ponieważ to on otworzył puszkę, bogowie pokarali go demonem Śmierci. Sprawiedliwy wyrok, bo swoim czynem omal nie doprowadził świata na skraj zagłady.

Jego zadanie polegało na przeprowadzaniu zmarłych na drugą stronę. Cierpiał, że musi przysparzać cierpienia rodzinom żegnającym bliskich, którzy uczciwie przeszli przez życie. Nie cieszyło go, że odprowadza na męki wiekuiste niegodziwych. W jednym i drugim przypadku wypełniał w milczeniu swoją powinność. Wszelki opór, o czym zdążył się przekonać, mógł tylko pogorszyć jego położenie. Konsekwencje były tak straszne, że sami bogowie drżeli na myśl o nich.

Czy posłuszeństwo oznaczało łagodność? Troskę? Opiekuńczość? Skądże. Nie mógł sobie pozwolić na takie subtelne uczucia. Miłość, współczucie, miłosierdzie były wrogami jego kondycji.

Gniew? Złość? Te czasami go nawiedzały.

Biada temu, kto posunął się za daleko, Mroczny Żniwiarz zamieniał się wtedy w demona. Stawał się bestią, która potrafiła wbić pazury w serce człowieka i złożyć na ustach nieszczęśnika pocałunek śmierci.

Kto nie będzie miał się na baczności, Mroczny Żniwiarz przyjdzie po niego...

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Anya, bogini Anarchii, córka bogini bezprawia i chaosu Dysnomii, szafarka zamętu, obserwowała dziewczyny na parkiecie. Piękne i roznegliżowane, miały umilać czas władcom podziemi. W pozycjach wertykalnych i horyzontalnych.

Ze stroboskopu sypały się płatki wirującego światła, rozjarzały delikatną poświatą mroczne wnętrze klubu. Kątem oka dostrzegła zadek jednego z nieśmiertelnych pochłoniętego bez reszty dymaniem wniebowziętej młodej damy.

W porządku impreza, pomyślała z przewrotnym uśmiechem, chociaż amatora ćwiczeń seksualnych pewnie by nie zaprosiła.

Władcy podziemi, nieśmiertelni wojownicy opętani przez demony uwolnione z puszki Pandory, żegnali się z Budapesztem, miastem, które przez długie stulecia było ich domem.

Z jednym z nich miała do pogadania.

– Rozstąpić się, z drogi – szeptała, wchodząc między tańczących. Miała ochotę krzyknąć na całe gardło „pali się!” i obserwować uciekających w panice śmiertelników, właściwie śmiertelniczki. Muzyka zagłuszała szeptane polecenia, ale dziewczyny i tak powoli schodziły jej z drogi, same zapewne nie zdając sobie sprawy dlaczego.

Wreszcie dojrzała obiekt swoich fascynacji, wstrzymała na moment oddech, przeszedł ją dreszcz. Lucien. Zachwycający z tymi swoimi szramami na twarzy, stoicki, owładnięty przez ducha Śmierci. Siedział przy stoliku w głębi sali ze swoim przyjacielem, nieśmiertelnikiem jak on, Reyesem.

O czym rozmawiają? Jeśli chciał, żeby strażnik Bólu załatwił mu panienkę, na nic zdałyby się okrzyki „pali się!”. Anya przechyliła lekko głowę i zaczęła nasłuchiwać.

– ...miała rację. Oglądałem zdjęcia satelitarne na jednym z komputerów Torina. Te świątynie naprawdę wyłaniają się z morza. – Reyes podniósł do ust srebrną piersiówkę. – Jedna u brzegów Grecji, druga na wysokości Rzymu. Jeśli dalej będą podnosić się w takim tempie, moglibyśmy przeszukać je już jutro.

– Dlaczego śmiertelni nic o nich nie wiedzą? – Lucien, swoim zwyczajem, podrapał się w brodę. – Parys oglądał dzisiaj wiadomości na kilku kanałach. Ani słowa.

Głupek, to była pierwsza myśl Anyi, a zaraz po niej nastąpiła druga: dzięki bogom, nie gadają o seksie. Wiesz o świątyniach, bo ja chciałam, żebyś wiedział. Nikt inny nie może ich zobaczyć, nie widzi ich. Sztuczka się udała, trzeba było tylko wywołać trochę chaosu, a chaos to potęga. Wystarczyło osłonić budowle falami sztormowymi przed oczami ludzi i podsunąć wojownikom garść informacji, które wywabią ich z Budy.

Zależało jej na tym, żeby Lucien zniknął z miasta, choćby na trochę. Wybitego z codziennego rytmu, zdezorientowanego faceta łatwiej kontrolować.

Reyes westchnął.

– Być może to robota nowych bogów. Cały czas nie mogę uwolnić się od przekonania, że nas nienawidzą i chcą się pozbyć tylko dlatego, że jesteśmy po części demonami.

Twarz Luciena nic nie wyrażała, zero emocji.

– Nieważne, czyja to robota. Rano wyjeżdżamy. Musimy przeszukać obie świątynie.

Reyes odstawił opróżnioną piersiówkę i zacisnął palce na oparciu krzesła.

– Jeśli szczęście nam dopisze, powinniśmy znaleźć to cholerne puzdro.

Anya przesunęła językiem po zębach. Cholerne puzdro, inaczej dimOuniak albo puszka Pandory. Zrobiona z kości bogini opresji, tak była wytrzymała, że z powodzeniem więziono w niej demony, tak potężne, iż nawet moce piekielne były wobec nich bezsilne. Puszka, gdyby została znaleziona, wessałaby na powrót demony do środka, a uwolnionych od nich wojowników czekała śmierć. Nic dziwnego, że chcieli odzyskać cholerne puzdro dla siebie.

Lucien skinął głową.

– Jutro będziesz o tym myśleć, teraz się baw, zamiast marnować czas w moim nudnym towarzystwie.

Nudnym towarzystwie? Anya nie spotkała nigdy nikogo równie ekscytującego.

Reyes wahał się chwilę, ale w końcu zostawił Luciena samego. Żadna z dziewczyn nie śmiała się do niego zbliżyć. Popatrywały w jego stronę, owszem, lecz odstręczały je straszne blizny na twarzy. Nie chciały mieć z nim do czynienia, ratując tym samym życie, z czego najpewniej nie zdawały sobie sprawy.

Jest już zajęty, panienki.

Spójrz na mnie, nakazała Anya w milczeniu.

Minęła dobra chwila, żadnej reakcji.

Kilka dziewczyn posłusznych bezgłośnemu rozkazowi zerknęło w jej stronę, ale Lucien z markotną miną wpatrywał się uparcie w piersiówkę zostawioną przez Reyesa. Skonsternowana Anya przekonała się, że nieśmiertelni są immunizowani na wydawane przez nią polecenia. Z podziękowaniami dla bogów.

– Sukinsyny – mruknęła. Utrudniali jej życie wszystkimi możliwymi restrykcjami. – Dopieprzyć kochanej Anarchii, pewnie.

Nie była lubiana na Olimpie. Boginie widziały w niej replikę matki, a matkę miały za dziwkę. Bogowie nie szanowali jej z tego samego powodu, ale przystawiali się. Kiedy zatłukła kapitana olimpijskiej gwardii, uznali ją za niebezpieczną i wyrzucili ze świętej góry.

Idioci. Kapitan zasłużył sobie na śmierć albo i gorzej. Kanalia, próbował ją zgwałcić. Gdyby nie rzucił się na nią, nie tknęłaby go. Wyrwała mu serce, zatknęła je na ostrzu włóczni i umieściła przed wejściem do świątyni Afrodyty. Nie żałowała swojego uczynku. Najważniejszy jest wolny wybór. Nikt nie miał prawa stosować wobec niej przemocy.

Wybór. Otrząsnęła się ze wspomnień i wróciła na ziemię. Jak przekonać Lucienia, żeby wybrał właśnie ją?

Spójrz na mnie, proszę.

Nie zwracał na nią uwagi.

Tupnęła nogą. Od tygodni niewidzialna dla nikogo śledziła go, obserwowała, poznawała. Miała na niego ochotę. A on nie miał pojęcia, że ciągle jest obok niego, nawet kiedy się onanizował... Uśmiechał. To ostatnie było miłe. Chciała widzieć go rozpogodzonego, pragnęła tego równie mocno jak widzieć go nagiego, podnieconego.

Gdyby nigdy go nie zobaczyła, miałaby spokój. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy wcześniej, kiedy Kronos, król nowych bogów, zaczął opowiadać jej o wojownikach.

Chyba jestem idiotką, pomyślała smętnie.

Kronos wydostał się właśnie z Tartaru, więzienia dla nieśmiertelnych, które znała doskonale. Uwięził tam Zeusa i całą jego ekipę, także rodziców Anyi. Czekał na nią w podziemiach. Kiedy przyszła po swoich staruszków, zażądał, by oddała mu swój największy skarb. Kiedy odmówiła, próbował ją nastraszyć:

– Daj mi, czego żądam, albo poszczuję na ciebie władców podziemi. To bestie opętane przez demony, spragnione krwi. Jeśli dostaną cię w swoje łapy, pożrą żywcem.

Bla, bla, bla. Gadaj sobie.

Nie nastraszył jej, przeciwnie, zaintrygowana zaczęła szukać na własną rękę rozkosznych wojowników. Chciała ich pokonać i ośmieszyć Kronosa. „Widzisz, jak załatwiłam te twoje straaaaszne demony”. Coś w tym stylu.

Jedno spojrzenie na Lucienia wystarczyło, żeby owładnęła nią obsesja. Zapomniała o swoich zamiarach, pomogła nawet raz i drugi złym wojownikom.

Nie umiała poradzić sobie ze sprzecznościami, a Lucien składał się z samych sprzeczności. Był mocno pokiereszowany, ale silny i sprawny, dobry, ale twardy. Spokojny nadzwyczajnie, podręcznikowy nieśmiertelnik, i ani trochę żądny krwi, jak opowiadał Kronos. Owszem, był opętany przez złego ducha, ale zachował własny kodeks honorowy. Na co dzień miał do czynienia ze śmiercią, Panią Śmiercią, a jednak żył, funkcjonował na przekór swej doli.

Fascynujące.

Jakby tego było mało, ile razy zbliżała się do niego, kuszący zapach idący od Lucienia prowokował różne dekadenckie myśli. Dlaczego? Każdy inny facet pachnący różami przyprawiłby ją o śmiech, lecz z tym było inaczej. Tęskniła za jego ustami, dotknięciem. Pożądanie rozgrzewało ją do białości.

Nawet teraz, kiedy przyglądała mu się z daleka, czuła gęsią skórkę. Chciała potrzeć ramiona, wyobraziła sobie, że to on przesuwa dłońmi po jej skórze, i mrowienie tylko się wzmogło.

Bogowie, ależ on jest seksowny. Miał najdziwniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziała, jedno niebieskie, drugie brązowe. Oczy Luciena i demona. I te blizny. Miała ochotę wodzić po nich językiem. Były piękne: znak przeżytych cierpień.

– Hej, cudna, zatańcz ze mną. – U jej boku wyrósł spod ziemi jeden z wojowników.

Parys. Rozpoznała ten głos obiecujący zmysłowe rozkosze. Skończył dymać młodą damę, z którą przed chwilą go widziała, i szukał następnej. Niech szuka dalej.

– Spadówa.

Na Parysie brak zainteresowania ze strony Anyi nie wywarł najmniejszego wrażenia. Objął ją wpół.

– Spodoba ci się.

Odepchnęła go. Parys, strażnik Rozwiązłości, miał jasną, delikatną cerę, intensywnie błękitne oczy i twarz anioła wyśpiewującego Alleluja, ale u niej nie miał szans.

– Łapy przy sobie – warknęła – bo ci je poobcinam.

Zaśmiał się, jakby usłyszał dobry żart. Nie przyszło mu do głowy, że Anya jest gotowa spełnić groźbę. Zajmowała się sianiem zamieszania, drobne sprawy, ale zawsze doprowadzała do końca, co zaplanowała. Niewypełnienie pogróżek pachniałoby słabością, a Anya dawno temu ślubowała sobie, że nigdy, w żadnej sytuacji nie okaże słabości.

Jej wrogowie byliby zachwyceni.

Na szczęście Parys nie pchał się już z łapskami.

– Za jeden pocałunek pozwolę ci zrobić z moimi rękoma, co zechcesz.

– Wobec tego obetnę ci za jednym zamachem fiuta. – Przeszkadzał jej wpatrywać się w Luciena, a niewiele miała ku temu okazji w ostatnich dniach, zajęta uprzykrzaniem życia Kronosowi. – Co ty na to?

Tak go rozbawiła ta propozycja, że Lucien podniósł wreszcie wzrok. Najpierw popatrzył na Parysa, potem utkwił spojrzenie w Anyi. Kolana się pod nią ugięły. Słodkie niebiosa. Zapomniała zupełnie o Parysie, dech zaparło jej w piersiach. Przywidziało się jej, czy w oczach Luciena naprawdę błysnął ogień? Nozdrza się rozszerzyły?

Teraz albo nigdy. Przesunęła językiem po wargach i kręcąc zmysłowo biodrami, ruszyła w stronę stolika, przy którym siedział Mroczny Żniwiarz. Zatrzymała się w pół drogi i kiwnęła na niego palcem. Podszedł, jakby przyciągała go niewidzialna siła, której nie potrafił się oprzeć.

Stanął przed Anyą. Metr osiemdziesiąt i coś samych muskułów. Wcielenie niebezpieczeństwa. Czysta pokusa.

Uśmiechnęła się.

– Wreszcie mam okazję cię poznać, Kwiatku.

Nie dając mu czasu na odpowiedź, wraziła wdzięcznie biodro między jego uda i obróciła się plecami. Błękitny gorsecik trzymał się na cienkich tasiemkach, a spódniczka odsłaniała górny pasek stringów. Proszę bardzo...

Mężczyźni, całkiem śmiertelni i mniej śmiertelni, zwykle tracili głowę, widząc coś, czego widzieć nie powinni.

Lucien wciągnął powietrze ze świstem.

To już jakiś postęp. Uśmiechnęła się szerzej.

Uniosła wysoko dłonie, zatopiła je leniwie w masie jasnych jak delikatny promyk słońca włosów. Przesunęła po ramionach, po biodrach, wyobrażając sobie, że to dłonie Luciena.

– Czemu mnie zawołałaś, kobieto? – Spokojny ton, jak przystało na wdrożonego do dyscypliny wojownika.

Jego głos był bardziej podniecający niż dotknięcie jakiegolwiek innego faceta.

– Chcę z tobą zatańczyć – rzuciła przez ramię, powoli zakręcając biodrami. – To zbrodnia?

– Owszem – odparował natychmiast.

– To dobrze. Lubię łamać prawo.

Po pełnej zakłopotania chwili milczenia padło pytanie:

– Ile Parys ci zapłacił za ten numer?

– Zapłacicie? Super! – Cofnęła się o krok i otarła pupą o Ponurego Żniwiarza, wygięła się przy tym i zakołysała tak zmysłowo, jak tylko potrafiła. Siemasz, wzwodzie. Od Luciena bił żar, który mógł topić kości na płynną masę. – W jakiej walucie? W orgazmach?

W marzeniach ten facet wchodził obecnie w nią jednym mocnym pchnięciem. W świecie realnym odskoczył raptownie, jakby była bombą, która za chwilę sama się zdetonuje.

– Nie dotykaj mnie. – Dołożył wysiłku, żeby zabrzmiało to spokojnie, ale był najwyraźniej kompletnie wytrącony z równowagi, spięty ponad wszelką miarę.

Anya przymknęła oczy. Ludzie przyglądali się im, widzieli, jak Lucien daje jej odprawę.

– Pojebało się wam z You Can Dance, czy jak? – puściła w tłum bezgłośny komentarz. – W tył zwrot.

Ludzie posłusznie usłuchali polecenia, za to wojownicy otoczyli ją i Luciena wianuszkiem, ciekawi, co to za jedna i co robi w klubie.

Musieli być ostrożni, rozumiała to. Ścigali ich Łowcy, śmiertelni, którzy naiwnie wierzyli, że na świecie zapanują spokój oraz szczęśliwość powszechna, jeśli pozbędą się wojowników razem z ich demonami.

Nie zwracaj na nich uwagi, zostało ci niewiele czasu, dziewczyno.

Odwróciła głowę i spojrzała na Luciena.

– Na czym skończyliśmy? – Przesunęła palcem po pasku stringów i zatrzymała go pośrodku, na mieniącym się wszystkimi kolorami aniołku.

– Właśnie miałem wychodzić – wykrztusił Lucien.

Ledwie to usłyszała, paznokcie zamieniły się w małe szpony, kąśliwe szponki. Naprawdę miał ją w nosie? Mówił serio?

Pokazała mu się, zaryzykowała, chociaż wiedziała, że bogowie w każdej chwili mogą ją namierzyć i pozbyć się jak parszywego zwierzęcia. Nie wyjdzie z klubu bez gratyfikacji.

Obróciła się, zakołysała biodrami, wypięła piersi.

– Nie chcę, żebyś wychodził – oświadczyła tonem małej kobietki.

Lucien cofnął się jeszcze o krok.

– Co jest, słodziutki? – Postąpiła do przodu. – Boisz się mnie?

Zacisnął wargi, nie raczył odpowiedzieć, ale przestał się cofać.

– Powiedz.

– Nie wiesz, w co grasz, kobieto.

– Myślę, że wiem. – Przesunęła po nim zachwyconym spojrzeniem od stóp do głów. Wspaniały. Tęczowy stroboskop sypał światełka na twarz, całe ciało, ciało tak doskonałe jak wyrzeźbione w marmurze. Ubrany był w czarny T-shirt i sprane dżinsy pięknie uwydatniające muskuł po muskule. Tylko ściągać majtki. Mój.

– Powiedziałem, żadnego dotykania – warknął.

Rzuciła mu złe spojrzenie i podniosła ręce.

– Nie dotykam cię, cukiereczku. – Ale miałam zamiar... chciałam... i dotknę, dodała bezgłośnie.

– Dotykasz, oczami.

– To dlatego, że...

– Ja z tobą zatańczę. – Znowu ten Parys.

– Wal się. – Nie odrywała wzroku od Luciena. Tylko on się liczył. Reszta mogła spadać.

– Nie wiadomo, czy to nie Przynęta – odezwał się inny wojownik.

Podejrzliwy facet. Znała jego głos. Sabin, strażnik Zwątpienia.

No proszę, Przynęta. Jakby chciała zwieść kogoś dla tak zwanej Sprawy. Przynęty rekrutowały się spośród panienek gotowych na każde poświęcenie. Podrywały wojowników, wtedy wkraczali Łowcy i mordowali nieostrożnych amatorów amorów. Trzeba być patentowaną idiotką, żeby przykładać rękę do likwidowania nieśmiertelników, kiedy można całkiem przyjemnie spędzić czas z kimś takim.

– Wątpię, czy Łowcy zdążyli tak szybko pozbierać się po epidemii – powiedział Reyes.

Prawda, epidemia. Jeden z władców podziemi siał pomór, jego demonem była Zaraza. Wystarczyło, żeby dotknął śmiertelnego, i pomór zaczynał się roznosić z zastraszającą szybkością.

Dlatego Torin zawsze nosił rękawiczki i rzadko opuszczał twierdzę, bo nie chciał narażać ludzi na niechybną śmierć. Nie jego wina, że kilku Łowców zakradło się do twierdzy. Poderżnęli mu gardło.

On przeżył, oni nie.

Niestety nie wszyscy. Byli jak muchy. Zatłuczesz jedną, w jej miejsce od razu pojawią się dwie następne. Czaili się teraz gdzieś w mieście, gotowali do ataku. Wojownicy musieli zachować ostrożność.

– Poza tym nie zdołają obejść naszych zabezpieczeń – dodał Reyes, wyrywając Anyę z zamyślenia.

– Tak jak nie zdołali dostać się do twierdzy – sarknął Sabin. – Omal nie ucięli łba Torinowi.

– Cholera! Parys, zostań tutaj i pilnuj jej, ja sprawdzę, co się dzieje dookoła.

Powstało małe zamieszanie, rozległy się rzucane pod nosem przekleństwa.

Niech to szlag. Jeśli wojownicy zwęszą Łowców, w żaden sposób nie przekona ich, że jest niewinna. W każdym razie w tej sprawie. Lucien będzie patrzył na nią nieufnie. Można zapomnieć o dotykaniu.

Zachowała kamienną twarz.

– Może zobaczyłam, że jest megaimpreza, i dlatego weszłam? – rzuciła do Parysa i jeszcze jakiegoś wojownika, który przyglądał się jej uważnie. – Może chciałabym spędzić kilka minut sam na sam z tym olbrzymem?

Musieli pojąć aluzję, ale żaden się nie ruszył.

W porządku. Popracuje nad chłopcami.

Zaczęła się kołysać w rytm muzyki, przesuwając palcami po brzuchu. Niech to będą dłonie Luciena. Taka projekcja.

Tylko projekcja, bo Lucien stał jak pień. Tylko nozdrza cudnie mu się rozszerzały, oczy śledziły każdy jej ruch.

– Zatańcz ze mną. – Tym razem wypowiedziała to głośno, wyraźnie, z nadzieją, że Ponury nie zbędzie jej tak łatwo. Zwilżyła wargi językiem.

– Nie. – Schrypnięty, ledwie słyszalny głos.

– Słodko proszę, z wisienką na czubku.

Oczy mu zabłysły. Prawdziwy błysk, żadne życzeniowe złudzenie. Już zaczęła mieć nadzieję, ale Ponury się nie ruszył i nadzieja opadła jak źle ubita śmietana. Z wisienką na czubku. Czas pracował na jej niekorzyść. Im dłużej tkwiła w klubie, tym bardziej ryzykowała, że ją namierzą.

– Nie podobam ci się, Kwiatku?

Tik pod okiem.

– Nie mam na imię Kwiatek.

– W porządku. Nie podobam ci się, pączusiu?

Tik przemieścił się w okolice brody.

– To nie ma najmniejszego znaczenia, czy mi się podobasz, czy nie.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. – Miała ochotę znowu zastosować minki obrażonej dziewczynki.

– Nie zamierzałem.

Wrrr! Co za wkurzający facet. Spróbuj czegoś bardziej oczywistego.

Jakby moje wygłupy już nie były wystarczająco oczywiste.

W porządku. Odwróciła się, nachyliła, zaprezentowała mu widok oddolny, którego króciutka mini oraz stringi za bardzo nie przesłaniały, po czym wyprostowała się i wykonała kilka ruchów bara-bara, figo-fago.

Ponury wciągnął głośno powietrze.

– Pachniesz jak truskawki z bitą śmietaną.

A gdzie wisienka, mój ty drapieżniku?

Proszę, proszę, proszę.

– I tak smakuję. – Zatrzepotała rzęsami, chociaż to o truskawkach powiedział takim tonem, jakby chciał uczynić jej paskudny afront.

Z gardła pana Ponurego dobył się groźny pomruk. Zrobił krok, podniósł rękę. Chciał ją uderzyć? Aj, aj, co jest? Opanował się, zacisnął palce. Zanim wypowiedział się na temat truskawkowo-śmietankowego zapachu, można było uznać, że, uwaga: jest jakby trochę zainteresowany. Teraz wyglądał, jakby miał ochotę ją udusić.

– Masz szczęście, oszczędzę cię – wycedził.

Znieruchomiała. Baranim wzrokiem wpatrywała się w niego, rozdziawiła przy tym usta. Zapach truskawek ze śmietaną budził w facecie żądzę mordu? Co za... straszne rozczarowanie. Mózg podsuwał określenie „klęska”, ale nie skorzystała z podpowiedzi. W końcu nie znała prawie Ponuraka, więc jego zachowanie nie mogło wywołać poczucia klęski.

Nie oczekiwała, że padnie jej do stóp, ale miała prawo oczekiwać, że okaże... hm... przychylność. Choćby umiarkowaną.

Faceci lubią laski, które same im wchodzą w drogę, nie? Obserwowała śmiertelnych od bogowie wiedzą jak długiego czasu, wiedziała, co jest grane. Dziewczyno, myślisz o śmiertelnych, a Lucien nie jest i nigdy nie był śmiertelnikiem.

Dlaczego on mnie nie chce?

Nie zwracał uwagi na kobiety, w każdym razie nie zauważyła, żeby się kimś interesował. Do Ashlyn, partnerki przyjaciela, odnosił się z szacunkiem oraz serdecznością. Cameo, jedyną wojowniczkę w całej kompanii, traktował z ojcowską niemal czułością.

Na pewno nie interesowali go faceci, to widać. Kochał jakąś jedną, wymarzoną, i dlatego żadna inna nie wchodziła w grę?

Anya zacisnęła dłonie. Śmiertelniczki powoli wracały na parkiet, rzucały zapraszające spojrzenia wojownikom, ale oni przyglądali się zjawiskowej blondynce, która śmiała zaczepić ich przyjaciela, i czekali na wynik pojedynku.

Lucien nie ruszał się, jakby wrósł w podłogę. Powinna dać sobie spokój, zanim Kronos ją znajdzie. Ale tylko słabeusze się poddają. No właśnie. Wysunęła hardo brodę i bezgłośnym poleceniem zmieniła muzykę. Z głośników popłynęła spokojna, łagodna melodia. Podeszła do Luciena i przesunęła palcem po jego torsie. Żadnego dotykania! No to zobaczysz. Nikt nie będzie mówił Anarchii, co ma robić.

Nie odsunął się.

– Zatańczysz ze mną – mruknęła jak kocica. – Inaczej się mnie nie pozbędziesz. – Żeby jeszcze bardziej rozdrażnić Ponurego, ugryzła go w ucho.

Jakiś nieartykułowany odgłos dobył się z gardła pana Żniwiarza i w końcu ją objął. W pierwszej chwili pomyślała, że chce ją odepchnąć, ale nie, przyciągnął do siebie. Ledwie piersi dotknęły jego torsu, hm, rozpłaszczyły się na jego torsie, już była wilgotna.

– Chcesz zatańczyć, bardzo proszę. – Zaczął się powoli kołysać.

Ocierała się o jego udo jakoś trochę powyżej kolana i reakcje, trzeba powiedzieć, były wyjątkowo silne.

Bogowie na Olimpie, nie wyobrażała sobie, że to taka rozkosz. Przymknęła oczy. Wielki. Tu i tam i sam. Szerokie bary, potężna klata. Czuła się przy nim mała, drobna. Przesunęła dłońmi po plecach i zanurzyła palce w jego włosach.

Przystopuj, panienko. Nawet jeśli jej pragnął jak ona jego, nie mogła go mieć. Nie całkiem, nie do końca. Na niej też ciążyła klątwa. Mogła jednak cieszyć się chwilą. O tak. W końcu zaczął na nią reagować!

– Każdy facet w tym klubie ma na ciebie ochotę – powiedział cicho, a jednak słowa zabrzmiały ostro, jak cięcie noża. – Dlaczego akurat ja?

– Dlatego.

– To żadna odpowiedź.

– Nie zamierzałam odpowiadać. – Była świadoma każdego jego ruchu, zapach róż uderzał do głowy. Nigdy nie przeżywała czegoś równie zmysłowego. Czuła się... świetnie?

Lucien z całej siły pociągnął ją za włosy, omal nie wyrywając pasma.

– Bawi cię, że kpisz sobie z najpaskudniejszego faceta w klubie?

– Najpaskudniejszego? – Podobał się jej jak jeszcze nigdy nikt. – Parysa omijam z daleka.

Zbiła go z pantałyku. Zachmurzył się, opuścił ręce i pokręcił głową, jakby nie do końca rozumiał, co powiedziała.

– Wiem, kim jestem. Paskudny to moja przypadłość.

Spojrzała w te dwukolorowe oczy. Czy on naprawdę nie wie, że jest pociągający? Że emanują z niego siła i witalność? Dzika męskość? Że ją zachwyca?

– Gdybyś wiedział, jaki naprawdę jesteś, słodziutki... Seksowny i cudnie niebezpieczny... – Znowu przeszedł ją ten rozkoszny dreszcz. Dotknij mnie jeszcze raz.

– Niebezpieczny? – Posłał jej groźne spojrzenie. – Chcesz, żebym zrobił ci krzywdę?

– Pod warunkiem, że mi przyłożysz.

Znowu rozszerzyły się nozdrza.

– Rozumiem, że moje blizny ci nie przeszkadzają? – powiedział tonem wypranym z wszelkich emocji.

– Przeszkadzają? – Czyniły go absolutnie nieodpartym. Bliżej... bliżej... Jest kontakt. O wielcy bogowie! Przesuwała dłońmi po jego klatce piersiowej, wpadła w zachwyt, kiedy poczuła, jak pod jej palcami sztywnieją sutki. – Kręcą mnie.

– Kłamczucha.

– Bywam – wyznała skromnie – ale nie w tym przypadku. – Przyglądała się jego twarzy. W jakikolwiek sposób dorobił się tych blizn, nie mogło być to miłe. Cierpiał. Bardzo cierpiał. Myśl o tym rodziła w niej złość, jednocześnie wprawiała w trans. Kto zadał mu rany i dlaczego? Zazdrosny rywal?

Wyglądało to tak, jakby ktoś wyjął sztylet i ciął Lucienia niczym melon, a potem usiłował poskładać bez ładu i składu. Większość nieśmiertelnych miała to do siebie, że okaleczenia goiły się szybko i bez widomych śladów. Tak powinno być i w jego przypadku.

Na całym ciele miał takie blizny? Nowa fala podniecenia sprawiła, że ugięły się pod nią kolana. Śledziła go od wielu tygodni, ale nigdy nie mogła mu się przyjrzeć. Jakoś tak było, że kąpał się i przebierał, kiedy już zniknęła.

Wyczuwał ją i czekał, aż sobie pójdzie?

– Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że jesteś Przynętą, jak myślą moi towarzysze.

– A skąd wiesz lepiej?

Uniósł brew.

– Jesteś?

Gdyby zaprzeczyła, przyznałaby, że wie, kim są Przynęty. Uważała, że zna go na tyle dobrze, by wiedzieć, że w jego oczach zaprzeczenie równałoby się przyznaniu do grania tej roli. Wówczas musiałby ją zabić. Gdyby powiedziała, że jest Przynętą, dokonując podwójnego zaprzeczenia, wówczas też musiałby ją zabić.

Gra bez wygranej.

– Chcesz, żebym była? – zapytała najbardziej uwodzicielskim głosem. – Dla ciebie mogę być wszystkim, Kwiatuszku.

– Stop – zawarczał. Na jedno mgnienie oka maska kamiennego spokoju opadła, ujawniając kryjący się pod nią ogień o niebywałej intensywności. Och, spłonąć. – Nie podoba mi się gra, w którą grasz.

– Żadna gra, pączusiu, naprawdę.

– Czego chcesz ode mnie? Tylko nie waż się kłamać.

Pytanie z tych, na które odpowiada się, mówiąc o rzeczach najważniejszych. Chciała, żeby na niej skupił całą swoją męską siłę. Chciała godzinami eksplorować jego ciało. I nawzajem. Chciała, żeby się do niej uśmiechnął. Chciała poczuć jego język w ustach.

W tym momencie tylko to ostatnie było osiągalne, i to przy zastosowaniu nieczystych chwytów. Nie na darmo na drugie miała Przewrotna.

– Wybieram pocałunek. – Spojrzała na jego usta. – Wręcz domagam się pocałunku.

– Nie znalazłem nigdzie w pobliżu Łowców. – Obok Luciena stanął Reyes.

– To nic nie znaczy – stwierdził Sabin.

– Ona nie jest Łowczynią i nie współdziała z nimi. – Nie spuszczając ani na moment wzroku z Anyi, odprawił przyjaciół. – Muszę z nią zostać na chwilę sam.

Zdumiała ją ta pewność siebie. Chce z nią zostać sam? Tyle że koledzy nie zamierzali odejść. Dupki.

– Nie znamy się – powiedział Lucien, jakby nie było przerwy w konwersacji.

– No to co? Ludzie nieznajomi też się kontaktują. – Odgięła plecy i przycisnęła się mocno do niego biodrami. To, co tam poczuła, świadczyło, że nieznajomi jak najbardziej kontaktują się z sobą, w każdym razie na pewnym poziomie. Mniam, erekcja. Ciągle był podniecony. – Nic złego w jednym małym pocałunku, prawda?

Wpił palce w jej talię, przytrzymując nieruchomo.

– Pójdziesz sobie? Później?

Pytanie powinno ją obrazić, ale przyjemność była zbyt wielka, by zwracać na to uwagę. Miała wrażenie, że cała pulsuje, po ciele rozlało się rozkoszne ciepło.

– Tak. – Tyle tylko mogła od niego wziąć, więc wszystko jedno. Ale uzyska więcej przebiegłością, podstępem, siłą. Była już zmęczona wyobrażaniem sobie tego pocałunku. Musiała wreszcie mieć go naprawdę. Wreszcie. Z pewnością nie będzie smakował tak, jak sobie wyobrażała.

– Nie rozumiem – mruknął, przymykając oczy. Ciemne rzęsy rzucały cień na ostro zarysowane policzki, czyniąc go jeszcze bardziej niebezpiecznym.

– I dobrze. Ja też nie rozumiem.

Nachylił się ku niej. Poczuła gorący, przesycony zapachem kwiatów oddech...

– Co da ci jeden pocałunek?

Wszystko. Przesunęła końcem języka po jego wargach.

– Zawsze jesteś taki rozmowny?

– Nie.

– Pocałuj ją, Lucien, zanim ja to zrobię! Przynęta czy nie – zawołał Parys ze śmiechem. Niby dobroduszny śmiech, a dźwięczała w nim stal.

Lucien jeszcze się opierał. Czuła bicie jego serca. Krępowała go publiczność? Kiepsko. Zaryzykowała wszystko dla tej chwili i nie zamierzała pozwolić, żeby teraz się wycofał.

– Próżne wysiłki – powiedział.

– No to co? Próżne wysiłki też mogą być niezłą zabawą. Dość zwlekania, do dzieła. – Przyciągnęła jego głowę, przywarła ustami do ust. Już się nie opierał. Oto wspaniałe spotkanie języków. Ogarnął ją żar, zaatakował narkotyczny zapach róż i mięty.

Przeciągała pocałunek. Chciała więcej. Całego Luciena. Stała w ogniu. Ocierała się o jego fiuta, nie mogła się powstrzymać. Tylko Lucien mógł uspokoić tornado, które w niej szalało. Przekroczyła bramy niebios, nie czyniąc jednego kroku.

Ktoś wiwatował, ktoś gwizdał.

Przez chwilę czuła się tak, jakby straciła grunt pod stopami i nie miała żadnej kotwicy. Jeszcze moment i poczuła za plecami zimną ścianę. Wiwaty nagle umilkły, w powietrzu powiało lodem.

Są na zewnątrz? Wszystko jedno. Oplotła Luciena w pasie nogami, jęcząc, wijąc się. Nie przerywali pocałunku. Lucien ściskał jej biodro w żelaznym uchwycie, och, jakie to wspaniałe, drugą rękę zatopił w jej włosach.

– Jesteś, jesteś... – szepnął dziko, popędliwie.

– Gotowa na wszystko. Nic nie mów. Całuj.

Nie kontrolował się już. Namiętność, podniecenie jak gorąca fala, rozszalałe piekło. Anya była w ogniu, rozgorączkowana w chaosie emocji. Lucien nad nią. Już jej część.

Oby nigdy się to nie skończyło.

– Więcej – zażądał, kładąc dłoń na jej piersi.

– Tak. – Sutki jej stwardniały, dopominając się jego dotyku. – Więcej, więcej, więcej.

– Tak dobrze.

– Niesamowicie.

– Dotknij mnie – dobyło się gdzieś z głębi gardła Luciena.

– Dotykam.

– Dotknij mnie.

Wreszcie do niej dotarło. Może jednak jej pragnął. Chciał poczuć jej dłonie na sobie, dopominał się dotknięcia, chciał czegoś więcej niż samego pocałunku.

Wsunęła dłoń pod jego koszulkę i zaczęła pieścić brzuch.

Lucien przygryzł jej dolną wargę.

– Podoba mi się.

Lizał ją po szyi, zostawiając na skórze zmysłowy ślad, małe błyskawice. Otworzyła nagle oczy i zatchnęła się. Rzeczywiście znaleźli się na zewnątrz, w zaułku obok klubu. Przetransportował ich tam, filut.

Był jedynym spośród wojowników, który mógł przenosić się z miejsca na miejsce mocą myśli. Ona też posiadała tę zdolność. Teraz tylko mogła sobie życzyć, żeby przeniósł ich do sypialni.

Nie. Sypialnia zła. Zła, zła, zła. Zła Anya, że pomyślała choć przez chwilę o sypialni. Inne kobiety cieszyłyby się tymi elektrycznymi wyładowaniami, kiedy naga skóra trze o nagą skórę, ale nie Anya. Nigdy Anya.

– Chcę cię – wyrzucił z siebie.

– Najwyższy czas.

Kolejny palący pocałunek. Jakby Lucien wypalał piętno na jej duszy. Nie była już Anyą, lecz kobietą Luciena. Jego niewolnicą. Już nigdy do końca się nim nie nasyci, jeśli teraz pozwoli mu wejść w siebie. Gdyby mogła pozwolić. Bogowie, rzeczywistość była o tyle lepsza niż fantazje.

Zsunęła nogi na ziemię, chciała już sięgnąć do jego rozporka, zamknąć palce na fiucie, kiedy usłyszała kroki.

Lucien też musiał je usłyszeć, bo odskoczył.

Dyszał. Ona też dyszała. Kiedy ich spojrzenia na moment się spotkały, nogi się pod nią ugięły. Czas stanął w miejscu. Błyskawice, wyładowania. Nie miała pojęcia, że pocałunek może być materiałem zapalnym.

– Popraw ubranie – nakazał.

– Ale... ale... – Nie zamierzała kończyć, choćby mieli widownię. Niech da jej tylko chwilę, a ona przeniesie ich w inne miejsce.

– Już. Natychmiast.

Nie będzie żadnego przenoszenia, pomyślała zawiedziona. Stanowczy wyraz twarzy Luciena mówił, że on skończył. Z całowaniem się, z nią.

Spojrzała na siebie: top zsunięty poniżej piersi, stwardniałe sutki niczym dwa maleńkie różowe znaki pośród nocy. Króciutka spódnica podjechała w górę, ukazując symboliczne zupełnie stringi.

Ogarnęła się. Była czerwona jak piwonia, po raz pierwszy od setek lat zaczerwieniła się. Dlaczego nie? Czy to ważne? Dłonie jej drżały. Budząca zakłopotanie oznaka słabości. Próbowała je uspokoić siłą woli, ale jedyny rozkaz, którego jej ciało gotowe było usłuchać, to paść znowu w ramiona Luciena.

Kilku wojowników wyszło zza węgla. Wściekłe, pełne urazy miny.

– Uwielbiam, jak tak znikasz – odezwał się Gideon, bez cienia sarkazmu. Strażnik Kłamstwa nie potrafił po prostu powiedzieć jednego słowa prawdy.

– Zamknij się – warknął Reyes. Biedny Reyes, strażnik Bólu. Lubił się okaleczać. Kiedyś widziała nawet, jak rzucił się ze szczytu twierdzy, żeby zadać sobie jak największe cierpienie. – Może wyglądać na niewinną, Lucien, ale zapomniałeś sprawdzić, czy ma broń, zanim połknąłeś jej język.

– Jestem właściwie naga – podkreśliła rzecz oczywistą, ale nikt nie zwracał na nią uwagi. – Jaką broń mogłabym ukrywać? – W porządku, coś tam ukrywała. Wielkie mecyje. Dziewczyna musi być przygotowana na atak.

– Miałem wszystko pod kontrolą – powiedział Lucien tym swoim obojętnym tonem. – Potrafię sobie poradzić z jedną kobietą, uzbrojoną czy nie.

Fascynował ją ten jego spokój. Do teraz. A gdzie namiętność? To nie w porządku, że doszedł do siebie tak szybko, kiedy ona ciągle nie mogła złapać tchu. Drżała jeszcze cała. Gorzej, serce waliło w piersi niczym wojenny taraban.

– Co to za jedna? – zapytał Reyes.

– Może nie jest Przynętą, ale kimś musi być – wysunął błyskotliwą hipotezę Parys. – Przeniosłeś ją, a ona nawet nie pisnęła.

Dopiero w tym momencie wszystkie spojrzenia zwróciły się ku Anyi. Nigdy, od wiek wieków, nie czuła się bardziej bezbronna, bardziej obnażona. Mogła dla pocałunku Luciena zaryzykować, że zostanie pojmana, ale to nie znaczy, by ci tutaj mieli poddawać ją przesłuchaniu.

– Możecie sobie darować. Nie powiem wam ani słowa.

– Ja cię nie zaprosiłem i nikt inny nie przyznaje się do znajomości z tobą – powiedział Parys. – Dlaczego chciałaś uwieść Luciena?

Jego ton mówił: żadna przecież dobrowolnie nie zadawałaby się z oszpeconym wojownikiem. Parys zirytował ją, choć wiedziała, że nie chciał być grubiański, zadać bólu. Po prostu wyrażał to, co wszyscy towarzysze Luciena przyjmowali jako oczywiste.

– Może przejdziecie od pytań do tortur? – Spojrzała po kolei na każdego z wojowników. Poza Lucienem. Nie zniosłaby widoku jego pozbawionej wyrazu twarzy. – Zobaczyłam go, spodobał mi się, zaczepiłam. Wielkie co. Koniec, kropka.

Wojownicy założyli ręce na piersiach. Taaa, pewnie, zdawali się mówić. Otoczyli ją półkolem, ale z tego zdała sobie sprawę dopiero po fakcie, bo żaden się nie poruszył, to znaczy jakby się nie poruszył. Omal nie przewróciła oczami na to widowisko.

– Tak naprawdę wcale nie masz na niego ochoty – zawyrokował Reyes. – Wszyscy to wiemy. Powiedz, czego chcesz, zanim zmusimy cię siłą do mówienia.

Ją będą zmuszać siłą? No nie. Ona też założyła ręce na piersiach.

Kilka minut wcześniej jeszcze wiwatowali, że Lucien ją pocałował, tak? A może to ona sama wiwatowała? Teraz urządzali jej proces i domagali się wyczerpujących odpowiedzi. Zachowywali się, jakby Lucien nie potrafił wzbudzić zainteresowania nawet u ślepej.

– Chciałam, żeby wsadził mi fiuta. Teraz kumacie, dupki?

Cisza. Szok.

Lucien stanął przed nią. Chciał ją ochronić przed kolegami? Jakie to słodkie. Niepotrzebne, ale słodkie. Złość po części wyparowała. Miała ochotę go uściskać.

– Zostawcie ją w spokoju – oznajmił. – Ona się nie liczy. To ktoś bez znaczenia.

Radość też wyparowała. Nie liczy się? Bez znaczenia? Przed chwilą ściskał jej pierś w dłoni i ocierał się o jej biodra. Jak śmie mówić teraz coś podobnego?

Zrobiło się jej czerwono przed oczami. Tak zawsze musiała czuć się moja matka, pomyślała. Niemal wszyscy faceci, których Dysnomia brała do łóżka, obrzucali ją błotem, kiedy już wygodzili swojej chuci. Łatwa, powiadali, zdatna tylko do jednego.

Anya dobrze znała matkę, wiedziała, jak bardzo jest niewolnicą nierządnej natury, a przecież szukała miłości. Biedna Dysnomia, bogini Bezprawia, również w swym życiu osobistym zatraciła wszelki ład, pozostały jej tylko pełne rozpaczliwego chaosu poszukiwania. Bogowie żyjący w związkach, single, wszystko jedno. Jeśli któryś jej pragnął, oddawała mu się. Być może przez tych kilka godzin w ramionach kochanka czuła się akceptowana, doceniana, mroczne popędy przycichały?

Późniejsze odrzucenie stawało się tym boleśniejsze, myślała Anya, patrząc na Luciena. Wszystkiego się spodziewała, ale nie „bez znaczenia”. Jest moja, tak. Potrzebuję jej, ewentualnie. Nie tykajcie mojej własności, w najgorszym razie.

Nie chciała wieść takiego samego życia jak jej matka, chociaż bardzo ją kochała. Dawno ślubowała sobie, że nikomu nie pozwoli się użyć. I spójrzcie na mnie teraz. Błagam, dopraszam się pocałunku Luciena, a on potrafi powiedzieć tylko „bez znaczenia”.

Zebrała wszystkie, niemałe przecież siły, i pchnęła go. Jak kula wystrzelona z pistoletu poleciał prosto na Parysa. Jęknęli, stęknęli i odrzuciło ich od siebie.

Lucien wyprostował się i odwrócił gwałtownie do Anyi.

– Tak to nie będzie.

– Tak to dopiero będzie. – Podeszła do niego z uniesioną pięścią. Zaraz będzie połykał swoje olśniewająco białe ząbki.

– Anya – powiedział z pogróżką w głosie. – Stop!

Zamarła zaszokowana.

– Aha, więc wiesz, kim jestem. Skąd? – Rozmawiali raz, parę tygodni wcześniej, ale nigdy jej nie widział. Zadbała o to.

– Śledzisz mnie. Rozpoznałem twój zapach.

„Truskawki ze śmietaną”, powiedział wcześniej, niemal z wyrzutem. Szeroko otworzyła oczy. Przyjemność i upokorzenie mieszały się z sobą, przenikały do trzewi. Cały czas wiedział, że go śledzi.

– Po co mnie tak dręczyli, skoro wiedziałeś, kim jestem? Dlaczego, skoro wiedziałeś, że za tobą chodzę, nie poprosiłeś, żebym ci się pokazała? – rzucała pytania ostrym tonem.

– Po pierwsze nie wiedziałem, kim jesteś, dopóki nie zaczęła się rozmowa o Łowcach. Po drugie, nie chciałem cię spłoszyć, dopóki nie dowiem się, jakie masz intencje. – Zamilkł, czekał, że ona coś powie. Milczała. – Więc jakie masz intencje?

– Ja... Ty... – Do cholery! Co ma mu powiedzieć? – Jesteś mi winien przysługę. Uratowałam twojego przyjaciela, uwolniłam cię od udziału w jego klątwie. – Wyjaśnienie racjonalne, prawdziwe. Oby zwekslowało rozmowę na jak najdalsze tory od jej prawdziwych motywów.

– Aha. – Pokiwał głową, prostując ramiona. – To wszystko wyjaśnia. Przychodzisz po zapłatę.

– Nie. – Może uratowałaby w ten sposób dumę, ale nie chciała, by myślał, że rozdaje łatwo pocałunki. – Jeszcze nie.

Zmarszczył czoło.

– Powiedziałaś przecież...

– Wiem, co powiedziałam.

– Po co w takim razie przyszłaś? Dlaczego wiecznie za mną chodzisz?

Przycisnęła język do podniebienia, zniechęcona, zawiedziona. Nawet gdyby chciała odpowiedzieć, nie miałaby czasu, bo Reyes, Parys i Gideon przysunęli się do niej, jakby zamierzali pojmać i unieruchomić.

– Czego? – napadła na nich. – Nie przypominam sobie, żebym was zapraszała do udziału w rozmowie.

– Ty jesteś Anya? – Reyes zmierzył ją od stóp do głów z wyraźną odrazą.

Odraza? Powinien być jej wdzięczny. Czyż nie uwolniła go od obowiązku codziennego zabijania najlepszego przyjaciela? Owszem, cholera jasna. Uwolniła.

Znała to spojrzenie i zawsze jeżyła się na nie. Swobodne obyczaje jej matki były dobrze znane na Olimpie. Opinia, która do niej przylgnęła, przeszła niemal automatycznie na Anyę.

Z początku bolało ją to lekceważenie i patrzenie z góry. Przez kilka stuleci usiłowała być grzeczną dziewczynką, ubierała się jak mniszka, nigdy nie odzywała się pierwsza, skromnie spuszczała oczka. Na pewien czas udało się jej nawet powściągnąć rozpaczliwą potrzebę wywoływania katastrof. Wszystko po to, by zaskarbić sobie szacunek istot, które nie były w stanie dostrzec w niej nikogo więcej jak dziwkę.

Pewnego dnia zapłakana wróciła do domu z jakiegoś idiotycznego treningu bogiń, bo Ares i ta zdzira Artemida nazwali ją ta ma de. Dysnomia wzięła ją na stronę.

– Cokolwiek zrobisz, jakkolwiek się zachowasz, ocenią cię bezlitośnie – powiedziała jej wtedy. – Musimy być wierni sobie. Nie próbuj zachowywać się jak inni, bo to tak, jakbyś wstydziła się tego, kim naprawdę jesteś. Wyczują twój wstyd, zjedzą cię i nic z ciebie nie zostanie. Jesteś wspaniałą istotą, Anyu. Bądź z siebie dumna. Ja jestem.

Od tamtej chwili ubierała się tak seksownie, jak tylko sobie zamarzyła, rozmawiała, kiedy i jak chciała, i nigdy nie spuszczała wzroku, chyba żeby przyjrzeć się swoim potwornie wysokim szpilkom. Nie walczyła już ze swoim pragnieniem siania chaosu. Mówiła w ten sposób „pierdolcie się” tym, którzy ją odrzucali, owszem, ale przede wszystkim lubiła siebie.

Nie miała już czego się wstydzić.

– To... ciekawe widzieć cię po tylu poszukiwaniach, a szukałem cię intensywnie – ciągnął Reyes. – Jesteś córką Dysnomii, należysz do bogiń mniejszych i rządzisz Anarchią.

– Nie ma we mnie nic mniejszego. – „Mniejsza” znaczyło tyle co „bez znaczenia”, a ona była tak samo ważna, jak inne, „wyższe” istoty, niech go szlag. Ta pomniejszość brała się stąd, że nikt nie wiedział, kim jest jej ojciec. Ona to wiedziała, ale dopiero teraz. – Owszem, jestem boginią. – Uniosła głowę, wyniosła i harda.

– Tej nocy, kiedy uratowałaś życie Ashlyn, powiedziałaś, że nie jesteś – odezwał się Lucien. – Podałaś się za nieśmiertelną.

Wzruszyła ramionami. Nienawidziła bogów tak bardzo, że rzadko używała swojego tytułu.

– Skłamałam. Często mi się to zdarza. Na tym polega mój urok, nie sądzicie?

Żaden nie odpowiedział.

– Jak zapewne wiesz, byliśmy kiedyś wojownikami bogów i żyliśmy w niebiosach – poinformował ją Reyes, jakby nie słyszał jej słów. – Nie pamiętam cię.

– Może nie było mnie jeszcze na świecie, mądralo.

W oczach błysnęła irytacja, ale ciągnął spokojnie:

– Od czasu twojego pojawienia się przed kilku tygodniami prowadziłem poszukiwania, zbierałem materiały na twój temat. Dawno temu zostałaś uwięziona za zabicie niewinnego człowieka. Jakieś sto lat później bogowie ustalili dla ciebie wreszcie karę, że tak powiem docelową, ale wtedy zrobiłaś coś, co nie udało się żadnej innej istocie nieśmiertelnej. Uciekłaś.

Nie próbowała zaprzeczać:

– Wyniki twoich poszukiwań są zgodne z prawdą. – Po większej części.

– Legenda mówi, że zaraziłaś pana Tartaru jakąś chorobą, bo zaraz po twojej ucieczce całkiem opadł z sił i stracił pamięć. Wzmocniono straże, wzmożono czujność. Bogowie byli przekonani, że solidność więzienia zależy od mocy pana Tartaru. Z czasem mury zaczęły pękać i sypać się. Tak doszło do ucieczki Tytanów.

Facet nie ma chyba zamiaru jej o to obwiniać?

– Legendy mają to do siebie, że zniekształcają prawdę, której śmiertelni inaczej by nie pojęli – wyjaśniła sucho. – Zabawne, że sam, będąc bohaterem tylu legend, tego nie rozumiesz.

– Ukrywasz się wśród ludzi – Reyes po raz kolejny puścił mimo uszu jej słowa – ale nawet z nimi nie potrafisz żyć w pokoju. Wzniecasz wojny, kradniesz broń, nawet okręty. Wywoływałaś wielkie pożary, katastrofy, które rodziły panikę, i zamieszki, w wyniku których ludzie trafiali do więzienia.

Krew uderzyła jej do głowy. Owszem, robiła takie rzeczy. Kiedy pojawiła się na ziemi, nie wiedziała, jak panować nad swoją wywrotową naturą. Bogowie potrafili się przed tym chronić, ludzie nie. Poza tym zdziczała przez lata uwięzienia. Wystarczyła rzucona mimochodem uwaga: „Nie pozwolisz chyba, żeby twój brat zwracał się tak do ciebie”, i między klanami wybuchały krwawe waśnie. Pojawiła się na dworze, zakpiła z władcy, z jego polityki, i już lojalni dotąd rycerze mordowali nieszczęśnika.

Jeśli chodzi o pożary, to rzeczywiście coś zmuszało ją, by „przypadkowo” upuścić pochodnię i patrzyć, jak płomienie zaczynają tańczyć. Kradzieże... Nie potrafiła się oprzeć temu głosowi w głowie, który podszeptywał: „Bierz, nikt nie widzi”.

W końcu nauczyła się trochę siebie brać w cugle. Mała kradzież kieszonkowa, jątrzące, ale nie krwawe w skutkach kłamstwo, sprowokowanie burdy ulicznej, rozładowywały dość skutecznie potrzebę siania zamętu i pozwalały unikać wywoływania poważnych nieszczęść.

– Ja też odrobiłam lekcje na twój temat – powiedziała spokojnie. – Nie burzyłeś kiedyś miast i nie zabijałeś niewinnych?

Teraz Reyes zrobił się czerwony.

– Nie jesteś tym samym człowiekiem, którym kiedyś byłeś, tak jak ja nie jestem... – Zanim skończyła zdanie, wionął na nich silny wiatr, uderzył z gwizdem, wizgiem. Zdezorientowana Anya zamrugała, ale chwila moment, i już wiedziała, co zaraz nastąpi. – Cholera! Sukinkot! – bluznęła.

Wojownicy znieruchomieli, czas dla nich się zatrzymał, przestał istnieć. Moc potężniejsza od nich zawładnęła światem wokół. Nawet Lucien, który wcześniej uważnie przysłuchiwał się wymianie zdań między Anyą i Reyesem, zamienił się w żywy kamień.

Ona też, rzecz oczywista. Niech to wszyscy diabli!

Nie, nie, nie, pomyślała i z tymi słowami niewidzialne kraty więzienne wokół niej opadły jak jesienne liście z drzew. Nikt i nic jej nie będzie więzić. Już nie. Ojciec o to zadbał.

Anya podeszła do Luciena, chciała go uwolnić – chociaż nie wiedziała dlaczego, po tym, co o niej powiedział – ale wiatr ustał równie nagle jak przyszedł. W ustach jej zaschło, serce zaczęło bić nieregularnie. Kronos, który zaledwie przed kilkoma miesiącami objął tron w niebiosach, wprowadzając nowe reguły, nowe kary i nowe życzenia – przybywał.

Znalazł ją.

Po prostu wspaniale. Silne błękitne światło rozproszyło ciemność i Anya zniknęła w jednym błysku. Z żalem, którego czuć nie miała najmniejszych powodów, zostawiła Luciena, zabierając z sobą smak i wspomnienie pocałunku.

ROZDZIAŁ DRUGI

Czarna mgła spowiła umysł Luciena, pozostawiając tylko jedną myśl: Anya.

Rozmawiał z nią, usiłował przy tym zapomnieć, jak świetnie do niego pasowała, jak mocne, ostre było jego pożądanie, jak szybko znalazła się w jego ramionach. Gotów byłby oddać wszystko, wygnać z pamięci wszystkich za trochę więcej czasu z nią.

Nigdy pocałunek nie wywarł na nim większego wrażenia. Demon w jego głowie aż mruczał z zadowolenia. Tak, mruczał, jak domowy kot. Nigdy wcześniej nic takiego się nie zdarzyło. Lucien nie rozumiał, dlaczego akurat dzisiaj.

Coś z nim nie tak.

Coś nie tak, skoro umierał niemal, mówiąc, że Anya nic nie znaczy, jest nieważna. Musiał to powiedzieć i dla jej dobra, i ze względu na siebie. Takie pożądanie jest niebezpieczne. A przyznanie się, że pożąda, pragnie, oznaczałoby całkowite zaprzeczenie opanowania, które było jego znakiem firmowym.

Opanowanie. Kontrola. Prychnąłby, gdyby mógł poruszyć wargami. Nad tą kobietą nie miał żadnej kontroli, nie panował nad nią.

Dlaczego udawała, że go pragnie? Dlaczego całowała go tak, jakby miała umrzeć, gdyby nie poczuła jego języka w ustach? Kobiety nie zachowywały się tak wobec niego. Już nie. Wiedział to lepiej niż ktokolwiek inny. A Anya błagała o jeszcze.

Nie mógł uwolnić się od jej obrazu. Wysoka, o pięknej twarzy elfa, cudownej, przez słońce pieszczonej skórze, gładkiej, świetlistej, zmysłowej. Wyobrażał sobie, że liże każdy jej centymetr.

Obfite piersi, które chciały wyskoczyć z niebieskiego gorseciku, całe mile wspaniałych ud widocznych spod króciuteńkiej czarnej mini.

Jasne, niemal białe włosy jak burza śnieżna opadające falami na plecy. Wielkie oczy, błękitne jak top, który nosiła tego wieczoru. Zadarty nosek. Pełne usta stworzone do ssania. Proste białe zęby. Promieniały od niej przewrotność i rozkosz, ziszczenie męskich fantazji.

Nie mógł o niej zapomnieć od momentu, gdy kilka tygodni wcześniej pojawiła się w ich życiu, by uratować życie Ashlyn. Nie pokazała się im wtedy w całej swojej pysznej krasie, ale truskawkowy zapach przeniknął jego jestestwo do szpiku kości.

Posmakował jej w końcu, a teraz serce waliło jak młot, oddech palił gardło. Doświadczał podobnych sensacji, kiedy przyglądał się swoim przyjaciołom, Maddoksowi i Ashlyn, gdy czulą się i tulą do siebie, jakby bali się rozstać choćby na moment.

Mgła nagle się podniosła, uwalniając ciało i duszę. Ciągle znajdował się w zaułku koło klubu, Anya zniknęła, a jego przyjaciele trwali w bezruchu. Co tu się dzieje?

– Reyes? – Żadnej reakcji, choćby drgnienia powieki. – Gideon? Parys?

Nic.

Wyczuł jakiś ruch w mroku i powoli wyciągnął broń... Gotów był zrobić, co należy, acz do głowy zakradła się myśl. Anya mogła zabrać jego sztylety, użyć ich przeciwko niemu. Nawet by nie wiedział. Nie obeszłoby go to. Zbyt był nią pochłonięty. Jednak nie wzięła ich, zatem naprawdę nie miała wobec niego złych zamiarów.

Dlaczego go zaczepiła?

– Cześć, Żniwiarzu – odezwał się męski, grobowy głos. Nikt się nie pojawił, a jednak ktoś wyrwał mu broń z ręki i odrzucił na ziemię. – Wiesz, kim jestem?

Lucien nie pokazał nic po sobie, ale zdjął go lęk pożerający wszystko inne. Nie słyszał tego głosu wcześniej, ale wiedział, do kogo należy. Gdzieś w głębi duszy wiedział.

– Tytan. – Nie tak dawno temu przyjąłby z radością wezwanie nowego boga, lecz teraz wiedział lepiej.

Aeron, strażnik Gniewu, otrzymał takie wezwanie miesiąc wcześniej. Rozkazano mu zabić cztery ludzkie istoty, cztery kobiety. Dlaczego, tego już Tytani nie wyjaśnili. Aeron odmówił wykonania rozkazu i teraz tkwił w lochu twierdzy, stanowiąc zagrożenie dla samego siebie i dla świata. Żądza mordu dręczyła go dniem i nocą, nie dawała odetchnąć, zapomnieć o sobie ani na chwilę.

Został zredukowany do zwierzęcego stanu. Lucien nie mógł na to patrzyć. Choć tak mocarny, czuł się całkowicie bezradny. Wszystko to stało się za sprawą istot, z których jedna właśnie materializowała się przed nim.

– Czemu zawdzięczam ten... zaszczyt?

Kronos, postać płynna, jakby utworzona z wody, stanął w bursztynowym promieniu księżyca. Miał gęste srebrne włosy i takąż brodę. Ubrany był w długi himation, tak pięknie, misternie tkany, jakby to był jedwab. W lewej dłoni trzymał Kosę Śmierci, której Lucien, gdyby mógł, najchętniej użyłby przeciwko temu okrutnemu bogowi. Kosa była w stanie ściąć głowę nawet nieśmiertelnemu. Powinna właściwie należeć do niego, ale zniknęła, gdy bogowie strącili Kronosa wraz z innymi Tytanami do Tartaru. Lucienowi przemknęło przez głowę, że może równie łatwo udałoby się Kronosowi znaleźć puszkę Pandory, skoro znalazł kosę.

– Nie podoba mi się twój ton – stwierdził król głosem tak bardzo spokojnym, że Lucien aż poczuł ciarki. Sam zwykł przemawiać z podobnym spokojem, kiedy starał się utrzymać emocje na wodzy.

– Proszę o wybaczenie. – Drań. Pomimo kosy, którą dzierżył, nie wydawał się na tyle potężny, by wydostać się z Tartaru i obalić Zeusa. A jednak dokonał tego. Brutalnością i podstępem, dowodząc ponad wszelką wątpliwość, że lepiej nie wchodzić z nim w konflikt.

– Spotkałeś szaloną, nieuchwytną Anyę. – W nocnym powietrzu poniósł się miękki szept, a tak potężny, że mógłby powalić całą armię.

Niepokój Luciena wzmógł się po tysiąckroć.

– Owszem.

– Całowałeś ją.

Lucien zacisnął dłonie. Uderzające do głowy wspomnienie. I wściekłość, że ta nienawistna istota obserwowała moment namiętności.

– Tak. – Tylko spokojnie, powtarzał sobie.

Kronos przysunął się, cichy jak noc.

– Umyka mi od wielu tygodni. A ciebie szuka. Dlaczego, jak myślisz?

– Naprawdę nie wiem. – Bo też nie wiedział. Ciągle nie mógł zrozumieć zainteresowania Anyi swoją osobą. Żar jej pocałunku musiał być udawany, na pewno. A jednak zdołała rozpalić Luciena, ciało, duszę i demona.

– Nieważne. – Bóg podpłynął zupełnie blisko, spojrzał mu w oczy. Szedł od niego zapach mocy. – Zabijesz ją.

Na te słowa demon w głowie Luciena natychmiast się odezwał, ale nie było wiadomo, żądny mordu czy zdjęty odrazą.

– Mam ją zabić?

– Słyszę w twoim głosie zdziwienie. – Bóg przesunął się dalej.

Czyżby rozmowa dobiegła końca?

Muśnięcie ledwie, ale Luciena odrzuciło do tyłu, jakby potrącił go samochód. Mięśnie zesztywniały, powietrze uszło z płuc. Kiedy odzyskał równowagę i odwrócił się, Kronos znikał już w ciemnościach.

– Za pozwoleniem! – zawołał. – Mogę wiedzieć, dlaczego chcesz jej... śmierci?

Bóg, sunąc dalej, odparł:

– To Anarchia, jeden wielki kłopot dla wszystkich, którzy mają z nią do czynienia. Chyba wystarczający powód. Powinieneś podziękować mi za ten zaszczyt.

Miałby mu dziękować? Lucien zacisnął usta, żeby nie puścić komentarza w kierunku króla bogów. Teraz tym chętniej pozbawiłby go głowy. Nie ruszył się jednak z miejsca, zbyt dobrze wiedział, jak okrutna może być odpłata bogów. Właśnie zostali uwolnieni od jednej klątwy, która polegała na tym, że Reyes każdej nocy sześcioma ciosami miecza zadawał śmierć Maddoksowi, a Lucien odprowadzał duszę zmarłego do świata podziemnego.

Bogowie rzucili na nich tę klątwę, kiedy Maddox niechcący zabił Pandorę. O ile gorsza musiałaby być kara Tytanów, gdyby Lucien zabił ich króla?

Nie dbał o siebie, lękał się tylko o przyjaciół. Dość się już nacierpieli wszelakich mąk, więcej, niż mogłoby się przydarzyć innym, choćby przeżyli sto żywotów.

A jednak usłyszał, jak mówi do siebie:

– Nie dokonam tego czynu. – Nie dokona. Zabicie pięknej Anyi samo w sobie byłoby już przekleństwem.

Nie zauważył, jak Kronos się poruszał. Zaraz też znalazł się przy nim. Nie z tego świata oczy zdawały się przebijać go na wskroś niczym miecz. Kosa zatrzymała się na wysokości gardła Reyesa.

– Wszystko jedno, jak długo to potrwa, jakich będzie wymagać zabiegów, ale przyniesiesz mi jej ciało. Nie posłuchasz mojego rozkazu, zapłacisz ty i ci, których kochasz.

Bóg zniknął w oślepiającym lazurowym świetle równie błyskawicznie, jak się pojawił, i czas znowu zaczął płynąć zwykłym nurtem, jakby nigdy się nie zatrzymał. Lucien nie mógł złapać tchu. Jeden ruch nadgarstka Kronosa i głowa Reyesa by spadła.

– Co jest, do diabła? – warknął nieledwie zdekapitowany. – Gdzie ona się podziała? Ta cała Anya?

– Dopiero co tu była. – Parys okręcił się, rozglądając uważnie, a sztylet dzierżył w dłoni.

„Zapłacisz ty i ci, których kochasz”, powiedział bóg. Nie była to czcza pogróżka. Prawda absolutna. Lucien zacisnął dłonie, przełknął z trudem gulę w gardle.

– Wracajmy do środka i bawmy się – zdołał wykrztusić. Potrzebował czasu do namysłu.

– Zaczekaj – powstrzymał go Parys.

Lucien pokręcił głową.

– Nie. Nie będziemy więcej o tym mówić.

Wpatrywali się w niego długą chwilę w milczeniu, w końcu przytaknęli. Nie wspomniał nic o wizycie boga ani o tym, jak zniknęła Anya. Nie powiedział o tym, kiedy wychodził z zaułka ani kiedy wkraczali do klubu, ani nawet wtedy, gdy ci wewnątrz rozstępowali się zdziwieni na jego widok.

Kiedy Reyes chciał go minąć, podniósł dłoń, powstrzymując przyjaciela.

Reyes popatrzył na niego, nie rozumiejąc, o co chodzi.

Lucien ruchem brody wskazał stolik w głębi sali, ten sam, przy którym siedział wcześniej. Reyes kiwnął głową.

– Mów – ponaglił, rozsiadając się wygodnie, jakby mieli rozmawiać o pogodzie, i obojętnym wzrokiem śledził tańczących.

– Zbierałeś informacje na temat Anyi. Kogo zabiła i dlaczego to zrobiła, że aż trafiła do Tartaru?

– Zwoje, które czytałem, nie mówią, dlaczego zabiła, jedynie kogo. Ajasa.

– Pamiętam go. – Lucien nigdy nie lubił tego zadufanego w sobie sukinsyna. – Zapewne zasłużył sobie.

– Kiedy zginął, był kapitanem Gwardii Nieśmiertelnych. Domyślam się, że Anya wywołała jedną ze swoich „małych katastrof”, Ajas chciał ją aresztować, ona stawiała opór, i tak się to skończyło.

Lucien zamrugał zdumiony. Zadowolony z siebie, dbający wyłącznie o własne interesy Ajas został jego następcą? Przed otwarciem puszki Pandory to on właśnie był dowódcą, strażnikiem pokoju, obrońcą króla bogów. Później nie nadawał się już do pełnienia służby. Otrzymał swojego demona, pozbawiono go wszystkich zaszczytów, w końcu razem z pozostałymi wojownikami wygnano z niebios.

– Ciekawe, czy będziesz następny – powiedział Reyes niby ot tak, mimochodem.

Może. Chociaż miała okazję tego wieczoru i nie wykorzystała jej. Zasługiwał na śmierć, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Kiedy pojawili się na ziemi, przyczynili ludziom wiele cierpienia. Nie potrafili jeszcze panować nad swoimi demonami. Zabijali na oślep, niszczyli domy, nieśli głód i choroby.

Zanim zdołał zapanować nad swoim gorszym, groźnym ja, było za późno. Spośród ludzi wyłonili się Łowcy i zaczęli walczyć z wojownikami. Nie winił ich wtedy, uważał nawet, że wojownicy zasłużyli sobie na gniew. Ale wtedy Łowcy zabili Badena, strażnika Nieufności, który Lucienowi był bratem. Nie mógł pogodzić się z jego śmiercią.

Motywy Łowców przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, dziesiątkował ich, ale kiedy już zemsta się dokonała, chciał żyć w spokoju. Jednak nie wszyscy wojownicy tak myśleli, część z nich pragnęła wyciąć Łowców w pień, do ostatniego.

Lucien z pięcioma przyjaciółmi przeniósł się do Budapesztu i tu rzeczywiście żyli spokojnie przez długie stulecia. Przed kilku tygodniami w mieście pojawiło się pozostałych sześciu budrysów, depcząc po piętach Łowcom, którzy zawzięli się, by skończyć z wojownikami z twierdzy, raz na zawsze oczyścić świat z „tej zarazy”. Zaczęła się krwawa rozprawa, której już nie sposób było uniknąć. Pokój mógł powrócić jedynie za cenę ostatecznej eliminacji Łowców.

– Czego jeszcze dowiedziałeś się o Anyi? – pytał dalej Reyesa.

Przyjaciel wzruszył ramionami.

– Wspomniałem już tam, na zewnątrz, że jest jedyną córką Dysnomii.

– Dysnomia? – Lucien jakby się zafrasował, potarł brodę. – Nie pamiętam jej.

– Bogini Bezprawia, najbardziej poniewierana pośród wszystkich nieśmiertelnych. Spała chyba z całym rodzajem męskim. Nikt nie wie, kto jest ojcem Anyi.

– Żadnych domysłów?

– Nie sposób snuć domysły, skoro matka codziennie miała po kilku kochanków.

Luciena ogarnęła wściekłość na myśl, że Anya mogłaby iść w ślady matki. Nie chciał jej pragnąć, a przecież pragnął rozpaczliwie. Próbował się jej opierać, naprawdę. I opierał się, dopóki nie dotarło do niego, że jest jedną z nieśmiertelnych.

Nie może umrzeć, nie stracę jej, jeśli ją sobie upodobam. Nigdy nie będę musiał odprowadzać jej duszy do piekła.

Jakim był głupcem. Powinien był przewidzieć. W końcu to on był Żniwiarzem Śmierci. Każdy może odejść do świata podziemnego. On sam, jego przyjaciele. Bogini. Widział w ciągu jednego dnia więcej takich pożegnań niż inni przez całe swoje życie.

– Zdumiewa mnie – mówił Reyes – że taka kobieta potrafiła urodzić córkę o urodzie anioła. Trudno uwierzyć, że śliczna Anya jest kimś niegodziwym.

Jej pocałunek był grzeszny. Rozkosznie grzeszny. Ale kobieta, którą trzymał w ramionach, nie wydawała się złą istotą. Słodką, tak. Zabawną, zdecydowanie. I, dziw nad dziwy, delikatną. Zdjętą pożądaniem. Pożądaniem, które skierowała ku niemu.

Dlaczego go pocałowała? Znowu to samo pytanie, które go prześladowało i na które nie znajdował odpowiedzi. Dlaczego tańczyła dla niego? Może stanowił dla niej tylko wyzwanie? Chciała go uwieść, usidlić, żeby potem poszukać sobie innego, bardziej atrakcyjnego, i śmiać się z łatwowierności oszpeconego głupca?

Zimno mu się zrobiło na samą myśl. Nie myśl tak. Torturujesz tylko siebie. O czym miał zatem myśleć? O jej śmierci? Bogi, chyba nie potrafiłby tego zrobić.

Pomogła mu przed kilkoma tygodniami i winien jej był przysługę. Jak mógł zabić kobietę, wobec której miał dług wdzięczności? Jak mógł zabić kobietę, której posmakował? Poczuł, jak ogarnia go fala ciemności.

– Co jeszcze wiesz o niej? Coś musiałeś znaleźć.

Reyes ponownie wzruszył ramionami z niejakim lekceważeniem.

– Na Anyi ciąży jakaś klątwa, ale nie potrafię ci powiedzieć, jaka.

Klątwa? Wstrząsnęła nim ta informacja, wprawiła w gniew. Dlatego cierpiała? Co go to mogło obchodzić?

– Jakieś wzmianki, kto rzucił na nią klątwę?

– Temida, bogini sprawiedliwości. Jest Tytanką, ale zdradziła braci i wsparła Zeusa, kiedy przejął tron.

Lucien pamiętał ją, acz dość mgliście. Wysoka, wiotka, ciemnowłosa. Arystokratyczne rysy, delikatne dłonie, którymi żywo gestykulowała, kiedy mówiła. Raz łagodna, to znowu potwornie ostra.

– Co o niej pamiętasz?

– Tylko tyle, że była żoną Tartarosa, pana więzienia.

Lucien zasępił się.

– Może rzuciła klątwę na Anyę za to, że zaraziła czymś Tartarosa, żeby uciec?

Reyes pokręcił głową.

– Jeśli wierzyć zwojom, klątwa została rzucona przed uwięzieniem. – Uderzył głośno językiem w podniebienie. – Może Anya jest taka, jak jej matka. Może spała z Tartarosem i Temida się wściekła. To główna przyczyna niesnasek między kobietami.

Taka możliwość jakoś nie przekonywała Luciena. Przetarł twarz, i blizny boleśnie podrażniły skórę po wewnętrznej stronie dłoni. Czy Anya też to czuła? Aż poczerwieniał ze wstydu, zakłopotania. Wybierała zapewne mężczyzn pięknych, o doskonałej urodzie. Zapamięta go jako oszpeconego wojownika, który podrapał jej śliczne policzki.

Reyes przesunął palcem po krawędzi pustej szklanki.

– Nie podoba mi się, że jesteśmy jej dłużnikami. Nie podoba mi się, że przyszła do klubu. Anya wszędzie, gdzie się pojawia, sieje chaos i destrukcję.

– My siejemy chaos i destrukcję wszędzie, gdzie się pojawiamy.

– Sialiśmy, i nigdy nie sprawiało nam to przyjemności. Ona się uśmiechała, kiedy cię uwodziła. – Reyes skrzywił się. – Widziałem, jak na nią patrzysz. Tak jak ja patrzyłem na Danikę.

Danika. Jedna z kobiet śmiertelnych, które Aeron miał zabić. Lucien czuł, że Reyes pragnął jej bardziej niż powietrza, ale musiał pozwolić jej odejść, jeśli chciał uratować dziewczynę przed brutalnym wyrokiem bogów. Teraz zapewne żałował swojej decyzji, wolałby zatrzymać ją przy sobie i chronić osobiście.

Co powinien teraz robić? Wiedział, co chce zrobić. Zapomnieć o Anyi i zignorować rozkaz Kronosa, jak to uczynił Aeron. Lecz w ten sposób zacznie dopraszać się kary, a przykład miał w Aeronie. Jego przyjaciele więcej już nie zniosą, był tego pewien. Już balansowali na cienkiej granicy między dobrem a złem. Jeszcze jedno brzemię i poddadzą się, nie będą w stanie dłużej kontrolować żądzy zniszczenia.

Westchnął. Przeklęci bogowie. Rozkaz przyszedł w najgorszym możliwym momencie. Gdzieś tam leżała ukryta puszka Pandory, stanowiąca zagrożenie dla jego życia. Jeśli Łowca znajdzie ją pierwszy, jeśli go uprzedzi, puszka wessie demona, on zaś zginie, tak nierozerwalnie był związany ze swoim złym duchem.

Z tym, że spotka go smutny koniec, mógł się pogodzić, ale nie dopuszczał myśli, by coś złego mogło spotkać przyjaciół. Czuł się za nich odpowiedzialny. Gdyby nie otworzył puszki, a zrobił to tylko dlatego, że odezwała się w nim zraniona duma, bo nie on został wybrany jej strażnikiem, jego towarzysze nie musieliby się męczyć z własnymi demonami. Zniszczył ich życie, kiedyś beztroskie, może nawet szczęśliwe życie wojów należących do elitarnej gwardii bogów.

Westchnął ponownie. Będzie musiał zabić Anyę, jeśli chce oszczędzić swoim druhom kolejnych cierpień. To oznaczało konieczność odszukania bogini. Znowu będzie blisko niej... Kusząca i przyprawiająca o udrękę myśl. Nawet bardzo, bardzo dawno temu, kiedy pokochał śmiertelniczkę, piękną Mariah, nie pragnął, nie pożądał jak teraz. Całe ciało palił ból, którego pozbyć się nie sposób.

Mariah... Słodka, niewinna Mariah. Kobieta, której oddał serce wkrótce potem, jak nauczył się panować nad swoim demonem. Żył wtedy na ziemi sto, dwieście lat? Czas pozbawiony znaczenia, jeden dzień podobny do drugiego. Kiedy ujrzał Mariah, życie nabrało znaczenia. Pragnął czegoś dobrego, czystego, co rozproszyłoby ciemności.

Była światłem słonecznym pośród mroku, płomykiem świecy pośród bezlitośnie ponurej egzystencji. Chciał spędzić wieczność, wielbiąc ją. Nie cieszył się długą miłością, bo Mariah zachorowała. On, Żniwiarz, wiedział od początku, że ukochana nie przeżyje. Powinien był natychmiast wziąć jej duszę w zaświaty, ale nie potrafił się do tego zmusić.

Choroba dręczyła ją wiele tygodni, niszcząc stopniowo ciało. Im dłużej czekał, mamiąc się nadzieją na ozdrowienie, tym bardziej cierpiała. Pod koniec błagała o śmierć, zawodziła, krzyczała. Z bólem serca, świadom, że rozstają się na zawsze, spełnił w końcu swoją powinność.

Tej nocy pociął się na paski zatrutym sztyletem. Gdy tylko rany zaczynały się zasklepiać, ciął znowu. I znowu. Przypalał nawet skórę, żeby się nie regenerowała, jakby chciał zyskać pewność, że już żadna kobieta na niego nie spojrzy i że już nigdy nie będzie musiał cierpieć z powodu odejścia ukochanej istoty.

Nigdy nie żałował tego, co zrobił. Aż do teraz. Przekreślił swoje szanse, Anya nie może pragnąć kogoś takiego. Kobieta bez skazy, jak ona, zasługiwała na mężczyznę podobnego sobie. Zasępił się. O czym on myśli? Anya musi przecież umrzeć. Pożądanie skomplikowałoby tylko sytuację. No dobrze, jeszcze bardziej by skomplikowało.

Obraz Anyi znowu pojawiał się przed oczami, nie pozwalał myśleć. Zmysłowa twarz, ciało jak seksnarkotyk. Mężczyzna w nim wył z wściekłości, że będzie musiał zniszczyć coś takiego. Wył też nieśmiertelny wojownik.

Może udałoby się przekonać Kronosa, żeby poniechał Anyi, cofnął rozkaz? Może... Lucien prychnął. Nie, to się nie uda. Próby dobijania targu z Kronosem to jeszcze głupszy pomysł niż próby ignorowania go. Król bogów dałby mu w zamian znacznie dotkliwsze od poprzedniego zlecenie, bo perfidia pana na Olimpie nie znała granic.

Do diabła! Dlaczego Kronos chce jej śmierci? Co takiego zrobiła?

Odtrąciła go, wybrała innego?

Mgła zazdrości i zaborczości zasnuła umysł, w uszach dźwięczało „moja”. Starał się nie zwracać na to uwagi.

Nagle przez plątaninę myśli dotarł do niego głos Reyesa, który rzucił krótko:

– Czekam.

Lucien zamrugał, ocknął się.

– Na co?

– Chciałbym usłyszeć, co się zdarzyło na zewnątrz.

– Nic się nie zdarzyło – skłamał gładko i od razu zdjął go wstręt do samego siebie.

Reyes pokręcił głową.

– Masz jeszcze spuchnięte usta po pocałunku. Włosy stoją ci dęba, bo Anya przeczesywała je palcami. Z własnego ciała zrobiłeś zaporę, kiedy chcieliśmy zabrać pannę. W końcu zniknęła bez śladu. Nic się nie stało? Zacznij od początku. – Reyes przymknął na moment znużone oczy. Miał dość własnych zmartwień, niepotrzebne mu były problemy Luciena.

– Powiedz reszcie, że spotkamy się w Grecji. Dołączę do nich. Nie jedziemy razem.

– Co takiego? – Reyes spochmurniał jeszcze bardziej. – Dlaczego?

– Mam rozkaz wziąć duszę. – Więcej ani słowa.

– Wziąć? Co to znaczy? Nie odprowadzić w zaświaty, tylko wziąć? Nie rozumiem.

– Nie musisz.

– Nie znoszę, kiedy mówisz zagadkami. Powiedz jasno, kto i dlaczego.

– Czy to ważne? Dusza to dusza. Efekt jest zawsze taki sam, niezależnie od powodów. Śmierć. – Lucien klepnął Reyesa w plecy i wstał. Zanim przyjaciel zdążył cokolwiek powiedzieć, wyszedł z klubu i zatrzymał się w zaułku, gdzie i całował, i stracił Anyę.

Niemal słyszał jej jęk rozkoszy, czuł paznokcie wbijające się w plecy, biodra ocierające się o jego wzwód. Wzwód, który ciągle nie skląsł, na przekór wszystkiemu.

Ciągle nękało go pożądanie, ale starał się nie zwracać na to uwagi. Zamknął prawe oko. Wodził wokół tym niebieskim, duchowym. Widział tęczę jaśniejących, nieziemskich barw. Wpatrując się w nie, był w stanie odczytać każdy czyn, który miał tu miejsce, każdą emocję odczuwaną przez tych, którzy kiedykolwiek trafili do zaułka. Czasami potrafił powiedzieć dokładnie, co kto i kiedy zrobił.

Miał takie doświadczenie, że bez trudu przedarł się przez całe pokłady rozmaitych historii w poszukiwaniu najświeższych. Oto migocące gwiazdy namiętności.

Pocałunek.

W tej duchowej dziedzinie rozmaitych barw, w tym niematerialnym świecie, namiętność Anyi lśniła różowo. Prawdziwa, nieudawana, jak skrycie podejrzewał. Świetlisty, rozjarzony róż. Zatem naprawdę go pożądała? Istota fizycznie tak doskonała uznała go za godnego swojej uwagi? Wydawało się to niemożliwe, a jednak dowód lśnił w mroku niczym droga ku wybawieniu pośród najgorszej zawieruchy.

Poczuł ucisk w żołądku, oblała go fala gorąca. Odezwał się ostry, pulsujący ból w piersi. Och, poczuć znowu jej skórę pod palcami. Wejść w nią, poruszać się powoli, a potem coraz szybciej i szybciej. Anya dochodzi, błaga o jeszcze. Jęknął.

Ma zginąć z twojej ręki, nie zapominaj.

Jakbym potrafił zapomnieć, pomyślał, zaciskając dłonie.

– Dokąd poszłaś? – Odpowiedziało mu mrugnięcie błękitu. Smutek. Była smutna? Bo powiedział, że jest bez znaczenia? Ogarnęły go wyrzuty sumienia.

Przyjrzał się barwom uważnie. Wśród błękitów przebłyskiwała intensywna, pulsująca czerwień. Furia. Musiał zranić jej uczucia, obudzić gniew. Zrobiło mu się jeszcze bardziej głupio, przykro. Bronił się, zakładał, że Anya sobie z nim igra, że tak naprawdę wcale go nie chce. Nie przypuszczał, że to dla niej ważne, co on o niej myśli, czy pragnie jej, czy nie.

Zdumiewała go. Zaskoczyła kompletnie.