Mroczna toń - A.J. Banner - ebook
Opis

Znam łacińską nazwę każdej rozgwiazdy, ale nie pamiętam własnego nazwiska. Wszystko jest dla mnie nowe, czuję się jak zafascynowane światem dziecko, a nie trzydziestoczteroletnia kobieta wracająca do zdrowia po urazie głowy. Podobno uczyłam na uniwersytecie w Seattle, ale nie pamiętam. Miałam życie. Teraz mam tylko tę wyspę, męża, który nie odstępuje mnie na krok i dziwny, powracający sen. W rzadkich przebłyskach pamięci układam mozaikę ze wspomnień, która różni się od tego, co mówi Jacob. Coraz bardziej zdezorientowana krok po kroku docieram do prawdy, ale ktoś próbuje mi przeszkodzić. Muszę być szybsza.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 313

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


A. J. Banner

Mroczna toń

Tłumaczenie: Marta Żbikowska

Drogiej pamięci Jamesa Roberta Machcinskiego

Wczoraj to tylko dzisiejsze wspomnienie, a jutro to dzisiejsze marzenie

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dzisiejszego poranka znam łacińską nazwę pewnej rozgwiazdy – Mediaster aequalis - ale nie pamiętam własnego nazwiska. Sięgam do tafli lodowatej wody, żeby dotknąć pofałdowanego szkieletu, i czuję się jak zafascynowane światem dziecko, a nie trzydziestoczteroletnia pani biolog wracająca do zdrowia po urazie czaszki. Podobno uczyłam pierwszoroczniaków na uniwersytecie w Seattle, ale niczego takiego nie pamiętam. Myślę o utraconych chwilach i ludziach, których kiedyś kochałam. Na pewno było wiele śmiechu, toastów z okazji wesel, urodzin i co ważniejszych rocznic. Miałam życie. Teraz mam tylko tę wyspę, męża, który nie odstępuje mnie na krok i dziwny, powracający sen.

Rano poszłam nad brzeg morza, licząc na to, że jego widok przywoła wspomnienia, ale jedyne, co znalazłam, to zdrowy okaz rozgwiazdy nietkniętej przez tajemniczą chorobę, która siała spustoszenie wśród tego gatunku na całym wybrzeżu. Jasnopomarańczowy cud z nienaruszonymi ramionami. Czy to, że wciąż żyłam, byłam cała i zdrowa mimo złamania kości czaszki w trakcie nurkowania trzy miesiące temu, też było cudem?

Wyspy stały się istotną częścią mojego życia, chociaż nie mogłam powiedzieć, że je pamiętam. Tak samo jak nie pamiętam momentu, w którym postanowiłam się tutaj przeprowadzić, żeby badać rzadki okaz ukwiału Tompkinsa. Pamiętam też, że to nazwa nieoficjalna, ale z jakichś względów kiedyś jej używałam. Za to nie pamiętam kupowania piżamy, swetra i adidasów, które miałam na sobie. Ani tej wąskiej podłużnej blizny na prawym kciuku. Cienkiej, jasnej linii. Mój mąż, Jacob, twierdzi, że skaleczyłam się podczas nurkowania o porosły skorupiakami kamień.

Kiedyś umiałam założyć cały sprzęt do nurkowania, a teraz nie ufałam sobie nawet na tyle, żeby zejść pod wodę w masce. W ogóle nie przypominam sobie, żebym uczyła się nurkować. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, to moje trzydzieste urodziny. A potem… jak płynęłam łódką na tę wyspę dwa tygodnie temu. Jacob mówi, że piękno lasu wyłaniającego się zza mgły i skaliste wybrzeża tej wyjątkowej okolicy pomogą mi wydobrzeć. A jedyne, o czym myślę, to „co ja tu właściwie robię?”.

Próbuję odzyskać zapomniane cztery lata. Po wyjściu ze szpitala przyjechaliśmy na smaganą zimnym wiatrem Mystic Island na północno-zachodnim Pacyfiku. W tak odległym miejscu czas oczekiwania na pogotowie może być bardzo długi – o ile w ogóle ktoś podniesie słuchawkę. Mieszkańcy szczycą się tym, że pozostają „poza zasięgiem”. Nasze łącze telefoniczne psuje się tak często, że równie dobrze moglibyśmy nie mieć go w ogóle.

Jacob nie odstępuje mnie na krok. Martwi się, że zapomnę, gdzie jestem. Nie spodoba mu się, że poszłam sama na plażę. Mogę stracić orientację w terenie i się zgubić. Mąż, niczym Anioł Stróż, śledzi każdy mój ruch. A ja go w ogóle nie pamiętam.

– Kyra! Co ty wyprawiasz? – wiatr niesie jego głos.

Obserwuję, jak wielkimi susami biegnie w moim kierunku.

– Znalazłam zdrową rozgwiazdę! – odkrzykuję, a w myślach, by nie zapomnieć, powtarzam sobie: „Nazywam się Kyra Winthrop. Porzuciłam swoje nazwisko panieńskie, Munin. Od prawie trzech lat jestem żoną Jacoba Winthropa”.

Jacob, ledwo łapiąc oddech, podbiega do mnie i podrywa z kucek.

– Napędziłaś mi niezłego stracha! – krzyczy. Jest ubrany w wywróconą na lewą stronę koszulkę, dżinsy i buty trekkingowe. Ma imponującą nordycką urodę: niebieskie oczy, ostre rysy twarzy i ostrzyżone krótko blond włosy. Gdybym mogła cofnąć czas do dnia ślubu, pogratulowałabym sobie wyboru tak troskliwego i kochającego męża.

– Przepraszam, że cię wystraszyłam – mówię, patrząc w stronę oceanu. – Musiałam odetchnąć świeżym powietrzem.

– Daleko odeszłaś. Martwiłem się. – Rozgląda się wokół w panice, jakby czekając na jakąś złowrogą siłę, która będzie próbowała mnie porwać. Ale na plaży nie ma nikogo, tylko fruwające z wiatrem mewy.

– Nie martw się o mnie wciąż i na okrągło. Powinieneś odpocząć. Wykończysz się. – Pogłaskałam go po szorstkim od dwudniowego zarostu policzku. W oczach Jacoba maluje się zmęczenie. Nie przestaje nalegać na to, żeby dla mnie gotować, sprzątać i robić pranie. Cierpliwie odpowiada na każde moje pytanie, chociaż nawet ja mam ich już dosyć.

Przytula mnie mocno.

– Powiedz mi prawdę… – mówi. – O co chodzi? Co się dzieje? Znowu miałaś…?

– Ten sen… Tak… – przyznaję. Ten sen zawsze jest taki sam. Nurkuję w mętnych wodach, próbuję walczyć z prądem… i budzę się zlana zimnym potem.

– Ten koszmar nie daje ci spokoju. – Jacob robi krok w tył i opiera ręce na moich ramionach. Są ciężkie, jakby jego kości były zrobione z betonu.

– Może powinnaś z kimś porozmawiać? – pyta.

– Przepraszam, że jestem dla ciebie tylko ciężarem.

– Nigdy nie byłaś. Nie o to mi chodziło. – Podnosi moją dłoń do ust i całuje po kolei każdy palec. Czuję na sobie jego ciepły oddech. – Mogłaś mnie obudzić. Poszedłbym z tobą.

– Tak spokojnie spałeś.

Jacob drapie kilkudniowy zarost.

– Będę o wiele spokojniejszy w domu, przy kominku. Chodźmy, trzęsiesz się z zimna. Powinnaś włożyć kurtkę.

– Wystarczy mi sweter – mówię, chociaż wiem, że ma rację.

Kiedy wracamy z plaży, torując sobie ścieżkę pośród muszli i wodorostów, dzwonią mi zęby. W dzień wypadku w cieśninie Deception Pass musieliśmy iść po podobnej plaży. Nieśliśmy sprzęt do nurkowania przekonani, że bujne życie morskie wynagrodzi nam ryzyko schodzenia pod wodę w tak niebezpiecznych warunkach.

Jacob pokazywał mi zdjęcia z okolic miejsca wypadku, kilka kilometrów na południe od wyspy Mystic Island. Ale nie pamiętam mostu nad oddzielającą wyspy Whidbey i Fidalgo cieśniną Deception Pass, rozciągającą się na prawie pięćset metrów długości i mierzącą pięć metrów wysokości. Źle sprawdziliśmy tabele pływów. Zamiast na czas pacyficzny spojrzeliśmy na czas letni. Zeszliśmy pod wodę o godzinę za wcześnie i trafiliśmy na bardzo silne prądy.

Patrzę na Jacoba.

– Jak nam się to udało?

– Co takiego? – pyta zdziwiony.

– O własnych siłach dopłynęliśmy spod mostu aż na brzeg. Ale jak?

– Po prostu płynęliśmy. Już ci mówiłem – tłumaczy, próbując ukryć irytację w głosie.

– Nie pamiętam wszystkich twoich opowieści ze szczegółami…

– Wiem. Po prostu…

– Przepraszam, że musisz powtarzać to ciągle od nowa.

– Nie szkodzi. Nie mam nic przeciwko.

Wiem, że to nieprawda. Bardzo się stara nie stracić cierpliwości.

– Chciałabym pojechać nad tę cieśninę i zobaczyć, gdzie nurkowaliśmy. Może wtedy bym sobie przypomniała.

– Kiedyś tam pojedziemy. – Bierze mnie za rękę. – Ale jeszcze nie teraz, dobrze? Potrzebujesz czasu.

– Zgoda – mówię, chociaż wiem, że wcale nie chodzi o mnie. Jacob pamięta wszystko, co się wydarzyło, i cierpi na syndrom stresu pourazowego. Ja nie pamiętam nic.

Wracamy do naszego drewnianego bungalowu z małymi okienkami i ogródkiem w stylu wiejskim. Po zachodniej ścianie budynku pnie się bluszcz. Z południowej strony rosną krzewy róż. Pierwsze róże matka Jacoba posadziła niemal czterdzieści lat temu, kiedy jej ojciec budował ten domek – ich azyl od miejskiego życia. Taki, w którym mógłby ukrywać się jakiś uciekinier, członek programu ochrony świadków albo zmęczona dusza szukająca spokoju, marząca o sanktuarium otoczonym przez las i ocean.

Jednopiętrowy bungalow był dosyć duży, ale nie rzucał się w oczy, idealnie wtapiał w krajobraz. W przeszłości wielokrotnie stawałam w ogrodzie na plaży i patrzyłam na niego z różnych perspektyw, próbując sobie przypomnieć, kiedy byliśmy tu ostatni raz. Wyobrażałam sobie, że Jacob goni mnie po kamiennych schodkach i oboje się śmiejemy. Kochaliśmy to miejsce – widziałam na zdjęciach, jak bardzo się cieszyłam, że rodzice zostawili mu ten domek. Zatrudnił pracowników, którzy przebudowali pokoje, wstawili panele słoneczne i zbudowali ogródek wiejski, w którym pisał swoją Wielką Amerykańską Powieść. Rzucił dobrze płatną pracę w Seattle, żeby się mną zająć. Zaopatrywał spiżarnię, nawet udało mu się podłączyć internet w moim gabinecie, ale na wyspie i tak prawie nie było zasięgu. Czuliśmy się tu, jakbyśmy oddalili się od cywilizacji o lata świetlne, chociaż byliśmy tylko sto sześćdziesiąt kilometrów od Seattle, po drugiej stronie Cieśniny Juana de Fuki.

Kiedy staję na tarasie, słyszę szum wiatru, pieniących się fal morskich i cichy śpiew ptaków w zaroślach. Po naszej ślepej uliczce nie jeżdżą samochody. Nie mamy telewizji, nie mamy sąsiadów. Odkąd tu jesteśmy, jeszcze ani razu nie słyszałam szumu samolotu. W nocy, z dala od świateł miasta, gwiazdy malują na nieboskłonie spektakularne obrazy. Dzikość tej wyspy zapiera dech w piersiach i budzi we mnie daleką i niewypowiedzianą tęsknotę. Za czym? Nie jestem pewna.

Kiedy jesteśmy już blisko domu, dostrzegamy na podjeździe niebieskiego pikapa. Kobieta, którą kiedyś znałam, Nancy Phelps, idzie po trawniku w naszym kierunku. Ma na sobie dżinsy, sweter i kozaki, a jej blond włosy powiewają na wietrze. W zeszłym tygodniu przyniosła mi kabaczki i dynie, które sama wyhodowała.

Tym razem przyjechał z nią jakiś mężczyzna, prawdopodobnie jej mąż.

Wydaje mi się, że wspominała kiedyś, że jest nurkiem głębinowym. Zapewne niedawno wrócił z ekspedycji. Teraz pochylał się nad zepsutym panelem słonecznym na podjeździe.

– Dzień dobry! – wita nas Nancy, po czym bierze mnie w pachnące jabłkami objęcia. Rysy twarzy tylko uwypuklają jej delikatną urodę. Mały nos, szeroko rozstawione piwne oczy i mnóstwo piegów.

Patrzę na swoją znoszoną piżamę i uśmiecham się do Nancy.

– Gdybym wiedziała, że przyjedziesz, założyłabym te moje kapciuszki z puszkiem.

– Wyglądasz świetnie – odpowiada.

– Ty też. Ale kłamiesz. Wyglądam, jakbym dopiero co zwlekła się z łóżka.

– W takim razie zwlekłaś się z niego z wyjątkową klasą.

– Wejdziesz na kawę? – pytam.

– Muszę wracać do pracy, ale dzięki. Przywieźliśmy wam trochę jajek. Pomyślałam też, że Van mógłby rzucić okiem na wasze panele słoneczne.

– Jest naszą złotą rączką – tłumaczy mi Jacob.

Jej mąż podchodzi do nas lekko chwiejnym krokiem. Jest przystojny, chociaż nie można powiedzieć, żeby miał delikatną urodę. Ma kilkudniowy zarost i gęste ciemne włosy. Ma na sobie dżinsy, koszulę flanelową i robocze buty.

– Kyro – mówi niskim głosem i podaje mi rękę.

Jego dotyk sprawia, że nagle coś sobie przypominam. Kiedyś zaproponował mi kieliszek wina, patrząc mi głęboko w oczy.

– Ty pewnie jesteś Van. – Puszczam jego dłoń.

– Miło cię znowu widzieć – odpowiada. – Chociaż Nancy uważała, że nie będziesz mnie pamiętać.

Ona zaś patrzy na mnie przepraszająco.

– Musiałam mu powiedzieć, co się stało, nie chciałam, żebyś musiała udawać.

– Byłabym kłamczuchą, gdybym powiedziała, że cię pamiętam – odpowiadam. – Przykro mi.

– Nic nie pamiętasz, prawda? Zupełnie nic? – Van wskazuje na swoje czoło. – Uderzyłaś się w głowę i przez to…?

– Van – upomina go Nancy.

– Tylko pytam. Nie pamiętasz żadnych wydarzeń z ostatnich…?

– Czterech lat – odpowiadam.

– A niech mnie. – Van gwiżdże znacząco.

Jacob poklepuje mnie po ramieniu.

– Ale za to pamięta, jak bardzo lubi to miejsce, prawda?

– Tak – odpowiadam. – Kochałam tę wyspę. – Czuję się niedorzecznie, stojąc w samej piżamie, i jest mi coraz zimniej.

Van podchodzi do mnie.

– Czy są jakieś szanse na to, że kiedyś sobie przypomnisz?

– Nie – mówi Jacob.

A ja w tej samej chwili odpowiadam:

– Tak.

– Jest szansa, że niektóre wspomnienia wrócą – poprawia się Jacob. – Ale to mało prawdopodobne.

Powstrzymuję się od komentarza, ale w głowie mi dudni: „Mało prawdopodobne?”.

Przez krótką chwilę mężczyźni patrzą sobie w oczy. Ich głosy nagle stają się odległe, ledwo słyszalne w gęstym powietrzu.

– …niech rzuci na to okiem – mówi Nancy. – Van jest prawdziwym specem od małych napraw.

Na dźwięk tych słów Jacob rozpogadza się.

– I jaka jest twoja prognoza, Van?

Idziemy za Vanem do panelu słonecznego.

– Jest spory – odpowiada. -Dwadzieścia cztery wolty, dwieście wat… chociaż nie jestem tego pewien.

Jacob przytakuje.

– Dasz radę naprawić stłuczone szkło?

Van klęka przy panelu i przygląda mu się z bliska.

– Mógłbym użyć plastiku odpornego na promieniowanie ultrafioletowe. Załatam nim dziurę. Ma niską moc, ale napięcie jest w porządku.

– To zadziała? – pyta Jacob. – Nie lepiej wymienić całą szybę?

– Nie ma takiej możliwości. Szkło jest połączone z ogniwami słonecznymi. Taki zabieg mógłby zniszczyć cały panel. Użyję grubego tworzywa sztucznego. Wiem, gdzie kupić dobre wodoodporne uszczelki przystosowane do umieszczenia na dachach. Niekoniecznie ekologiczne, o ile wam to nie przeszkadza.

– Nie – odpowiada Jacob.

– Panel musi cały czas być suchy, ale istnieje na to sposób. Robiłem to już kiedyś. Jeśli nie chcesz, żeby na plastiku pojawiły się fałdki, musisz…

– Może oszczędzisz nam szczegółów? – przerywa Nancy, ale nie jest nieuprzejma. Z jej tonu przebija zażyłość, efekt długiej znajomości i wspólnych doświadczeń.

– Możesz się brać do pracy – mówi Jacob. – Co chcesz w zamian?

– Mamy tu barter – tłumaczy Van, patrząc na mnie.

Odwracam wzrok i spoglądam w stronę oceanu. Olbrzymie fale piętrzą się na wietrze.

– Nie bardzo wiem, co zaproponować – odpowiada Jacob. – Mamy trochę krewetek…

– Van ma alergię na owoce morza – przerywa mu Nancy.

– Drewno. – Van wskazuje na stos drewna. – Jeden kubik?

– Umowa stoi!

Nancy odciąga mnie na bok i pyta:

– Jak się trzymasz?

Obserwuję Jacoba i Vana, którzy stoją plecami do nas pochyleni nad panelem słonecznym.

– Coraz lepiej, ale powolutku – odpowiadam.

– Mówiłam ci, że możesz liczyć na moją pomoc.

– A my? Czy byłyśmy blisko… przed moim wypadkiem?

– Na pewno zdarzało nam się rozmawiać. – Delikatnie ściska moje ramię. – Daj sobie trochę czasu, Jacob zawsze ci pomoże, zaopiekuje się tobą. Poszczęściło ci się, że masz takiego męża. – Patrzy na niego i chowa ręce w kieszeniach kurtki.

– Obawiam się, że ma już dosyć moich pytań.

– Jestem pewna, że mu to nie przeszkadza. Mówi, że nadal masz niesamowitą pamięć do faktów…

– Skoro tak twierdzi…

– Zastanawiałaś się już nad tym, czy wrócisz do szkoły?

– Szkoły?

– No wiesz, pogadać z dzieciakami. Opowiedzieć im co nieco o biologii morskiej?

– Ach tak… – odpowiadam cicho. Nie pamiętam, żebyśmy o tym rozmawiały.

– Na przykład mogłabyś im opowiedzieć o żeglarzu portugalskim.

Od razu sobie przypominam:

– Żeglarz portugalski to bardzo stary gatunek parzydełkowca z pęcherzem o długości do trzydziestu centymetrów, który istnieje w niezmienionej ewolucyjnie postaci od sześciuset pięćdziesięciu milionów lat…

– Rzeczywiście pamiętasz to i owo – mówi, unosząc brwi ze zdziwienia.

Kiedy przypominam sobie naukowe fakty, sama nie mogę uwierzyć, że wiedziałam to wszystko, zanim straciłam pamięć.

Nancy rzuca mi osobliwe spojrzenie.

– Mogę się założyć, że zrobiłaś tym wrażenie na Jacobie. Zawsze lubił mądre kobiety.

– Zawsze? Co przez to rozumiesz?

– Ponieważ dorastaliśmy razem, wiem, jakie Jacob lubi dziewczyny. Musiał zakochać się w twoim pięknym umyśle. – Uśmiecha się.

– Obawiam się, że niewiele z tego umysłu zostało…

– Mylisz się. To jak, spróbujesz? Mówię o uczeniu. Mamy w szkole tylko dwadzieścioro dzieci, są w różnym wieku.

Nasza rozmowa przywołuje mgliste wspomnienie.

– Racja. W szkole, w której uczysz, jest tylko jedna sala lekcyjna. Teraz pamiętam, że kiedyś tam byłam, chociaż niezbyt wyraźnie.

– Uczyłaś dzieci o tym, jak delikatny jest ekosystem morski, jak bardzo ocieplenie oceanu wpływa na równowagę w przyrodzie. Zachęcałaś je do zmieniania świata na lepsze.

– Jestem pewna, że ty też inspirujesz swoich uczniów.

– Lubię myśleć, że tak jest. – Bierze mnie pod rękę. – Przejdziemy się? – pyta, choć i tak już mnie prowadzi wzdłuż podjazdu.

– Dokąd idziesz?! – krzyczy za nami Jacob.

– Zabieram ją na mały spacer – odpowiada Nancy. – Musimy nadrobić ploteczki.

Jacob rzuca mi zaniepokojone spojrzenie.

– Tylko wróćcie szybko. Ona musi dużo odpoczywać.

– Za chwilę oddam ci ją z powrotem. – Skręcamy w prawo, na polną drogę prowadzącą przez gęsty jodłowy las. Kiedy mężczyźni znikają z naszego pola widzenia, zauważa: – Ta droga była o wiele bardziej kamienista, kiedy byliśmy dziećmi.

– Jak długo znacie się z Jacobem?

– Prawie od urodzenia – mówi rozmarzona. – Spędzaliśmy razem każdą wiosnę, każde lato i święta Bożego Narodzenia. Mieszkał w mieście, ale na wakacje przyjeżdżał z rodzicami na wyspę. Ale już ci o tym wspominałam.

– Przepraszam. Wciąż mam problemy z…

-Zdecydowałaś już, czy pójdziesz do Sylvii? Może będzie potrafiła ci pomóc.

– Sylvia?

– Terapeutka.

Ogarnia mnie znajomy lęk.

– O niej też rozmawiałyśmy, prawda?

– Pytałam, czy chodzisz do psychologa. Mówiłaś, że lekarze w Seattle robili wszystko, co w ich mocy.

– Dali mi ćwiczenia pamięciowe do wykonywania w domu, ale…

– Powiedziałam ci kiedyś, że gdybyś chciała skonsultować się z tutejszą specjalistką, znam jedną. – Sięga do kieszeni kurtki i podaje mi wizytówkę z wytłoczonym na niebiesko tekstem:

Sylvia LaCrosse, licencjonowany pracownik socjalny.

Pod spodem numer telefonu i adres przy Waterfront Road. Wizytówka wygląda znajomo.

– Dawałaś mi jej wizytówkę w zeszłym tygodniu? – pytam nerwowo. Cóż, pewnie tak było, a ja ją zgubiłam. Co mogłam z nią zrobić? Zaczynają trząść mi się ręce. Niemal upuszczam wizytówkę na ziemię.

– Nie, nie dawałam – odpowiada. – Mówiłaś, że chcesz to przemyśleć.

Oddycham z ulgą.

– Ona nie jest psychologiem.

– Ale mogłaby być. Pracuje w hrabstwie Pierce od wielu lat, prowadzi terapie rodzinne. Czuła się wypalona w mieście, miała zbyt wiele smutnych przypadków i za mało funduszy na działania. Jest na częściowej emeryturze, ale nadal przyjmuje pacjentów w swojej klinice.

– Mówiłaś mi o tym w zeszłym tygodniu, prawda?

Nancy smutno przytakuje.

– Musisz do niej pójść. Uwierz mi, jest świetna w tym, co robi.

– Dziękuję. – Wkładam wizytówkę do kieszeni. Perspektywa porozmawiania z Sylvią LaCrosse uspokaja mnie niczym balsam kojący.

Kiedy wracamy, Jacob badawczo mi się przygląda.

– Dobrze się czujesz?

-W porządku – odpowiadam, chociaż lekko chwieję się na nogach.

Nancy uśmiecha się do mnie szeroko.

– Rozmawiałyśmy o tym, że powinniście koniecznie wpaść do nas na obiad.

Jacob spogląda na mnie.

– Jeżeli tylko Kyra będzie chciała…

– Bardzo chętnie – mówię.

Van czeka już w samochodzie i popędza żonę, wciskając pedał gazu.

– Jest taki niecierpliwy – komentuje cicho Nancy, delikatnie przytulając mnie na pożegnanie.

– Niedługo umówimy się na obiad. I nie zapomnij pomyśleć o szkole. Tak dobrze cię widzieć – zapewnia, ale uśmiecha się do Jacoba, nie do mnie.

– Ciebie też – odpowiadam, patrząc, jak odchodzi do samochodu.

Jacob bierze mnie za rękę.

– Nie musimy iść na tę kolację, jeżeli nie masz ochoty.

– Lubię przebywać wśród przyjaciół. Opowiadają mi o mojej przeszłości, przypominają różne rzeczy, dzięki czemu nie wszystko jest na twojej głowie. Poza tym wydaje mi się, że Nancy może mieć kilka świetnych historii o tobie z czasów, kiedy byliście nastolatkami. Nie mogę przegapić takiej okazji.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby wszystko było na mojej głowie. – Całuje mnie w czoło. – Poza tym będę musiał jej pilnować, żeby nie zdradziła ci moich sekretów.

Nancy wspina się po schodkach do ciężarówki i siada obok męża. Van zaczyna coś do niej mówić, ale nie patrzy na nią, tylko macha lekceważąco ręką. Ona wzrusza ramionami i stuka palcami o szybę okna po stronie pasażera. Van wrzuca wsteczny i wycofuje pikapa. Kiedy dodaje gazu i odjeżdża z podjazdu, wiatr rozrzuca po naszym ogrodzie liście.

ROZDZIAŁ DRUGI

W przestronnej łazience przeczesuję palcami włosy. Moja falowana grzywka rośnie w zawrotnym tempie. Ledwo rozpoznaję swoje zapadnięte policzki, smutny wyraz twarzy i bliznę na prawej skroni tuż nad brwiami. Dalej jestem jednak sobą. Moje cechy charakterystyczne się nie zmieniają: duże brązowe oczy, grube rzęsy, pełne usta i wystające kości policzkowe. Małe dołeczki na policzkach. Mój lewy siekacz jest ułamany. Jak to się stało?

I jak to się stało, że jestem w olbrzymiej łazience tego pięknego domu i mam tak troskliwego męża? Cztery lata temu byłam kobietą o złamanym sercu, którą dopiero co rzucił chłopak. Wynajmowałam pokój w wiecznie zimnym wiktoriańskim domku, a moja przyszłość była jedną wielką niewiadomą. Jeśli zamknę oczy, wciąż będę mogła usłyszeć drażniący hałas ulicy i pisk opon autobusu hamującego na rogu Drogi nr Siedemdziesiąt i Pięćdziesiątej Ulicy, krzyżujących się z Brooklyn Avenue. Widzę kołdrę zmiętą na łóżku, światło bijące od wyświetlacza budzika, no i pamiętam swoją samotność, a także pragnienie, żeby wyrwać się poza granice miasta. Widzę ciemną łazienkę, powstającą na jej ścianach pleśń, potłuczone płytki i wannę na nóżkach. I widok na mikroskopijny ogródek oraz otaczające nas domy stłoczone jeden na drugim w naszej dzielnicy w Seattle. Czuję się, jakbym naprawdę była tam dosłownie kilka tygodni temu. Często wyobrażałam sobie przeprowadzkę z zatłoczonego miasta, ale nigdy nie przewidziałabym, że spotkam mężczyznę takiego jak Jacob. A tym bardziej że będę żyć razem z nim na tej smaganej wiatrem wyspie.

Dzień w dzień muszę przypominać sobie, że tamte lata dawno minęły. Czas płynął, a ja zakochałam się w nim. Przyjechaliśmy na tę wyspę po długim czasie planowania i narad. Nasz związek ewoluował. Nic nie działo się nagle lub przez przypadek.

Mimo to nadal czekam, aż usłyszę zza ściany śmiech współlokatorki, znajdę jej ręcznik ciśnięty na podłogę czy biustonosz zwisający z klamki od drzwi. Zamiast tego stoję w wysprzątanej na błysk łazience, którą mam tylko dla siebie.

Na blacie ustawione w rządku: balsam do ciała, pasta do zębów, opakowania diazepamu, alprazolamu i zolpidemu. Dziwnie jest zażywać tyle leków. W przeszłości stroniłam nawet od proszków przeciwbólowych. Wystarczy, że spojrzę na tę baterię tabletek, i czuję się jak narkomanka. Zolpidem, czyli stilnox, ma pomóc na bezsenność.

W pewnym momencie zrezygnowałam z tej „pomocy”. Przestałam brać leki kilka dni temu. W moim organizmie nie krążą już substancje psychoaktywne i czuję, że mój umysł się oczyszcza.

Myję twarz, która w dotyku jest mi obca. Jakbym założyła maskę zrobioną ze skóry i kości. Myję zęby i czeszę grzebieniem splątane włosy. Każde pasemko jest o cztery lata starsze, niż pamiętam… A może moje włosy są zupełnie nowe? Może w tym czasie wypełniły swój sześcioletni cykl życia i po starych włosach nie ma śladu?

Które części mojego ciała się nie zmieniły? Białe krwinki żyją tylko kilka tygodni. Czerwone – kilka miesięcy. Ale komórki mózgowe żyją przez całe nasze życie. Kiedy neurony umierają, nigdy nie zostają zastąpione. Nie przypominam sobie, jak i gdzie się tego wszystkiego nauczyłam, ale wiem, że jestem już tylko cieniem dawnej siebie. Niczym widmo, niczym sen.

Nie potrafię przypomnieć sobie, jakie było moje miejsce w tym domu, ani nocy spędzonych z Jacobem w naszej sypialni z widokiem na ocean. Teraz śpię sama. Mój mąż został wygnany do pokoju gościnnego. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wyglądała przez okna sypialni, nie pamiętam też malowania ścian na niebiesko-biało. W pokoju stoi regał z książkami i nowoczesna toaletka z lustrem. Na półkach książki, które odzwierciedlają mój zawód: Podstawy biologii morskiej, Wstęp do oceanografii i inne intrygujące tytuły: Dusza ośmiornicy, Spirala czasu: sekretne życie i ciekawe życie po śmierci muszli. Jest też segregator z wydrukowaną etykietą: „Wykładowca Kyra Winthrop: Bezkręgowce strefy pływów”. Na kartkach w środku widzę notatki, które musiałam zrobić na wykłady. Napisane stanowczo, zupełnie inaczej niż piszę teraz, niepewną chwiejną dłonią.

Kiedyś taka nie byłam. Moja pewność siebie bije ze zdjęcia ślubnego, które stoi na półce. Tańczę z Jacobem na weselu, mój lśniący biały welon powiewa na wietrze. Jestem uśmiechnięta i absolutnie szczęśliwa. Jacob wygląda nieziemsko w skrojonym na miarę garniturze, z ostrymi rysami twarzy. Jesteśmy sobą zahipnotyzowani do tego stopnia, że robi mi się przykro. Musi być teraz samotny. Leży w pokoju gościnnym na końcu korytarza, licząc na to, że przyjdę do niego i położę się obok. Ale potrzebuję czasu, żeby poznać go na nowo. Jego i siebie samą.

Odwracam wzrok od zdjęcia i zaglądam do szuflad kredensu w poszukiwaniu wygodnych spodni dresowych. Nie poznaję swoich ubrań w stonowanych odcieniach różu, fioletu i granatu. Wyjmuję wyglądający nieznajomo szary sweter z kominem, jaki mogłaby nosić moja najlepsza przyjaciółka Linny Strabeck. Często chodziłyśmy razem na zakupy do sklepów z odzieżą vintage. Wyobrażam sobie, że zdejmuje sweter z wieszaka i przykłada go do mnie.

– Idealny – mówi w moich myślach. Zawsze miała smykałkę do mody.

Gdyby tylko Linny wróciła z Rosji. Przyleciała do mnie na tydzień, kiedy byłam w szpitalu, ale potem musiała wrócić do pracy. Ledwo pamiętam jej wizytę. Czuję, że wciąż potrzebuję jej wsparcia, jej wspomnień z ostatnich kilku lat. Ale ona realizuje swoją pasję. Prowadzi badania nad orkami, które pomogą ochronić ten zagrożony gatunek. Kiedy ma dostęp do komputera, wysyła mi mejle, ale zwięzłe wiadomości od Linny są niczym w porównaniu ze spotkaniem twarzą w twarz. Brakuje mi jej pełnych dramaturgii opowieści, impulsywnej natury i tendencji do wybierania mi ubrań na siłę.

Jestem pewna, że nie pochwaliłaby tych workowatych niebieskich spodni dresowych. To fakt, zwisają ze mnie luźno, ale są wygodne. A samo włożenie ich to spory wysiłek – kiedy się ubieram, moje palce wciąż kiepsko radzą sobie ze sznurkami, guzikami i suwakami.

Z kieszeni spodni od piżamy wyjmuję wizytówkę i przejeżdżam palcami po wytłoczonych literach:

Sylvia LaCrosse, licencjonowany pracownik socjalny.

Mieszka przy Waterfront Road 11, lokal B. Osiem kilometrów na południe stąd. Mogłabym pojechać tam rowerem.

Chowam wizytówkę pod koszulkę w górnej szufladzie i idę do salonu, który otwiera się na jadalnię i kuchnię. Pomieszczenia od podłóg aż po belki stropowe są wykończone w drewnie i kamieniu rzecznym. Z okien rozciąga się panoramiczny widok na zatokę i ocean. Wyobrażam sobie Jacoba jako dziecko, roześmianego, przy piecu z rodzicami, kiedy wnętrze domu wyglądało jeszcze zupełnie inaczej, stały w nim tylko najpotrzebniejsze meble i urządzony był w stylu późnych lat siedemdziesiątych. Jacob pewnie już jako dziecko był ładny i podbijał serca dorosłych. Możliwe, że już wtedy zamierzał zostać tak bogaty jak ojciec, ale nie drogą dziedziczenia. Zawsze szczycił się tym, że sukces zawdzięcza tylko sobie.

Teraz jest w salonie i rozpala w piecu. Ogrzewamy dom drewnem. Założył skarpety i kapcie, a koszula nie wystaje mu już ze spodni. Starannie wybiera polana z kosza i układa je w idealny trójkąt.

Idę do kuchni, otwieram szafkę i wyjmuję kolorowy kubek ceramiczny, lekko spłaszczony z jednej strony, jakby omsknął się garncarzowi podczas pracy. Jacob twierdzi, że ja wybrałam te kubki, kiedy byliśmy na Fremont Sunday Market w Seattle. Chciałabym pamiętać wspólne włóczenie się po alejkach, kupowanie ceramiki czy miodu z lokalnych uli. Jacob dodaje do porannej kawy trzy łyżki miodu – to jedyna słodka „zbrodnia” tego, na co dzień obsesyjnie dbającego o zdrowie, człowieka.

Nalewam sobie kawę i siadam na kanapie po turecku, delektując się intensywnym smakiem świeżo zmielonych ziaren. Mocny aromat przepełnia mnie nostalgią za… no właśnie, za czym? Odpowiedź nie przychodzi.

– O czym rozmawiałyście z Nancy? – pyta Jacob, wkładając podpałkę do pieca.

– Opowiadała mi, że kiedyś uczyłam dzieci w szkole.

– To prawda, zdarzało ci się raz na jakiś czas poprowadzić lekcję.

– Chciałbym spróbować ponownie.

– Tylko uważaj na nią.

– Dlaczego? Wydaje się miła. Chociaż myślę, że mogła się w tobie podkochiwać, kiedy byliście dziećmi.

Na ułamek sekundy Jacob sztywnieje, po czym mówi:

– Znam ją od dawna. Czasami bywa dziwna…

– Co masz na myśli? Dlaczego „dziwna”?

– Ma skłonności do popadania w obsesję. Kiedyś nie mogła się oderwać od kostki Rubika, bawiła się nią bez przerwy. Potem przyszła kolej na lalki Cabbage Patch. Kiedy weszła w okres dojrzewania, zamieniła lalki na walkmana. I słuchała go dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Jacob, mieliście kiedyś romans? Ty i Nancy – pytam popijając kawę, delektując się jej leciutko gorzkim smakiem.

– Byliśmy przyjaciółmi. Wydaje mi się, że był czas, kiedy chciała czegoś więcej, ale nigdy do niczego nie doszło.

– A ty? Byłeś w niej kiedyś zakochany?

Na chwilę podnosi wzrok i patrzy przez okno na sunące po niebie chmury.

– To miła dziewczyna, ale nie, nigdy nie byłem w niej zakochany. To było dawno temu. Od tamtej pory minęło wiele czasu, jesteśmy teraz dorośli, dojrzalsi.

– Wszyscy z wyjątkiem mnie – mówię. – Ja się cofam.

– Nieprawda. Powoli odzyskujesz zdrowie.

– Ale ciężko mi pogodzić się z tym, kim się stałam. Jestem tylko kobietą, która straciła pamięć. Muszę coś zrobić ze swoim życiem.

– Cały czas to robisz. Regenerujesz się.

– Ale za bardzo polegam na tobie.

– Ja nie mam nic przeciwko. – Zrywa się z kanapy i bierze z parapetu nikona. – Prawie bym zapomniał o zdjęciu dnia.

– A jakie było wczorajsze zdjęcie dnia?

– Naprawdę nie pamiętasz? – Na jego twarzy maluje się rozczarowanie.

Chowam twarz w dłoniach.

– Wczoraj rano zrobiłaś zdjęcie pokrojonego jajka na twardo na talerzu. Z solą i pieprzem.

Rozczarowanie powoli przechodzi w ulgę i wreszcie uśmiech.

– Wydrukowałem je.

Wyciągam ze stolika kawowego oprawiony materiałem album, jeden z wielu, jakie dla mnie zrobił. Ten jest jednak wyjątkowy, to pamiętnik z naszego poprzedniego pobytu na wyspie. Na okładce przykleił nasze zdjęcie. Siedzimy na plaży, nad nami widnieje napis: „Żyj, śmiej się, kochaj”.

Otwieram go na pierwszej stronie i widzę sennie rozmyte czarno-białe zdjęcie, na którym czołgam się przez piasek, trzymając w dłoni idealny okaz zamkniętego małża, którego obie skorupki są nieuszkodzone. Uśmiecham się do aparatu, na policzkach mam rumieńce. Jacob zrobił to zdjęcie dzień po naszym przyjeździe, próbując odtworzyć jedną z chwil, które przeżyliśmy zeszłego lata.

– Zawsze cieszyłaś się, kiedy znajdywałaś nieuszkodzone muszle, bez żadnych brakujących fragmentów – powiedział wtedy. – Pamiętam, że kiedyś znalazłaś idealnego małża, o wiele większego niż ten. No trudno, ten będzie musiał nam wystarczyć.

Następne strony to migawki z przeszłości, próby rekreacji wspólnie przeżytych chwil. Na jednym zdjęciu nadziewam ravioli na widelec; kolejne to selfie, na którym uśmiechamy się, stojąc na leśnej ścieżce pod łączącymi się w łuku jodłami; na jeszcze następnym wiosłuję w dwuosobowym kajaku na spokojnych wodach Mystic Bay niedaleko od brzegu i śmieję się do Jacoba, który robi głupie miny. Wydrukował trzynaście zdjęć – po jednym na każdy dzień naszego pobytu tutaj. Każde ze zdjęć reprezentuje coś, co kiedyś robiliśmy razem i co sprawiało nam przyjemność. Na zrobionym wczoraj zdjęciu jajko jest pokrojone bardzo cienko. Uśmiecham się do Jacoba zza stołu, moje włosy odbijają blask wpadającego do środka wstającego słońca.

– Jak tym razem powinnam zapozować do zdjęcia? – Odkładam album na stolik.

Jacob staje plecami do okna.

– Nago?

– Nie ma takiej opcji – mówię, rumieniąc się. – Wymyśl coś innego.

– No dobrze. – Jacob uśmiecha się. – Przed wypadkiem każdego ranka po przebudzeniu wypijałaś szklankę jakiegoś napoju. Najczęściej była to herbata pomarańczowa z przyprawami korzennymi.

– Tym razem jest to kawa. – Unoszę demonstracyjnie kubek.

– Zawsze rano czytałaś gazetę.

Podnoszę leżącego na stoliku New Yorkera, wydanie o modzie, z zeszłej jesieni. Kładę magazyn na kolanach i otwieram go.

– Lubiłaś zaginać rogi kartek – mówi. – Właśnie tak. Ale nie siadałaś tak prosto i sztywno.

Patrzę na niego pytająco.

– Siedzę prosto i sztywno?

– Jesteś skrępowana, a byłaś beztroska. Kładłaś na oparciu kanapy kilka poduszek i leżałaś na niej rozpostarta. To bardziej w twoim stylu.

Beztroska… Czy kiedykolwiek jeszcze taka będę? Bardzo staram się zachować każdą taką chwilę w pamięci. Zapamiętać, gdzie stawiałam kubek, co ostatnio przeczytałam w książce, która leży na stoliku nocnym, co jadłam na śniadanie. Odwracam się i kładę na kanapie, poprawiam poduszki pod głową.

– W ten sposób?

Jacob wygląda na zniecierpliwionego.

– Nie tak teatralnie.

– Nie potrafię inaczej. Nie mam pojęcia, kim byłam wcześniej.

– Po prostu się zrelaksuj. – Zaczyna robić zdjęcia. – Uśmiechnij się.

Wybucham śmiechem, po czym wyjaśniam:

– Wiem, że jestem skrępowana, ale nic na to nie poradzę, skoro cały czas robisz mi zdjęcia.

– Jesteś taka piękna – mówi, patrząc na mnie znad obiektywu.

– Jeśli to ma być gra wstępna, przyznaję, działa. – Czuję, że coraz bardziej się rumienię.

– Teraz jesteś zrelaksowana?

– Na pewno jest mi wygodnie – odpowiadam.

Podchodzi do mnie i wciska się na kanapę obok mnie. Trzymając aparat w górze, robi nam zdjęcie, jak leżymy obok siebie.

– Zgniatasz mnie. – Chichoczę jak nastolatka.

– Taką mam właśnie taktykę.

Spycham go z kanapy i upada na podłogę. Robi mi zdjęcie pod kątem, jak się do niego śmieję.

– Chodź do mnie – mówi w mojej pamięci.

Leżał dokładnie w tym samym miejscu, tuż obok ciepłego pieca. Potknęłam się o pluszowy dywan i wpadłam prosto w jego ramiona. Wydaje mi się, że po chwili zdjęliśmy ubrania, ale nie mam pewności. Cokolwiek działo się potem i w kolejnych dniach, pozostaje dla mnie zagadką.

Tytuł oryginału: The Twilight Wife

Pierwsze wydanie: An Imprint of Simon & Schuster, Nowy Jork, 2016

Opracowanie graficzne okładki: Madgrafik

Redaktor prowadzący: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Jakub Sosnowski

Korekta: Joanna Morawska

© 2016 by Anjaki Writes LLC

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa, 2017

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane licencji Harlequin Books, S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: . Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN: 978-83-276-2942-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.