Mroczna tajemnica Don Orestesa Gonzagi Greco - Iwona Partyka - ebook
Opis

Na jednym z osiedli domków szeregowych dochodzi do niecodziennego zdarzenia. W sklepie spożywczym umiera na zawał człowiek. Jego zwłoki zostają zaciągnięte na zaplecze, aby kontynuować sprzedaż. Klienci wiedzą, że jest to zachowanie naganne, a jednak nikt się temu nie przeciwstawia. Każdy kontynuuje zakupy.

Po niedługim czasie od feralnego zdarzenia, na murze jednego z szeregowców pojawia się pisany farbą duży napis: „Dzień sądu nie ominie żadnego z nas”.

Mieszkańcy podświadomie łączą wydarzenie w sklepie z bluźnierczymi napisami, które raz po raz pokazują się na murach. Zaczynają podejrzewać się o wypisywanie oszczerstw oraz żyć w coraz większym niepokoju.

Książki, które prowokują, niepokoją i nie przystają do znanego nam świata, zasługują na uwagę. A takie, które podśmiewują się z nas samych, z lekkością i czułością opowiadają o swoich bohaterach, tym bardziej. Ta książka, doprawiona szczyptą ironii, poczucia humoru i przenikliwego spojrzenia, w satyrycznym świetle pokazuje skomplikowane relacje międzyludzkie. Co może łączyć brazylijski tasiemiec i mieszkańców osiedla na peryferiach miasta? Odpowiedzi jest wiele – wystarczy sięgnąć po „Mroczna tajemnica Don Orestesa Gonzagi Greco”.

Karolina Macios – redaktorka i autorka książek

Mroczna tajemnica Don Orestesa Gonzagi Greco" jest powieścią prowokacyjną i prześmiewczą; oryginalną w formie, wciąż na nowo stymulującą wyobraźnię, prowadzącą przez wiele stylów i formuł opowiadania o fatalnej ludzkiej kondycji. Rzecz świadcząca o wybornym poczuciu humoru autorki, ale jednocześnie o jej możliwościach i potencjale, które umożliwiają swobodną wędrówkę po stylach i tonacjach, jakie budują wieloznaczną prozę.

Jarosław Czechowicz – autor bloga literackiego „Krytycznym okiem”

Iwona Partyka - urodzona w 1970 roku w Gdyni, absolwentka filologii angielskiej UG, autorka powieści pt. Faber, która w 2010 roku wygrała konkurs na najlepszą powieść www.org-pisarze.pl.

Przez niemal dwa lata była regularnym recenzentem książkowym BiblioNetki.
W wolnych chwilach prowadzi swój własny blog pt. Życiodajnia (iwopartyka.blogspot.com).
Publikowała m.in. w takich magazynach literackich jak: Odra, Szafa, Dove Tales – An International Journal of the Arts, Conceit – The Bracelet Charm Quarterly, The Ultimate Writer, Chiron Review.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ I 

Jest dwudziesty piąty czerwca dwa tysiące dziewiątego roku. Słońce jeszcze nie w zenicie, ale już wzeszło i wsparłszy się o spadzisty dach jednego z domów, bezczelnie zagląda w okno pana Juliana. I choć otwiera on oczy, nie wie jeszcze, że bulwersujące wszystkich wydarzenie z ostatniego tygodnia zostanie dzisiaj przyćmione przez śmierć króla. O niczym jeszcze nie wie. Spogląda na leżącą na szafce nocnej książkę oraz wystającą z niej zakładkę. Choć jest to zaledwie wydarta z folderu turystycznego kartka papieru, potrafi przywołać wspomnienia wieczornej lektury: lwy, kozły, antylopy i tę całą resztę, która wchodziła w skład afrykańskiej przygody. Jeszcze raz ujrzał, jak zalękniony Macomber budzi się w nocy i wsłuchuje w ten okropny ryk. Już widział lwa, tam gdzieś w mroku, z uniesionym łbem, z rozdziawioną paszczą (jak kiedyś w cyrku!) i ciałem przygotowanym do skoku. Jeszcze raz usłyszał słowa narratora: Zaczęło się to wszystko ubiegłej nocy, kiedy obudził się i usłyszał lwa ryczącego gdzieś nad rzeczką. Był to głos niski, zakończony podobnym do kaszlu pomrukiem, który rozlegał się jakby tuż za namiotem. I kiedy Franciszek Macomber, zbudziwszy się wśród nocy, posłyszał go, zląkł się. Żona spała, oddychając spokojnie. Nie było nikogo, komu by mógł powiedzieć, że się boi, nikogo, kto by się bał razem z nim, leżał więc samotnie, nie znając somalijskiego przysłowia, które mówi, że człowiek odważny zawsze trzy razy czuje lęk przed lwem: gdy po raz pierwszy widzi jego trop, gdy po raz pierwszy słyszy jego ryk i gdy po raz pierwszy staje z nim oko w oko. A potem, kiedy przed wschodem słońca jedli w namiocie śniadanie przy świetle latarni, lew zaryczał znowu i Franciszkowi wydało się, że chyba jest na samym skraju obozu.

Pan Julian budzi się nagle. Po raz kolejny. Z jakże wielkim uczuciem ulgi, kiedy ryk lwa okazuje się tylko budzikiem, a obecność w obozowisku Macombera senną jawą. Tak. Przecież u niego to normalne. Zawsze przysypia, zanim obudzi się w sposób ostateczny. Jak dzisiaj.

Wstaje z łóżka powoli, ospale, jak przystało na człowieka o niskim ciśnieniu krwi i dość wysokim poziomie cukru. Czasem pewne generalizacje ludzkich temperamentów mają, jak widać, uzasadnione podłoże natury psychosomatycznej. Nie dla wszystkich „wstawać” znaczy to samo. Powiemy „wstałem z łóżka”, ale wyrażenie to może oznaczać wiele różnych rzeczy. Dla pana Juliana to przede wszystkim kontemplacja pokrywy sufitowej: przemierzanie wyznaczonej żółtymi zaciekami drogi mlecznej, która w rezultacie zawsze wiodła go na powrót bezpiecznie do tego samego miejsca – małego nacieku w miejscu spotkania dwóch ścian. Od tego rogu zawsze zaczynał i do tego rogu zawsze powracał, a powrót ten był nie tylko szczęśliwym ukoronowaniem podróży, ale także znakiem, iż pierwszy etap przebudzania jest już za nim. Zawinąwszy więc szczęśliwie do portu, z którego wyruszył, wspominał niemiłe okoliczności, kiedy pękła jedna z rur, zalewając sypialnię jego dwupiętrowego domu. Zawsze lekko zniechęcony wizją pojawienia się w tym miejscu wykwitu grzybowego, decydował się (choć na jeszcze małą chwilkę) przedłużyć swój beztroski żywot człowieka przedzierającego się przez malignę jawy. Zamykał wtedy oczy i usiłował przypomnieć sobie sen.

– Jak się obudzisz, nigdy nie patrz w okno, bo wtedy już nie przypomnisz sobie, o czym śniłeś, Julku – tak mówiła do niego matka. Matka… Zawsze po przebudzeniu powracał do niego jej widok nachylającej się nad nogami jego łóżka. W szlafroku, z włosami w lekkim nieładzie, jeszcze jakby spowita w nienazwany czar nocy. Delikatnie wyciągała spod jego głowy jedną z dwóch poduch i energicznym ruchem trzepała ją w powietrzu, powtarzając czynność jeszcze raz, niczym groźne zaklęcie lub przestrogę. Czy wiedziała, że dzięki temu, razem z tymi poduchami i małym piórkiem, które zawsze musiało unosić się nad pierzynami, wykupi sobie dozgonne miejsce w pamięci małego Julka? Razem z nim będzie witać każdy dzień jego dorosłego już życia? „I tak, tak powinno być. Matka zawsze powinna być przy synu” – przypomniały mu się słowa wdowy Felicyty wypowiedziane na ich ostatnim wspólnym spacerze na molo. Nie dał się podejść temu podstępnemu wtargnięciu wdowy i w skrytości ducha, dziękując za to, że może pozostać z matką nawet po jej śmierci, usiłował przypomnieć sobie sen. W tym celu rozluźnił lekko zaciśnięte wspomnieniem powieki, ale żaden obraz nie osadzał się na ich wewnętrznej stronie. Postanowił poczekać jeszcze chwilkę, ale nic, co mogłoby uchodzić za sen, nie ujawniało się. W ogóle czuł się jakiś nieswój. Być może było to już jakieś przeczucie, być może lekkie rozdrażnienie spowodowane wczorajszym spacerem, na którym wdowa Felicyta z sobie tylko znanym wdziękiem zanegowała jego wybór liczb Multi Lotka, dając do zrozumienia, że tyle samo parzystych i nieparzystych na starcie przesądza o niemal zerowym prawdopodobieństwie wygranej. Porządnie już zirytowany najpierw wizją grzyba, a potem słowami wdowy, stwierdził, że co ona właściwie może wiedzieć o rachunku prawdopodobieństwa w grach liczbowych, skoro nie potrafi nawet przewidzieć tak oczywistej rzeczy jak totalne fiasko, którym skończy się trzecie małżeństwo jej syna. Dwa poprzednie legły już bowiem w gruzach. Zirytowało go to podwójnie, gdyż wiedział, że kiedy jego wizja się ziści, co przewidywał już od dawna, jej syn znowu będzie plątał się im pod nogami i wybierał z konta wdowie odszkodowanie z racji nagłej śmierci męża. Na dobre już zniechęcony do rozpoczęcia kolejnego dnia naciągnął jeszcze bardziej kołdrę z kory i wtopił się w chabrową łąkę jej kwiatów. Właśnie tam, otulony niewinnym obrazem fiołków, dzwonków i chabrów, poprzysiągł sobie, że będzie robił tak, jak mu się podoba, i właśnie od dziś zawsze będzie obstawiał tyle samo liczb parzystych co nieparzystych. I w ogóle żadna kobieta, nawet wdowa Felicyta, którą darzył uczuciem szczególnym, nie będzie mu mówić, co jest prawdopodobne, a co nie. Z tym postanowieniem wysunął jedną nogę spod pierzyny, by w końcu na dobre się obudzić. Zanim podszedł do okna i zobaczył, że wdowa też wstała, ona zdążyła już dawno odbyć poranną toaletę, nałożyć pantofle z jasnobrązowego zamszu i wyjść na spotkanie sklepikarki. Była to już trzecia z dwóch nieudanych prób, podczas których wracała do domu, ściągała pantofle i wchodziła na pierwsze piętro. Piła łyczek nieco zbyt wystudzonej kawy, poprawiała fryzurę i schodziła na dół. Wkładała pantofle i wychodziła przed furtkę. Jeśli nie miała pewności, czy samochód sklepikarki nie nadjechał akurat, kiedy piła ów łyczek kawy, zachodziła sklep od zaplecza. – A jednak jeszcze nie przyjechała – mówiła do siebie i wracała pod swoją posesję. Nawet już nie udając, że manipuluje przy furtce lub podlewa kwiaty, wpatrywała się w jeden, ten sam co rano punkt horyzontu, na którym powinien pojawić się samochód. Patrząc na to wszystko z oddalenia, można było się tylko domyślać, dlaczego Felicycie tak bardzo zależało na natychmiastowym rozpoznaniu pojazdu sklepikarki, który był – jakby na to nie patrzeć – tylko zwykłym czterokołowym pojazdem spalinowym wyprodukowanym w koncernie koreańskim. Z pewnością nie chodziło jednak o wielki głód, który kazałby wdowie wyczekiwać właścicielki sklepu od wczesnych godzin porannych, ale o coś więcej. Może więc chęć bycia pierwszą, która nie tylko otwierała perspektywę największego wyboru produktów. Dawała również możliwość niemieszania się z tłumnie gromadzącymi się już mieszkańcami ulicy, którzy, zanim wdowa zdążyła kupić pięć bułek i świeży sok z marchwi, najzwyczajniej w świecie nie mieścili się na stosunkowo małej powierzchni sklepu i musieli stać na zewnątrz. W przypadku wdowy Felicyty ta możliwość powinna być wykluczona jak najwcześniej, gdyż była to powszechnie lubiana osoba, która nie stroniła od towarzystwa sąsiadów. Poranne czaty, powszechnie już uznane przez innych mieszkańców ulicy i wpisane do ich księgi zachowań osobliwych, mogły też wynikać z przemożnej chęci gnębienia sklepikarki poddawanej codziennej łapance. Kobieta nie miała nawet czasu, by rozpakować towar i roztrzęsiona, znów nie mogąc uwierzyć, że wdowa i tym razem na posterunku, pospiesznie otwierała metalowe kraty drzwi. Klucz nie trafiał w zardzewiały otwór kłódki, kobieta denerwowała się i w skrytości serca nienawidziła klientki jeszcze bardziej. Nic nie pomagał jej karcący wzrok, który większości ludziom dałby do myślenia. Wdowa stała niewzruszona, niczym strażnik przy kratach celi, uznając oporną kłódkę za chwilową przeszkodę w osiągnięciu celu. Nie robiło to na niej żadnego wrażenia. Ani to, ani docinki, ani nawet jedna z kilku zmarszczek, która ujawniała się na twarzy sklepikarki na sam widok zarysu wdowiej postaci. Przy porannym spotkaniu przy kratach zmarszczka ta wręcz ożywała. Zamykając swe wgłębione koryto niczym mechaniczna tama, dawała jawnie do zrozumienia, że w tajemnych zakamarkach kryje całe złoża nienawiści. Tylko wdowie Felicycie i jeszcze kilku osobom, do których pałała tłumioną w imię dochodu niechęcią, właścicielka sklepu zawdzięczała nowe żłobienia na swej twarzy. Ta zacna i pracowita kobieta, by zaspokoić najbardziej wysublimowane zachcianki klienteli, zwoziła towar z różnych zakątków miasta. Ostatnimi czasy, czy to za sprawą dobrej pogody sprzyjającej czatom, czy jakiejś narastającej obsesji wdowy, początkowo niewielkie zmarszczki na twarzy sprzedawczyni zaczęły przypominać Kanał Sueski lub przynajmniej deltę Nilu ciągnącą się od początku łuku brwiowego w górę, aż do nasady czoła.

– Ta kobieta mnie kiedyś wykończy – skarżyła się mężowi, ale on z wrodzoną sobie obojętnością na bodźce świata zewnętrznego i nabytą podczas niekrótkiego małżeństwa bezradnością, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora, radził, by się nie przejmowała. – Czemu ta chuda małpa mi to robi? – spytała kiedyś, nie zważając na kulminacyjny moment rozgrywek golfowych.

– Czemu, czemu?! – rzucił w kosmos, a to wszystko działo się jakby poza nim. – Z nudów, moja droga. Z nudów – dodał jakby otumaniony obrotem golfowych potyczek i… wbrew wszelkim podejrzeniom, wbrew wszelkim teoriom trafił w sedno. Niczym biała kulka w dołek.

Wdowa Felicyta nie działała pod wpływem żadnych bardziej czy mniej perfidnych pobudek, ale pod wpływem bodźca, który codziennie tak samo o szóstej trzydzieści wypychał ją, w zależności od pory roku, w trzewikach, kaloszach czy kozakach przed furtkę i przez następne pół godziny kazał się poddać działaniom spadku i zwyżkowania adrenaliny wydzielanej przez jej wypatrujący samochodu organizm. Po takiej porannej porcji pobudzenia mogła w końcu przyjść do domu, by w ciszy i spokoju oddać się realiom dnia codziennego. Ponieważ i tego dnia była pierwszą osobą w sklepie, pierwszą i jedyną, ominęła ją wiadomość o nagłej śmierci króla. Smarując spód chrupiącej świeżością bułki, mogła niezmąconym niczym umysłem próbować dochodzić przyczyn wypadku, jaki miał niedawno miejsce w osiedlowym supermarkecie i który, zdaniem większości mieszkańców, był przyczyną ostatnich wydarzeń na ich ulicy. Wdowa Felicyta przełknęła pierwszy kawałek bułki, lecz zanim wygrzebała wypielęgnowanym paznokciem ziarenko sezamu, które weszło między szczelnie przylegające do siebie zęby nowej protezy, zerknęła na zegarek. Był to dość ekskluzywny damski czasomierz znanej szwajcarskiej firmy, który dostała od męża na dwudziestą rocznicę ślubu. Pozłacany, przywierający do delikatnego przegubu wdowy za pomocą tłoczonej bransoletki. Na spodzie owalnego cyferblatu znajdował się napis: „cham cię.196”. Czas i upodobanie do nierozstawania się wdowy ze szwajcarskim cackiem zaowocowały wytarciem wygrawerowanych liter i nieznacznym rozluźnieniem bransolety. Przecież się nie rozciągnęła – pomyślała kiedyś, ale tak już się przyzwyczaiła do lekko dyndającego łańcuszka, że w zasadzie nie robiło jej to różnicy. Nie licząc wymiany baterii, można było uznać, że zegarek sprawował się nienagannie. Tak więc zanim jej paznokieć dotarł do bruzdy w okolicy przyzębia, zerknęła na jajowatą tarczę i z satysfakcją stwierdziła, iż wszystko przebiega zgodnie z rutynowym planem dnia.

Była godzina siódma dwadzieścia. Stanęła przy oknie, skąd nie odsłaniając nawet firanki, mogła obserwować ulicę. Po jej przeciwległej stronie znajdował się rząd takich samych dwupiętrowych domków szeregowych o lekko spadzistych, powleczonych karbowaną blachą dachach. Domki były zadbane, lśniący tynk w kolorach wyblakłego różu i seledynu wspaniale komponował się z naręczami purpurowych pelargonii. Sąsiedzi wiedzieli, że ta niewielka boczna uliczka wystawia świadectwo o nich samych. Pora letnia szczególnie mobilizowała do pracy w ogródkach, do donicowych ekspozycji, kwiatowych kompozycji, odświeżania instalacji, rynien i zmiany szaty trawnikowej. Ulica jest niedługa i wręcz wąska. Sama w sobie nie ma nic niezwykłego. Prosta, symetryczna. Wykreślona porą dzienną na sztywnym papierze architekta. Nie ma nic romantycznego z rozlewiska delty rzeki, której nieregularne dopływy pojawiają się niespodziewanie jak pajączki żylaków na niestarym jeszcze ciele ziemi. Naprawdę nic szczególnego, ale mieszkańcy kochają swoją ulicę. Mimo wszystko i jeszcze… Wdowa Felicyta z satysfakcją spojrzała na dwa nowe koryta begonii, które sznurem żółci i czerwieni zdobiły jej okno kuchenne. Okno, z którego teraz dostrzegła, że rolety w domu doktorostwa właśnie wędrują do góry. Zaraz potem ukazała się mała krótko ostrzyżona głowa doktorowej, a za chwilę otworzyły się drzwi, w których można było dostrzec lekko przygarbioną postać doktora. Wprawnym ruchem otworzył garaż i bramę na pilota, po czym usadowiwszy się w wozie, wyjechał, wykręcił i zamknąwszy za sobą garaż i bramę, udał się w dół ulicy. Tam, gdzie za uliczną lampą, zza wysokich świerków porastających autostradę przez moment przedziera się neon supermarketu Real. Oczywiście w nocy jest on widoczny o wiele lepiej, ale teraz również doktor Piotr dostrzegł największe „R”, a kiedy skręcał w lewo, w bocznym lusterku samochodu, co prawda na ułamek sekundy, ale zawsze, można było dostrzec środkowe małe „e”, niestety w pośpiechu umykające przy kolejnym skręcie. Przy skręcie, który już bezpośrednio prowadził doktora Piotra na główną drogę, a tym samym już bezpośrednio do Kliniki Położnictwa. Wdowa Felicyta z zadowoleniem (trzeba tu podkreślić, że właśnie z zadowoleniem, a nie zazdrością) przyglądała się, jak niewielkie, a jednak dość drogie dźwignie zamykają bramę wjazdową na posesję doktorostwa. Zresztą doktor Jola i jej mąż byli jedynymi na ich ulicy, którzy je zamontowali. Reszta musiała najpierw parkować samochód na ulicy, podejść do bramy garażowej, a następnie bramy wjazdowej, by po ich otwarciu znowu iść do samochodu, odpalić silnik i wjechać do garażu. Potem znowu musieli zamknąć bramę garażową, a następnie bramę wjazdową. Było to szczególnie uciążliwe zimą i wdowa Felicyta doświadczała tego na własnej skórze, kiedy nieraz nie mogła wyrobić na zakręcie, by z powodzeniem ominąć hałdy odgarniętego śniegu torującego drogę na i tak już wąskiej ulicy. To ciągłe wchodzenie i wychodzenie z samochodu w jej przypadku owocowało tylko chronicznym zapaleniem zatok. Dzisiaj pomyślała po raz pierwszy, że jak tylko minie czas wygaśnięcia lokaty oszczędnościowej, zainwestuje w automatycznie otwieraną bramę wjazdową. Jeśli oczywiście w tym roku nie zdecyduje się na wakacje za granicą. Na razie cieszyła się, że za sprawą doktorostwa ich niewielka ulica nabiera rozmachu. Ten nagły przypływ entuzjazmu przerwał niestety wyłaniający się zza szczytowej ściany ostatniego szeregu obraz trzyklatkowego bloku, który według wdowy Felicyty i innych sąsiadów burzył ten nieco bajkowy widok ich ulicy. Takiego zdania byli przede wszystkim mieszkańcy tych kilku szeregów po stronie doktorowej, narażeni na widok blokowych klatek ze swoich ogródków. Na szczęście nie dotyczyło to wdowy, gdyż z jej posesji widoczny był jedynie niewielki kawałek budynku z pierwszą klatką. Właśnie wychodziła z niej matka tego upośledzonego chłopca. Tak, wychodziła z nim. Pewnie odwoziła go do ośrodka opieki nad upośledzonymi. Och, jakie to nieszczęścia ludzie mają – pomyślała i by nie zaczynać dnia w tak przykry sposób, poszła nakarmić swojego jamnika. Słońce już wzeszło nieco wyżej. Ci, którzy mogli, jeszcze spali. Właściwie na ich ulicy było takich niewielu. Student farmacji, syn doktorostwa Filip, oraz pani Eliza, która całe życie zajmowała się gospodarstwem domowym i księgowością firmy męża. Czasem stemplowała mu jakieś druki, ale tak do końca nigdy nie wiedziała, na czym polega jej praca i jakie jej mąż ma z tego korzyści. Mimo szczerych chęci nie potrafiła stuprocentowo zaangażować się w działalność małżonka. Na początku miał do niej o to pretensje, ale z czasem spasował. W przypływie zbyt wielu spraw papierkowych raczył żonę mniej skomplikowanymi sprawami księgowymi oraz prostymi, wręcz mechanicznymi czynnościami polegającymi na przystawianiu pieczątek lub bezmyślnym segregowaniu papierów. Pani Eliza nie oponowała. Potrafiła docenić jego wspaniałomyślność w pozostawieniu jej wolnego wyboru w zakresie kariery zawodowej. Poza tym nie oszukujmy się – i pani Eliza dobrze zdawała sobie z tego sprawę – po piętnastu latach siedzenia w domu z dziećmi jej szanse na rynku pracy nie wzrastały. Teraz, kiedy dzieci są już samodzielne i nie wymagają stałej opieki, mógłby przyjść czas dla niej. Ostatnio zastanawiała się nad tym coraz częściej, choć zupełnie nie wiedziała, czym mogłaby się zająć.

– Musisz znaleźć jakąś niszę na rynku – podpowiadał mąż. Tak więc szukała tej niszy, ale bez skutku. Znalazła za to coś innego. Podczas wieczornego surfowania po Internecie odkryła wiele pasjonujących portali. Jednym z jej ulubionych stało się Allegro, na którym zalogowana jako Luize123 z zapałem gracza hazardowego licytowała różnego rodzaju sprzęty gospodarstwa domowego. Odkąd zaczęła swoją drugą egzystencję jako Luize123, ich gospodarstwo domowe wzbogaciło się o samooczyszczającą się frytkownicę marki Wega, elektryczną maszynę do rzeźbienia w warzywach, piętrową gofrownicę, której nie mógłby się powstydzić nawet największy hotel w Polsce, opiekacz do rodzynek, wirówkę do suszenia sałaty i wiele innych rzeczy, które niczym wytrawny antykwariusz gromadziła na spadzistym strychu. Teraz już wie, co to internetowe blogi, fora i czaty. Na jednym z nich poznała Rafała z Grudziądza, z którym od jakiegoś czasu prowadzi korespondencję. A wszystko w tajemnicy przed mężem. Oczywiście. Bo właściwie dlaczego miałaby mu o wszystkim opowiadać? Czy on jej się z wszystkiego zwierza? Człowiek potrzebuje trochę wolności. Nawet w małżeństwie. Tak przynajmniej usprawiedliwiała korespondencję, która powoli, i dobrze o tym wiedziała, przeradzała się w coś więcej, coś, co mąciło święty spokój dnia, coś, co kierowało myśli w nieznane zakamarki duszy, coś, co sam Flaubert nazwałby romansem epistolarnym. I choćby nie wiadomo jak zaprzeczała, choćby mówiła, że nic ją z Rafałem z Grudziądza nie łączy, w głębi serca wiedziała, że nie jest to prawda i okłamuje samą siebie. Jak oliwa w jej samooczyszczającej się frytkownicy. Prawda zawsze na wierzch wypływa. Zawsze sprawiedliwa. O emocjonalnym zaangażowaniu pani Elizy niechybnie świadczył również fakt, że tak jak dzisiaj, zanim włożyła podomkę, zanim umyła zęby, zanim zadośćuczyniła swemu rytuałowi picia filiżanki kawy na czczo, odpaliła komputer i sprawdziła, czy jest. Odpowiedź od niego. Rafała z G.

 

25.06.2009

Droga Pani Elizo!

Z odpowiedzią spieszę. Do Pani zawsze. Nawet w nocy. Jak dzisiaj pisane – nocy porą, porą parną i czerwcową. Jedyną i niepowtarzalną. Jak my. Jak Pani.

Samotność, o którą w ostatnim mailu naszym zahaczyć nam przyszło, nie jest kobiecym tylko zjawiskiem. Nas dotyczy to również. A szczególnie takich jak ja. Wilków stepowych niemal, co pełnego zrozumienia u ludzi szukać nie powinni. Pogodzeni ze swym samotnym jestestwem, z degrengoladą świata tego, szukamy dalej. Ja szukać nie przestaję. Kto szuka, ten znajdzie – czyż nie mówi Pismo? Wierzę, Pani Elizo Droga, wierzę w miłość szczególną, w miłość i przyjaźń, co z jednego pucharu życia spijać potrafią. Nie na dziś, nie na wczoraj, lecz na zawsze. Na wieczność.

Z poszanowaniem wielkim

Rafał z G.

 

Tak zakończył. Zawsze tak kończył. Rafał. Niby nic szczególnego w dźwięku tego imienia nie słychać, ale jednak pani Eliza czuła jakąś metafizyczną więź z tą na pozór przypadkową mieszaniną samogłosek i spółgłosek. Przysiadła na taborecie obok komputera i wsparłszy się na jednej ręce, wypowiedziała półgłosem: R–a–f–a–ł. Pierwsza część imienia, zapewne dzięki twardej i mocnej spółgłosce „r”, wydała jej się męska i wspierająca, druga natomiast – ta zaczynająca się od głoski „f” – łagodna, niesiona falą oceanu. „Fał” – w swym wyrazie niemal tragiczne, jak Faust, i kobiece zarazem, jak fauna i Faustyna. Wpatrując się w okno, wzrokiem dosięgnęła karmazynu begonii wdowy Felicyty. Zamyśliła się, a wtedy jej usta, bezwiednie, podświadomie, wyszeptały po raz pierwszy: „Luiza i Rafał”. Była stracona. Stracona dla świata zjawisk fizycznie doświadczalnych. Od tego dnia, dwudziestego piątego czerwca dwa tysiące dziewiątego roku, należała do wirtualnej domeny Google, dzięki której mogła pogłębiać więź emocjonalną z R-a-f-a-ł-e-m z G. Teraz tylko on zaprzątał jej głowę. On i jego listy, których wręcz poetyckie piękno dodawało życiu nieopisanego blasku. Nawet tak dramatyczne sprawy, jak nagła śmierć mieszkańca osiedla w pobliskim supermarkecie Żuk czy pojawiające się od tego czasu tajemnicze napisy na murach pobliskich domów, nie mogły wyrwać pani Elizy z poetyckiego zamyślenia nad sprawami natury mniej namacalnej. Wręcz przeciwnie, odrażające okoliczności śmierci sąsiada jeszcze bardziej pchały ją w wirtualne ramiona Rafała G. Ich ciepło oraz pozbawiony okrucieństwa tego świata dotyk nadawał jej życiu zupełnie inny, głębszy wymiar.

Ponieważ pani Eliza tkwiła obecnie w innym wymiarze, cały ciężar odpowiedzialności i jakieś wewnętrzne, moralne, rzec by można, ustosunkowanie się do barbarzyńskiego zachowania mieszkańców osiedla spadło na jej męża, który tego feralnego dnia był świadkiem całego zajścia. Pani Eliza wysłała go właśnie do owego supermarketu. Jak to powiedziała, a pan Tadeusz, jej mąż, zanotował, po „ładną szynkę z udźca indyka”. Zanotować musiał, bo zanim zdołałby dojść i zrozumieć, czym właściwie ten udziec czy ta szynka być może, z pewnością zapomniałby wszystko, jak to wiele razy bywało. Tak więc posłusznie zanotował i poszedł. Prosto na dział garmażeryjny. W Żuku najtaniej, ale i garmażeria w sam raz. Świeża i zarzucić jej nic nie można. Jak głosiło hasło reklamowe: „Kto w Żuku kupuje, nigdy nie żałuje”. Ustawił się w ogonku i oczekuje. Na kolejkę swą czeka. Cierpliwie. Haki z kiełbasami liczy, wzrokiem po suficie wodzi. Mimo to coś mu nie pasuje, za napięcie jakieś wyczuwa. Ekspedientka myli kaszankę z kabanosem, pierś indyczą z kurczakiem, na zaplecze wychodzi, wraca. Odwraca się i płacze.

Może mąż ją rzucił? Może dziecko chore? – zapytuje Tadeusz sam siebie. Ale nic. Stoi i czeka. W tym napięciu. W poruszeniu jakimś kolejkowym, dziwnym jak na delikatesy. Kolejka coraz większa, ludzie szukają zaopatrzenia na obiad. Ktoś mu nad uchem dyszy, ktoś szynki palcem dotyka.

– Nie, proszę państwa. Ja nie sprzedaję! – sprzedawczyni naraz. Tasak rzuca i wychodzi.

– A co? A jak? A dlaczego? – głosy z kolejki wzburzone.

– Proszę państwa, był wypadek. Człowiek. Zawał. Na zapleczu leży. Nieżywy. Folią, co od kurczaków, przykryty. Sprawa przykra. Sprawa…

A kierownik na to:

– A co tam leży? Gdzie leży? A czy widać, że leży? A nie widać! A jeść trzeba! Na obiad trzeba! Poleży i co się stanie? W końcu każdy z nas tak kiedyś! To mięso i to mięso w końcu, nie? To nieżywe i to nieżywe! Dawać tu kaszanki, dawać schabowego! Toż to już południe, a jeszcze upiec trzeba! Dawać, a nie płakać nam tu! Na garmażu pracować, odpornym być trzeba! A nie łzy nad kaszanką ronić! No, dawać tu, dawać!

No i ulegli. Dali. To pokusa dla handlu była. Dla obrotu. Dla działu delikatesowego. Dla garmażu. Trupa wynieśli. Za godzinę. Tyłem go wzięli. Od zaplecza. Nawet sanepid przyjechać nie musiał. Godzina to zagrożenia epidemiologicznego nie ma. Godzina to nic. Jak splunął. I Boże wielki, mówili, co tu przesadzać? Poleżał, wynieśli i wielkie mi halo.

I tak być mogło, ale za dni kilka, od tego wypadku kilka, napis na murze. Pierwszy. I to na domu pani Elizy właśnie. Napis krwawy. Na czerwono pisany. Niby to farbą, ale tak naprawdę nikt nie wie. No bo to wiadomo, kiedy farba w krew się przemienić może? A kiedy krew w farbę? Może to w nocy się wydarza? I kto to w ogóle napisał: „Czas odkryje prawdę i ukarze winnych”. I wszyscy orzekli jednogłośnie, choć głośno się o tym nie mówi: klątwa. Wielka klątwa za to wszystko. Za kaszankę, kabanosy i szynkę z udźca indyka. Za to klątwa. Za to. A jeśli nie klątwa, to tylko jeden podejrzany. I wszyscy woleliby, żeby to on właśnie. Żeby to on te napisy uskuteczniał, a nie one same na murach za klątwy sprawą. Jeden, co może te napisy wyczyniać i w niego wszyscy wierzą. On od klątwy lepszy. Nowy. Nowy zawsze niesie ze sobą podejrzliwość. To naturalne, stwierdzone nie od dziś. Nowy nie tylko zawsze najbardziej podejrzany, ale często uznany za upadek tego, co było, za przyczynę kryzysu, a nie naturalny bieg rzeczy, który nie tylko nie burzy tego, co już stare i przebrzmiałe, ale (wręcz przeciwnie) nowe na starym buduje. Jednak łatwo to tak sobie mówić. Tak abstrakcyjnie rzecz ujmować, kiedy Nowy ma jeszcze jeden defekt. Defekt dość poważny, dyskwalifikujący go na starcie, wręcz wzywający do podejrzliwości.

Wprowadził się na samym początku lata. Po długotrwałym remoncie, po waleniach i kłuciach, po przeróbkach, po oknach nowych. Właściwie Nowy, jak na nowego przystało, wszystko na nowo zrobił. A ile to go wszystko kosztowało? A ile pieniędzy w to wszystko władować było trzeba? A jakże! Ale nie, nie to, nie ten remont, nie ten wkład finansowy tu najbardziej podejrzany, ale fizjonomia, a właściwie pewien jej szczegół. O budowę ciała tu nie chodzi. Aparycja ujmująca. Atletyczna, smukła, wykwintna. Czaszka kształtna. Ogolona, ale podejrzeń mafijnych też niewymuszająca. Ten jeden szczegół jednak, jeden jedyny. Na pierwszy rzut oka skrywany. Nikt by nie przypuszczał, ale pewnego razu, zupełnie bezwiednie ujawniony. Jak to wszelkie ujawnienia w naturze swej mają, ujawniony przypadkiem. Tak, przypadki w takich sprawach mają najwięcej do gadania. Podczas mijania na ulicy. Takie okoliczności zwykłe. Ujawniony w uśmiechu. Cóż za perfidia zdarzeń! Ujawniona i już do końca przez wszystkich podejrzana. Diastema. A on, Nowy, już nie jest Nowym, ale Człowiekiem z Diastemą. Swoim szeregiem wbijający się pomiędzy dwa szeregi inne. On, który teraz między wdową Felicytą a panem Julianem, sam teraz wyrwą tak pomiędzy nimi. Sam teraz jakby próbował ich diastemą rozdzielać. A ta jego prawdziwa, od dzieciństwa hodowana, ujawniona wtedy, tam na rozstaju dróg. Raz na zawsze i bezpowrotnie, w przypływie miłości do bliźniego, w uśmiechu swym diastemowym nieprzemyślanym pozbawił się (dobrowolnie) całego człowieczeństwa swego – imienia, nazwiska, rodziny. To ona teraz zaświadcza o jego egzystencji i do podejrzeń skłania. Wszyscy teraz się Nowemu bacznie przyglądają. Śledzą go wzrokiem zza firany. Na ręce patrzą, na rejestrację, na żonę, dzieci. Wszędzie szukają śladów zbrodni pisanej, zbrodni frywolnej, na podłożu ich własnego grzechu wyrosłej. Wszyscy go teraz obserwują. Wszyscy się podejrzanego w niewinnym doszukują. Pan Julian, wdowa Felicyta, właścicielka sklepu, emeryci, renciści, małżeństwa, pani Eliza nawet, pan Tadeusz, doktorowie, ich syn Filip i ci, o których wspomnieć na końcu przez wiek najmłodszy wypada.

Człowiek z Diastemą zupełnie nieświadomy rozpoczętych prześladowań wstał rano, a był to ten sam dzień, dwudziesty piąty czerwca dwa tysiące dziewiątego roku, czwartek. Wyczyścił zęby, w tym i szparę diastemową, od osadu niewolną, wyszykował dzieci do szkoły, kanapki zrobił i po gazetę oraz bułki dla żony się udał. Do sklepikarki osiedlowej, co też już kątem na niego. Też już w uśmiechu diastemowym przestępstwa doszukać się skora. Już dawno zapomniał o swojej szparze, o upokorzeniach wieku dziecięcego, o wyzwiskach, przesądach. Żyć trzeba. Trudno. Ze szparą nic się zrobić nie da. Żegna się uprzejmie, miłego dnia klientom życzy. Do domu idzie. Gazetę otwiera i oczom nie wierzy:

Król popu, Michael Jackson, nie żyje!

ROZDZIAŁ II

Filip wstał ostatni. Kiedy przeciągał się w łóżku, słyszał, jak matka poszła na dół otworzyć gabinet. Nagi wyciągnął się na prześcieradle i zanim jeszcze dobrze otworzył oczy, sięgnął ręką pod poduszkę. Przez chwilę przypomniał mu się kultywowany w jego rodzinie o dentystycznym rodowodzie zwyczaj zębowej wróżki. Niestety przedmiot, który od kilku dni ukrywał pod swoją poduszką, jak to zawsze podkreślała matka, z pierza naturalnego, nie był prezentem od zębowej wróżki. Bynajmniej! Co więcej był to gadżet, którego odkrycie przez któregokolwiek z członków rodziny skompromitowałoby go na długi czas. Kto wie? Może nawet na całe życie? Wyobraził sobie ojca, który wyjmuje z kosza na śmieci rozerwane pudełko i czyta: Kieszonkowa Wagina Ginna. Wzorowana na intymnych częściach ciała gwiazdy filmów porno – Ginny Smith. Produkt wykonany jest z materiału przypominającego w dotyku ludzką skórę. Zrobiony z niezwykłą dbałością o szczegóły. Dyskretny. Możliwy do przenoszenia nawet w kieszeni. Z delikatnej masy uformowane wargi sromowe i łechtaczka. Ręcznie pomalowane na różowy kolor. Wnętrze jest pokryte licznymi delikatnymi wypustkami do intensyfikacji doznań. Kieszonkowa Wagina Ginna wyposażona jest w wibrujące jajeczko sterowane pilotem. Jajeczko posiada płynny regulator siły wibracji. Wygląd kieszonkowej Ginny budzi zmysły! – zachęcało ostatnie zdanie opisu. Co prawda na jego ojcu, jakby nie było, fachowcu, opis ten pewnie nie zrobiłby żadnego wrażenia. Przecież codziennie oglądał dziesiątki kobiecych wagin, i to prawdziwych! Z pewnością jednak odkrycie, że jego własny syn, syn sławnego ginekologa, musi uciekać się do chińskiej imitacji, byłoby policzkiem. No tak, ale co miał zrobić? Dziewczyny z roku nie odpowiadały na jego zaloty. Po pierwsze nie sprzyjał temu nawał materiału pamięciowego, a po drugie, jak podejrzewał, jego bardziej niż przeciętna aparycja nie zachęcała do zbliżeń natury intymnej. W takiej sytuacji miał dwa wyjścia: albo czekać do ostatniego roku, kiedy jakiś zrezygnowany żeński kaszalot w końcu odda mu swoją cnotę, albo szukać pomocy w objęciach Ginny. Słowo „pomoc” było tu chyba najtrafniejszym określeniem. Ostatnimi czasy oddawanie się autoerotyzmowi stało się jego obsesją. A miał już przecież dwadzieścia lat! Za sobą licealną przynależność do klubu anonimowych onanistów „KONwalia” oraz epizod szpitalny, kiedy to podejrzewany o zatrucie, trafił na oddział toksykologii Akademii Medycznej w Gdańsku. Lubił wracać do tego incydentu chociażby tylko z tego powodu, że po raz pierwszy w życiu udało mu się perfekcyjnie oszukać rodziców. I to lekarzy! Ani matka, ani ojciec nie domyślili się, że krwawe wybroczyny na jego twarzy to nie wynik zatrucia podczas wykonywania eksperymentu z zestawu mały chemik, ale jawny dowód niedotlenienia spowodowanego zbyt długim seansem onanistycznym. Także przy każdym większym zatargu z rodzicami czerpał z tego wspomnienia wielką przyjemność i satysfakcję, a kiedy matka przestrzegała, by „ze swoimi tendencjami” nie jadł niemytych owoców, wprost nie posiadał się z radości. Miał dwadzieścia lat. W jego wieku Michał Anioł wyrzeźbił już Walkę centaurów z Lapitami, Kierkegaard rozpoczął pisanie dzienników, Rimbaud stworzył najlepsze wiersze, nie mówiąc o Mozarcie, który skomponował już cały stos symfonii, koncertów i operę. Nawet jego ojciec. Już przynajmniej poznał jego matkę i jeśli nawet jeszcze nie współżyli, to z pewnością uprawiali pettingi fellatio. A on? Nie dość, że jego największe osiągnięcie to dostanie się (i to na liście rezerwowej) na farmację, to jeszcze obsesja masturbacyjna odbiera mu resztki nadziei na realizowanie się w jakiejś innej, mniej bezmyślnej sferze życia. Jako przyszły fachowiec, zastanawiał się, czy ujawnianie takich tendencji w tym wieku jest normalne. Nie martwiłby się, gdyby miał szesnaście lat, ale teraz? A może powinien odwiedzić endokrynologa? Przecież problemy z tarczycą były u niego w rodzinie genetyczne. Może to tylko zbyt wysokie stężenie któregoś z hormonów? Nie powinien pozwolić, by zwykła hormonalna przypadłość rządziła jego życiem! Może jednak powinien zacząć ze sobą walczyć? Uprawiać poranną gimnastykę albo jogging? Kiedy już niemal przekonał siebie do tego pomysłu, usłyszał niby podszept diabła:

– Nic cię lepiej nie odpręża, niż głaskanie swego węża.

Wyjął już lekko zdrętwiałą rękę spod poduszki, a wtedy znowu diabeł przemówił:

– Lepiej w kącie trącać prącie, niż być w narodowym froncie.

– Hej, diable, odwal się – odpalił i położył się na boku.

Jest demonem czy zwykłym alfonsem? Zanurzył się przez moment w myślach, ale ten znowu go drażnił.

– Fuck off, satan – powtórzył dla pewności po angielsku. Usłyszał dzwonek do drzwi, co było niechybnym znakiem, że do matki przyszedł pierwszy pacjent. Będzie zajęta – pomyślał i wstał z łóżka. Upewnił się, że pokój jest zamknięty i odrzuciwszy na bok poduszkę, z oddalenia przyglądał się Ginnie. Pierwszą myślą, jaka przyszła mu teraz do głowy, była różowa gumowa żaba, jaką kiedyś dostał od ciotki. Miała przymocowaną pompkę, której przyciśnięcie gwarantowało wyrzucenie warstwy powietrza i wprawienie żaby w ruch. Wspomnienie to nieco zaburzyło jego stosunek do kieszonkowej waginy i w obawie, by żabi wizerunek już na zawsze nie zawładnął jego jaźnią, szybko odegnał go od siebie. Zbliżył się do łóżka i pochylił nad Ginną. Leżała bezwładnie na pościeli niczym kawałek mortadeli. Wdzierające się do pokoju promienie słoneczne dodały mu odwagi oraz ponagliły nieznacznie, przypominając, że czeka go jeszcze ostatni egzamin sesji. Najdelikatniej jak potrafił, ujął Ginnę w dłoń, ale jakoś nie poczuł szczególnego wyrafinowania cyberskóry. Wyprostował przegub, by przyjrzeć się jej dokładniej, i wtedy znowu dopadły go wątpliwości. Co robić? Czy poddać się Ginnie? Czy zacząć swój romans z kieszonkową waginą? Miał jeszcze szansę. Jeszcze nic się nie stało. Nic się nie zaczęło. Wciąż mógł uciec. Zostawić ją. Robić? Nie robić? Być albo nie być? Czy jest to w istocie dylemat tak ważny, by w ogóle zaprzątać sobie nim głowę? Przecież w zasadzie to tylko kawałek gumy. I to „ręcznie pomalowany na różowy kolor”. Wyobraził sobie znudzone chińskie dziecko w małym obskurnym warsztacie zajmującym się produkcją gadżetów erotycznych. Nachyla się nad gumową waginą z pędzelkiem w jednej ręce i niedokończoną kanapką z krabami rybnymi w drugiej. Po całym miesiącu pracy odbiera za to pensję w wysokości stu dolarów. Opis wibrującego jajeczka zniechęcił go jeszcze bardziej. Zniechęcił i na chwilę przeniósł do w końcu nie tak odległych czasów dzieciństwa. Nigdy nie zapomni tego dnia. Miał najwyżej sześć lat, kiedy udali się z matką do lekarza. Pediatry. Bardzo miła lekarka ściągnęła mu rajstopy, po czym bezceremonialnie zanurzyła dłonie w dziecięcych majteczkach.

– Trzeba operować – stwierdziła z przekonaniem. – Trzeba przywrócić wędrujące jądro na miejsce – dodała stanowczo, wypisując skierowanie do szpitala.

– Wędrujące jądro – powtórzył zdumiony. Słyszał o wędrujących nomadach, wędrujących wydmach, nawet humbakach, bo oglądał o tym film przyrodniczy, ale o wędrujących jądrach? Czym były i dlaczego wędrowały? I w ogóle dokąd wędrowały? W jakim celu? Do jakich partii ciała? Czy mogły zagnieździć się w mózgu? Czy zagraża mu upośledzenie umysłowe? Czy będzie miał trepanację? A co, jeśli go nie znajdą? Czy zostanie tylko z jednym jądrem? Czy inni chłopcy będą się z niego śmiać? Czy zrobią mu protezę, czy mu odrośnie? A kiedy teraz przyglądał się, jak wibrujące, przyczepione do waginy dwoma kabelkami jajeczko zwisa u nasady pochwy, pomyślał, że ten cały zmyślny przyrząd wygląda jak tandetny teatralny rekwizyt. Nie mógł tylko zrozumieć, skąd te opory przed użyciem Ginny. A jednak. Nieznana cząstka siebie samego, która teraz się ujawniła, nakazywała powstrzymać się od użycia waginy z cyberskóry. Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia. O wiele bardziej prozaiczna, niż można było się spodziewać – dyskrecja Ginny. Co pomyśli jego matka, jeśli usłyszy brzęczenie silniczka? Jak długo będzie mógł jej wmawiać, że szczotkuje w pokoju zęby albo używa temperówki na prąd? I w ogóle co mu z tego, że Ginna jest kieszonkowa. A jeśli kiedyś matka, jak to miała w zwyczaju, wsadzi mu do kieszeni paczkę chusteczek higienicznych i tam właśnie natknie się na Ginnę? Przecież nie uwierzy, że ktoś mu ją podrzucił! Doprowadziwszy sam siebie do ejakulacji tak wielu pytań i wątpliwości, poczuł się jak terrorysta własnej duszy. Swojego własnego, na pozór beztroskiego istnienia. Nie dość, że nic jeszcze w życiu nie osiągnął, nie wyrzeźbił, nie stworzył, nie napisał, to nie potrafił podjąć nawet tak prostej decyzji. Przecież użycie Ginny nie zagraża jego życiu, nie nabawi się wirusa HIV, nie straci przez to członka. Co najwyżej kilka złotych na parę baterii R14. Oczywiście tylko wtedy, gdyby chciał użyć Ginny na zewnątrz. Mój Boże, ale gdzie też miałby jej używać. Na przystanku? W kolejce podmiejskiej SKM? U fryzjera? Na wykładach? Poczuł się jak zboczeniec. Nie musiał długo czekać, a diabeł znowu wykorzystał jego chwilową słabość:

– Nic faceta tak nie wciąga, jak użycie swego drąga.

– A fucking bastard – powiedział do siebie i postanowił skończyć tę farsę. Zapakował Ginnę do pudełka i… No właśnie, gdzie ją schować? Dobrze wiedział, że matka regularnie przeszukuje mu pokój, a przecież nie będzie z nią cały czas chodził. Zwłaszcza teraz, latem. Nagle przyszła genialna myśl: zakopię ją w ogródku. Wsadził Ginnę do pudełka i pospiesznie zszedł do komórki z narzędziami. Wyjął łopatę, udał się z nią do ogródka, gdzie wykopał dziurę w takim miejscu, aby matka nie mogła go dojrzeć z gabinetu, po czym wsadził tam kieszonkową waginę i przyklepał grubą warstwą ziemi. Niczym morderca po pozbyciu się ofiary, udał się niby nigdy nic do kuchni. Włączył radio. Było po dziewiątej. Usłyszał jedynie końcówkę wiadomości, że umarł król. No, cóż. Na każdego przyjdzie w końcu czas – pomyślał nieczule i zabrał się do pałaszowania śniadania, które przygotowała dla niego matka.

W drodze na przystanek autobusowy zastanawiał się nad istotą pożądania. Wydał całe dziewięćdziesiąt dziewięć osiemdziesiąt na kieszonkową waginę, potem całymi godzinami wypatrywał kuriera, aby nie dostała się w niepowołane ręce, a następnie pół godziny stracił na bezsensowne rozważania na temat słuszności utylizacji Ginny. Po czym co zrobił? Naraził ziemię swego ogródka na mało ekologiczny odpad, przez pozbycie się którego wciąż czuł się niezaspokojony. Jak w takim stanie wytrzyma na ćwiczeniach? Zastanawiał się też, czy jego życie zawsze będzie tak wyglądać. Czy zawsze będzie myślał tylko o jednym? Nie, przecież to niemożliwe. Tak być nie może. Ludzie nie chodziliby do pracy, lekarze nie przeprowadzaliby długotrwałych operacji, piloci nie mogliby się skupić na ekranach radarów. Kiedy to mija? To cholerne pożądanie! Przecież nie doświadcza tego jako jedyny dwudziestolatek na ziemi? Szedł dalej. Minął aptekę, w której on (tak, on) w białym kitlu stoi za kontuarem i sprzedaje krople na serce oraz syropy. Wszystko to oczywiście z jak największą marżą. W końcu apteka to nie Caritas. Albo stoi na zapleczu i przygotowuje lekarstwo. Odmierza gramy proszków, pakuje wszystko do przezroczystych fiolek, po czym myli etykiety i trafia do więzienia za otrucie człowieka. W więziennej celi przechodzi przemianę i zostaje mnichem buddyjskim, który wie, jak radzić sobie z pożądaniem, namiętnością i chciwością, której, co zauważył ostatnio, też często ulegał. W ogóle coraz częściej przychodziły chwile zwątpienia. Chyba przechodził jakiś kryzys. Może to przez sesję? Jeśli jednak bycie więźniem wydawało się bardziej kuszące od bycia farmaceutą… Może należało się nad tym zastanowić? „O, tak, tak” – słyszał głos ojca. „Już ty za dużo nie kombinuj. Zobaczysz, rodzina, dzieci. Własna apteka to luksus. Przecież wiesz, że ci pomożemy. Pomyśl tylko: ludzie chorują. Zawsze będą chorować. Zawsze wyjdziesz na swoje. A kontrakty z firmami? Z tego też niezłe kokosy. Wczasy, sprzęt AGD. Tak. Tylko teraz ci się wydaje, że to wszystko leży na ulicy. Zobacz na mnie, na mamę. Tyle lat pracy i co wielkiego mamy? Ty będziesz miał już start. Od początku na swoim. No i sobie do kieszeni robisz, a nie prezesowi. Jeszcze nam za to wszystko podziękujesz!” – kończył. Zawsze tak kończył. „Jeszcze nam za to wszystko podziękujesz!” – tak mówił do niego dziadek, a do dziadka pradziadek.

Doceniał to