Mroczna strona gór - Maria Coffey - ebook + książka

Mroczna strona gór ebook

Maria Coffey

0,0
30,80 zł

Opis

Wspinacze uważają, że ich pasja jest warta ponoszonego ryzyka. Ale kiedy dojdzie do tragedii, co dzieje się z ich bliskimi? Jak radzą sobie w cieniu góry? Dlaczego planują przyszłość z osobą, która stale ryzykuje życie? Te pytania we wspinaczkowym świecie długo pozostawały niewypowiedziane. Maria Coffey załamała to tabu po tym, jak jej partner, Joe Tasker, zaginął na północno-wschodniej grani Everestu.Coffey zaczyna tam, gdzie skończył Jon Krakauer. Opisuje to, co dzieje się po tragicznych wypadkach wspinaczkowych. Mówi o stracie głosami najlepszych światowych wspinaczy oraz ich rodzin i partnerów – Conrada Ankera, Chrisa Boningtona, Anatolija Bukriejewa, Lynn Hill, Joego Simpsona, Eda Viestursa i wielu innych.

Więc jak w końcu jest? Warto kochać wspinacza…? „Mroczna strona gór” zadaje to pytanie. Ale czy na nie odpowiada? Zapraszamy do lektury.

Książka zdobyła prestiżową amerykańską nagrodę National Outdoor Book Award.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 316




Maria Coffey

„Where the mountain casts its shadow: the dark side of extreme adventure”

First St. Martin’s Griffin Edition: April 2005

ISBN 0-312-33901-1

Przekład z języka angielskiego: Grażyna Tłaczała

Wydawnictwo Sklepu Podróżnika

ul. Grójecka 46/50

02-320 Warszawa

tel. (22) 658-46-26; e-mail: [email protected]

www.podroznik.com.pl

© Copyright by Przemysław Chlebicki 2013

ISBN: 978-83-7136-165-4

Redakcja: Agata Kozłowska

Współpraca: Ewa Pietraszek

Projekt okładki: Igor Browiński

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl

Dagowi

Nie ma słońca bez cienia

trzeba też znać noc

Albert Camus

Podziękowania

To mój mąż Dag jako pierwszy zasugerował, bym napisała tę książkę. W trakcie całego przedsięwzięcia nie szczędził mi zachęty, wspierając swą miłością, śmiechem, opieką i przyjaźnią. Słuchał cierpliwie, gdy czytałam niezliczone szkice i udzielał nieocenionych wskazówek oraz uwag redakcyjnych, z których wiele uwzględniłam w tekście. Za to wszystko, i za znacznie więcej, nigdy nie będę w stanie wystarczająco mu podziękować.

Ogromne podziękowania winna jestem Bernadette McDonald, Shannon O’Donaghue i wszystkim pracownikom Centrum Kultury Górskiej w Banff, którzy wspierali moje badania, hojnie oferując kontakty, zapraszając na festiwale górskie, ułatwiając wywiady i nieustannie mi kibicując.

Jestem także wdzięczna Bernadette McDonald oraz szczególnie Jeffowi Long, za zapoznanie mnie z Susan Golomb, moją wspaniałą agentką literacką. Jej wiara w tę książkę pomagała mi na wszystkich etapach tworzenia. Zachęta, rady i wnikliwe oko redaktorskie Susan były nieocenione. Jestem jej wdzięczna za to i za nieustanne wzniecanie we mnie żaru, gdy było to najbardziej potrzebne. Dziękuję Robertowi Bellowi i Amivie Pierce za życzliwą i cierpliwą pomoc.

Podziękowania i głębokie wyrazy uznania kieruję również do Tony’ego Whittome’a z Random House za zaangażowanie w tę książkę oraz nieocenioną pracę redakcyjną, entuzjazm, zachętę i wsparcie. Dziękuję także Jamesowi Nightingale’owi za pracę nad tekstem.

Izabella Gutmanis dołączyła do tego projektu, gdy wypłynął na pełne wody, i pomogła pewną ręką doprowadzić go bezpiecznie do brzegu. Dziękuję jej za pełną pasji, wnikliwą pracę redakcyjną oraz zainteresowanie, które znacznie przekroczyło zakres jej obowiązków.

Miałam przywilej wzięcia udziału w Programie Dziennikarstwa Kulturowego, który odbył się w 2002 roku w ośrodku w Banff. Pracowałam tam nad fragmentami książki z fachową i inspirującą pomocą redaktorów uczestniczących w programie: Iana Pearsona, Alberto Ruy Sancheza i Moiry Farr oraz gościnnych wykładowców: Marnie Jackson, Lawrence’a Weshlera i Iana Browna. Dziękuję im, współuczestnikom wykładów, Kathy Morrison, Carol Holmes i całemu zespołowi zajmującemu się projektem za tak inspirujący, radosny i pamiętny miesiąc.

Jak zwykle pomagali mi moi koledzy i przyjaciele pisarze. Kluczową rolę wśród nich zajmują Tom i Kathy Hornbein, zaangażowani w ten projekt od samego początku. Byli moimi mentorami, analizując wraz ze mną wiele kwestii, hojnie oferując pomoc, kontakty i gościnę oraz drobiazgowo czytając i komentując dwie różne wersje rękopisu. Jestem im wdzięczna za towarzystwo podczas tej długiej drogi. Carol Matthews stanowiła ogromne źródło inspiracji i intuicyjnie odsyłała mnie we właściwym czasie do właściwych książek. Alison Watt wspierała mnie wielokrotnie i wraz z mężem, dr. Kimem Watermanem, przeczytała oraz skomentowała pierwszy rozdział. Karen „Kaz” Connelly przeczytała wstępny szkic pierwszych czterech rozdziałów. Valley Hennell towarzyszyła przy pisaniu tekstu na tył okładki. Wraz z Rickiem Scottem opowiadała nam podczas niejednego obiadu o kłopotach i zwycięstwach w życiu freelancera. Barb LeBrasseur sprawnie pomagała w tłumaczeniu wywiadów. Geoff Powter zapoznał mnie z pojęciem przepływu i zweryfikował merytorycznie bibliografię alpinistyczną w końcowej wersji rękopisu. Roger Hubank, Julie Summers i Joan Skogan podzielili się uwagami i przemyśleniami na temat bohaterów. Dziękuję im wszystkim, a także Jennifer Jordan i Teresie Girard za gościnność, Sarze Whitner za zrozumienie i Janet Rae Brookes za zainteresowanie projektem. Specjalne podziękowania należą się mojej mamie Bee za nieustającą miłość i wsparcie.

Jestem ogromnie wdzięczna niżej wymienionym osobom, które wspaniałomyślnie pozwoliły przeprowadzić ze sobą wywiady. Poruszyła mnie szczerość i odwaga, jaką wykazali, dzieląc się głęboko osobistymi i często bardzo bolesnymi historiami. Choć nie wszystkie te osoby figurują w książce, dźwięczą w niej ich opowieści przedstawiające i objaśniające poruszane tematy. Na moje serdeczne podziękowania zasłużyły następujące osoby: Jean Allen, Bernard Amy, Conrad Anker, Pete Athans, George Band, Patrick Berhault, Beth (Burke) Bevan, Barry Blanchard, Dorothy Boardman, Chris Bonington, Wendy Bonington, Daniel Bonington, Rupert Bonington, Christine Boskoff, Peggy Bridwell, Helen Brown, Zoe Brown, Michael Brown, Carlos Buhler, Celia Bull, Lorna Burgess, Sara Burke, Carlos Carsolio, Tserin Cheesmond, Greg Child, Yvon Chouinard, Andréa (Harlin) Cilento, dr Charles Clarke, Julie Ann Clyma, Bee Coffey, Mick Coffey, Vance Culbert, Patricia Culver, Jim Curran, Steph Davies, Catherine Destivelle, Kurt Diemberger, Bill Dougherty, Ed Douglas, Annie (Wickwire) Dulucchi, Carolyn Estcourt, Tom Estcourt, Caroline Fanshawe, Jim Fotheringham, Gary Guller, John Harlin, Adele Harlin, Marilyn Harlin, Elizabeth Hawley, Jochem Hemmleb, Lynn Hill, Leo Houlding, dr Tom Hornbein, dr Kathy Hornbein, dr Charles Houston, Raymond Huey, Tomaž Humar, Sue Ibara, Chokki Jangbu (którą tłumaczył Lhakpa Doma), Cherie Bremer-Kamp, Andy Kirkpatrick, Mandy Kirkpatrick, Tami Knight, Goran Kropp, Bronco Lane, Cari Link, Robert Link, Bill Lockwood, Dottie Lowe, Jim Lowe, George Martin, Cecilia Mortenson, Greg Mortenson, Tara Mortenson, Beth Malloy, Jean MacIntyre, Andrew McLean, Andy McNeigh, Ellen Miller, Catherine Mulvihill, Sam Naifeh, Hilary Nunn, Andy Parkin, Roger Payne, Gary Pfisterer, John Porter, Dean Potter, Geoff Powter, Paul Pritchard, Jane Pritchard, Alice Purdey, Gillian (Cheesmond) Quinn, Marcia Read, Hilary (Boardman) Rhodes, Sarah Richard, Rick Ridgeway, Rob Rowlands, Liz Robbins, Royal Robbins, Audrey Salkeld, dr Rebecca Saltonstall, Doug Scott, Jan Scott, Sharu Prabhu Scott, dr Ruth Seifert, Tom Shaw, Erin Simonson, Eric Simonson, Joe Simpson, Brummie Stokes, Steve Sustad, Deborah Sweeney, Lauren Synnott, Mark Synnott, Robina Thexton, Sue Thompson, Henry Todd, Mark Twight, Stephen Venables, Ed Viesturs, Paula Viesturs, Ed Webster, Peter Whittaker, Jim Wickwire, Mary Lou Wickwire, Louise Wilson, Sharon Wood, Linda Wylie, Jane Yates, Simon Yates.

Wyrazy współczucia składam rodzinom Gorana Kroppa i Jan Scott, którzy zmarli, zanim książka ukazała się w druku.

Każdemu, kogo mogłam nieumyślnie przeoczyć, składam przeprosiny i wyrazy wdzięczności.

Wstęp

Świat potrzebuje ryzykantów. Inspirują, rzucają wyzwania, zachęcają. Wzniecają iskry i rozpalają płomienie, które płoną jeszcze długo po ich śmierci. Mają odwagę robić to, co wydaje się niemożliwe. Ale nie bez kosztów.

W 1999 roku zostałam zaproszona na coroczny Festiwal Filmów Górskich w Banff, by wziąć udział w seminarium na temat kosztów ryzykownych aktywności. Organizatorka, Bernardette McDonald, próbowała zorganizować to spotkanie od wielu lat, lecz dotąd nie była w stanie znaleźć wystarczającej liczby osób ze społeczności wysokogórskiej, które zgodziłyby się uczestniczyć w panelu. Jest to temat, którego większość wspinaczy unika. W końcu zebrała cztery osoby chętne do rozmowy: dwóch czynnych alpinistów, człowieka, którego kariera wspinaczkowa nagle się zakończyła, gdy został częściowo sparaliżowany po tym, jak spadający kamień uderzył go w głowę, i mnie – dziewczynę brytyjskiego himalaisty Joego Taskera. W ciągu dwóch i pół roku, które z nim spędziłam, Joe wyjechał na cztery himalajskie wyprawy. Ostatnia była na Everest, gdzie wraz z Petem Boardmanem zaginęli na północno-wschodniej grani.

Udział w tym seminarium był onieśmielającym doświadczeniem. Siadłam naprzeciwko gwiazd alpinizmu i słuchaczy-entuzjastów wspinaczki, jako świadek kosztów ich pasji. Opisywałam, jak intensywny i ekscytujący był mój związek z Joem, jak wiele wniósł do mojego życia. Kiedy jednak opowiedziałam o jego śmierci i wyraziłam opinię, że wspinacze ryzykują złamanie życia i serca osobom, które najbardziej ich kochają, napięcie słuchaczy wzrosło. Z dyskusji, która potem nastąpiła, wyraźnie wynikało, że podążając na wprost, minęłam znak „wstęp wzbroniony” i wkroczyłam na pilnie strzeżone terytorium. Jednak zapanowało także poczucie ulgi, że temat, będący tabu wśród wspinaczkowej elity, wyszedł na światło dzienne. Że usłyszano drugą stronę wspinaczkowej opowieści.

Seminarium w Banff zapoczątkowało tę książkę. Podczas badań rozmawiałam z rodzinami alpinistów z całego świata, osamotnionymi na skutek górskiego wypadku i tymi, które szczęśliwie zdołały uniknąć najgorszych konsekwencji wspinaczki. Wyszłam poza zwykłe dociekanie, dlaczego ludzie się wspinają, pytając, czemu ktoś z własnej woli miałby pokochać osobę, która stale ryzykuje życie w wysokich górach. Jakie są koszty i korzyści takiej decyzji? Rozmawiałam także z ludźmi, którzy nie mają wyboru – rodzicami i dziećmi wspinaczy. Dzięki tym rozmowom prześledziłam ponownie własną historię i powody, dla których zdecydowałam się dzielić życie z mężczyzną kochającym góry.

Przełamywanie tabu jest ryzykowną sprawą. Mam nadzieję, że ta książka wznieci płomienną dyskusję o wpływie wspinaczki na ludzkie życie – o oślepiającym blasku i mrocznej stronie ryzyka.

Rozdział I  Chwile doskonałości

Jim Wickwire leży w płachcie biwakowej na krawędzi szczeliny, bacznie nasłuchując. Głuchy łoskot, kiedy od ściany odrywa się głaz. Odległe, przeciągłe skrzypienie, gdy lodowiec pełznie niedostrzegalnie w dół doliny. Poza tym nic. Skostniały z szoku i wyczerpania zapada w krótki sen. Po przebudzeniu przeżywa chwilę zapomnienia, krótkiego wytchnienia od rzeczywistości.

Znajduje się na północnym zboczu Denali, najwyższego szczytu Ameryki Północnej. Te partie góry są rzadko odwiedzane przez wspinaczy. Nie docierają tu grupy z przewodnikami ani regularne czartery, nie ma nikogo na wiele kilometrów wokół. Radiotelefon Jima jest tutaj bezużyteczny, nie może zadzwonić po pomoc.

Zmierzch przechodzi w noc. Pojawiają się gwiazdy. Jim wyobraża sobie swoją żonę Mary Lou i piątkę dzieci śpiących w Seattle pod tymi samymi konstelacjami.

Nagle z głębi poniżej niego ponownie dobiega śpiew. Wysoki i piskliwy, słabszy niż poprzednio, odbijający się niesamowitym echem od lodowych ścian. Uczniowska piosenka wydobyta z powoli uruchamianej pamięci. Głos z grobowca.

Gwiazdy nad Jimem zamazują się i migoczą poprzez łzy. Siedem i pół metra niżej młody mężczyzna został złapany w lodowe trzewia szczeliny i powoli, majacząc, zamarza na śmierć.

Dziewięć godzin wcześniej Jim Wickwire szedł radośnie na rakietach śnieżnych w dół lodowca Petersa. Jego partner wspinaczkowy, Chris Kerrebrock, znajdował się z przodu, szukając bezpiecznej drogi przez pole lodowych szczelin. Na linach pomiędzy wspinaczami przymocowane były ciężko załadowane sanie, które Jim przyhamowywał, gdy nabierały zbyt dużej prędkości. Szli pod ścianę Wickershama, mając nadzieję wytyczyć nową drogę na tej zdradliwej, podatnej na lawiny ścianie Denali. Był to ich pierwszy wspólny wypad. W następnym roku planowali dołączyć do wyprawy na północną ścianę Everestu. Ta wspinaczka stanowiła okazję, by do siebie przywyknąć, wzajemnie się poznać. Czterdziestoletni Jim był weteranem himalajskich ekspedycji, a o piętnaście lat młodszy Chris właśnie zaczynał karierę w najwyższych pasmach górskich świata.

Gdy zatrzymali się na odpoczynek, Jim zaoferował przejęcie prowadzenia, lecz Chris odmówił. Ta decyzja kosztowała go życie. Godzinę później załamała się pod nim śnieżna skorupa i wpadł do szczeliny, pociągając za sobą sanie i Jima. Ich upadek został gwałtownie zatrzymany w miejscu, gdzie ściany szczeliny wybrzuszyły się do wewnątrz, zwężając ją do pół metra. Plecak Chrisa zaklinował się ciasno w wąskiej szparze i uwięził pod spodem górną część jego ciała. Chris wisiał zakleszczony twarzą do dołu, wpatrując się w pustkę.

Dwadzieścia lat później Jim rozciągnął się na podłodze salonu w swoim domu w Seattle, demonstrując pozycję Chrisa w szczelinie. „Wolno majtały się tylko jego nogi” – opowiadał. „Jedno z ramion wywinęło się do góry wzdłuż plecaka – widoczna była tylko górna część ręki. Z kąta, pod jakim ramię było zgięte, podejrzewałem, że jest złamane. Chwyciłem rękę Chrisa – nie miał w niej w ogóle czucia. Krzyczał do mnie, bym go wydostał”.

Podczas upadku Jim złamał bark, unieruchamiając lewe ramię. Przez sześć godzin próbował ratować swojego przyjaciela. Ponaglany jego nieustannym, panicznym błaganiem zdołał wspiąć się centymetr po centymetrze w górę szczeliny. Po znalezieniu się na powierzchni próbował wyciągnąć go z pomocą liny. Gdy okazało się to niemożliwe, zszedł z powrotem do szczeliny i szarpał za plecak pod wszystkimi kątami, jednak ten się nie ruszył. Próbował go rozciąć, by go opróżnić, lecz plecak był tak ciasno wciśnięty pomiędzy lodowe ściany, że stał się twardy jak kamień. Jim pracował do utraty sił – bez powodzenia. A Chris zmagał się z demonami – intensywnym zimnem i przenikliwym lękiem. „Wciąż mówił: «Musisz sobie z tym poradzić, Wick. Musisz znaleźć sposób». Przeszedł przez etapy opisywane przez psychiatrę Elisabeth Kubler-Ross, przeżywane przez ludzi zbliżających się do śmierci – zaprzeczenie, gniew, polemikę, depresję i akceptację. Wszystko w ciągu paru godzin”.

Przed osiągnięciem stadium akceptacji Chris prosił o różne rzeczy. Powiedział Jimowi, by ten wspiął się za niego na Everest i umieścił na wierzchołku ustnik od jego trąbki. Przekazał pożegnania dla swoich bliskich. Potem poprosił przyjaciela, by pomógł mu umrzeć szybko, czego Jim nie zamierzał zrobić. „Spytałem, czy chce się pomodlić. Odpowiedział, że nigdy nie przywiązywał do tego wielkiej wagi. Zapytałem: «Chris, czy chcesz tu pozostać, czy wolisz, żeby cię wydobyto?». Odpowiedział, żeby zadecydował jego ojciec”.

Dodając otuchy Chrisowi, Jim został w głębi szczeliny do wpół do dziesiątej wieczorem. „Byłem już wtedy kłębkiem nerwów, a Chris zaczynał mówić nieskładnie, lecz nalegał bym wrócił na górę. Najgorszą rzeczą było pożegnanie się, wdrapanie na górę i wsunięcie do płachty biwakowej, ze świadomością, że tam w dole Chris wciąż żyje, że umiera. Czułem kompletną rozpacz, że go nie uratowałem. A potem usłyszałem jego śpiew w środku nocy...”

Przed drugą w szczelinie zapadła cisza. Zmagania Chrisa dobiegły końca, lecz walka Jima o życie dopiero się rozpoczęła. Był ranny, na odludnym lodowcu, niemal bez jedzenia i wody. Schronienie zapewniała mu jedynie płachta biwakowa. Pewną nadzieję pokładał w pilocie, który wysadził ich tydzień wcześniej, obiecując, że jeśli pogoda będzie dobra, przeleci w pobliżu, by zobaczyć, jak im idzie. Myśli o żonie i dzieciach przytłoczyły Jima, przepełniając go żalem, przypominając, czym ryzykował. Była to jego dziesiąta wyprawa w ciągu ostatnich dziewięciu lat. Przyrzekł sobie, że jeśli przeżyje, wycofa się z ekspedycji na Everest i porzuci poważne wspinanie.

Leżał na lodzie przez cztery dni. Piątego dnia głód zmusił go do zejścia z powrotem do szczeliny i wydobycia z sań jedzenia. „Szczelina budziła odrazę” – opowiadał. „Czułem się, jakbym wchodził do grobowca”. Znalazł krakersy, margarynę, miód i dżem.

Tydzień po wypadku uświadomił sobie, że aby przeżyć, musi przemieścić się w górę lodowca i przejść przez przełęcz na drogę zachodnim filarem. Tam mógł znaleźć pomoc. Odmówił obok szczeliny modlitwę i zostawił tyczkę z przyczepioną do niej notatką wyjaśniającą, co się wydarzyło. „Na wypadek, gdybym nie wrócił”. Przez kilka dni szedł chwiejnie pod górę, ciągnąc za sobą plecak w płachcie biwakowej. Czasami czołgał się na rękach i kolanach, sondując przed sobą czekanem obecność szczelin. Nadeszła burza, przynosząc mróz i wiatr o prędkości siedemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę. Trwała cztery dni, unieruchamiając go we wnętrzu płachty biwakowej, zasypując śniegiem.

W końcu niebo się przejaśniło. Jim usłyszał nad sobą samolot. Włączył radiotelefon i skontaktował się z pilotem. Od śmierci Chrisa minęło trzynaście dni. Po paru godzinach Jim znajdował się w bezpiecznej parkowej strażnicy i dzwonił do żony, obiecując porzucić poważne wspinanie.

Przyjechałam do domu Jima Wickwire’a w słoneczny jesienny dzień 2001 roku. Było to moje pierwsze spotkanie z nim i jego żoną, ale i tak powitali mnie jak starą przyjaciółkę, nalegając, bym została na lunch. Jeden kąt ich przestronnego salonu przeznaczony był na dziecięce zabawki. Jim z dumą pokazał mi zdjęcia bliźniaczek ich najstarszej córki. Wraz z Mary Lou, jako kochający dziadkowie opiekowali się dzieciakami przez dwa dni w tygodniu.

Jim przyznał, że jak na alpinistę jest szczęściarzem – ma sześćdziesiąt jeden lat i nadal żyje, ciesząc się wnuczkami. Nie dotrzymał obietnicy, którą złożył sobie na Denali. Nadal jeździł na wyprawy – zaledwie na miesiąc przed naszym spotkaniem był pod Everestem, przewodząc ekipie wspierającej Eda Hommera, który jako pierwsza osoba z amputowanymi obiema nogami próbował wejść na szczyt. Będąc jeszcze w bazie, Jim odczuł nagły, niezwykle silny ból głowy. W obawie, że jest to objaw ostrzegawczy udaru lub tętniaka, wrócił do domu. Szczegółowe badania nie ujawniły niczego groźnego. Jim przyznał, że być może była to jego ostatnia wyprawa, ale nie wydawał się tym zmartwiony. „Z wiekiem człowiek ogromnie się stabilizuje” – stwierdził. „Te wszystkie lata sprawiły, że płomienie mojej ambicji palą się mniej gwałtownie niż wtedy, gdy byłem młodszy”.

Przyjechałam do niego z pytaniem, dlaczego niektórzy ludzie decydują się opuścić rodzinę i bezpieczny dom dla surowego, bezlitosnego otoczenia, pełnego niewyobrażalnych zagrożeń. Jim wielokrotnie dokonywał takiego wyboru podczas swojej długiej wspinaczkowej kariery. Jako młody ojciec przez trzy lata z rzędu wyjeżdżał na wyprawy i ominęły go narodziny jednego z synów. Dwa dni po tym, jak jego syn skończył dziewięć lat, obserwował w alaskańskim paśmie Fairweather śmiertelny upadek swoich dwóch przyjaciół – Ala Givlera i Dusana Jagersky’ego. Postanowił ograniczyć swoje ekspedycje. W rok później leżał na K2, przetrzymując noc pod gołym niebem na wysokości 8458 metrów. Lecząc wynikłe z tego zapalenie płuc, opłucnej i zatory płucne, rozważał porzucenie himalaizmu na dobre. Po czym pojawiła się okazja wejścia na Everest. Wspinaczka na Denali była wyprawą rozgrzewkową. Leżąc na lodowcu Petersa, wstrząśnięty śmiercią Chrisa, przysiągł sobie, a następnie żonie, że wycofa się z ekspedycji na Everest zaplanowanej na następny rok. Złamał obietnicę, nie będąc w stanie odeprzeć pragnienia, by, jak to ujął, „wziąć życie w objęcia i ponownie się wspinać”. Na Evereście, na wysokości 7925 metrów patrzył, jak Marty Hoey wysuwa się ze swojej uprzęży, spada w dół i ginie. Tamtej nocy napisał w swoim dzienniku: „Najwyższy czas, by zacząć wynagradzać żonie, rodzinie i społeczeństwu lata, które spędziłem, zajmując się tym niemal całkowicie egoistycznym zajęciem. Muszę odszukać «nowy świat», który obiecałem odnaleźć rok temu, osamotniony na Denali”. Kilka dni po tym wpisie znów poszedł w górę, podejmując kolejną próbę wejścia na szczyt.

Starając się wytłumaczyć swoją tęsknotę za górami, Jim napisał książkę „Addicted to Danger”, czyli „Uzależniony od ryzyka”. „Wybrałem tytuł, po czym starałem się nakłonić wydawców, by go zmienili” – powiedział mi. „Nie podobał mi się fragment mówiący o uzależnieniu, nie chciałem otwarcie się do tego przyznać. Myślałem, że moi wspinaczkowi przyjaciele uznają to za niedorzeczne. Nie wycofuję się z niczego, co opisałem w tej książce jako uzależnienie. Wycofuję się tylko z tytułu”.

Niektórzy z przyjaciół i rówieśników Jima mówią jednak prawie to samo. „Wspinaczka jest uzależnieniem” – napisała Linda Givler w dwa lata po śmierci swojego męża na Alasce, sama uprawiająca wspinaczkę. „Jesteśmy na znacznie większym haju niż mógłby sobie wyobrazić jakikolwiek narkoman. Nasza klątwa wynosi nas na fizyczne i psychiczne wyżyny oraz zaspokaja pragnienie wypróbowania swoich sił. Czujemy się zdrowi i szczęśliwi, nie dostrzegamy, że to, co robimy, może być złe”.

We wstępie do zbioru swoich wysokogórskich esejów „Eiger wyśniony” Jon Krakauer napisał o próbach ograniczenia swojego wspinania: „Czuję się dziś jak alkoholik, któremu udało się zamienić tygodniowe popijawy na parę piw w sobotni wieczór”.

Reinhold Messner używa podobnej analogii. „Konieczność wytrwania, lęk, udręka zimna i stan pomiędzy przetrwaniem i śmiercią są tak silnymi doświadczeniami, że ciągle ich pragniemy. Stajemy się uzależnieni. Co dziwne, usiłujemy bezpiecznie wrócić, a potem staramy się znów powrócić do niebezpiecznych aktywności”.

W maju 1997 roku, podczas oczekiwania na Evereście aż zelżeje wiatr, filmowiec David Breashears żartobliwie utworzył grupę samopomocy „Anonimowych Everestowców” dla wspinaczy, którzy nie są w stanie oprzeć się urokowi tego szczytu. Około tuzina statutowych członków uświadomiło sobie, że spędzili na zboczach Everestu zdecydowanie zbyt dużo czasu. Uzgodnili, że kiedy poczują znów jego przyciąganie, zadzwonią do siebie, by wesprzeć się w zwalczeniu pokusy. W 1999 roku stworzony został system grzywien dla wyłamujących się. Gdy Pete Athans się złamał, grupa uchyliła jego grzywnę, lecz ostrzegła, że po ponownym powrocie na szczyt kara zostanie przywrócona i podwojona. Na wiosnę 2002 roku Pete wszedł na wierzchołek Everestu po raz siódmy. Spłacanie kary, obecnie około 2000 dolarów, trwa.

Co dokładnie wspinacze uznają za tak uzależniające we wspinaczce? „Jest wiele aspektów” – twierdził Jim Wickwire. „Jeden z nich jest fizyczny”. Przytoczył przeprowadzone badania odnośnie roli dopaminy – substancji chemicznej, która wraz z adrenaliną i endorfinami napływa do systemu nerwowego w okresach stresu lub silnej ekscytacji, odgrywając rolę środka przeciwbólowego i zapewniając dobre samopoczucie. Badania z lat 80. wskazały, że jest to odczucie uzależniające. Dla osób, które stały się niewolnikami przyjemnego uczucia doświadczanego po energicznym ćwiczeniu, ukuto termin „haj biegacza”. Sporty ekstremalne stanowią jeden ze sposobów na utrzymanie napływu dopaminy.

Nazwanie czegoś „uzależniającym” sugeruje jednak, że to patologia, a wspinaczka, co dość oczywiste, nie jest chorobą. Jednym zapewnia rekreację, ćwiczenia fizyczne i daje radość z przebywania na świeżym powietrzu. Dla innych jest głęboką potrzebą, czymś, bez czego nie mogą żyć. Tak silne pragnienie jest jak zew. W 1961 roku pewna polska osiemnastolatka udała się po raz pierwszy na skalną wspinaczkę. „Byłam nią całkowicie owładnięta” – pisze Wanda Rutkiewicz, która została później jedną z wiodących światowych himalaistek. „To przeżycie stanowiło coś w rodzaju wewnętrznej eksplozji. Wiedziałam, że w jakiś sposób naznaczy resztę mojego życia”.

Czasami sygnały pojawiają się znacznie wcześniej. „Zawsze piął się w górę, od osiemnastego miesiąca życia” – stwierdziła matka brytyjskiego himalaisty Petera Boardmana. Wspomina, jak zaczynał wspinanie od krzeseł i stołów, czyniąc postępy przeszedł na ogrodowy płot, złotokap, a następnie, gdy ten zaczął uginać się pod jego ciężarem, na wyższy jawor. Wzgórza, klify, góry – następowały bez końca, dopóki nie wszedł na wierzchołek Everestu. Ale nawet wtedy potrzeba nie została zaspokojona.

Dla Jima Wickwire’a wspinaczkowa obsesja zaczęła się od książek, a szczególnie „Annapurny” Maurice’a Herzoga – relacji z pierwszego wejścia na ośmiotysięcznik w 1950 roku. Herzoga i Louisa Lachenala podczas zejścia ze szczytu złapała burza, zmuszając do spędzenia nocy w szczelinie. Obaj ulegli straszliwym odmrożeniom, które doprowadziły do amputacji. Oznaczało to, że nigdy już nie będą się wspinać. „Są inne Annapurny w życiu człowieka...” – brzmią słynne słowa Herzoga kończące książkę. Jim przyznaje, że wielokrotnie podczas swojej długiej wspinaczkowej kariery przypominał je sobie i próbował wziąć pod uwagę, rezygnując ze wspinania, lecz z niewielkim skutkiem.

W lutym 2003 roku ponownie z nim rozmawiałam. Za sześć tygodni miał wrócić na Everest, z nadzieją na zdobycie go północną granią. Spytałam, co wznieciło te „płomienie ambicji”, które, jak sądził, niemal wygasły. O dziwo, była tym śmierć dobrego przyjaciela. We wrześniu Jim wspinał się na Mount Rainier. Prowadził ekipę, w której znajdował się Ed Hommer przygotowujący się do drugiej próby wejścia na Everest. Ze zboczy zleciała w ich kierunku skała rozmiarów piłki futbolowej. Jim usłyszał, jak nadlatuje i krzyknął ostrzegawczo. Gdy Ed obrócił się, by usunąć się z toru jej lotu, uderzyła go w czubek głowy, zabijając na miejscu. Półtora miesiąca później Jim ustalał własne plany odnośnie do Everestu.

„W sposób, którego nie umiem w pełni wyrazić, przejście przez depresję, smutek i pierwsze stadia żałoby po śmierci Eda sprawiły, że wróciłem do życia. Jej zupełna przypadkowość, fakt, że wydarzyło się to na Mount Rainier, na tej właśnie drodze, która jest normalnie bardzo bezpieczna, uświadomiły mi, że nie chcę po prostu dożyć podeszłego wieku. Jeśli jestem nadal zdolny do wejścia na Everest, jeśli mogę uczynić to bezpiecznie i nie podejmując niepotrzebnego ryzyka, dlaczego mam nie pojechać i tego nie zrobić? Tak więc jest to prezent od Eda Hommera. W ten sposób na to patrzę”.

Podkreślał, że nie potrzebuje niczego udowadniać. Nie musi dotrzeć na wierzchołek Everestu, liczy się sama próba wejścia. Twierdził, że będzie ostrożny ze względu na żonę, piątkę dorosłych dzieci i, co najważniejsze, wnuczki-bliźniaczki.

„Dziewczynki mają teraz pięć i pół roku. Chcę być w pobliżu, by obserwować jak rosną. Dowiedzieć się, jakie okażą się w wieku lat dwudziestu bądź trzydziestu. Stanowią dla mnie największy hamulec przed popełnieniem w górze czegoś głupiego”.

Na Zachodzie żyjemy w stosunkowo bezpiecznych czasach, odizolowani od większości zagrożeń, z którymi mieli do czynienia nasi przodkowie. Niektórym ludziom brakuje elementu ryzyka i niepewności. Poszukują go, a w razie potrzeby stwarzają. Psychiatra dr Ruth Seifert zwróciła uwagę na to, że dziewiętnastowieczni włoscy i brytyjscy alpiniści byli zamożnymi, utytułowanymi ludźmi, posiadającymi wszystko, czego potrzeba do wygodnego życia. „Dlaczego więc jechali wspinać się w niebezpiecznych górach? Nie umieli tak po prostu siedzieć i rozkoszować się tym, co mieli w domu. Ruszali więc na wyprawy. Jest w ludziach coś instynktownego, co sprawia, że sam taki komfort nie wystarcza ich duszom”.

Latem 2001 roku uczestniczyłam w targach outdoorowych w Salt Lake City w stanie Utah. Ta ogromna handlowa ekspozycja przedstawiała najnowsze ubrania i sprzęt do wszelkich sportów ekstremalnych, stanowiąc świadectwo współczesnej potrzeby ryzyka. Wśród sławnych alpinistów reprezentujących na targach swoich sponsorów był Conrad Anker. W 1999 roku odkrył on ciało George’a Mallory’ego, który w 1924 roku wraz z Sandym Irvinem zaginął wysoko na zboczach Everestu. W kilka miesięcy po tym odkryciu Conrad przetrwał na Shisha Pangmie lawinę, która zmiotła jego najbliższych przyjaciół – Dave’a Bridgesa i Aleksa Lowe’a. Odkąd Conrad poślubił wdowę po Aleksie i został ojczymem jej trójki dzieci, przyrzekł ograniczyć ryzyko, które podejmował w górach. Przyznał jednak, że nie było to łatwe zobowiązanie. Sądzi, że potrzeba ryzykownych przedsięwzięć jest nieodzownie wpisana w charakter niektórych ludzi, stanowi część naszej naturalnej ewolucji.

„Dlatego ryzykanci muszą wyjść na polowanie, z tą różnicą, że nie polują już na zwierzęta, nie dostarczają dziczyzny na stół. Wychodzą i sprawdzają się w obliczu wyzwań. Tu chodzi o ich ego”.

A co z kobietami? Steph Davies z Moab w stanie Utah pokonała kilka z najambitniejszych wielkościanowych dróg na świecie. Na początku 2002 roku jako pierwsza kobieta wspięła się na główne szczyty w patagońskim masywie Fitz Roy. Jak na ironię, góry są dla niej miejscem, gdzie czuje się najbezpieczniej i panuje nad sytuacją. Steph dorastała w Waszyngtonie i uczęszczała na uniwersytet w Maryland, gdzie kobietom odradzano samotne nocne spacery. Pamięta życie w atmosferze nieustannej obawy o własne bezpieczeństwo. „ W górach czuję się bezpieczna, bo nic potwornego mi się w nich nie przytrafi. Ryzyko związane ze wspinaczką jest niczym w porównaniu z nieustannym niepokojem, czy ktoś nie zamierza cię uprowadzić i zabić. Najbardziej boję się skończyć zamknięta na zawsze w piwnicy przez jakiegoś złoczyńcę. Czy nie lepiej, by uderzyła we mnie skała na zboczu góry?”

Lęk przed ludzkimi drapieżcami dotykał także Wandę Rutkiewicz. Tuż po II wojnie światowej, gdy była dzieckiem, jej braciszek wszedł na minę podczas zabawy na gruzach zbombardowanego domu. W 1972 roku ojciec został zamordowany przez małżeństwo, które wynajmowało połowę jego domu. Zaatakowali go nożami i siekierą, po czym zakopali ciało w ogrodzie. Wydarzenia te napełniły Wandę głębokim strachem. Kobieta, która była na ponad dwudziestu wyprawach i zdobyła osiem ośmiotysięczników, w tym Everest i K2, bała się sama wejść do ciemnej piwnicy lub przebywać nocą samotnie w dużym mieszkaniu. „Ludzie mnie przerażają” – przyznawała przyjaciołom. „Zawsze boję się, że może spotkać mnie coś strasznego”. W 1992 roku wyruszyła w Himalaje na „Karawanę do marzeń”, by zdobyć osiem ośmiotysięczników w czasie jednej wyprawy. Na pierwszym z nich, Kanczendzondze, zaginęła.

W ciągu minionych dwudziestu lat wzrosła liczba kobiet zajmujących się wspinaczką. Jednak wspinanie w wysokich górach pozostaje wciąż aktywnością zdominowaną przez mężczyzn. Alpinistki klasy Wandy Rutkiewicz czy Steph Davies są wciąż w mniejszości. Steph sądzi, że to wysokogórskie obyczaje odstręczają już na samym początku wiele kobiet. „Wkraczasz w męskie środowisko wspinaczy, które może ci się wydawać niedojrzałe i głupie, więc cię nie interesuje i je opuszczasz. Albo rozmawiają wyłącznie o sprzęcie, co wydaje ci się nudne, lub też rywalizują, są agresywni i przyjmują postawę macho. Dla mnie jednak to wszystko nie ma znaczenia – uwielbiam wspinanie tak bardzo, że ignoruję ich styl bycia lub go nie akceptuję”.

Mieszkająca w Kolorado himalaistka Ellen Miller została w 2002 roku pierwszą Amerykanką, która weszła na szczyt Everestu zarówno od południowej, jak i północnej strony. Na większości swoich wypraw była jedyną kobietą, co częściowo wiąże z charakterem wspinaczki w wysokich górach. „Jest bardzo dokuczliwa i surowa, szczególnie w strefie, gdzie musisz zacząć korzystać z dodatkowego tlenu. Wielu kobiet to po prostu nie pociąga”. Według niej na tę nierównowagę płci ma też wpływ kwestia dzieci. Ellen pracuje obecnie nad książką o kobietach, które weszły na Everest – na swojej stronie poświęconej projektowi odnotowuje osiemdziesiąt dwie[1]. „Dotychczas przeprowadziłam wywiady z około sześćdziesięcioma. Prawie żadna nie miała dzieci, gdy wspinała się na Everest. Dla mnie, i myślę, że dla wielu kobiet, jest to kwestia wyboru: albo chcesz się wspinać, albo mieć rodzinę. Nie sądzę, aby dużo kobiet mogło z powodzeniem zajmować się i jednym, i drugim”.

W dolinie Yosemite w Kalifornii na dziewięciusetmetrowej ścianie El Capitan istnieje droga o nazwie Nos. Wspinaczom pokonanie jej zajmowało zazwyczaj kilka dni. Wciągali za sobą worki ze sprzętem, wbijali w skałę bolty, spali w maleńkich namiotach przymocowanych do ściany. W 1993 roku amerykanka Lynn Hill jako pierwsza przeszła Nos klasycznie, używając liny i sprzętu jedynie do asekuracji. Pierwsza próba zajęła jej cztery dni, druga, rok później, już tylko 23 godziny. Nie ulega wątpliwości, że gdyby Lynn chciała, z takimi zdolnościami, śmiałością i determinacją mogłaby zostać wiodącą himalaistką. Zawsze jednak była nieufna względem wysokogórskiej wspinaczki. Śmierć na Aconcagui jej bliskiego przyjaciela Huguesa Beauzile, w piętnaście lat po tym, jak na tej samej drodze, niemal w tym samym miejscu zginął jej szwagier Chuck, uświadomiły jej, jak wysoką cenę mogą płacić alpiniści i ich bliscy.

W rok po śmierci Huguesa Lynn została zaproszona na wyprawę w góry Kirgistanu z grupą bardzo doświadczonych amerykańskich alpinistów. Byli wśród nich Alex Lowe, Kitty Calhoun, Conrad Anker i Greg Child. Miała pokonywać skalne ściany, nie wchodząc na duże wysokości. Miało nie być zbyt dużo lodu i śniegu. Teren był w dużej mierze nieznany zachodnim wspinaczom. Zaintrygowana i uspokojona klasą swych partnerów zgodziła się pojechać. Podczas miesięcznej wyprawy lawina zabrała ją 25 metrów w dół stoku, wyrzucając na kilkanaście centymetrów przed krawędzią szczeliny. Unikała spadających skał, bez asekuracji trawersowała strome stoki śnieżne, wiedząc, że każde pośliźnięcie byłoby śmiertelne. Kuliła się przerażona na wysokiej półce, kiedy wkoło grzmiała burza z piorunami. Wciąż była świadoma tego, że odosobnienie wyprawy wniosło zupełnie nowy element ryzyka. Tak daleko od jakiegokolwiek źródła pomocy nawet pęknięta kostka mogła oznaczać katastrofę. Jej ostatnią wspinaczką podczas tej wyprawy było pierwsze w pełni klasyczne przejście 1200-metrowej ściany, którą pokonali z Aleksem Lowem w trzy dni. Stała na wierzchołku, ciesząc się wykonaniem zadania i wspaniałą scenerią, ale myślała też o Huguesie, Chucku i wszystkich innych przyjaciołach, których straciła w górach. Zdecydowała, że posunęła się w stronę ekstremalnego alpinizmu dalej, niż kiedykolwiek chciała.

„Uwielbiam wyzwania. Nie chcę już jednak wybierać się w takie miejsca. O wiele więcej ekscytacji i piękna jest dla mnie w dotknięciu, wyczuciu i wyglądzie ciepłej skały. Jest żywa. Wysokie góry są martwe. Tam na górze nie ma żadnego życia. Rozumiem, że wyjazd w nie to przygoda i obcowanie z pierwotnym pięknem, ale nie jest wart ryzyka i niewygody lub krzywdy wyrządzonej bliskim, jeśli zginiesz. A ryzyko śmierci jest tam znacznie większe”.

Był też inny powód decyzji, którą podjęła na tym odludnym szczycie. W Kirgistanie zaczęła myśleć o dzieciach. „A żeby je mieć – powiedziała jesienią 2002 roku, gdy była w czwartym miesiącu ciąży – muszę być żywa”.

Osoby wspinające się na dużych wysokościach przebywają w środowisku, które może ich zabić, jeśli nie są wykwalifikowane, uważne, nie panują nad sytuacją lub po prostu mają pecha. Dla zatwardziałych wspinaczy takie ryzyko to nieodłączny element gry. „Wiesz, że przede wszystkim jest niebezpiecznie. Paradoksalnie, jeśli na jakiejś górze zginęli ludzie, wejście na nią bez utraty życia ma większą wartość” – stwierdził Royal Robbins, jeden z pionierów wielkościanowego wspinania w Ameryce. „Gdyby wspinanie było całkowicie bezpieczne, nie byłoby tak pociągające”.

Jednak na przestrzeni minionej dekady coraz więcej wspinaczy zaczęło publicznie zadawać pytania o cenę wysokogórskiej aktywności. Często słychać wypowiedzi brytyjskiego wspinacza i pisarza Joego Simpsona, którego bestseller „Dotknięcie pustki” opowiada o jego heroicznym wydostaniu się ze szczeliny w Andach Peruwiańskich. „Wspinaczka nieuchronnie niesie ze sobą ryzyko śmierci” – stwierdził. „Niewielu ludzi zadaje publicznie pytania dotyczące wskaźnika śmiertelności, gdyż otwierają one puszkę Pandory. Twoje dość kruche racje odnośnie wspinania mogą nie oprzeć się wnikliwym analizom, więc wolałbyś o tym nie mówić. Ludzie czują się nieswojo i myślą: «Nie, nie, to nie tak». Wystarczy jednak przyjrzeć się faktom”.

Według danych zgromadzonych przez Elizabeth Hawley, kronikarkę wszystkich himalajskich wypraw mieszkającą w Katmandu od 1960 roku, wskaźnik śmiertelności podczas wypraw wspinaczkowych w Himalaje Nepalu w latach 1950-90 wynosił 2,5%, a w ostatniej dekadzie zmniejszył się do 1,9%. Liczby te odnoszą się do gór bardzo rozmaitych pod względem wysokości oraz trudności i szerokiego zakresu celów różnych wypraw. Jeśli jednak skupiamy się na wspinaczach wytyczających nowe drogi w wysokich Himalajach, statystyki radykalnie się zmieniają.

W przeglądzie wszystkich brytyjskich wypraw w latach 1968-87 na szczyty przekraczające 7000 m odnotowano 83 ekspedycje angażujące 535 wspinaczy, z których 23 zginęło. Większość straciła życie podczas upadków, uderzenia przez skały lub w lawinach. Pomijając zgony Szerpów i tragarzy, na temat których trudno było uzyskać ścisłe informacje, liczby te dają 4,3% wskaźnik śmiertelności – co najmniej jeden zgon na co piątej wyprawie. „Obecnie ten odsetek jest niemal dokładnie taki sam” – poinformował dr Charlie Clarke, współautor sprawozdania z tych badań. „Jeśli w ciągu takiego okresu na zawodach Formuły 1 zginąłby więcej niż jeden z każdych 25 kierowców, byłoby to szaleństwem. Taki poziom ryzyka nigdy nie zostałby zaakceptowany. Analizując szczegóły naszego raportu, trudno było wyciągnąć jakieś wnioski, poza tym, że wspinaczka na tym poziomie jest nadzwyczaj niebezpieczna”.

Wiele śmiertelnych wypadków zdarza się podczas schodzenia ze szczytu. Badania z 2000 roku wykazały, że wskaźnik zgonów podczas zejścia z wierzchołków większości ośmiotysięczników wynosi średnio 2,3%, ale na Annapurnie i K2 odpowiednio 7,3 i 11,6%. „Zdobywanie szczytu K2 z myślą, że z 11,6% prawdopodobieństwem możesz nie zejść z niego żywym musi być niepokojące” – stwierdził zaangażowany w te badania Raymond Huey. „Przecież 11,6% niebezpiecznie zbliża się do prawdopodobieństwa zginięcia w rosyjskiej ruletce, które wynosi 16,7%”.

Joe Tasker zwykł mówić, że z równym prawdopodobieństwem co w górach, może zginąć w wypadku samochodowym. Wielu wspinaczy powtarza jego opinię. „Jazda samochodem jest przerażająca, ludzie ciągle giną” – twierdzi Steph Davies. „Ponieważ jest jednak akceptowana przez społeczeństwo, uważa się to za normalne, podczas gdy wspinaczkę za coś ekscentrycznego. Jeśli przyjrzysz się liczbom, jazda samochodem przynosi znacznie więcej ofiar”.

Według danych z 2009 roku w wypadkach pojazdów silnikowych każdego roku ginie w Stanach około 33 808 osób, a 2 mln 217 tys. jest rannych. Przy populacji 314 mln – to około 1 zgon na 9 288 osób. Gdy spytałam trzydziestoletnią Steph Davies, jak wielu jej przyjaciół zginęło w wypadkach wspinaczkowych, naliczyła w sumie ośmiu. Amerykański alpinista Mark Twight, który przekroczył czterdziestkę, odparł, że 43 osoby, które znał, straciły życie podczas wspinania. Joe Simpson tracił w ciągu minionych piętnastu lat średnio jednego przyjaciela rocznie. Ilu ludzi w ich wieku straciło tylu znajomych w wypadkach samochodowych?

Kiedy przyjechałam do domku Joego Simpsona w Sheffield, siedział na drabinie w kuchni i starał się przymocować oświetlenie do ściany nad zlewem. „Czy mogłabyś mi podać tamten śrubokręt?” – poprosił, po czym natychmiast wsunął jego metalowy koniec do wnętrza gniazdka elektrycznego. Zaparło mi dech, bo spodziewałam się iskier, okrzyku bólu i ciała spadającego na podłogę. O Joem mówi się, że ma szczęście do wypadków. W ciągu ponad dwudziestu lat wspinania doznał zatrważająco wielu urazów. Ulżyło mi, gdy w końcu zszedł z drabiny i usiadł bezpiecznie przy stole. Powiedział, że oprócz przeprowadzania domowych remontów kończy pisać książkę, w której wyjaśnia, dlaczego rezygnuje ze wspinania. Większość powodów była związana z niepokojem spowodowanym tym, co nazwał „rzezią” alpinistów w wypadkach wspinaczkowych i rosnącym przekonaniem, że jeśli wkrótce nie przestanie się wspinać, będzie następny.

Poprzedniego lata z przyjacielem zmierzyli się z północną ścianą Eigeru – miejscem, gdzie dotychczas zginęło ponad sześćdziesięciu wspinaczy. „Była straszna burza z piorunami” – wspominał. „Schroniliśmy się w Jaskółczym Gnieździe, a dwaj inni wspinacze przed nami kontynuowali wejście. Cała ściana zmieniła się w wodospad. Prowadzący pośliznął się na górze drugiego pola lodowego i pociągnął za sobą kolegę. Polecieli wprost przed nami i wylądowali 600 metrów niżej”.

Przerwał i zaciągnął się papierosem.

„Takie wydarzenia zwykle postrzegam jako dość alarmujące. Pragnienie kontynuowania wspinaczki ulatnia się. Pomyślałem tylko: «Pieprzyć to, wracamy do domu»”.

Było wyraźnie widać, pomimo jego brytyjskiej powściągliwości, że ten wypadek głęboko go zaniepokoił. Przywołał bolesne wspomnienia długiego upadku na nepalskiej górze Pachermo, z którego wyszedł z poważnie potrzaskaną kostką i urazami twarzy. „Ciągle myślę o tych chłopakach spadających 240 metrów w dół pola lodowego, a następnie wylatujących w pustkę. Wiem, jak to wyglądało”.

„Prowadzący zaczyna ślizgać się na miękkim śniegu. Powolne, zwykłe pośliźnięcie wynikające ze znużenia. Osuwa się na prawym boku, obraca na brzuch i próbuje wbić czekan, by się zatrzymać. Bezskutecznie, nadal spada. Kolejny daremny cios, potem desperacki trzeci. Teraz jednak wydostaje się z pasa miękkiego śniegu na lód i siup! – Joe pstryknął palcami dla podkreślenia swoich słów – nabiera prędkości, jak na pochylni, poruszając się około 80 km/h, bębniąc łokciami po śniegu. Rzeczy dzieją się tak szybko, do głowy dociera tak wiele informacji, że nie ma czasu się bać. Chociaż jego myśli są klarowne i wolne, rejestruje, niemal na spokojnie, że prawdopodobnie upadek zakończy się śmiercią...”

„Na Pachermo – wspominał Joe – pomyślałem, że jeśli wbiję czekan przy tej prędkości, to nie zadziała, ale i tak mogę spróbować”.

Czekan podczas osadzania uderzył go w twarz i ją zdeformował, ale trzymał. Wspinacze na Eigerze nie mieli tyle szczęścia.

„To, co wstrząsnęło mną w relacji z wypadkiem, nie miało właściwie nic wspólnego z ich śmiercią, tylko z moją” – przyznał Joe. „Przeraziła mnie jej nieuchronność”.

Wrócił do domu i zaczął pisać „Zew ciszy”. Książka była już wtedy prawie ukończona – pokazał mi szkic ostatnich stron. Po ich przeczytaniu spytałam, jakie ma plany po jej napisaniu.

– We wrześniu wracam na Eiger – odpowiedział.

– Myślałam, że powiedziałeś...

– Chcę przestać się wspinać – przerwał mi. – Ale na własnych warunkach. I chcę najpierw pokonać północną ścianę Eigeru.

Dla poważnie zaangażowanych alpinistów wspinaczka wykracza poza sport czy hobby. Jest autoekspresją, definiuje ich przyjaźnie, osobowości, a czasami też zawody. Cecelia Mortenson, młoda amerykańska alpinistka i przewodniczka górska, opisała jak trudno jest nawet na chwilę wykroczyć poza te ramy. „Wspinaczkowi przyjaciele pytają, co planujesz. Jeśli odpowiadasz: «Wspinam się na taki i taki szczyt, jadę tam, by pokonać taką i taką drogę» – to bardzo pozytywna wymiana zdań. Jeśli mówisz: «Wracam do szkoły», mruczą «Aha» i tracą zainteresowanie. To niewątpliwie coś, z czym się borykam. Określam siebie jako silną kobietę, wspinającą się i podróżującą po całym świecie. Nagle przez ostatnie trzy miesiące nic takiego nie robiłam i nie mam żadnych planów na najbliższą przyszłość. Czy to oznacza porażkę?”

Dla niektórych wspinaczy, na przykład Joego Taskera, zostanie himalaistą stanowiło satysfakcjonującą alternatywę dla innych dróg, które mogli obrać w życiu. Joe pomiędzy trzynastym i dwudziestym rokiem życia przebywał w seminarium jezuickim, kształcąc się na księdza. Przed ukończeniem piętnastu lat zaczął buntować się przeciwko seminaryjnym ograniczeniom. Dziecinne wybryki, jak kradzież choinki z pobliskiej plantacji, doprowadziły do konfrontacji z ojcami przełożonymi i zagroziły jego przyszłości w szkole. Po odkryciu wspinaczki Joe znalazł społecznie akceptowane ujście dla swojego młodzieńczego buntu. Nie był w tym osamotniony.

„Byłem nieokiełznanym dzieckiem” – przyznaje kanadyjski alpinista Barry Blanchard. „Kradłem różne rzeczy, w tym tak duże jak samochody. Pierwszą wspinaczkową linę, jaką dostałem, wykorzystywałem do zjazdów z dachów magazynów, co umożliwiało mi włamywanie się przez okna”. Otrzeźwiająca wizyta u przyjaciela w więzieniu i odkrycie wspinaczki skierowały jego ambicje na inne tory. Wkrótce zaczął budować całe swoje życie wokół alpinizmu, podejmując, jak przyznaje, nadzwyczajne ryzyko. „Jako młody facet często przekraczałem granicę śmiertelnego niebezpieczeństwa. Myślę, że to swoisty obrzęd inicjacji, który jest pewnie potrzebny wielu młodym alpinistom”.

Choć jest po pięćdziesiątce, nadal uważany jest za jednego z „twardzieli” amerykańskiego alpinizmu, ale twierdzi, że nie przekracza już swoich granic. Jego czyny nie zawsze idą w parze z tą deklaracją. W artykule dla „Canadian Alpine Journal” opisuje próbę wejścia na Howse Peak w kanadyjskich Górach Skalistych, którą podjął ze Stevem Housem i Scottem Backesem, świętując swoje czterdzieste urodziny. Osiągający wysokość 3295 m szczyt nie jest wysoki wedle standardów tych wspinaczy, ale jego wschodnia ściana, poprzecinana szeregami niebezpiecznie cienkich lodowych formacji, wzbudza respekt. Wspinali się przez dwa dni, po czym kolejne dwa spędzili uwięzieni przez burzę w śnieżnej jamie. Czwartego ranka wyjrzeli i zobaczyli „śnieżne wodospady Niagary”. Mimo tego Scott Backes zaproponował, by kontynuowali wspinaczkę, a Barry na to przystał. Steve House był zdumiony ich decyzją – obaj mężczyzni byli od niego o dziesięć lat starsi i sądził, że będą ostrożniejsi. Poszli w górę, w śnieżycy i zatrważająco niestabilnych warunkach.

„Płatki śniegu wielkości znaczków pocztowych wypełniły powietrze niczym eksplozja puchu. Ze żlebu co kilka minut dochodził grzmot ogromnych lawin pyłowych. Jakby coś wrogiego wewnątrz gór uchyliło bramy białego piekła” – pisze Barry. „Byłem przerażony... Wspinaczka w takich warunkach przypominała wdrapywanie się w głąb wodospadu. Zsuwający się śnieg obciążał moją pochyloną głowę, barki i ramiona... Wiedziałem, że jeśli po dotarciu na górę przewieszki zacząłbym się z niej wyciągać i dostałbym w pierś jedną z lawin, zrzuciłaby mnie. To, co robiłem, graniczyło z obłędem, ale w głębi duszy, gdzie rodzą się wiążące decyzje, było to dla mnie wspaniałe szaleństwo”.

Jednym z luksusów młodości jest poczucie nieśmiertelności. Dla większości ludzi iluzja ta blednie, gdy obowiązki dorosłości zaczynają budzić niepokój. Wraz z upływem lat beztroską żywiołowość stopniowo zastępuje ostrożność. Niekoniecznie jednak dotyczy to wspinaczy. „Nie zginę” – powiedział mi latem 2001 roku Goran Kropp, szwedzki alpinista. „Nie piszę więc testamentu. Zrobienie tego mogłoby oznaczać, że sądzę, iż stracę życie podczas wspinaczki, wobec tego powinienem jej zaprzestać”. Rok później zginął, spadając z urwiska w stanie Waszyngton.

„Zdawałem sobie sprawę – twierdzi Jim Wickwire – że będąc tam na krawędzi, przesuwając granicę swoich możliwości, w pewien sposób przesuwałem też granicę śmiertelności; że obserwując śmierć, a potem wracając do normalnego życia, oddaliłem ją od siebie”. Kiedy leżał na skraju szczeliny, słuchając jak Chris Kerrebrock powoli umiera, miał 40 lat i był ojcem piątki małych dzieci. Jedną z obietnic, którą wówczas złożył i szybko złamał, było wyznaczenie na nowo priorytetów. „Jako wspinacz trwałem w nieustannym okresie dojrzewania, często zaniedbując podstawowe obowiązki” – pisze w „Addicted to Danger”.

Niekończący się okres dorastania, syndrom Piotrusia Pana, wieczna młodość, po łacinie puer aeternus – termin