Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 662 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 20 min Lektor: Marian Opania

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 19 godz. 20 min Lektor: Marian Opania

Opis ebooka Mroczna połowa - Stephen King

Thad Beaumont i George Stark. Doktor Jekyll i Mr. Hyde. Thad jest powieściopisarzem, szczęśliwym mężem i ojcem dwójki uroczych bliźniąt. Sukces, pieniądze i status autora bestsellerów przyniosły mu epatujące przemocą, wydane pod pseudonimem George Stark kryminały, w których stworzył postać brutalnego mordercy Alexisa Machine'a. Pod własnym nazwiskiem napisał nominowaną do National Book Award powieść Niespodziewany taniec, zdobywając tytuł najbardziej obiecującego pisarza Ameryki. Niespodziewany szantaż ze strony dociekliwego studenta, który grozi, że zdemaskuje go jako twórcę postaci Machine'a, zmusza go do publicznego wyznania, iż George Stark to w rzeczywistości Thad Beaumont. W obecności reporterów tygodnika „People” Thad urządza Starkowi symboliczny pogrzeb. Ale jego „Mroczna połowa” nie zamierza zniknąć – wydaje się, iż powstała z grobu i prześladuje wszystkich, których uważa za winnych ujawnienia tożsamości Starka. W otoczeniu pisarza mnożą się bestialskie morderstwa, zaś pozostawione na miejscach zbrodni ślady jednoznacznie wskazują na Beaumonta jako zabójcę…

Opinie o ebooku Mroczna połowa - Stephen King

Cytaty z ebooka Mroczna połowa - Stephen King

Cztery dni przed Halloween Shayla Beaumont usłyszała wrzask jednego z chłopaków, z którymi Thad codziennie czekał na szkolny autobus. Wyjrzała przez okno w kuchni i zobaczyła swojego syna skręcającego się w konwulsjach na podjeździe. Pojemnik z drugim śniadaniem leżał obok, zapakowane do niego owoce i kanapki wysypały się na gorącą nawierzchnię podjazdu. Wybiegła przed dom, przepłoszyła pozostałe dzieci, po czym stała bezradnie nad Thadem, bojąc się go dotknąć. Gdyby duży żółty autobus z panem Reedem za kierownicą

Fragment ebooka Mroczna połowa - Stephen King

Wydanie elektroniczne

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE DARK HALF

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1989

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ma­rek Fe­dy­szak 2012

Re­dak­cja: Anna Ma­gier­ska

Ilu­stra­cja na okład­ce: An­drey Yur­lov/Shut­ter­stock

Zdję­cie au­to­ra: Dick Dic­kin­son

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

Skład: La­gu­na

ISBN 978-83-7659-481-1

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Książ­kę tę de­dy­ku­ję Shir­ley Son­de­reg­ger, któ­ra po­ma­ga mi pil­no­wać mo­ich spraw, oraz jej mę­żo­wi Pe­te­ro­wi

OD AUTORA

Je­stem wdzięcz­ny świę­tej pa­mię­ci Ri­char­do­wi Bach­ma­no­wi za in­spi­ra­cję i po­moc. Bez nie­go ta po­wieść nie mo­gła­by po­wstać.

S.K.

PROLOG

– Chla­śnij go – rzekł Ma­chi­ne. – Zrób to, póki tu sto­ję i pa­trzę. Chcę wi­dzieć, jak pły­nie krew. Nie każ mi po­wta­rzać.

Geo­r­ge Stark, Spo­sób Ma­chi­ne’a

Ży­cie lu­dzi – ży­cie praw­dzi­we w od­róż­nie­niu od zwy­kłej fi­zycz­nej eg­zy­sten­cji – za­czy­na się w róż­nych mo­men­tach. Praw­dzi­we ży­cie Tha­da Be­au­mon­ta, chło­pa­ka, któ­ry uro­dził się i wy­cho­wał w oko­li­cach Rid­ge­way w Ber­gen­field w sta­nie New Jer­sey, za­czę­ło się w 1960 roku. Wte­dy przy­da­rzy­ły mu się dwie rze­czy. Pierw­sza nada­ła kształt jego ży­ciu, dru­ga omal go nie za­koń­czy­ła. Thad Be­au­mont był wów­czas je­de­na­sto­lat­kiem.

W stycz­niu zgło­sił no­we­lę na kon­kurs pi­sar­ski wspie­ra­ny przez „Ame­ri­can Teen”. W czerw­cu do­stał od re­dak­to­rów ma­ga­zy­nu list z in­for­ma­cją, że zdo­był wy­róż­nie­nie w ka­te­go­rii Be­le­try­sty­ka. W dal­szej czę­ści li­stu stwier­dzo­no, że ju­ro­rzy przy­zna­li­by mu dru­gą na­gro­dę, gdy­by z jego zgło­sze­nia nie wy­ni­ka­ło, iż do wie­ku, w któ­rym zo­sta­nie praw­dzi­wym „ame­ry­kań­skim na­sto­lat­kiem”, bra­ku­je mu jesz­cze dwóch lat. Re­dak­to­rzy na­pi­sa­li, że mimo to jego no­we­la za­ty­tu­ło­wa­na Za pro­giem domu Mar­ty’ego jest dzie­łem nie­zwy­kle doj­rza­łym i na­le­żą mu się gra­tu­la­cje.

Dwa ty­go­dnie póź­niej z re­dak­cji „Ame­ri­can Teen” przy­szedł dy­plom uzna­nia. Li­stem po­le­co­nym war­to­ścio­wym. Wid­nia­ło na nim jego na­zwi­sko za­pi­sa­ne li­te­ra­mi zdo­bio­ny­mi w tak wy­myśl­ne sta­ro­an­giel­skie esy-flo­re­sy, że z tru­dem je od­czy­tał, oraz zło­ta pie­częć u dołu z wy­tło­czo­nym logo cza­so­pi­sma – syl­wet­ka­mi ostrzy­żo­ne­go na jeża chło­pa­ka i dziew­czy­ny z koń­skim ogo­nem tań­czą­cych jit­ter­bu­ga.

Mat­ka wzię­ła w ra­mio­na Tha­da, ci­che­go, po­waż­ne­go chłop­ca, któ­re­mu wszyst­ko le­cia­ło z rąk i któ­ry czę­sto po­ty­kał się o wła­sne sto­py, i ob­sy­pa­ła go po­ca­łun­ka­mi.

Na ojcu nie zro­bi­ło to żad­ne­go wra­że­nia.

– Sko­ro to było tak cho­ler­nie do­bre, cze­mu nie dali mu for­sy? – mruk­nął ze swo­je­go głę­bo­kie­go fo­te­la.

– Glen…

– Nie­waż­ne. Może gdy już skoń­czysz go ob­ści­ski­wać, nasz Er­nest He­min­gway przy­nie­sie mi piwo.

Mat­ka Tha­da nie po­wie­dzia­ła nic wię­cej, ale ka­za­ła opra­wić pierw­szy list oraz dy­plom, któ­ry przy­szedł po nim, pła­cąc za to z pie­nię­dzy na drob­ne wy­dat­ki, i po­wie­si­ła je w jego po­ko­ju nad łóż­kiem. Gdy przy­cho­dzi­li do nich krew­ni lub inni go­ście, pro­wa­dzi­ła ich tam, żeby so­bie obej­rze­li. Mó­wi­ła im, że pew­ne­go dnia Thad zo­sta­nie wiel­kim pi­sa­rzem. Za­wsze czu­ła, że wiel­kość jest mu prze­zna­czo­na, i oto po­ja­wił się pierw­szy do­wód. Thad był tym za­że­no­wa­ny, lecz za bar­dzo ko­chał mat­kę, by to po­wie­dzieć.

Za­że­no­wa­ny czy nie, Thad uznał, że jego mat­ka ma przy­najm­niej po czę­ści ra­cję. Nie wie­dział, czy ma za­dat­ki na wiel­kie­go pi­sa­rza, ale w każ­dym ra­zie pi­sa­rzem za­mie­rzał zo­stać. Cze­mu nie? Był w tym do­bry, a co waż­niej­sze, gdy do­bie­rał wła­ści­we sło­wa, czuł wiel­ką fraj­dę. A prze­cież nie mo­gli po­zba­wiać go na­gród pie­nięż­nych ze wzglę­dów for­mal­nych w nie­skoń­czo­ność. Kie­dyś prze­sta­nie mieć je­de­na­ście lat.

Dru­ga waż­na rzecz przy­da­rzy­ła mu się w sierp­niu 1960 roku. Wte­dy wła­śnie za­czął mieć bóle gło­wy. Z po­cząt­ku nie były sil­ne, ale gdy we wrze­śniu szko­ła zno­wu otwar­ła po­dwo­je, ła­god­ne uta­jo­ne bóle w skro­niach i przy czo­le prze­ro­dzi­ły się w po­twor­ne, dłu­gie i wy­czer­pu­ją­ce ka­tu­sze. Gdy go chwy­ta­ły, mógł tyl­ko le­żeć w przy­ciem­nio­nym po­ko­ju i cze­kać na śmierć. Pod ko­niec wrze­śnia miał na­dzie­ję, że umrze. A w po­ło­wie paź­dzier­ni­ka ból wzmógł się do tego stop­nia, że Thad za­czął się bać, iż do tego nie doj­dzie.

Na­dej­ście tych okrop­nych bó­lów zwy­kle sy­gna­li­zo­wał uro­jo­ny dźwięk sły­szal­ny tyl­ko dla nie­go, przy­po­mi­na­ją­cy od­le­gły pisk ty­się­cy ma­łych pta­ków. Cza­sem wy­da­wa­ło mu się, że wi­dzi te pta­ki – my­ślał, że to wró­ble – jak dzie­siąt­ka­mi ob­sia­da­ją dru­ty te­le­fo­nicz­ne i da­chy do­mów, tak jak czy­ni­ły wio­sną i je­sie­nią.

Mat­ka za­pro­wa­dzi­ła go do dok­to­ra Se­war­da.

Dok­tor Se­ward zba­dał mu dno oczu za po­mo­cą oftal­mo­sko­pu i po­krę­cił gło­wą. Po­tem, za­cią­ga­jąc za­sło­ny i wy­łą­cza­jąc gór­ne świa­tło, ka­zał Tha­do­wi po­pa­trzyć na bia­łą ścia­nę w ga­bi­ne­cie. Szyb­ko za­pa­la­jąc i ga­sząc na prze­mian la­tar­kę, rzu­cał na nią ja­skra­wy krąg świa­tła.

– Czy to spra­wia, że dziw­nie się czu­jesz, chłop­cze?

Thad po­krę­cił gło­wą.

– Nie krę­ci ci się w gło­wie? Jak­byś miał za­raz ze­mdleć?

Thad zno­wu za­prze­czył ru­chem gło­wy.

– Czu­jesz coś? Na przy­kład woń zgni­łych owo­ców lub pło­ną­cych szmat?

– Nie.

– A two­je pta­ki? Sły­sza­łeś je, gdy pa­trzy­łeś na bły­ski świa­tła?

– Nie – od­parł Thad zdzi­wio­ny.

– To ner­wy – rzekł póź­niej oj­ciec Tha­da, gdy chło­pak zo­stał ode­sła­ny do po­cze­kal­ni. – Ten cho­ler­ny dzie­ciak jest kłęb­kiem ner­wów.

– My­ślę, że to mi­gre­na – wy­ja­śnił dok­tor Se­ward. – Nie­zwy­kła u tak mło­dej oso­by, ale spo­ty­ka­na. A on wy­da­je się bar­dzo… uczu­cio­wy.

– Bo taki jest – od­par­ła Shay­la Be­au­mont nie bez apro­ba­ty.

– Cóż, kie­dyś może znaj­dzie się ja­kieś le­kar­stwo. Na ra­zie, nie­ste­ty, bę­dzie mu­siał po pro­stu ja­koś to prze­cier­pieć.

– Taak, a my ra­zem z nim – za­uwa­żył Glen Be­au­mont.

Nie były to jed­nak ner­wy ani mi­gre­na, nie były to rów­nież je­dy­ne do­le­gli­wo­ści.

Czte­ry dni przed Hal­lo­we­en Shay­la Be­au­mont usły­sza­ła wrzask jed­ne­go z chło­pa­ków, z któ­ry­mi Thad co­dzien­nie cze­kał na szkol­ny au­to­bus. Wyj­rza­ła przez okno w kuch­ni i zo­ba­czy­ła swo­je­go syna skrę­ca­ją­ce­go się w kon­wul­sjach na pod­jeź­dzie. Po­jem­nik z dru­gim śnia­da­niem le­żał obok, za­pa­ko­wa­ne do nie­go owo­ce i ka­nap­ki wy­sy­pa­ły się na go­rą­cą na­wierzch­nię pod­jaz­du. Wy­bie­gła przed dom, prze­pło­szy­ła po­zo­sta­łe dzie­ci, po czym sta­ła bez­rad­nie nad Tha­dem, bo­jąc się go do­tknąć.

Gdy­by duży żół­ty au­to­bus z pa­nem Re­edem za kie­row­ni­cą pod­je­chał tam tro­chę póź­niej, Thad mógł­by umrzeć u stóp pod­jaz­du. Ale pan Reed był w Ko­rei sa­ni­ta­riu­szem. Zdo­łał od­chy­lić gło­wę chłop­ca i udroż­nić mu dro­gi od­de­cho­we, nim Thad za­dła­wił się na śmierć wła­snym ję­zy­kiem. Ka­ret­ka za­bra­ła go do szpi­ta­la okrę­go­we­go w Ber­gen­field i gdy chłop­ca wie­zio­no na wóz­ku, dok­tor Hugh Prit­chard aku­rat przez przy­pa­dek znaj­do­wał się w izbie przy­jęć. Po­pi­jał kawę i wy­mie­niał się gol­fo­wy­mi kłam­stwa­mi z ja­kimś przy­ja­cie­lem. Hugh Prit­chard przy­pad­kiem był też naj­lep­szym neu­ro­lo­giem w sta­nie New Jer­sey.

Le­karz za­or­dy­no­wał prze­świe­tle­nie i obej­rzał zdję­cie. Po­ka­zał je po­tem Be­au­mon­tom, pro­sząc, by przyj­rze­li się ze szcze­gól­ną uwa­gą nie­wy­raź­ne­mu cie­nio­wi, któ­ry za­kre­ślił żół­tą kred­ką świe­co­wą.

– To – rzekł. – Co to ta­kie­go?

– Skąd, u li­cha, mamy wie­dzieć? – od­parł Glen Be­au­mont. – To pan jest le­ka­rzem.

– Zga­dza się – stwier­dził oschle Prit­chard.

– Żona mó­wi­ła, że rzu­cał się jak wście­kły – do­dał Glen.

– Je­że­li są­dzi­cie, że miał atak, to owszem, miał – rzekł dok­tor Prit­chard. – Je­że­li my­śli­cie, że był to atak epi­lep­sji, to je­stem pra­wie pe­wien, że nie. Tak po­waż­ny atak z pew­no­ścią był­by sil­nym na­pa­dem pa­dacz­ko­wym, a Thad nie wy­ka­zał żad­nej re­ak­cji w te­ście świetl­nym Lit­to­na. Tak na­praw­dę, gdy­by cier­piał na sil­ną epi­lep­sję, nie po­trze­bo­wa­li­by pań­stwo le­ka­rza, żeby to stwier­dzić. Ile­kroć na ekra­nie wa­sze­go te­le­wi­zo­ra po­ja­wia­ły­by się pasy, Thad rzu­cał­by się na dy­wa­nie w sa­lo­nie.

– W ta­kim ra­zie co mu do­le­ga? – za­py­ta­ła nie­śmia­ło Shay­la.

Prit­chard od­wró­cił się ku kli­szy umiesz­czo­nej na pod­świe­tlo­nej ra­mie.

– Co mu do­le­ga? – po­wtó­rzył i zno­wu po­stu­kał w za­kre­ślo­ny ob­szar mó­zgu. – Na­głe po­ja­wie­nie się bó­lów gło­wy w ze­sta­wie­niu z bra­kiem uprzed­nich ata­ków su­ge­ru­je, że pań­stwa syn ma guza mó­zgu, przy­pusz­czal­nie ma­łe­go i, miej­my na­dzie­ję, ła­god­ne­go.

Glen Be­au­mont ga­pił się na le­ka­rza z ka­mien­nym wy­ra­zem twa­rzy, pod­czas gdy jego żona sta­ła obok nie­go i ocie­ra­ła łzy chu­s­tecz­ką. Pła­ka­ła bez­gło­śnie. Ten ci­chy płacz był wy­ni­kiem wie­lu lat mał­żeń­skiej tre­su­ry. Ude­rze­nia pię­ści Gle­na były szyb­kie i bo­le­sne i pra­wie nig­dy nie zo­sta­wia­ły śla­dów, a po dwu­na­stu la­tach ci­che­go smut­ku Shay­la przy­pusz­czal­nie nie po­tra­fi­ła­by gło­śno pła­kać, na­wet gdy­by chcia­ła.

– Czy to zna­czy, że chce mu pan po­ciąć mózg? – za­py­tał Glen z ty­po­wym dla sie­bie tak­tem i de­li­kat­no­ścią.

– Tak bym tego nie ujął, pa­nie Be­au­mont, ale są­dzę, że za­bieg eks­plo­ra­cyj­ny trze­ba wy­ko­nać – od­parł le­karz i po­my­ślał: Je­śli Bóg na­praw­dę ist­nie­je i je­śli na­praw­dę stwo­rzył nas na swój ob­raz i po­do­bień­stwo, to nie chcę się za­sta­na­wiać, dla­cze­go tak cho­ler­nie dużo lu­dzi tego po­kro­ju cho­dzi po świe­cie i de­cy­du­je o lo­sie tylu in­nych osób.

Glen mil­czał przez dłu­gi czas z po­chy­lo­ną gło­wą i czo­łem zmarsz­czo­nym w za­du­mie. W koń­cu uniósł gło­wę i za­dał py­ta­nie, któ­re naj­bar­dziej go prze­śla­do­wa­ło:

– Niech pan mi po­wie praw­dę, dok­to­rze: ile to wszyst­ko bę­dzie kosz­to­wa­ło?

Pierw­sza zo­ba­czy­ła je in­stru­men­ta­riusz­ka.

Jej prze­raź­li­wy okrzyk był czymś szo­ku­ją­cym w sali ope­ra­cyj­nej, gdzie przez ostat­nie pięt­na­ście mi­nut sły­chać było je­dy­nie wy­po­wia­da­ne pół­gło­sem po­le­ce­nia dok­to­ra Prit­char­da, szum ma­syw­ne­go re­spi­ra­to­ra i krót­ko­trwa­ły świst piły chi­rur­gicz­nej.

Pie­lę­gniar­ka cof­nę­ła się chwiej­nie, strą­ci­ła ze sto­li­ka chi­rur­gicz­ne­go na kół­kach tacę, na któ­rej rów­no uło­żo­no dwa tu­zi­ny in­stru­men­tów. Taca spa­dła na wy­ka­fel­ko­wa­ną pod­ło­gę z gło­śnym szczę­kiem, a po nim roz­le­gło się wie­le cich­szych brzę­ków.

– Hi­la­ry! – krzyk­nę­ła sio­stra prze­ło­żo­na.

Jej głos był pe­łen za­sko­cze­nia. W szo­ku za­po­mnia­ła się do tego stop­nia, że aż zro­bi­ła pół kro­ku w kie­run­ku ucie­ka­ją­cej ko­bie­ty w trze­po­czą­cym zie­lo­nym far­tu­chu.

Dok­tor Al­bert­son, któ­ry asy­sto­wał przy ope­ra­cji, kop­nął ją w łyd­kę obu­tą w pan­to­fel sto­pą.

– Pa­mię­taj, pro­szę, gdzie je­steś.

– Do­brze, pa­nie dok­to­rze.

Od­wró­ci­ła się na­tych­miast, nie pa­trząc na­wet w stro­nę drzwi sali ope­ra­cyj­nej, gdy te otwo­rzy­ły się z hu­kiem, a pod­eks­cy­to­wa­na Hi­la­ry opu­ści­ła sce­nę, wciąż wy­jąc ni­czym pę­dzą­cy wóz stra­żac­ki.

– Włóż sprzęt do ste­ry­li­za­to­ra – po­le­cił Al­bert­son. – Na­tych­miast. Mi­giem!

– Do­brze, pa­nie dok­to­rze.

Dy­sząc cięż­ko, wy­raź­nie po­de­ner­wo­wa­na, lecz pa­nu­jąc nad sobą, za­czę­ła zbie­rać in­stru­men­ty.

Wy­da­wa­ło się, że dok­tor Prit­chard w ogó­le tego nie za­uwa­żył. Spo­glą­dał z wy­tę­żo­ną uwa­gą w okien­ko, któ­re zo­sta­ło wy­cię­te w czasz­ce ma­łe­go Tha­da.

– Nie­wia­ry­god­ne – wy­mam­ro­tał. – Po pro­stu nie­wia­ry­god­ne. To na­praw­dę na­da­je się do ksią­żek. Gdy­bym nie wi­dział tego na wła­sne oczy…

Ock­nął się chy­ba, sły­sząc szum ste­ry­li­za­to­ra, spoj­rzał na dok­to­ra Al­bert­so­na i rzekł ostro:

– Ssa­nie!

Zer­k­nął na pie­lę­gniar­kę.

– A co ty ro­bisz, do kur­wy nę­dzy? Roz­wią­zu­jesz krzy­żów­kę z nie­dziel­ne­go „Ti­me­sa”? Rusz ty­łek i przy­nieś na­rzę­dzia!

Po­de­szła z in­stru­men­ta­mi na no­wej tacy.

– Le­ster, daj mi aspi­ra­tor – rzekł Prit­chard do Al­bert­so­na. – Na­tych­miast. Po­tem po­ka­żę ci coś, co wi­dy­wa­łeś do­tąd tyl­ko w jar­marcz­nych ga­bi­ne­tach oso­bli­wo­ści.

Al­bert­son prze­to­czył pom­pę ssą­cą, nie zwa­ża­jąc na sio­strę prze­ło­żo­ną, któ­ra usko­czy­ła z dro­gi, ba­lan­su­jąc zręcz­nie tacą z in­stru­men­ta­mi.

Prit­chard spo­glą­dał na ane­ste­zjo­lo­ga.

– Utrzy­muj od­po­wied­nie ci­śnie­nie, przy­ja­cie­lu. O nic wię­cej nie pro­szę.

– Ma sto pięć na sześć­dzie­siąt osiem, dok­to­rze. Nie­wzru­szo­ne jak ska­ła.

– Cóż, jego mat­ka twier­dzi, że leży przed nami nowy Wil­liam Szek­spir, więc utrzy­muj je na tym po­zio­mie. Ode­ssij krew, Le­ster… tyl­ko nie ła­skocz go tym cho­ler­nym ssa­kiem.

Al­bert­son usu­nął krew aspi­ra­to­rem. Sprzęt mo­ni­to­ru­ją­cy pi­kał mia­ro­wo, mo­no­ton­nie i po­krze­pia­ją­co na dru­gim pla­nie. Po­tem le­karz wcią­gał je­dy­nie wła­sny od­dech. Czuł się tak, jak­by ktoś za­dał mu cios pię­ścią w splot sło­necz­ny.

– O mój Boże. Chry­ste, Chry­ste Pa­nie. – Cof­nął się na mo­ment, po czym po­chy­lił się bli­żej. Jego błysz­czą­ce oczy wi­docz­ne nad ma­ską i za szkła­mi oku­la­rów w ro­go­wych opraw­kach zro­bi­ły się okrą­głe z na­głe­go za­cie­ka­wie­nia. – Co to jest?

– My­ślę, że wi­dzisz, co to jest – od­parł Prit­chard. – Tyle że oswa­jasz się z tym do­pie­ro po chwi­li. Czy­ta­łem już o tym, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że na­praw­dę to kie­dyś zo­ba­czę.

Mózg Tha­da Be­au­mon­ta miał ko­lor ze­wnętrz­nej kra­wę­dzi musz­li – sza­ry z nie­znacz­ną do­miesz­ką różu.

Z gład­kiej po­wierzch­ni opo­ny twar­dej wy­sta­wa­ło śle­pe i znie­kształ­co­ne oko ludz­kie. Mózg lek­ko pul­so­wał. Wraz z nim pul­so­wa­ło oko. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że pró­bu­je do nich mru­gnąć. I wła­śnie to wra­że­nie zmu­si­ło in­stru­men­ta­riusz­kę do uciecz­ki z sali ope­ra­cyj­nej.

– Chry­ste Pa­nie, co to jest? – zno­wu za­py­tał Al­bert­son.

– Nic – od­parł Prit­chard. – Kie­dyś mo­gło być or­ga­nem ży­wej, od­dy­cha­ją­cej isto­ty ludz­kiej. Te­raz jest ni­czym. Poza tym, że źró­dłem kło­po­tu. Tak się jed­nak skła­da, że mo­że­my so­bie z nim po­ra­dzić.

Dok­tor Lo­ring, ane­ste­zjo­log, za­py­tał:

– Mogę zer­k­nąć, dok­to­rze Prit­chard?

– Pa­cjent nadal sta­bil­ny?

– Tak.

– W ta­kim ra­zie pro­szę. Bę­dzie o czym opo­wia­dać wnu­kom. Ale niech pan się po­spie­szy.

Pod­czas gdy Lo­ring przy­glą­dał się oku, Prit­chard zwró­cił się do Al­bert­so­na:

– Po­trze­bu­ję piły. Otwo­rzę go tro­chę sze­rzej. Wte­dy je zba­dam. Nie wiem, czy uda mi się wy­do­być je w ca­ło­ści. Ale mam taki za­miar.

Les Al­bert­son, peł­nią­cy te­raz funk­cję sio­stry prze­ło­żo­nej, wci­snął świe­żo wy­ste­ry­li­zo­wa­ny zgłęb­nik w dłoń chi­rur­ga, gdy ten go za­żą­dał. Prit­chard, któ­ry nu­cił pod no­sem te­mat prze­wod­ni z Bo­nan­zy, pra­co­wał szyb­ko i nie­mal bez wy­sił­ku, tyl­ko spo­ra­dycz­nie zer­ka­jąc w lu­ster­ko za­mon­to­wa­ne na koń­cu zgłęb­ni­ka. Pra­co­wał głów­nie na do­tyk. Al­bert­son po­wie­dział póź­niej, że nig­dy w ży­ciu nie był świad­kiem tak po­ry­wa­ją­ce­go, in­stynk­tow­ne­go za­bie­gu ope­ra­cyj­ne­go.

Oprócz oka zna­leź­li część noz­drza, trzy pa­znok­cie i dwa zęby. W jed­nym z zę­bów był mały uby­tek. Oko pul­so­wa­ło i pró­bo­wa­ło mru­gnąć aż do chwi­li, gdy Prit­chard przy uży­ciu cien­kie­go jak igła skal­pe­la naj­pierw je na­kłuł, a po­tem wy­ciął. Cała ope­ra­cja od wstęp­ne­go ba­da­nia do wy­cię­cia trwa­ła tyl­ko dwa­dzie­ścia sie­dem mi­nut. Pięć ka­wał­ków tkan­ki spa­dło z pla­śnię­ciem do nie­rdzew­nej sta­lo­wej mi­ski na tacy usta­wio­nej przy ogo­lo­nej gło­wie Tha­da.

– My­ślę, że mamy ja­sność – rzekł w koń­cu Prit­chard. – Wy­da­je się, że cała obca tkan­ka była po­łą­czo­na szcząt­ko­wy­mi zwo­ja­mi ner­wo­wy­mi. Na­wet je­że­li są jesz­cze inne ka­wał­ki, to naj­praw­do­po­dob­niej je uśmier­ci­li­śmy.

– Ale… jak to moż­li­we, sko­ro chło­pak żyje? Prze­cież to wszyst­ko sta­no­wi­ło część jego or­ga­ni­zmu, praw­da? – za­py­tał zdu­mio­ny Lo­ring.

Prit­chard wska­zał na tacę.

– Znaj­du­je­my w jego gło­wie oko, zęby i pę­czek pa­znok­ci, a ty my­ślisz, że to sta­no­wi­ło część jego or­ga­ni­zmu? Czyż­byś za­uwa­żył u nie­go brak pa­znok­ci? Chcesz spraw­dzić?

– Ale na­wet rak jest tyl­ko czę­ścią wła­sne­go…

– To nie był rak – wy­ja­śniał cier­pli­wie Prit­chard, a jego ręce w tym cza­sie ro­bi­ły swo­je. – Czę­sto tak bywa, że ro­dzi się jed­no dziec­ko, choć w rze­czy­wi­sto­ści roz­po­czę­ło ono swo­je ży­cie jako bliź­nię, przy­ja­cie­lu. Może się to zda­rzać aż w dwóch przy­pad­kach na dzie­sięć. Co się dzie­je z dru­gim pło­dem? Sil­niej­szy wchła­nia słab­szy.

– Wchła­nia? Chce pan po­wie­dzieć: zja­da? – zdzi­wił się Lo­ring, któ­ry tro­chę po­zie­le­niał na twa­rzy. – Czy mó­wi­my tu­taj o ka­ni­ba­li­zmie in ute­ro?

– Na­zy­waj to, jak chcesz; to dość czę­sta sy­tu­acja. Je­że­li kie­dyś po­wsta­nie so­no­graf, o któ­rym sta­le się mówi na kon­fe­ren­cjach me­dycz­nych, może rze­czy­wi­ście do­wie­my się, jak czę­sta. Ale bez wzglę­du na jej czę­sto­tli­wość to, co uj­rze­li­śmy dzi­siaj, zda­rza się o wie­le rza­dziej. Część jed­ne­go z tych bliź­niąt nie zo­sta­ła wchło­nię­ta i przy­pad­kiem tra­fi­ła do pła­ta przed­czo­ło­we­go. Rów­nie do­brze mo­gła wy­lą­do­wać w je­li­tach, śle­dzio­nie, rdze­niu krę­go­wym, gdzie­kol­wiek. Zwy­kle coś ta­kie­go oglą­da­ją wy­łącz­nie pa­to­lo­dzy… wy­cho­dzi to na jaw pod­czas sek­cji zwłok… i nig­dy nie sły­sza­łem, żeby obca tkan­ka była przy­czy­ną zgo­nu.

– No to co sta­ło się tu­taj? – za­py­tał Al­bert­son.

– Coś po­now­nie uru­cho­mi­ło roz­wój tej tkan­ki, któ­ra rok temu przy­pusz­czal­nie mia­ła sub­mi­kro­sko­po­we roz­mia­ry. Ze­gar wzro­stu wchło­nię­te­go bliź­nię­cia po­wi­nien był się na za­wsze za­trzy­mać co naj­mniej mie­siąc przed po­ro­dem, ale zno­wu ja­koś zo­stał na­krę­co­ny… i to cho­ler­stwo rze­czy­wi­ście za­czę­ło ro­snąć.

W tym, co się sta­ło, nie ma żad­nej ta­jem­ni­cy; samo ci­śnie­nie śród­czasz­ko­we wy­star­czy­ło, by chło­pak miał bóle gło­wy i do­stał kon­wul­sji, po któ­rych tra­fił tu­taj.

– Ro­zu­miem – od­parł ci­cho Lo­ring – ale dla­cze­go to się sta­ło?

Prit­chard po­krę­cił gło­wą.

– Je­że­li za lat trzy­dzie­ści wciąż będę się zaj­mo­wał czymś trud­niej­szym od gry w gol­fa, mo­żesz mnie o to za­py­tać. Pew­nie będę znał od­po­wiedź. Te­raz wiem tyl­ko, że zlo­ka­li­zo­wa­łem i wy­cią­łem bar­dzo szcze­gól­ny i bar­dzo rzad­ki typ guza. Ła­god­ne­go guza. I o ile nie na­stą­pią żad­ne po­wi­kła­nia, są­dzę, że ro­dzi­ce chło­pa­ka nie mu­szą wie­dzieć nic wię­cej. Przy jego ojcu na­wet tro­glo­dy­ta wy­glą­dał­by na in­te­lek­tu­ali­stę. Nie wy­obra­żam so­bie, bym mógł mu wy­tłu­ma­czyć, że zro­bi­łem skro­ban­kę jego je­de­na­sto­let­nie­mu sy­no­wi. Les, za­szyj­my go – za­pro­po­no­wał, po czym jak­by po na­my­śle zwró­cił się uprzej­mym gło­sem do pie­lę­gniar­ki: – Ta głu­pia cipa, któ­ra stąd zwia­ła, ma zo­stać zwol­nio­na. Pro­szę to so­bie za­pi­sać.

– Do­brze, dok­to­rze.

Thad Be­au­mont opu­ścił szpi­tal dzie­sięć dni po ope­ra­cji. Przez pra­wie sześć na­stęp­nych mie­się­cy lewa stro­na jego cia­ła była nie­po­ko­ją­co sła­ba, a od cza­su do cza­su, gdy czuł się bar­dzo zmę­czo­ny, wi­dział przed ocza­mi dziw­ne, nie­zu­peł­nie cha­otycz­ne wzo­ry ze świe­tli­stych bły­sków.

Mat­ka ku­pi­ła mu w pre­zen­cie sta­re­go re­ming­to­na 32 i te bły­ski świa­tła naj­czę­ściej po­ja­wia­ły się, gdy zgar­bio­ny sie­dział nad ma­szy­ną przed snem, usi­łu­jąc wy­ra­zić coś we wła­ści­wy spo­sób lub wy­my­ślić, co po­win­no się te­raz wy­da­rzyć w jego opo­wie­ści. W koń­cu one tak­że mi­nę­ły.

Ów dziw­ny, uro­jo­ny od­głos ćwier­ka­nia – od­głos dy­wi­zjo­nów le­cą­cych wró­bli – w ogó­le nie po­wró­cił po ope­ra­cji.

Thad nadal pi­sał, zy­sku­jąc pew­ność sie­bie i cy­ze­lu­jąc ro­dzą­cy się wła­sny styl. Swo­je pierw­sze opo­wia­da­nie sprze­dał „Ame­ri­can Teen” sześć lat po tym, jak za­czę­ło się jego praw­dzi­we ży­cie. Póź­niej po pro­stu nig­dy nie wra­cał my­śla­mi do prze­szło­ści.

Z tego, co wie­dzie­li ro­dzi­ce Tha­da i on sam, je­sie­nią je­de­na­ste­go roku jego ży­cia z pła­ta przed­czo­ło­we­go mó­zgu usu­nię­to mu ła­god­ne­go guza. Gdy Thad w ogó­le o tym my­ślał (co z bie­giem lat zda­rza­ło się co­raz rza­dziej), do­cho­dził je­dy­nie do wnio­sku, że miał nie­zmier­nie dużo szczę­ścia, że prze­żył.

Wie­lu pa­cjen­tów, któ­rzy prze­szli w tych pry­mi­tyw­nych cza­sach ope­ra­cję mó­zgu, nie prze­ży­ło.

CZĘŚĆ PIERWSZANADZIENIE Z GŁUPCA

Ma­chi­ne po­wo­li i uważ­nie pro­sto­wał spi­na­cze dłu­gi­mi, sil­ny­mi pal­ca­mi.

– Przy­trzy­maj mu gło­wę, Jack – po­wie­dział do męż­czy­zny sto­ją­ce­go za Hal­ste­adem. – Przy­trzy­maj moc­no.

Hal­ste­ad zro­zu­miał, co Ma­chi­ne ma za­miar zro­bić, i za­czął krzy­czeć, gdy Jack Ran­ge­ly przy­ci­snął swą dużą dłoń do jego gło­wy i ją unie­ru­cho­mił. Krzy­ki od­bi­ja­ły się echem w opusz­czo­nym ma­ga­zy­nie. Roz­le­gła pu­sta prze­strzeń speł­nia­ła funk­cję na­tu­ral­ne­go wzmac­nia­cza. Hal­ste­ad przy­po­mi­nał śpie­wa­ka ope­ro­we­go roz­grze­wa­ją­ce­go się w dniu pre­mie­ry.

– Wró­ci­łem – rzekł Ma­chi­ne. Hal­ste­ad za­ci­snął po­wie­ki, ale to nie po­mo­gło. Mały sta­lo­wy pręt wsu­nął się bez tru­du przez lewą po­wie­kę i prze­bił gał­kę oczną z ci­chym trza­skiem. Z oka za­czął wy­cie­kać lep­ki ga­la­re­to­wa­ty płyn. – Wró­ci­łem z za­świa­tów i wy­glą­da na to, że wca­le się nie cie­szysz na mój wi­dok, nie­wdzięcz­ny su­kin­sy­nu.

Geo­r­ge Stark, Po­dróż do Ba­bi­lo­nu

ROZDZIAŁ PIERWSZYLUDZIE BĘDĄ GADAĆ

1

Wy­da­nie ma­ga­zy­nu „Pe­ople” z dwu­dzie­ste­go trze­cie­go maja było cał­kiem zwy­czaj­ne.

Okład­kę zdo­bi­ło zdję­cie Mar­twe­go Ce­le­bry­ty ty­go­dnia, gwiaz­do­ra rock and rol­la, któ­ry po­wie­sił się w wię­zien­nej celi po tym, jak aresz­to­wa­no go za po­sia­da­nie ko­ka­iny i roz­ma­itych po­krew­nych jej nar­ko­ty­ków. We­wnątrz nu­me­ru znaj­do­wał się tra­dy­cyj­ny bo­ga­ty ze­staw te­ma­tów: dzie­więć nie­wy­ja­śnio­nych mor­derstw na tle sek­su­al­nym w opu­sto­sza­łej za­chod­niej czę­ści Ne­bra­ski; guru zdro­we­go od­ży­wia­nia, któ­re­go przy­mknię­to za dzie­cię­cą por­no­gra­fię; go­spo­dy­ni do­mo­wa z Ma­ry­lan­du, któ­ra wy­ho­do­wa­ła ka­ba­czek przy­po­mi­na­ją­cy nie­co po­pier­sie Je­zu­sa Chry­stu­sa – o ile pa­trzy­ło się nań spod pół­przy­mknię­tych po­wiek w ciem­nym po­ko­ju; dziel­na nie­peł­no­spraw­na dziew­czy­na tre­nu­ją­ca do no­wo­jor­skie­go ma­ra­to­nu ro­we­ro­we­go; roz­wód w Hol­ly­wo­od; mał­żeń­stwo człon­ków no­wo­jor­skiej so­cje­ty; za­pa­śnik do­cho­dzą­cy do zdro­wia po ata­ku ser­ca; ko­mik bro­nią­cy się przed są­do­wym po­zwem o ali­men­ty.

Był tam rów­nież ar­ty­kuł o przed­się­bior­cy z Utah, któ­ry wpro­wa­dzał na ry­nek nową lal­kę o na­zwie Yo Mam­ma! Wy­glą­da­ła rze­ko­mo jak „te­ścio­wa, za któ­rą wszy­scy prze­pa­da­ją (?)”. Mia­ła wmon­to­wa­ny ma­gne­to­fon, któ­ry wy­rzu­cał z sie­bie frag­men­ty dia­lo­gu, ta­kie jak: „W moim domu, gdy do­ra­stał, ko­la­cja nig­dy nie była zim­na, moja dro­ga” i „Twój brat nig­dy nie za­cho­wu­je się tak, jak­bym mia­ła nie­świe­ży od­dech, gdy przy­jeż­dżam na parę ty­go­dni”. Praw­dzi­wym skan­da­lem było to, że aby zmu­sić ją do mó­wie­nia, za­miast cią­gnąć za sznu­rek na ple­cach lal­ki, ko­pa­ło się pie­przo­ną babę z ca­łej siły. „Yo Mam­ma! jest po­rząd­nie wy­wa­to­wa­na, na pew­no nie pęk­nie ani nie wy­szczer­bi ścian i me­bli” – po­wie­dział dum­ny wy­na­laz­ca, pan Ga­spard Wil­mot (któ­ry, o czym wspo­mnia­no mi­mo­cho­dem, zo­stał kie­dyś oskar­żo­ny o uchy­la­nie się od pła­ce­nia po­dat­ku do­cho­do­we­go – za­rzu­ty wy­co­fa­no).

Na stro­nie trzy­dzie­stej trze­ciej tego za­baw­ne­go i po­ucza­ją­ce­go nu­me­ru naj­bar­dziej za­baw­ne­go i po­ucza­ją­ce­go ame­ry­kań­skie­go ty­go­dni­ka znaj­do­wał się ty­po­wy dla „Pe­ople” cię­ty, traf­ny i zja­dli­wy na­głó­wek: BIO­GRAM.

– „Pe­ople” – po­wie­dział Thad do swo­jej żony Liz, gdy sie­dzie­li ra­mię w ra­mię przy ku­chen­nym sto­le, czy­ta­jąc po­wtór­nie ar­ty­kuł – lubi do­cho­dzić do sed­na spra­wy. BIO­GRAM. Je­że­li nie in­te­re­su­je cię BIO­GRAM, przejdź do W TA­RA­PA­TACH i po­czy­taj o dziew­czy­nach, któ­re upi­ja­ją się do nie­przy­tom­no­ści w sa­mym ser­cu Ne­bra­ski.

– Gdy się nad tym po­rząd­nie za­sta­no­wić, nie jest to zbyt za­baw­ne – od­par­ła Liz Be­au­mont, po czym ze­psu­ła efekt swo­jej wy­po­wie­dzi, par­ska­jąc śmie­chem w za­ci­śnię­tą dłoń.

– Nie do śmie­chu, ale z pew­no­ścią oso­bli­we – za­uwa­żył Thad i za­czął zno­wu kart­ko­wać ar­ty­kuł. Ro­biąc to, w roz­tar­gnie­niu po­cie­rał małą bia­łą bli­znę na czo­le.

Jak w więk­szo­ści nu­me­rów „Pe­ople”, tak i w tym dział BIO­GRA­MÓW był je­dy­nym, gdzie wię­cej po­wierzch­ni prze­zna­czo­no na tekst niż na zdję­cia.

– Ża­łu­jesz, że to zro­bi­łeś? – za­py­ta­ła Liz.

Na­słu­chi­wa­ła od­gło­sów bliź­niąt, ale na ra­zie spi­sy­wa­ły się na me­dal, śpiąc jak su­sły.

– Po pierw­sze – od­parł Thad – sam tego nie zro­bi­łem. Zro­bi­li­śmy to wspól­nie. Je­den za wszyst­kich, wszy­scy za jed­ne­go, pa­mię­tasz?

Po­stu­kał pal­cem w zdję­cie na dru­giej stro­nie ar­ty­ku­łu. Uka­zy­wa­ło ono jego żonę po­da­ją­cą bla­chę cia­stek cze­ko­la­do­wych z orze­cha­mi Tha­do­wi, któ­ry sie­dział przy ma­szy­nie do pi­sa­nia. Je­że­li na kart­ce pod wał­kiem w ogó­le było coś na­pi­sa­ne, to nie dało się tego stwier­dzić. Może i do­brze, bo pew­nie był to ja­kiś beł­kot. Pi­sa­nie za­wsze sta­no­wi­ło dla nie­go cięż­ką pra­cę i nie było rze­czą, któ­rą mógł ro­bić na oczach czy­tel­ni­ków, szcze­gól­nie gdy je­den z nich przy­pad­kiem był fo­to­gra­fem ma­ga­zy­nu „Pe­ople”. O wie­le ła­twiej przy­cho­dzi­ło to Geo­r­ge’owi, ale dla Tha­da Be­au­mon­ta było cho­ler­nie trud­ne. Gdy pró­bo­wał pi­sać – cza­sem z po­wo­dze­niem – Liz nie zbli­ża­ła się do nie­go. Nie przy­no­si­ła mu te­le­gra­mów, a tym bar­dziej cze­ko­la­do­wych cia­stek.

– Tak, ale…

– Po dru­gie…

Spoj­rzał na zdję­cie, na któ­rym Liz sta­ła z ciast­ka­mi, a on pa­trzył na nią. Obo­je uśmie­cha­li się sze­ro­ko. Te uśmie­chy wy­glą­da­ły dość oso­bli­wie na twa­rzach lu­dzi, któ­rzy choć sym­pa­tycz­ni, ostroż­nie daw­ko­wa­li rze­czy tak po­spo­li­te jak uśmiech. Wró­cił pa­mię­cią do cza­sów, gdy peł­nił funk­cję prze­wod­ni­ka na Szla­ku Ap­pa­la­chów w Ma­ine, w sta­nie New Hamp­shi­re, i Ver­mon­cie. W tam­tych nie­we­so­łych cza­sach miał w domu szo­pa pra­cza, Joh­na We­sleya Har­din­ga. Nie żeby ja­koś pró­bo­wał go oswo­ić; szop po pro­stu przy­łą­czył się do nie­go. Sta­ry J.W., po­dob­nie jak Thad, lu­bił so­bie łyk­nąć w zim­ny wie­czór, a cza­sem, gdy do­stał nie­co wię­cej z bu­tel­ki, uśmie­chał się wła­śnie tak.

– Po dru­gie co?

Po dru­gie, w tym, że pi­sarz no­mi­no­wa­ny kie­dyś do Na­tio­nal Book Award i jego żona szcze­rzą do sie­bie zęby w uśmie­chu ni­czym para pi­ja­nych szo­pów, jest coś za­baw­ne­go, po­my­ślał i ryk­nął śmie­chem, któ­re­go nie był w sta­nie już dłu­żej po­wstrzy­mać.

– Obu­dzisz bliź­nię­ta!

Thad bez po­wo­dze­nia usi­ło­wał stłu­mić sal­wy śmie­chu.

– Po dru­gie, wy­glą­da­my jak para idio­tów i ani tro­chę mi to nie prze­szka­dza – od­parł, przy­tu­lił ją moc­no i po­ca­ło­wał w szy­ję.

W dru­gim po­ko­ju roz­legł się naj­pierw płacz Wil­lia­ma, a po­tem Wen­dy.

Liz pró­bo­wa­ła spoj­rzeć na męża z wy­rzu­tem, ale nie po­tra­fi­ła. Tak miło było sły­szeć, jak się śmie­je. Chy­ba dla­te­go, że ro­bił to zbyt rzad­ko. Dźwięk jego śmie­chu miał dla niej nie­ziem­ski, eg­zo­tycz­ny urok. Thad Be­au­mont nig­dy się nie za­li­czał do we­soł­ków.

– To moja wina – rzekł. – Przy­nio­sę je.

Za­czął się pod­no­sić, trą­cił stół i omal go nie wy­wró­cił. Był czło­wie­kiem de­li­kat­nym, lecz dziw­nie nie­zdar­nym; wciąż miał w so­bie tę chło­pię­cą ce­chę.

Liz chwy­ci­ła dzban z kwia­ta­mi, któ­rym ude­ko­ro­wa­ny był stół, tuż przed­tem, za­nim zdą­żył się zsu­nąć i roz­trza­skać na pod­ło­dze.

– No nie, Thad! – za­wo­ła­ła, ale po­tem też za­czę­ła się śmiać.

Usiadł na chwi­lę z po­wro­tem i nie tyle wziął Liz za rękę, ile pie­ścił de­li­kat­nie jej dłoń w swo­ich dło­niach.

– Słu­chaj, ślicz­not­ko, prze­szka­dza ci to?

– Nie – od­par­ła.

Przez mo­ment mia­ła za­miar po­wie­dzieć: „Ale mnie to nie­po­koi. Nie dla­te­go, że mamy tro­chę głu­pie miny, ale… cóż, nie wiem dla­cze­go. Po pro­stu mnie tro­chę nie­po­koi, i już”.

Mia­ła za­miar, ale nie po­wie­dzia­ła tego. Ści­snę­ła go za rękę.

– Nie – po­wtó­rzy­ła. – Nie prze­szka­dza. My­ślę, że to nie­zła za­ba­wa. A je­że­li ta re­kla­ma po­mo­że Zło­te­mu psu, gdy wresz­cie po­waż­nie zaj­miesz się do­koń­cze­niem tej cho­ler­nej książ­ki, to tym le­piej.

Wsta­ła, wci­ska­jąc go w krze­sło, gdy pró­bo­wał do niej do­łą­czyć.

– Mo­żesz je przy­nieść na­stęp­nym ra­zem – po­wie­dzia­ła. – Chcę, że­byś tu sie­dział, do­pó­ki nie mi­nie twe pod­świa­do­me pra­gnie­nie stłu­cze­nia mo­je­go wa­zo­nu.

– W po­rząd­ku – od­parł i się uśmiech­nął. – Ko­cham cię, Liz.

– Ja też cię ko­cham.

Po­szła po bliź­nię­ta, a Thad Be­au­mont za­czął zno­wu kart­ko­wać swój BIO­GRAM.

W od­róż­nie­niu od więk­szo­ści ar­ty­ku­łów w ty­go­dni­ku „Pe­ople” krót­ka bio­gra­fia Thad­deu­sa Be­au­mon­ta nie za­czy­na­ła się od ca­ło­stro­ni­co­wej fo­to­gra­fii, lecz od zdję­cia, któ­re zaj­mo­wa­ło nie­speł­na ćwierć stro­ny. Mimo to przy­cią­ga­ło wzrok, po­nie­waż ja­kiś gra­fik ma­ją­cy do­sko­na­łe wy­czu­cie nie­zwy­kło­ści umie­ścił zdję­cie, któ­re uka­zy­wa­ło Tha­da i Liz na cmen­ta­rzu, w czar­nej ob­wód­ce. Wier­sze dru­ku po­ni­żej w ze­sta­wie­niu z fo­to­gra­fią od­zna­cza­ły się pra­wie bru­tal­nym kon­tra­stem.

Na zdję­ciu Thad trzy­mał szpa­del, a Liz ki­lof. Z boku sta­ły tacz­ki z ko­lej­ny­mi cmen­tar­ny­mi na­rzę­dzia­mi. Na sa­mym gro­bie uło­żo­no kil­ka bu­kie­tów kwia­tów, ale na­pis na pły­cie na­grob­nej był nadal do­sko­na­le czy­tel­ny.

GEO­R­GE STARK

1975–1988

Nie­zbyt sym­pa­tycz­ny fa­cet

W nie­mal ra­żą­cym kon­tra­ście z miej­scem i po­zor­nym ak­tem (nie­daw­no do­ko­na­nym po­chów­kiem ko­goś, kto są­dząc z dat, po­wi­nien być na­sto­lat­kiem) tych dwo­je fał­szy­wych ko­ściel­nych wy­mie­nia­ło uścisk dło­ni nad świe­żo uło­żo­ną dar­nią i śmia­ło się ra­do­śnie.

Była to oczy­wi­ście sce­na upo­zo­wa­na. Wszyst­kie zdję­cia ilu­stru­ją­ce ar­ty­kuł – grze­ba­nie cia­ła, po­ka­zy­wa­nie cia­stek oraz to z Tha­dem wę­dru­ją­cym sa­mot­nie jak chmu­ra opu­sto­sza­łą dro­gą w la­sach Lu­dlow, przy­pusz­czal­nie „szu­ka­ją­cym po­my­słów” – zo­sta­ły upo­zo­wa­ne. Było to za­baw­ne. Liz ku­po­wa­ła „Pe­ople” w su­per­mar­ke­cie przez ostat­nich pięć lat i obo­je na­śmie­wa­li się z ma­ga­zy­nu, ale obo­je ko­lej­no prze­glą­da­li go przy ko­la­cji bądź w to­a­le­cie, je­że­li nie mie­li pod ręką do­brej książ­ki. Thad roz­my­ślał cza­sa­mi o suk­ce­sie cza­so­pi­sma, za­sta­na­wia­jąc się, czy tak nie­sa­mo­wi­tą po­pu­lar­ność za­wdzię­cza ono po­świę­ca­niu uwa­gi ży­ciu ce­le­bry­tów, czy po pro­stu spo­so­bo­wi, w jaki było skła­da­ne, z tymi wiel­ki­mi czar­no-bia­ły­mi fo­to­gra­fia­mi i tłu­stym dru­kiem tek­stów zło­żo­nych głów­nie z pro­stych zdań orze­ka­ją­cych. Nig­dy jed­nak nie przy­szło mu na myśl, by się za­sta­na­wiać, czy te zdję­cia są in­sce­ni­zo­wa­ne.

Au­to­rem fo­to­gra­fii była ko­bie­ta, Phyl­lis My­ers, któ­ra po­in­for­mo­wa­ła ich, że wcze­śniej zro­bi­ła spo­ro zdjęć plu­szo­wym mi­siom w dzie­cin­nych trum­nach, a wszyst­kie plu­sza­ki były odzia­ne w dzie­cię­ce ubran­ka. Mia­ła na­dzie­ję, że sprze­da je jako al­bum du­że­mu no­wo­jor­skie­mu wy­daw­cy. Do­pie­ro dru­gie­go dnia wy­wia­du i se­sji zdję­cio­wej Thad zdał so­bie spra­wę, że fo­to­graf­ka bada, czy na­pi­sał­by do nie­go tekst. Śmierć i plu­szo­we mi­sie – wy­ja­śni­ła – był­by „osta­tecz­nym, do­sko­na­łym ko­men­ta­rzem do ame­ry­kań­skie­go spo­so­bu umie­ra­nia, nie są­dzisz, Thad?”.

Uwa­żał, że w świe­tle jej dość ma­ka­brycz­nych za­in­te­re­so­wań to, iż My­ers za­mó­wi­ła pły­tę na­grob­ną Geo­r­ge’a Star­ka i przy­wio­zła ją z No­we­go Jor­ku, wca­le nie jest za­ska­ku­ją­ce. Pły­tę zro­bio­no z pa­pier mâche.

– Nie ma­cie chy­ba nic prze­ciw­ko temu, żeby uści­snąć so­bie dło­nie na jej tle? – za­py­ta­ła ich z uśmie­chem, któ­ry był rów­no­cze­śnie za­lot­ny i pe­łen sa­mo­za­do­wo­le­nia. – Wyj­dzie z tego wspa­nia­łe uję­cie.

Liz kry­tycz­nie na­sta­wio­na do po­my­słu i tro­chę nim prze­ra­żo­na spoj­rza­ła na Tha­da. Obo­je po­pa­trzy­li z osłu­pie­niem na imi­ta­cję pły­ty na­grob­nej, któ­ra przy­je­cha­ła z No­we­go Jor­ku (sie­dzi­by ma­ga­zy­nu „Pe­ople”) do Ca­stle Rock w sta­nie Ma­ine (let­nie­go domu Tha­da i Liz Be­au­mon­tów). Wzrok Tha­da sta­le przy­cią­ga­ły sło­wa wy­ry­te na pły­cie:

Nie­zbyt sym­pa­tycz­ny fa­cet

Za­sad­ni­czo hi­sto­ria, któ­rą „Pe­ople” pra­gnął opo­wie­dzieć czy­tel­ni­kom śle­dzą­cym z za­par­tym tchem losy ame­ry­kań­skich ce­le­bry­tów, oka­za­ła się cał­kiem pro­sta. Thad Be­au­mont był uzna­nym pi­sa­rzem, któ­re­go pierw­sza po­wieść Nie­spo­dzie­wa­ny ta­niec uzy­ska­ła w 1972 roku no­mi­na­cję do Na­tio­nal Book Award. Tego ro­dza­ju wy­róż­nie­nie przy­da­ło mu pew­ne­go zna­cze­nia wśród kry­ty­ków li­te­rac­kich, lecz lu­dzi śle­dzą­cych z za­par­tym tchem ży­cie ame­ry­kań­skich ce­le­bry­tów mało ob­cho­dził Thad Be­au­mont, któ­ry po­tem opu­bli­ko­wał pod wła­snym na­zwi­skiem tyl­ko jed­ną po­wieść. Czło­wiek, któ­ry rze­czy­wi­ście ich ob­cho­dził, wca­le nie był praw­dzi­wą po­sta­cią. Thad na­pi­sał je­den wiel­ki be­st­sel­ler i trzy sta­no­wią­ce jego kon­ty­nu­ację, nie­zmier­nie po­czyt­ne po­wie­ści pod in­nym na­zwi­skiem. Brzmia­ło ono oczy­wi­ście Geo­r­ge Stark.

Jer­ry Har­ka­vay, bę­dą­cy je­dy­nym pra­cow­ni­kiem As­so­cia­ted Press w Wa­te­rvil­le, pierw­szy sze­rzej ujaw­nił hi­sto­rię Geo­r­ge’a po tym, gdy agent Tha­da, Rick Cow­ley, prze­ka­zał ją – za zgo­dą au­to­ra – Lo­uise Bo­oker z „Pu­bli­shers We­ekly”. Ani Har­ka­vay, ani Bo­oker nie po­zna­li ca­łej hi­sto­rii – przede wszyst­kim dla­te­go, że Thad sta­now­czo sprze­ci­wił się wspo­mi­na­niu o tym ma­łym przy­mil­nym ku­ta­sie Fre­de­ric­ku Claw­so­nie – ale była ona wy­star­cza­ją­co in­te­re­su­ją­ca, by za­słu­żyć na szer­sze roz­po­wszech­nie­nie, niż mo­gły za­pew­nić ser­wis pra­so­wy AP bądź ma­ga­zyn bran­żo­wy wy­daw­ców ksią­żek. Claw­son zda­niem Tha­da nie był te­ma­tem, a tyl­ko dup­kiem, któ­ry zmu­szał ich do ujaw­nie­nia tej hi­sto­rii.

W trak­cie pierw­sze­go wy­wia­du Jer­ry za­py­tał go, ja­kim czło­wie­kiem jest Geo­r­ge Stark. „Geo­r­ge – od­parł Thad – to nie­zbyt sym­pa­tycz­ny fa­cet”. Ta wy­po­wiedź tra­fi­ła na po­czą­tek wy­wia­du, za­in­spi­ro­wa­ła też My­ers do za­mó­wie­nia imi­ta­cji pły­ty na­grob­nej z wy­ry­ty­mi na niej tymi sło­wa­mi. Dziw­ny świat. Bar­dzo dziw­ny świat.

Ni z tego, ni z owe­go Thad zno­wu wy­buch­nął śmie­chem.

2

Na czar­nym polu pod zdję­ciem Tha­da i Liz zro­bio­nym w jed­nym z ład­niej­szych par­ków sztyw­nych w Ca­stle Rock wid­nia­ły dwie li­nij­ki bia­łe­go dru­ku.

ZMAR­ŁY BYŁ NIE­ZMIER­NIE BLI­SKI I DRO­GI TYM DWOJ­GU LU­DZIOM – gło­si­ła pierw­sza.

DLA­CZE­GO WIĘC SIĘ ŚMIE­JĄ? – brzmia­ła dru­ga.

– Dla­te­go że świat to ku­rew­sko dziw­ne miej­sce – od­parł Thad Be­au­mont i par­sk­nął, za­sło­niw­szy dło­nią usta.

Liz Be­au­mont nie była je­dy­ną oso­bą, któ­ra czu­ła lek­kie za­że­no­wa­nie tym dziw­nym, na­głym roz­gło­sem. On sam też czuł się tro­chę skrę­po­wa­ny. Tak czy in­a­czej, trud­no mu było po­ha­mo­wać śmiech. Prze­stał na kil­ka se­kund, po czym z jego ust zno­wu wy­do­był się re­chot, gdy sło­wa: „Nie­zbyt sym­pa­tycz­ny fa­cet” przy­ku­ły wzrok. Pró­by po­wstrzy­ma­nia śmie­chu przy­po­mi­na­ły pró­by za­ła­ta­nia dziur w zbu­do­wa­nym byle jak wale ziem­nym; gdy tyl­ko za­ty­ka­łeś je­den wy­ciek, nowy po­ja­wiał się w in­nym miej­scu.

Thad po­dej­rze­wał, że w ta­kiej nie­po­ha­mo­wa­nej we­so­ło­ści jest coś nie­sto­sow­ne­go – ja­kaś for­ma hi­ste­rii. Wie­dział, że po­czu­cie hu­mo­ru rzad­ko, je­śli w ogó­le, ma zwią­zek z po­dob­ny­mi na­pa­da­mi. Tak na­praw­dę ich przy­czy­ną za­zwy­czaj jest coś zu­peł­nie in­ne­go.

Być może coś, cze­go na­le­ża­ło się bać.

Bo­isz się ja­kie­goś cho­ler­ne­go ar­ty­ku­łu w „Pe­ople”? Tak wła­śnie my­ślisz? Głu­pek. Bo­isz się, że bę­dziesz za­że­no­wa­ny, że twoi ko­le­dzy z wy­dzia­łu an­gli­sty­ki spoj­rzą na te zdję­cia i uzna­ją, iż ode­bra­ło ci reszt­ki ro­zu­mu?

Nie. Nie miał się cze­go bać ze stro­ny ko­le­gów, na­wet tych, któ­rzy pra­co­wa­li tam od epo­ki przed­lo­dow­co­wej. Wresz­cie miał sta­ły etat, a tak­że wy­star­cza­ją­co dużo for­sy, by sta­wić ży­ciu czo­ło jako – fan­fa­ry, pro­szę! – peł­no­eta­to­wy pi­sarz, gdy­by tego za­pra­gnął (nie był pe­wien, cze­go pra­gnie; biu­ro­kra­tycz­no-ad­mi­ni­stra­cyj­ne stro­ny ży­cia aka­de­mic­kie­go nie­zbyt mu się po­do­ba­ły, ale na­ucza­nie było po pro­stu świet­ne). Nie bał się rów­nież dla­te­go, że już parę lat temu prze­stał się zbyt­nio przej­mo­wać tym, co o nim my­ślą ko­le­dzy. Owszem, ob­cho­dzi­ło go, co my­ślą o nim przy­ja­cie­le, a w pew­nych wy­pad­kach jego przy­ja­cie­le, przy­ja­cie­le Liz oraz ich wspól­ni przy­ja­cie­le byli jego ko­le­ga­mi, lecz uwa­żał, że ci lu­dzie tak­że mogą to uznać za ro­dzaj bła­host­ki.

Je­że­li było się cze­go bać, to…

Skończ, roz­ka­zał jego umysł oschłym, po­waż­nym to­nem, któ­ry na­wet naj­bar­dziej ha­ła­śli­wych z jego stu­den­tów po­tra­fił uci­szyć i przy­pra­wić o bla­dość twa­rzy. Na­tych­miast skończ z tymi idio­ty­zma­mi.

Nic z tego. Choć ów głos mógł sku­tecz­nie po­skra­miać jego stu­den­tów, nad sa­mym Tha­dem nie miał żad­nej wła­dzy.

Zno­wu spoj­rzał na zdję­cie i tym ra­zem nie zwró­cił uwa­gi na głu­pie miny, któ­re obo­je z żoną stro­ili do sie­bie ni­czym dwo­je prze­drzeź­nia­ją­cych się dzie­ci.

GEO­R­GE STARK

1975–1988

Nie­zbyt sym­pa­tycz­ny fa­cet

Wła­śnie to bu­dzi­ło w nim za­kło­po­ta­nie.

Ta pły­ta na­grob­na. To na­zwi­sko. Te daty. A przede wszyst­kim to za­bar­wio­ne go­ry­czą epi­ta­fium, któ­re przy­pra­wia­ło go o re­chot, lecz nie wie­dzieć cze­mu w ogó­le nie było za­baw­ne.

To na­zwi­sko.

To epi­ta­fium.

– Nie­waż­ne – mruk­nął. – Skur­wy­syn już nie żyje.

Ale za­kło­po­ta­nie nie znik­nę­ło.

Gdy Liz wró­ci­ła ze świe­żo prze­wi­nię­ty­mi i prze­bra­ny­mi bliź­nię­ta­mi na rę­kach, Thad zno­wu sie­dział po­chy­lo­ny nad ar­ty­ku­łem.

– Czy ja go za­mor­do­wa­łem?

Thad­deus Be­au­mont, kie­dyś ob­wo­ła­ny naj­bar­dziej obie­cu­ją­cym po­wie­ścio­pi­sa­rzem Ame­ry­ki, no­mi­no­wa­ny w 1972 roku do Na­tio­nal Book Award za Nie­spo­dzie­wa­ny ta­niec, po­wta­rza w za­my­śle­niu to py­ta­nie. Wy­da­je się lek­ko spe­szo­ny.

– Za­mor­do­wa­łem? – mówi zno­wu ci­cho, jak­by to sło­wo wcze­śniej nig­dy nie przy­szło mu do gło­wy… mimo że jego „mrocz­na po­ło­wa”, jak na­zy­wa Geo­r­ge’a Star­ka, tak na­praw­dę my­śli pra­wie wy­łącz­nie o mor­do­wa­niu.

Z sze­ro­kie­go ka­mien­ne­go dzba­na sto­ją­ce­go obok sta­ro­świec­kiej ma­szy­ny do pi­sa­nia mar­ki Re­ming­ton wy­cią­ga ołó­wek Be­rol Black Be­au­ty (we­dług Be­au­mon­ta Stark ni­czym in­nym nie pi­sał) i za­czy­na go lek­ko ob­gry­zać. Są­dząc po wy­glą­dzie tu­zi­na in­nych ołów­ków w dzba­nie, ob­gry­za­nie to utrwa­lo­ny na­wyk.

– Nie – mówi w koń­cu, wrzu­ca­jąc ołó­wek z po­wro­tem do dzba­na. – Nie za­mor­do­wa­łem go. – Uno­si wzrok i roz­cią­ga usta w uśmie­chu. Be­au­mont ma trzy­dzie­ści dzie­więć lat, lecz gdy się tak szcze­rze uśmie­cha, moż­na by go wziąć za któ­re­goś z jego stu­den­tów.

– Geo­r­ge umarł śmier­cią na­tu­ral­ną.

Be­au­mont twier­dzi, że Geo­r­ge Stark to po­mysł jego żony. Eli­za­beth Ste­phens Be­au­mont, spo­koj­na i ślicz­na blon­dyn­ka, nie chce przy­pi­sy­wać so­bie ca­łej za­słu­gi.

– Za­su­ge­ro­wa­łam tyl­ko – wy­ja­śnia – by na­pi­sał po­wieść pod in­nym na­zwi­skiem i zo­ba­czył, co się z nią sta­nie. Thad cier­piał na zu­peł­ny brak weny i po­trze­bo­wał po­mo­cy z ze­wnątrz. I tak na­praw­dę – śmie­je się – Geo­r­ge Stark ist­niał od sa­me­go po­cząt­ku. Wi­dzia­łam śla­dy jego ist­nie­nia we frag­men­tach nie­do­koń­czo­nych tek­stów, któ­re Thad pi­sał od cza­su do cza­su. Cho­dzi­ło je­dy­nie o zmu­sze­nie go, żeby się ujaw­nił.

We­dług wie­lu ró­wie­śni­ków Be­au­mon­ta jego pro­ble­my po­le­ga­ły nie tyl­ko na za­ni­ku in­wen­cji twór­czej. Co naj­mniej dwaj zna­ni pi­sa­rze (któ­rzy nie chcie­li, by po­wo­ły­wać się na nich bez­po­śred­nio) twier­dzą, że w tym klu­czo­wym okre­sie mię­dzy pierw­szą a dru­gą książ­ką oba­wia­li się o jego zdro­wie psy­chicz­ne. Je­den z nich uwa­ża, że Be­au­mont mógł pró­bo­wać po­peł­nić sa­mo­bój­stwo po opu­bli­ko­wa­niu Nie­spo­dzie­wa­ne­go tań­ca, któ­ry przy­niósł mu wię­cej uzna­nia kry­ty­ków niż wpły­wów ze sprze­da­ży.

Za­py­ta­ny, czy my­ślał kie­dyś o po­peł­nie­niu sa­mo­bój­stwa, Be­au­mont tyl­ko krę­ci gło­wą i od­po­wia­da:

– To ja­kiś idio­tycz­ny wy­mysł. Praw­dzi­wym pro­ble­mem nie było przy­ję­cie po­wie­ści przez czy­tel­ni­ków; był nim za­nik in­wen­cji twór­czej. A mar­twi pi­sa­rze cier­pią na jego nie­ule­czal­ną po­stać.

Tym­cza­sem Liz Be­au­mont sta­le „for­so­wa­ła” – tak okre­ślił to Be­au­mont – po­mysł przy­ję­cia pseu­do­ni­mu li­te­rac­kie­go.

– Po­wie­dzia­ła, że cho­ciaż raz mogę się do­brze za­ba­wić, je­śli ze­chcę. Na­pi­sać, co mi się po­do­ba, nie ba­cząc na ewen­tu­al­ne opi­nie re­cen­zen­tów „The New York Ti­mes Book Re­view”. Że mogę na­pi­sać we­stern, po­wieść sen­sa­cyj­ną, książ­kę scien­ce fic­tion. Albo kry­mi­nał.

Thad Be­au­mont uśmie­cha się sze­ro­ko.

– My­ślę, że kry­mi­nał wy­mie­ni­ła na sa­mym koń­cu ce­lo­wo. Wie­dzia­ła, że ba­wi­łem się my­ślą o po­wie­ści kry­mi­nal­nej, choć wy­da­wa­ło się, że nie dam so­bie z tym rady. Po­mysł z pseu­do­ni­mem dziw­nie mnie po­cią­gał. Na swój spo­sób da­wał po­czu­cie swo­bo­dy… ni­czym ukry­te wyj­ście awa­ryj­ne, je­śli ro­zu­mie pani, o co mi cho­dzi. Ale było jesz­cze coś. Coś, co bar­dzo trud­no wy­tłu­ma­czyć.

Be­au­mont wy­cią­ga rękę ku po­rząd­nie za­tem­pe­ro­wa­nym ołów­kom w ka­mien­nym dzba­nie, po czym ją cofa. Pa­trzy w głąb swe­go ga­bi­ne­tu, gdzie przez prze­szklo­ną ścia­nę wi­dać wiel­kie wio­sen­ne wi­do­wi­sko z udzia­łem zie­le­nią­cych się drzew.

– Myśl o pi­sa­niu pod pseu­do­ni­mem przy­po­mi­na­ła myśl o by­ciu nie­wi­dzial­nym – mówi w koń­cu nie­mal z wa­ha­niem. – Im bar­dziej się nią ba­wi­łem, tym sil­niej czu­łem, że to by ozna­cza­ło… wy­my­śle­nie sie­bie na nowo.

Ręka Tha­da wy­su­wa się ukrad­kiem i tym ra­zem uda­je się jej zwę­dzić je­den z ołów­ków z dzba­na, gdy jego umysł za­ję­ty jest czymś in­nym.

Thad prze­wró­cił kart­kę, po czym spoj­rzał na bliź­nię­ta usa­do­wio­ne na wy­so­kim po­dwój­nym krze­seł­ku. Bliź­nię­ta róż­nej płci za­wsze ce­chu­je bra­ter­skie po­do­bień­stwo… albo bra­ter­sko-sio­strza­ne, gdy­by­śmy nie chcie­li pod­cho­dzić do tego ni­czym mę­skie szo­wi­ni­stycz­ne świ­nie. Jed­nak­że Wen­dy i Wil­liam byli nie­mal iden­tycz­ni, nie bę­dąc iden­tycz­ny­mi.

Wil­liam uśmiech­nął się do Tha­da z bu­tel­ką w buzi.

Wen­dy tak­że się do nie­go uśmiech­nę­ła znad bu­tel­ki, lecz ona pa­ra­do­wa­ła z wy­po­sa­że­niem, któ­re­go nie miał jej brat – z jed­nym zę­bem przed­nim, któ­ry wy­rósł bez cie­nia bólu, prze­bi­ja­jąc po pro­stu po­wierzch­nię dzią­sła rów­nie bez­gło­śnie, jak pe­ry­skop ło­dzi pod­wod­nej wy­su­wa się spod po­wierzch­ni oce­anu.

Wen­dy od­su­nę­ła pulch­ną rącz­kę od pla­sti­ko­wej bu­tel­ki, otwo­rzy­ła ją, uka­zu­jąc czy­stą ró­żo­wą dłoń. Za­mknę­ła ją. I otwo­rzy­ła. Ski­nie­nie Wen­dy.

Nie pa­trząc na sio­strę, Wil­liam od­su­nął rącz­kę od swo­jej bu­tel­ki, otwo­rzył ją, za­mknął i zno­wu otwo­rzył. Ski­nie­nie Wil­lia­ma.

Thad z na­masz­cze­niem uniósł rękę znad sto­łu, otwo­rzył ją, za­mknął i zno­wu otwo­rzył.

Bliź­nię­ta uśmiech­nę­ły się sze­ro­ko z bu­tel­ka­mi w bu­ziach.

Thad zno­wu spoj­rzał na ma­ga­zyn. Ach, „Pe­ople”, po­my­ślał, gdzie by­li­by­śmy i co by­śmy bez was zro­bi­li. Lu­dzie to czas ame­ry­kań­skich gwiazd.

Au­tor wy­wlekł oczy­wi­ście wszyst­kie bru­dy, któ­re dało się wy­wlec – a w szcze­gól­no­ści czte­ro­let­nią złą pas­sę po tym, jak Nie­spo­dzie­wa­ny ta­niec nie zdo­był Na­tio­nal Book Award – ale tego na­le­ża­ło się spo­dzie­wać i Thad nie­spe­cjal­nie się prze­jął tym po­pi­sem. Po pierw­sze, nie było to aż tak brud­ne, a po dru­gie, za­wsze uwa­żał, że ła­twiej jest żyć w praw­dzie niż w kłam­stwie. Przy­najm­niej na dłuż­szą metę.

Co oczy­wi­ście wy­wo­ła­ło py­ta­nie, czy ma­ga­zyn „Pe­ople” i „dłuż­sza meta” mają co­kol­wiek wspól­ne­go.

No cóż. Te­raz już za póź­no.

Czło­wiek, któ­ry na­pi­sał ten ar­ty­kuł, miał na imię Mike – tyle pa­mię­tał, ale jaki Mike? Je­że­li nie by­łeś hra­bią ga­wę­dzą­cym o człon­kach ro­dzi­ny kró­lew­skiej lub gwiaz­dą fil­mo­wą pa­pla­ją­cą o in­nych gwiaz­dach, two­je na­zwi­sko po­ja­wia­ło się na koń­cu tek­stu. Thad mu­siał prze­rzu­cić czte­ry kart­ki (z któ­rych dwie sta­no­wi­ły ca­ło­stro­ni­co­we re­kla­my), żeby od­na­leźć na­zwi­sko au­to­ra. Mike Do­nald­son. Obaj z Mi­kiem sie­dzie­li do póź­na w nocy, kła­piąc po pro­stu ozo­rem, i gdy Thad za­py­tał go, czy kto­kol­wiek na­praw­dę za­in­te­re­su­je się tym, że na­pi­sał kil­ka ksią­żek pod in­nym na­zwi­skiem, Do­nald­son po­wie­dział coś, co spra­wi­ło, że Thad ryk­nął śmie­chem.

„Ba­da­nia wy­ka­zu­ją, że więk­szość czy­tel­ni­ków »Pe­ople« ma nie­zmier­nie wą­skie nosy. To po­wo­du­je, że trud­no im wy­brać, więc wy­bie­ra­ją tylu przy­ja­ciół in­nych lu­dzi, ilu tyl­ko mogą. Będą chcie­li się do­wie­dzieć wszyst­kie­go o two­im przy­ja­cie­lu Geo­r­ge’u”.

„On nie jest moim przy­ja­cie­lem” – od­parł Thad, nie prze­sta­jąc się śmiać.

Te­raz za­py­tał Liz, któ­ra po­szła do kuch­ni:

– Ra­dzisz so­bie, ślicz­not­ko? Po­trze­bu­jesz po­mo­cy?

– Nie – od­par­ła. – Go­tu­ję kle­ik dla dzie­cia­ków. Nie ma­cie jesz­cze sie­bie do­syć?

– Jesz­cze nie – od­parł bez­wstyd­nie Thad i wró­cił do lek­tu­ry ar­ty­ku­łu.

– Naj­trud­niej­szy pro­blem fak­tycz­nie sta­no­wi­ło na­zwi­sko – cią­gnie Be­au­mont, lek­ko ob­gry­za­jąc ołó­wek.

– Ale ono było waż­ne. Wie­dzia­łem, że to może za­dzia­łać. Wie­dzia­łem, że mógł­bym po­bu­dzić in­wen­cję twór­czą, z któ­rej za­ni­kiem się zma­ga­łem… gdy­bym miał ja­kąś toż­sa­mość. Od­po­wied­nią toż­sa­mość, od­mien­ną od mo­jej.

Jak wy­brał Geo­r­ge’a Star­ka?

– Cóż, jest au­tor po­wie­ści kry­mi­nal­nych, któ­ry na­zy­wa się Do­nald E. We­stla­ke – wy­ja­śnia Be­au­mont. – I pod swo­im praw­dzi­wym na­zwi­skiem We­stla­ke wy­ko­rzy­stu­je ten ga­tu­nek do pi­sa­nia bar­dzo za­baw­nych ko­me­dii oby­cza­jo­wych z ży­cia Ame­ry­ka­nów. Ale od po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych do mniej wię­cej po­ło­wy lat sie­dem­dzie­sią­tych stwo­rzył cykl po­wie­ści pod pseu­do­ni­mem Ri­chard Stark i te książ­ki są zu­peł­nie inne. Opo­wia­da­ją o czło­wie­ku na­zwi­skiem Par­ker, któ­ry jest za­wo­do­wym zło­dzie­jem. Nie ma prze­szło­ści ani przy­szło­ści i w naj­lep­szych po­wie­ściach cy­klu nie in­te­re­su­je go nic poza ra­bo­wa­niem. W każ­dym ra­zie z so­bie tyl­ko wia­do­mych po­wo­dów We­stla­ke w koń­cu prze­stał pi­sać o Par­ke­rze, lecz ja nig­dy nie za­po­mnia­łem tego, co po­wie­dział po ujaw­nie­niu jego pseu­do­ni­mu li­te­rac­kie­go. Wy­znał, że on pi­sze książ­ki w dni sło­necz­ne, a Stark przej­mu­je pi­sar­skie obo­wiąz­ki, gdy pada deszcz. Spodo­ba­ło mi się to, po­nie­waż okres mię­dzy 1973 a po­cząt­kiem 1975 roku był dla mnie cza­sem nie­po­go­dy. W naj­lep­szej z tych po­wie­ści Par­ker tak na­praw­dę bar­dziej przy­po­mi­na ro­bo­ta za­bój­cę niż czło­wie­ka. Nie­mal sta­łym mo­ty­wem jest w nich ob­ra­bo­wa­ny ra­buś. I Par­ker za­ła­twia zło­czyń­ców – to zna­czy in­nych zło­czyń­ców – wła­śnie jak ro­bot, któ­ry zo­stał za­pro­gra­mo­wa­ny w jed­nym je­dy­nym celu. „Chcę mo­jej for­sy” – oświad­cza i wła­ści­wie nie mówi nic wię­cej. „Chcę mo­jej for­sy, chcę mo­jej for­sy”. Czy to ci ko­goś przy­po­mi­na?

Prze­pro­wa­dza­ją­cy wy­wiad dzien­ni­karz kiwa gło­wą. Be­au­mont opi­su­je Ale­xi­sa Ma­chi­ne’a, głów­ne­go bo­ha­te­ra pierw­szej i ostat­niej po­wie­ści Geo­r­ge’a Star­ka.

– Gdy­by Spo­sób Ma­chi­ne’a za­koń­czył się tak, jak się za­czął, na za­wsze wrzu­cił­bym go do szu­fla­dy – mówi Be­au­mont. – Pu­bli­ku­jąc ją, po­peł­nił­bym pla­giat. Ale mniej wię­cej w jed­nej czwar­tej tek­stu po­wieść zna­la­zła wła­sny rytm i wszyst­ko po pro­stu za­sko­czy­ło.

Dzien­ni­karz pyta, czy to zna­czy, że w trak­cie pra­cy nad tą książ­ką Geo­r­ge Stark prze­bu­dził się i za­czął mó­wić wła­snym gło­sem.

– Owszem – po­twier­dza Be­au­mont. – To dość traf­na uwa­ga.

Thad uniósł wzrok, zno­wu omal nie wy­bu­cha­jąc mi­mo­wol­nym śmie­chem. Bliź­nię­ta zo­ba­czy­ły to i od­po­wie­dzia­ły uśmie­chem, ma­jąc bu­zie peł­ne prze­cie­ru z grosz­ku, któ­rym kar­mi­ła je Liz. Pa­mię­tał, że na­praw­dę od­parł: „Chry­ste Pa­nie, ależ to me­lo­dra­ma­tycz­ne! W two­ich ustach brzmi to ni­czym frag­ment Fran­ken­ste­ina, w któ­rym pio­run w koń­cu ude­rza w pręt na naj­wyż­szej basz­cie zam­ku i oży­wia po­two­ra!”.

– Je­że­li nie prze­sta­niesz, nie uda mi się ich na­kar­mić – za­uwa­ży­ła Liz.

Na no­sie mia­ła grud­kę prze­cie­ru i Thad po­czuł ab­sur­dal­ną chęć sca­ło­wa­nia jej z czub­ka.

– Cze­go nie prze­sta­nę?

– Ty się uśmie­chasz, to i one się uśmie­cha­ją. Nie moż­na kar­mić ro­ze­śmia­ne­go dziec­ka.

– Prze­pra­szam – rzekł po­kor­nie i mru­gnął do bliź­niąt.

Ich usta w zie­lo­nych ob­wód­kach roz­cią­gnę­ły się na chwi­lę jesz­cze sze­rzej w iden­tycz­nych uśmie­chach.

Po­tem Thad spu­ścił oczy i czy­tał da­lej.

– Za­czą­łem pi­sać Spo­sób Ma­chi­ne’a w 1975 roku, w dniu, w któ­rym wy­my­śli­łem pseu­do­nim, ale po­ja­wił się jesz­cze je­den pro­blem. Gdy szy­ko­wa­łem się wie­czo­rem do pi­sa­nia, wkrę­ci­łem kart­kę do ma­szy­ny… po czym wy­cią­gną­łem ją spod wał­ka. Wszyst­kie moje książ­ki pi­sa­łem do­tąd na ma­szy­nie, ale Geo­r­ge Stark oka­zał się prze­ciw­ni­kiem ma­szyn do pi­sa­nia. – I zno­wu na chwi­lę bły­snął sze­ro­kim uśmie­chem. – Może dla­te­go, że nie mie­li za­jęć z ma­szy­no­pi­sa­nia w żad­nym z wię­zień, w któ­rych sie­dział.

Be­au­mont na­wią­zu­je do „bio­gra­mu z ob­wo­lu­ty”, stwier­dza­ją­ce­go, że au­tor ma trzy­dzie­ści dzie­więć lat i od­sia­dy­wał wy­ro­ki w trzech róż­nych za­kła­dach pe­ni­ten­cjar­nych za pod­pa­le­nie, zbroj­ną na­paść oraz usi­ło­wa­nie za­bój­stwa. Bio­gram z ob­wo­lu­ty jest jed­nak tyl­ko czę­ścią hi­sto­rii; Be­au­mont wy­cią­ga rów­nież ar­kusz bio­gra­ficz­ny z Dar­win Press przed­sta­wia­ją­cy dzie­je jego al­ter ego w dro­bia­zgo­wy spo­sób, ży­cio­rys, któ­ry tyl­ko do­bry po­wie­ścio­pi­sarz po­tra­fił­by stwo­rzyć z ni­cze­go. Od na­ro­dzin w Man­che­ste­rze w sta­nie New Hamp­shi­re do osta­tecz­ne­go osie­dle­nia się w Oxfor­dzie w sta­nie Mis­si­si­pi jest tam wszyst­ko z wy­jąt­kiem po­chów­ku Geo­r­ge’a Star­ka na Ho­me­land Ce­me­te­ry w Ca­stle Rock w sta­nie Ma­ine przed sze­ścio­ma ty­go­dnia­mi.

– W jed­nej z szu­flad biur­ka zna­la­złem sta­ry no­tat­nik i uży­łem tego. – Wska­zu­je w kie­run­ku ka­mien­ne­go dzba­na z ołów­ka­mi i wy­da­je się lek­ko za­sko­czo­ny, wi­dząc, że trzy­ma je­den z nich w wy­cią­gnię­tej dło­ni. – Za­czą­łem pi­sać i za­nim się spo­strze­głem, Liz mó­wi­ła mi, że jest pół­noc, i py­ta­ła, czy mam za­miar iść spać.

Liz Be­au­mont ma wła­sne wspo­mnie­nie tam­te­go wie­czo­ru:

– Obu­dzi­łam się za kwa­drans dwu­na­sta, zo­ba­czy­łam, że nie ma go w łóż­ku, i po­my­śla­łam: Pew­nie pi­sze. Nie sły­sza­łam jed­nak stu­ka­nia ma­szy­ny i tro­chę się prze­stra­szy­łam.

Jej twarz su­ge­ru­je, że chy­ba bar­dziej niż tro­chę.

– Kie­dy ze­szłam na par­ter i zo­ba­czy­łam, że gry­zmo­li w no­tat­ni­ku, zu­peł­nie mnie za­tka­ło. – Śmie­je się.

– No­sem do­ty­kał nie­mal pa­pie­ru.

Dzien­ni­karz pyta, czy po­czu­ła ulgę.

– Ogrom­ną – od­po­wia­da Liz Be­au­mont ła­god­nym, wy­wa­żo­nym to­nem.

– Prze­rzu­ci­łem kart­ki no­tat­ni­ka i spo­strze­głem, że za­pi­sa­łem szes­na­ście stron bez jed­ne­go skre­śle­nia – wspo­mi­na Be­au­mont. – I że ze­stru­ga­łem trzy czwar­te no­wiut­kie­go ołów­ka. – Spo­glą­da na dzban z miną, któ­ra może wy­ra­żać me­lan­cho­lię lub skry­wa­ne po­czu­cie hu­mo­ru.

– Sko­ro Geo­r­ge nie żyje, chy­ba po­wi­nie­nem wy­rzu­cić te ołów­ki. Sam ich prze­cież nie uży­wam. Pró­bo­wa­łem. To po pro­stu się nie spraw­dza. Ja nie po­tra­fię pra­co­wać bez ma­szy­ny do pi­sa­nia. Ręka mi się mę­czy i głu­pie­je. Ręce Geo­r­ge’a nig­dy się to nie zda­rza­ło.

Uno­si wzrok i enig­ma­tycz­nie pusz­cza oko.

– Ko­cha­nie?

Po­pa­trzył na żonę, któ­ra sku­pia­ła się na wkła­da­niu Wil­lia­mo­wi do buzi resz­tek grosz­ko­we­go prze­cie­ru. Spo­rą jego część chłop­czyk miał na śli­niacz­ku.

– Słu­cham?

– Spójrz na mnie przez chwi­lę.

Spoj­rza­ła.

Thad mru­gnął i za­py­tał:

– Czy to było enig­ma­tycz­ne?

– Nie, skar­bie.

– Tak też my­śla­łem.

Resz­ta tej opo­wie­ści sta­no­wi ko­lej­ny pa­ra­dok­sal­ny roz­dział w szer­szej hi­sto­rii tego, co Thad Be­au­mont na­zy­wa „po­wie­ścią we­dług dzi­wa­ków”.

Spo­sób Ma­chi­ne’a zo­stał opu­bli­ko­wa­ny w czerw­cu 1976 roku przez nie­wiel­kie wy­daw­nic­two Dar­win Press (książ­ki „praw­dzi­we­go” Be­au­mon­ta wy­da­wał Dut­ton) i stał się nie­spo­dzie­wa­nym suk­ce­sem, tra­fia­jąc na pierw­sze miej­sce list be­st­sel­le­rów jak Sta­ny dłu­gie i sze­ro­kie. Na pod­sta­wie po­wie­ści na­krę­co­no rów­nież wiel­ki prze­bój ki­no­wy.

– Dłu­go cze­ka­łem, aż ktoś od­kry­je, że ja to Geo­r­ge, a Geo­r­ge to ja – mówi Be­au­mont. – Pra­wa au­tor­skie zo­sta­ły za­strze­żo­ne w imie­niu Geo­r­ge’a Star­ka, ale wie­dział mój agent oraz jego żona – jest jego byłą żoną, lecz po­zo­sta­ła peł­no­praw­ną wspól­nicz­ką w fir­mie – i oczy­wi­ście dy­rek­to­rzy oraz re­wi­dent księ­go­wy w Dar­win Press. Mu­siał wie­dzieć, bo Geo­r­ge mógł pi­sać po­wie­ści od­ręcz­nie, ale miał drob­ny pro­blem, pod­pi­su­jąc cze­ki. No i oczy­wi­ście mu­siał o tym wie­dzieć urząd po­dat­ko­wy. Tak więc obo­je z Liz przez pół­to­ra roku cze­ka­li­śmy, aż ktoś się wy­ga­da. To się nie sta­ło. My­ślę, że po pro­stu tra­fi­ło się śle­pej ku­rze ziar­no. Do­wo­dzi to je­dy­nie tego, że gdy my­śli­my, iż ktoś na pew­no zdra­dzi se­kret, wte­dy wszy­scy trzy­ma­ją ję­zyk za zę­ba­mi.

I trzy­ma­li go przez na­stęp­ne dzie­sięć lat, a tym­cza­sem nie­uchwyt­ny pan Stark, pi­sarz znacz­nie płod­niej­szy od swo­jej dru­giej po­ło­wy, opu­bli­ko­wał trzy ko­lej­ne po­wie­ści. Żad­na z nich nie po­wtó­rzy­ła olśnie­wa­ją­ce­go suk­ce­su Spo­so­bu Ma­chi­ne’a, ale wszyst­kie tra­fi­ły na li­sty be­st­sel­le­rów.

Po dłu­giej chwi­li za­du­ma­ny Be­au­mont za­czy­na wy­ja­śniać, dla­cze­go w koń­cu po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać z tej zy­skow­nej sza­ra­dy.

– Mu­sisz pa­mię­tać, że Geo­r­ge Stark był prze­cież czło­wie­kiem tyl­ko na pa­pie­rze. Lu­bi­łem go przez dłu­gi czas… i ten gość tłukł kasę, do cho­le­ry. Na­zy­wa­łem to mo ją­gwa­ranc ją­wol­no­ści. Sama świa­do­mość, że mógł­bym zre­zy­gno­wać z ucze­nia, gdy­bym miał ocho­tę, i da­lej spła­cać kre­dyt hi­po­tecz­ny, wy­wie­ra­ła na mnie ogrom­nie wy­zwa­la­ją­cy wpływ. Chcia­łem jed­nak zno­wu pi­sać wła­sne książ­ki, a Star­ko­wi bra­ko­wa­ło po­my­słów. Tak po pro­stu. Wie­dzie­li­śmy o tym ja, Liz, mój agent… Chy­ba na­wet wy­daw­ca Geo­r­ge’a w Dar­win Press o tym wie­dział. Gdy­bym jed­nak za­cho­wał to w ta­jem­ni­cy, po­ku­sa na­pi­sa­nia ko­lej­nej po­wie­ści Geo­r­ge’a Star­ka w koń­cu by­ła­by dla mnie zbyt sil­na. Je­stem rów­nie wraż­li­wy na sy­re­ni śpiew ma­mo­ny jak wszy­scy. Wy­da­wa­ło się, że roz­wią­za­niem bę­dzie wbi­cie osi­ko­we­go koł­ka w jego ser­ce raz na za­wsze. In­ny­mi sło­wy – ujaw­nie­nie tego. I to wła­śnie zro­bi­łem. Praw­dę mó­wiąc, ro­bię te­raz.

Thad z bla­dym uśmie­chem uniósł wzrok znad ty­go­dni­ka. Na­gle jego zdu­mie­nie za­in­sce­ni­zo­wa­ny­mi zdję­cia­mi w „Pe­ople” wy­da­ło się tro­chę świę­tosz­ko­wa­te i uda­wa­ne. Fo­to­gra­fo­wie „Pe­ople” nie byli bo­wiem je­dy­ny­mi, któ­rzy cza­sem aran­żo­wa­li sy­tu­ację tak, aby wy­glą­da­ła zgod­nie z po­trze­ba­mi i ocze­ki­wa­nia­mi czy­tel­ni­ków. Przy­pusz­czał, że więk­szość roz­mów­ców dzien­ni­ka­rzy też to robi w mniej­szym bądź więk­szym stop­niu. Są­dził jed­nak, że chy­ba po­ra­dził so­bie z tym le­piej niż nie­któ­rzy z nich; osta­tecz­nie był prze­cież po­wie­ścio­pi­sa­rzem… a po­wie­ścio­pi­sarz to po pro­stu fa­cet, któ­re­mu pła­co­no za mi­ja­nie się z praw­dą. Im bar­dziej kła­mał, tym le­piej był wy­na­gra­dza­ny.

„Star­ko­wi bra­ko­wa­ło po­my­słów. Tak po pro­stu”.

Jak­że szcze­re wy­zna­nie.

Jak­że uj­mu­ją­ce.

Jak­że wie­rut­nie kłam­li­we.

– Ko­cha­nie?

– Tak?

Liz pró­bo­wa­ła wy­trzeć myj­ką bu­zię cór­ce, któ­rej ten po­mysł nie­zbyt się spodo­bał. Od­wra­ca­ła głów­kę, ga­wo­rząc z obu­rze­niem, a Liz sta­ra­ła się na­dą­żyć za jej ru­cha­mi. Thad po­my­ślał, że żona w koń­cu ją do­pad­nie, cho­ciaż nie wy­klu­czał, iż naj­pierw się zmę­czy. Wy­glą­da­ło na to, że Wen­dy też nie wy­klu­cza ta­kiej moż­li­wo­ści.

– Czy słusz­nie za­ta­ili­śmy rolę, jaką w tym wszyst­kim ode­grał Claw­son?

– Prze­cież nie skła­ma­li­śmy. Po pro­stu nie wy­mie­ni­li­śmy jego na­zwi­ska.

– A on był dur­niem, praw­da?

– Nie, skar­bie.

– Nie był?

– Nie – od­par­ła spo­koj­nie Liz. Za­czę­ła te­raz wy­cie­rać bu­zię Wil­lia­mo­wi. – Był obrzy­dli­wym men­do­idem.

– Men­do­idem? – prych­nął Thad.

– Zga­dza się. Men­do­idem.

– Wy­da­je mi się, że jesz­cze nig­dy nie sły­sza­łem tego okre­śle­nia.

– Wi­dzia­łam je w ze­szłym ty­go­dniu na pu­deł­ku z fil­mem wi­deo, gdy szu­ka­łam w skle­pie na rogu cze­goś do wy­po­ży­cze­nia. Hor­ror za­ty­tu­ło­wa­ny Men­do­idzi. I po­my­śla­łam: Cu­dow­nie. Ktoś na­krę­cił film o Fre­de­ric­ku Claw­so­nie i jego krew­nych. Mu­szę o tym po­wie­dzieć Tha­do­wi. Ale za­po­mnia­łam.

– Więc na­praw­dę nie wi­dzisz w tym nic nie­wła­ści­we­go?

– Na­praw­dę nic – od­par­ła i dło­nią, w któ­rej trzy­ma­ła myj­kę, wska­za­ła naj­pierw męża, a po­tem roz­ło­żo­ny na sto­le ty­go­dnik. – Thad, do­sta­łeś z tego tyle, ile ci się na­le­ża­ło. Ga­wiedź też do­sta­ła na­leż­ną jej część. A Fre­de­rick Claw­son do­stał gów­no… czy­li do­kład­nie to, na co za­słu­żył.

– Dzię­ki.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Pro­szę. Cza­sem za bar­dzo się przej­mu­jesz.

– Czy to cię mę­czy?

– Tak… tyl­ko to… Wil­liam, no nie! Thad, gdy­byś ze­chciał mi tro­chę po­móc…

Thad za­mknął ma­ga­zyn i za­niósł Wil­la do sy­pial­ni bliź­niąt, idąc za żoną, któ­ra trzy­ma­ła Wen­dy. Pu­co­ło­wa­ty ma­lec był cie­pły i przy­jem­nie cięż­ki, za­rzu­cił mu nie­dba­le rącz­ki na szy­ję i jak zwy­kle ga­pił się na wszyst­ko wy­ba­łu­szo­ny­mi z za­cie­ka­wie­nia ocza­mi. Liz po­ło­ży­ła có­recz­kę na sto­li­ku do prze­wi­ja­nia; Thad uło­żył Wil­la na dru­gim. Obo­je – Liz nie­co szyb­szy­mi niż mąż ru­cha­mi – za­ło­ży­li im su­che pie­lu­chy.

– Cóż – rzekł Thad – po­ja­wi­li­śmy się na ła­mach ty­go­dni­ka „Pe­ople” i na tym ko­niec. Do­brze?

– Do­brze – od­par­ła z uśmie­chem.

Wy­dał się on Tha­do­wi tro­chę nie­szcze­ry, ale przy­po­mniał so­bie swój wcze­śniej­szy na­pad we­so­ło­ści i po­sta­no­wił dać temu spo­kój. Cza­sem po pro­stu nie był pe­wien sy­tu­acji – owa nie­pew­ność sta­no­wi­ła ro­dzaj psy­chicz­ne­go od­po­wied­ni­ka jego fi­zycz­nej nie­po­rad­no­ści – i wte­dy cze­piał się Liz. Rzad­ko mu od­bur­ki­wa­ła, ale nie­raz, gdy mó­wił zbyt dłu­go, wi­dział w jej oczach znu­że­nie. Co ona po­wie­dzia­ła? „Cza­sem za bar­dzo się przej­mu­jesz”.

Za­piął Wil­lo­wi pie­lu­chę, przy­trzy­mu­jąc brzu­szek wier­cą­ce­go się ra­do­śnie mal­ca, żeby nie sto­czył się ze sto­li­ka i nie za­bił, na co miał wy­raź­ną ocho­tę.

– Ka­ka­ra­ka! – za­wo­łał chłop­czyk.

– Taak – zgo­dził się Thad.

– Ti­tit! – wrza­snę­ła Wen­dy.

Jej ta­tuś ski­nął gło­wą.

– To też brzmi sen­sow­nie.

– Do­brze, że go uśmier­ci­li­śmy – oświad­czy­ła na­gle Liz.

Thad uniósł wzrok. Za­sta­na­wiał się przez mo­ment, po czym po­twier­dził ski­nie­niem gło­wy. Nie było po­trze­by okre­ślać, kim jest nie­bosz­czyk; wie­dzie­li to obo­je.

– Taak.

– Nie prze­pa­da­łam za nim.

„To strasz­ne mó­wić tak o swo­im mężu” – już chciał po­wie­dzieć, ale zre­zy­gno­wał. To nie było dziw­ne, po­nie­waż Liz nie mó­wi­ła o nim. Warsz­tat pi­sar­ski Geo­r­ge’a Star­ka nie był je­dy­ną istot­ną róż­ni­cą mię­dzy nimi.

– Ja też nie – przy­znał. – Co jest na ko­la­cję?

ROZDZIAŁ DRUGIKONIEC Z PROWADZENIEM DOMU

1

Tej nocy Thad miał zły sen. Obu­dził się bli­ski łez, trzę­sąc się ni­czym szcze­nię za­sko­czo­ne przez bu­rzę z pio­ru­na­mi. W tym śnie prze­by­wał z Geo­r­ge’em Star­kiem, tyle że Geo­r­ge nie był pi­sa­rzem, lecz po­śred­ni­kiem w han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Za­wsze też stał tuż za Tha­dem, więc był tyl­ko gło­sem i cie­niem.

2

Ży­cio­rys dla Dar­win Press – spo­rzą­dzo­ny przez Tha­da tuż przed roz­po­czę­ciem pra­cy nad Oks­fordz­kim blu­esem, dru­gim dzie­łem Geo­r­ge’a Star­ka – stwier­dzał, że Stark jeź­dził „pick-upem GMC z 1967 roku, któ­ry trzy­mał się kupy dzię­ki mo­dli­twie i far­bie do grun­to­wa­nia”. Jed­nak we śnie je­cha­li czar­nym jak smo­ła old­smo­bi­lem to­ro­na­do i Thad wie­dział, że po­peł­nił błąd, pi­sząc o pick-upie. Stark kie­ro­wał bo­wiem tym po­jaz­dem – ka­ra­wa­nem o na­pę­dzie od­rzu­to­wym.

Old­smo­bil był pod­nie­sio­ny z tyłu i wca­le nie przy­po­mi­nał sa­mo­cho­du po­śred­ni­ka w han­dlu nie­ru­cho­mo­ścia­mi. Wy­glą­dał za to jak śro­dek lo­ko­mo­cji trze­cio­rzęd­ne­go gang­ste­ra. Thad spoj­rzał na nie­go przez ra­mię, gdy szli w stro­nę domu, któ­ry Stark miał mu z ja­kie­goś po­wo­du po­ka­zać. My­ślał, że zo­ba­czy Star­ka, i ostry so­pel stra­chu prze­szył mu ser­ce. Ale te­raz Stark stał tuż za jego dru­gim ra­mie­niem (cho­ciaż Thad nie miał po­ję­cia, jak zdo­łał się tam zna­leźć tak szyb­ko i bez­sze­lest­nie) i Be­au­mont uj­rzał je­dy­nie sa­mo­chód, błysz­czą­cą w słoń­cu sta­lo­wą ta­ran­tu­lę. Na bar­dzo wy­so­kim tyl­nym zde­rza­ku wid­nia­ła na­lep­ka z na­pi­sem GŁO­ŚNY SU­KIN­SYN. Po obu stro­nach na­pi­su znaj­do­wa­ły się tru­pia czasz­ka i pisz­cze­le.

Dom, do któ­re­go przy­wiózł go Stark, był jego do­mem – nie tym zi­mo­wym w Lu­dlow, znaj­du­ją­cym się nie­da­le­ko uni­wer­sy­te­tu, lecz let­nim do­mem w Ca­stle Rock. Za nim roz­cią­ga­ła się pół­noc­na za­to­ka Ca­stle Lake i Thad sły­szał sła­by plusk fal na brze­gu. Na ma­łym traw­ni­ku za pod­jaz­dem umiesz­czo­no ta­blicz­kę z na­pi­sem NA SPRZE­DAŻ.

– Ład­ny dom, nie­praw­daż? – nie­mal wy­szep­tał zza jego ra­mie­nia Stark. Jego głos był ostry, lecz piesz­czo­tli­wy ni­czym liź­nię­cie ko­cie­go ję­zy­ka.

– To mój dom – od­parł Thad.

– My­lisz się cał­ko­wi­cie. Wła­ści­ciel tego domu nie żyje. Za­bił swą żonę i dzie­ci, a po­tem sie­bie. Skoń­czył ze sobą. Po pro­stu trzask-prask i do wi­dze­nia. Miał w so­bie tę ce­chę. Nie trze­ba było wy­tę­żać wzro­ku, by ją do­strzec. Moż­na po­wie­dzieć, że rzu­ca­ła się w oczy.

„Czy to ja­kiś żart?” –miał za­miar za­py­tać. Czuł, że po­wi­nien po­ka­zać Star­ko­wi, iż się go nie boi. Po­wi­nien dla­te­go, że był śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny. Za­nim jed­nak zdo­łał wy­po­wie­dzieć sło­wo, ja­kaś wiel­ka dłoń jak­by po­zba­wio­na bruzd (cho­ciaż trud­no było to stwier­dzić na pew­no, bo pal­ce były tak zgię­te, że rzu­ca­ły na nią splą­ta­ny cień) wy­su­nę­ła się nad jego ra­mie­niem, wy­ma­chu­jąc mu przed no­sem pę­kiem klu­czy.

Nie, nie wy­ma­chu­jąc. Gdy­by tak było, mógł­by się ode­zwać, może na­wet ode­pchnął­by je, aby po­ka­zać, że wca­le się nie boi tego strasz­ne­go czło­wie­ka, któ­ry upar­cie stał za nim. Ale dłoń ci­snę­ła mu klu­cze w twarz. Thad mu­siał je chwy­cić, żeby nie do­stać nimi w nos.

Wsu­nął je­den z klu­czy do zam­ka w drzwiach fron­to­wych, gład­kiej dę­bo­wej po­wierzch­ni, z któ­rej wy­sta­wa­ły je­dy­nie gał­ka oraz mo­sięż­na ko­łat­ka z wy­glą­du przy­po­mi­na­ją­ca ma­łe­go pta­ka. Klucz ob­ró­cił się bez tru­du i to go zdzi­wi­ło, po­nie­waż wca­le nie był to klucz do domu, lecz kla­wisz ma­szy­ny do pi­sa­nia umo­co­wa­ny na koń­cu dłu­gie­go sta­lo­we­go prę­ta. Wszyst­kie inne klu­cze na kół­ku wy­glą­da­ły na uni­wer­sal­ne, jak te uży­wa­ne przez wła­my­wa­czy.

Chwy­cił gał­kę i ob­ró­cił. W tym mo­men­cie oku­te że­la­zem drew­no drzwi po­marsz­czy­ło się i skur­czy­ło; to­wa­rzy­szy­ła temu se­ria grom­kich jak wy­bu­chy pe­tard eks­plo­zji. Przez nowe szcze­li­ny mię­dzy de­ska­mi wi­dać było świa­tło. Przez szpa­ry wy­le­ciał kurz. Roz­legł się su­chy trzask i jed­na z że­liw­nych ozdób od­pa­dła od drzwi, po czym z głu­chym stu­kiem ude­rzy­ła o próg obok nóg Tha­da.

Wszedł do środ­ka.

Nie chciał tego ro­bić; pra­gnął stać na we­ran­dzie i spie­rać się ze Star­kiem. Wię­cej! Za­pro­te­sto­wać, za­py­tać go, dla­cze­go, w imię Boga, to robi. Wej­ście do domu było bo­wiem jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce niż sam Stark. Ale to był sen, zły sen, i wy­da­wa­ło mu się, że isto­tą złych snów jest brak kon­tro­li. Przy­po­mi­na­ło to jaz­dę ko­lej­ką gór­ską, któ­ra mo­gła w każ­dej chwi­li wspiąć się wy­żej i po­rwać cię w dół, gdzie zgi­nął­byś w zde­rze­niu z mu­rem ni­czym ro­bak roz­gnie­cio­ny pac­ką na mu­chy.

Do­brze zna­ny ko­ry­tarz stał się obcy, pra­wie nie­przy­ja­zny przez sam brak spło­wia­łe­go tu­rec­kie­go chod­ni­ka, któ­re­go wy­mia­nę sta­le za­po­wia­da­ła Liz… I choć pod­czas sa­me­go snu wy­da­wa­ło się to dro­bia­zgiem, wła­śnie do nie­go po­tem wciąż po­wra­cał, chy­ba dla­te­go, że bu­dził au­ten­tycz­ne prze­ra­że­nie, wy­kra­cza­ją­ce poza kon­tekst snu. Czy moż­na się czuć bez­piecz­nie, sko­ro usu­nię­cie cze­goś tak dru­go­rzęd­ne­go jak chod­nik z ko­ry­ta­rza wy­wo­łu­je tak sil­ne uczu­cie ode­rwa­nia, dez­orien­ta­cji, smut­ku i lęku?

Nie po­do­bał mu się od­głos wła­snych kro­ków na drew­nia­nej pod­ło­dze, i to nie tyl­ko dla­te­go, że po­twier­dzał to, co sto­ją­cy za nim łaj­dak po­wie­dział o domu – że jest nie­za­miesz­ka­ny, prze­nik­nię­ty nie­zmą­co­nym bó­lem nie­obec­no­ści. Nie po­do­bał mu się ten dźwięk, bo świad­czył o jego strasz­li­wym smut­ku.

Chciał za­wró­cić i wyjść, nie mógł jed­nak tego zro­bić, po­nie­waż za nim kro­czył Stark. Wy­czu­wał też, że Geo­r­ge trzy­ma te­raz brzy­twę Ale­xi­sa Ma­chi­ne’a z rącz­ką z masy per­ło­wej, tę, któ­rą jego ko­chan­ka po­kie­re­szo­wa­ła dra­nio­wi twarz w fi­na­le Spo­so­bu Ma­chi­ne’a.

Gdy­by się od­wró­cił, Geo­r­ge Stark sam po­ba­wił­by się w rzeź­ni­ka.

Dom mógł być nie­za­miesz­ka­ny, lecz całe wy­po­sa­że­nie oprócz dy­wa­nów (ten ło­so­sio­wy, zaj­mu­ją­cy całą po­wierzch­nię sa­lo­nu, tak­że znik­nął) po­zo­sta­ło. Wa­zon z kwia­ta­mi stał na sto­li­ku z mięk­kie­go drew­na na koń­cu holu, skąd moż­na było iść pro­sto do sa­lo­nu z wy­so­kim ka­te­dral­nym su­fi­tem i prze­szklo­ną ścia­ną wy­cho­dzą­cą na je­zio­ro lub skrę­cić w pra­wo do kuch­ni. Thad do­tknął wa­zo­nu, a ten, eks­plo­du­jąc, zmie­nił się w chmu­rę odłam­ków i draż­nią­ce­go ce­ra­micz­ne­go pyłu. Sześć róż ogro­do­wych zwię­dło i po­czer­nia­ło, za­nim wy­lą­do­wa­ły w ka­łu­ży cuch­ną­cej wody roz­la­nej na sto­li­ku. Do­tknął sa­me­go sto­li­ka. Drew­no wy­da­ło z sie­bie su­chy trzask i blat pękł na dwo­je; wy­da­wa­ło się, że obie czę­ści osu­nę­ły się ra­czej, niż upa­dły na ogo­ło­co­ną z chod­ni­ka pod­ło­gę.

– Co zro­bi­łeś z moim do­mem!? – krzyk­nął do sto­ją­ce­go za nim męż­czy­zny, nie od­wra­ca­jąc się jed­nak. Nie mu­siał tego ro­bić, by po­twier­dzić obec­ność brzy­twy, któ­rej, za­nim No­nie Grif­fi­ths wy­pró­bo­wa­ła ją na Ma­chi­nie, ma­sa­kru­jąc mu po­licz­ki i wy­dłu­bu­jąc oko, Ma­chi­ne sam uży­wał do roz­pru­wa­nia no­sów swo­ich „ry­wa­li w in­te­re­sach”.

– Nic – od­parł Stark i Thad nie mu­siał wi­dzieć jego twa­rzy, by wy­obra­zić so­bie uśmiech, któ­ry sły­szał w jego gło­sie. – To ty to ro­bisz, sta­ry ko­niu.

Po­tem zna­leź­li się w kuch­ni.

Thad do­tknął ku­chen­ki i ta pę­kła na dwo­je z głu­chym od­gło­sem przy­po­mi­na­ją­cym brzęk wiel­kie­go dzwo­nu ob­le­pio­ne­go za­schnię­tą gli­ną. Skręt­ki grzej­ne wy­strze­li­ły pio­no­wo i uko­śnie w górę ni­czym po­rwa­ne wi­chrem za­baw­ne spi­ral­ne ka­pe­lu­sze. Z ciem­nej dziu­ry w ku­chen­ce wy­do­by­wał się obrzy­dli­wy smród. Zer­k­nąw­szy do środ­ka, Thad uj­rzał od­ra­ża­ją­ce­go roz­kła­da­ją­ce­go się in­dy­ka. Z jamy w cie­le pta­ka są­czył się czar­ny płyn z ja­ki­miś ka­wał­ka­mi mię­sa.

– Tu­taj na­zy­wa­my to na­dzie­niem z głup­ca – za­uwa­żył Stark zza jego ple­ców.

– Co masz na my­śli? – za­py­tał Thad. – Tu­taj, czy­li gdzie?

– W End­svil­le – od­parł spo­koj­nie Stark. – Tu­taj koń­czą bieg wszyst­kie po­cią­gi.

Do­dał coś jesz­cze, ale Thad tego nie do­sły­szał. Po­tknął się o le­żą­cą na pod­ło­dze to­reb­kę Liz. Gdy się chwy­cił ku­chen­ne­go sto­łu, żeby nie upaść, ten roz­le­ciał się w drza­zgi i opadł na li­no­leum. Błysz­czą­cy gwóźdź po­to­czył się w kąt kuch­ni z ci­chym me­ta­licz­nym brzę­kiem.

– Na­tych­miast prze­stań! – krzyk­nął Thad. – Chcę się obu­dzić! Nie zno­szę psuć wszyst­kie­go!

– Za­wsze by­łeś nie­zda­rą, sta­ry – od­parł Stark. Za­brzmia­ło to tak, jak­by Thad miał licz­ne ro­dzeń­stwo, bez wy­jąt­ku po­ru­sza­ją­ce się z gra­cją ga­ze­li.

– Nie mu­szę nim być – oświad­czył Thad peł­nym trwo­gi, nie­mal lę­kli­wym gło­sem. – Nie mu­szę być nie­zdar­ny. Nie mu­szę wszyst­kie­go psuć. Gdy je­stem ostroż­ny, wszyst­ko gra.

– Tak… to fa­tal­nie, że prze­sta­łeś być ostroż­ny – rzekł Stark tym sa­mym po­god­nym gło­sem obiek­tyw­ne­go ob­ser­wa­to­ra sy­tu­acji. Sta­li te­raz w holu w głę­bi domu.

Uj­rzał tam Liz sie­dzą­cą z roz­su­nię­ty­mi no­ga­mi w ką­cie przy drzwiach do dre­wut­ni, obu­tą w je­den mo­ka­syn. Na jej ko­la­nach le­żał mar­twy wró­bel. Mia­ła na so­bie ny­lo­no­we poń­czo­chy, w jed­nej z nich pu­ści­ło oczko. Nie­co szorst­kie mio­do­we wło­sy za­kry­wa­ły jej ob­li­cze. Thad nie chciał go wi­dzieć. Tak jak nie mu­siał wi­dzieć brzy­twy Star­ka ani jego lo­do­wa­te­go uśmie­chu, żeby zda­wać so­bie spra­wę z ich bli­sko­ści, tak nie mu­siał wi­dzieć twa­rzy Liz, by wie­dzieć, że wca­le nie śpi ani nie jest nie­przy­tom­na, lecz po pro­stu nie żyje.

– Za­pal świa­tło, bę­dziesz le­piej wi­dział – rzekł Stark gło­sem czło­wie­ka spę­dza­ją­ce­go czas z przy­ja­cie­lem. Jego dłoń po­ja­wi­ła się nad ra­mie­niem Tha­da, wska­zu­jąc na lam­py, któ­re Thad wła­sno­ręcz­nie za­in­sta­lo­wał. Były oczy­wi­ście elek­trycz­ne, lecz przy­po­mi­na­ły au­ten­tycz­ne naf­to­we nie­to­pe­rze: dwie za­mo­co­wa­ne na drew­nia­nym wrze­cio­nie la­tar­nie sztor­mo­we o na­tę­że­niu świa­tła re­gu­lo­wa­nym ściem­nia­czem na ścia­nie.

– Nie chcę wi­dzieć!

Pró­bo­wał spra­wiać wra­że­nie pew­ne­go sie­bie twar­dzie­la, ale za­czę­ło to do nie­go do­cie­rać. Sły­szał, że jego głos brzmi nie­rów­no, co zna­czy­ło, iż jest go­tów się roz­kle­ić. To, co po­wie­dział, i tak nie mia­ło chy­ba zna­cze­nia, się­gnął bo­wiem do okrą­głe­go re­osta­tu na mu­rze. Gdy go do­tknął, mię­dzy pal­ca­mi prze­pły­nął mu stru­mień błę­kit­ne­go, bez­bo­le­sne­go elek­trycz­ne­go ognia, tak gę­sty, że przy­po­mi­nał ra­czej ga­la­re­tę niż świa­tło. Okrą­gła gał­ka re­osta­tu w ko­lo­rze ko­ści sło­nio­wej po­czer­nia­ła, ode­rwa­ła się od ścia­ny i prze­fru­nę­ła ze świ­stem przez po­kój ni­czym mi­nia­tu­ro­wy la­ta­ją­cy spodek. Stłu­kła szy­bę w ma­łym oknie po dru­giej stro­nie i znik­nę­ła w od­da­li na nie­bie, któ­re za­bar­wi­ło się nie­sa­mo­wi­cie na zie­lo­no jak po­kry­ta na­lo­tem miedź.

Elek­trycz­ne nie­to­pe­rze za­pa­li­ły się nie­na­tu­ral­nie ja­snym bla­skiem i wrze­cio­no za­czę­ło się ob­ra­cać, na­wi­ja­jąc łań­cuch, na któ­rym wi­sia­ły klo­sze, i spra­wia­jąc, że cie­nie za­czę­ły plą­sać po po­ko­ju w sza­lo­nym ka­ru­ze­lo­wym tań­cu. Stłukł się pierw­szy, a po­tem dru­gi cy­lin­drycz­ny klosz la­tar­ni, ob­sy­pu­jąc Tha­da gra­dem odłam­ków szkła.

Bez na­my­słu sko­czył na­przód i chwy­cił żonę, chcąc wy­do­stać ją spod la­tar­ni, za­nim łań­cuch pęk­nie i zwa­li na nią cięż­kie drew­nia­ne wrze­cio­no. Ten od­ruch był tak sil­ny, że prze­wa­żył nad wszyst­kim in­nym, włącz­nie z prze­świad­cze­niem, iż to i tak nie ma zna­cze­nia, bo ona nie żyje. Stark mógł wy­rwać z zie­mi Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding z fun­da­men­ta­mi i spu­ścić go na Liz – i tak nie mia­ło­by to zna­cze­nia. W każ­dym ra­zie nie dla niej. Już nie.

Gdy wsu­wał ręce pod ple­cy Liz i spla­tał dło­nie mię­dzy ło­pat­ka­mi, jej cia­ło prze­su­nę­ło się na­przód, a gło­wa od­chy­li­ła do tyłu. Skó­ra na jej twa­rzy pę­ka­ła ni­czym po­wierzch­nia wazy z cza­sów dy­na­stii Ming. Szkli­ste oczy na­gle eks­plo­do­wa­ły. Obrzy­dli­wa, od­ra­ża­ją­co cie­pła zie­lo­na ga­la­re­ta try­snę­ła Tha­do­wi w twarz. Mar­twa Liz roz­dzia­wi­ła usta i wy­le­ciał z nich bia­ły grad zę­bów. Czuł, jak ich twar­de brył­ki prze­bi­ja­ją mu po­licz­ki i czo­ło. Z po­dziu­ra­wio­nych dzią­seł try­snę­ły stru­mie­nie na wpół za­krze­płej krwi. Ję­zyk wy­su­nął się spo­mię­dzy warg i spadł na jej su­kien­kę ni­czym za­krwa­wio­ny ka­wa­łek węża.

Thad za­czął wrzesz­czeć – dzię­ki Bogu tyl­ko we śnie, nie na­praw­dę, bo in­a­czej prze­ra­ził­by śmier­tel­nie swą żonę.

– Jesz­cze z tobą nie skoń­czy­łem, gno­ju – rzekł ci­cho Stark za ple­ca­mi pi­sa­rza. Jego głos prze­stał być po­god­ny. Był zim­ny jak wody Ca­stle Lake w li­sto­pa­dzie. – Pa­mię­taj o tym. Le­piej mnie nie wkur­wiaj, bo gdy mnie wkur­wiasz…

3

Thad obu­dził się gwał­tow­nie z mo­krą twa­rzą; po­dusz­ka, któ­rą wcze­śniej kon­wul­syj­nie przy­ci­skał do twa­rzy, też była mo­kra. Mógł ją zro­sić łza­mi lub kro­pla­mi potu.

– …to masz prze­chla­pa­ne – do­koń­czył z usta­mi w po­dusz­ce, a po­tem le­żał w po­zy­cji em­brio­nal­nej, drżąc spa­zma­tycz­nie.

– Thad? – wy­mam­ro­ta­ła nie­wy­raź­nie Liz z głę­bi wła­sne­go snu. – Bliź­nię­ta całe i zdro­we?

– Całe i zdro­we – zdo­łał wy­krztu­sić. – Ja… nic. Śpij da­lej.

– Taak, wszyst­ko jest…

Po­wie­dzia­ła coś jesz­cze, lecz nie do­sły­szał, po­dob­nie jak tego, co do­dał Stark, po­wie­dziaw­szy mu, że dom w Ca­stle Rock to End­svil­le… sta­cja, gdzie koń­czą swój bieg wszyst­kie po­cią­gi.

Thad le­żał na prze­po­co­nym prze­ście­ra­dle, z wol­na wy­pusz­cza­jąc po­dusz­kę z rąk. Po­ma­so­wał twarz gołą dło­nią i cze­kał, aż sen pierzch­nie, aż ustą­pią drgaw­ki. Ustą­pi­ły, tyle że za­ska­ku­ją­co po­wo­li. Przy­najm­niej uda­ło mu się nie obu­dzić Liz.

Wpa­try­wał się bez­myśl­nie w ciem­ność, nie pró­bu­jąc ro­zu­mieć sen­su snu, pra­gnąc je­dy­nie, żeby od­szedł. Po nie­skoń­cze­nie dłu­gim cza­sie Wen­dy obu­dzi­ła się w są­sied­nim po­ko­ju i za­czę­ła się gło­śno do­ma­gać zmia­ny pie­lu­chy. Oczy­wi­ście chwi­lę póź­niej obu­dził się Wil­liam, uznaw­szy, że jego też trze­ba prze­wi­nąć (kie­dy jed­nak Thad zdjął mu pie­lu­chę, oka­za­ło się, że jest cał­kiem su­cha).

Liz ock­nę­ła się na­tych­miast i jak lu­na­tycz­ka po­ma­sze­ro­wa­ła do po­ko­ju dzie­ci. Thad – znacz­nie bar­dziej przy­tom­ny i cho­ciaż raz ura­do­wa­ny tym, że trze­ba się nimi za­jąć w środ­ku nocy, a przy­najm­niej tej nocy – po­szedł z nią. Gdy Liz zmie­ni­ła pie­lu­chę cór­ce, on prze­wi­nął Wil­lia­ma; obo­je mó­wi­li przy tym nie­wie­le, a gdy wró­ci­li do łóż­ka, Thad z ulgą uświa­do­mił so­bie, że zno­wu po­grą­ża się we śnie. Wcze­śniej my­ślał, że chy­ba ma już do­syć spa­nia tej nocy. A gdy się obu­dził, ma­jąc jesz­cze w pa­mię­ci świe­ży ob­raz gwał­tow­ne­go roz­pa­du cia­ła Liz, my­ślał, że już nig­dy wię­cej nie zmru­ży oka.

Rano nie bę­dzie po nim śla­du, jak po wszyst­kich złych snach.