Wydawca: HarperCollins Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 335 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczna noc - Gena Showalter

Cykl książek Władcy Podziemi – Maddox, Reyes i Anya to nieśmiertelni wojownicy strzegący bogów Olimpu, którzy przed wiekami popadli w ich niełaskę, zabijając Pandorę, strażniczkę puszki wszelkiego zła. Dziś żyją we współczesnym świecie, a każde z nich skazane jest na wieczne cierpienie. Piekło Maddoksa to powracające ataki Furii, Reyes jest księciem Bólu, a Anya boginią Anarchii. Cała trójka jest skazana na nieustanną wojnę z ludźmi, bogami i demonami. Ich szansą na wybawienie jest miłość, tylko że i ona niesie ogromne zagrożenie… Ashlyn Darrow posiada niezwykły dar – gdziekolwiek się pojawi, słyszy rozmowy, które kiedykolwiek odbyły się w tym miejscu. Ta umiejętność wkrótce staje się koszmarem i Ashlyn postanawia ratować się przed szaleństwem. Wyjeżdża więc do Budapesztu, by szukać pomocy w sekretnej sekcie nieśmiertelnych. W ten sposób wpada w wir przerażających, przerastających ludzkie wyobrażenie wydarzeń. Co gorsza zakochuje się w mężczyźnie, który sam żyje we własnym piekle. Ten mężczyzna to jeden z nieśmiertelnych, Maddox…

W cyklu Władcy Podziemi ukazały się następujące tytuły: Mroczna noc, Mroczna więź, Mroczna żądza, Mroczny szept, Mroczna namiętność i Mroczne kłamstwa.

Opinie o ebooku Mroczna noc - Gena Showalter

Fragment ebooka Mroczna noc - Gena Showalter

Gena Showalter

Mroczna noc

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Śmierć przychodziła każdej nocy, powolna, bolesna. Rano Maddox budził się ze świadomością, że znowu będzie musiał umierać. Oto najgorsze przekleństwo, mająca trwać po wiek wieków kara.

Przesunął językiem po zębach. Gdyby tak mógł wrazić ostrze w gardło wroga... Czas płynął opieszale słyszał w głowie jego ciurkanie, jak tykanie zegara odliczającego kolejne minuty, naigrawającego się z jego cierpienia.

Jeszcze trochę i poczuje ból przeszywający żołądek. Cokolwiek by zrobił, cokolwiek powiedział, nic nie mogło tego odmienić. Wiedział, że śmierć przyjdzie tak czy tak.

– Przeklęci bogowie – mruknął, zwiększając prędkość mechanizmu do podnoszenia ciężarów.

– Wszyscy to sukinsyny – zawtórował mu głos zza pleców.

Maddox ćwiczył dalej. Po co Torin się wtrąca? Co robi na siłowni? Do diabła z nim. W górę. W dół. W górę. W dół. Ćwiczył od dwóch godzin, grzmocił worek treningowy, katował się na bieżni mechanicznej, teraz przyszła kolej na ciężary. Spływał potem, był wyczerpany fizycznie, ale nie mógł się uwolnić od udręki, nastrój miał coraz gorszy, coraz mroczniejszy.

– Nie powinieneś tu przychodzić – warknął.

– Nie chciałem przeszkadzać – z westchnieniem oznajmił Torin – ale coś się wydarzyło.

– To się tym zajmij. Spróbuj. Na mnie nie licz. Nie pomogę ci. – W ostatnich tygodniach byle drobiazg doprowadzał go do furii. Mógłby zabić każdego, kto akurat znalazł się w pobliżu, nawet przyjaciela. Nie, nie nawet. Najchętniej wymordowałby przyjaciół. Nie chciał, nie zamierzał, ale stawał się bezradny wobec miotającej nim potrzeby starcia na miazgę Bogu ducha winnego nieszczęśnika.

– Maddox...

– Jestem na krawędzi, Torin. Nie miałbyś ze mnie żadnego pożytku. – Znał swoje ograniczenia. Miał tysiące lat, żeby dobrze je poznać. Tak, tysiące lat minęło od tamtego przeklętego dnia, kiedy bogowie do wypełnienia zadania, które on powinien wypełnić, wybrali kobietę.

Pandora była silna, sławiono ją jako najsilniejszą z wojowniczek, ale on był silniejszy. Sprawniejszy. Bardziej się nadawał. A jednak uznano, że jest zbyt słaby, by strzec dimOuniak, świętej puszki, w której zamknięte były demony tak potężne, tak złowrogie, że moce piekielne przy nich bladły.

Jakby Maddox nie potrafił ich ustrzec. Spotkał go straszliwy afront. Nie tylko jego, ale i wszystkich wojowników, którzy z oddaniem walczyli dla króla bogów. Ich rzemiosłem było zabijać, ich służbą strzec i chronić. Do nich należała piecza nad puszką, a jednak nie zostali wybrani. Nie mogli puścić w niepamięć tak sromotnego upokorzenia.

Tamtej nocy, kiedy wykradli Pandorze puszkę i uwolnili hordy demonów, chcieli po prostu dać nauczkę bogom. Nie mogli zrobić nic głupszego. Niczego nie dowiedli, na domiar złego puszka gdzieś się zawieruszyła w zamieszaniu i nie pojmali żadnego złego ducha. Zapanował chaos, świat pogrążył się w mroku, w końcu król bogów rzucił klątwę na swoich wojowników. Od tego dnia każdy z nich miał nosić w sobie demona.

Dobrze obmyślana kara. Powodowani pychą spuścili złe moce z uwięzi, więc teraz musieli żyć z nimi na co dzień.

Maddoksowi przypadła Furia. Zrosła się z nim, jej obecność stała się czymś tak oczywistym jak oddychanie czy bicie serca. Nie mógł już funkcjonować bez demona, demon nie mógł funkcjonować bez niego. Człowiek i demon spleceni w jedno – dwie połówki nierozdzielnej całości.

Od samego początku Furia popychała Maddoksa do czynów mu nienawistnych, a on je spełniał. Usłuchał nawet wówczas, gdy musiał zabić kobietę, zgładzić Pandorę...

Zacisnął kurczowo palce na sztandze. Z czasem nauczył się panować nad najgorszymi podszeptami demona, ale okupywał to nieustanną z nim walką. W każdej chwili mógł pęknąć, poddać się.

Dałby wszystko za jeden dzień spokoju. Dzień bez dręczącej potrzeby zadawania bólu, czynienia krzywdy innym. Bez toczenia wewnętrznej walki z samym sobą. Dzień bez udręki. Bez umierania. Dzień spokoju...

– Nie powinieneś tu przychodzić, Torin. Narażasz się. Idź już. – Zamocował sztangę w uchwytach i usiadł. – Tylko Lucien i Reyes mogą się do mnie zbliżać, kiedy nadchodzi koniec. – Mogli się zbliżać, bo byli tak samo uwikłani jak Maddox. I jak on bezsilni wobec swoich demonów.

– Została jeszcze godzina. – Torin rzucił Maddoksowi ręcznik. – Zaryzykuję.

Maddox chwycił ręcznik i otarł twarz.

– Woda. – Butelka zmrożonej wody poszybowała w jego stronę, zanim zamknął usta. Złapał ją w locie, wypił całą zawartość i spojrzał na Torina: czarny strój, rękawiczki, zawsze tak się nosił, jasne włosy spływające na ramiona, zmysłowa twarz, która wprawiała w zachwyt śmiertelniczki. Nie domyślały się, że widzą diabła w skórze anioła, chociaż powinny, tyle w nim było lekceważenia i pogardy dla innych. Do tego zły błysk w zielonych oczach wskazywał na kogoś, kto wyrwie ci serce z piersi, zanosząc się śmiechem. Albo będzie naigrawał się z ciebie, kiedy w swojej naiwności będziesz próbował go unicestwić.

Musiał się śmiać, jeśli miał znieść swój los. Jak oni wszyscy, potępieńcy z budapeszteńskiej twierdzy. Wprawdzie jak Maddox nie umierał co noc, ale nie mógł dotknąć żadnej żyjącej istoty, nie zarażając jej.

Torin nosił w sobie demona Zarazy.

Od ponad czterystu lat nie zaznał pieszczoty kobiety. Dowiedział się, co to znaczy, kiedy zdjęty pożądaniem przesunął dłonią po policzku dziewczyny, która mu się spodobała. Jedno niewinne muśnięcie sprowadziło zarazę, która zabiła i dziewczynę, i zdziesiątkowała nieprzeliczone wsie.

– Poświęć mi pięć minut, o więcej nie proszę – powiedział tonem nieznoszącym odmowy.

– Myślisz, że czeka nas dzisiaj kara od bogów? – Maddox puścił mimo uszu prośbę Torina. Udając, że nie słyszy, nie musiał odmawiać i cierpieć potem wyrzutów sumienia.

Torin westchnął.

– Każda minuta naszego życia jest karą.

Maddox uśmiechnął się cierpko. Karzcie mnie, karzcie, dranie, dla waszej uciechy, pomyślał. Może wreszcie skończy się moja męka.

Wątpił, by bogowie robili sobie wiele z jego wezwań. Kiedy rzucili już na niego przekleństwo śmierci, przestał ich obchodzić, nie docierały do nich błagania o przebaczenie i odpuszczenie winy. Na darmo składał obietnice, na darmo się z nimi układał.

Niczym już nie ryzykował, bo czy mogli go bardziej ukarać?

Było coś gorszego od wiecznego umierania? Pozbawiony wszystkiego, co dobre, co uczciwe, znosił stałą obecność Furii w swoim ciele, w duszy.

Zerwał się na równe nogi, wrzucił ręcznik i butelkę po wodzie do kosza, po czym podszedł do okna w półokrągłej wnęce na końcu sali, założył dłonie na kark, wyjrzał w noc.

Widział raj.

Widział piekło.

Widział wolność i więzienie, wszystko i nic.

Widział... swój dom.

Z posadowionej na szczycie wzgórza twierdzy roztaczał się widok na całe niemal miasto jarzące się różnokolorowymi światłami, na Dunaj, w którym przeglądało się aksamitne niebo, na pokryte białymi czapami drzewa u podnóża gmaszyska. W powietrzu kołowały płatki śniegu noszone tam i sam powiewami wiatru.

Twierdza dawała jej mieszkańcom namiastkę prywatności, poczucie odosobnienia. Tutaj nie musieli na każdym kroku odpowiadać na lawiny pytań: „Dlaczego się nie starzejesz?”. „Dlaczego krzyczysz co noc?”. „Dlaczego wyglądasz jak potwór?”.

Okoliczni trzymali się z daleka, czuli przed nimi respekt i coś na kształt zbożnej trwogi.

– Anioły... – słyszał pełne bojaźni szepty przy okazji rzadkich spotkań ze śmiertelnymi.

Gdyby wiedzieli...

Paznokcie wydłużyły się, wbijały w parapet. Budapeszt miał w sobie majestatyczne piękno. Można w nim było znaleźć czar przeszłości i zupełnie współczesne uciechy, ale czuł się tu obco. Obco w dzielnicy wokół zamku, na ulicach, którymi wędrujesz od jednego klubu nocnego do drugiego, na targowiskach, gdzie handlują przekupki, w barach, gdzie kupczą ciałem prostytutki.

Może poczucie oddalenia zniknęłoby, gdyby mógł swobodnie zagłębić się w miasto, ale był uwięziony w twierdzy, zamknięty w niej na cztery spusty, jak kiedyś, przed tysiącami lat Furia zamknięta była w puszce Pandory.

Paznokcie wydłużyły się jeszcze bardziej, upodobniły do szponów. Na myśl o puszce zawsze wpadał w czarny nastrój. Rąbnij w ścianę, podszeptywała Furia, zniszcz coś. Bij, zabij. Jakże chciał wystąpić przeciw bogom, unicestwić ich. Jednego po drugim. Pościnać im głowy. Wyszarpać serca z piersi. Skończyć z nimi raz na zawsze.

Demon zamruczał z aprobatą.

Jasne, że Furia będzie mruczała, pomyślał z niesmakiem. Byle lała się krew, wszystko jedno czyja. Wobec takiej perspektywy zawsze mógł liczyć na poparcie bestii. Skrzywił się i znowu spojrzał w górę. Od dawien dawna miał ją za nieodłączną towarzyszkę, ale doskonale pamiętał tamten dzień. Szalejącą wokół rzeź, krzyki konających. I duchy z piekła rodem, ogarnięte gorączką mordu, pożerające niewinnych.

Dopiero kiedy Furia została zamknięta w jego ciele, stracił poczucie rzeczywistości. Nic już nie słyszał, nic nie widział. Ogarnęła go nieprzenikniona ciemność. Odzyskał zmysły, gdy trysnęła mu na pierś krew Pandory. Dotarło do niego, że zabił. Nie po raz pierwszy zabijał, i nie ostatni, ale nigdy przedtem, nigdy też potem, nie podniósł miecza przeciwko kobiecie. Koszmarny był to widok patrzeć, jak pada martwa. Koszmarna świadomość, że on zadał jej śmierć. Nadal nosił w sobie wyrzut, poczucie winy, wstyd i ból, których czas ani trochę nie złagodził.

Poprzysiągł sobie wówczas, że będzie starał się powściągać szaleństwa demona, ale było już za późno. Uniesiony gniewem Zeus rzucił na niego jeszcze jedną klątwę: codziennie o północy Maddox miał umierać tak, jak umierała Pandora, od sześciu pchnięć ostrzem prosto w żołądek. Różnica polegała na tym, że męka Pandory trwała ledwie kilka minut.

Jego będzie trwała całą wieczność.

Rozluźnij się, nakazał sobie, czując, jak wzbiera w nim agresja. Nie ty jeden cierpisz. Inni wojownicy też mają swoje demony, dosłownie i w przenośni. Torinowi przypadła Zaraza, Lucienowi Śmierć, Reyesowi Ból, Aeronowi Gniew, Parysowi Rozwiązłość.

Dlaczego on jej nie dostał? Szedłby do miasta, kiedy wola, brał kobietę, jaką tylko by chciał, chłonął każdy dźwięk, każdą pieszczotę.

Nigdy nie posuwał się tak daleko. Nie ufał sobie. W każdej chwili mógł przecież zawładnąć nim demon. A niechby się zdarzyło, że nie zdążyłby wrócić do twierdzy przed północą... Ktoś postronny zobaczyłby jego zbroczone krwią ciało, pochował go lub też, co gorsza, skremował.

Gdyby to mogło zakończyć jego mękę! Ale nie. Choćby go żywcem przypiekali na ogniu, choćby rzucił się z najwyższego okna twierdzy i roztrzaskał czaszkę, a mózg rozbryzgał się wokół, i tak znów by się obudził. Nic nie mogło położyć kresu katuszom.

– Od dłuższej chwili gapisz się przez okno. Nie jesteś ciekaw, co się stało? – wyrwał go z zamyślenia Torin.

– Ty ciągle tutaj?

Torin uniósł kruczoczarne, mocno kontrastujące z bielutkimi włosami brwi.

– Rozumiem, że twoja odpowiedź brzmi nie. Uspokoiłeś się przynajmniej?

Czy kiedykolwiek był spokojny?

– Tak spokojny, na ile to możliwe w moim przypadku.

– Przestań jęczeć. Chcę ci coś pokazać, a ty mnie nie zbywaj. Po drodze wytłumaczę, dlaczego zabieram ci czas. – Torin odwrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.

Maddox stał jeszcze przez chwilę przy oknie i patrzył za znikającym przyjacielem, który napomniał go, by przestał jęczeć. To prawda, jęczał, skomlał. Ciekawość i rozbawienie wzięły górę, dogonił Torina na korytarzu. Owiało go chłodne powietrze, wilgotne, pachnące zimą.

– O co chodzi?

– Wreszcie się zainteresowałeś. – Więcej Torin nie raczył powiedzieć.

– Jedna z twoich sztuczek... – Kiedyś Parys poskarżył się nieopatrznie, że brakuje mu towarzystwa kobiet, na co Torin zamówił kilkaset nadmuchiwanych lalek, zapełnił nimi całą twierdzę i plastikowe „damy” z usteczkami gotowymi do obciągania patrzyły na człowieka z każdego kąta.

Torin potrafił wyczyniać najdziwniejsze rzeczy, kiedy się nudził.

– Ciebie na pewno bym nie podpuszczał – mruknął, nie odwracając się do Maddoksa. – Strata czasu. Jesteś kompletnie wyprany z poczucia humoru.

Prawda, temu nie dało się zaprzeczyć.

Szli długimi korytarzami rozświetlonymi blaskiem łuczyw. Dom Potępionych, jak nazwał twierdzę Torin, zbudowano przed kilkuset laty. Wprowadzili tu mnóstwo ulepszeń, modernizowali, co się dało, ale i tak czas zrobił swoje.

– Co tak tu pusto? – Dopiero teraz Maddox zauważył, że nie spotkali nikogo.

– Parys powinien robić zakupy, zapasy jedzenia się kończą, zaopatrzenie to jego działka, ale gdzie tam. Znowu poszedł w kurs, tylko jedno mu w głowie.

Szczęściarz. Rozwiązłość sprawiała, że nie potrafił iść dwa razy z tą samą kobietą do łóżka, miał czasami dwie, trzy jednego dnia. A tak zwane skutki uboczne wywoływane przez demona? O tym, co Parys wyprawiał z kobietami, Maddox wolał nawet nie myśleć. Każdego normalnego wieść o tych ekscesach przyprawiłaby o odruch wymiotny. Maddox jakoś mniej zazdrościł wówczas Parysowi, ale gdy słuchał jego opowieści o kochankach, zazdrość wracała. Poczuć dotknięcie uda... żar skóry... słyszeć jęki rozkoszy...

– Aeron czeka... Przygotuj się – uprzedzał Torin. – Po to cię szukałem.

– Coś mu się stało? – Maddox poczuł, że ogarnia go mrok, znowu wzbiera w nim agresja. Niszcz, unicestwiaj, podszeptywała Furia. – Jest ranny?

Aeron był nieśmiertelny, ale to nie znaczyło, że nie mogło mu się przytrafić coś złego. Mógł nawet zginąć, każdy z nich tego doświadczył w taki czy inny sposób, ale zawsze najokrutniejszy z możliwych.

– Nic z tych rzeczy – zapewnił go Torin.

Maddox odetchnął, Furia przycichła.

– Co zatem? Szlag go trafił, że znowu sprząta? – Każdy z mieszkańców twierdzy miał swój zakres obowiązków. Starali się utrzymywać porządek wokół siebie, jakby w ten sposób chcieli uporać się z chaosem panującym w ich duszach. Aeron pełnił rolę kogoś na kształt posługacza, zresztą wiecznie się uskarżał na to zajęcie. Maddox był złotą rączką, majstrem od wszystkiego, Torin miał w swojej pieczy akcje giełdowe i obligacje skarbowe, inwestował wspólne pieniądze, zapewniając przyjaciołom życie w dostatku. Lucien zajmował się robotą papierkową, a Reyes dbał o broń.

– Wezwali go... bogowie.

Maddox potknął się, z szoku zaniewidział na moment.

– Co takiego?! – Z pewnością się przesłyszał, jak nic, tak musiało być.

– Bogowie go wezwali – powtórzył Torin.

Od dnia śmierci Pandory jakby przestali istnieć dla Greków.

– Czego chcieli? Dlaczego dopiero teraz dowiaduję się o tym?

– Po pierwsze, nikt nie wie. Oglądaliśmy film. Aeron nagle się wyprostował, twarz mu zmartwiała, jakby już pożegnał się z ciałem, po chwili wrócił, że tak powiem, do siebie, i oznajmił, że został wezwany. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, już go nie było. Po drugie, gdy próbowałem ci powiedzieć, to usłyszałem, żebym nie zawracał ci głowy.

Odezwał się tik pod okiem.

– Mimo wszystko powinieneś był mi powiedzieć.

– I oberwać ciężarkiem w łeb? Daj spokój. Noszę w sobie Zarazę, nie Głupotę.

To jakieś... jakieś... Maddox wolał nie zastanawiać się co, ale mózg i tak pracował. Czasami Aeron, strażnik Gniewu, tracił kontrolę nad demonem, wpadał w dziką furię i doświadczał śmiertelnych za popełnione i niepopełnione grzechy. Czyżby dostał drugą karę, jak Maddox przed wiekami?

– Jeśli nie wróci w takiej kondycji, w jakiej go stąd zabrali, sam deleguję się do niebios i zgładzę każdego boga, który nawinie mi się pod rękę.

– Masz w oczach krwawe błyski – mitygował go Torin. – Wszyscy jesteśmy oszołomieni, ale Aeron niedługo wróci i powie nam, o co chodzi.

Jasne. Uspokój się, człowieku, nakazał sobie. Znowu to samo.

– Wezwali jeszcze kogoś?

– Nie. Lucien przeprowadza inwentaryzację, Reyes podziewa się nie wiadomo gdzie, pewnie znowu się pociął.

Maddox każdej nocy cierpiał katusze, ale współczuł serdecznie Reyesowi, który nieustannie musiał zadawać sobie ból.

– Co jeszcze chciałeś mi powiedzieć? – Dotknął końcami palców kolumny przy schodach i zaczął wspinać się po kamiennych stopniach.

– Pokażę ci, zamiast gadać.

Czyżby było to coś gorszego niż zniknięcie Aerona? Minęli pokój wypoczynkowy, ich azyl i sanktuarium. Urządzili go, jak potrafili najwygodniej, nie żałowali pieniędzy. Obite pluszem fotele i kanapy, dobry sprzęt, lodówka z winami i piwem, stół bilardowy, wielki telewizor plazmowy, na którego ekranie rozgrywała się właśnie jakaś orgia z udziałem trzech dam.

– Widać, że Parys tu był – mruknął Maddox, lecz Torin przyspieszył tylko kroku, nie spoglądając nawet na ekran. – Nieważne... – Każde napomknienie o uciechach cielesnych było niepotrzebnym okrucieństwem wobec Torina. Żyjąc w celibacie, tęsknił za rozkoszą, której z wyroku bogów został pozbawiony.

Nawet Maddox od czasu do czasu pozwalał sobie na seks.

Zwykle dostawały mu się panie po Parysie. Pojawiały się pod twierdzą, licząc na jeszcze jedną noc z kochankiem. Nie wiedziały, rzecz jasna, że to niemożliwe. Były tak podniecone, że w istocie niewiele je obchodziło, dla kogo rozchylą nogi. Akceptowały Maddoksa w charakterze substytutu, erotycznego zastępcy. Takie kontakty, bezosobowe i płytkie, dawały jednak fizyczne zaspokojenie.

Wojownicy pilnie strzegli swojego sekretu, toteż nikt nie miał wstępu do twierdzy, dlatego Maddox zabierał kobiety do lasu i tam z nimi kopulował. Inaczej tego nazwać nie sposób. Kazał im klękać, padać na czworakach, i brał od tyłu. Nie śmiał spojrzeć żadnej w twarz, bał się prowokować Furię. Obudzona, mogłaby go zmusić do aktów okrucieństwa, które potem prześladowałyby go przez całą wieczność, a nawet dłużej.

Kiedy kończyli, odsyłał chwilową partnerkę do domu, ostrzegając, by nigdy nie ważyła się wracać, jeśli jej życie miłe. Gdyby pozwolił sobie na coś trwalszego, przywiązał się do śmiertelnej, w końcu by ją skrzywdził, skazując się na sromotę i wyrzuty sumienia.

A przecież pragnął raz chociaż kompletnie się zatracić, zapomnieć, nie lękać się, że demon się odezwie, każe skrzywdzić kobietę.

Gdy dotarli do mieszkania Torina, Maddox zakończył swój monolog wewnętrzny. Nie było sensu roztkliwiać się nad sobą, tęsknić za tym, co niemożliwe.

Rozejrzał się po pokoju. Był tu wcześniej, ale nie pamiętał rozbudowanego systemu komputerowego z kilkunastoma monitorami i mnóstwem gadżetów, których zastosowania nie potrafił odgadnąć. Inaczej niż Torin, był na bakier z technologią. Nie nadążał za jej błyskawicznym rozwojem, a każda innowacja zdawała się oddalać go bardziej i bardziej od czasów, gdy był beztroskim wojownikiem. Skłamałby jednak, twierdząc, że nie bawią go nowe gadżety i nie cieszą ułatwienia, które oferowały.

Spojrzał na Torina.

– Próbujesz kontrolować świat?

– Ani trochę. Tylko mu się przyglądam. To najlepszy sposób, żeby nas chronić, przy okazji zarabiając kilka groszy. – Rozsiadł się w fotelu obrotowym przed największym monitorem, kliknął kilka razy myszką i ekran rozbłysnął. – Tu masz to, co chciałem ci pokazać.

Maddox podszedł bliżej, uważając, by nie dotknąć przyjaciela.

Drzewa...

– Bardzo ładne – mruknął – ale nie powiem, żeby fascynował mnie ich widok.

– Cierpliwości.

– Nie ma jej we mnie. Do rzeczy.

– Skoro uprzejmie prosisz... – Torin skrzywił się. – Zainstalowałem wokół twierdzy czujniki ciepła oraz kamery. Tym sposobem wiem, kiedy ktoś narusza nasz teren. – Wystukał polecenie na klawiaturze i widok na ekranie zmienił się nieznacznie, jakby obiektyw kamery przesunął się trochę w prawo. Przez ułamek sekundy coś zamigotało na czerwono.

– Wróć w lewo. – Maddox nie był ekspertem od podglądu i monitoringu, jego specjalnością było zabijanie, ale nawet on wiedział, że błysk czerwieni oznacza obecność człowieka. Gdy na ekranie znowu pojawił się rozmyty czerwony kształt, spytał dla pewności: – Człowiek?

– Nie ma wątpliwości.

– Kobieta, facet?

– Chyba kobieta. W każdym razie ktoś niezbyt wysoki, drobny.

Kto odważył się podejść pod twierdzę w środku nocy? Nawet w dzień nikt się nie kwapił czy to z lęku, czy przez respekt, tego Maddox nie potrafił powiedzieć, ale na palcach mógł policzyć tych, którzy z takich czy innych powodów pojawiali się tu przez miniony rok: dostawcy, kobiety szukające seksu, ciekawe wszystkiego dzieciaki.

– Kochanka Parysa?

– Możliwe – mruknął Torin. – Chyba że...

– Chyba że co...?

– Chyba, że to Łowca. Ściślej mówiąc, Przynęta.

– Wygłupiasz się. – Maddox zacisnął usta.

– Nie wygłupiam się. Pomyśl tylko, dostawcy zawsze coś niosą, panienki Parysa idą prosto do bramy, a ta ma puste ręce, krąży wśród drzew, zatrzymuje się, pochyla, jakby podkładała ładunki wybuchowe albo instalowała kamerki.

– Sam mówisz, że ma puste ręce...

– Kamery i ładunki można schować w kieszeniach. – Potarł kark. – Łowcy nie nękali nas od greckich czasów.

– Może nas szukali, ciągle szukali, z pokolenia na pokolenie, i wreszcie znaleźli.

Nagły skurcz strachu w żołądku. Najpierw Aeron, teraz niezapowiedziany gość. Zwykły zbieg okoliczności? Maddox pomyślał o dawno minionych dniach w Grecji, dniach wojny, pełnych okrucieństwa i śmierci, kiedy wojownicy ogarnięci żądzą zniszczenia bardziej przypominali demony niż ludzi.

Pośród dziesiątkowanych śmiertelnych pojawili się wówczas Łowcy. Stawali przeciwko wojownikom, którzy uwolnili zło, rozpoczęła się krwawa walka. W iluż okrutnych bitwach brał wówczas udział. Jeszcze miał w uszach szczęk mieczy, jeszcze widział tamte płomienie, czuł swąd przypiekanych ciał. Czasy pokoju przeszły do legend, wspominano je już tylko w opowieściach.

Łowcy byli przebiegli, imali się każdego podstępu, to była ich najgroźniejsza broń. Wyszkolili Przynętę. Uwodziła, odwracała uwagę wojowników, a Łowcy zabijali. Tak zginął Baden, strażnik Nieufności. Jednak jej nie udało się im zgładzić. Uwolnili ją tylko z ciała Badena, wtedy na dobre się rozszalała.

Maddox nie potrafił powiedzieć, gdzie się teraz podziewała.

– Bogowie muszą nas naprawdę nienawidzić – odezwał się Torin – skoro zsyłają na nas Łowców, teraz, kiedy wydawało się, że wreszcie będziemy mogli zaznać trochę spokoju.

– Nie zależy im przecież na tym, żeby demony znowu grasowały po świecie niestrzeżone przez nikogo.

– Z bogami nigdy nic nie wiadomo. – Nigdy do końca nie potrafili zrozumieć bogów i boskich zamysłów. – Trzeba coś z tym zrobić, Maddox.

– Dzwoń po Parysa. – Spojrzał na zegar ścienny.

– Próbowałem, ale wyłączył komórkę.

– Dzwoń po...

– Myślisz, że ciągnąłbym cię tutaj w środku nocy, gdybym miał pod ręką kogoś innego? – Torin obrócił się razem z fotelem. – Zostałeś mi tylko ty – oznajmił z determinacją.

– Niedługo moja pora umierania. – Pokręcił głową. – Nie mogę wyjść z twierdzy.

– Ja tym bardziej. – W zielonych oczach Torina pojawił się mroczny, groźny błysk. – Ty przynajmniej nie niesiesz ludziom zagłady, nie rozsiewasz zarazy.

– Torin...

– Nie próbuj mnie przekonywać, marnujesz tylko czas.

Maddox przeczesał włosy palcami, nie bardzo wiedząc, co robić. Niech to sczeźnie, zginie, przepadnie, szeptała Furia. To istota ludzka...

– Jeśli to Łowca albo Przynęta... – Torin jakby czytał w myślach przyjaciela. – Nie może nam ujść.

– A jeśli zabiję kogoś niewinnego? – Maddox mocował się z demonem.

Przez twarz Torina przebiegł skurcz, jakby nagle ogarnęły go wyrzuty sumienia na myśl o tych wszystkich, którzy odeszli za jego sprawą.

– Zaryzykujemy. Nie jesteśmy potworami, ale musimy się bronić.

Maddox zacisnął zęby. Nie, nie był potworem, demon nie zamienił go w bestię, nie pozbawił serca. Zmagał się z Furią, nienawidził czynów, do których go zmuszała, myśli, do których prowokowała.

– Gdzie jest ten człowiek? – Trudno, wyjdzie z twierdzy, nawet jeśli będzie musiał za to drogo zapłacić.

– Nad rzeką.

Piętnaście minut biegiem. Zdąży wziąć broń, odnaleźć człowieka. Jeśli to niewinna istota, każe jej zabierać się precz, jeśli nie, będzie musiał zabić. Potem szybko wróci do twierdzy. Gdyby coś miało go zatrzymać, będzie umierał w lesie, a wtedy biada każdemu, kto pojawiłby się w pobliżu. Kiedy przychodził pierwszy ból, Maddox przestawał panować nad Furią, był całkowicie wydany na pastwę jej mrocznych żądz. Potrafił już tylko siać zniszczenie.

– Jeśli nie wrócę przed północą, wyślij kogoś po moje ciało. Pamiętaj o Lucienie i Reyesie. – Każdej nocy, w porze umierania, pojawiały się przy nim demony Śmierci i Bólu, gdziekolwiek by był. Ból wymierzał kolejne ciosy, Śmierć prowadziła umęczoną duszę do piekieł. Dopiero rano przychodziło wyzwolenie.

Maddox nie mógł zagwarantować, że nie uczyni krzywdy tym, którzy po niego przyjdą. Świadomość, że winien jest śmierci przyjaciół, przyprawi go o kolejne męki, nie mniej okrutne niż katusze wiecznego umierania.

– Obiecaj – poprosił.

– Obiecuję. Uważaj na siebie. – Torin spojrzał na monitor i zawołał do wychodzącego przyjaciela: – Wróć, powinieneś to zobaczyć.

Co jeszcze? Mogło być coś jeszcze gorszego niż to, co już widział? Stanął przed komputerami, uniósł brwi, jakby nakazywał Torinowi, żeby się pospieszył.

Torin wskazał głową jeden z ekranów.

– Jest kolejna czwórka. Sami mężczyźni albo amazonki. Nie było ich wcześniej.

– Cholera. – Maddox przyglądał się ruchomym czerwonym kształtom. Okazuje się, że nie ma tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej, pomyślał kwaśno. – Zajmę się nimi. – Wybiegł z pokoju.

Po chwili był już u siebie. Oprócz łóżka i szafy nie było tu nic. Owszem, miał kiedyś stół, krzesła, lustro. Miał nawet kwiaty i jakieś drobiazgi służące ozdobie. Myślał, głupiec, że stworzy przytulne, promieniejące spokojem wnętrze. W przypływie szału zniszczył wszystko. Od tego czasu zadowalał się minimalistycznym wystrojem, jak to zwał Parys.

Łóżko ostało się tylko dlatego, że było metalowe. W końcu Reyes musiał go do czegoś przykuwać z nadejściem północy. W sąsiednim pokoju trzymali zapas pościeli, dodatkowe materace, zagłówki do łóżka, łańcuchy, tak na wszelki wypadek.

Szybciej, szybciej! Włożył czarny T-shirt, do nadgarstków i kostek przymocował sztylety. Nigdy nie tykał broni palnej. Wróg powinien ginąć w sensie dosłownym z jego ręki, potrzebny był mu bezpośredni kontakt z ofiarą, rozkosz zadawania ciosu. W tym akurat zgadzał się z Furią.

Jeśli w lesie rzeczywiście pojawiła się Przynęta w towarzystwie Łowców, nie było dla tych istot ratunku.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ashlyn Darrow trzęsła się z zimna. Targane wiatrem włosy wpadały do oczu. Odgarnęła je za uszy, ale i tak niewiele widziała. Noc była ciemna, do tego mgła, śnieg... I tylko mdły blask księżycowego rogala, żeby cokolwiek dojrzeć pośród drzew.

Taki piękny krajobraz i taki wrogi człowiekowi.

Westchnęła, i z ust wydobył się obłoczek pary. Powinna teraz drzemać spokojnie w samolocie powrotnym do Stanów, ale wczoraj usłyszała coś wspaniałego i nie mogła się oprzeć. Niewiele myśląc, bez zastanowienia pojawiła się tutaj pełna nadziei, że prawdą jest to, co usłyszała. Wreszcie nadarzała się okazja, by to osobiście sprawdzić.

Gdzieś tutaj mieszkali mężczyźni obdarzeni niezwykłymi zdolnościami, których pochodzenia nikt nie potrafił wyjaśnić. Nie wiedziała nawet, na czym te ich zdolności polegają. Wiedziała tylko, że rozpaczliwie potrzebuje pomocy. Była gotowa na każde ryzyko, byle tylko porozmawiać z tymi ludźmi.

Nie mogła dłużej znieść głosów, nie mogła dalej tak żyć.

Gdziekolwiek weszła, słyszała wszystkie rozmowy, które się odbyły w danym pomieszczeniu od chwili, gdy wzniesiono jego ściany. Rozmowy dawne i niedawne, we wszystkich możliwych językach. Słyszała, co kiedykolwiek tam powiedziano, potrafiła nawet przekładać obco brzmiące frazy, które dla niej, o dziwo, obco nie brzmiały. Niektórzy uważali, że to dar, ale dla niej głosy były koszmarem.

Chroniąc się przed kolejnym porywem lodowatego wiatru, przywarła do drzewa. Przyleciała do Budapesztu wczoraj, z kilkoma kolegami z Międzynarodowego Instytutu Parapsychologii. Na ulicy w centrum miasta doszły ją urywki jakiegoś dialogu. Nic dla niej nowego... Tym razem jednak posłyszane słowa przykuły jej uwagę:

– Potrafią zniewolić człowieka jednym spojrzeniem.

– Jeden z nich ma skrzydła i wzbija się w niebo przy pełni księżyca.

– Ten z bliznami potrafi zniknąć w jednej chwili.

W głowie jakby otworzyła się jakaś zapadka. Napływały do niej słowa z różnych czasów, zbijały się w jedno. Zaczęła wsłuchiwać się w nie uważnie, chłonęła ich znaczenie, oddzielając ziarno od plew, to, co ważne, od tego, co pozbawione znaczenia:

– Oni w ogóle się nie starzeją.

– Muszą być aniołami.

– Mieszkają w takim domu, że ciarki człowieka przechodzą na sam widok. Całkiem jak z jakiegoś horroru. Ponure gmaszysko na szczycie wzgórza. Nawet ptaki omijają to miejsce.

– Może trzeba ich pozabijać?

– Mają cudowną moc. Uwolnili mnie od cierpienia.

Tyle ludzi, żyjących i tych, którzy dawno odeszli, wierzyło w cudowną moc tych mężczyzn. Może i jej będą umieli pomóc?

„Uwolnili mnie od cierpienia” – powiedział ktoś. Może uwolnią i ją? Przez całe lata w różnych zakątkach świata słuchała głosów wampirów, wilkołaków, skrzatów, wiedźm, bogów i bogiń, demonów i aniołów, potworów i wróżek.

Udawało się jej nawet czasami pokazać którąś z tych istot badaczom z Instytutu, dawała im do ręki dowody, że baśniowe stworzenia istnieją naprawdę, nie tylko w ludzkich fantazjach.

Celem Międzynarodowego Instytutu Parapsychologii były wszak lokalizacja, obserwacja i analiza zjawisk paranormalnych. Badano, na czym polegają, i zastanawiano się, jak można je wykorzystać z pożytkiem dla ludzkości. Tym razem być może to ona, instytutowy paraaudiolog, będzie mogła wykorzystać je dla ratowania samej siebie.

O dziwo, przyleciała do Budapesztu, nic nie wiedząc o tajemniczych mężczyznach. Instytut przysłał ją tutaj, by pośród zwykłego zalewu różnych głosów postarała się wyłowić rozmowy o demonach.

Przyjęła polecenie, nie zadając żadnych pytań. Misja, jak to działo się zazwyczaj, była ściśle tajna.

Już na miejscu przekonała się, że raczej nie chodzi o demony. W mężczyznach ze wzgórza ludzie widzieli anioły. Mieszkańcy twierdzy, mówiono jej, trzymają się na uboczu, z wyjątkiem jednego, który co wieczór schodził do miasta w poszukiwaniu kolejnych dam do łóżka. Jakieś trzy rozchichotane panny, które spędziły z nim kiedyś „cudowną” noc, nazwały go Nauczycielem Orgazmu.

Anioły, słyszała, strzegły miasta, nie dopuszczały do przestępstw, wspierały ludzi pieniędzmi, karmiły biednych i bezdomnych.

Niemożliwe, by tacy dobroczyńcy byli opętani przez złe moce, myślała, słuchając budapeszteńskich opowieści. Demony nie troszczyły się przecież o nikogo, nikomu nie przychodziły z pomocą. Wszystko jedno, czy mieszkańcy twierdzy okażą się aniołami, czy tylko ludźmi obdarzonymi niezwykłą mocą, miała nadzieję, że jej pomogą. Dotąd nikt nie był w stanie nic dla niej uczynić. Modliła się, by nauczyli ją, jak uciszyć głosy, nie dawać im do siebie dostępu.

Oszołomiona tą myślą, uśmiechnęła się do siebie, ale kolejny poryw lodowatego wiatru starł uśmiech z twarzy. Podejście na szczyt wzgórza zabrało jej ponad godzinę, przemarzła do szpiku kości. Zatrzyma się na chwilę, odpocznie...

Podniosła głowę. Przez chmury przebiło się światło księżyca, dzięki czemu wyraźniej zobaczyła masywną sylwetę zamku. Mroczny, spowity mgłą, z mnóstwem wieżyc, basztami w narożach, niby scenografia do horroru, wyglądał literalnie tak, jak opisywały go głosy.

Nie budził w Ashlyn lęku, wręcz przeciwnie. Jestem prawie na miejscu, pomyślała z otuchą i zaczęła znowu się wspinać, nie zważając na zmęczenie, mróz, wiatr.

Jeszcze dziesięć minut mozolnej wędrówki i musiała się poddać. Zlodowaciałe nogi odmówiły posłuszeństwa.

– Tylko nie teraz... – szepnęła, rozcierając uda. Oceniała, ile podejścia musi jeszcze pokonać. Zgroza... Miała wrażenie, że nie była ani metr bliżej, twierdza zdawała się raczej oddalać.

Pokręciła bezradnie głową. Niech to diabli! Nigdy nie dotrze do tego zamczyska. Ma sobie przypiąć skrzydła i pofrunąć?

Wiedziała jednak, że nawet jeśli jej się nie uda, i tak nie będzie żałować. Nie przygotowała się, nie zaplanowała wyprawy jak należy, ale musiała spróbować. Przyszłaby tu choćby nago i boso, nic jej nie mogło powstrzymać. Walczyła wszak o szansę na powrót do normalnego życia.

Fakt, że mogła pomagać ludziom, czyniąc użytek ze swojego – niech go cholera – „daru”, wiele dla niej znaczył, ale płaciła zbyt wysoką cenę. Przecież będzie mogła pomagać nadal, w inny sposób, nie narażając się na katusze. Kiedy głosy umilkną, na pewno coś wymyśli. Już teraz techniki oddechowe i medytacje przynosiły chwile spokoju, pozwalały na wyciszenie się.

Ruszyła dalej.

– Ök itt. Tudom ӧk.

Są tutaj. Wiem, że są, przetłumaczyła machinalnie.

A potem inny głos:

– Jesteś śliczna, wiesz?

– Dziękuję – mruknęła z nadzieją, że jej głos zagłuszy inne. Nic z tego. Wdech, wydech.

Gdy tak wspinała się krok po kroku, docierały do niej kolejne strzępy zdań z różnych czasów. Niektóre wypowiadane po węgiersku, inne po angielsku, tworzyły chaotyczne zbitki.

– Pieść mnie, pieść. O tak, tutaj.

– Bárhol as én kardom? En nem tudom holvan.

– Jeszcze jeden pocałunek i zapomnę o nim. Chcę jeszcze jednego pocałunku.

Ashlyn przedzierała się przez zarośla, potykała o kamienie i gałęzie. Słowa zlewały się z sobą, huczały w głowie, coraz głośniejsze, donośniejsze. Serce waliło jak młot. Zmęczona i zawiedziona, miała ochotę krzyczeć na całe gardło. Oddychaj głęboko, oddychaj...

– Zapukaj do bramy. Wystarczy zapukać, a będziesz się pieprzyć jak królica. Mówię ci, ekstra...

Zasłoniła uszy, chociaż wiedziała, że to nic nie pomoże, bo głosy nie napływają z zewnątrz. Idź, poganiała się. Musisz ich znaleźć. Przeszła taki kawał drogi, pokona jeszcze ten ostatni odcinek. Znajdzie ich.

Kiedy powiedziała doktorowi McIntoshowi, wiceprezesowi Międzynarodowego Instytutu Parapsychologii i jej mentorowi, czego się dowiedziała, kiwnął głową i rzucił krótko:

– Spisałaś się. – W jego ustach była to najwyższa pochwała.

Wówczas poprosiła, by ktoś ją zaprowadził do zamku na wzgórzu.

– Wykluczone – odparł. – Możemy mieć do czynienia z demonami. Przed chwilą sama mi opowiadałaś, że niektórzy tak o nich mówią.

– Równie dobrze możemy mieć do czynienia z aniołami – oponowała. – Część miejscowych tak właśnie uważa.

– Nie pozwolę, żebyś ryzykowała, Darrow.

Zamówił taksówkę, która miała odwieźć ją na lotnisko, i kazał się spakować. Zawsze tak było, kiedy wykonała w danym miejscu swoją część pracy, wysłuchała, co było do wysłuchania.

„Standardowa procedura”, tak to nazywał, a jednak pozostałych uczestników instytutowych misji nie odsyłał do domu. Tylko ją. McIntosh troszczył się o nią, dbał o jej bezpieczeństwo. Opiekował się Ashlyn od piętnastu lat. Przyjął pod swoje skrzydła, kiedy była jeszcze wystraszonym dzieciakiem. Rodzice zwrócili się wówczas do niego, nie wiedząc, jak pomóc „wyjątkowej” córce. Czytał jej baśnie, wprowadzał w świat magii, świat nieskończonych możliwości, świat, w którym nikt, nawet ktoś taki jak ona, nie powinien, nie mógł czuć się obco.

Troszczył się o nią, to prawda, ale wiedział też doskonale, jak użyteczny może być jej dar. Instytut bez niej nie byłby nawet w połowie tak prężnym i efektywnym ośrodkiem badawczym. Ashlyn była oczkiem w głowie McIntosha co najmniej w tym samym stopniu, co pionkiem w jego grze. Dlatego nie czuła specjalnych wyrzutów sumienia, że zamiast wsiąść do samolotu, wyprawiła się do twierdzy.

Po raz nie wiadomo który odgarnęła włosy z twarzy. Może powinna była zapytać kogoś, jak najłatwiej dostać się do zamczyska, ale tam, na dole, głosy zagłuszały myśli, poza tym nie miała czasu na rozpytywanie, bała się, że ktoś z kolegów ją zatrzyma, zanim zdąży zrealizować swój plan. A jednak może trzeba było zaryzykować, zamiast drapać się po stromym stoku i walczyć z porywami lodowatego wiatru.

– Jest tylko jeden sposób, by poznać prawdę, ugodzić prosto w serce i czekać, czy umrze – odezwał się jakiś głos.

– Świetnie! Mów jeszcze!

Wystarczyła chwilą dekoncentracji, i leżała jak długa na ziemi. Przez długą chwilę nie była w stanie się poruszyć, nie mówiąc o tym, by się podnieść. Za zimno, mruknęła do siebie. Czuła pulsowanie w skroniach, głosy nadal bombardowały uszy, rozsadzały czaszkę. W końcu zebrała na tyle siły, by podczołgać się do najbliższego drzewa.

– Nie powinniśmy się tu pojawiać. Oni widzą wszystko.

– Co ci się stało? Jesteś ranna?

– Popatrz, co znalazłem! Śliczne stworzenie.

– Zamknijcie się! Zamknijcie! – krzyknęła, ale głosy nie umilkły. Nigdy nie milkły.

– Spróbuj pobiec między drzewami nago.

– Éhes vagyok. Kaphatok volami eni?

Rozległ się łoskot, świst. Otworzyła oczy. Zaraz potem doszedł ją przeraźliwy krzyk. Krzyk mężczyzny. I trzy kolejne.

To nie głosy z przeszłości. To dzieje się teraz. Po dwudziestu czterech latach potrafiła rozpoznać.

Ogarnęło ją przerażenie. Znowu głuchy odgłos przyprawiający o mdłości... Próbowała zerwać się, uciekać, ale powstrzymał ją świst powietrza. Nie, poprawiła się, świst ostrza tnącego powietrze. W pień drzewa, tuż nad jej ramieniem, wbił się nóż. Skrwawione ostrze jeszcze sprężynowało...

Nie zdążyła odsunąć się, nie zdążyła nawet krzyknąć – i kolejny świst. Jasne, co za precyzja... Nad lewym ramieniem utkwił drugi nóż.

Co...? Jak... Zanim zdołała sformułować jedną zborną myśl, coś wyskoczyło z zarośli. Coś? Mężczyzna. Wielki, mocno zbudowany. Ciemne włosy, dziki wzrok. Gnał ku niej.

– Dobry Boże! – zatchnęła się, a potem już mocniejszym głosem zawołała: – Stój, stój!

Był już przy niej. Przyklęknął, przyparł ją do pnia i obwąchał.

– To byli Łowcy – odezwał się po angielsku z lekkim obcym akcentem. Miał surowe rysy, głos też brzmiał odpowiednio surowo, chropawo. – A ty kim jesteś? – Podciągnął mankiet jej kurtki, wymacał puls, spojrzał na nadgarstek. – Nie masz tatuażu, jak oni.

Oni? Łowcy? Tatuaż? Ciarki przebiegły jej po plecach. Mężczyzna był potężny. Ogromny. I groźny.

Miał krew na twarzy. Bo chyba była to krew. Zdrętwiała z przerażenia.

To jego dzikie, drapieżne spojrzenie...

Może powinnam była posłuchać McIntosha, myślała w popłochu. Może to rzeczywiście demony.

– Jesteś jedną z nich? – pytał agresywnie.

W śmiertelnym przerażeniu dopiero po chwili dotarło do niej, że coś się zmieniło. Nie było już... Jak to nazwać? W każdym razie nagle wszystko się uspokoiło. Zdumiona otworzyła szeroko oczy.

Głosy umilkły, jakby bały się odzywać w obecności tego mężczyzny. Zapanowała cisza.

Cisza nie z tych martwych, głuchych, ale pełna spokoju. Cudowna, błoga. Kiedy ostatnio zaznała takiej ciszy? Czy w ogóle kiedykolwiek zaznała?

Ciche granie wiatru, szelest gałęzi, mruczando sypiącego gęsto śniegu – jak kołysząca do snu melodia. Drzewa zdawały się oddychać, ożywać, kłoniąc lekko korony.

Czy może być coś równie wspaniałego jak symfonia natury?

Ashlyn zapomniała o strachu. Czy ten olbrzym mógł być demonem, skoro przynosił z sobą taką ciszę? Demony zadawały ludziom męki, nie niosły spokoju.

Byłby aniołem miłosierdzia, jak sądzili tutejsi ludzie?

Przymknęła oczy, rozkoszując się spokojem, zapadała w błogostan.

– Kobieta? – W głosie anioła zabrzmiało zdziwienie.

– Ciii. – Upajała się ciszą. Nawet w swoim domu w Karolinie Północnej, przy którego wznoszeniu robotnicy mieli zakaz rozmawiania ponad potrzebę, słyszała jakieś szepty idące z przeszłości. – Nic nie mów. Ciesz się ciszą.

– Śmiesz mi nakazywać milczenie? – odezwał się po dłuższej chwili, jeszcze bardziej zaskoczony, zły nawet.

– Ciągle gadasz. – Zacisnęła usta. Anioł czy nie, nie powinna zwracać mu uwagi. Pomijając już wszystko inne, nie chciała go rozzłościć. Podarował jej ciszę. I ciepło. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że ziąb nie przenika już ciała.

Powoli uniosła powieki.

Zobaczyła jego twarz tuż przy swojej, czuła na policzku jego oddech. Skóra lśniła w świetle księżyca nieziemskim wręcz blaskiem. Twarde rysy, wydatny, prosty nos, kruczoczarne brwi, długie rzęsy.

Wpijał w nią drapieżne spojrzenie, które zdawało się ostrzegać: „Mogę zabić każdego, bez wahania, bez chwili namysłu”.

Demon. Nie, żaden demon, ustaliła to już sama z sobą. Dał jej przecież ciszę. Nie był więc demonem, ale aniołem też nie. Piękny i niebezpieczny. Ktoś, kto potrafi tak ciskać nożem...

Kim jest?

Przyglądała mu się uważnie. Przypominał jej baśniowego smoka, jedno z tych niezwykłych stworzeń, o których czytał jej McIntosh, kiedy była dzieckiem. Nie dają się ujarzmić, strach się do nich zbliżać, ale nie sposób też odwrócić się i odejść, taki rzucają czar.

Miała ochotę położyć głowę na jego ramieniu, zarzucić mu ręce na szyję, wtulić się w niego i nigdy już nie wypuścić z objęć. Nachyliła się bezwiednie, jakby rzeczywiście chciała pofolgować zrodzonemu nagle pragnieniu.

Opanuj się, nakazała sobie.

Właściwie nie wiedziała, co to czułość, czym jest dotknięcie. Miała pięć lat, gdy trafiła do Instytutu, a tam wszyscy koncentrowali się na badaniu jej zdolności, nikt nie myślał o zwykłych dziecięcych potrzebach.

McIntosh był Ashlyn najbliższy, ale nawet on nie przytulał jej zbyt często, jakby w tej samej mierze lękał się małej „jasnosłyszącej”, co troszczył o nią.

Kochanków czy narzeczonych też nie miała. Rejterowali jeden po drugim, gdy tylko usłyszeli o darze. A zawsze się dowiadywali, nie potrafiła tego ukryć.

Jeśli ten tutaj był tym, za kogo go uważała, jej skromny talent go nie odstraszy. Kto wie, może pozwoli się dotknąć? Byłoby to na pewno potężne doznanie, jeszcze wspanialsze niż cisza.

– Kobieta? – powtórzył.

Zamarła. Co się dzieje...? W oczach olbrzyma dojrzała... pożądanie? Zniknął morderczy błysk. Chyba że wzięła żądzę zabijania, zapowiedź rychłej śmierci, za pożądanie. Bała się, ogarniało ją przerażenie, ale i zwykła kobieca ciekawość. Niewiele wiedziała o mężczyznach, jeszcze mniej o pożądaniu.

Co za pomysł, by pochylić się ku niemu. Mógłby odczytać niewczesny gest jako zaproszenie. Mógłby odpowiedzieć podobnym gestem, zapragnąć dotknąć jej twarzy lub ust.

Niechby dotknął. Taka możliwość nie przyprawiała jej o histerię.

Dopuszczała, że może się mylić i olbrzym wcale nie jest smokiem, tylko księciem, który zabija smoki, ratując niewinne księżniczki przed okrutną śmiercią.

– Jak masz na imię? – usłyszała własny głos.

Minęła sekunda, następna i następna. Już myślała, że nie odpowie. Twarz stężała, jakby bliskość obcej kobiety była trudna do zniesienia.

– Maddox – odezwał się wreszcie. – Nazywają mnie Maddox.

Maddox... Miłe imię. Miło brzmiące. Pełne obietnic. Uśmiechnęła się.

– Ashlyn Darrow.

Na czole Maddoksa, mimo mrozu, pojawiły się krople potu.

– Nie powinnaś była tu przychodzić, Ashlyn. – Trzymał na jej ramionach dłonie, przesunął je ku szyi, jakby Ashlyn szykowała się do ucieczki. Wyczuł kciukiem puls, lekko ucisnął arterię.

– Proszę... – wykrztusiła.

Ku jej zdumieniu natychmiast opuścił dłonie.

– Niebezpieczne – mruknął po węgiersku.

Nie była pewna, czy mówi o sobie, czy o niej.

– Jesteś jednym z nich? – zapytała albo po angielsku, albo po węgiersku, nie zwróciła na to uwagi, chociaż nie musiał wiedzieć, że posługuje się równie płynnie obydwoma językami.

W oczach Maddoksa pojawiło się zaskoczenie, drgnął mięsień na twarzy.

– Co masz na myśli?

– Ja... ja... – Nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów. Olbrzymem nagle zawładnęła furia. Nigdy nie widziała nikogo aż tak rozjuszonego. Dosłownie ział wściekłością. Smok, tak jak pomyślała w pierwszej chwili.

Ciągle klęcząc, odsunął się od niej, odetchnął głęboko. Dłoń zawisła nad cholewą wysokiego buta, jakby olbrzym się wahał, czy ma za nią sięgnąć.

– Co tutaj robisz, kobieto? Tylko nie kłam. Zorientuję się, że nie mówisz prawdy, i nie spodoba ci się moja reakcja.

– Szukam mężczyzn, którzy mieszkają na szczycie wzgórza – powiedziała z trudem.

– Dlaczego? – To słowo było jak smagnięcie.

Jak wiele może mu powiedzieć? Był jednym z nich, musiał być. Wyczuwała w nim moc, której nie posiadałby zwykły człowiek. Samym swoim pojawieniem się uciszył natrętne głosy, nikomu wcześniej nie udało się tego dokonać.

– Potrzebuję pomocy – wyznała.

Spojrzał na nią podejrzliwie, ale z krztą pobłażliwości.

– Tak? O co chodzi?

Otworzyła usta... Co ma powiedzieć? W ostatecznym rachunku nie miało to żadnego znaczenia.

Powstrzymał ją gestem dłoni.

– Nieważne. Nie musisz się tłumaczyć, i tak nikt cię nie wysłucha. Wracaj do miasta. Z czymkolwiek przychodzisz, nie otrzymasz pomocy.

– Ale... – Nie mogła pozwolić, by odesłał ją z niczym. Potrzebowała go. Prawda, dopiero go poznała. Nic o nim nie wiedziała, poza tym, że ma na imię Maddox i rzuca nożami ze śmiertelną precyzją. Myśl, że lada chwila głosy wrócą, napełniała ją przerażeniem. – Chcę tu zostać. – Zabrzmiało to żałośnie, desperacko, ale było jej wszystko jedno. – Tylko trochę, proszę. Dopóki się nie nauczę, jak samej kontrolować głosy.

Prośba rozjuszyła go jeszcze bardziej.

– Nie zwiedziesz mnie. Jesteś Przynętą! Musisz być, skoro nie uciekłaś przede mną.

– Nie jestem żadną przynętą – zaoponowała, cokolwiek miał na myśli. – Przysięgam na Boga. – Położyła mu dłonie na ramionach. – Nie wiem nawet, o czym mówisz.

Chwycił ją za kark i obrócił twarz ku światłu księżyca. Nie poczuła bólu, tylko jakiś dziwny impuls przebiegający przez ciało.

Oglądał ją w milczeniu, uważnie, jak ogląda się preparat w laboratorium. I ona przyglądała mu się bacznie, gdy wtem... Jego twarz zaczęła się zmieniać, przez skórę przebijała się maska przyprawiająca o zgrozę... Inna twarz. Ashlyn poczuła, że serce zatrzymało się na moment. To niemożliwe, żeby był demonem. Niemożliwe. Uciszył głosy. Ci z twierdzy czynili wiele dobra, pomagali ludziom. Musiało się jej przywidzieć.

Nadal obserwowała twarz Maddoksa, dostrzegając coś jeszcze: czerwone oczy, nieobciągnięte skórą kości policzkowe, ostre kły.

To tylko przywidzenie. Proszę, niech to będzie przywidzenie, gra księżycowej poświaty, prosiła w duchu, choć była pewna, że nie ulega złudzeniu.

– Chcesz umrzeć?

Niewyraźne pytanie zabrzmiało jak zwierzęcy pomruk. Nie wiedziała, czy wyszło od Maddoksa, czy wycharczała je zjawa.

– Nie. – Nawet gdyby miał ją zabić, umrze z radością. Kilka minut ciszy więcej było warte niż życie z kakofonią głosów. Wystraszona, ale zdecydowana uniosła brodę. – Potrzebuję pomocy. Powiedz, jak zapanować nad moim darem, a wtedy odejdę. Albo pozwól mi zostać i naucz kontrolować głosy.

Puścił ją, znowu podniósł ręce, zawahał się.

– Nie wiem, nad czym się zastanawiam – warknął, ale w oczach pojawiło się coś miękkiego... Pragnienie, tęsknota? – Zbliża się północ. Powinnaś uciekać ode mnie jak najdalej. – Spochmurniał. – Za późno. Ból już mnie dosięgnął. – Odsunął się od Ashlyn. Koszmarna maska majaczyła pod skórą, lepiej już teraz widoczna. – Biegnij! Wracaj do miasta. Natychmiast!

– Nie. – Tylko głupcy uciekają z nieba, nawet jeśli to niebo zamieszkują piekielne zjawy, jak ta przezierająca przez twarz Maddoksa.

Zaklął, wyciągnął noże wbite w pień drzewa, wstał i zaczął się cofać. Jeden krok, drugi...

Ashlyn też się podniosła. Kolana ugięły się pod nią, omal nie upadła. Znowu czuła lodowate zimno, głosy na powrót odezwały się w głowie. Miała ochotę krzyczeć z rozpaczy.

Trzeci krok, czwarty...

– Dokąd idziesz? – zawołała. – Nie zostawiaj mnie.

– Nie mogę ci pomóc. Musisz radzić sobie sama. – Odwrócił się i rzucił jeszcze przez ramię: – Nie wracaj na wzgórze, kobieto. Następnym razem nie będę dla ciebie taki łaskawy.

– Nie odejdę. Dokądkolwiek ruszysz, pójdę za tobą – rzekła zdecydowanym tonem.

Spojrzał na nią, na twarzy pojawił się groźny grymas.

– Powinienem cię zabić, Przynęto. Wtedy nie pójdziesz już za mną.

Znowu ta „przynęta”... Serce waliło jej jak szalone, ale patrzyła mu proso w oczy. Miała nadzieję, że dobrze gra upartą, zdeterminowaną kobietę, nie zdradza swego przerażenia.

– Wolę, żebyś mnie zabił, niż wydał znowu na pastwę głosom.

Zaklął, syknął z bólu i zgiął się wpół.

Podbiegła do niego. Nie myślała już o sobie. Cios musiał być potężny, skoro wywołał tak gwałtowną reakcję. Położyła dłoń na plecach olbrzyma, szukając rany, ale odepchnął ją brutalnie.

– Nie – warknął. Mogłaby przysiąc, że usłyszała dwa różne głosy. Pierwszy bez wątpienia należał do niego, drugi... do jakiejś istoty znacznie potężniejszej. Zabrzmiał jak grzmot, przetoczył się echem w nocnej ciszy. – Nie dotykaj.

– Jesteś ranny? Mogę ci jakoś pomóc? Ja...

– Zostaw mnie, odejdź, jeśli nie chcesz zginąć. – Zniknął w mroku.

Głosy odezwały się natychmiast, jakby tylko czekały na jego odejście, teraz, po kilku minutach błogosławionej ciszy, głośniejsze niż wcześniej:

– Langnak ithon kel moradni.

Potykając się o kamienie, zasłaniając uszy, ruszyła za Maddoksem.

– Zaczekaj – błagała. Zamknijcie się, zamknijcie, klęła harmider w głowie. – Zaczekaj, proszę.

Zawadziła stopą o korzeń i upadła. Poczuła ostry ból w kostce. Dalej posuwała się na czworakach.

– Ate ĕtéleted let minket veszejbe.

Nie chciał się zatrzymać. Jak ma go dogonić? Walczyła z wiatrem, ostrym jak noże Maddoksa.

Głosy nie przestawały dudnić w głowie.

– Proszę! – krzyknęła. – Proszę.

Straszliwy ryk rozdarł nocne powietrze. Zadrżała ziemia, zachybotały się korony drzew.

Nie wiedzieć jak, kiedy, Maddox pojawił się obok niej.

– Głupia Przynęta. – I dodał jakby do siebie: – Głupi wojownik.

Ogarnęła ją taka ulga, że się rozpłakała. Zarzuciła mu ręce na szyję i objęła mocno. Już go nie puści. Nie odstraszała jej nawet upiorna maska przezierająca przez twarz Maddoksa. Łzy spływały jej po policzkach, zastygały na mrozie.

– Dziękuję, dziękuję, że wróciłeś. – Wtuliła głowę w jego ramię, jakby spełniała to, o czym pomyślała wcześniej, i poczuła mrowienie.

– Będziesz żałowała. – Zarzucił ją sobie na plecy niczym worek ziemniaków.

Nieważne, pomyślała. Ważne, że jest z nim, że nie słyszy głosów, tylko to ją obchodziło.

Maddox ruszył szybko przed siebie, od czasu do czasu wydając cichy pomruk bólu, to znowu prychając wściekle. Ashlyn prosiła, przekonywała, żeby ją puścił, nie męczył się dźwiganiem, ale on tylko zacisnął mocniej dłoń na jej udzie, jakby w ten sposób nakazywał milczenie.

W końcu rzeczywiście się uciszyła, uznawszy niezwykły sposób podróżowania za całkiem przyjemny i wielce ekscytujący.

Gdyby tylko ta przyjemność mogła trwać...

ROZDZIAŁ TRZECI

Do domu, do domu, do domu, skandował Maddox w myślach, starając się zapomnieć o bólu, zagłuszyć narastającą z każdą chwilą potrzebę okrucieństwa.

Kobieta, którą dźwigał na plecach, Ashlyn, przypominała mu, że szał czai się tuż-tuż. I że ona pierwsza może paść ofiarą dzikiej agresji.

Chciałeś przecież zapomnieć się, zanurzyć w kobiecie, szydził demon. Masz teraz okazję zanurzyć się w jej krwi.

Zacisnął dłonie. Powinien mieć jasny umysł, ale ból nie pozwalał myśleć klarownie. Ta kobieta wspominała o swoim darze, prosiła o pomoc. Nie wszystko pamiętał z tego, co mówiła. Wiedział tylko, że powinien był ją zostawić samej sobie, jak początkowo zamierzał.

Kiedy usłyszał jej rozpaczliwy krzyk, gdy wołała do niego, nie potrafił odejść. Czasami sam miał ochotę krzyczeć tak jak ona. Musiał odpowiedzieć na jej nawoływanie, pomóc, jeszcze raz poczuć pod palcami gładką skórę. Ta potrzeba okazała się silniejsza niż Furia. Niezwykłe, ale tak właśnie było.

Wrócił po nią, chociaż wiedział dobrze, że byłaby bezpieczniejsza, gdyby zostawił ją samą w środku lasu. O ile była niewinna. Jeśli nasłali ją Łowcy, sam był w niebezpieczeństwie, wszystkich mieszkańców twierdzy wystawiał na niebezpieczeństwo.

Zachował się jak skończony głupiec. Czuł jej kobiecy zapach, miękkie krągłości. Tylko eksplorować...

Albo ćwiartować, kpił demon.

Była śliczna. Nietrudno zrozumieć, dlaczego Łowcy posłali właśnie ją. Kto by chciał uszkodzić takie piękne stworzenie? Kto oparłby się powabowi? On na pewno nie.

Jest jednak skończonym głupcem.

Łowcy! Pojawili się w Budapeszcie. Ich tatuaże... Jak za najgorszych dni w Grecji, gotowi przelewać krew wojowników. Wszyscy czterej, którzy przyszli na wzgórze za Ashlyn, mieli pistolety z tłumikami. Jak na śmiertelnych, doskonale znali swoje rzemiosło.

Maddox wyszedł zwycięsko z krwawego spotkania, acz nie bez szwanku. Ranili go w nogę, miał chyba pęknięte żebro.

Łowcy z czasem wyćwiczyli się w walce.

Ciekawe, jak zareaguje Ashlyn, kiedy zrozumie, że zginęli. Będzie lać łzy? Zacznie krzyczeć? Burzyć się? Rzuci się na niego zrozpaczona i wściekła?

Ktoś czekał na nich na dole, w mieście?

W tej chwili było mu to obojętne. Dźwigając Ashlyn, zapominał o piekle, przeniósł się do innego świata, którego nie potrafił nazwać, gdzie królowało... pożądanie? Nie. Odrzucił natychmiast to słowo. Nie oddawało intensywności doznań.

Chwilowa obsesja? Może.

Cokolwiek to było, nie przypadło mu do gustu. Nigdy nie doświadczył czegoś podobnego. Już jedna siła rządziła nim, jak chciała, nie potrzebował dodatkowych atrakcji.

Ale Ashlyn była... urocza. Tak urocza, że patrzenie na nią sprawiało ból. Gładka skóra, karnacja jak cynamon z miodem, złociste włosy, miodowe, połyskujące miedzianym odcieniem. I złociste oczy przepełnione cierpieniem, na widok którego serce się ściskało. Nigdy nie widział jeszcze tak umęczonego człowieka, a Ashlyn przez tę mękę stawała mu się bliższa.

Tak bardzo pragnął jej dotknąć, posmakować. Chłonąć. Nie chciał jej skrzywdzić. Zadziwiające, ale nie.

Ashlyn... Powtarzał jej imię w myślach, rozkoszował się jego melodią, delikatną jak sama Ashlyn. Nie powinien zabierać jej do twierdzy, nikt nie miał tu wstępu, taką przyjęli zasadę i surowo jej przestrzegali, świadomi, że muszą strzec swojego sekretu. Powinien się wstydzić, że niesie ją do twierdzy, a ona powinna się opierać, krzyczeć z przerażenia.

A jednak żadne z nich nie robiło tego, co powinno.

Dlaczego Ashlyn nie krzyczy? Co więcej, dlaczego wcześniej nie słyszał jej krzyku? Kiedy go zobaczyła w lesie z twarzą zbryzganą krwią Łowców, rozpromieniła się, rozchylając usta w cudnym uśmiechu.

Jeszcze teraz czuł podniecenie, kiedy przypominał sobie ten uśmiech. Nic nie rozumiał. Od wieków wprawdzie nie miał do czynienia z Przynętą, ale nie przypominał sobie, by wystawiane przez Łowców na wabia kobiety okazywały aż tak jawną radość na widok bądź co bądź wroga.

Nawet Hadiee, Przynęta, która pomogła pokonać Badena, strażnika Nieufności. A przecież doskonale odgrywała istotę sponiewieraną i śmiertelnie przerażoną. Potrafiła sprawić, że Baden po raz pierwszy od chwili, gdy w jego ciele zamieszkał demon, wyzbył się wszelkich podejrzeń. A może nie. Może po prostu chciał umrzeć. Jeśli tak, życzenie się spełniło. Został ugodzony ostrzem prosto w szyję w chwilę po tym, jak otworzył drzwi przed Hadiee. Za Przynętą wdarli się Łowcy – i to był koniec.

Zresztą cios zadany sztyletem nie zakończyłby życia Badena, ale nieszczęśnik został zdekapitowany. Tego nawet nieśmiertelny nie przeżyje.

Był porządnym nieśmiertelnym, dzielnym wojownikiem, nie zasłużył sobie na tak okrutny koniec. Maddox natomiast...

Moja śmierć będzie usprawiedliwiona, pomyślał.

Przynęta, którą Łowcy posługiwali się przed Hadiee, uwiodła Parysa. Nie trzeba dodawać, że nie wymagało to specjalnego wysiłku. Łowcy wemknęli się do sypialni podstępnej kobiety, Parys otrzymał kilka ciosów sztyletem w plecy i już miał nałożyć głową, ale obłapka takiego dodała mu wigoru, że położył trupem wszystkich, co się na niego zasadzili.

Jednak Maddox nie wyobrażał sobie, żeby kobieta, którą niósł, mogła uciec się do podstępu. Nie podejrzewał jej o tchórzostwo.

Potrafiła spojrzeć mu prosto w twarz, nie przestraszyła się, nie uciekła, nawet gdy demon się ocknął i zaczął dawać znać o swojej obecności. Może była niewinna. Nie znalazł kamer ani ładunków wybuchowych w pobliżu miejsca, gdzie na nią natrafił. Może...

– Może jesteś większym głupcem, niż ci się wydaje – mruknął pod nosem.

– Słucham?

Na wszelki wypadek udał, że nie słyszy pytania. Tak było bezpieczniej. Łagodny, melodyjny głos drażnił tylko demona; lepiej, by się nie odzywała.

Z mroku wyłoniły się wreszcie nadgryzione zębem czasu mury twierdzy. Oby nie za późno. Ból stawał się coraz bardziej dojmujący, przeszywał ciało. Demon coraz gwałtowniej dawał znać o sobie, burzył krew, podszeptywał:

– Bij, zabij, niszcz.

– Nie.

– Bij, zabij, niszcz.

– Nie!

– Bijzabijniszcz!

– Maddox?

Demon ryczał, żądał krwi. Walcz z nim, powstrzymaj go, dudniło mu w głowie. Zachowaj spokój. Odetchnął głęboko.

– Bijazabijniszcz. Bijzabijniszcz.

Potrafię się przeciwstawić. Nie jestem potworem, powtarzał w duchu.

Zobaczymy...

Paznokcie się wydłużyły, zamieniły w szpony gotowe rwać i szarpać żywe ciało. Jeśli nie zapanuje nad Furią, zacznie zaraz siać zniszczenie wokół siebie, nie oszczędzając nikogo i niczego. Będzie zabijał bez litości, bez wahania. Obróci twierdzę w perzynę, kamień na kamieniu nie ostanie. Zginą wszyscy wojownicy.

Prędzej zgodzi się smażyć w piekle po wiek wieków, niż ulegnie rozszalałej Furii.

– Maddox? – usłyszał znowu głos Ashlyn, zarazem słodki, kojący i drażniący. – Co się...?

– Milcz. – Postawił ją na ziemi i wpadł do zamkowej sieni, niemal wyłamując potężne drzwi z zawiasów.

Przywitały go podniesione głosy. Torin, Lucien i Reyes czekali na niego rozeźleni, z surowymi twarzami. Kłócili się głośno.

– Nie powinieneś był go wypuszczać, Torin – burzył się Lucien. – On zamienia się w zwierzę gotowe unicestwiać...

– Przestańcie! – ryknął Maddox. – Pomóżcie!

Obrócili się ku niemu.

– Co jest? – Reyes otworzył szeroko usta na widok Ashlyn. – Jakim prawem przyprowadziłeś do domu kobietę? – spytał wstrząśnięty.

W sieni pojawili się Aeron i Parys. Na widok Maddoksa wyraźnie odetchnęli.

– Wreszcie – mruknął Parys, rad, że przyjaciel wrócił do domu. Zobaczył Ashlyn i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. – Słodka. To prezent? Dla mnie?

Maddox zacisnął dłonie. Zabij, judziła Furia. Zabij ich wszystkich, podszeptywała.

– Nie macie tu nic do roboty – wykrztusił. – Zabierzcie ją i znikajcie, zanim będzie za późno.

– Spójrzcie na niego. – Parysowi nie było już do śmiechu. – Spójrzcie na jego twarz.

– Zaczęło się – powiedział Lucien.

Maddox popchnął Ashlyn ku przyjaciołom. Skrzywiła się, skręcona w lesie noga bolała. Lucien chciał wziąć dziewczynę na ręce, ale cofnęła się, szukając schronienia w ramionach Maddoksa. Objął ją troskliwie, ale ledwie to zrobił, poczuł, że mąci mu się w głowie, że Furia wygrywa, przejmuje kontrolę.

– Puść mnie – wycharczał, odpychając Ashlyn.

– Co jest? – Jeszcze mocniej wczepiła się w niego.

Lucien odciągnął ją, zacisnął dłoń na nadgarstku. Jeszcze chwila, a Maddox mógłby rozszarpać ją na strzępy. Właśnie walnął z całych sił pięścią w ścianę.

– Maddox – szepnęła Ashlyn drżącym głosem.

– Nie zróbcie jej krzywdy. – Mógł te słowa skierować równie dobrze do siebie, jak i do przyjaciół. – A ty – wskazał palcem Reyesa – do sypialni. Natychmiast. – Nie czekając na reakcję, wbiegł na schody.

Słyszał jeszcze, że Ashlyn szamoce się, słyszał, jak woła:

– Nie zostawiaj mnie! Chcę być z tobą.

Wbił zęby w policzek, aż poczuł krew, i rzucił jedno szybkie spojrzenie za siebie. Zobaczył, jak Lucien szarpie się z Ashlyn, jak z całych sił zaciska ręce na jej ramionach. Miał ochotę dopaść do niego i położyć trupem. Omal nie cofnął się ze schodów. Rozszarpałby go na kawałki. Ona jest moja, coś w nim krzyczało. Ja ją znalazłem. Nikt inny nie ma prawa jej dotykać.

Nie wiedział, czy to jego myśl, czy słowa demona, ale było mu wszystko jedno. Chciał zabić. Tak, zabić. Zawładnęła nim Furia. Zatrzymał się. Już zbiegał z powrotem do sieni. Zadźga Luciena. Przetnie wpół i posadzka spłynie krwią przyjaciela.

– Niszcz, niszcz. Morduj.

– On zaraz zaatakuje! – krzyknął Lucien.

– Zabieraj ją stąd! – zawtórował mu Torin.

Lucien pociągnął Ashlyn z sobą. Maddox słyszał jeszcze jej krzyki, które tylko wzmagały ślepą żądzę mordu. Przed oczami miał jej śliczną, bladą twarz, nic więcej nie widział. Ashlyn się bała. Zaufała mu. Potrzebowała go. Wyciągała ku niemu ręce.

Żołądek rozrywał potworny ból, ale Maddox nie zwalniał kroku. Za chwilę północ, przyjdzie śmierć, zagarnie go, a z nim każdego, kto będzie obok. Tak, musi ich zgładzić.

– Szlag jasny – mruknął Aeron. – Demon już nim całkiem zawładnął. Musimy go skrępować. Lucien, wracaj tutaj. Szybciej!

Otoczyli go Aeron, Reyes i Parys. Maddox błyskawicznym ruchem dobył sztylety, cisnął. Zaatakowani uchylili się i noże świsnęły mimo. Po sekundzie leżał jak długi na ziemi, obezwładniony przez przyjaciół. Okładali go bez litości kułakami, walili w twarz, w żołądek, lędźwie. Walczył, szarpał się, ryczał jak zwierzę.

Któryś wybił mu szczękę, któryś przycisnął z całych sił kolanem do ziemi. A on ciągle się szamotał. W końcu chwycili go i zawlekli do sypialni. Wydawało mu się, że słyszy szloch Ashlyn, widzi, jak próbuje wyswobodzić go z rąk przyjaciół. Uniósł rękę i grzmotnął kogoś. Prosto w nos. Rozległ się skowyt bólu. Doskonale. Niech poleje się krew. Łaknął krwi.

– Cholernik! Przykuj go do łóżka, Reyes, zanim komuś jeszcze rozkwasi gębę.

– Nie dam rady. Nie utrzymam go. Jest za silny.

Jeszcze się szamotał, próbował walczyć. Miał wrażenie, że trwa to całą wieczność, aż poczuł zimny metal na nadgarstkach, na nogach. Napiął się z całych sił, łańcuchy wpiły się w ciało.

– Dranie! – Ból rozrywał żołądek, stał się nie do zniesienia, już nie napływał falami, zagnieździł się na dobre. – Pozabijam was wszystkich, zabiorę z sobą do piekła!

Reyes przyglądał mu się z żalem. Stał tuż obok łóżka. Maddox chciał wymierzyć mu kopniaka, ale łańcuchy uniemożliwiały wszelki ruch. Wybiła północ. Reyes dobył miecz i wbił ostrze w żołądek przyjaciela.

– Wybacz – wymamrotał.

Trysnęła krew. Maddox zaklął, szarpnął się.

Kolejny cios, i jeszcze jeden.

Ból. Agonia... Trzy ciosy poszarpały wnętrzności, ale ciągle jeszcze stawiał opór, jeszcze się nie poddał. Jeszcze nie odeszła go żądza mordu.

– Przestań! Nie zabijaj go! – wdarł się krzyk Ashlyn.

Usłyszał ją i zaczął szarpać się jeszcze gwałtowniej. Ashlyn. Jego kobieta z lasu. Jego. Powinien być przy niej. Musi. Musi ją zabić... Nie! Musi uratować. Zabić. Uratować. Zmagały się w nim dwa pragnienia. Znowu się szarpnął. Okowy wpiły się głębiej w nadgarstki, w kostki, ale nie zważał na ból. Wył, ryczał, kopał. Łóżko podskakiwało, jakby lada chwila miało się przełamać.

– Czemu to robisz? – krzyczała Ashlyn. – Przestań! Nie rań go! Boże, przestań!

Reyes zadał kolejny cios.

Rzuciła się ku niemu, ale Parys chwycił ją wpół i wyprowadził z sypialni.

Maddox odchodził. Mrok przysłaniał oczy. Raczej poczuł, niż zobaczył, że Lucien przyklęknął przy łóżku, ujął jego dłoń.

– Zabiorę cię do piekła, jak nakazano.

– Dzie... dziewczyna – wykrztusił Maddox. – Nietknięta. – Dziwna prośba, bo żaden z nich, z wyjątkiem Parysa, nie interesował się specjalnie kobietami.

– Rano zobaczysz ją nietkniętą – obiecał Lucien.

Maddox już nic więcej nie słyszał. Skończyła się męka umierania i miała zacząć następna, kto wie czy nie gorsza: przejście przez piekło.

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Kim jesteś i skąd znasz Maddoksa?

– Puść mnie! Puszczaj natychmiast.

Krzyczała, opierała się, próbowała się wyrwać, ale trzymał ją w mocnym uścisku, niewiele mogła zrobić. Na jej zaklęcia odpowiedział, że musiał tak postąpić, jak postąpił, bo swoją obecnością przyczyniała tylko mąk Maddoksowi.

– Mnie nie musisz się bać – uspokajał ją. – Ode mnie nic złego cię nie spotka. Mogę dać ci tylko rozkosz – dodał z uwodzicielskim uśmiechem.

Zdzieliła go w twarz otwartą dłonią. Zaskoczony, jakby nie mógł uwierzyć, co się stało, potarł policzek, ale nadal trzymał ją w żelaznym uścisku.

– Kobiety nie podnoszą na mnie ręki. One mnie kochają – oznajmił tonem, w którym mieszały się kpina i uraza.

Nie podnoszą ręki? Uderzyła jeszcze raz.

Parys westchnął z rezygnacją i puścił Ashlyn.

– Idź sobie – fuknął. – On przestał krzyczeć. Pewnie nie żyje. Niewiele będziesz mogła mu zaszkodzić.

Nie czekając, aż Parys się rozmyśli, runęła ku sypialni Maddoksa. Wpadła do środka i zamarła.

Dobry Boże.

Leżał bez ruchu, cały we krwi, z zamkniętymi powiekami.

Gorące łzy napłynęły jej do oczu, z gardła wydarł się szloch. Zasłoniła usta dłonią.

– Zabili cię. – Podbiegła do łóżka, ujęła twarz Maddoksa, odwróciła delikatnie. Nie dawał znaku życia, nie oddychał. Był już zimny. – Zabili cię.

Przyszła za późno.

Jak ktoś tak silny i żywotny mógł zostać zgładzony tak brutalnie?

– Kim ona jest?

Odwróciła się, zaskoczona. W kącie sypialni stali zabójcy Maddoksa. Zupełnie o nich zapomniała. Rozmawiali ściszonymi głosami, spoglądali w jej stronę, ale żaden z nich się nie odezwał do niej. Prowadzili dalej rozmowę, jakby nie zauważali jej obecności, jakby śmierć Maddoksa nie miała dla nich znaczenia.

– Powinniśmy odesłać ją do miasta, ale za dużo widziała – powiedział któryś ostrym tonem. Zimny, nieczuły głos. Nigdy nie słyszała tak zimnego, tak nieczułego głosu. – Maddox kompletnie zwariował, przyprowadzając ją tutaj.

– Znam go tak długo, a nie miałem pojęcia, przez co musi przechodzić – z zadumą powiedział zielonooki blondyn o anielskiej twarzy, ubrany na czarno, w długich rękawiczkach. – Zawsze tak jest?

– Nie, nie zawsze – odparł ten, który zadawał ciosy. – Zwykle jest spokojniejszy. Ta kobieta...

Morderca! Miała ochotę rzucić się na niego. Przez całe życie skazana była na wysłuchiwanie nagromadzonych przez stulecia, pełnych nienawiści oskarżeń, oszczerstw, krzyków rozpaczy i błagań. Ktoś wreszcie ofiarował jej chwilę spokoju. I zaraz potem zginął. Zrób coś, Darrow.

Otarła palące łzy, wyprostowała się. Co mogła zrobić? Mieli nad nią przewagę. Byli silniejsi liczebnie i fizycznie.

Jeden, cały w tatuażach, posłał jej niechętne spojrzenie. Miał krótko, po wojskowemu przycięte włosy, mocno zarysowane brwi, pełne usta i muskulaturę mistrza świata w podnoszeniu ciężarów. Gdyby nie tatuaże, byłby nawet przystojny... ponurą urodą seryjnego mordercy.

W jego oczach, błękitnych jak oczy Maddoksa, nie było jednak ciepła. Z rozbitego nosa sączyła się krew. Uniósł dłoń i w zamyśleniu potarł brodę.

– Coś z nią trzeba zrobić. – Znowu ten zimny, wyprany z wszelkich emocji głos. – Musimy się jej pozbyć.