Wydawca: E-bookowo Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 232 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczna intryga - Robert B. Parker

Do detektywa Spensera zgłasza się niejaki Ashton Prince, wykładowca na Wydziale Sztuk Pięknych miejscowego uniwersytetu. Z muzeum skradziono obraz mistrza holenderskiego Fransa Hermenszoona "Dama z ziarnojadem". Złodzieje żądają okupu, i to właśnie Prince ma go dostarczyć. Prosi Spensera o ochronę podczas wymiany. Ginie jednak rozerwany materiałem wybuchowym. Nie wiadomo, czy w paczce odebranej od złodziei znajdował się obraz. Spenser zaczyna prywatne śledztwo.

Opinie o ebooku Mroczna intryga - Robert B. Parker

Fragment ebooka Mroczna intryga - Robert B. Parker

Mroczna intryga

Robert B. Parker

Przełożył z angielskiego Jan Kabat

Tytuł oryginału:

Painted Ladies

Korekta:

Urszula Bańcerek

Projekt okładki:

Marek J. Piwko {mjp}

Zdjęcia na okładce:

© Kyoungil Jeon, Lara Seregni

Skład i redakcja techniczna:

Damian Walasek

Copyright © 2010 by The Estate of Robert B. Parker

© Copyright for the Polish edition by wydawnictwo Damidos, 2012

ISBN 978-83-7855-065-5

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub

Dla Joan: żywa sztuka

1.

Pierwszy klient w tym dniu (w tym tygodniu, prawdę powiedziawszy) wszedł do mojego biura we wtorek po Święcie Dziękczynienia i usiadł na jednym z krzeseł przeznaczonych dla interesantów. Średniego wzrostu, szczupły, nosił brązowy garnitur z tweedu i muszkę w tureckie wzory, na twarzy zaś miał wyraz zadowolenia.

– Pan Spenser – powiedział.

– Tak, zgadza się – odparłem.

– Jestem doktor Ashton Prince – wyjaśnił.

Wręczył mi wizytówkę, którą położyłem na biurku.

– To miło z pańskiej strony – oceniłem.

– Słucham?

– Co mogę dla pana zrobić, doktorze Prince?

– To niezwykle delikatna sprawa – odparł.

Skinąłem głową.

– Mogę liczyć na pańską dyskrecję? – spytał.

– Jasne – zapewniłem.

– Mówię poważnie – zastrzegł.

– Zauważyłem.

Zmarszczył nieznacznie czoło, dając tym dowód nie tyle dezaprobaty, co niepewności.

– No więc? – spytał. – Mogę…

– Liczyć na moją dyskrecję?

– Tak!

– Nie mam w tej chwili do czynienia z niczym, co wymagałoby mojej dyskrecji – oznajmiłem. – Ale gdybym miał, to byłbym dyskretny.

Przyglądał mi się przez chwilę, potem się uśmiechnął.

– Rozumiem – powiedział. – Próbuje pan być zabawny.

– Próbuje?

– Nieważne – odparł Prince. – Muszę jednak wiedzieć, czy potraktuje pan moją sprawę poważnie.

– Byłoby mi łatwiej to ocenić, gdybym wiedział, o co chodzi.

Skinął z wolna głową, jakby samemu sobie.

– Ostrzegano mnie, że lubi pan dowcipkować – wyznał. – Przypuszczam, że to u pana chroniczne. Jestem profesorem historii sztuki na Uniwersytecie Walforda. A także ekspertem w sprawach związanych z kradzieżami i fałszerstwami.

Ekspertem niezwykle z siebie zadowolonym, pomyślałem.

– Mamy do czynienia właśnie z taką sprawą? – spytałem.

Wciągnął w płuca trochę powietrza i odetchnął głośno.

– Zgadza się – przyznał.

– I wymaga ona dyskrecji? – upewniłem się.

– W najwyższym stopniu.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – obiecałem.

– Co w pańskiej mocy?

– Wszystko – powtórzyłem. – Czego będzie wymagał pański interes i moje poczucie wartości.

– Pańskie „poczucie wartości”?

– Staram się nie robić niczego, co kazałoby mi myśleć o sobie źle.

– Mój Boże – rzekł, wzdychając Prince. – Przypuszczam, że to godne pochwały. Ale jest pan prywatnym detektywem.

– Tym bardziej należy zachować czujność – wyjaśniłem.

Znowu westchnął głęboko i skinął z wolna głową.

– Chodzi o obraz – powiedział. – Dzieło siedemnastowiecznego malarza holenderskiego, Fransa Hermenszoona.

– „Dama z ziarnojadem”.

– Jak, u licha, się pan domyślił?

– To jedyny obraz Hermenszoona, o jakim kiedykolwiek słyszałem.

– Niewiele ich namalował – przyznał Prince. – Umarł w wieku dwudziestu sześciu lat.

– Młodo – zauważyłem.

– Rzeczywiście. Ale „Dama z ziarnojadem” była arcydziełem. Jest arcydziełem. Stanowi własność Muzeum Hammonda. Skradziono ją w zeszłym tygodniu.

– Złodzieje się odezwali? – spytałem.

– Tak.

– Żądanie okupu?

– Tak.

– I jeśli zawiadomi pan policję, to obraz zostanie zniszczony – domyśliłem się.

– Owszem.

– Czego więc pan oczekuje ode mnie?

– Muzeum chce, by sprawę załatwiono, jak by to powiedzieć, po cichu. Poproszono mnie, żebym zajął się wymianą.

– Pieniądze za obraz, jak mniemam?

– Zgadza się. Poza tym, szczerze mówiąc… trochę się obawiam. Zależy mi na ochronie.

– To znaczy na mnie.

– Szef ochrony uniwersytetu zwrócił się do przyjaciela w policji bostońskiej, a on polecił pana.

– Cieszę się w komendzie dużą popularnością – zapewniłem.

– Podejmie się pan tego?

– Okay – zgodziłem się.

– Ot tak? – zdziwił się Prince.

– Jasne – potwierdziłem.

– Pańskie honorarium?

Powiedziałem mu. Uniósł brwi.

– No cóż, jestem pewien, że pokryją koszty.

– Muzeum.

– Tak – odparł. – A jeśli nie w całości, to uzupełnię różnicę z własnej kieszeni.

– Niezwykła hojność.

– Przemawia przez pana ironia – zauważył.

– Ochraniam pana – przypomniałem mu.

– Wiem – przyznał. – A także obraz. To nie tylko genialne dzieło sztuki, choć ten argument całkowicie by wystarczył. To także odzwierciedlenie odległego życia przerwanego zbyt wcześnie.

– Zrobię, co w mojej mocy – zapewniłem.

– Czyli bardzo dużo, jak mi powiedziano.

Potwierdziłem skinieniem głowy.

– Owszem.

2.

Susan i Perła spędziły weekend w moim towarzystwie. Był sobotni poranek i nasza trójka wybrała się na spacer do Public Garden. Spuściliśmy Perłę ze smyczy, żeby mogła sobie biegać i niepokoić gołębie, co też czyniła, podczas gdy my przyglądaliśmy się jej z dumą.

– A więc zamierzasz dokonać tej wymiany w poniedziałek rano? – spytała Susan.

– Tak.

– I co?

– Jestem nieustraszony, jak doskonale wiesz.

– Na ogół.

– Na ogół?

Susan się uśmiechnęła i pokręciła głową.

– Co cię niepokoi w tej sprawie? – spytała.

– W przypadku takiej wymiany – odparłem – muszą mieć pewność, że dostaną pieniądze, zanim zwrócą obraz. Trzeba mieć pewność, że ma się obraz, zanim da im się pieniądze. Muszą mieć pewność, że gdy już oddadzą obraz, nie pojawią się znikąd gliniarze i ich nie zgarną.

– Trudne – przyznała Susan.

– I to tamci mówią, co trzeba zrobić – zauważyłem.

– Czego bardzo nie lubisz.

– Czego bardzo nie lubię – przyznałem.

– Kotku – ciągnęła – nie lubisz nawet, gdy ktokolwiek ci mówi, jaki masz włożyć krawat.

– Z wyjątkiem ciebie – zapewniłem.

Susan się uśmiechnęła.

– Oczywiście – odparła. – Zawsze jest „z wyjątkiem mnie”.

Stadko gołębi dziobało popcorn, który ktoś dla nich rozrzucił. Perła przepędziła je i sama zaczęła się posilać. Z ławki, wokół której zbierały się wcześniej ptaki, podniosła się kobieta w płaszczu w lamparcie cętki i podeszła do nas.

– Madame – zwróciła się do Susan. – Proszę pilnować psa. Ten popcorn jest przeznaczony dla gołębi.

Susan się uśmiechnęła.

– Walka o byt – oświadczyła zwięźle.

Kobieta zmarszczyła czoło.

– Tylko bez arogancji, młoda kobieto.

– Oj, niedobrze – mruknąłem.

Susan obróciła się wolno w stronę kobiety.

– Och, pocałuj mnie w dupę – powiedziała.

Jej rozmówczyni cofnęła się o pół kroku, twarz jej poczerwieniała. Otworzyła usta, potem zamknęła, odwróciła się i odmaszerowała.

– Uczą takich powiedzonek na Harvardzie? – spytałem.

– Nie – odparła Susan. – Nauczyłam się tego od ciebie… Perła lubi popcorn.

– Przynajmniej nazwała cię młodą kobietą – oznajmiłem.

Susan odprowadzała swoją oponentkę gniewnym wzrokiem.

– Sądziła po sobie.

Nagle Perła przestała żerować na popcornie i znieruchomiała, nastroszywszy uszy, jakby wystawiała niczym pies myśliwski. Czego nie robiła. Obserwowała tylko.

W naszą stronę zmierzał żółty labrador o masywnym łbie i szerokiej piersi. Machał majestatycznie ogonem, jakby się uważał za wspaniałego psa i był z tego dumny. Zatrzymał się w odległości około trzydziestu centymetrów od Perły; popatrzyły na siebie. Obwąchały się. Robiły to, obchodząc się nawzajem. Perła nie trawiła głupców, więc trzymałem się blisko. Na wszelki wypadek. Potem wyciągnęła przed siebie łapy, przywarła do ziemi klatką piersiową i uniosła tylną część ciała. Labrador zrobił to samo. Następnie Perła zerwała się na równe nogi i zaczęła biegać jak szalona w kółko. Labrador ruszył za nią. Krąg pogoni powiększał się i niebawem oba psy ganiały się po całym obwodzie parku. Czasem przystawały, żeby spuścić łby i postawić ogony. Potem znów biegały jak szalone. Obok stała atrakcyjna blondynka, przyglądając się tej zabawie.

– To pani pies? – spytała Susan.

– Tak – odparła kobieta. – Otto.

– Moja ma na imię Perła – wyjaśniła Susan. – Chyba się polubiły.

Blondynka się uśmiechnęła.

– Albo by się polubiły, gdyby zwolniły tempo – zauważyła.

Obserwowaliśmy, podczas gdy flirt rozwijał się w najlepsze. Psy zaczęły tarzać się po ziemi, trącając się pyskami i udając, że się gryzą. Jedno starało się bez powodzenia przygwoździć drugie przednimi łapami.

– Często przychodzi tu pani z Perłą? – zainteresowała się mama Ottona.

– Często – odparła Susan.

– Jesteśmy z Nowego Jorku, mieszkamy po drugiej stronie parku – wyjaśniła mama Ottona, wskazując głową hotel Four Seasons. – Chyba się darzą sympatią. Ma pani wizytówkę czy coś w tym rodzaju? Mogłabym zadzwonić. Znów by się spotkały, dopóki tu jesteśmy.

– Chętnie – zapewniła Susan. – Perła będzie zachwycona.

Dała kobiecie wizytówkę.

– Otto nie ma nic przeciwko temu, że Perła jest wysterylizowana? – spytałem.

– Też jest wysterylizowany – oznajmiła jego mama.

– Jezu – zwróciła się do mnie Susan. – Tu chodzi o miłość, nie o seks.

– Jedno i drugie jest przyjemne – zauważyłem.

Psy zatrzymały się zdyszane, merdając ogonami i patrząc na siebie.

– Kto jak kto, ale ty wiesz o tym najlepiej – skomentowała Susan.

3.

Tego dnia Prince miał na sobie szary garnitur z tweedu i nosił muszkę w grochy.

– Mamy jechać na zachód trasą numer dwa – oznajmił, kiedy sadowiłem się za kierownicą jego samochodu. – Zadzwonią do mnie na komórkę i przekażą dalsze instrukcje.

Wóz marki Volvo, taki dla początkujących, był trochę dla mnie za ciasny.

– Wiedzą, że jestem z panem? – spytałem.

– Powiedziałem, że zabieram znajomego, bo boję się jechać sam – wyjaśnił.

– I?

– Poinformowali, że będzie musiał pan zostać w samochodzie. I żeby się pan nie wtrącał.

Skinąłem głową.

– Ma pan broń? – spytał.

– Oczywiście – odparłem.

– Użył jej pan kiedykolwiek?

– Tak.

– Żeby kogoś zastrzelić?

– Na ogół wykorzystuję muszkę na lufie w charakterze wykałaczki – odrzekłem.

Uśmiechnął się nieznacznie.

Jechaliśmy na zachód wzdłuż rzeki. Dzień był ładny i dość zimny, ale na wodzie panował spory ruch, co działo się zwykle, dopóki woda nie zamarzała. Po lewej minęliśmy dawne boisko Bravesów, obecnie stadion lekkoatletyczny Uniwersytetu Bostońskiego. Przy Gaffney Street wciąż zachowało się zdobione sztukaterią wejście, może nawet jakieś ślady stanowiska sędziowskiego prawego pola. Ponad torami kolejowymi za lewym polem widać było Mass Pike.

– Kiedy nasi tu grali – powiedziałem – zawodnik na polu zewnętrznym, niejaki Danny Litwhiler, uderzył piłkę, która przeleciała ponad murem lewego pola i wylądowała na wagonie towarowym pociągu jadącego do Buffalo. Był to najdłuższy home run w historii bejsbolu.

– Przykro mi, chyba nie bardzo rozumiem, o czym pan mówi – wyznał Prince.

– Mniejsza z tym – odparłem.

Nikt nas nie śledził, kiedy zmierzaliśmy na zachód trasą numer 2. A jeśli ktoś nas śledził, to był lepszy ode mnie. Co wydawało mi się nieprawdopodobne. Zapewne postawili gdzieś obserwatora, który miał nas zauważyć, i wtedy by zadzwonili. Szukałem go wzrokiem. Nigdzie go jednak nie zauważyłem.

Zbliżaliśmy się do trasy 128, która na tym odcinku znana była też jako Międzystanowa 95. Zadzwoniła komórka. Prince odebrał, a potem słuchał. Po minucie powiedział: „Okay”.

Popatrzył na mnie.

– Niech pan przejedzie po wiadukcie nad stodwudziestkąósemką, zawróci po drugiej stronie i ruszy w przeciwnym kierunku. Powoli.

Zerknąłem za siebie. Obserwator stał prawdopodobnie na jednym z wiaduktów. Przejechaliśmy nad trasą 128 i dotarliśmy do Lincoln, by znaleźć w końcu nawrót i ruszyć tam, skąd przybyliśmy. Prince cały czas trzymał komórkę przy uchu. Kiwał głową.

– Zatrzymać się pod pierwszym wiaduktem, do którego dotrzemy – powtarzał. – Okay… wysiadam z pieniędzmi… Okay… Wchodzę na górę i staję na środku mostu.

Spojrzał na mnie.

– Ma pan zostać w samochodzie, bo w przeciwnym razie nici z wymiany.

Skinąłem głową.

Zjechaliśmy na pobocze pod pierwszym wiaduktem. Prince przełknął głośno ślinę i wysiadł z wozu. Sięgnąłem do tyłu, wziąłem z siedzenia walizkę pełną pieniędzy i podałem Prince’owi.

– Połamania nóg – powiedziałem.

Też skinął głową, odwrócił się i ruszył powoli ze swoim bagażem na górę. Walizka pełna pieniędzy nie jest lekka.

Z miejsca, w którym siedziałem, dokładnie pod wiaduktem, nie sposób było obserwować wymianę. Spuściłem szyby, zgasiłem silnik, a potem nasłuchiwałem z uwagą. Obok mnie, po trasie numer 2, przemykały samochody. Wydało mi się, że posłyszałem wóz na górze. Może zatrzymał się na środku mostu. Może ktoś otworzył drzwi. Może je zatrzasnął mniej więcej pół minuty później. I może odjechał. Czekałem. Cisza. Patrzyłem na zbocze prowadzące na wiadukt. Po chwili zobaczyłem Prince’a, który ostrożnie schodził, trzymając zaskakująco mały kwadratowy przedmiot owinięty papierem. Może wszystko poszło dobrze.

Nie poszło. Kiedy się tylko pojawił w zasięgu mojego wzroku, paczka eksplodowała, rozrywając go w drobny mak.

4.

Siedziałem na tylnej kanapie nieoznakowanego radiowozu kapitana Healy’ego z policji stanowej Massachusetts. Healy siedział z przodu za kierownicą, a obok niego zastępczyni prokuratora okręgowego z Middlesex, niejaka Kate Quaggliosi. Kate miała wspaniałe ciało i oliwkową skórę, a włosy koloru blond.

– Nie przydał się pan zbytnio, co? – zwróciła się do mnie.

– Nie pomogłem im – zastrzegłem.

– Ale też niewiele pan zrobił, żeby im przeszkodzić – zauważyła.

– Proszę nie przesadzać – powiedziałem.

– Okay. Nic pan nie zrobił, żeby im przeszkodzić.

– To już bliższe prawdy – przyznałem.

– Dobrze – oznajmiła Kate. – Cieszę się, że chociaż to udało się nam ustalić. – Spojrzała na Healy’ego. – Znasz tego faceta?

– Tak – odparł. – Jest bardzo irytujący.

– Zdążyłam się zorientować – skomentowała Kate.

– Ale jeśli on nie mógł nic na to poradzić, to nikt inny też by nie mógł.

– Jezu, kapitanie – wyrwało mi się.

Healy spojrzał na mnie.

– Zamknij się – nakazał i znów popatrzył na Kate. – Proszę mi wierzyć, nie podoba mu się, że sprawa, którą się zajmował, przyjęła taki obrót. I nie popuści, dopóki jej nie wyjaśni.

– Czyja to opinia? – spytała Kate.

– Jego – odparł Healy. – Tylko ona się dla niego liczy.

– I opinia Susan – wtrąciłem.

– Kto to taki? – zainteresowała się.

– Dziewczyna moich marzeń – wyjaśniłem.

– Więc może będzie lepiej, jeśli od razu się pani nauczy dogadywać z tym facetem – uprzedził Healy. – Bo od tej pory będziemy się ciągle na niego natykać.

– No cóż – westchnęła. – Irytujący, a na dodatek uparty.

– I czasem użyteczny – dodałem.

Spojrzała na Healy’ego. Skinął głową.

– Uważam, że lepiej z nim współpracować niż walczyć – oświadczył.

– Powiedział nam pan wszystko, co wie? – zwróciła się do mnie.

– Owszem.

– Niewiele tego.

– Niewiele wiem. – Wzruszyłem ramionami.

Uśmiechnęła się nieznacznie.

– W tej sprawie? – spytała. – Czy w sensie ogólnym?

– W jednym i w drugim zapewne.

– I skromny – powiedziała.

– Mam mnóstwo powodów do skromności – wyznałem.

– Nie ulega wątpliwości – przyznała. – Zauważyłam to od pierwszej chwili. Ma pan do nas jakieś pytania?

– Naprawdę jest pani blondynką?

– Z takim nazwiskiem jak Quaggliosi? – zdziwiła się.

– Myślałem, że może odziedziczyła je pani po mężu.

– Nazywa się Henderson. Kancelaria prawnicza Henderson, Lake, Taylor i Caldwell. On zajmuje się robieniem pieniędzy, ja zajmuję się czynieniem dobra.

– Więc nie jest pani tak naprawdę blondynką – zauważyłem.

– Nigdy się pan nie dowie – odparowała. – Ale dzięki, że pan spytał.

5.

Healy odwiózł mnie do biura.

– Nie skonstruowali tej bomby na chybcika – powiedział.

– Nie – przyznałem.

– Od początku zamierzali go zabić.

– Albo tuż przed wymianą.

– Dlaczego? – spytał Healy.

– Ty też nie wiesz? – zdziwiłem się.

– Nie.

– Jesteś kapitanem – przypomniałem mu.

– Wiem – oznajmił z rezygnacją. – To deprymujące.

– Szefem wydziału zabójstw – nie dawałem za wygraną.

– Wiem – powtórzył Healy. – Po co niszczyć bohomaz?

– To obraz – sprostowałem.

– Jasne – potwierdził. – Po co niszczyć bohomaz?

– Może to nie był obraz – zastrzegłem. – Zostało coś z niego?

– Ludzie z laboratorium nam powiedzą – odparł Healy. – Ale wątpię.

– Przekazał pieniądze i szedł z obrazem na dół.

– Kiedy był tam na górze, mogli wycelować do niego z broni i kazać mu to zabrać – przekonywał Healy.

– Prawda. A może był w to wszystko zamieszany.

– I gdy tylko dostali pieniądze, załatwili go, żeby nikomu nie powiedział?

– O jednego mniej do podziału – wysnułem wniosek.

Healy uśmiechnął się szeroko.

– Pozytywny efekt uboczny – ocenił. – Ile wynosił ten okup?

– Nie powiedział mi.

Healy skinął głową.

– Kto dostarczył forsę? – spytał.

– Chyba muzeum.

– Ich pieniądze czy z ubezpieczenia?

– Nie wiem.

– Jeśli z ubezpieczenia, to też będą drążyć tę sprawę – skomentował Healy.

– Też?

– Tak jak ty – wyjaśnił.

– Z tą różnicą, że ja będę próbował złapać sprawców, a ci od ubezpieczenia będą próbowali nie zapłacić.

– Święte słowa – przyznał Healy.

Minęliśmy dworzec Red Line MBTA, potem centrum handlowe, objechaliśmy Fresk Pond Circle i zbiornik, kierując się w stronę rzeki. W jasnym grudniowym słońcu zbiornik kusił błękitem i świeżością.

– Zostałem wynajęty tylko w jednej sprawie – powiedziałem. – Żeby zapewnić mu bezpieczeństwo, kiedy będzie odbierał obraz.

Healy skinął głową.

– Resztę załatwiłeś w porządku – ocenił.

– Dzięki – odparłem cierpko.

Wzruszył ramionami.

– Nie bardzo wiem, co więcej mogłeś zrobić.

– Ja też nie. Ale cokolwiek to było, nie zrobiłem tego.

– Przechytrzyli cię – oznajmił pojednawczo Healy.

– Właśnie dlatego jestem wściekły.

– Kontrolowali sytuację – zastrzegł Healy. – Szanse nie były równe.

– Tak sądzę.

– Twoja duma doznała uszczerbku – zauważył.

– To mój zawód – powiedziałem. – Jeśli nie potrafię go wykonywać, to gdzie jestem?

– Tam, gdzie każdy czasem jest – odparł Healy. – Szukasz odwetu?

– Nie. – Pokręciłem głową. – Ledwie znałem faceta, a gdybym znał go lepiej, to prawdopodobnie bym go nie lubił.

– Chcesz wyrównać rachunki – domyślił się Healy.

– Coś w tym rodzaju – przyznałem.

– Wiem – zapewnił.

– A ja wiem, że ty wiesz.

Objechaliśmy Charles i skręciliśmy w Soldiers Field Road, obok Harvard Stadium po bostońskiej stronie rzeki.

– Niektórzy zostają gliniarzami, bo chcą nosić gnata i rozkazywać ludziom – oznajmił Healy. – A inni zostają gliniarzami, bo lubią tę robotę i uważają, że jest ważna.

– Tak jak ty – powiedziałem.

Healy skinął głową.

– I ty – dodał. – Tyle że nie potrafisz działać w strukturze dowodzenia.

– Jestem z Susan – przypomniałem.

– Pomijając to – zastrzegł.

– Więc nie będzie stanowiło dla ciebie problemu, jeśli się tym zajmę? – spytałem.

– Nie – odparł Healy. – Jesteś niemal tak dobry, jak ci się wydaje, poza tym możesz robić rzeczy, których mnie nie wolno robić.

– Znów cholerna struktura dowodzenia – zauważyłem.

– Czasem się na coś przydaje – mruknął Healy. – Nie każdy gliniarz odznacza się tak niewinnym sercem jak ty.

– Albo jest tak zabawny – dorzuciłem.

– Zabawny… Dopóki jesteś zabawny we właściwy sposób, nie przeszkadzasz mi.

– Ani ty mnie.

– To ja mówię, co jest właściwe.

– No tak. Zgadza się.

6.

Muzeum Hammonda mieściło się w wielkim budynku z szarego kamienia w Chestnut Hill, w połowie drogi między Boston College i Longwood Cricket Club. Było kryte spadzistym dachem i pyszniło się okazałymi, trzyczęściowymi oknami; przywodziło na myśl jedną z rezydencji nad oceanem w Newport.

Zaparkowałem obok muzeum, w miejscu oznaczonym „Tylko dla pracowników”. Latem było tu zielono i bujnie. Teraz jednak, w grudniu, wszędzie panowała bezlistna surowość.

Hol wejściowy ciągnął się aż do witraża na tyłach budynku. Pomieszczenie było sklepione i wznosiło się na wysokość dwóch pięter; gdzieniegdzie wisiały obrazy z epoki włoskiego renesansu. Zauważyłem, że kobiety żyjące w epoce włoskiego renesansu odznaczały się bujnymi kształtami.

Gabinet dyrektora znajdował się na drugim piętrze i rozciągał się z niego klawy widok na ciemne, nagie drzewa, które letnią porą roztaczały bez wątpienia atmosferę bujnej zieloności. Sam gabinet był skromnie urządzony i praktyczny: lekkie meble z klonu i kilka grafik Picassa na ścianach.

W pokoju siedziało dwóch mężczyzn: jeden za biurkiem, które wyglądało jak stół konferencyjny, a drugi naprzeciwko, na kanapie. Facet przy biurku wstał, kiedy tam wszedłem, wysunął się zza biurka i wyciągnął rękę.

– Mark Richards – przedstawił się. – Jestem dyrektorem muzeum.

Uścisnęliśmy sobie dłonie.

– A to jest Morton Lloyd – wyjaśnił Richards. – Nasz prawnik.

Jemu też uścisnąłem dłoń.

– Zrobiła się z tego istna masakra – powiedział Richards.

– Zwłaszcza w przypadku Ashtona Prince’a – zauważyłem.

– Wiem. Biedny Ash. Fatalnie.

– Dał panu pieniądze – przypomniał prawnik. – Żeby go pan strzegł.

– Owszem, dał – przyznałem.

– Nie powiem, żeby pan na nie zasłużył.

– Nie zasłużyłem – odparłem, wyjąłem kopertę z wewnętrznej kieszeni i rzuciłem ją na biurko Richardsa.

– Co to jest? – spytał.

– Czek, który mi dał – wyjaśniłem. – Wystawiony na konto muzeum.

– Nie zrealizował go pan?

– Nie.

– I teraz go pan zwraca?

– Tak.

– Bo nie potrafił pan ochronić Asha – domyślił się Richards.

– Nie zasłużyłem na te pieniądze – powiedziałem.

Richards skinął głową. Popatrzył na prawnika.

– Ma rację – mruknął Lloyd. – Nie zasłużył.

Richards znów skinął głową.

– Dziękuję – zwrócił się do mnie.

Położył kopertę na blacie biurka i przykrył ją niewielką kamienną figurką kobiety w ciąży.

– Zjawił się pan tutaj tylko po to, żeby zwrócić honorarium? – spytał prawnik.

– Nie, pragnę uzyskać informacje – wyjaśniłem.

– Na jaki temat?

– Na temat skradzionego obrazu, okupu, Ashtona Prince’a i wszystkiego, o czym możecie mi powiedzieć – odparłem.

– Zamierza pan badać tę sprawę? – spytał prawnik.

– Tak.

– Kto panu za to płaci? – zainteresował się.

– Robię to gratis.

– Rozmawialiśmy już z policją, a także z firmą ubezpieczeniową – zastrzegł prawnik.

Skinąłem głową.

– Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy z panem rozmawiać – oznajmił bez ogródek.

Spojrzałem na Richardsa. Wzruszył ramionami.

– Rozumiem, że chce się pan w jakiś sposób zrehabilitować – powiedział. – Życzę panu jak najlepiej. Ale mam wrażenie, że od tej pory powinniśmy opierać się wyłącznie na zdaniu naszego prawnika.

Skinąłem głową.

– Dotąd szło mu doskonale – zauważyłem.

– Co pan przez to rozumie? – spytał prawnik.

– Do diabła – odparłem. – Sam nie mam pojęcia.

Odwróciłem się i wyszedłem z gabinetu, nie zamknąwszy za sobą drzwi… Dostali za swoje.

7.

Healy wszedł do mojego biura z dwiema dużymi kawami i tuzinem pączków. Jeden kubek postawił na biurku i poczęstował mnie pączkiem.

– Łapówka? – spytałem.

– Autentyczny wikt policyjny – wyjaśnił.

– Rany, zjem takie dwa, a potem wybiegnę stąd i od razu wlepię komuś mandat.

– Pomyślałem sobie, że wpadnę do ciebie, żeby porównać notatki – wyznał Healy.