Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2015

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Możliwość wyspy - Michel Houellebecq

Czytanie Houellebecqa jest jak picie alkoholu. Na początku jest miło…

Daniel to zawodowy komik, parający się pisaniem skandalicznych skeczy. Jest człowiekiem nieszczęśliwym: pożąda kobiety, której zależy na zaangażowaniu i miłości, a kocha inną, która pragnie wyłącznie seksu. Zmęczony życiem dołącza do sekty klonującej ludzi. Dwa tysiące lat później jego klony Daniel24 i Daniel25 usiłują odszyfrować zapiski pozostawione przez ich pierwowzór. Porównują swoją nowoczesną, wyobcowaną egzystencję z codziennym życiem człowieka na początku XXI wieku. W świecie zachowujących wieczną młodość ludzi przyszłości nie ma jednak miejsca na wzajemne relacje, zanika nie tylko miłość, ale i seks, bohaterowie są całkowicie samowystarczalni i porozumiewają się wirtualnie.

Opinie o ebooku Możliwość wyspy - Michel Houellebecq

Fragment ebooka Możliwość wyspy - Michel Houellebecq

Michel Houellebecq

MOŻLIWOŚĆ WYSPY

przełożyła Ewa Wieleżyńska

Tytuł oryginału: La Possibilité d’une île

Copyright © Librairie Arthème Fayard, 2005

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie IV

Warszawa, MMXV

Dla Antonia Muñoza Ballesty i jego żony Nico. Bez ich przyjaźni i wielkiej uprzejmości napisanie tej książki nie byłoby możliwe

Witajcie w wieczności, przyjaciele.

Książka ta zawdzięcza swoje powstanie Harriet Wolff, niemieckiej dziennikarce, którą spotkałem w Berlinie kilka lat temu. Przed zadaniem pytań Harriet opowiedziała mi bajkę. Bajka ta według niej była symbolicznym ujęciem mojego podejścia do pisania.

Stoję w budce telefonicznej, po końcu świata. Mogę wykonać tyle telefonów, ile tylko zechcę, bez żadnych ograniczeń. Nie wiadomo, czy inne osoby przeżyły, czy też moje telefony to monolog wariata. Czasem rozmowa się urywa, jakby ktoś rzucił słuchawkę; czasem się przedłuża, jakby ktoś wysłuchiwał mnie z pełnym poczucia winy zainteresowaniem. Nie istnieje dzień ani noc; sytuacja ta nie może mieć końca.

Witaj w wieczności, Harriet.

Kto z was zasługuje na życie wieczne?

Moje aktualne wcielenie się zużywa; nie sądzę, by długo jeszcze trwało. Wiem, że w przyszłym wcieleniu spotkam się z moim towarzyszem, psem Foksem.

Dobrodziejstwo posiadania psa polega na możliwości uczynienia go szczęśliwym; prosi o rzeczy bardzo proste, ma bardzo ograniczone ego. Przypuszczam, że w poprzedniej epoce kobiety miały podobną pozycję – zbliżoną do pozycji domowego zwierzęcia. Zapewne istniała jakaś forma szczęścia rodzinnego związana ze wspólnym funkcjonowaniem, czego my już nie potrafimy zrozumieć; zapewne istniała przyjemność tworzenia sprawnie funkcjonującego organizmu wymyślonego po to, by wypełnić określoną serię obowiązków, a obowiązki te przez powtarzalność tworzyły określoną serię dni. Wszystko to zniknęło, łącznie z serią obowiązków, nie mamy już tak naprawdę żadnego celu; radości istoty ludzkiej są nam nieznane, jej cierpienia natomiast nie mogą nas dotknąć. Nocami nie drżymy ani z trwogi, ani z ekstazy; jednak żyjemy, przemierzamy życie bez radości i bez tajemnic, czas nam mija szybko.

Po raz pierwszy spotkałem Marie22 na kiepskiej jakości hiszpańskim serwerze; czas połączenia był przeraźliwie długi.

Zmęczenie wywołane przez

Starego, zmarłego Holendra

Nie jest czymś, co można potwierdzić

Przed powrotem mistrza.

2711, 325104, 13375317, 452626. Pod wskazanym adresem miałem wizualizację jej cipki – przerywaną, spikselizowaną, jednak dziwnie prawdziwą. Żyje, zmarła czy znajduje się w fazie pośredniej? Raczej w fazie pośredniej, tak sądzę; ale to rzecz, o której nie wolno było mówić.

Kobiety wywołują w nas złudzenie wieczności ze swoimi cipkami wiodącymi do tajemnicy – jakby chodziło o tunel otwierający się na istotę świata, podczas gdy chodzi o zwykłą dziurkę leżącą odłogiem. Jeżeli potrafią wywołać takie złudzenie, tym lepiej dla nich; mówię to ze współczuciem.

Wdzięk nieruchomy

Odczuwalnie przygniatający

Jaki płynie ze zmian cywilizacji

Nie ma śmierci za skutek.

Trzeba było przerwać. Przerwać grę, pośrednictwo, kontakt; ale było już za późno. 258, 129, 3727313, 11324410.

Pierwszą sekwencję sfilmowano z góry. Wielkie płachty szarego plastiku pokrywały równinę; znajdowaliśmy się na północy Almerii. Zbieraniem owoców i warzyw, które rosły w szklarniach, niegdyś zajmowali się robotnicy rolni – na ogół marokańskiego pochodzenia. W dobie mechanizacji rozproszyli się po okolicznych sierrach.

Oprócz zwykłych urządzeń – centrali elektrycznej zasilającej barierę ochronną, przekaźnika satelitarnego, czujników – jednostka Proyecciones XXI,13 dysponowała generatorem soli mineralnych i własnym źródłem wody pitnej. Była oddalona od wielkich osi i nie figurowała na żadnej z najnowszych map – jej konstrukcja była późniejsza niż ostatnie wykazy adresów. Od czasu anulowania ruchu powietrznego i powstania stałych zakłóceń na taśmach przekazów satelitarnych jej wirtualne oznaczenie stało się niemożliwe.

Kolejna sekwencja mogła być marzeniem. Mężczyzna, który miał moją twarz, pałaszował jogurt w hucie żelaza; instrukcja obsługi maszyn była spisana po turecku; wydawało się mało prawdopodobne, że produkcja zostanie uruchomiona ponownie.

12, 12, 533, 8467.

Druga wiadomość od Marie22 brzmiała następująco:

Czuję się jak głupia pipa

Gdy samotna

Moja cipa.

245535, 43, 3. Kiedy mówię: „ja”, kłamię. Weźmy „ja” percepcji – neutralne i przejrzyste. Ustawmy je w stosunku do „ja” fazy pośredniej – moje ciało jako takie do mnie należy; lub, ściślej mówiąc, ja należę do mojego ciała. Co obserwujemy? Brak kontaktu. Lękajcie się moich słów.

Nie chcę was trzymać poza tą książką; żywi lub martwi, jesteście jej czytelnikami.

To się dzieje poza mną; i chcę, żeby to się działo – właśnie tak, w milczeniu.

Wbrew obiegowej idei

Słowo nie leży u początku świata;

Człowiek mówi tak, jak pies szczeka,

By wyrazić wściekłość lub lęk.

Przyjemność jest cicha,

Podobnie jak stan szczęścia.

„Ja” jest syntezą naszych porażek, ale jest tylko syntezą częściową. Lękajcie się moich słów.

Przeznaczeniem tej książki jest danie świadectwa Przyszłym. Ludzie – pomyślą ci, którzy nastąpią po nas – potrafili czegoś takiego dokonać. To już coś; ale to nie wszystko; mamy do czynienia z produkcją pośrednią.

Marie22, jeżeli istnieje, jest kobietą w tej samej mierze, w jakiej ja jestem mężczyzną; w mierze ograniczonej, do obalenia.

Ja również zbliżam się do końca drogi.

Nikt nie będzie obecny przy narodzinach Ducha, chyba że Przyszli; jednak Przyszli nie są osobami, w naszym rozumieniu. Lękajcie się moich słów.

Część pierwszaKomentarz daniela24

Daniel1,1

Cóż tedy czyni szczur, gdy się obudzi? Węszy.

Jean-Didier – biolog

Jakżeż obecne są w mojej pamięci chwile, kiedy poczułem w sobie powołanie błazna! Miałem wówczas siedemnaście lat i spędzałem dosyć ponury sierpień w klubie all inclusive w Turcji – były to zresztą moje ostatnie wakacje z rodzicami. Moja zidiociała siostra – miała wtedy trzynaście lat – zaczynała rozpalać wszystkich facetów. To było przy śniadaniu; jak co rano uformowała się kolejka po jajecznicę, na którą wczasowicze byli szczególnie łasi. Obok mnie stara Angielka (koścista, antypatyczna, z gatunku tych, które patroszą lisy, żeby udekorować living room) nałożyła sobie obfitą porcję jajecznicy, by teraz zgarnąć bez wahania trzy ostatnie kiełbaski spoczywające na metalowej tacy. Dochodziła jedenasta, podawanie śniadania dobiegało końca, było mało prawdopodobne, by kelner przyniósł kolejną porcję kiełbasek. Niemiec, który stał w kolejce tuż za nią, zesztywniał; jego widelec, wyciągnięty w stronę kiełbaski, zawisł w powietrzu, rumieniec oburzenia oblał facetowi policzki. To był potężny Niemiec, kolos, ponad dwa metry wzrostu, co najmniej sto pięćdziesiąt kilo wagi. Wydawało mi się przez chwilę, że wbije widelec w oczy osiemdziesięciolatce albo chwyci ją za szyję i rozwali jej głowę o dystrybutor ciepłych potraw. Ona, jak gdyby nigdy nic, z typowym starczym egoizmem, całkowicie nieświadomym, podreptała w kierunku swojego stolika. Niemiec się zagotował, czułem, jak cały się gotuje, jednak jego twarz pomału odzyskiwała spokój i bez kiełbasek ruszył smutno w stronę swoich rodaków.

Po tym incydencie ułożyłem skecz o krwawym buncie, który wybuchł w klubie wakacyjnym na skutek drobnych szczegółów zaprzeczających formule all inclusive: jak brak kiełbasek na śniadanie czy dodatkowy rachunek za minigolf. Tego samego wieczoru zaprezentowałem skecz podczas imprezy „Masz talent” (raz na tydzień organizowano spektakl składający się z numerów proponowanych przez wczasowiczów, nie zaś profesjonalnych animatorów); odgrywałem wszystkie osoby po kolei, debiutując w ten sposób na drodze one man show, z której praktycznie nigdy nie zszedłem w czasie mojej kariery. Niemal wszyscy przychodzili na spektakl po skończonej kolacji, do otwarcia dyskoteki nie było właściwie co robić; publiczność składała się więc z jakichś ośmiuset osób. Mój trybut został przyjęty z wielkim aplauzem, wielu śmiało się do łez i otrzymałem gęste brawa. Tego samego wieczoru, na dyskotece, brunetka imieniem Sylvie powiedziała, że bardzo ją rozśmieszyłem i że lubi chłopców, którzy mają poczucie humoru. Droga Sylvie. Tak oto straciłem dziewictwo i rozstrzygnęło się moje powołanie.

Po maturze zapisałem się na studia aktorskie; dalej przyszły mało chwalebne lata, kiedy stawałem się coraz gorszym człowiekiem, a w konsekwencji coraz złośliwszym; w tych okolicznościach sukces sam do mnie przyszedł – i to o zasięgu, który mnie zaskoczył. Zacząłem drobnymi skeczami o współczesnym modelu rodziny, dziennikarzach „Le Monde”, krótko mówiąc o przeciętniactwie klasy średniej – udało mi się świetnie pokazać kazirodcze zakusy intelektualistów w pełnym rozkwicie kariery zawodowej wobec własnych córek bądź synowych, które chodziły z pępkami na wierzchu i wystającymi ze spodni stringami. Podsumowując, byłem uszczypliwym obserwatorem współczesności; porównywano mnie często z Pierre’em Desproges’em. Poświęcając się całkowicie karierze one man show, przyjmowałem czasem zaproszenia do programów telewizyjnych, które wybierałem ze względu na ich dużą oglądalność i ogólną miałkość. Nie omieszkałem podkreślać tej miałkości, jednak subtelnie: trzeba było, żeby prezenter czuł się lekko, ale nie za bardzo zagrożony. Krótko mówiąc, byłem dobrym profesjonalistą; po prostu trochę przecenionym. Nie byłem jedyny.

Nie chcę przez to powiedzieć, że moje skecze nie były śmieszne; śmieszne z pewnością były. Nie na darmo byłem uszczypliwym obserwatorem współczesności; jednak wydawały mi się banalne, tak mało dawało się zaobserwować we współczesnej rzeczywistości: zdołaliśmy tyle uprościć, odciąć tyle gałęzi, obalić tyle barier, tabu, błędnych nadziei, fałszywych dążeń, tak naprawdę niewiele zostało. Na planie społecznym istnieli bogaci, istnieli biedni i kilka nietrwałych pomostów – ostała się jeszcze drabina społeczna, na której temat zwykło się ironizować, i zwiększona możliwość bankructwa. Na planie seksualnym istnieli ci, którzy wywoływali pożądanie, i ci, którzy go nie wywoływali: w istocie był to ciasny mechanizm z kilkoma modalnościami (homoseksualizm etc.), dający się łatwo sprowadzić do próżności i narcystycznej rywalizacji, dobrze opisanych przez francuskich moralistów trzy stulecia wcześniej. Istnieli oczywiście tu i ówdzie poczciwi ludzie, ci, którzy pracowali, zawiadywali efektywną produkcją towarów spożywczych, a także ci, którzy – cokolwiek komicznie bądź patetycznie, jeżeli tak wolimy spoglądać na sprawy (jednak ja byłem przede wszystkim komikiem) – poświęcali się dla swoich dzieci; którzy ani nie byli obdarzeni urodą w młodości, ani ambicją później, nigdy też bogactwem; którzy za to całym sercem wyznawali – i to jako pierwsi, i to z większą mocą niż ktokolwiek – takie wartości, jak: piękno, młodość, bogactwo, ambicja, seks; ci, którzy tworzyli w pewnym sensie spoiwo sosu. Ci jednak nie stanowili dla mnie, żałuję, że muszę to stwierdzić, żadnego tematu. Wprowadzałem ich czasem do moich skeczy, żeby je urozmaicić, stworzyć efekt rzeczywistości; ale w końcu zaczynało mnie to poważnie nudzić. Najgorsze, że byłem uznawany za humanistę; co prawda zgorzkniałego humanistę, ale jednak humanistę. Oto dla przykładu jeden z żartów, jaki ubarwiał moje spektakle:

„– Wiesz, jak nazywa się tłuszcz wokół waginy?

– Nie.

– Kobieta”.

Rzecz dziwna, mówiłem rzeczy tego typu i nadal udawało mi się zbierać pozytywne recenzje w „Elle” i „Teleramie”; jest prawdą, że pojawienie się komików arabskiego pochodzenia rewaloryzowało moje maczystowskie piruety, a wykonywałem je rzeczywiście z gracją: ślizganie się na krawędzi, nagłe zwroty, wszystko pod kontrolą. W końcu największą zaletą zawodu humorysty i ujmując rzecz ogólnie, humorystycznego stosunku do życia jest możliwość postępowania jak łajdak absolutnie bezkarnie, a nawet możliwość sowitego opłacania własnego draństwa powodzeniem seksualnym jako walutą, a wszystko to przy aprobacie ogółu.

Przypisywany mi humanizm spoczywał w rzeczywistości na bardzo wątłych fundamentach: jakieś trafne słówko o biurokratach czy aluzja do trupów nielegalnych murzyńskich imigrantów wyrzuconych na hiszpańskie wybrzeże wystarczyły, żebym zyskał reputację człowieka lewicy i obrońcy praw człowieka. Ja człowiekiem lewicy? Mogłem od czasu do czasu wprowadzać do moich skeczy alterglobalistów nie pierwszej już młodości, nie przypisując im jednak roli jednoznacznie negatywnej, mogłem od czasu do czasu uciekać się do swego rodzaju demagogii: byłem, powtarzam, dobrym profesjonalistą. Poza tym miałem gębę Araba, co ułatwiało sprawę; jedyną treścią, jaka pozostała lewicy w tych latach, był antyrasizm lub, dokładniej rzecz ujmując, antybiały rasizm. Nie miałem zresztą pojęcia, skąd u mnie ta arabska facjata, coraz bardziej wyrazista z biegiem lat: moja matka była z pochodzenia Hiszpanką, a ojciec – z tego, co wiedziałem – Bretończykiem. Siostra na przykład, dziwka jedna, miała bezsprzecznie południową urodę, ale nie była ani w połowie tak smagła jak ja i miała proste włosy. Można było się zastanawiać: czy moja matka wykazała się przykładną wiernością? Czy też miałem za rodziciela jakiegoś Mustafę? Albo nawet – inna hipoteza – Żyda? Fuck with that: Arabowie przychodzili na moje spektakle masowo – Żydzi zresztą też, aczkolwiek nie tak licznie; i wszyscy ci ludzie płacili za bilet pełną cenę. Okoliczności naszej śmierci dotyczą nas bezpośrednio, to pewne; okoliczności naszych narodzin – to bardziej wątpliwe.

Jeżeli chodzi o prawa człowieka, nie było z czego drwić, to oczywiste; z trudem przychodziło mi zadbać o prawa własnego fiuta.

Na tym polu dalszy ciąg mojej kariery był w jakimś sensie potwierdzeniem sukcesu, jaki odniosłem w klubie wakacyjnym. Kobietom na ogół brakuje poczucia humoru, dlatego uznają humor za jeden z wyznaczników męskości; okazji, by włożyć mój organ w odpowiednie otwory, nie brakowało zatem podczas całej mojej kariery. Co prawda spółkowanie z nimi nie było w żaden sposób porywające: kobiety, które interesują się komikami, przeważnie są w średnim wieku, zbliżają się do czterdziestki, zaczynają więc czuć, że to wszystko źle się skończy. Niektóre miały wielkie tyłki, inne obwisłe piersi, czasem jedno i drugie. W sumie nie było w nich nic podniecającego, a kiedy erekcja słabnie, siłą rzeczy słabnie i zainteresowanie. Nie były też znowu takie stare; wiedziałem, że zbliżając się do pięćdziesiątki, będą od nowa poszukiwały fałszywych, jednak pocieszających i łatwych rozwiązań – których zresztą nie znajdą. Tymczasem mogłem im jedynie potwierdzić – mimo woli, wierzcie, to nie jest przyjemne zadanie – spadek ich wartości erotycznej; mogłem jedynie potwierdzić ich pierwsze przypuszczenia, wsączać im powoli, wbrew sobie samemu, ponurą wizję życia: nie, to nie dojrzałość je czeka, lecz po prostu starość, nie, to nie kolejny triumf spotka je u końca drogi, lecz suma frustracji i cierpień z początku drobnych, szybko jednak nieznośnych; to nie było zbyt zdrowe, stanowczo nie było zbyt zdrowe. Życie zaczyna się po pięćdziesiątce, taka jest prawda; ale również prawdą jest to, że kończy się po czterdziestce.

Daniel24,1

Popatrz na te drobne istoty, które ruszają się w oddali, popatrz. To ludzie.

W zmierzchającym świetle obserwuję bez żalu zanikanie gatunku. Ostatni promień słońca muska równinę, wznosi się nad łańcuchem górskim, który zamyka horyzont od wschodu, kładzie się na pustynnym krajobrazie czerwoną aureolą. Metalowe sztachety bariery ochronnej, która otacza rezydencję, mienią się blaskiem. Fox warczy cicho; wyczuwa pewnie obecność dzikich. Nie odczuwam dla nich żadnej litości, nie mam też żadnego poczucia wspólnoty z nimi, uważam ich jedynie za małpy nieco bardziej inteligentne i z tego powodu bardziej niebezpieczne. Zdarza mi się odryglować barierę, żeby przyjść z pomocą królikowi albo włóczącemu się psu, ale nigdy, żeby przyjść z pomocą człowiekowi.

Nigdy też nie brałem pod uwagę, by połączyć się z kobietą ich gatunku. Bariera międzygatunkowa, która na ogół ma charakter terytorialny u bezkręgowców i roślin, u wyższych kręgowców staje się przede wszystkim behawioralna.

Gdzieś w Ośrodku Centralnym kształtowana jest istota podobna do mnie; ma przynajmniej moje rysy i moje wewnętrzne organy. Kiedy moje życie się zatrzyma, brak sygnału zostanie uchwycony w kilku nanosekundach; natychmiast zostanie uruchomiona produkcja mojego następcy. Od jutra, najpóźniej od pojutrza, bariera ochronna ponownie się otworzy, mój następca zamieszka w tych murach. Dla niego przeznaczona jest ta książka.

Pierwsze prawo Pierce’a utożsamia osobowość z pamięcią. Nie ma w osobowości niczego poza tym, co utrwalone przez pamięć (czy będzie to pamięć kognitywna, proceduralna czy afektywna); to dzięki pamięci na przykład sen nie likwiduje poczucia tożsamości.

Według drugiego prawa Pierce’a nośnikiem pamięci kognitywnej jest język.

Trzecie prawo Pierce’a definiuje uwarunkowania języka niekazuistycznego.

Trzy prawa Pierce’a kładły kres ryzykownym próbom pamięciowego downloadingu za pośrednictwem nośnika informatycznego, z jednej strony na rzecz bezpośredniego transferu molekularnego, z drugiej zaś na rzecz tego, co dzisiaj znamy pod nazwą opowieści życia, początkowo pomyślanej jako zwykły dodatek, rozwiązanie przejściowe, które jednak w kolejnych pracach Pierce’a nabierało coraz większego znaczenia. Tak oto ta postępowa logika doprowadziła paradoksalnie do przywrócenia godności pradawnej formie, w gruncie rzeczy dosyć bliskiej temu, co nazywano niegdyś autobiografią.

Jeżeli chodzi o opowieść życia, nie ma precyzyjnych wskazówek. Początek może wystąpić w dowolnym punkcie czasowości, podobnie jak pierwsze spojrzenie może spocząć na dowolnym punkcie obrazu; ważne, że pomału wyłania się z tego wszystkiego całość.

Daniel1,2

Kiedy widzi się, jakim powodzeniem cieszą się niedziele bez samochodu i spacery wzdłuż brzegu rzeki, doskonale można sobie wyobrazić ciąg dalszy...

Gérard – taksówkarz

Dzisiaj nie potrafiłbym chyba przypomnieć sobie, dlaczego poślubiłem swoją pierwszą żonę; gdybym ją spotkał na ulicy, sądzę, że nie poznałbym jej. Pewne rzeczy się zapomina, zapomina się je na dobre; błędem jest przypuszczać, że wszystko przechowujemy w sanktuarium pamięci, niektóre wydarzenia, może nawet większość, są raz na zawsze wycierane, nie pozostaje po nich żaden ślad, tak jakby w ogóle nie zaistniały. Co do mojej żony, a właściwie mojej pierwszej żony, przeżyliśmy razem jakieś dwa, trzy lata; kiedy tylko zaszła w ciążę, właściwie od razu ją rzuciłem. W tamtym czasie nie odniosłem jeszcze żadnego sukcesu, otrzymała więc jedynie nędzne alimenty.

W dniu samobójstwa mojego syna smażyłem sobie jajecznicę z pomidorami. Żywy pies jest więcej wart niż nieżywy lew, ocenia słusznie Eklezjasta. Nigdy nie lubiłem tego dziecka, głupotą dorównywało matce, a podłością ojcu. Jego śmierć wcale nie oznaczała dla mnie katastrofy; świat może się obejść bez istot tego rodzaju.

Od mojego pierwszego spektaklu upłynęło dziesięć lat, znaczonych epizodycznymi i mało zadowalającymi przygodami, aż poznałem Isabelle. Miałem wówczas trzydzieści dziewięć lat, ona trzydzieści siedem, byłem człowiekiem powszechnego sukcesu. Kiedy zarobiłem pierwszy milion euro (chcę powiedzieć, kiedy naprawdę go zarobiłem i odłożyłem na pewnej lokacie), zrozumiałem, że nie jestem balzakowskim bohaterem. Większość balzakowskich bohaterów po zarobieniu pierwszego miliona myślałaby o zarobieniu drugiego – z wyjątkiem tych nielicznych zresztą, którzy zaczynają wówczas marzyć o chwili, kiedy będą mieli ich dziesiątki. Ja natomiast zacząłem się zastanawiać, czy na tym będę mógł zakończyć swoją karierę – zanim stwierdziłem, że nie.

W początkowej fazie wspinania się ku sławie i fortunie smakowałem czasami przyjemności konsumpcji, którymi nasza epoka przewyższa wszystkie poprzednie. Można w nieskończoność sprzeczać się, czy ludzie byli, czy też nie byli bardziej szczęśliwi w ubiegłych stuleciach; można komentować zanik praktyk religijnych i uczuć miłosnych, dyskutować wady i zalety tej sytuacji; przywołać narodziny demokracji, utratę poczucia sacrum, rozpad więzi społecznych. Zresztą wszystko to robiłem w większości skeczy, aczkolwiek w żartobliwym tonie. Można nawet podać w wątpliwość postęp technologiczny i naukowy, odnosić na przykład wrażenie, że ceną za udoskonalenie technik medycznych był wzrost kontroli społecznej i całkowity spadek radości życia. Tyle tylko, że jeśli chodzi o konsumpcję, wyższość XX stulecia była nie do podważenia: nic, w żadnej innej cywilizacji, w żadnej innej epoce, nie mogło się równać z jaskrawą doskonałością współczesnego centrum handlowego funkcjonującego pełną parą. Konsumowałem tedy z radością głównie buty; potem powoli zacząłem odczuwać znużenie i zrozumiałem, że moje życie bez tego codziennego gorsetu przyjemności, prymitywnych i zarazem powtarzalnych, nie byłoby takie proste.

Kiedy poznałem Isabelle, miałem chyba około sześciu milionów euro. Bohater balzakowski na tym etapie kupuje luksusowy apartament, który zapełnia dziełami sztuki, i rujnuje się dla tancerki. A ja zajmowałem trzypokojowe mieszkanie w czternastej dzielnicy i nigdy nie spałem z top modelką – nawet nie miałem na to ochoty. Uznałem za właściwe przynajmniej raz odbyć stosunek z modelką podrzędnej klasy; nie pozostawiło to we mnie niezatartych wspomnień. Dziewczyna była w porządku, miała dosyć duże piersi, ale w końcu nie lepsze niż wiele innych; biorąc wszystko pod uwagę, ja byłem mniej przereklamowany niż ona.

Wywiad odbył się za kulisami, tuż po spektaklu, który spokojnie można określić jako triumfalny. Isabelle była wówczas naczelną „Lolity” po długim stażu pracy w „20 Ans”. Początkowo nie byłem zbyt przychylnie nastawiony do tego wywiadu; kiedy przeglądałem gazetę, mimo wszystko zaskoczył mnie nieprawdopodobny poziom skurwienia, jaki proponowały młodym dziewczynom artykuły: T-shirt odpowiedni dla dziesięciolatki, obcisłe, białe szorty, stringi wystające ze wszystkich stron, wiadomy użytek z lizaków Chupa-Chups... było tu wszystko. „Tak, ale mają interesujący target... – naciskała moja rzecznika prasowa. – A poza tym redaktor naczelna przyjdzie we własnej osobie, wydaje mi się, że to dobry znak...”.

Podobno są ludzie, którzy nie wierzą w zakochanie od pierwszego wejrzenia; i nie biorą tego wyrażenia dosłownie. Oczywiste jest, że wzajemne przyciąganie w każdym wypadku następuje bardzo szybko; od pierwszych minut spotkania z Isabelle wiedziałem, że przeżyjemy razem jakąś historię i że będzie to długa historia; wiedziałem, że ona również jest tego świadoma. Po kilku wstępnych pytaniach na temat tremy, sposobów przygotowania się do spektaklu etc. zamilkła. Ponownie zacząłem przeglądać magazyn.

– To nie są tak naprawdę lolity... – zauważyłem w końcu. – Mają po szesnaście, siedemnaście lat.

– Tak – przyznała – Nabokow pomylił się o pięć lat. To, co się podoba większości mężczyzn, to nie moment, który poprzedza dojrzewanie, ale ten, który bezpośrednio po nim następuje. Tak czy owak, nie jest to zbyt dobry pisarz.

Ja również nie cierpiałem tego przeciętnego i zmanierowanego pseudopoety, tego nieudolnego imitatora Joyce’a, który nie miał szczęścia posiadać rozmachu, jaki u szalonego Irlandczyka pozwala czasami przeskoczyć nad kumulacją ciężkości. Nieudane francuskie ciasto, oto co zawsze mi przywodził na myśl styl Nabokowa.

– No właśnie – podjęła – ale jeżeli książka, tak źle napisana, okaleczona ponad miarę przez pospolity błąd dotyczący wieku bohaterki, jest mimo wszystko bardzo dobrą książką, i to do tego stopnia, że stworzyła trwały mit, który przedostał się do myślenia potocznego, oznacza to, że autorowi udało się dotrzeć do sedna.

Gdybyśmy byli we wszystkim zgodni, wywiad mógłby wyjść dosyć płasko.

– Moglibyśmy kontynuować rozmowę podczas kolacji – zaproponowała. – Znam pewną tybetańską restaurację na rue des Abbesses.

Naturalnie, jak na poważną historię przystało, poszliśmy do łóżka jeszcze pierwszego wieczoru. Kiedy się rozbierała, poczuła chwilowe zawstydzenie, a potem zaraz dumę: jej ciało było nieprawdopodobnie jędrne i gibkie. Dopiero później miałem się dowiedzieć, że ma trzydzieści siedem lat; w tamtej chwili dawałem jej najwyżej trzydzieści.

– Co robisz, żeby utrzymać formę? – spytałem.

– Taniec klasyczny.

– Żaden stretching, aerobik, nic z tych rzeczy?

– Nie, wszystko to jakieś głupstwa; możesz mi wierzyć na słowo, od dziesięciu lat pracuję w kobiecych pismach. Jedyną rzeczą, która naprawdę się sprawdza, jest taniec klasyczny. Tyle tylko, że jest trudny, wymaga prawdziwej dyscypliny; ale mnie to pasuje, jestem raczej mentalnym betonem.

– Ty, betonem?

– Tak, tak... sam się przekonasz.

Kiedy teraz myślę o Isabelle, uderza mnie nieprawdopodobna szczerość w naszych stosunkach, od pierwszych chwil, i to również w kwestiach, w których kobiety wolą zazwyczaj zachować jakąś szczyptę tajemnicy, wychodząc z błędnego przekonania, że tajemnica przydaje relacji erotyzmu, podczas gdy większość mężczyzn – wręcz przeciwnie – gwałtownie podnieca bezpośrednie zbliżenie seksualne. „Nietrudno dać rozkosz mężczyźnie – powiedziała ni stąd, ni zowąd podczas naszej pierwszej kolacji w tybetańskiej knajpie – ja w każdym razie nigdy nie miałam z tym problemu”. Mówiła prawdę. Mówiła prawdę również, kiedy stwierdzała, że sekret ten nie kryje w sobie nic specjalnie niezwykłego ani dziwnego. „Wystarczy pamiętać – ciągnęła dalej, wzdychając – że mężczyźni mają jaja. To, że mają fiuta, kobiety wiedzą, wiedzą aż za dobrze; od czasu, kiedy mężczyźni zostali sprowadzeni do poziomu obiektu seksualnego, dostały po prostu kręćka na punkcie ich członków, ale kiedy uprawiają miłość, w dziewięciu przypadkach na dziesięć zapominają, że jaja są miejscem bardzo wrażliwym. Czy będzie to masturbacja, penetracja czy laska, trzeba od czasu do czasu położyć rękę na jajach faceta, lekko je musnąć, popieścić albo ścisnąć odrobinę mocniej, wtedy wyczuwasz, że są mniej lub bardziej twarde. To wszystko”.

Musiała być jakaś piąta rano, kiedy w niej skończyłem, i wszystko grało, wszystko naprawdę grało, wszystko było pokrzepiające i czułe, miałem przeczucie, że wchodzę w szczęśliwy okres w moim życiu, kiedy nagle zwróciłem uwagę, nie wiedzieć czemu, na wystrój jej sypialni – przypominam sobie, że w tamtej chwili światło księżyca padło na rycinę z nosorożcami, starą rycinę w rodzaju tych, jakie można znaleźć w dziewiętnastowiecznych encyklopediach zwierząt.

– Podoba ci się u mnie?

– Tak, masz dobry gust.

– Dziwisz się, że mam dobry gust, chociaż pracuję w gównianej gazecie?

Rzeczywiście trudno będzie ukryć przed nią swoje myśli. To stwierdzenie, co dziwne, napełniło mnie radością; przypuszczam, że jest to oznaka prawdziwej miłości.

– Dobrze mi płacą... Wiesz, czasem należy poprzestać na tym, co się ma.

– A masz ile?

– Pięćdziesiąt tysięcy euro miesięcznie.

– To dużo, owszem; ale ja zarabiam więcej.

– Jasne. Jesteś gladiatorem, stoisz pośrodku areny. To oczywiste, że jesteś dobrze opłacany: ryzykujesz własną skórą, możesz w każdej chwili upaść.

– Aha...

W tym punkcie nie całkiem się z nią zgadzałem; pamiętam, że odczułem kolejny przypływ radości. Dobrze jest być w idealnej zgodzie, rozumieć się we wszelkich kwestiach, na początku to nawet niezbędne; ale dobrze jest również odnajdywać minimalne rozbieżności choćby po to, by uczynić je tematem błahej dyskusji.

– Domyślam się, że sypiałeś ze sporą liczbą dziewczyn, które przychodziły na twoje spektakle... – ciągnęła.

– Owszem, z paroma.

Nie było ich wcale tak dużo: może pięćdziesiąt, sto najwyżej; powstrzymałem się jednak od uściślenia, że noc, którą spędziliśmy, była o niebo lepsza; czułem, że ona to wie. Nie przez megalomanię czy przesadną próżność, lecz dzięki intuicji, wyczuciu ludzkich relacji; również dzięki trafnej ocenie własnej wartości erotycznej.

– Jeżeli faceci, którzy wchodzą na scenę, pociągają seksualnie dziewczyny, to nie tylko dlatego, że są one łase na sławę; dzieje się tak, ponieważ przeczuwają one, że osobnik występujący na scenie ryzykuje własną skórą, bo publiczność to wielkie, niebezpieczne zwierzę, które może w każdej chwili unicestwić swojego ulubieńca, przepędzić go, zmusić do ucieczki, okrywając go wstydem i obsypując kpinami. Rekompensatą, jaką mogą ofiarować facetowi, który ryzykuje własną skórą na arenie, jest ich ciało; dokładnie tak się rzeczy miały w przypadku gladiatorów czy toreadorów. Byłoby głupotą utrzymywać, że te prymitywne mechanizmy zaniknęły: znam je i wykorzystuję, tak zarabiam na życie. Mogę dokładnie oszacować siłę przyciągania erotycznego rugbisty, gwiazdy rocka, aktora teatralnego i rajdowca: wszystko to działa według utartych schematów, z niewielkimi wariacjami w zależności od mody i epoki. Dobra gazeta dla młodych dziewczyn to taka, która umie antycypować te wariacje.

Zastanawiałem się dobrą minutę; musiałem jej wyłożyć swój punkt widzenia. Czy było to istotne, czy nie – taką miałem ochotę.

– Masz całkowitą rację... – zacząłem. – Tyle tylko, że w moim wypadku niczego nie ryzykuję.

– Dlaczego? – Usiadła na łóżku i spojrzała na mnie zaskoczona.

– Bo nawet gdyby publiczność chciała mnie przegonić, nie mogłaby tego zrobić; nie ma nikogo, kto mógłby mnie zastąpić. Jestem, dokładnie rzecz biorąc, nie do zastąpienia.

Zmarszczyła brwi, spojrzała na mnie; świtało, widziałem jej sutki poruszające się w rytmie oddechu. Miałem ochotę wziąć jeden w usta, ssać go i nie myśleć już o niczym; ale pomyślałem sobie, że lepiej będzie dać jej się zastanowić. Nie zajęło jej to więcej niż trzydzieści sekund; to była naprawdę inteligentna dziewczyna.

– To prawda – powiedziała. – Jest w tobie niesamowita szczerość. Nie wiem, czy zawdzięczasz ją jakiemuś szczególnemu wydarzeniu w twoim życiu, czy jest ona konsekwencją wychowania; ale nie ma żadnej możliwości, by ten fenomen powtórzył się w tym pokoleniu. Faktycznie ludzie potrzebują ciebie bardziej, niż ty ich potrzebujesz – ludzie w moim wieku, przynajmniej. Za kilka lat to się zmieni. Widziałeś gazetę, w której pracuję: próbujemy stworzyć ludzkość sztuczną i płochą, która nigdy już nie będzie rozumiała humoru ani prawdziwej powagi, która aż do śmierci będzie żyła w coraz rozpaczliwszej pogoni za funem i seksem; pokolenie skończonych dzieciaków. Do tego oczywiście dojdziemy; i w tym świecie nie będzie już dla ciebie miejsca. Ale, jak sądzę, nie bardzo się tym przejmujesz, miałeś dosyć czasu, żeby odłożyć pieniądze.

– Sześć milionów euro.

Potwierdziłem odruchowo, niewiele myśląc; inna kwestia dręczyła mnie od kilku minut:

– Twoja gazeta... Przecież ja w niczym nie przypominam twojej publiczności. Jestem cyniczny, zgorzkniały, mogę jedynie interesować ludzi, których choć trochę nękają wątpliwości, ludzi, którzy czują, że ich czas dobiega końca; wywiad ze mną nie wpisuje się w twoją linię programową.

– To prawda... – odpowiedziała spokojnie – ze spokojem, który z perspektywy czasu wydaje mi się zaskakujący. Wszystko w niej było przejrzyste i szczere, była absolutnie niezdolna do kłamstwa. – Nie będzie żadnego wywiadu, wymyśliłam go jako pretekst, żeby się z tobą spotkać.

Spojrzała mi prosto w oczy i wystarczyły tylko te słowa, żeby mi stanął. Chyba wzruszyła ją ta erekcja, tak ludzka, sentymentalna; położyła się obok, oparła głowę na moim ramieniu i zaczęła mnie brandzlować. Nie spieszyła się, ściskała mi jaja w pięści, zmieniając zakres i szybkość ruchów. Rozluźniłem się, całkowicie poddając się jej pieszczotom. Coś rodziło się między nami, jakiś stan niewinności, najwyraźniej przeceniałem ogrom mojego cynizmu. Mieszkała w szesnastej dzielnicy, u góry rue de Passy; w oddali metro naziemne przejeżdżało przez Sekwanę. Dzień budził się na dobre, odgłosy ulicznego ruchu były coraz bardziej donośne; sperma wytrysnęła na jej piersi. Wziąłem ją w ramiona.

– Isabelle... – szepnąłem jej na ucho – opowiedz mi, jak trafiłaś do tej gazety.

– Było to niewiele ponad rok temu, ukazał się dopiero czternasty numer „Lolity”. Długo pracowałam w „20 Ans”, zajmowałam tam wszystkie stanowiska po kolei; byłam prawą ręką Germaine, redaktorki naczelnej. Pod koniec, tuż przed zamknięciem gazety, mianowała mnie swoim zastępcą; to i tak było mniej, niż powinnam otrzymać, od dwóch lat odwalałam za nią całą robotę. Nie przeszkadzało jej to nienawidzić mnie; pamiętam, z jakim zawistnym spojrzeniem przekazała mi zaproszenie od Lajoinie. Wiesz, kto to jest Lajoinie, mówi ci to coś?

– Coś jakby...

– Nie jest znany szerokiej publiczności. Był udziałowcem „20 Ans”, udziałowcem mniejszościowym, ale to on zadecydował o sprzedaży, wykupiła nas pewna korporacja włoska. Oczywiście Germaine została wyrzucona; Włosi byli gotowi mnie zatrzymać, ale skoro Lajoinie wysłał zaproszenie na niedzielny brunch do siebie, przypuszczałam, że ma dla mnie coś innego; Germaine to przeczuwała, rzecz jasna, i dlatego szalała z wściekłości. Mieszkał w Le Marais, tuż obok placu des Vosges. Wchodząc tam, przeżyłam mimo wszystko szok: Karl Lagerfeld, Naomi Campbell, Tom Cruise, Jade Jagger, Björk... W końcu takich ludzi nie zwykłam codziennie widywać.

– Czy to przypadkiem nie on otworzył ten magazyn dla pedałów, który tak dobrze prosperuje?

– Niezupełnie, na początku „GQ” nie było skierowane do pedałów, raczej do macho w tak zwanym cudzysłowie: gadżety, fury, trochę militarnych informacji; to prawda, że po pół roku zorientowali się, że pośród kupujących jest duża grupa gejów, ale było to zaskoczeniem, wydaje mi się, że nie udało im się dokładnie zrozumieć tego zjawiska. Tak czy owak sprzedał go niebawem, i to, co niezwykle wstrząsnęło branżą: sprzedał „GQ” w czasach jego szczytowej popularności, podczas gdy myślano, że jego sprzedaż będzie jeszcze rosła, i wypromował wówczas „21”. Od tego czasu „GQ” zaczęło podupadać, wydaje mi się, że stracili czterdzieści procent nakładu, a „21” wysunęło się na czołówkę miesięczników dla mężczyzn, wyprzedzając „Le Chasseur français”. Ich recepta jest bardzo prosta: stricte metroseksualna. Jak utrzymać formę, dbać o urodę, najnowsze tendencje. Ani ździebka kultury, ani grama aktualności czy krztyny poczucia humoru. Krótko mówiąc, zastanawiałam się, co też mi może zaproponować. Przyjmuje mnie bardzo uprzejmie, przedstawia wszystkim, prosi, żebym usiadła naprzeciwko. „Mam dużo szacunku dla Germaine” – zaczyna. Z trudem powstrzymałam się, żeby nie podskoczyć: nikt nie mógł mieć szacunku dla Germaine; ta stara alkoholiczka mogła budzić pogardę, współczucie, obrzydzenie, wiele rzeczy, ale w żadnym wypadku szacunek. Dopiero później zorientowałam się, że była to jego metoda zarządzania personelem: nie mówił źle o nikim, nigdy, pod żadnym warunkiem; wręcz przeciwnie, zawsze zasypywał wszystkich pochwałami, czy na to zasługiwali, czy nie – oczywiście nie powstrzymując się od wyrzucenia ich z pracy, kiedy przychodził odpowiedni moment. Byłam mimo wszystko trochę zażenowana i próbowałam zmienić temat rozmowy na „21”.

„Mu-si-my – dziwnie rozdzielał sylaby, jakby mówił w obcym języku – moi koledzy, to moje wra-że-nie, są zbyt za-ab-sor-bo-wani prasą a-me-ry-kańską. Jesteśmy Eu-ro-pej-czykami. Dla nas od-nie-sie-niem jest to, co się dzieje w Wielkiej Brytanii...”.

Faktycznie „21” było skopiowane z odpowiednika angielskiego, ale „GQ” również; to nie tłumaczyło, dlaczego postanowił zostawić jedno dla drugiego. Czy zrobiono w Anglii jakieś badania na temat przesunięcia się publiczności?

„Nie, z tego, co wiem... Jest pani bardzo ładna... – ciągnął bez widocznego związku. – Mogłaby pani być bardziej me-dial-na...”.

Siedziałam tuż obok Karla Lagerfelda, który wcinał bez przerwy: palcami nakładał sobie łososia, maczał kawałki w śmietanowo-koperkowym sosie, zmiatał wszystko jak leci. Tom Cruise rzucał mu od czasu do czasu pełne obrzydzenia spojrzenie; Björk z kolei wydawała się absolutnie zafascynowana. Trzeba powiedzieć, że zawsze usiłowała zbić majątek na narodowych sagach i islandzkiej energii, podczas gdy faktycznie była skrajnie konwencjonalna i zmanierowana: znalezienie się w pobliżu autentycznego dzikusa mogło ją jedynie zaciekawić. Nagle zdałam sobie sprawę, że wystarczyłoby projektantowi zdjąć koszulę z żabotem, krawat, smoking z satynową podszewką i okryć go zwierzęcymi skórami: byłby idealny w roli rdzennego Teutona. Złapał gorący ziemniak, pokrył go suto kawiorem i zwrócił się do mnie: „Trzeba być medialnym, chociaż trochę. Ja na przykład, jestem bardzo medialny. Jestem wielkim medialnym ziemniakiem...”. Wydaje mi się, że właśnie skończył stosować swoją drugą dietę, tak czy owak napisał już książkę o pierwszej.

Ktoś włączył muzykę, nastąpiło lekkie ożywienie, Naomi Campbell zaczęła chyba tańczyć. Uparcie wpatrywałam się w Lajoinie, czekając na jego propozycję. Ponieważ milczał, wszczęłam pogawędkę z Jade Jagger, mówiłyśmy chyba o Formenterze albo czymś równie głupim, ale wywarła na mnie dobre wrażenie, to była inteligentna dziewczyna i niezmanierowana; Lajoinie miał oczy półprzymknięte, wydawało mi się, że drzemie, ale teraz sądzę, że obserwował, czy potrafię nawiązywać kontakty z ludźmi – to również stanowiło część jego metody zarządzania personelem. W pewnym momencie zamruczał coś, ale nie usłyszałam, muzyka była za głośna; potem rzucił zirytowane spojrzenie w lewo: w rogu sali Karl Lagerfeld zaczął chodzić na rękach; Björk patrzyła na niego, zanosząc się gromkim śmiechem. Projektant ponownie usiadł, klepnął mnie mocno po plecach i wrzasnął: „Jak tam? W porządku?”, po czym zdążył wsunąć trzy węgorze, jednego po drugim. „To pani jest tutaj najpiękniejszą kobietą! Bije pani wszystkie!...”, i chwycił za talerz z serami; wydaje mi się, że naprawdę mnie polubił. Lajoinie z niedowierzaniem patrzył, jak pochłania livarota. „Naprawdę burak z ciebie, Karl....” – westchnął, po czym odwrócił się w moją stronę i powiedział: – Pięćdziesiąt tysięcy euro”. I to wszystko; to wszystko, co powiedział tamtego dnia.

Nazajutrz wpadłam do jego biura i dowiedziałam się trochę więcej. Magazyn miał się nazywać „Lolita”. „Kwestia przesunięcia wieku”, powiedział. Zrozumiałam mniej więcej, o co mu chodzi: „20 Ans”, na przykład, było przede wszystkim kupowane przez dziewczyny piętnasto-, szesnastoletnie, które chciały się wydawać wyzwolone, zwłaszcza w sferze seksu; z „Lolitą” chciał wprowadzić odwrotne przesunięcie. „Nasz target zaczyna się od dziesięciu lat, ale nie ma górnej granicy wieku”. Jego założenie było takie, że matki coraz częściej usiłują naśladować córki. Z pewnością jest coś śmiesznego w kupowaniu przez trzydziestoletnią kobietę magazynu pod tytułem „Lolita”, ale nie bardziej niż w kupowaniu obcisłego topu czy krótkich szortów. Założył, że poczucie śmieszności, które było tak żywe u kobiet, szczególnie u francuskich kobiet, powoli będzie zanikać na rzecz czystej fascynacji nieograniczoną młodością.

Trzeba powiedzieć, że wygrał zakład z nadwyżką. Średni wiek naszych czytelniczek wynosi dwadzieścia osiem lat – i wzrasta każdego miesiąca. Według speców od reklamy powoli stajemy się gazetą kształtującą wzorzec kobiecości – powtarzam ci, co mi powiedziano, ale sama z trudem w to wierzę. Steruję, staram się tym sterować, a raczej udaję, że steruję, ale w gruncie rzeczy przestałam cokolwiek rozumieć. Jestem profesjonalistką, to prawda, powiedziałam ci, że jestem mentalnym betonem, może to z tego wynika: w gazecie nie zdarzają się literówki, zdjęcia są dobrze skadrowane, numery wychodzą na czas; ale treść... Oczywiste, że ludzie boją się starości, zwłaszcza kobiety, zawsze tak było, ale tutaj... To przekracza ludzkie pojęcie; wydaje mi się, że kobiety kompletnie zwariowały.

Daniel24,2

Dziś, kiedy wszystko jawi się w przejrzystości pustki, mogę swobodnie spoglądać na śnieg. Mój odległy poprzednik, nieszczęsny komik, postanowił żyć tutaj, w rezydencji, która wznosiła się niegdyś – potwierdzają to zdjęcia i wykopaliska – w miejscu jednostki Proyecciones XXI,13. Była to – co stwierdzam z zadziwieniem, lecz również z odrobiną smutku – posiadłość nadmorska.

Morze zniknęło, a z nim wspomnienie po falach. Dysponujemy dokumentacją dźwiękową i wizualną, ale żadna z nich nie pozwala nam prawdziwie odczuć tej upartej fascynacji, która przepełniała ludzi – co potwierdza tyle wierszy – powtarzalnym, jak się zdaje, widokiem oceanu rozbijającego się o piasek.

Nie możemy również zrozumieć ekscytacji związanej z polowaniem i pogonią za ofiarami; ani emocji religijnych, ani tej niewzruszonej namiętności, którą człowiek określał mianem metafizycznej ekstazy.

Wcześniej, kiedy ludzie żyli razem, dawali sobie wzajemne zadowolenie przez fizyczne kontakty; to rozumiemy, gdyż otrzymaliśmy przesłanie Najwyższej Siostry. Oto przesłanie Najwyższej Siostry według formuły pośredniej:

„Uznać, że ludzie nie mają ani godności, ani praw; że zło i dobro są prostymi pojęciami, słabo steoretyzowanymi odpowiednikami cierpienia i przyjemności.

We wszystkim traktować ludzi jak zwierzęta zasługujące na zrozumienie i litość przez wzgląd na ich duszę i ciała.

Wytrwać na tej wzniosłej drodze ku doskonałości”.

Zawracając z drogi przyjemności, ale nie umiejąc niczym jej zastąpić, przedłużyliśmy jedynie istnienie ludzkiej natury z jej spóźnionymi zapędami. Kiedy ostatecznie zakazano prostytucji i zakaz ten został skutecznie wprowadzony na całej planecie, ludzie wkroczyli w wiek szarości. Nie mieli już nigdy z niego wyjść, aż skończyło się panowanie gatunku. Nie opracowano żadnej do końca przekonującej teorii, która wyjaśniałaby to, co wygląda na zbiorowe samobójstwo.

Na rynku pojawiły się automatyczne androidy wyposażone w sztuczne wielofunkcyjne waginy. Specjalny system analizował w czasie rzeczywistym ułożenie męskich organów płciowych, oznaczał temperaturę i ciśnienie; czujnik radiometryczny pozwalał przewidzieć, kiedy nastąpi ejakulacja, a w konsekwencji modyfikować stymulację i podtrzymywać trwanie stosunku tak długo, jak było to konieczne. Odniosło to pewien sukces jako ciekawostka, potem sprzedaż natychmiast spadła: zajmujące się produkcją robotów spółki, które często inwestowały nawet po kilkaset milionów euro, jedna po drugiej ogłaszały upadłość. Wydarzenie bywało komentowane jako chęć powrotu do natury i prawdy relacji międzyludzkich; oczywiście nic bardziej błędnego, co udowodnił niezbicie dalszy bieg wypadków: prawda jest taka, że ludzie ustępowali pola.

Daniel1,3

Automat wydał nam przepyszną gorącą czekoladę. Wypiliśmy ją duszkiem z niekłamaną przyjemnością.

Patrick Lefebvre – sanitariusz dla zwierząt

Spektakl Wolimy palestyńskie dziwki z pewnością był szczytem mojej kariery – medialnie, ma się rozumieć. Przelatywałem w dziennikach szpalty „Widowiska”, żeby jak najszybciej wejść na strony „Prawa i Społeczeństwa”. Skargi ze strony towarzystw islamskich, groźby zamachów bombowych, wreszcie coś się działo. Podjąłem ryzyko, to prawda, jednak ryzyko dobrze obliczone; integryści islamscy, którzy pojawili się na początku roku dwutysięcznego, przeszli mniej więcej tę samą drogę co punki. Najpierw zostali zepchnięci na margines przez uprzejmych, grzecznych i bogobojnych muzułmanów wywodzących się z ruchu tabligh, który, doprowadzając porównanie do końca, był swego rodzaju ekwiwalentem new wave; dziewczyny nosiły jeszcze wtedy chusty, jednak ładne, ozdobne, z koronkami i prześwitami, stanowiące raczej erotyczny dodatek niż cokolwiek innego. Potem, oczywiście z biegiem czasu zjawisko stopniowo zaczęło zanikać: wybudowane za wielkie pieniądze meczety powoli się wyludniły, a młode Arabki z powrotem pojawiły się na rynku seksualnym podobnie jak wszyscy. Było to zresztą do przewidzenia, biorąc pod uwagę społeczeństwo, w którym żyjemy, nie mogło być inaczej; co nie zmienia faktu, że przez jeden czy dwa sezony znalazłem się w skórze obrońcy wolnej ekspresji. Jeżeli chodzi o wolność, osobiście byłem raczej przeciw; skądinąd to dosyć zabawne, że na ogół przeciwnicy wolności w pewnej chwili najbardziej jej potrzebują.

Isabelle była przy mnie i doradzała mi z wyczuciem.

– Trzeba – powiedziała od razu – żebyś miał po swojej stronie hołotę. Jeżeli hołota cię poprze, będziesz niezatapialny.

– Ależ oni są po mojej stronie – zaprotestowałem – przychodzą na moje spektakle.

– To nie wystarczy; trzeba, żebyś dorzucił do tego jeszcze jedną grupę. Która szanuje przede wszystkim kasę. Masz kasę, ale się z nią nie obnosisz. Powinieneś trochę poszpanować.

Za jej radą kupiłem więc bentleya Continental GT, dwudrzwiowego, „wyrafinowanego i rasowego”, który według „L’Auto-Journal” „symbolizował powrót bentleya do jego pierwotnego powołania: produkcji luksusowych aut sportowych”. Miesiąc później znalazłem się na okładce „Radikal Hip-Hop” – a właściwie mój samochód. Większość raperów kupowała ferrari, kilku oryginałów porsche; ale bentley? To ich całkowicie zbiło z tropu. Żadnej kultury u tych dupków, nawet samochodowej. Taki Keith Richards na przykład miał bentleya, jak wszyscy poważni muzycy. Mogłem kupić astona martina, ale był droższy, i w końcu bentley był lepszy, miał dłuższą maskę i można było w nim zmieścić bez problemu trzy pindy. Za sto sześćdziesiąt tysięcy euro ubiłem w gruncie rzeczy niezły interes; w każdym razie, jeżeli chodzi o moją wiarygodność u hołoty, zrobiłem, jak sądzę, dobrą inwestycję.

Ten spektakl wyznaczył również początek mojej krótkiej, lecz lukratywnej kariery kinematograficznej. Do widowiska wprowadziłem krótkometrażowy film, mój początkowy projekt zatytułowany Spuśćmy na Palestynę minispódnice miał już ten ton antyislamskiej burleski, który później przysporzył mi tyle sławy; ale za radą Isabelle wpadłem na pomysł, by wprowadzić kilka tropów antysemickich, by zrównoważyć antyarabską wymowę spektaklu; to było rozsądne wyjście. Zdecydowałem się więc na film porno, a w zasadzie parodię filmu porno – gatunek, to prawda, łatwy do sparodiowania pod tytułem Wyczyść mi strefę Gazy. Aktorki były córkami arabskich imigrantów; plenery kręciliśmy w parku rozrywki, w Ermenonville. To była komedia – komedia dosyć pikantna, z pewnością. Ludzie się śmiali; większość ludzi. Podczas wspólnego wywiadu Jamel Debbouze powiedział o mnie, że jestem „super cool facetem”; właściwie, nie mogło być lepiej. Prawdę mówiąc, Jamel zwierzył mi się za kulisami tuż przed emisją: „Nie będę cię podpuszczać, stary. Mamy tę samą publiczność”. Fogiel, który zorganizował spotkanie, szybko zdał sobie sprawę z naszej zażyłości i zaczął mieć cykora; muszę przyznać, że od dawna miałem ochotę natrzeć uszu temu gówniarzowi. Ale powstrzymałem się, czułem się świetnie, w końcu byłem super cool. Producenci spektaklu poprosili mnie, żebym wyciął jeden fragment z krótkiego metrażu, fragment w rzeczy samej niezbyt śmieszny; kręciliśmy go we Franconville w budynku, który był przeznaczony do rozbiórki, ale rzecz niby miała się odbywać we wschodniej Jerozolimie. Chodziło o dialog między terrorystą Hamasu a niemiecką turystką, który już to przybierał formę pascalowskiej medytacji nad fundamentem ludzkiej tożsamości, już to rozważań ekonomicznych – w rodzaju Schumpetera. Terrorysta palestyński zaczynał od stwierdzenia, że na płaszczyźnie metafizycznej wartość zakładnika jest żadna – gdyż chodzi o niewiernego; nie jest jednak negatywna, jak byłoby na przykład w przypadku Żyda; jego zagłada nie jest więc pożądana, lecz po prostu obojętna. Na płaszczyźnie ekonomicznej natomiast wartość zakładnika jest znaczna – ponieważ należy do bogatego narodu, o którym wiadomo, że solidarnie staje w obronie swoich rodaków. Po tym wstępie terrorysta palestyński przystępował do serii doświadczeń. Najpierw wyrwał jeden ząb zakładnikowi – gołymi rękoma – stwierdziwszy uprzednio, że jego wartość negocjacyjna się nie zmieni. Następnie dokonał podobnej operacji na paznokciu – pomagając sobie tym razem obcęgami. W tym momencie pojawił się drugi terrorysta i między dwoma Palestyńczykami odbyła się krótka dyskusja o, by tak rzec, darwinowskich przesłankach. W efekcie wyrwali jądra zakładnikowi, nie zapominając o porządnym opatrzeniu ran, by uniknąć przedwczesnego zgonu. Zgodnie wyciągnęli wniosek, że wartość biologiczna zakładnika jako jedyna ulega zmianie w efekcie operacji; jego wartość metafizyczna jest żadna, a jego wartość zbytu bardzo wysoka. Krótko mówiąc, stawało się to coraz bardziej pascalowskie – a wizualnie coraz bardziej nie do zniesienia; byłem zresztą zaskoczony, jak mało kosztowne są efekty wykorzystywane w filmach gore.

Pełna wersja mojego krótkiego metrażu została pokazana kilka miesięcy później w ramach Festiwalu Dziwności i wtedy właśnie zaczęły napływać kolejne propozycje filmowe. Co ciekawe, ponownie skontaktowano mnie z Jamelem Debbouze’em, który chciał wyjść ze swoich komediowych ról i zagrać bad boya, kogoś naprawdę podłego. Jego agent szybko dał mu do zrozumienia, że byłoby to błędem, i w rezultacie do niczego nie doszło, ale historyjka wydała mi się godna zapamiętania.

Żeby lepiej zrozumieć cały kontekst, trzeba pamiętać, że w tych latach – ostatnich latach niezależności finansowej kina francuskiego – jedyne filmy produkcji francuskiej, które odniosły wyraźny sukces i mogły jeżeli nie rywalizować z produkcją amerykańską, to przynajmniej starać się o pokrycie własnych kosztów, należały do gatunku komedii – subtelnej bądź wulgarnej: obie funkcjonowały nieźle. Z drugiej strony artystyczne uznanie – które dawało dostęp do ostatnich pieniędzy z budżetu państwa i zasługiwało na przychylne recenzje w popularnych mediach – zdobywały w kinie, podobnie jak w innych sferach kultury, produkcje będące apologią zła, a przynajmniej te, które poważnie podawały w wątpliwość wartości moralne określane przez językową konwencję jako „tradycyjne”, gdyż propagowały swego rodzaju zinstytucjonalizowaną anarchię utrwaloną w minipantomimach, których powtarzalny charakter nie osłabiał w niczym, zdaniem krytyków, ich uroku, tym bardziej że ułatwiało im to pisanie klasycznych i oczywistych recenzji, uchodzących jednakże za nowatorskie. Uśmiercenie moralności stało się swego rodzaju rytualną ofiarą, która uświęcała wartości dominujące w grupie – od kilku dziesięcioleci skoncentrowane na rywalizacji, innowacyjności i raczej na sile niż na wierności i obowiązku. Jeżeli płynność zachowań wynikająca z wysoko rozwiniętej ekonomii była nie do pogodzenia z normatywnym katalogiem dopuszczalnych obyczajów, to wpasowywała się ona doskonale w nieustające zachłystywanie się wolną wolą i własnym ego. Każda forma okrucieństwa, cynicznego egoizmu czy przemocy była więc mile widziana – niektóre tematy, jak ojcobójstwo czy kanibalizm, przynosiły nawet trochę więcej. Fakt, że komik, i to znany komik, może swobodnie przenieść się w regiony zła i okrucieństwa, musiał być zatem dla branży elektrowstrząsem. Mój agent to, co spokojnie można określić jako szturm – nie minęły dwa miesiące, a dostałem czterdzieści propozycji różnych scenariuszy – przyjął z umiarkowanym entuzjazmem. Z pewnością zarobiłbym dużo pieniędzy, powiedział, a tym samym on również; ale jeżeli chodzi o renomę, dużo stracę. Scenarzysta może sobie być niezbędnym elementem w tworzeniu filmu, ale pozostaje absolutnie nieznany szerokiej publiczności; a pisanie scenariuszy to, bądź co bądź, ciężka praca, która może mi zawadzać w karierze showmana.

Jeżeli miał rację w pierwszym punkcie – moje uczestnictwo jako scenarzysty, współscenarzysty czy zwykłego konsultanta przy powstawaniu około trzydziestu filmów nie powiększyło ani na jotę mojej sławy – poważnie przesadził w drugim. Realizatorzy filmów – szybko zdałem sobie z tego sprawę – nie reprezentują zbyt wysokiego poziomu: wystarczy im podsunąć jakiś pomysł, sytuację, fragment historii, cokolwiek, czego by nie potrafili sami wymyślić; dorzuca się do tego kilka dialogów, trzy czy cztery przekleństwa – byłem w stanie wyprodukować około czterdziestu stron scenariusza dziennie – przedstawia im się produkt, a oni są zachwyceni. Następnie bez przerwy zmieniają zdanie na każdy temat: swój, produkcji, aktorów, kogokolwiek. Wystarczy pójść na zebranie, powiedzieć im, że mają całkowitą rację, napisać wszystko od nowa, zgodnie z ich instrukcjami, i wszystko jest rozegrane; nigdy nie zarabiałem łatwiejszych pieniędzy.

Moim największym sukcesem jako głównego scenarzysty był z całą pewnością Diogenes cynik; w przeciwieństwie do tego, co sugerował tytuł, nie był to film kostiumowy. Cynicy – jest to element ich doktryny na ogół zapominany – zalecali dzieciom zabijać i jeść własnych rodziców, w chwili gdy ci, niezdolni już do pracy, stawali się jedynie gębami do wykarmienia; współczesna adaptacja mająca przedstawić problemy stwarzane przez czwarty wiek nie była trudna do wymyślenia. W pewnym momencie wpadłem na pomysł, żeby zaproponować główną rolę Michelowi Onfrayowi, który rzecz jasna podszedł do sprawy z entuzjazmem; ale ten nędzny grafoman swobodnie czujący się przed prezenterami telewizyjnymi albo mniej lub bardziej głupimi studentami dostał takiego pietra przed kamerą, że niemożliwością było cokolwiek z niego wyciągnąć. Produkcja słusznie wróciła do rozwiązań bardziej sprawdzonych i jak zawsze w roli głównej obsadzono Jean-Pierre’a Marielle’a.

Mniej więcej w tym samym czasie kupiłem skromną posiadłość w Andaluzji, na północ od Almerii, w regionie wówczas zupełnie dzikim, zwanym parkiem naturalnym Cabo de Gata. Architekt zrobił projekt z niezwykłym rozmachem, z palmami, pomarańczami, jacuzzi, wodospadami – co, biorąc pod uwagę warunki klimatyczne (był to najbardziej suchy region Europy), mogło wydawać się lekkim szaleństwem. Nie miałem o tym pojęcia, ale region ten jako jedyny na hiszpańskim wybrzeżu został jeszcze oszczędzony przez turystykę; pięć lat później ceny ziemi wzrosły trzykrotnie. Krótko mówiąc, w tamtych latach byłem trochę jak król Midas.

To wtedy postanowiłem poślubić Isabelle; znaliśmy się od trzech lat, co umieszczało nas dokładnie w średniej przedmałżeńskiego pożycia. Ceremonia była cicha, trochę smutna, Isabelle właśnie skończyła czterdzieści lat. Dziś wydaje mi się oczywiste, że te dwa wydarzenia są ze sobą powiązane, chciałem przez ten dowód uczucia choć trochę zminimalizować szok czterdziestki. Nie żeby objawiała go przez skargi, jakiś widoczny lęk, cokolwiek dającego się jasno określić; to było bardziej ulotne i zarazem bardziej przejmujące. Czasami – zwłaszcza w Hiszpanii, kiedy szykowaliśmy się na plażę i wkładała kostium – w chwili, gdy spoczęło na niej moje spojrzenie, czułem, jak osuwa się lekko, jakby dostała cios między łopatki. Grymas cierpienia, szybko powściągany, deformował wspaniałe rysy – piękno jej delikatnej, zmysłowej twarzy było z tego gatunku, który opiera się czasowi; ale ciało, pomimo pływania, pomimo tańca klasycznego, zaczynało ulegać pierwszym zniszczeniom niesionym przez czas, zniszczeniom, które, wiedziała to aż za dobrze, zaczną się rozszerzać, aż doprowadzą do zupełnego rozpadu. Nie wiedziałem, co działo się w takich chwilach z moją twarzą i przysparzało Isabelle tyle cierpienia; dałbym dużo, żeby tego uniknąć, gdyż powtarzam, kochałem ją; ale najwyraźniej nie było to możliwe. Nie potrafiłem nadal jej mówić, że jest tak samo pociągająca i piękna, nie byłem zdolny, jakkolwiek niewiele to wymagało, by ją okłamywać. Znałem na pamięć spojrzenie, którym mi wtedy odpowiadała: upokorzone i smutne spojrzenie chorego zwierzęcia, które oddala się od sfory, opiera głowę na łapach i cicho wzdycha, ponieważ wie, że jest dotknięte chorobą i nie może oczekiwać od swoich braci litości.

Daniel24,3

Falezy wznoszą się nad morzem w absurdalnym pionie; cierpieniu ludzi nigdy nie będzie końca. Na pierwszym planie widzę skały, ostre i czarne. Nieco dalej, niewyraźnie spikselizowana na ekranie błotnista i zamazana powierzchnia, którą nadal nazywamy morzem, niegdyś zaś była Morzem Śródziemnym. Jakieś istoty wysuwają się na pierwszy plan, idąc grzbietem falezy, jak czynili to ich przodkowie wiele stuleci wcześniej; są mniej liczni i bardziej brudni. Zaciekle usiłują połączyć się w grupy, formują sfory i hordy. Przód ich ciał składa się z powierzchni czerwonego mięsa, gołego, obdartego ze skóry, zżeranego przez robaki. Trzęsą się z bólu przy najmniejszym podmuchu wiatru niosącego grudy ziemi i piasek. Czasami rzucają się jedni na drugich, walczą, zadają sobie rany pięścią lub słowem. Po kolei odłączają się od grupy, zwalniają kroku, padają na plecy. Ich gibkie i białe grzbiety wytrzymują kontakt ze skałami; przypominają wówczas odwrócone żółwie. Insekty i ptaki siadają na połaciach gołego mięsa, ofiarowujących się niebu, rozdziobują je i pożerają; stworzenia cierpią jeszcze przez chwilę, po czym nieruchomieją. Inni kilka kroków dalej kontynuują swoją walkę i przebiegłe sztuczki. Podchodzą od czasu do czasu, by przyjrzeć się agonii towarzyszy; ich spojrzenie wyraża jedynie pustą ciekawość.

Zamykam program kontrolny; obraz znika, pochłania go laguna narzędzi. Jest nowa wiadomość od Marie22:

Kolejne znieruchomienie

Powieki co się zamyka

Porozbijane przestrzenie

Ostatnia chwila umyka.

247, 214327, 4166, 8275. Nastaje światłość, rośnie, unosi się; przepadam w świetlnym tunelu. Rozumiem, co czuli mężczyźni, gdy penetrowali kobietę. Rozumiem kobietę.

Daniel1,4

Ponieważ jesteśmy ludźmi, nie wypada wyśmiewać się z ludzkiego nieszczęścia, trzeba je opłakiwać.

Demokryt z Abdery

Isabelle słabła. Rzecz jasna, dla kobiety, której ciało zostało naruszone przez czas, praca dla takiego magazynu jak „Lolita”, gdzie każdego miesiąca lądowały nowe laski, wciąż młodsze, wciąż bardziej sexy i aroganckie, nie była łatwa. To ja, o ile sobie przypominam, podjąłem temat jako pierwszy. Szliśmy brzegiem wzgórz Carboneras, których ciemne zbocza tonęły w lśniącym błękicie morza. Nie szukała wymówek ani wykrętów: to prawda, to prawda, w jej pracy należało podsycać atmosferę konfliktu, narcystycznej rywalizacji, do czego z każdym dniem czuła się coraz bardziej niezdolna. Życie poniża, zauważył Henri de Régnier; życie przede wszystkim zużywa, z pewnością istnieje u niektórych jakieś niedewaluujące się jądro, jądro istnienia; ale czym jest to rezyduum wobec ogólnego zużywania się ciała?

– Będę musiała wynegocjować warunki odprawy... – powiedziała. – Nie wiem, jak się na to zdobędę. Trzeba przyznać, że magazyn coraz lepiej funkcjonuje; nie wiem, jaki podać pretekst dla swojego odejścia.

– Umów się na spotkanie z Lajoinie i mu wytłumacz. Powiedz po prostu to, co mi powiedziałaś. Jest już stary, więc myślę, że zrozumie. Oczywiście jest to człowiek kochający pieniądze i władzę, a to są pasje, które wygasają powoli; jednak z tego wszystkiego, co o nim wiem, myślę, że potrafi pojąć, czym jest wypalenie.

Postąpiła tak, jak zasugerowałem, i w pełni przyjęto jej warunki; koniec końców magazyn zawdzięczał jej praktycznie wszystko. Jeżeli chodzi o mnie, nie mogłem jeszcze zakończyć kariery – w każdym razie niezupełnie. Mój ostatni spektakl o dziwnym tytule Do przodu, Milou! Ruszaj do Adenu! nosił podtytuł „100% nienawiści” – napis szedł w poprzek afisza i był nakreślony charakterem pisma à la Eminem; nie była to w żadnym wypadku hiperbola. Już na wstępie poruszałem problem konfliktu na Bliskim Wschodzie – któremu zawdzięczałem parę ładnych sukcesów medialnych – w sposób, jak zauważył pewien dziennikarz „Le Monde”, „silnie oczyszczający”. Pierwszy skecz, zatytułowany Walka liliputów, wprowadzał na scenę Arabów – obwołanych mianem „robali Allaha”, Żydów – zwanych „obrzezanymi gnidami”, a także libańskich chrześcijan obdarzonych zabawnym przydomkiem „wszy łonowych Maryi”. Krótko mówiąc, jak odnotował krytyk „Le Point”, religie Księgi zostały „rozłożone na łopatki” – w każdym razie w tym skeczu, w dalszej części spektaklu, w pociesznej komedyjce zatytułowanej Palestyńczycy są śmieszni, przemycałem różne groteskowe i lubieżne aluzje do pocisków z dynamitem, jakie bojownicy Hamasu wieszali sobie wokół talii, by zrobić z Żyda pasztet. Następnie moja wypowiedź przechodziła w zmasowany atak przeciwko wszelkim formom buntu, od walk nacjonalistycznych po rewolucyjne, czyli przeciwko działaniom politycznym jako takim. Rozwijałem oczywiście przez cały show wątek prawicowego anarchisty w stylu „jeden bojownik wykluczony z walki to o jednego dupka mniej do bicia”, jaki od Céline’a po Audiarda przyczynił się do wielkości komizmu francuskiego; a ponadto reaktualizując nauczanie świętego Pawła, według którego wszelka władza pochodzi od Boga, wznosiłem się czasami na wyżyny posępnej medytacji, odwołującej się do chrześcijańskiej apologetyki. Robiłem to, rzecz jasna, oczyszczając ją z wszelkich pojęć teologicznych, żeby rozwinąć strukturę argumentów, niemalże matematycznych ze swej istoty, które opierały się przede wszystkim na pojęciu „właściwego porządku”. W gruncie rzeczy spektakl był klasyczny i od razu został przyjęty jako taki; z całą pewnością stanowił mój największy sukces u krytyków. Nigdy, według powszechnej opinii, mój komizm nie wzniósł się tak wysoko – czy nigdy nie upadł tak nisko, była i taka wersja, która w zasadzie mówiła to samo; często byłem porównywany do Chamforta, a nawet La Rochefoucauld.

Jeżeli chodzi o sukces u publiczności, start był nieco bardziej powolny, aż Bernard Kouchner oświadczył, że spektakl jego „osobiście zemdlił”, co spowodowało, że bilety rozeszły się na pniu. Za radą Isabelle pozwoliłem sobie na krótką „Replikę” na łamach „Libération”, którą zatytułowałem Dziękuję, Bernardzie. Krótko mówiąc, szło nieźle, szło naprawdę nieźle, co wprawiało mnie w stan o tyle dziwny, że miałem wszystkiego naprawdę dosyć i byłem bliski rzucenia całego interesu – gdyby sprawy szły źle, sądzę, że dałbym dyla, nie prosząc o zapłatę. Moja słabość do kinowych środków przekazu – a więc środków martwych, w przeciwieństwie do tego, co pompatycznie nazywano w tamtym czasie spektaklem na żywo – była z pewnością pierwszą oznaką mojego znudzenia, a nawet obrzydzenia publicznością i prawdopodobnie ludzkością w ogóle. Pracowałem więc nad moimi skeczami małą wideokamerą ustawioną na trójnogu i podłączoną do monitora, na którym mogłem sprawdzać moje wypowiedzi, miny, gesty w czasie rzeczywistym. Zawsze wyznawałem prostą zasadę: jeżeli wybuchałem śmiechem w jakimś momencie, to tylko w takim, który miał duże szanse rozśmieszyć całą salę. Pomału, przeglądając kasety, doszedłem do wniosku, że cierpię na coraz bardziej wzmagającą się dolegliwość czasami doprowadzającą mnie wręcz do mdłości. Dwa tygodnie przed premierą powód tego niedomagania objawił mi się jasno: to, co stawało się dla mnie coraz bardziej nie do zniesienia, to nawet nie moja twarz, nie powtarzalny i przewidywalny charakter standardowych min, do których byłem zmuszony się uciekać: to, czego nie mogłem dłużej ścierpieć, to śmiech, śmiech jako taki, owa nagła i gwałtowna deformacja rysów, która wykrzywia ludzką twarz, w jednej chwili ogołacając ją z wszelkiej godności. Jeżeli człowiek się śmieje, jeżeli jako jedyny spośród całego królestwa zwierząt afiszuje się z tą potworną twarzową deformacją, to również dlatego, że jako jedyny, przekraczając egoizm zwierzęcej natury, osiąga przeraźliwe i najwyższe stadium okrucieństwa.

Trzy tygodnie przedstawień były istną drogą przez mękę: po raz pierwszy naprawdę doznałem tego osławionego, dojmującego smutku komików; po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem ludzkość. Zdemontowałem mechanizmy maszyny i mogłem je wprawić w ruch w dowolnym momencie. Każdego wieczoru przed wejściem na scenę połykałem cały listek xanaksu. Za każdym razem, kiedy publiczność się śmiała (a mogłem to przewidzieć zawczasu, umiałem dozować efekty, byłem uznanym profesjonalistą), musiałem odwracać wzrok, by nie widzieć tych gąb, tej setki gąb poruszanych dreszczem i wstrząsanych nienawiścią.

Daniel24,4

Ten fragment opowieści Daniela1 jest dla nas z pewnością jednym z najtrudniejszych do zrozumienia. Wideokasety, o których wspomina, zostały skopiowane i dołączone do jego opowieści życia. Zdarzyło mi się przeglądać jego dokumenty. Wywodząc się genetycznie od Daniela1, mam oczywiście te same rysy, tę samą twarz; nawet większość naszych min jest podobna (aczkolwiek moje, ponieważ żyję w środowisku niespołecznym, są w sposób naturalny nieco bardziej ograniczone), jednak ów nagły, pełen ekspresji grymas, z towarzyszącym mu charakterystycznym rżeniem, który nazywał śmiechem, jest dla mnie niemożliwy do imitacji; nie sposób nawet, bym sobie wyobraził jego mechanizm.

Notatki moich poprzedników, od Daniela2 począwszy, a skończywszy na Danielu23, dają, ogólnie rzecz biorąc, świadectwo tego samego niezrozumienia. Daniel2 i Daniel3 są jeszcze zdolni odtworzyć zjawisko pod wpływem niektórych likierów, ale dla Daniela4 jest to już rzeczywistość nieosiągalna. Opublikowano wiele prac na temat zaniku śmiechu u neoludzi; wszyscy zgadzają się co do jednego: był on raptowny.

Analogiczną ewolucję, chociaż bardziej powolną, zaobserwowano w przypadku łez, innej charakterystycznej cechy rodzaju ludzkiego. Daniel9 sygnalizuje, że płakał przy ściśle określonej okazji (nagłej śmierci swojego psa Foksa, porażonego prądem przez barierę ochronną); począwszy od Daniela10, nie znajdujemy już o tym wzmianki. Tak jak śmiech jest słusznie oceniany przez Daniela1 jako przejaw ludzkiego okrucieństwa, tak łzy u tego gatunku wydają się wiązać ze współczuciem. Nigdy nie płaczemy wyłącznie nad sobą, zapisał gdzieś anonimowy ludzki pisarz. Te dwa uczucia, okrucieństwo i współczucie, nie mają oczywiście większego sensu w warunkach absolutnej samotności, w jakich przebiega nasze życie. Niektórzy z moich poprzedników, na przykład Daniel13, ujawniają w swoich komentarzach osobliwą nostalgię za tą podwójną stratą; później ta nostalgia zanika, by ustąpić miejsca ciekawości coraz bardziej sporadycznej; i dziś możemy ją uznać, co potwierdzają wszystkie moje kontakty w sieci, za praktycznie wygasłą.

Daniel1,5

Odprężyłem się dzięki odrobinie hiperwentylacji; niemniej, Barnabé, nie mogłem się powstrzymać, by nie myśleć o wielkich jeziorach rtęci na powierzchni Saturna.

Kapitan Clark