Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Możliwość przemocy ebook

Dror Mishani

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Możliwość przemocy - Dror Mishani

Drugi tom cyklu kryminalnego z Awim Awrahamem.

Imponujące! Dror Mishani pisze niezwykle oryginalnie, a jego główny bohater, inspektor Awraham, wyróżnia się na tle innych bohaterów powieści kryminalnych.

Henning Mankell

W każdym śledztwie dochodzi się do takiego momentu, w którym wydaje się, że obraz nigdy nie stanie się wyraźny. Zbyt wiele szczegółów, niepasujących i dziwnych, oddalonych od siebie, jak ludzie siedzący nad brzegiem morza, wszystko zanurzone jest w mroku lub mgle. Ale po pewnym czasie połączenia się krystalizują, a obraz staje się jasny. Nagle w ciemności pojawia się nowy punkt, który oświetla resztę, szczegóły wydają się inne, nabierają znaczenia, łączą się. To, co wydawało się dalekie, staje się bliskie.

Tym razem mamy małą walizkę z ładunkiem wybuchowym i mężczyznę, który utykając, uciekł z miejsca zbrodni. Telefon z pogróżkami wypowiedzianymi kobiecym głosem: „Walizka to dopiero początek”. Kobietę, która poleciała na Filipiny, ale nie znalazła się na pokładzie samolotu. Ojca dwójki dzieci, który uciekał, mimo że nikt go nie gonił. Oraz inspektora policji zdeterminowanego, by ocalić niewinnych i bezbronnych.

Możliwość przemocy, druga książka Drora Mishaniego z odnoszącej bezprecedensowy sukces na arenie międzynarodowej serii kryminalnej, opowiada o próbie inspektora Awrahama przezwyciężenia traumy spowodowanej pierwszym dochodzeniem. Próbie odkupienia poprzez pracę nad sprawą, jeszcze bardziej zwodniczą i ohydną niż poprzednia: sprawą uciekającego ojca, desperacko starającego się uratować swoje dzieci przed czymś, czego nawet nie śmie ujawnić.

 

Dror Mishani (ur. 1975), pisarz, redaktor działu powieści izraelskich oraz kryminałów w wydawnictwie Keter Books, wykładowca literatury specjalizujący się w historii literatury kryminalnej na Uniwersytecie w Tel Awiwie. Możliwość przemocy to druga część serii o inspektorze policji Awim Awrahamie. Pierwsza część, Chłopiec, który zaginął, wyszła nakładem W.A.B w 2013 r. i otrzymała znakomite recenzje.

 

Czytelnicy powieści Mishaniego będą czerpać z niej tę wyjątkową „grzeszną” przyjemność zmieszaną z bólem [...], dzięki czemu staną się bardziej złożonymi ludźmi.

„Haaretz”, dodatek Kultura i Literatura

 

Absolutna przewaga Mishaniego nad innymi twórcami thrillerów polega na tym, że od jego bohaterów nie możesz się oderwać [...] i częściej niż chcesz to przyznać, sprawiają, że płaczesz.

Yediot Ahronot

 

Możliwość przemocy to powieść, której nie można odłożyć w trakcie czytania, a po skończeniu długo zostaje w głowie. W tym właśnie leży piękno i siła nowej książki Drora Mishaniego. Jego bohater, inspektor Awraham, nie tylko rozwiązuje sprawy kryminalne, ale i otwiera się na miłość. Nie tylko tę romantyczną czy namiętną, ale także na miłość matki i ojca.

„Haaretz Book Review”

Opinie o ebooku Możliwość przemocy - Dror Mishani

Fragment ebooka Możliwość przemocy - Dror Mishani

DROR A.

MI­SHA­NI

MOŻLIWOŚĆ PRZE­MO­CY

Dru­gie śledz­two Awie­go Aw­ra­ha­ma

przełożyli Anna Hal­bersz­tat i Bar­tosz Ko­cej­ko

Tytuł ory­gi­nału: Efshe­rut shel ali­mut

Co­py­ri­ght © by Dror A. Mi­sha­ni, 2013

Ori­gi­nal­ly pu­bli­shed un­der the ti­tle Efshe­rut shel ali­mut

by Ke­ter Bo­oks, Je­ru­sa­lem, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Anna Hal­bersz­tat and Bar­tosz Ko­cej­ko, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Ist­nieją ta­jem­ni­ce, które prze­ciwią się wysłowie­niu swej treści.

Ed­gar Al­lan Poe, Człowiek tłumu

Dla mo­je­go pier­wo­rod­ne­go syna, Be­nia­mi­na

Część pierw­sza

W pew­nym mo­men­cie, la­tem, które spędzi­li ra­zem w Bruk­se­li, zniknęło ota­czające ich uczu­cie szczęścia. Zaczął do­cie­rać do nie­go, a pew­nie i do niej, jakiś nie­pokój. Od­po­czy­wa­li na ocie­nio­nej ławce przy sze­ro­kiej Ave­nue du Parc, nie­da­le­ko Mu­zeum Sztu­ki Współcze­snej. Aw­ra­ham sie­dział, a Ma­rian­ka położyła głowę na jego udach. Zbliżała się szósta po południu, nie­bo było nie­bie­skie i bez­chmur­ne. Ona zagłębiła się w lek­tu­rze, a on gładził jej krótkie włosy. Już nie miał siły czy­tać, większość dnia spędził w ich miesz­ka­niu i w dwóch ka­wiar­niach nad po­wieścią de­tek­ty­wi­styczną Bo­ri­sa Aku­ni­na, cze­kając, aż Ma­rian­ka skończy dyżur. Gdy do­brnął do ostat­niej stro­ny, jak zwy­kle udało mu się prze­ko­nać sa­me­go sie­bie, że de­tek­tyw w opi­sa­nej hi­sto­rii się myli.

Na­gle za ich ple­ca­mi roz­legł się krzyk.

Aw­ra­ham nie ro­zu­miał czar­noskórej ko­bie­ty, wi­dział tyl­ko, że się do nich zbliża. Lewą ręką trzy­mała się za głowę, a jej twarz była po­dra­pa­na, ale on nie ru­szył się z miej­sca. Ma­rian­ka wstała i po­deszła do ko­bie­ty, wy­so­kiej i ubra­nej w zno­szoną su­kienkę owi­niętą wokół ciała jak całun. Na sto­pach miała kil­ka par gru­bych wełnia­nych skar­pet i san­dały. Ma­rian­ka zatrzy­mała się przed nią i coś do niej po­wie­działa. Chwy­ciła ko­bietę za nad­gar­stek, żeby prze­stała dra­pać się po twa­rzy.

– Ktoś po­rwał jej córkę. Szu­kała jej w par­ku, ale nie zna­lazła – wyjaśniła Aw­ra­ha­mo­wi po an­giel­sku. – Za­pro­wadzę ją na ko­mi­sa­riat.

– Chcesz, żebym po­szedł z tobą? – za­py­tał Aw­ra­ham.

Zo­stał na ławce z ple­ca­kiem i otwartą, odwróconą do góry grzbie­tem książką Ma­rian­ki. Pa­trzył, jak się od­da­lają. Ma­rian­ka objęła ko­bietę w ta­lii, a drugą ręką ciągle trzy­mała ją za nad­gar­stek. Po­sta­wiły obok nie­go re­klamówkę, z której wy­sta­wały inne pla­sti­ko­we siat­ki. Nie­zli­czo­ne tor­by z sie­ci sklepów z za­baw­ka­mi Toys „R” Us.

Wróciw­szy, Ma­rian­ka usiadła na ławce w pew­nej od­ległości od nie­go i po­pro­siła o pa­pie­ro­sa. Domyślił się, że płakała.

– Zna­leźli jej córkę? – za­py­tał.

Nie od­po­wie­działa.

– Ma­rian­ka, zna­leźli dziew­czynkę? Ktoś ją po­rwał?

– Nie ma żad­nej dziew­czyn­ki. Po­li­cja zna tę ko­bietę. Od trzech ty­go­dni włóczy się po par­ku. Za pierw­szym ra­zem szu­ka­li jej córki, ale wte­dy od­kry­li, że ona nie ma dzie­ci. Przy­najm­niej w Bruk­se­li. Kil­ka lat temu przy­je­chała tu z Kon­ga. Dra­pie się nieświa­do­mie.

Po po­wro­cie do domu zje­dli let­nią ko­lację, którą Aw­ra­ham przy­go­to­wał przed wyjściem.

Nie roz­ma­wia­li. Następne­go ran­ka już nie mil­cze­li, ale tego wie­czo­ru wy­da­wało im się, że ze­psuło się wszyst­ko, co tyl­ko mogło. I tak właśnie było.

Roz­dział 1

Aw­ra­ha­ma prze­szedł dreszcz, gdy po trzech mie­siącach po raz pierw­szy wszedł do po­ko­ju przesłuchań. Kli­ma­ty­za­cja działała od wcze­snych go­dzin ran­nych i w po­miesz­cze­niu było zim­no. Do­sko­na­le pamiętał swój ostat­ni dzień tu­taj i siedzącą przed nim ko­bietę.

Pod­czas urlo­pu nie myślał o do­cho­dze­niu, które pro­wa­dził w tym po­ko­ju. Przy­po­mniał so­bie o nim do­pie­ro te­raz, gdy znów tu był, spo­koj­ny i pew­ny sie­bie, i za­sta­na­wiał się nad pierw­szym py­ta­niem, które zada su­ro­wym to­nem. Miało go tu nie być tego dnia, ale może do­brze, że tak się stało. To było jak skok z kli­fu do mo­rza bez przy­go­to­wa­nia.

Pierw­sze, co za­uważył u po­dej­rza­ne­go, to pociągła twarz i małe, czar­ne oczy, a po­tem chu­de, żyla­ste ra­mio­na. Miał brud­ne ręce, pa­znok­cie także. Był śred­nie­go wzro­stu, szczupły, nie­ogo­lo­ny. Praw­do­po­dob­nie po trzy­dzie­st­ce. Mężczy­zna sie­dział po dru­giej stro­nie długie­go stołu.

– Kim pan jest? – za­py­tał Aw­ra­ha­ma.

In­spek­tor zi­gno­ro­wał jego py­ta­nie. Porządko­wał leżące na sto­le do­ku­men­ty, jak­by znaj­do­wał się sam w po­ko­ju. Ma­te­riałów w tecz­ce było zbyt mało, żeby porządnie za­po­znać się ze sprawą. Przej­rzał je po­spiesz­nie pod­czas krótkiej roz­mo­wy z po­li­cjantką z pa­tro­lu, który tego ran­ka za­trzy­mał po­dej­rza­ne­go.

Jak wy­ni­kało z ra­por­tu, po­li­cjant­ka do­stała in­for­mację o wa­liz­ce o szóstej czter­dzieści czte­ry. I choć mogło to być fałszy­we za­wia­do­mie­nie, mimo braków ka­dro­wych na­tych­miast wysłała pa­trol na ulicę La­won. Po­li­cjan­tom nie udało się od­na­leźć wa­liz­ki, skon­tak­to­wa­no się więc z ko­bietą, która za­te­le­fo­no­wała na po­ste­ru­nek. Wyszła na podwórko w szla­fro­ku i wska­zała po­li­cjan­tom właściwe miej­sce. Nie­spełna dzie­sięć mi­nut później przy­je­cha­li sa­pe­rzy, roz­ka­za­li za­mknąć ulicę dla ru­chu sa­mo­chodów oraz pie­szych i zaczęli przy­go­to­wa­nia do neu­tra­li­za­cji po­dej­rza­ne­go pa­kun­ku. W wa­liz­ce zna­le­zio­no wy­so­kiej kla­sy bu­dzik połączo­ny ka­bla­mi z bu­telką po na­po­ju 7Up, za­wie­rającą nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny płyn oraz coś, co oka­zało się za­pal­ni­kiem. Według wstępnej ana­li­zy sa­perów za­pal­nik był usta­wio­ny na siódmą pięćdzie­siąt.

Chwilę przed otwar­ciem drzwi do po­ko­ju przesłuchań Aw­ra­ham wysłał ese­me­sa do Ma­rian­ki: „Wchodzę na nie­za­pla­no­wa­ne przesłucha­nie. Za­dzwo­nię, kie­dy skończę”. A ona od razu od­pi­sała: „Już po wa­ka­cjach? Po­wo­dze­nia!”.

Wszyst­ko było przy­go­to­wa­ne. Urządze­nie na­gry­wające pra­co­wało. Za­py­tał po­dej­rza­ne­go o na­zwi­sko, a ten od­po­wie­dział:

– Amos Uzen. Jest pan po­li­cjan­tem? Zda­je pan so­bie sprawę, że cze­kam tu już pięć go­dzin?

Nie sko­men­to­wał tego.

– Data uro­dze­nia?

– Moja? Dzie­siąty lip­ca tysiąc dzie­więćset osiem­dzie­siątego roku.

– Ad­res za­miesz­ka­nia?

– Ha­Ci­jo­nut 26.

– W Cho­lo­nie?

– W Las Ve­gas.

– Zawód?

– Dy­ry­gent w or­kie­strze. – Amos Uzen uśmiechnął się. – Nie mam pra­cy. Proszę za­pi­sać, że obec­nie je­stem bez­ro­bot­ny.

Według ra­por­tu po­li­cjant­ki Uzen nie był mu­zy­kiem. Pra­co­wał jako ku­charz w ka­wiar­ni Ri­wie­ra na pro­me­na­dzie w Bat Jam, następnie był właści­cie­lem nie­wiel­kie­go ser­wi­su mo­to­cy­klo­we­go, a po­tem kio­sku w cen­trum Cho­lo­nu. Do jego za­robków do­cho­dziły jesz­cze przy­cho­dy z naj­wy­raźniej nie­le­gal­nych in­te­resów, przede wszyst­kim ze sprze­daży ha­szy­szu. Uro­dził się w Bat Jam, wy­cho­wał bez ojca, z dwie­ma star­szy­mi sio­stra­mi, w ro­dzi­nie do­brze zna­nej opie­ce społecz­nej. Wy­rzu­co­no go z li­ceum. Mat­ka była ko­sme­tyczką. Po raz pierw­szy zo­stał aresz­to­wa­ny w wie­ku piętna­stu lat. Złapa­no go, gdy ra­zem z przy­ja­cie­lem je­chał skra­dzio­nym sa­mo­cho­dem. Aw­ra­ham spoj­rzał na nie­go, a po­tem znów wbił wzrok w ra­port.

– Jest pan po­dej­rza­ny o to, że wcze­snym ran­kiem podłożył pan ładu­nek wy­bu­cho­wy w po­bliżu przed­szko­la na uli­cy La­won...

Uzen prze­rwał mu w pół słowa:

– O czym pan mówi? Człowiek wy­cho­dzi z domu na po­ran­ny spa­cer i od razu go aresz­tują. Nie mam nic wspólne­go z przed­szko­lem.

– To się do­pie­ro okaże.

– Niby co? Ma­cie na to ja­kieś do­wo­dy?

Aw­ra­ham po­spiesz­nie przej­rzał teczkę, bo z krótkiej in­for­ma­cji, którą mu prze­ka­za­no, wy­ni­kało, że rze­czy­wiście nie mają żad­nych do­wodów. Uzen zo­stał aresz­to­wa­ny z ini­cja­ty­wy po­li­cjant­ki z pa­tro­lu, która jesz­cze za­nim roz­bro­jo­no fałszywą bombę, do­star­czyła szczegółowe ze­zna­nia in­for­ma­tor­ki. Była to sześćdzie­sięciocz­te­ro­let­nia ko­bie­ta, eme­ryt­ka. Wstała wcześnie rano, aby po­sprzątać miesz­ka­nie przed Rosz Ha­sza­na. Otwo­rzyła okna w sa­lo­nie i rozłożyła na pa­ra­pe­tach dy­wa­ny do wy­wie­trze­nia. Miała za­miar wy­trze­pać je za­raz po ósmej. Jej mąż jesz­cze spał. Gdy skończyła wie­sza­nie dy­wanów, spo­strzegła człowie­ka wchodzącego na podwórko bu­dyn­ku przy uli­cy La­won 6. Właści­wie to nie wi­działa go, kie­dy wcho­dził, tyl­ko gdy kucał w krza­kach, jak­by cze­goś szu­kał. Naj­pierw myślała, że ktoś z miesz­kańców zrzu­cił mu jakiś przed­miot z góry. Po chwi­li jed­nak zo­ba­czyła, że mężczy­zna cho­wa wa­lizkę w zaroślach, tuż przy ścieżce pro­wadzącej do przed­szko­la. Cze­mu wydało jej się to dziw­ne? Po­nie­waż kil­ka metrów da­lej stoją po­jem­ni­ki na śmie­ci, a gdy­by jego zna­jo­my miesz­kał w tym bu­dyn­ku, to ten człowiek zaniósłby mu torbę do miesz­kania. I dlacze­go ukrył ją za krza­ka­mi, a nie zo­stawił na chod­ni­ku? Bu­dy­nek, w którym miesz­kała in­for­ma­tor­ka, mieści się na końcu uli­cy, ale z jej okna wszyst­ko dokład­nie widać. W polu wi­dze­nia miała wierz­chołki drzew i słup ener­ge­tycz­ny, ale nie zasłaniały one wi­do­ku. Ko­bie­ta twier­dziła, że ob­ser­wo­wała tego człowie­ka przez po­nad mi­nutę i nie od­szedł on od razu, tyl­ko przy­czaił się na podwórku i rozglądał do­okoła. Po­mi­mo spo­rej od­ległości in­for­ma­tor­ka bała się, że ją za­uważy, więc wy­co­fała się do sa­lo­nu. Gdy po­now­nie wyj­rzała na zewnątrz, po­dej­rza­ny zmie­rzał w stronę uli­cy Aha­ro­no­wi­cza. Szedł po­wo­li, nie biegł. Wy­da­wało jej się, że uty­kał. Po­da­ny przez nią opis był ogólny, tak jak Aw­ra­ham się spo­dzie­wał. Po­dej­rza­ny był ni­ski, chu­dy i – o ile do­brze pamiętała – miał na so­bie spodnie od dre­su i bluzę z kap­tu­rem, brązową lub w in­nym ciem­nym ko­lo­rze. Twa­rzy nie wi­działa.

Kil­ka mi­nut po ze­bra­niu ze­znań, dzięki do­star­czo­ne­mu przez in­for­ma­torkę opi­so­wi syl­wet­ki i ubra­nia po­dej­rza­ne­go, po­li­cjant­ka z pa­tro­lu roz­po­znała go w tłumie, który ze­brał się na końcu uli­cy za­mkniętej dla ru­chu. Ob­ser­wo­wał, jak sa­pe­rzy roz­bra­jają pa­ku­nek, i wyglądał na zde­ner­wo­wa­ne­go. Funk­cjo­na­riusz­ka po­pro­siła go o oka­za­nie do­wo­du tożsamości, a wte­dy on zaczął ucie­kać. Udało mu się prze­biec kil­ka­dzie­siąt metrów, nim złapał go je­den z po­li­cjantów. Uzen nie miał przy so­bie do­ku­mentów i za­prze­czał, ja­ko­by próbował uciec. Twier­dził, że nie ma nic wspólne­go z wa­lizką i że zna­lazł się w tym miej­scu, po­nie­waż szedł do skle­pu kupić chleb i mle­ko. Odmówił po­da­nia nu­me­ru swo­je­go do­ku­mentu tożsamości, ale szyb­ko prze­ko­na­no go, by to zro­bił. Gdy spraw­dzo­no jego dane w po­li­cyj­nej ba­zie, oka­zało się, że ma na kon­cie kil­ka wy­roków, głównie za przestępstwa związane z nar­ko­ty­ka­mi.

– Do­wo­dy przed­sta­wię, kie­dy uznam to za sto­sow­ne. A tym­cza­sem chcę się do­wie­dzieć, co pan robił rano na uli­cy La­won – po­wie­dział Aw­ra­ham.

– To, co wszy­scy. Chciałem po­od­dy­chać świeżym po­wie­trzem – od­parł Uzen.

– Ze­znał pan wcześniej, że wy­szedł pan po mle­ko i chleb. Ro­zu­miem, że zmie­nia pan ze­zna­nie.

– Co ta­kie­go? Nic nie zmie­niam. Wy­szedłem po­od­dy­chać i kupić mle­ko.

– Udał się pan aż na ulicę La­won, by zro­bić za­ku­py? To dość da­le­ko od pańskie­go miej­sca za­miesz­ka­nia.

– Tak.

– Jak pan to wyjaśni?

– Dla­cze­go muszę się z tego tłuma­czyć? Mogę robić za­ku­py, gdzie tyl­ko ze­chcę.

– Nie musi pan od­po­wia­dać. Za­piszę, że odmówił pan od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co robił pan na uli­cy La­won.

In­a­czej niż w po­przed­nim do­cho­dze­niu, tym ra­zem sie­dział przed nim po­dej­rza­ny, który w po­ko­jach przesłuchań był już nie raz. Gdy Aw­ra­ham za­da­wał mu py­ta­nie, na które od­po­wiedź mogła mu za­szko­dzić, nie re­ago­wał od razu, tyl­ko cze­kał, aż znaj­dzie właściwe słowa.

– Po­szedłem tam, po­nie­waż zadłużyłem się w moim skle­pie osie­dlo­wym. Czy to wy­star­czy?

– A cze­mu ob­ser­wo­wał pan sa­perów?

– Wie pan, ilu tam stało lu­dzi? Zna­le­zio­no po­dej­rza­ny obiekt, więc za­trzy­małem się, żeby zo­ba­czyć, co to było.

– I uciekł pan, gdy po­li­cjant­ka po­pro­siła o dowód tożsamości.

– To nie było tak, już to wyjaśniłem. Po pro­stu po­sta­no­wiłem stamtąd odejść i nie usłyszałem, że ktoś mnie woła. Na­gle przy­sko­czyło do mnie dwóch po­li­cjantów, którzy twier­dzi­li, że ucie­kam.

– A nie ucie­kał pan?

– A pan uważa, że tak? Proszę mi wie­rzyć, gdy­bym ucie­kał, żaden po­li­cjant by mnie nie złapał.

Coś w słowach Uze­na zwróciło uwagę Aw­ra­ha­ma. Otwo­rzył ra­port z za­trzy­ma­nia i na­tych­miast zro­zu­miał co. Pod­niósł wzrok i ro­zej­rzał się po po­ko­ju, jak­by sza­co­wał jego wiel­kość. Dwie świetlówki paliły się na su­fi­cie. Na zdjęciu w po­li­cyj­nej ba­zie widać było twarz Uze­na, ale od cza­su zro­bie­nia fo­to­gra­fii wy­rosły mu nie­wiel­kie wąsy w sty­lu Char­lie­go Cha­pli­na, które w prze­ci­wieństwie do jego pa­znok­ci wyglądały na bar­dzo za­dba­ne.

– A gdzie pan ma mle­ko i chleb? – za­py­tał Aw­ra­ham

– Co?

– Gdzie są pańskie za­ku­py?

– Nie udało mi się ich zro­bić. Uli­ca była za­mknięta.

Aw­ra­ham uśmiechnął się.

– Ro­zu­miem. Więc musi pan być bar­dzo głodny. A co właści­wie łączy pana z przed­szko­lem?

Uzen wes­tchnął.

– Nie mam nic wspólne­go z żad­nym przed­szko­lem. Dzięki Bogu, nie mam dzie­ci.

– Cze­mu w ta­kim ra­zie zo­sta­wił pan tam wa­lizkę z bombą?

– Chy­ba żeście osza­le­li. Prze­cież mówię, że nie zo­sta­wiłem tam żad­nej wa­liz­ki z atrapą bom­by. Odbiło wam, czy co?

Napięcie zniknęło. Po­dob­nie jak strach, który to­wa­rzy­szył Aw­ra­ha­mo­wi, gdy wcho­dził do po­ko­ju. Był we właści­wym miej­scu. Po­wta­rzał so­bie, że od początku jego ka­rie­ry roz­mo­wy za­wsze wy­cho­dziły mu naj­le­piej. Uzen wie­dział, że ładu­nek w wa­liz­ce był fałszy­wy. To tak, jak­by się przy­znał. Aw­ra­ham za­pro­po­no­wał mu, by wziął so­bie ku­bek wody z ba­nia­ka, który stał w dru­gim końcu po­ko­ju, ale Uzen odpowie­dział, że nie chce mu się pić.

– Po­wi­nien się pan napić. To ważne. Spędzi­my tu jesz­cze kil­ka go­dzin i może się pan od­wod­nić. Niech się pan na­pi­je.

Cze­kał.

Wresz­cie Uzen wstał i pod­szedł do ba­nia­ka z wodą. Po dro­dze minął Aw­ra­ha­ma, a gdy nalał so­bie zim­nej wody do pla­sti­ko­we­go ku­becz­ka, prze­szedł obok nie­go po­now­nie. Sta­wiał lek­kie i sprężyste kro­ki. Według in­for­ma­tor­ki po­dej­rza­ny opuścił te­ren przed­szko­la, idąc po­wo­li, a przede wszyst­kim wy­da­wało jej się, że uty­kał. Z ko­lei po­li­cjant­ka, która za­trzy­mała Uze­na, wpi­sała do ra­por­tu, że gdy po­pro­siła go o dowód tożsamości, zaczął szyb­ko ucie­kać. Te­raz też nie kulał.

Aw­ra­ha­mo­wi zo­stało nie więcej niż kil­ka go­dzin na podjęcie de­cy­zji, czy wystąpić z wnio­skiem o przedłużenie Uze­no­wi aresz­tu, ale już było ja­sne, że tak się nie sta­nie. Ze­gar po­ka­zy­wał drugą trzy­dzieści. Uzen nic więcej nie po­wie i pod wieczór albo najpóźniej następne­go dnia rano wyj­dzie do domu. Aw­ra­ham wciąż nie wie­dział, czy wypuści nie­win­ne­go człowie­ka, który wcze­snym ran­kiem chciał po­od­dy­chać świeżym po­wietrzem i kupić kar­ton mle­ka i bo­che­nek chle­ba, a zo­stał za­trzy­ma­ny z po­wo­du fałszy­we­go prze­czu­cia po­li­cjant­ki, czy może uwol­ni człowie­ka, który na ścieżce pro­wadzącej do przed­szko­la zo­stawił wa­lizkę, a w środ­ku umieścił fałszy­wy ładu­nek.

– Mamy ze­zna­nie, że ten, kto podłożył bombę, miał na so­bie bluzę z kap­tu­rem, dokład­nie taką jak pan. To za­dzi­wiające, że człowiek nosi bluzę z kap­tu­rem w taki upał, nie sądzi pan?

Uzen wściekł się i wrzasnął:

– Po­wiedz mi, kim ty w ogóle je­steś?! Co cię ob­cho­dzi, w co się ubie­ram?! Rano było mi chłodno! A cze­mu ty je­steś ubra­ny jak gli­na?!

Wca­le nie był ubra­ny jak gli­na. Za­miast mun­du­ru Aw­ra­ham miał na so­bie białe spodnie, które kończyły się nad kost­ka­mi, i nową ko­szulę w ko­lo­rze brzo­skwi­nio­wym. Ale tyl­ko dla­te­go, że ofi­cjal­nie nadal był na urlo­pie.

Do Izra­ela przy­je­chał kil­ka dni wcześniej, na początku września, tuż przed końcem urlo­pu. Do pra­cy miał wrócić po Rosz Ha­sza­na. Wol­ny czas poświęcił na przy­go­to­wa­nie miesz­ka­nia na przy­jazd Ma­rian­ki. Wcześnie rano, tuż po wscho­dzie słońca, po­je­chał na plażę w Tel Awi­wie, za­nu­rzył sto­py w mo­rzu i spoglądając na łagod­ne fale, za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Woda była ciepła. Jesz­cze nie­daw­no, w Bruk­se­li, mo­rze bu­dziło w nim nie­jasną tęsknotę. Te­raz, w Tel Awi­wie, wiał uciążliwy cham­sin, ty­po­wy dla końca lata, ale Awi czuł jakąś lek­kość, której nie roz­po­zna­wał. Nosił cien­kie ko­szu­le, w ko­lo­rach, których nig­dy wcześniej by na sie­bie nie włożył. Ma­rian­ka mówiła, że świet­nie w tych ko­szu­lach wygląda. Chcie­li urządzić miesz­ka­nie ra­zem, po jej przy­jeździe. Mie­li kupić bra­kujące sprzęty, odświeżyć farbę na ścia­nach i dodać więcej żywych ko­lorów, może na­wet zro­bić ge­ne­ral­ny re­mont łazien­ki i kuch­ni. Ale Aw­ra­ham chciał wpro­wa­dzić kil­ka zmian przed przy­jazdem Ma­rian­ki.

Przede wszyst­kim wy­rzu­cił sta­re rze­czy. Czar­ne od sa­dzy garn­ki i popękane ta­le­rze z kuch­ni, wy­blakłą pościel, po­prze­cie­ra­ne ręczni­ki. Spa­ko­wał do pla­sti­ko­wych to­reb ubra­nia, których już nie chciał nosić, zwol­nił kil­ka półek w sza­fie.

Gdy następne­go dnia rano zja­wił się na po­ste­run­ku, Da­wid Ezra wstał zza biur­ka ofi­ce­ra dyżurne­go i uści­skał go.

– No! Wróciłeś w końcu?

– Jesz­cze nie. Przy­szedłem tyl­ko na spo­tka­nie z no­wym sze­fem. Po­znałeś go już? Jaki jest?

Da­wid Ezra mrugnął, cze­go Aw­ra­ham nie zro­zu­miał, i po­wie­dział:

– Sam się prze­ko­naj.

Ru­szył ko­ry­ta­rzem. Szedł od po­ko­ju do po­ko­ju, pukał w uchy­lo­ne drzwi, od­po­wia­dał na wścib­skie py­ta­nia o wa­ka­cje i Ma­riankę. Cie­szył się na wi­dok zna­jo­mych lu­dzi, oni też wy­da­wa­li się za­do­wo­le­ni z jego po­wro­tu. Gdy za­pa­lił światło w swo­im ga­bi­ne­cie, po­now­nie za­sko­czyło go, że to po­miesz­cze­nie jest tak małe. Ale jego cia­sno­ta była miła i przy­tul­na, a to, że nie było w nim okna, dawało Aw­ra­ha­mo­wi po­czu­cie bez­pie­czeństwa. Ścia­ny były pu­ste. Przez trzy lata chciał po­wie­sić na jed­nej z nich ob­raz, ale nie wie­dział jaki, a te­raz wresz­cie miał re­pro­dukcję ko­lo­ro­we­go ob­razu, pełnego szczegółów, który zro­bił na nim ogrom­ne wrażenie, gdy pew­ne­go dnia ucie­kli z Ma­rianką przed let­nim desz­czem do jed­ne­go z muzeów.

Kom­pu­ter był wyłączo­ny, więc go uru­cho­mił.

Wszędzie znaj­do­wało się pełno ku­rzu. Sza­ra war­stwa na sto­le, na półkach i na czar­nej lam­pie. Skąd bie­rze się kurz w po­ko­ju bez okna? W ku­ble na śmie­ci leżały strzępy brązo­wej ko­per­ty i kil­ka zgnie­cio­nych pa­pierów. Nie pamiętał, by je wy­rzu­cał.

Punk­tu­al­nie o dwu­na­stej Aw­ra­ham stanął w drzwiach biu­ra na trze­cim piętrze. Po­pro­szo­no go, żeby za­cze­kał, aż zastępca ko­men­dan­ta Ben­ny Sa­ban skończy roz­ma­wiać przez te­le­fon. W tym cza­sie wysłał do Ma­rian­ki ese­me­sa: „Przed spo­tka­niem z no­wym ko­men­dan­tem. Opo­wiem, jak było. Całusy”. Se­kre­tar­ka też roz­ma­wiała przez te­le­fon, na pew­no nie o spra­wach za­wo­do­wych. Sa­ban wy­szedł ze swo­je­go po­ko­ju kwa­drans po dwu­na­stej i za­pro­sił Aw­ra­hama do środ­ka. Potrząsnął jego dłonią i po­wie­dział:

– Ni­cze­go nie mogę zna­leźć w tym bałaga­nie, który mi tu zo­sta­wi­li. – Dał Aw­ra­ha­mo­wi znak, że ma usiąść, i za­pro­po­no­wał mu kawę. – Połowa lu­dzi cho­ra, jak­byśmy mie­li śro­dek zimy, a dru­ga połowa na urlo­pie. Bra­ku­je mi po­li­cjantów, a od rana miałem na­pad na Union Bank, bombę w po­bliżu przed­szko­la i kogoś, kto próbował pod­pa­lić się na da­chu bu­dyn­ku In­sty­tu­tu Ubez­pie­czeń Społecz­nych. Są tu oso­by, które cze­kają od piątej, żeby złożyć skargę, i aresz­tan­ci, z którymi nie wiem, co zro­bić. I nie mam żad­ne­go ofi­ce­ra śled­cze­go, a jeśli do wie­czo­ra kogoś przed nimi nie po­sadzę, będę mu­siał ich zwol­nić.

Gdy ko­men­dant skończył swój mo­no­log, Aw­ra­ham od­po­wie­dział, że nie­daw­no pił kawę.

Sa­ban bu­dził jego cie­ka­wość. Miał okrągłą, chłopięcą twarz, a pro­ste, brązowe włosy opa­dały mu na czoło jak u źre­ba­ka. Jego biur­ko było schlud­ne, nie leżały na nim pra­wie żadne pa­pie­ry, je­dy­nie kil­ka kar­tek, na których dużymi li­te­ra­mi wy­dru­ko­wa­no krótkie, łatwe do od­czy­ta­nia no­tat­ki. Nie zdążył jesz­cze przy­nieść swo­ich oso­bi­stych rze­czy, więc w ga­bi­ne­cie pra­wie nic się nie zmie­niło. Tyl­ko na ścia­nach wi­siały jego od­zna­ki i dy­plo­my za zasługi.

– Czy mogę w czymś pomóc? – za­py­tał Aw­ra­ham, a Sa­ban się roześmiał.

– Możesz prze­pro­wa­dzić pięć przesłuchań do wie­czo­ra?

Do po­ko­ju, bez pu­ka­nia, weszła se­kre­tar­ka i po­sta­wiła przed Sa­ba­nem szkla­ny ta­lerz, a na nim duży ku­bek z wrzątkiem i dwa baj­gle. Ko­men­dant raz jesz­cze za­py­tał Aw­ra­ha­ma, czy nie chce kawy.

– Może Me­raw ich przesłucha? – za­pro­po­no­wał Aw­ra­ham po wyjściu se­kre­tar­ki.

O mia­no­wa­niu Sa­ba­na na no­we­go ko­men­dan­ta Aw­ra­ham usłyszał, kie­dy był w Bruk­se­li, w roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej z Elia­hu Ma’alu­lem. Nig­dy wcześniej go nie spo­tkał i nic o nim nie wie­dział, poza tym że przez ostat­nie trzy lata był dowódcą re­gio­nu Ama­kim, a wcześniej dy­rek­to­rem tam­tej­sze­go działu pla­no­wa­nia. Nie był prak­ty­kiem, nie działał w te­re­nie, awan­so­wał, po­ko­nując ko­lej­ne szcze­ble ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Miał małe i gład­kie dłonie, a rękawy jego ko­szu­li były sta­ran­nie wy­pra­so­wa­ne. Od cza­su do cza­su od­chy­lał się w swo­im fo­te­lu, a po chwi­li wra­cał do przo­du gwałtow­nym ru­chem i opie­rał ręce na biur­ku. Wziął długo­pis i zro­bił nim kil­ka ostrych li­nii na kart­ce, która leżała przed nim. Mi­mo­wol­nie jego po­wie­ki drgnęły. Przez chwilę pa­trzył na Aw­ra­hama, ale na­gle zaczął mru­gać, jak­by coś go oślepiło, więc wbił wzrok w stół i chy­ba bez­wied­nie zasłonił oczy swoją małą dłonią.

– Wróćmy do na­szych spraw. Wiem, że twój urlop jesz­cze się nie skończył, ale chciałem cię wcześniej zo­ba­czyć, byśmy mo­gli się po­znać i bym mógł usłyszeć, że wszyst­ko jest w porządku. Do­tarły do mnie pogłoski, że nie wra­casz.

Aw­ra­ham od­po­wie­dział, że nie miał ta­kich za­miarów, na co Sa­ban stwier­dził:

– Do­brze to słyszeć. To mnie cie­szy. Słyszałem o to­bie same po­zy­tyw­ne rze­czy, a po­trze­bu­je­my do­brych lu­dzi. Prze­czytałem ma­te­riały do­tyczące two­jej po­przed­niej spra­wy, a także ra­port Ila­ny Lis. Nie uważam, żeby był ja­ki­kol­wiek pro­blem ze spo­so­bem pro­wa­dze­nia śledz­twa. Masz moje pełne po­par­cie. Czy­ste kon­to. Spraw­ca zo­stał schwy­ta­ny, a my ru­sza­my da­lej.

Sa­ban znów za­mru­gał. Próbował się uśmiechnąć.

Aw­ra­ham nic nie wie­dział o na­pi­sa­nym przez Ilanę ra­por­cie z do­cho­dze­nia. Na czyją prośbę go na­pi­sała? Kto go czy­tał? Cze­mu mu o tym nie powie­działa? Kil­ka­krot­nie roz­ma­wia­li przez te­le­fon pod­czas jego urlo­pu, ale Ila­na ani razu o tym nie wspo­mniała.

– Dziękuję. Nie wiem, co prze­czy­tałeś i gdzie, ale śledz­two, o którym mówisz, jest już za mną – od­parł.

– Do­sko­na­le, do­sko­na­le. Do­brze to słyszeć. A tak przy oka­zji, sko­ro już tu je­steś, bar­dzo bym się ucie­szył, gdy­byś zo­stał po południu na kie­li­szek wina z oka­zji mo­jej no­mi­na­cji. Możesz? Chcę po­wie­dzieć kil­ka słów o tym, jak widzę pracę tego ko­mi­sa­ria­tu.

Aw­ra­ham obie­cał, że przyj­dzie, a Sa­ban stwier­dził:

– Wiesz co? Weź te pa­pie­ry, naj­wyżej prze­czy­tasz je w domu. Ja wy­dru­kuję so­bie jesz­cze raz. To jest moja wi­zja na­szej współpra­cy w naj­bliższych la­tach.

Aw­ra­ham spoj­rzał na pro­fe­sjo­nal­nie ułożone włosy Sa­ba­na, przed przyjściem tu­taj naj­wy­raźniej był u fry­zje­ra. Czy ozna­ki zde­ner­wo­wa­nia wiązały się z przemówie­niem, które miał wygłosić po południu? Po­dziękował mu, złożył kart­ki z wystąpie­niem i scho­wał do kie­sze­ni ko­szu­li.

– Więc kie­dy spo­tka­my się ofi­cjal­nie? Kie­dy ty właści­wie wra­casz? – spy­tał Sa­ban.

– Po Rosz Ha­sza­na. Ale na­prawdę chętnie przesłucham jed­ne­go z za­trzy­ma­nych, jeśli nie masz ni­ko­go in­ne­go. Mogę zo­stać kil­ka go­dzin, nie ma spra­wy.

Sa­ban za­wa­hał się, jak­by po­czuł się do­tknięty.

– Ciągle je­steś na urlo­pie, praw­da? Sądzę, że byłoby le­piej, gdy­byś na spo­koj­nie do nas wrócił. Dołączysz do ze­społu, który już będzie pra­co­wał nad sprawą. Dokończ swój urlop.

Aw­ra­ha­ma ogarnęło prze­możne pra­gnie­nie, żeby wejść do po­ko­ju przesłuchań te­raz, w tej chwi­li, na przekór Sa­ba­no­wi.

– Mogę zo­stać – powtórzył. – Po­wiedz mi, co jest naj­pil­niej­sze.

– Sam nie wiem. – Sa­ban za­sta­no­wił się. – Może po­dej­rza­ny o podłożenie fałszy­wej bom­by. Cze­ka już pra­wie pięć go­dzin, a my nie mamy na nie­go nic poza wcześniej­szy­mi wy­ro­ka­mi.

– Daj mi kil­ka mi­nut na za­po­zna­nie się z ma­te­riałem i pójdę do nie­go. Co wiesz o tej spra­wie?

Sa­ban nadal nie był prze­ko­na­ny, że to do­bry po­mysł.

– Nie­wie­le. Możliwe, że są to ja­kieś po­ra­chun­ki między przestępca­mi. A może tyl­ko kon­flikt sąsiedz­ki. Py­ta­nie brzmi, dla­cze­go bom­ba nie była praw­dzi­wa i dla­cze­go zo­sta­wio­no ją w po­bliżu przed­szko­la. Fałszy­wy ładu­nek to znak ostrze­gaw­czy, praw­da? W ta­kim ra­zie kogo ten ktoś chciał ostrzec i co to wszyst­ko ozna­cza, a przede wszyst­kim czy uda nam się za­po­biec ko­lej­ne­mu przestępstwu. I co naj­ważniej­sze, czy i jaki to ma związek z przed­szko­lem. Ten po­dej­rza­ny, czy też ktoś inny, podłożył fałszywą bombę w biały dzień, w cza­sie gdy ro­dzi­ce przy­pro­wa­dzają swo­je dzie­ci do przed­szko­la, i to mnie mar­twi. Nie­po­koi mnie też myśl, że następnym ra­zem w tej wa­liz­ce znaj­dzie się praw­dzi­wa bom­ba.

Miał za­dzwo­nić do Ma­rian­ki i opo­wie­dzieć jej o spo­tka­niu z Sa­ba­nem, ale stwier­dził, że zro­bi to, jak wyj­dzie z po­ko­ju przesłuchań. Pod­czas ko­lej­nych go­dzin ścigał się jed­nak z cza­sem i o swo­jej obiet­ni­cy za­po­mniał, a na­wet gdy­by o niej pamiętał, po pro­stu by nie zdążył. Pierw­sza go­dzina przesłucha­nia Uze­na nie po­sunęła śledz­twa do przo­du, wręcz prze­ciw­nie. Prze­ko­na­nie sąsiad­ki, że po­dej­rza­ny uty­kał, nie zna­lazło po­twier­dze­nia, Uzen nie był ku­la­wy, poza tym cały czas za­prze­czał i sta­wał się co­raz bar­dziej na­pa­stli­wy. Na wa­liz­ce nie zna­le­zio­no od­cisków palców, kry­mi­no­lo­dzy nie mie­li nic, co mogłoby powiązać ją z po­dej­rza­nym. Nie od­kry­li też ni­cze­go w miesz­ka­niu, które dzie­lił z matką. Gdy po­li­cjant­ka przy­pro­wa­dziła sąsiadkę, żeby zo­ba­czyła Uze­na, ko­bie­ta zaczęła się wy­co­fy­wać ze swo­ich ze­znań.

– Oczy­wiście, to może być on, ale czy mogę być stu­pro­cen­to­wo pew­na? Wie pan, z ja­kiej od­ległości go wi­działam?

Aw­ra­ham wy­py­tał ją dokład­nie, w jaki sposób po­ru­szał się człowiek, który zo­sta­wił wa­lizkę, i w tej kwe­stii ko­bie­ta nie miała wątpli­wości. Od­da­lił się on ulicą Aha­ro­no­wi­cza, wyraźnie ku­lejąc. O trze­ciej trzy­dzieści Aw­ra­ham od­pro­wa­dził Uze­na do celi i za­mknął się w swo­im po­ko­ju, by pomyśleć, tak jak za­wsze na początku do­cho­dze­nia.

Jesz­cze nie był na miej­scu przestępstwa, ale zda­wał so­bie sprawę, że po­wi­nien to zro­bić jak naj­szyb­ciej. Nie pamiętał, czy na uli­cy La­won jest sy­gna­li­za­cja świetl­na. Jeśli tak, kie­row­cy muszą się tam za­trzy­mać i może znajdą się do­dat­ko­wi świad­ko­wie, którzy za­uważyli po­dej­rza­ne­go pod przed­szko­lem albo później, kie­dy ucie­kał. Spraw­dził, czy ktoś roz­ma­wiał z właści­cielką przed­szko­la i sąsia­da­mi o ich ewen­tu­al­nych powiąza­niach z Uze­nem, ale oka­zało się, że nikt tego nie zro­bił. Uświa­do­mił so­bie, że właściwe do­cho­dze­nie jesz­cze się nie zaczęło. Trze­ba spraw­dzić w in­nych miej­scach w oko­li­cy, czy ktoś go wi­dział tego ran­ka, spróbować zna­leźć do­wo­dy, że skon­stru­ował fałszy­wy ładu­nek, przesłuchać jego matkę, która jest te­raz w szpi­ta­lu. Oczy­wiście sam nie był w sta­nie tego zro­bić do wie­czo­ra. Nie mógł też za­mknąć po­dej­rza­ne­go. Trze­ba także wziąć pod uwagę inne możliwości, nie tyl­ko z po­wo­du obiek­cji, ja­kie bu­dziła w nim wzmian­ka o uty­ka­niu. Przy­po­mniał so­bie Ilanę Lis i to, co często po­wta­rzała, że nie wol­no za­czy­nać do­cho­dze­nia z go­tową tezą, bo w ten sposób można nie do­strzec pew­nych szczegółów, a skon­cen­tro­wać się tyl­ko na tych, które pa­sują do przyjętego założenia. Może człowiek, który zo­sta­wił wa­lizkę w po­bliżu przed­szko­la, nie sie­dzi te­raz w celi na ko­mi­sa­ria­cie, tyl­ko znaj­du­je się w zupełnie in­nym miej­scu. Może, jak po­dej­rze­wał Sa­ban, przygo­towuje ko­lej­ny atak.

Na­gle Aw­ra­ham zro­zu­miał, że nie pożałuje swo­jej de­cy­zji o wzięciu tej spra­wy.

Szu­kał cze­goś w szu­fla­dach i na półkach. Na podłodze w po­ko­ju z za­opa­trze­niem zna­lazł ryzę pa­pie­ru do dru­kar­ki i już idąc do swo­je­go ga­bi­ne­tu, roz­darł opa­ko­wa­nie i wyciągnął jedną kartkę. Na­pi­sał na niej kil­ka­naście li­ni­jek:

Przed­szko­le.

Dokładna od­ległość od przed­szko­la. O której go­dzi­nie otwie­rają?

Właści­ciel­ka – czy zna Amo­sa Uze­na?

Li­sta ro­dziców. Wcześniej­sze przestępstwa.

Groźby – może wo­bec ro­dziców któregoś z dzie­ci?

Miej­sce.

Za kwa­drans siódma rano. Lu­dzie prze­chodzący ulicą. Inni sąsie­dzi coś wi­dzie­li?

Światła. Ka­me­ra?

Wa­liz­ka – może coś nie­ty­po­we­go, co można zba­dać?

Czy po­rzu­cił sa­mochód? Jeśli był sa­mochód, czy ktoś w nim cze­kał, aby go za­brać?

Kon­flikt między sąsia­da­mi?

Li­sta miesz­kańców.

Przestępcy w oko­li­cy.

Jeśli było ostrzeżenie – co to była za wia­do­mość. Do kogo? Co zna­czyła?

Ja­kie będzie ko­lej­ne przestępstwo?

Czy na uli­cy jest sklep spożyw­czy?

O szes­na­stej trzy­dzieści przy­pro­wa­dził Uze­na z po­wro­tem do po­ko­ju przesłuchań. Nie miał już jed­nak o co pytać, a Uzen pogładził wąsy i uśmiechnął się lek­ko.

– Zjadłem, napiłem się, od­począłem. Od­by­liśmy cie­kawą roz­mowę. Czy nie nad­szedł czas, by przy­znać się, że za­trzy­ma­liście człowie­ka bez po­wo­du, i puścić mnie wol­no?

– Gdzie się panu tak spie­szy? Nie chciałby pan zo­stać tu na ko­lację?

Ale o sie­dem­na­stej trzy­dzieści, spóźnio­ny, wy­szedł na dzie­dzi­niec, gdzie od­by­wała się uro­czy­stość z oka­zji awan­su Sa­ba­na i nad­chodzącego święta, a kie­dy wrócił, pod­pi­sał for­mu­larz zwol­nie­nia z aresz­tu.

– Obie­cuję panu, że jesz­cze się zo­ba­czy­my – po­wie­dział Uze­no­wi, gdy ten wy­cho­dził.

– Mar­nu­je­cie swój czas, ale ja z chęcią – od­parł Uzen.

Wie­czo­rem, gdy był już w domu, po szyb­kim, zim­nym prysz­ni­cu Aw­ra­ham zro­bił so­bie kawę i usiadł na bal­ko­nie w sa­mej bie­liźnie. Do­cho­dze­nie zo­stało otwar­te, ko­lej­ny raz czy­tał ra­port po­li­cjant­ki z pa­tro­lu o tym, co się wy­da­rzyło tego ran­ka. Później przy­po­mniał so­bie o mo­wie Sa­ba­na. Kart­ki z wy­dru­ko­wa­nym tek­stem przemówie­nia leżały złożone w kie­sze­ni jego ko­szu­li wiszącej w łazien­ce. Większość po­li­cjantów uważała, że wystąpie­nie było śmiesz­ne, ale Aw­ra­ham zna­lazł w nim coś budzącego na­dzieję.

Chciał opo­wie­dzieć Ma­rian­ce o swo­im dniu, ale właśnie te­raz jej te­le­fon był wyłączo­ny. Nie pamiętał, czy miała dyżur, je­den z ostat­nich w ko­mi­sa­ria­cie w Bruk­se­li, za­nim stamtąd odej­dzie i dołączy do nie­go.

Coś ta­jem­ni­cze­go, nie­zro­zu­miałego było w różnicy między de­ter­mi­nacją i kon­cen­tracją Ben­ny’ego Sa­ba­na, kie­dy po raz pierw­szy prze­ma­wiał do swo­ich podwład­nych, a jego po­de­ner­wo­wa­niem i nie­pew­nością pod­czas spo­tka­nia z Aw­ra­ha­mem w jego biu­rze. Na podwórku Sa­ban stał na za­im­pro­wi­zo­wa­nym pod­wyższe­niu i czy­tał z kart­ki. Mimo upału nie pocił się.

– Mie­liśmy długie, ciężkie i bru­tal­ne lato – zaczął. – W czerw­cu płonęły południo­we dziel­ni­ce Tel Awi­wu. Nie­le­gal­ni imi­gran­ci bez pra­cy i bez da­chu nad głową, co chwi­la nowe zgłosze­nia od miesz­kańców o mo­le­sto­wa­niu sek­su­al­nym i eks­plo­zjach, zor­ga­ni­zo­wa­nych ak­cjach od­we­to­wych, kok­taj­lach Mołoto­wa, pod­pa­le­niach domów i ośrodków dla uchodźców. Gdy wy­buchł pożar w je­szi­wie Meta, mie­liśmy oba­wy, że ogień dosięgnie także nas, ale wie­dzie­liśmy, jak za­po­biec dal­sze­mu roz­prze­strze­nia­niu, i udało się go po­wstrzy­mać.

A Aw­ra­ham był tak da­le­ko od tego wszyst­kie­go, na wa­ka­cjach, które zda­wały się nie mieć końca i pod­czas których spraw­dzał je­dy­nie wia­do­mości w in­ter­ne­cie i kil­ka razy dzwo­nił do Elia­hu Ma’alu­la lub Ila­ny.

Jego lato było szczęśliwe.

– Następnie mie­liśmy de­mon­stra­cje. W każdy so­bot­ni wieczór set­ki po­li­cjantów z re­gio­nu zbie­rały się na pla­cu Ci­ne­ma­the­que. Po od­pra­wie funk­cjo­na­riu­sze byli wysyłani na uli­ce Tel Awi­wu, by pil­no­wać porządku i za­po­bie­gać prze­mo­cy pod­czas marszów pro­te­sta­cyj­nych, le­gal­nych i niele­gal­nych. Pod­czas jed­nej z de­mon­stra­cji połama­no ba­rier­ki i po­wy­bi­ja­no okna w ban­ku w cen­trum mia­sta. W trak­cie in­nej je­den z uczest­ników pod­pa­lił się i spłonął. Wszy­scy po­li­cjan­ci pra­co­wa­li w nad­go­dzi­nach.

Pod­czas prze­mo­wy Sa­ban przed­sta­wił sta­ty­sty­ki przestępczości w dziel­ni­cy.

– Licz­by po­ka­zują, że mie­liście fan­ta­stycz­ny rok – po­wie­dział. – Zre­ali­zo­wa­liście wszyst­kie cele, które przed wami po­sta­wio­no, a na­wet więcej. Zmniej­szy­liście o pięć pro­cent liczbę włamań do domów i przestępstw prze­ciw­ko mie­niu. Od­no­to­wa­liście dzie­sięciopro­centowy spa­dek licz­by włamań do sa­mo­chodów i ich kra­dzieży. Dzięki wa­sze­mu poświęce­niu o sie­dem pro­cent zmniej­szyła się licz­ba bru­tal­nych przestępstw w dziel­ni­cy, a o osiem pro­cent licz­ba wy­padków sa­mo­chodowych.

Ktoś z gru­py zaczął bić bra­wo i Sa­ban po­wie­dział:

– Zde­cy­do­wa­nie należą się wam okla­ski.

Niektórzy dołączy­li do aplau­zu.

Au­dy­to­rium ucichło, gdy ko­men­dant ode­zwał się su­ro­wym to­nem:

– Jed­nakże niektórych celów nie udało się zre­ali­zo­wać. W tym roku wzrosła licz­ba przestępstw popełnia­nych przez nie­let­nich. Zwiększyła się licz­ba oszustw i zbrod­ni mo­ral­nych. Kie­dy ana­li­zuję sta­ty­sty­ki do­tyczące wa­sze­go okręgu... Prze­pra­szam, muszę się do tego przy­zwy­czaić, na­sze­go okręgu, widzę jego oby­wa­te­li, którzy prze­strze­gają pra­wa i śpią spo­koj­nie w swo­ich do­mach, ale gdy wy­chodzą na uli­ce, szan­sa, że na­tkną się na pro­sty­tut­ki czy będą świad­ka­mi przestępstw związa­nych z nar­ko­ty­ka­mi, dra­stycz­nie wzra­sta.

Sa­ban powiódł wzro­kiem po twa­rzach po­li­cjantów słuchających go w sku­pie­niu po­mi­mo upału.

Pod­niósł głos:

– Moja wi­zja, i wiem, że dla części z was za­brzmi ona mało re­ali­stycz­nie, jest następująca: miesz­ka­niec na­sze­go okręgu prze­strze­ga pra­wa i nie ma stycz­ności z prze­mocą. Chcę, by uczci­wy oby­wa­tel z Bat Jam, Cho­lo­nu czy Ri­szon le-Cij­jon po wyjściu rano z domu wsiadł do sa­mo­cho­du, odwiózł dzie­ci do przed­szko­la lub do szkoły, za­trzy­mał się, żeby kupić so­bie kawę, za­tan­ko­wał i po­je­chał da­lej do pra­cy, a pod­czas tej dro­gi, którą prze­mie­rza co­dzien­nie, nie doświad­czył żad­ne­go nie­po­ko­ju. Moim ce­lem jest stwo­rze­nie w okręgu Ay­alon tak wie­le w pełni bez­piecz­nych re­jonów, jak to możliwe. Re­jonów spo­ko­ju i bez­pie­czeństwa oso­bi­ste­go. Być może niektórzy wy­biorą zbrod­ni­cze życie tam, gdzie przestępczość jest większa, a my będzie­my in­ter­we­nio­wać za­wsze, gdy będzie to ko­niecz­ne. Ale według mnie na­szym klien­tem jest oso­ba uczci­wa, prze­strze­gająca pra­wa, bez skłonności do agre­sji, która chce żyć, nie doświad­czając prze­mocy ani nie oba­wiając się możliwości jej doświad­cze­nia. Do­pil­no­wa­nie tego jest na­szym za­da­niem.

Pod ko­niec swo­jej prze­mo­wy do­stał grom­kie bra­wa, ale też wie­le osób się roześmiało. Sa­ban zszedł z pod­wyższe­nia, a gdy spo­tkał Aw­ra­ha­ma przy sto­le z na­po­ja­mi bez­al­ko­ho­lo­wy­mi, położył mu rękę na ra­mie­niu i szepnął do nie­go:

– Cieszę się, że przy­szedłeś. Jak wy­padłem?

Później Aw­ra­ha­mo­wi udało się po­roz­ma­wiać chwilę z Elia­hu Ma’alu­lem.

– Cóż to, Awi, schudłeś? Wyglądasz jak zupełnie inny człowiek – po­wie­dział Elia­hu.

Sta­rał się nie zasnąć przed roz­mową z Ma­rianką, po­mi­mo że oczy same mu się za­my­kały. Dzwo­nił do niej kil­ka razy, ale jej te­le­fon cały czas był wyłączo­ny, więc się pod­dał.

Śniły mu się frag­men­ty prze­mo­wy Sa­ba­na, wy­po­wia­da­ne jed­nak przez Amo­sa Uze­na w po­ko­ju przesłuchań. Uzen pa­trzył na nie­go czar­ny­mi ocza­mi i mówił po an­giel­sku: „Moim ce­lem jest stwo­rze­nie w Las Ve­gas tak wie­lu ob­szarów bez prze­mo­cy, jak to tyl­ko możliwe”. O trze­ciej nad ra­nem obu­dził się na ka­na­pie na bal­ko­nie, prze­stra­szo­ny i lep­ki od potu. Zdjął pod­ko­szulkę i po­szedł do łazien­ki. Wy­da­wało mu się, że gdy­by wyj­rzał na zewnątrz, zo­ba­czyłby w ciem­ności ku­lejącego człowie­ka z wa­lizką, ale na uli­cy ni­ko­go nie było.

Roz­dział 2

Do­pie­ro wie­czo­rem, gdy ułożył dzie­ci do snu, Cha­im Sara zro­zu­miał, że to, co wy­da­rzyło się rano, wy­stra­szyło je bar­dziej, niż sądził. Ezer leżał na ple­cach na górnym łóżku, był nie­ru­cho­my, oczy miał otwar­te, wpa­try­wał się w su­fit i cze­kał na na­dejście snu. W ciągu ostat­nich nocy Cha­im zo­rien­to­wał się, że jego star­szy syn tak właśnie za­sy­pia. Ułożenie ciała bu­dziło jego nie­pokój. Młod­szy syn był bar­dziej nie­spo­koj­ny niż po­przed­niej nocy, kręcił się na ma­te­ra­cu, wal­czył z ko­cem, po­duszką, jego krótkie nogi do­ty­kały opar­cia łóżka.

Przy­cho­dził do chłopców wie­czo­rem od kil­ku dni i aż do dziś nie py­ta­li o Jen­ny. Wy­star­czyło im te kil­ka słów, które po­wie­dział pierw­szej nocy. Nie płaka­li. Sia­dał obok nich na ni­skim, nie­bie­skim, pla­sti­ko­wym krześle i cze­kał w ci­szy, aż zasną. W po­ko­ju nie było całkiem ciem­no. Okien­ni­ce były otwar­te z po­wo­du upału i wil­go­ci, a gasnące i za­pa­lające się światła w sąsied­nim bu­dyn­ku od­bi­jały się na ścia­nach i na podłodze. W po­miesz­cze­niu nie było kli­ma­ty­za­cji.

Na­gle młod­szy syn przekręcił się na bok, od­wra­cając się do nie­go ple­ca­mi, i za­py­tał:

– Cze­mu mama nie kładzie nas do łóżek?

Cha­im nie do­strzegł w tym py­ta­niu oznak tęskno­ty i jesz­cze nie powiązał go z tym, co się wy­da­rzyło.

– Za kil­ka dni to mama będzie was usy­piać.

Syn prze­stał się kręcić. Po kil­ku mi­nu­tach zasnął. Cha­im był pe­wien, że i Ezer śpi, ale gdy wstał, chłopiec otwo­rzył oczy.

– Cze­mu jesz­cze nie śpisz? – za­py­tał go. A Ezer mil­czał. Po południu też nie wy­po­wie­dział ani słowa. Chłopiec go­dzi­na­mi tkwił przed te­le­wi­zo­rem, a jego spoj­rze­nie wyrażało nie­uf­ność i ostrożność.

Cha­im sie­dział na nie­bie­skim krześle i cze­kał. Na­gle usłyszał do­bie­gający z góry głos Eze­ra:

– Wiem, kto zo­sta­wił wa­lizkę przy przed­szko­lu Sza­lo­ma.

Nie był pe­wien, czy do­brze zro­zu­miał, za­py­tał więc syna:

– Jaką wa­lizkę?

– Wa­lizkę, którą ktoś zo­sta­wił na podwórku. Z jej po­wo­du przed­szko­le było za­mknięte.

Oto, co Cha­im opo­wie­dział im rano.

Mu­siał im coś po­wie­dzieć, gdy do­szli do uli­cy La­won i oka­zało się, że ruch na niej zo­stał wstrzy­ma­ny. Na skrzyżowa­niu ulic La­won i Aha­ro­no­wi­cza zgro­ma­dził się tłum, Cha­im roz­po­znał kil­ko­ro ro­dziców dzie­ci z przed­szko­la, między in­ny­mi młode­go ojca w oku­la­rach trzy­mającego swo­je­go małego syn­ka w ra­mio­nach. Ra­diowóz blo­ko­wał ulicę, a po­li­cjan­ci nie wpusz­cza­li pie­szych. Do­pie­ro po pew­nym cza­sie zro­zu­miał, co zaszło. Za­marł, nie wie­dział, w którą stronę się kie­ro­wać. Był prze­rażony wi­do­kiem po­li­cjantów, aż za­po­mniał, że ma przy so­bie swo­je dzie­ci. Pierwszą rzeczą, jaka przyszła mu do głowy, była myśl, że po­win­ni wrócić do domu. Przez chwilę sądził, że zo­stawił klu­cze w drzwiach, ale spraw­dził kie­sze­nie spodni i stwier­dził, że klu­cze są na miej­scu. Ścisnął moc­niej ręce chłopców i powie­dział:

– Wra­caj­my.

Ale stojąca obok młoda ko­bie­ta po­wie­działa:

– Nie ma sen­su wra­cać, za­raz otworzą.

Gdy Cha­im po­sta­no­wił jed­nak zawrócić, oka­zało się, że ich dro­ga po­wrot­na była za­blo­ko­wa­na.

Po dru­giej stro­nie uli­cy za­uważył przed­szko­lankę roz­ma­wiającą z funk­cjo­na­riu­sza­mi po­li­cji.

Na­gle zro­biło się za­mie­sza­nie.

Zo­ba­czył dwóch biegnących po­li­cjantów.

Rzu­ci­li się na młode­go mężczyznę, a je­den z nich przewrócił go na chod­nik, ko­la­nem przy­cisnął jego ple­cy i wykręcił ra­mio­na do tyłu. Ktoś w tłumie po­wie­dział:

– Może to on.

Ale to nie uspo­koiło Cha­ima. Cały czas trzy­mając synów za ręce, oświad­czył:

– Naj­pierw pójdzie­my do szkoły Eze­ra.

Aby nie spo­tkać przed­szko­lan­ki, prze­szli na drugą stronę Aha­ro­no­wi­cza i kawałek da­lej skręcili w pra­wo, w ulicę Dru­giej Alii, a stamtąd w Ar­lo­so­roff. Cha­im Sara szedł szyb­ko, a dzie­ci wlokły się za nim. Nie sądził, by jego pośpiech mógł je wy­stra­szyć. Sza­lom wciąż po­wta­rzał to samo py­ta­nie: „Nie idę dziś do przed­szko­la?”. Do­pie­ro gdy za­trzy­ma­li się przed bramą szkoły, wyjaśnił im, że w po­bliżu przed­szko­la ktoś zo­sta­wił wa­lizkę, a po­li­cjan­ci szu­kają te­raz tego kogoś, aby mu ją oddać. Wkrótce przed­szko­le zno­wu będzie otwar­te. Strach minął i więcej tego dnia o tym nie myślał. Z chłopca­mi też nie roz­ma­wiał na ten te­mat po południu, ale wyglądało na to, że obaj dość moc­no się wy­stra­szyli. Naj­wy­raźniej z tego po­wo­du Sza­lom był bar­dziej ner­wo­wy niż zwy­kle.

Gdy Cha­im wstał z krzesła, jego twarz była na wy­so­kości łóżka Eze­ra.

– Kto zo­sta­wił wa­lizkę? – za­py­tał go.

– Nie mogę ci tego zdra­dzić – od­parł Ezer. Na­wet gdy wy­po­wia­dał te słowa, leżał w bez­ru­chu na ple­cach i wpa­try­wał się w su­fit.

– Skąd wiesz, kto zo­sta­wił? – do­cie­kał Cha­im, a Ezer po chwi­li wa­ha­nia ci­cho od­po­wie­dział:

– Od mo­je­go po­przed­nie­go taty.

Po­czuł dresz­cze. W ostat­nich ty­go­dniach Ezer dużo opo­wia­dał o swo­im wcześniej­szym ojcu i za każdym ra­zem, gdy o nim wspo­mi­nał, Cha­imo­wi ciar­ki prze­cho­dziły po ple­cach.

– Co ci po­wie­dział?

– To ta­jem­ni­ca.

Za­sta­na­wiał się, czy ciągnąć tę roz­mowę, czy dać temu spokój. Sza­lom po­ru­szył się na łóżku, a Cha­im nie chciał go obu­dzić.

– A skąd on wie? – wy­szep­tał.

Ezer mil­czał. Miał za­mknięte oczy.

Po­tem, kie­dy zmy­wał na­czy­nia leżące w zle­wie od ko­la­cji i przy­go­to­wy­wał kuch­nię do pra­cy, Cha­im roz­myślał o tym, co zaszło w po­ko­ju chłopców. Nie­po­koiło go, że Ezer po­trze­bu­je swo­je­go po­przed­nie­go ojca, bo on sam mu nie wy­star­cza. Jen­ny wspo­mi­nała o tym kil­ka­krot­nie. Mówiła, że nie był wy­star­czająco bli­sko synów. Może jest za sta­ry. Może to, co w so­bie ma, to za mało dla chłopców. Zda­wał so­bie sprawę, że za rzad­ko roz­ma­wia z dziećmi, zwłasz­cza z Eze­rem, i że jest to jed­na z tych rze­czy, które po­wi­nien zmie­nić. Po­wi­nien po­ka­zać, że jest sil­ny. Nie oka­zy­wać lęku ani słabości. Spra­wić, by czu­li, że jest w sta­nie ich bro­nić. To właśnie próbował zro­bić ty­dzień temu – bez po­wo­dze­nia – w przed­szko­lu Sza­lo­ma.

Przez otwar­te okno w kuch­ni do­bie­gały dźwięki z uli­cy. Prze­jeżdżające sa­mo­cho­dy, ka­ret­ka na sy­gna­le.

Strach na­ra­stał. Nie­ocze­ki­wa­nie. Pomyślał, że to długo po­trwa.

Spra­wa wa­liz­ki przy przed­szko­lu była pe­cho­wa, ale jeśli złapa­li po­dej­rza­ne­go, może do­cho­dze­nie się skończyło.

Wie­dział, że le­piej so­bie po­radzą bez Jen­ny, mimo że mie­li pro­ble­my, których roz­wiąza­nia jesz­cze nie zna­lazł. Przede wszyst­kim noce. Ze­brał brud­ne ubra­nia zo­sta­wio­ne w łazien­ce i mokrą szmatą prze­tarł podłogę. Skar­pet­ki nie śmier­działy, zwinął je i włożył do małych butów stojących przy drzwiach. Spodnie i ko­szul­ki wsa­dził do pral­ki.

Do dwu­dzie­stej dru­giej pusz­cza­li w ra­diu pio­sen­ki, a po wia­do­mościach zaczęły się roz­mo­wy ze słucha­cza­mi.

Na ogół o tej po­rze Jen­ny już spała albo sie­działa w sa­lo­nie i oglądała fil­my w te­le­wi­zji, igno­rując obec­ność Cha­ima. Te­raz był sam, a mimo to nie na­sta­wił głośniej ra­dia, żeby nie obu­dzić dzie­ci. Po­sie­kał ce­bu­le i czer­wo­ne pa­pry­ki w grubą kostkę, wrzu­cił do mi­ski, dodał tuńczy­ka z pusz­ki, kil­ka łyżek ma­jo­ne­zu i odro­binę musz­tar­dy. Następnie do­pra­wił so­kiem z całej cy­try­ny, solą i pie­przem. W ra­diu ko­bie­ta z Beer Sze­wy opo­wia­dała o tym, jak po­ko­nała raka. Kie­dy le­ka­rze pod­da­li się i oświad­czy­li, że są bez­rad­ni, zwróciła się do ra­bi­na z Ofa­kim, by ją pobłogosławił, i to właśnie on spra­wił, że wy­zdro­wiała.

– Więc w grun­cie rze­czy nie po­trze­bu­je pani wspar­cia, nie ro­zu­miem więc, po co pani do nas za­dzwo­niła – po­wie­dział pro­wadzący.

– Chciałam pomóc in­nym i życzyć na­ro­do­wi Izra­ela do­bre­go roku – od­parła ko­bie­ta.

Go­spo­darz pro­gra­mu nie po­zwo­lił jej na po­da­nie nu­me­ru te­le­fo­nu ra­bi­na i przy­wi­tał ko­lej­ne­go słucha­cza, który stra­cił syna w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Cha­im po­kroił po­mi­do­ry i ogórki w cien­kie pla­stry i ułożył je na dwóch ta­ler­zach. W między­cza­sie w garn­ku na ku­chen­ce ugo­to­wały się jaj­ka na twar­do. Pięć z nich roz­drob­nił i zmie­szał z tuńczy­kiem, a w dru­giej mi­sce z ugo­to­wanych ja­jek przy­go­to­wał sałatkę. Ko­lej­nym rozmówcą był mężczy­zna, który odmówił po­da­nia swo­je­go na­zwi­ska i miej­sca, z którego dzwo­ni. Żona po­rzu­ciła go, gdy zdia­gno­zo­wa­no u nie­go cu­krzycę, związała się z ko­legą z pra­cy. Cha­im nie mógł dłużej słuchać jego po­nu­rej hi­sto­rii i wyłączył ra­dio. Przez kil­ka mi­nut pra­co­wał w ci­szy.

Po­przed­ni oj­ciec nie dawał mu spo­ko­ju.

Co Ezer miał na myśli, mówiąc, że z nim roz­ma­wiał?

Gdy­by roz­mo­wy na an­te­nie go nie wy­stra­szyły, mógłby za­dzwo­nić do ra­dia i po­pro­sić o radę, ale to nie wcho­dziło w ra­chubę. Wie­dział, że dzie­ci nie mogą do­ra­stać w ci­szy, a jed­nak próbował dać swo­im sy­nom tak dużo, jak był w sta­nie, bez zbędne­go ga­da­nia. Sza­lom był do nie­go przy­wiązany od dnia uro­dzin, po­dob­nie Ezer, ale skończyło się to kil­ka mie­sięcy temu. Wcześniej chłopiec uwiel­biał jego to­wa­rzy­stwo i za­bie­gał o względy ojca. Do­pie­ro ostat­nio za­mknął się w so­bie i od­da­lił się od nie­go. Przez nią.

Przy­po­mniał so­bie swo­je­go tatę. Po­dob­nie jak Cha­im, także jego oj­ciec nie był zbyt wy­lew­ny. Był kraw­cem, ale nie za­wsze po­tra­fił się z tego utrzy­mać, więc sprze­da­wał ma­te­riały albo pra­co­wał w szwal­ni. Cały czas palił. Cha­im za­wsze wi­dział go z pa­pie­ro­sem. Pamiętał szyb­kie ru­chy jego palców, gdy szył. Co jesz­cze za­cho­wał w pamięci? Że cho­dził do sy­na­go­gi w piątki wie­czo­rem, a także w so­bot­nie po­ran­ki i w święta. Że był wy­so­ki i chu­dy, a jego ubra­nie robiło duże wrażenie. W święta wkładał gar­ni­tur. Gdy dzie­ci się bu­dziły, za­wsze był już ogo­lo­ny i ubra­ny. Jadł po­wo­li. Ko­lację kończył po żonie i dzie­ciach. W ciepłe noce sia­dał na przy­do­mo­wym podwórku w Ness Sy­jo­na, palił i słuchał ra­dia. Zmarł, gdy Cha­im był w szko­le, w mie­siącu ni­san. Z ja­kie­goś po­wo­du nie wysłano do Cha­ima ni­ko­go z tą wia­do­mością i nie za­bra­no go z lek­cji. Po­wie­dzia­no mu do­pie­ro po po­wro­cie do domu. Miał osiem lat, kil­ka nocy później po raz pierw­szy zaczął cho­dzić i mówić we śnie. A kie­dy uro­dził się Ezer, było ja­sne, że otrzy­ma to imię.

O je­de­na­stej skończył pracę w kuch­ni i z te­le­fo­nu w sy­pial­ni za­dzwo­nił do mat­ki. Za­py­tał, jak się czu­je, a ona od­po­wie­działa, że spuchły jej nogi.

– Długo dzi­siaj stałaś? – zmar­twił się.

– Nie, cały dzień sie­działam.

Po­pro­sił, by więcej od­po­czy­wała i nie stała, jeśli nie jest to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne. Za­in­te­re­so­wała się jego nogą, po­wie­dział, że jest już znacz­nie le­piej.

– Ktoś przy­szedł cię od­wie­dzić? – za­py­tał chwilę później.

– Adi­na.

– Co chciała?

– Zo­ba­czyć, jak się mie­wam.

Mil­cze­li przez chwilę, ale w tej ci­szy nie było nic niezręczne­go. Roz­mo­wy z nią nie wy­ma­gały od nie­go żad­ne­go wysiłku. Na ogół ona mówiła, a on słuchał, cza­sem coś wtrącił. Cze­kała na jego te­le­fon, leżąc w łóżku, za­raz po odłożeniu słuchaw­ki wyłączała te­le­wi­zor, gasiła światło i próbowała zasnąć. Także i jej noce były bez­sen­ne, cza­sa­mi nie mogła zmrużyć oczu aż do świtu.

– Co u chłopców? – za­py­tała.

– Śpią – od­parł Cha­im.

– Po­wie­działeś im już, że ona wy­je­chała?

– Nie, jesz­cze trochę po­cze­kam.

– Na co tu cze­kać? Daj im trochę cza­su, żeby się przy­zwy­cza­ili.

Zi­gno­ro­wał jej słowa.

– A jak w domu? Może po­proszę Adinę, żeby przyszła i ci trochę po­mogła?

Od­parł, że to nie­po­trzeb­ne. Po chwi­li ci­szy za­py­tała go:

– Roz­ma­wiałeś po­now­nie z wy­cho­waw­czy­nią z przed­szko­la?

O niektórych rze­czach nie mówił mat­ce, żeby jej nie mar­twić, ale o zda­rze­niu z przed­szko­lanką opo­wie­dział, wspie­rała go i ro­zu­miała jego wy­buch. Za to o ładun­ku w wa­liz­ce nie wspo­mniał, wie­dział, że gdy­by to zro­bił, pogłębiłoby to jej pro­ble­my ze snem.

– Nie zdążyłem, późno przy­szliśmy do przed­szko­la.

– Ale spy­tałeś, co u niej?

– Tak, le­piej – skłamał.

– Wi­dzisz? To dla­te­go, że na­krzy­czałeś. Wszyst­ko tyl­ko dzięki temu, że zro­biłeś awan­turę.

Nie chciał dys­ku­to­wać da­lej o zda­rze­niu w przed­szko­lu, więc zmie­nił te­mat:

– W domu wszyst­ko w porządku?

– Gorąco. Nie przy­je­dziesz skończyć ogro­du przed świętami?

Przez mo­ment po­czuł złość, że zadała mu to py­ta­nie. Opa­no­wał się i wy­du­sił z sie­bie:

– Przy­jadę w święta. Prze­stań się mar­twić.

– Śpij do­brze – po­wie­działa i odłożyła słuchawkę.

Obok łóżka leżało kil­ka książek, które za­mie­rzał przej­rzeć, aby później móc je czy­tać dzie­ciom, nie robiąc błędów. Płyn­nie, na­tu­ral­nie. Na początku roku przed­szko­lan­ka za­py­tała ich, czy czy­tają Sza­lo­mo­wi, i za­pi­sała Jen­ny kil­ka tytułów książek. Sprze­daw­czy­ni w księgar­ni po­le­ciła jesz­cze dwie do­dat­ko­we. Cha­im po­trak­to­wał py­ta­nie wy­cho­waw­czy­ni jak obelgę, miał wrażenie, że po­gar­dza jego sy­nem, a pośred­nio i nim sa­mym. Możliwe też, że jego wy­buch był w ja­kimś stop­niu re­akcją na to py­ta­nie. Nie uważał, że musi czy­tać Sza­lo­mo­wi. Jego oj­ciec nie czy­tał jemu, a on Eze­ro­wi.