Wydawca: Wydawnictwo JK (Aha, Feeria) Kategoria: Nauka i nowe technologie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mózg się myli - Henning Beck

Mózg wciąż popełnia błędy – czasem większe, a czasem mniejsze, ale nie ma dnia, żeby nie wpakował nas w jakąś kabałę. Źle szacujemy czas, zapominamy, co przeczytaliśmy przed sekundą, pozwalamy, by od pracy oderwał nas dzwoniący telefon. I tu niespodzianka: właśnie w tym tkwi nasza siła! Bo dzięki tym pozornym słabościom i niedokładnościom ludzki mózg jest tak elastyczny, dynamiczny i twórczy. Owszem, mózg to roztrzepany niezguła, który często się gdzieś zagapi i nie uważa. Nigdy nie można na nim w stu procentach polegać. Wciąż się myli, popełnia błędy i więcej zapomina, niż zapamiętuje. Jednak to właśnie braki perfekcyjności, plejada błędów i pomyłek, cała ta pozorna niewydajność decydują o tym, że jest wyjątkowy i bardzo skuteczny. Henning Beck niezwykle przystępnie i obrazowo opisuje błędy i pomyłki naszego mózgu. Mimo że własnym najwyraźniej posługuje się absolutnie bezbłędnie. Ot, zagadka. Vince Ebert, fizyk i artysta kabaretowy

Opinie o ebooku Mózg się myli - Henning Beck

Fragment ebooka Mózg się myli - Henning Beck

Wprowadzenie

Wprowadzenie

Nie jest to książka, która ma dowieść, jak rewelacyjnie funkcjonuje nasz mózg. W każdym razie nie na pierwszy rzut oka. Z całą pewnością nie dowiecie się też z niej, jak perfekcyjnie mózg pracuje – bo tak po prostu nie pracuje.

Ponadto muszę was na wstępie rozczarować, jeśli spodziewacie się, że dzięki lekturze tej książki wasz mózg zyska szczególną umiejętność skupienia i wydajność: nic takiego się nie wydarzy. A to dlatego, że różne rzeczy można powiedzieć na temat ludzkiego mózgu, ale nie to, że jest precyzyjny albo na przykład dobrze radzi sobie z liczeniem. To raczej roztrzepany niezguła, który często się gdzieś zagapi i nie uważa. Nigdy nie można na nim w stu procentach polegać. Wciąż się myli, popełnia błędy i więcej zapomina, niż zapamiętuje. Krótko mówiąc, jest to dość wadliwy produkt, który na dodatek waży blisko półtora kilograma, i każdy z was targa wszędzie ze sobą to ustrojstwo – że też się wam nie znudziło.

Hm, chyba udało mi się już skutecznie odstraszyć większość potencjalnych czytelników, spróbuję jednak podać powód, dla którego mimo wszystko warto czytać dalej. Otóż dowiecie się, że to właśnie braki perfekcyjności, plejada błędów i pomyłek, cała ta pozorna niewydajność decydują o tym, że nasz mózg jest tak wyjątkowy i skuteczny.

Każdy zna to na pewno z własnego doświadczenia. Mózg wciąż popełnia błędy – czasem większe, czasem mniejsze, ale nie ma dnia, żeby nie wpakował nas w jakąś kabałę. Źle szacujemy czas, zapominamy, co przeczytaliśmy przed sekundą, pozwalamy, by od pracy odrywał nas dzwoniący telefon. I właśnie w tym tkwi nasza siła! Bo dzięki tym pozornym słabościom i momentom rozkojarzenia ludzki mózg jest tak elastyczny, dynamiczny i twórczy.

Niejeden z czytelników myśli może, że trochę przesadzam. Proszę bardzo, oto maleńki test sprawności intelektualnej:

Ile to jest tysiąc plus dziesięć? Plus tysiąc? I jeszcze plus pięćdziesiąt? Plus tysiąc? Plus trzydzieści? Plus tysiąc? I jeszcze raz plus dziesięć?

Chwila, chwila, momencik…. eee, pięć tysięcy? Oczywiście nie, to cztery tysiące sto. Tu uwaga do wszystkich, którym wyszło coś innego: nic się nie stało, mózg po prostu w pośpiechu pozamieniał miejscami dziesiątki i setki. Jak widać, nawet całkiem proste dodawanie może okazać się skomplikowane.

A teraz ile razy w następnej linijce pojawia się litera M?

MMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMM

Może już starczy tego mruczenia? Podanie prawidłowej odpowiedzi nie jest wcale proste. Chyba zresztą już więcej przykładów nie trzeba, by zrozumieć, w czym rzecz: mózg najwyraźniej nie jest przystosowany do tego, żeby przetwarzać informacje jak maszyna. Przeciwnie, cały czas się rozprasza i gubi.

„Na błędach tym lepiej się uczymy, im więcej ich popełnimy” – powiedział kiedyś mój nauczyciel chemii. Po czym podpalił acetylenek srebra, wysadzając w ten sposób część szkolnego dziedzińca. Dlatego uwaga: metoda prób i błędów nie zawsze się sprawdza. Niemniej w niektórych przypadkach działa doskonale, co widać na przykładzie mojego sąsiada, naprawdę nietuzinkowej postaci. Wspomniany sąsiad liczy sobie już blisko dwa lata i odznacza się sporym sprytem.

Chłopiec wyczynia sztuki, które doprowadziłyby do rozpaczy każdy superkomputer: bez problemu rozpoznaje twarz matki w tłumie ludzi, a także własne odbicie w lustrze. Raz pobawi się autkiem i już wie, co to jest samochód. Poprawnie identyfikuje czujniki dymu na suficie i uważa, że ziemniaki są smaczne – czyli radzi sobie z zadaniami, których żaden współczesny komputer nie potrafi wykonać w skończonym czasie. A przy tym ów maluch cały czas popełnia błędy: jeszcze bardzo niedawno nie był w stanie porządnie utrzymać się na nogach, porusza się niezdarnie, mówi nieskładnie, na dodatek przesypia ponad połowę doby, czyli jest aż tyle czasu całkowicie niezdatny do użytku. Każdy inżynier załamałby w tym momencie ręce: „Cóż za wadliwa konstrukcja! Dwa lata budowania i wciąż nie działa jak należy”. Prawie jak Windows…

Jednocześnie jednak chłopak robi gigantyczne postępy, i to dzień po dniu, czyli w tempie, któremu nie sprosta żadna maszyna licząca. Każdy błąd, każda niedokładność są dla niego zachętą, by przy następnej okazji odrobinkę zmodyfikować działanie i w ten sposób być może je usprawnić. Jego mózg w żadnym wypadku nie funkcjonuje perfekcyjnie – i nigdy w życiu tak działać nie będzie. Z czasem zacznie coraz lepiej dostosowywać się do otoczenia, nigdy jednak nie osiągnie w tym doskonałości, na zawsze zachowując zdolność do popełniania błędów. Bo tylko ten, kto we własne działanie włącza pomyłki, jest w stanie prędzej czy później stworzyć coś nowego. Ten natomiast, kto za wszelką cenę starałby się myśleć możliwie „poprawnie”, pozostałby na poziomie komputera, czyli byłby szybki, wydajny i precyzyjny – a jednocześnie mało twórczy, nudny i przewidywalny.

Tymczasem my, ludzie, również w dorosłym życiu wciąż popełniamy bzdurne pomyłki i błędy: imiona i twarze łatwo wylatują nam z głowy, nie pamiętamy, czy zamknęliśmy drzwi do mieszkania, wystarczy jedna nowa wiadomość na WhatsApp, żeby oderwać nas od wytężonej pracy, a w powodzi codziennych maili łatwo umyka nam to, na czym najbardziej powinniśmy się skupić. Często mamy jakieś słowo czy nazwisko na końcu języka, a mimo to nie jesteśmy w stanie go przywołać. Nie umiemy dobrze oszacować czasu. Błędnie oceniamy prawdopodobieństwo. Mylimy się w liczeniu. Problem sprawia nam podejmowanie decyzji, gdy do wyboru jest wiele możliwości. Sparaliżowani przez tremę mamy pustkę w głowie akurat wtedy, gdy trzeba odezwać się przed zebranymi. Po wyczerpującym dniu trudno nam się „wyłączyć”, a pod presją zdecydowanie gorzej idzie nam przyswajanie wiedzy.

Ale jest też jasna strona działania mózgu. Żaden inny narząd czy system, nie wspominając nawet o komputerze, nie potrafi z podobną łatwością jak nasz mózg poradzić sobie z rozmaitymi skomplikowanymi zadaniami. 35 x 27 = ? Trudno to policzyć bez kalkulatora. Ale natychmiast rozpoznać piosenkę Helene Fischer? Nie ma sprawy. Zadanie rachunkowe, choć tak proste, niełatwo nam rozwiązać w pamięci, natomiast rozpoznanie piosenki, twarzy lub głosu bliskiej osoby to dla nas bułka z masłem. A przecież poprawne zidentyfikowanie piosenkarki jest nieporównanie bardziej skomplikowaną operacją niż proste mnożenie.

Wygląda na to, że nasz mózg szczególnie kiepsko radzi sobie właśnie z tym, co jest nam rzekomo niezbędne w dzisiejszym stechnicyzowanym, cyfrowym świecie. Dążymy do precyzji i optymalizacji, krótko mówiąc – do perfekcji. A co robi nasz mózg? Działa dokładnie odwrotnie i miga się, jak może, od brania na siebie pewnych zadań. Niejeden czytelnik zapewne choć raz wyobraził sobie, jak wspaniale byłoby mieć w głowie bezbłędną maszynę liczącą. W jakim skupieniu można by wówczas liczyć, jak szybko i wydajnie pracować. No cóż, to prawda, komputery rzeczywiście nie popełniają błędów, a jeśli już do tego dojdzie, to się zawieszają. Mózgi tymczasem nie zawieszają się właściwie nigdy (chyba że coś im „pomoże” z zewnątrz, ale to już inna historia…). Wynika to z tego, że funkcjonują na zupełnie innych zasadach. I właśnie dzięki temu brakowi precyzji, dzięki naszym pomyłkom mamy przewagę nad komputerami. Biologia daje tu wyraźny odpór wszystkim ponurym wizjom, zgodnie z którymi już za kilka dziesiątków lat komputery przejmą władzę nad światem i zepchną nas intelektualnie na dalszy plan.

Trochę stoi to sprzeczności z tendencją do cyfryzacji, która zdaje się stanowić słowo klucz we współczesnym świecie. Klasy szkolne, podobnie jak przedsiębiorstwa, mają być połączone w sieć, co umożliwi wymianę i efektywną ocenę danych. „Cyfrowa szkoła”, „analizy Big Data”, „przemysł 4.0” – chyba nie ma dziedziny życia, której nie próbuje się dziś modernizować, wykorzystując moc obliczeniową komputerów. Jednak wielkie koncepcje również w przyszłym świecie będą tworzone drogą analogową, nie cyfrową. Przez mózgi, nie smartfony. A to dlatego, że komputery uczą się różnych rzeczy – my zaś te rzeczy rozumiemy. Komputery przestrzegają zasad – my możemy te zasady zmieniać.

Komputer, owszem, może nas pokonać w szachy czy w go – nie ma w tym nic dziwnego ani zatrważającego, nic też z tego specjalnie nie wynika. Osobiście zacząłbym się poważnie martwić dopiero wówczas, gdyby komputer nagle zaczął się mylić, po czym oznajmił: „Szachy? Nieee, to nudne, już mi się nie chce. Wolałbym teraz pograć trochę w World of Warcraft!”. Póki tak się nie dzieje, miarą wszechrzeczy pozostaje ludzki mózg. Właśnie dlatego, że z pozoru działa tak kiepsko.

W niniejszej książce pokazuję, co dzieje się za kulisami prawdopodobnie najbardziej wadliwego tworu przeznaczonego do myślenia, z jakim mamy do czynienia w świecie – mianowicie ludzkiego mózgu. W jaki sposób wykorzystuje on pomyłki, by możliwie najlepiej odnaleźć się w kontekście społecznym, tworzyć koncepcje i pomnażać wiedzę? Fakt, niekiedy popełnia przy tym błędy, ale kryje się za tym paradoks: otóż to właśnie w naszych pomyłkach i chwilach dekoncentracji tkwi prawdziwa siła naszego myślenia. Większość jego domniemanych wad to tak naprawdę ogromne zalety. To, że nie jesteśmy w stanie natychmiast przypomnieć sobie czyjegoś imienia czy nazwiska, nierozerwalnie wiąże się z możliwością modyfikowania i rozbudowywania wspomnień. To, że tak łatwo się rozpraszamy, pomaga nam myśleć twórczo. I nawet to, że niekiedy spóźniamy się na spotkania, bo błędnie oszacowaliśmy czas, też działa w istocie na naszą korzyść – gdyby bowiem nasz wewnętrzny zegar był idealnie precyzyjny, nie potrafilibyśmy tak szybko „przeskakiwać” od jednego wspomnienia do drugiego, tylko tkwilibyśmy uwięzieni w pamięci statycznej.

Ale uwaga! Nie jest to mimo wszystko książka, która tylko i wyłącznie wychwala nasze intelektualne słabości. Ostatecznie nie każdy błąd prowadzi do czegoś dobrego. Niemniej przyjęcie do wiadomości, że mózg niekiedy nie działa niczym dobrze naoliwiona maszyna, ma podstawowe znaczenie dla zrozumienia natury jego słabości. Dzięki temu łatwiej będzie nam skoncentrować się w odpowiednim momencie, stworzyć przestrzeń dla twórczych koncepcji i lepiej „przechowywać” treści pamięci. Nasz mózg to chyba najlepszy przykład na to, jak przekuwać słabości w siłę.

PS I jeszcze jedno: podobnie jak każdy wytwór pracy mózgu, również i ta książka odzwierciedla wzloty i spadki formy autora, nie jest więc wolna od błędów. Z całą pewnością tu i tam wkradły się pomyłki czy literówki. Ale po przeczytaniu całości będziecie wiedzieć przynajmniej, czemu nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie – przynajmniej dopóki nie przesadzi się z ilością. À propos ilości: tam było 29 liter M. Mózg tych, którzy za pierwszym razem otrzymali taki wynik, rzeczywiście działa niemal bezbłędnie, co także niekiedy bywa przydatne.

Rozdział 1. Zapominanie

Rozdział 1

ZAPOMINANIE

Czemu nie będziecie pamiętać tej książki – i właśnie dzięki temu zapamiętacie to, co najważniejsze

Proszę się nie zrażać, ale zaczniemy ten rozdział od krótkiego sprawdzianu. Chciałbym się upewnić, że ty, szanowna czytelniczko, i ty, drogi czytelniku, jesteście naprawdę skupieni. A zatem jak brzmiały pierwsze trzy słowa na poprzedniej stronie? No dobrze, to rzeczywiście podchwytliwe pytanie, nie ma problemu. To może: jak brzmiały trzy pierwsze słowa wprowadzenia? Też nie? OK, w takim razie: jaki jest tytuł niniejszej książki? O, to już pewnie pamiętacie. A jeśli odpowiedzieliście na przykład Dobrze się mylić czy nawet Mylić się jest rzeczą ludzką, dowiedliście tylko, jak wielką siłę mają utrwalone połączenia wyrazowe.

Jest w tym jednak coś dziwnego. Wytężacie wszystkie zmysły, czytacie w pełnym skupieniu (taką mam przynajmniej nadzieję) i co? To, o czym czytaliście raptem dwie, trzy strony wcześniej, możecie przypomnieć sobie tylko z najwyższym trudem albo wcale. Czasami po prostu myśli uciekają i błądzą wokół innego tematu, a czasem człowiek tak bardzo skupia się na tym, co ma właśnie przed oczami, że zapomina, co było przed chwilą. Taka sytuacja czeka was jeszcze wielokrotnie w trakcie lektury tej książki – niezależnie od tego, jak zabawnie i interesująco starałbym się pisać. Oczywiście, jak każdy autor cieszyłbym się niepomiernie, gdyby czytelnicy zapamiętali jednak coś z tego, co w pocie czoła wystukuję na klawiaturze. Ale jako neurobiolog mam pełną świadomość, że tylko bardzo nieliczni rzeczywiście magazynują w pamięci to, co przeczytali. Gdyby zaś znalazł się ktoś, kto po zakończeniu niniejszej książki naprawdę będzie ją pamiętał słowo w słowo, bardzo proszę o kontakt: jest to wskazanie do znalezienia się na liście rekordów Guinessa, a jednocześnie do objęcia specjalistyczną opieką.

Mimo to najważniejsze przesłanie każdego z rozdziałów zostanie wam jednak w pamięci. Mam nadzieję. Jeśli nie, proszę kupić tę książkę jeszcze raz, odpakować i rozkoszując się zapachem świeżej farby drukarskiej, przystąpić do ponownej lektury. To też mnie bardzo ucieszy.

Nasz mózg ewidentnie funkcjonuje w trybie permanentnego zapominania. Każdy, kto odbywa dłuższe podróże samochodem, rozumie, o co chodzi. Prujemy radośnie przed siebie, by po jakiejś godzinie zatrzymać się nagle i zadać sobie pytanie: a gdzie ja właściwie jestem? To trochę tak, jakby w trakcie podróży włączał nam się wewnętrzny autopilot, który blokuje gromadzenie wspomnień. Po co komu samoprowadzące się auto Google’a, skoro nasz mózg już dawno temu opanował technikę autonomicznej jazdy?

To, że przemierzywszy trasę z punktu A do punktu B, niewiele możemy sobie przypomnieć z podróży, może mieć dwie przyczyny: po pierwsze, okolica jest rzeczywiście potwornie nudna (żeby to stwierdzić, wystarczy przejechać się po dowolnej autostradzie). Po drugie, mózg zadecydował, że większość informacji z ostatnich sześćdziesięciu minut należy chwilowo zepchnąć w niepamięć. To ostatnie stanowi standardową procedurę stosowaną przez nasz narząd myślenia.

Podczas jazdy samochodem ta technika się nawet nieźle sprawdza, ale mózg nie rejestruje mnóstwa rzeczy również w wielu innych sytuacjach. Jaka była najważniejsza informacja we wczorajszych wiadomościach? O czym myśleliśmy tuż przed zaśnięciem? Czy aby na pewno zamknęliśmy drzwi do domu? Pytania można mnożyć, a mózg nawet nie zamierza podsuwać odpowiedzi. Toż to jakieś dziadostwo, a nie najważniejszy narząd w organizmie! Wciąż coś chachmęci, gubi, zapomina. Dlaczego tak się dzieje? Czemu mózg nie dostrzega tylu rzeczy i na dodatek tak wiele wymazuje z pamięci?

Ponadto tej samej procedurze wymazywania podlegają zarówno banalne, codzienne czynności, jak i kwestie rzekomo istotne. W czasach zalewu informacji medialnych zdołaliśmy już sobie nawet przyswoić taki tryb myślenia, bo przecież cały czas atakują nas nowe wiadomości: artykuły w gazetach, po których tylko prześlizgujemy się wzrokiem, nie zachowując ich w pamięci; informacje, na które rzucamy okiem na ekranie smartfona, po czym kasujemy i natychmiast o nich zapominamy; maile, które giną w powodzi innych maili. Nigdy jeszcze dotarcie do potrzebnej informacji nie było równie proste, jak dzisiaj, a jednocześnie zdaje się, że nigdy zapamiętanie tego, co ważne, nie było tak skomplikowane.

Co właściwie dzieje się w naszym mózgu, gdy zapomina o tym, czego właśnie doświadczył? I co możemy zrobić, żeby ważne rzeczy nie ulatywały nam błyskawicznie z głowy?

Przymierzalnia dla wspomnień

Na początek chciałbym uspokoić wszystkich czytelników: jeśli nie pamiętacie, co było napisane dwie strony wcześniej, naprawdę nie ma się czym martwić. Zadaniem mózgu nie jest gromadzenie jak największego zasobu informacji – znacznie ważniejsze jest, by we właściwym czasie zapomnieć o odpowiednich rzeczach, względnie usunąć je ze świadomości. Wspomnienia nie są statyczne; to nie coś, co mózg wkłada po prostu do magazynu, by móc potem sięgać do tego w razie potrzeby. Przeciwnie, wspomnienia żyją i podlegają ciągłym przeobrażeniom. Tylko dzięki temu mózg ma jakąkolwiek możliwość kumulowania wiedzy i wprowadzania w niej zmian.

Żeby osiągnąć ten cel, musiał stać się prawdziwym mistrzem w nieustannym porządkowaniu swoich zasobów i wyrzucaniu tego, co mogłoby nam zawadzać. Dotyczy to zarówno wrażeń zmysłowych, jak i wspomnień, informacji czy odczuć. By dysponować elastyczną pamięcią, zdolną do podejmowania nowych wyzwań, mózg musi bezlitośnie eliminować zdecydowaną większość informacyjnego szumu. Tylko ważne sprawy trafiają więc do naszej świadomości, żebyśmy później mogli sobie je przypomnieć.

Tu jednak pojawia się kolejna kwestia. Mózg jest na tyle sprawnym i zdolnym do przemian narządem, że doskonale dałby sobie radę z gromadzeniem znacznie większej ilości danych niż ta, którą magazynuje – tyle że jednocześnie jest bardzo leniwy. Woli więc oszczędnie gospodarować siłami. Dlatego też docierających do niego informacji nie gromadzi natychmiast, tylko trzyma przez pewien czas w przechowalni, „na próbę”.

Znamy taką taktykę z codziennego życia. W końcu nierzadko postanawiamy najpierw coś przetestować, zanim zdecydujemy, czy chcemy to zatrzymać. Gdy na przykład chcemy kupić sobie spodnie, nie płacimy natychmiast za pierwszą dostrzeżoną w sklepie parę. Najpierw musimy ocenić, czy się nada. Idziemy do przymierzalni i zakładamy upatrzone portki. Zwracamy przy tym uwagę na dwie rzeczy: czy mają odpowiedni rozmiar i czy pasują do naszego stylu.

Tak właśnie działa mózg. No dobrze, może nie dokładnie tak, bo jednak ostatecznie nie tylko ciuchy nam w głowie, ale zasada jest podobna: zanim będziemy w stanie przypomnieć sobie coś po dłuższym czasie (po kilku godzinach czy dniach), dane wspomnienie znajduje się w fazie przymierzania. Funkcję mózgowej „przymierzalni” pełni hipokamp, twór przypominający kształtem banana, położony w środku pomiędzy dwiema półkulami kresomózgowia. Ponieważ anatomowi, który jako pierwszy badał mózg i opisał tę strukturę, skojarzyła się ona z konikiem morskim (po łacinie Hippocampus), otrzymała ona nazwę „hipokamp”. Nie mam pojęcia, co zażywał wówczas mój szacowny kolega, ja w każdym razie nie dostrzegam podobieństwa ani do konika morskiego, ani do węża, węgorza czy innego pływającego stworzenia. Twór ten znacznie bardziej przypomina mi wygiętą w kształt banana literę C, która leży niemal dokładnie pośrodku wewnątrz mózgu.

W każdej półkuli mózgowej mamy jeden hipokamp, który pozwala nam przez pewien krótki czas przechowywać nowe wspomnienia. Wszystko to, co ma ewentualnie zostać zapamiętane na dłużej, jest najpierw „przymierzane” w hipokampie. Podobnie jak my zwracamy uwagę na to, czy spodnie mają odpowiedni krój, tak mózg podejmuje decyzję o tym, czy dane wspomnienie wpasowuje się w zestaw dotychczasowych doświadczeń. Dlatego właśnie konkretna informacja jest tymczasowo przechowywana w hipokampie: może to być kilka sekund (a jeżeli w tym krytycznym momencie zainkasujemy potężny cios w głowę, to i takie krótkotrwałe wspomnienie natychmiast uleci) albo kilka godzin. Jednak najpóźniej podczas snu w hipokampie dochodzi do ponownych oględzin danego wspomnienia i weryfikacji, czy warto je dalej przechowywać.

Podstawowym kryterium selekcji jest nowość i odmienność: tylko wówczas, gdy zetkniemy się z czymś rzeczywiście nowym, z czego mamy nadzieję wyciągnąć korzyść i co wyraźnie różni się od dotychczasowych wspomnień, mózg decyduje się to ostatecznie „kupić”, o przepraszam: zmagazynować. Choć też musi za to zapłacić, bo zabieg taki kosztuje trochę energii, którą muszą wydatkować komórki nerwowe, aby dostosować wzajemne połączenia na potrzeby długoterminowego wspomnienia. Właśnie z tego względu gospodarny mózg bardzo ostrożnie podchodzi do kwestii zapamiętywania. W pamięci ostaje się tylko to, co najważniejsze, zdecydowana większość jest natychmiast usuwana – nawet rzeczy, które raz po raz widujemy.

Nadgryzione jabłko – z lewej czy z prawej?

Jak wygląda logo Apple’a? Wszyscy wiedzą: nadgryzione jabłko, czarne na białym tle. Ale czy ślad nagryzienia jest z lewej czy z prawej strony? Czy na ogonku owocu jest listek, a jeśli tak, to po której stronie? Czy na powierzchni jabłka zaznaczone są jeszcze jakieś wypukłości lub wgłębienia?

Okazuje się, że choć logo Apple’a jest powszechnie znane, w badaniach przeprowadzonych na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles tylko 1 na 85 uczestników testu umiał bez wahania narysować je poprawnie (a trzeba pamiętać, że badania przeprowadzano w rodzinnych stronach koncernu). Na dodatek mniej niż połowa badanych potrafiła wskazać właściwe logo wśród kilku nieco zmodyfikowanych wersji1. W tej sytuacji trudno się dziwić, że tak dobrze prosperują producenci podróbek. (Tu ostrzeżenie dla wszystkich, którzy podczas upojnych wakacji na południu Europy trafiają na okazję życia w przyhotelowym butiku: nie ma takiego projektanta jak „Gucchi”.)

Im częściej mamy z czymś do czynienia, tym łatwiej nam o tym zapomnieć. Wyrzucamy z pamięci nie tylko logo Apple’a, lecz także – jak pokazały inne badania – miejsca, w których zamontowane są gaśnice2, układ klawiszy na klawiaturze komputera3 albo dokładny wygląd znaków drogowych4. A może jednak potraficie podać z pamięci, ile osób przedstawiono na znaku informującym o istnieniu „strefy zamieszkania”, nie? Wszystko dlatego, że nasz mózg nie jest maszyną do odtwarzania treści pamięciowych, nastawioną na to, by odwzorowywać każdy szczegół. Przeciwnie – dąży do tego, by pomijać detale czy też, mówiąc ściślej, poświęcać je na rzecz rozpoznawania ogólnego wzorca.

Aktywne zapominanie

Na razie wszystko jasne. Nasz wewnętrzny filtr odsiewa powtarzające się wrażenia zmysłowe i przesyła je do podświadomości. Drobiazgi i szczegóły nie mają dla mózgu większego znaczenia, są więc pomijane i lekceważone po to, by mógł on skupić się na rozpoznawaniu ogólnych prawideł. Bywa jednak i tak, że umyka nam coś, co bardzo chcielibyśmy zapamiętać: na przykład treść najświeższego artykułu w gazecie. Czytamy go pilnie, by pod koniec stwierdzić, że wielu zawartych w nim informacji nie pamiętamy nawet w zarysach. Albo po obejrzeniu wiadomości telewizyjnych próbujemy przypomnieć sobie wszystkie doniesienia po kolei (swoją drogą, to naprawdę nie jest łatwe). Najwyraźniej nasz mózg wykorzystuje wspomniany filtr również do odsiewania takich informacji, które wydają się ważne.

Jednak i to nie jest wcale wadą. Ostatecznie zapamiętanie wszystkich detali nie powinno być naszym celem. Znacznie istotniejsze jest rozpoznawanie ogólnego wzorca, również w zalewie informacji w prasie czy telewizji. Po to zaś, by lepiej uwypuklić to, co ważne w naszej przeszłości, musimy wciąż zapominać – na dodatek zupełnie świadomie i w kontrolowany sposób.

Czy przypominacie sobie na przykład swój pierwszy dzień w szkole? Owszem, pewnie utkwiły wam w pamięci jeden czy dwa charakterystyczne obrazki: jak po raz pierwszy siadacie w szkolnej ławce albo jak dostajecie nowy tornister. Ale… to by było na tyle. Dzieje się tak, ponieważ całą resztę, wszystkie pozornie nieistotne szczególiki mózg tym aktywniej usuwa z pamięci, im bardziej staramy się je sobie przypomnieć. A to dlatego, że z jego punktu widzenia poszczególne detale są kompletnie nieistotne, o ile tylko najważniejszy przekaz jest jasny i wyraźny (np. pierwszy dzień w szkole był super). W badaniach laboratoryjnych wykazano wręcz, że mózg aktywnie tłumi te swoje partie, które odpowiadają za nieistotne lub niezwiązane z głównym tematem wspomnienia, zakłócające zasadniczy przekaz5. Z biegiem czasu szczegóły coraz bardziej się zacierają, a tym samym stopniowo wyostrza się ważna informacja dotycząca przeszłości.

Zatem mózg nie tylko powoli zaciemnia detale naszych wspomnień, lecz także aktywnie wymazuje te wzorce aktywności; można powiedzieć, że poświęca je na rzecz mniej precyzyjnego, ale wyraźniejszego wspomnienia zarysu wydarzenia. Jeśli więc pragniemy utrzymać w pamięci obfitość szczegółów na temat przeszłości, próbujmy jak najmniej je wspominać. Tyle że wówczas nic nam z tego nie przyjdzie, bo nawet najbardziej szczegółowe wspomnienie na niewiele się zda, gdy nie przywołamy go w myślach. Zawsze jednak możemy się pocieszyć, że całe to bogactwo szczegółów nie zostało poddane procesowi aktywnego zapominania i wciąż jeszcze gdzieś tam tkwi w naszej głowie.

System przechowywania informacji

Aktywne zapominanie jest bardzo ważne dla uwypuklania tego, co najistotniejsze. Równie ważne jest jednak odpowiednie oznaczanie owych istotnych informacji do wykorzystania w późniejszym czasie. Bo wprawdzie nie bardzo wiemy, co mówiono we wczorajszych wiadomościach, jednak wcale nie zapomnieliśmy zasłyszanych wtedy informacji. Po prostu nie możemy ich sobie przypomnieć, a to spora różnica.

Co to konkretnie oznacza? Nie zawsze przecież od razu wiemy, czy coś, co widzimy lub słyszymy po raz pierwszy, będzie z czasem ważne, czy też nie. Mózg musi więc w jakiś sposób oznaczyć te informacje, by w przyszłości móc łatwiej do nich dotrzeć. Sporządza swego rodzaju „zakładki” i „etykietki”. Przypomina to trochę robienie domowych porządków. Wtedy też znajdujemy mnóstwo rzeczy, które na pierwszy rzut oka nie są specjalnie wartościowe i nie będą nam już potrzebne. Właściwie można by je od razu wynieść na śmietnik, ale może jeszcze się kiedyś przydadzą… Nie, lepiej ich nie wyrzucać. Dlatego pakujemy cały ten kram do pudeł i kartonów, po czym wynosimy do piwnicy. Po jakimś czasie nie bardzo już kojarzymy, co gdzie jest (tak jakbyśmy o tych rzeczach zapomnieli). Ale jeżeli w przyszłości nadarzy się okazja, by coś sensownie wykorzystać, przeszukujemy zgromadzony dobytek i znajdujemy potrzebne przedmioty.

Podobnie jest ze wspomnieniami. Mózg co prawda nie przechowuje ich w kartonach, ale stosuje podobną technikę oznaczania potencjalnie istotnych informacji do wykorzystania w przyszłości. W tym celu przede wszystkim wycofuje je ze świadomości. Żeby zaobserwować te procesy, przeprowadzono badania percepcji na pewnej grupie ochotników6. Na początek badanym pokazano obrazki narzędzi i zwierząt. Kilka minut później przedstawiono im inne obrazki narzędzi i zwierząt, tym razem jednak pojawieniu się obrazków zwierząt towarzyszyły lekkie kopnięcia prądem. Nic dziwnego, że ludzie łatwiej przypominali sobie potem obrazy zwierząt, skoro dostali przy nich „kopniaka”. Co więcej, nawet następnego dnia byli w stanie wymienić wiele zwierząt, które pokazano im w części eksperymentu poprzedzającej tę z rażeniem prądem. Wygląda na to, że następujący później wstrząs elektryczny powodował, że badani łatwiej mogli dotrzeć do wcześniejszych wspomnień. Jakież to praktyczne – wreszcie mamy naukowo potwierdzoną metodę, dzięki której można wydatnie wspomóc własną pamięć: drobny wstrząs elektryczny w odpowiedniej chwili może, jak widać, zdziałać prawdziwe cuda…

Jedna uwaga, zanim pobiegniecie do najbliższego sklepu ze sprzętem do samoobrony, by zaopatrzyć się w „cudowną” pomoc naukową: tak radykalna metoda to jednak ostateczność. Znacznie ważniejsze jest coś innego: nawet jeśli zdarzenia z przeszłości pozornie wyleciały nam z pamięci, mózg potrafi je jednak odszukać – wówczas, gdy staną się istotne. Tylko bardzo nieliczne informacje są wymazywane na dobre. Zdecydowana większość przez cały czas pozostaje w swoistym stanie czuwania. Rzekoma słabość mózgu (to, że tak wiele rzeczy mózg natychmiast usuwa i pozornie o nich zapomina) okazuje się więc w istocie jego siłą, pozwala bowiem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, mózg nie zostaje przytłoczony zalewem informacji. Po drugie, w późniejszym terminie może sobie swobodnie wybrać, które ze zgromadzonych danych naprawdę trzeba zapamiętać. Gdyby mózg miał natychmiast podejmować decyzję, czy i gdzie należy trwale zmagazynować nową informację, działałby potwornie wolno. Można poszerzać i rozbudowywać wiedzę tylko pod warunkiem, że wspomnienia są płynne i niestabilne.

Porządek musi być?

Choć brzmi to paradoksalnie, właśnie dlatego, że mózg tak słabo radzi sobie z pedantycznym magazynowaniem wspomnień, w ogóle jest w stanie generować nową wiedzę. Przyjęty przez nasz mózg system organizacji diametralnie różni się bowiem od tego, co znamy z naszego codziennego doświadczenia. Jeśli w zwyczajnym życiu chcemy lepiej zorganizować sobie miejsce pracy, odkładamy różne rzeczy w odpowiednie miejsca. Zeznanie podatkowe wpinamy do segregatora, po czym odstawiamy segregator na półkę, by w razie potrzeby bez trudu odszukać dokument. Rachunek za służbową kolację wrzucamy do przegródki „zbędne wydatki” (chyba że udało nam się przy tej okazji ubić świetny interes) i tak dalej. W ten sposób zaprowadzamy ład, unikamy bałaganu na biurku i pracujemy bardziej efektywnie.

Mózg właściwie też mógłby tak pracować – schludnie, porządnie, wydajnie. Ale tak nie pracuje. Być może dzięki temu uporałby się ze swoim zapominalstwem, jednocześnie jednak pozbawiłby się wielkiego atutu, mianowicie zdolności dynamicznego kojarzenia i łączenia informacji. Zbyt wczesne posortowanie danych mogłoby utrudnić zestawienie ich później w innym kontekście. I to jest właśnie zasadnicza cecha, która odróżnia mózg od komputera: mózg nie tylko bezmyślnie zapisuje informacje, lecz także twórczo konstruuje z nich coś nowego.

Gdybyśmy zatem obarczyli swój mózg zadaniem wypełnienia zeznania podatkowego, z całą pewnością nie posortowałby porządnie rachunków, tylko zrzucił je wszystkie na jeden stos, a następnie pooznaczał na rozmaite sposoby. Bo choćby z takiego rachunku za służbową kolację można się potem dowiedzieć bardzo różnych rzeczy: sprawdzić, czy restauracja nie była przypadkiem zbyt droga, co dokładnie znalazło się w menu albo co szczególnie przypadło do gustu naszemu gościowi. Jednak żeby tak elastyczna klasyfikacja była w ogóle możliwa, nie wolno zbyt wcześnie przesądzać o sposobie późniejszego wykorzystania informacji. Dopiero z perspektywy czasu okaże się, jak w danym momencie będziemy chcieli ją spożytkować.

Pożytki z niestabilnych wspomnień

Powyższy tytuł brzmi może podejrzanie, ale jego słuszność wykazują badania laboratoryjne7. Uczestnikom eksperymentu dano do nauczenia się na pamięć listę słów należących do czterech różnych kategorii (meble, środki transportu, warzywa i zwierzęta). Niedługo potem uczyli się wystukiwać na klawiaturze określoną kombinację klawiszy. Badani nie wiedzieli przy tym, że kolejność klawiszy odpowiadała wzorcowi uszeregowania pojęć (np. meble odpowiadały klawiszowi z numerem jeden, środki transportu – dwójce, warzywa – trójce, a zwierzęta – czwórce). Jak z tego wynika, lista słów i kombinacja klawiszy miały analogiczną strukturę. Badani szczególnie szybko przyswajali sobie kombinację klawiszy, gdy schemat ich ułożenia zgadzał się z poprzedzającym go schematem zestawienia wyrazów. Jednak co najbardziej interesujące, w teście przeprowadzonym dwanaście godzin później okazało się, że kombinacja klawiszy utrwaliła się tym lepiej, im więcej słów z listy wyleciało z pamięci badanych. Trochę tak, jakby schemat tworzący listę słów został automatycznie przeniesiony na schemat klawiszy metodą „kopiuj i wklej”.

Znacie już aktualną hipotezę naukowców tłumaczącą ów rezultat: im mniej stabilny i bardziej nieuporządkowany jest sposób, w jaki zmagazynowaliśmy określone informacje, tym łatwiej łączyć je z innymi danymi. Każda informacja, która jeszcze nie utrwaliła się w mózgu na dobre, znajduje się w dość szczególnym położeniu: łatwo może zostać wymieniona na inne informacje i wrażenia, wpływając na efekt nauki. Trzeba podkreślić, że w tym celu wspomnienie musi być chwiejne i niestabilne, co oznacza, że również łatwiej można je stracić.

Aby gromadzić zatem nową wiedzę, musimy niekiedy wyrzucać z pamięci określone detale. Nie należy się tym jednak martwić z dwóch powodów: po pierwsze, ilość docierających do nas informacji jest tak olbrzymia, że mogłaby nadmiernie obciążyć nawet najsprawniej działający mózg. Po drugie, detale wcale nie są aż tak istotne. Zapamiętujemy wzorce, abstrakcyjne związki, kryjące się za nimi historie – a nie drobiazgi, które z punktu widzenia mózgu często tylko zaciemniają obraz. Zapominanie jest po prostu narzędziem pozwalającym uzyskać pożądany rezultat.

Czas na trawienie

Z najnowszych badań jasno wynika coś jeszcze: po to, by mózg był w stanie wypełniać swoje zadania, potrzebuje przede wszystkim jednego – od czasu do czasu chwili przerwy. Tymczasem z tym właśnie mamy w dzisiejszym świecie coraz większy problem. Non stop jesteśmy dosłownie zasypywani informacjami, nowinami, telefonami, mailami itd. Ledwie do mózgu dotrze jakaś wiadomość, już pojawia się kolejna. W takich warunkach trudno jest szacować wartość poszczególnych treści (i spychać je w niepamięć), by w efekcie konstruować nową wiedzę.

Dlatego bardzo proszę poważnie potraktować, co następuje: nie przeciążajmy mózgowych filtrów i nie wystawiajmy na próbę własnej zdolności do zapominania, tylko fundujmy sobie regularnie chwile odpoczynku. W rzeczywistości uczymy się bynajmniej nie wtedy, kiedy myślimy, że się uczymy, tylko właśnie w przerwach. Sportowcy też nie budują formy w trakcie treningu, ale gdy odpoczywają po nim, dając organizmowi szansę na wprowadzenie stosownych zmian.

Dlatego jadąc kolejką do pracy, już po lekturze porannej gazety, nie sięgam natychmiast po smartfona, by sprawdzić najświeższe doniesienia. Po prostu… jadę. I troszkę się przy tym nudzę. Jest to postawa wymagająca pewnej odwagi cywilnej, bo każdy, kto jadąc kolejką, nie gapi się w ekran telefonu, czuje się jak technologiczna skamielina z lat dziewięćdziesiątych, wyrzucona poza nawias świata Apple’a i Androida. Wiem jednak, że warto ponarażać się na pogardliwe spojrzenia piętnastolatków, którzy właśnie biją kolejny rekord w Candy Crush Saga na swoich komórkach.

Mam pełną świadomość, że nie przypomnę już sobie wszystkich szczegółów z przeczytanych przy śniadaniu artykułów. Ale tak samo jak mój układ pokarmowy zajmuje się właśnie w tej chwili trawieniem porannego musli i rozkładaniem go na poszczególne składniki, z których potem organizm zbuduje nowe komórki (mam nadzieję, że więcej mięśniowych niż tłuszczowych), tak i mózg trawi teraz dostarczone mu wcześniej informacje. Musli jest już w żołądku, więc nie czuję jego smaku; podobnie nie wszystkie doniesienia z gazet są cały czas obecne w mojej świadomości, ale wpływają na pracę mózgu. I w zależności od tego, jak dalej potoczy się mój dzień, mózg wygrzebie sobie później stosowną informację, zestawi ją z nowymi i będę mógł pochwalić się rozległą wiedzą (co zresztą bardzo chętnie czynię). Uda się to jednak tylko pod warunkiem, że zarezerwuję sobie czas na przerwy od informacji i zajmę się „mentalnym trawieniem”.

Zapomnieć, żeby pamiętać

Na tym etapie jest już chyba jasne, dlaczego o tak wielu rzeczach, które się nam przytrafiają, (pozornie) zapominamy. Po pierwsze, nowe dane mogą być tak podobne do dawnych, że wbudowany w mózg filtr informacyjny po prostu je odsiewa. Po drugie, mogą być na tyle istotne, że początkowo drzemią sobie nieuporządkowane w naszej podświadomości po to, by później można je było elastycznie dopasować do nowych informacji. Ściśle biorąc, w tej drugiej sytuacji nie ma mowy o zapominaniu – po prostu w danej chwili nie możemy sobie czegoś przypomnieć. Nie wolno jednak nie doceniać pracy, którą również bez naszego świadomego udziału wykonuje mózg, aby rozpoznawać wzorce i wzajemne relacje w otaczającym nas świecie. Być może nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie każdego słowa z rozmowy z szefem, ale to, co naprawdę ważne, mózg zachowa i wyciągnie w odpowiednim czasie.

System ten działa jednak tylko pod warunkiem, że nie wystawiamy mózgu na zmasowane bombardowanie informacjami. Wtedy bowiem tak naprawdę przestajemy już w ogóle zwracać uwagę na treść informacji, skupiając się wyłącznie na rozlicznych sposobach, na jakie może ona do nas docierać (przez dzwonek, wibrację lub pikanie telefonu, wyskakiwanie okienka na ekranie itp.). Wszystko to sprawia, że w którymś momencie mechanizmy filtrujące będą tak podkręcone, że wielu rzeczy nie będziemy w stanie nawet świadomie rejestrować. Łatwo można jednak tego uniknąć, jeśli tylko będziemy celowo robić sobie przerwy, w których mózg ma czas sobie sam pomyśleć.

A zatem przerwa!

Czy pamiętacie jeszcze, jakie były trzy pierwsze słowa na poprzedniej stronie? Wcale nie musicie, przecież właśnie w zapominaniu szczegółów jest głęboki sens! Jedynie dzięki temu mózg jest w stanie robić coś naprawdę wspaniałego: rozpoznawać prawidłowości i związki. Tak jest też w przypadku tego rozdziału: o ile zapamiętacie tylko, że wylatywanie nam czasem czegoś z głowy nie świadczy o słabości mózgu, lecz przeciwnie: to jego sprytny sposób na to, by z gąszczu informacji wyłowić później te najistotniejsze, po czym scalić je na nowo – wszystko jest w porządku, przyswoiliście sobie najważniejszy przekaz. Mózg nie jest ani maszyną do odtwarzania wspomnień, ani fanatykiem porządku, który z maniacką pedanterią stara się wszystko zachować i starannie poukładać. To raczej roztrzepany bałaganiarz, który wciąż błądzi myślami tu i tam. Ale właśnie dzięki tym przeskokom myśli jesteśmy twórczy i niezależni.

Choćbyście więc w ostatnich kilku minutach zapomnieli mnóstwo szczegółów z poprzednich stron, zapamiętajcie podstawową myśl: to właśnie przerwy sprawiają, że mózg może posegregować informacje i oznaczyć je do późniejszego wykorzystania. Dlatego z czystym sumieniem odłóżcie teraz tę książkę, zrelaksujcie się i pozwólcie informacjom trochę się ułożyć przed wznowieniem lektury. Nawet jeśli nie pamiętacie dokładnie przeczytanego właśnie rozdziału, mózg oznaczył już najważniejsze wiadomości i odłożył je na później.

Rozdział 2. Uczenie się

Rozdział 2

UCZENIE SIĘ

Dlaczego z trudem uczymy się czegoś na pamięć, ale za to rozumiemy świat

Zewsząd słychać, że wiedza to potęga. Jak z tego wynika, najpotężniejsi dysponują największą wiedzą. Przynajmniej zazwyczaj.

Niestety jednak wiedza nie spada nam z nieba – nasz mózg musi ją sobie najpierw wypracować, czyli musi się uczyć. A to wcale nie jest proste. Na rozgrzewkę sprawdźcie, jak dobrze idzie wam nauka, starając się zapamiętać poniższą listę:

Imbir Rodzynka Koło Truskawka Noc Jeż Sałata Winogrono Makaron Zegarek Odpoczynek Sen Zebra Lizak Labirynt Kameleon Malina

Przeczytajcie sobie spokojnie ten zestaw kilka razy, aż rzeczywiście opanujecie go śpiewająco. Można używać dowolnych sprytnych sztuczek, podkładać obrazki, wymyślać historyjki czy skojarzenia. Potem czytajcie dalej. Tylko uwaga: nie zapomnijcie tej listy! Nawet jeśli z poprzedniego rozdziału wiecie już, jak jest to trudne i jak bardzo ludzkiemu mózgowi zależy na usuwaniu pewnych rzeczy z pamięci.

Uczenie się to nie wszystko

Nie ma co ukrywać, uczenie się ma raczej kiepski PR. Widać to już w języku, bo przecież nie tylko się uczymy, lecz także „zakuwamy”, „wbijamy sobie do głowy”, „wałkujemy”, „ryjemy” czy bardziej staroświecko „przysiadamy fałdów”. Wielu osobom nauka kojarzy się niemiło ze spędzaniem masy czasu w szkolnej ławce czy na kursie dokształcającym, z wysiłkiem i mozołem, frustracją, walką o stopnie i stresującymi egzaminami. Życie zostaje podzielone na czas poświęcany na naukę i czas wolny, kiedy odrobiliśmy już lekcje albo przygotowaliśmy referat na seminarium i wreszcie możemy zająć się tym, co nam sprawia przyjemność. Uczenie się jest trudne, żmudne i mało atrakcyjne, natomiast czas wolny to luz, święty spokój i sama radość. Można nieomal odnieść wrażenie, jakby na potrzeby uczenia się należało rezerwować zupełnie odrębny, wolny od zakłóceń czas i miejsce, żeby w ogóle do tego dochodziło. Kiedy dokształcamy się w dorosłym wieku, idziemy na specjalny kurs albo na warsztaty, a gdy mamy je za sobą, „dość się już nauczyliśmy”. Egzamin na zakończenie, świadectwo do ręki – i do widzenia.

Niestety, od nauki trudno się tak naprawdę uwolnić. W ten czy inny sposób wciąż musimy się dokształcać, nie ma temu końca. „Uczyć się to jak wiosłować pod prąd. Gdy tylko przestaniesz, zaczynasz się cofać” – przeczytałem ostatnio w swoim dawnym pamiętniku. W ten sposób wpisał się mój siedmioletni wówczas kolega ze szkoły, który już ponad dwadzieścia lat temu zdawał sobie sprawę, że dla niego nauka nigdy się nie skończy. W dzisiejszych czasach w modzie jest „edukacja ustawiczna”. Uczyć musimy się po prostu wszędzie – w szkole, na uniwerku, w pracy. Na szczęście mamy mózg, który sobie z tym wszystkim poradzi.

Tylko czy na pewno? Przecież często wcale nie tak łatwo jest przyswoić sobie różne informacje i trwale zapisać je w pamięci. Jeśli chodzi o naukę, mózg ma trzy słabe punkty: po pierwsze, nie przyswaja zbyt dobrze wiedzy pod presją. Każdy, komu zdarzyło się przygotowywać do ważnego egzaminu, wie, jaki to problem. Po drugie, wprost fatalnie idzie nam uczenie się dat, faktów i suchych danych, bo mózg bardzo szybko uznaje je za nieciekawe. A może wciąż świetnie pamiętacie, kiedy wybuchła Wiosna Ludów, jak wyglądają wzory skróconego mnożenia i jaka jest różnica między orzecznikiem a okolicznikiem? Najprawdopodobniej uczyliście się kiedyś tego wszystkiego – ale potem zapomnieliście. I to jest właśnie trzeci słaby punkt: wszystkiego, czego się uczymy, możemy się też później oduczyć. Niestety, uczenie się nie jest jednokierunkowym wlewaniem wiedzy do mózgu.

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że proces uczenia jest nudny, żmudny i zniechęcający, jednak ludzki mózg jest prawdziwym wirtuozem w tej dziedzinie. Uczenie się to nasza ewolucyjna nisza – coś, co potrafimy wyjątkowo dobrze i co daje nam przewagę nad innymi gatunkami. Ptaki fruwają. Ryby pływają. Ludzie się uczą. Robią to jednak w inny sposób, niż zazwyczaj sobie wyobrażamy. Oczywiście to prawda, że uczenie się nastręcza nam rozmaitych problemów (stres związany z nauką łatwo nas paraliżuje, źle sobie radzimy z zapamiętywaniem faktów itd.), ale jeśli przyjrzeć się dokładniej, widać, że to tylko niezbyt wygórowana cena za to, że jesteśmy po prostu mistrzami świata w tej dyscyplinie. A nawet więcej, bo przecież nie tylko się uczymy, lecz na dodatek rozumiemy świat. Na tym polega ogromna siła ludzkiego myślenia. W takim kontekście opłaca się nawet przyjąć jedną czy drugą rzekomą słabość mózgu „z dobrodziejstwem inwentarza”. Gdy sobie to uświadomimy, pojmiemy też, w jaki sposób najlepiej przyswajamy nową wiedzę (czyli jak się najlepiej „uczymy”) – i dlaczego wciąż mamy przewagę nad komputerami.

Wielka orkiestra neuronalna

Zanim skupimy się na słabych (i mocnych) stronach techniki uczenia się, warto powiedzieć parę słów o samym uczącym się mózgu. Co się dzieje, gdy się czegoś uczymy? Albo jeszcze ogólniej: czym jest informacja, idea w głowie, którą chcemy sobie przyswoić?

W przypadku komputera sprawa jest stosunkowo prosta: jeśli zamierzam coś zapisać w jego pamięci, potrzebuję na początek czegoś, co może być zapisane – krótko mówiąc: danych, czyli znaków nadających się do obróbki elektronicznej. Owe dane komputer musi gdzieś umieścić, żeby móc je potem odnaleźć. Przyporządkowuje więc pakietowi danych odpowiednie miejsce, do którego na żądanie sięga. Gdy ma już jedno i drugie (dane i miejsce), może przetwarzać tę parę jako informację. W bibliotece rzecz przedstawia się podobnie. Tam także mamy książki złożone z (graficznych) znaków, które odstawia się w odpowiednie miejsce na regał, by móc je potem znaleźć. Jeśli więc chcemy dotrzeć do konkretnej informacji, musimy wiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze, gdzie stoi dana książka, po drugie, jak odszyfrować zawarte w niej znaki.

W mózgu natomiast wszystko wygląda zupełnie inaczej, bo nie ma tam ani znaków (czyli danych), ani stałego miejsca, w którym się owe dane składuje. Co się bowiem stanie, jeśli poproszę: „Pomyślcie teraz o swojej babci”. Wbrew temu, co przez pewien czas zakładano w neurologii, nie włącza się w tym momencie żadna konkretna komórka nerwowa (folder Babcia), tylko w pewien charakterystyczny stan wchodzi sieć połączeń pomiędzy komórkami. I właśnie ten stan, sposób, w jaki komórki nerwowe pobudzają się nawzajem, jest „miejscem”, w którym kryje się informacja.

Brzmi to może nieco abstrakcyjnie, ale w uproszczeniu mózg można porównać do olbrzymiej orkiestry. Orkiestra składa się z poszczególnych muzyków, którzy mogą indywidualnie zmieniać swoją grę (grać ciszej lub głośniej, niżej lub wyżej itd.). Jeśli spojrzymy z zewnątrz na bezczynną orkiestrę, na muzyków, którzy po prostu sobie siedzą, nie będziemy wiedzieć, jakie utwory potrafią zagrać. Tak samo obserwując z zewnątrz sieć połączeń neuronalnych, nie wiemy, co może pomyśleć dany mózg. Muzyka rozbrzmiewa, gdy członkowie orkiestry grają razem i nawzajem się do siebie dostrajają. Kryje się ona nie w orkiestrze jako takiej, lecz w aktywności poszczególnych muzyków. Z kolei słysząc jedną jedyną altówkę, dowiemy się wprawdzie czegoś o możliwościach danego muzyka, ale dalej nic nie będziemy wiedzieć o całym utworze. W tym celu musimy poznać grę pozostałych muzyków, i to następującą w tym samym czasie. Z tym że nawet to jeszcze nie wystarczy, bo da nam pojęcie wyłącznie o zestawie dźwięków w danym momencie – a muzyka powstaje, gdy przestrzega się następstwa poszczególnych partii. Zatem informacja (w naszym przykładzie melodia danego utworu) kryje się pomiędzy muzykami.

Podobnie jak to robią muzycy, również nasze komórki nerwowe dostrajają się do siebie. Tak jak orkiestra „wytwarza” melodię dzięki współpracy swoich członków, tak w przypadku neuronów treść danej myśli powstaje za sprawą ich wzajemnej synchronizacji. W mózgu, tak jak w orkiestrze, myśl nie kryje się gdzieś w samej sieci neuronów, lecz jest sposobem, w jaki elementy tej sieci ze sobą współpracują. Żeby wszystko to mogło gładko przebiegać, komórki nerwowe wykorzystują swoje punkty kontaktowe (synapsy), bo tylko w ten sposób neurony mogą się dowiedzieć, co w tym samym czasie robią inne. W orkiestrze także każdy z muzyków słyszy, co grają pozostali, i dzięki temu możliwa jest ich współpraca. W kresomózgowiu neurony są połączone z wieloma tysiącami innych neuronów, toteż są zdolne do aktywności znacznie bardziej skomplikowanej niż gra w orkiestrze. I właśnie w owych stanach aktywności kryje się treść informacji; w przypadku orkiestry jest nią muzyka, w mózgu – myśl.

Taki sposób przetwarzania informacji ma kilka zdecydowanych zalet. Tak jak jedna orkiestra jest w stanie grać całkowicie różne utwory, ponieważ muzycy dostosowują się do siebie na nowo, tak jedna sieć połączeń neuronowych może generować zupełnie odmienne myśli, ponieważ po prostu zostanie pobudzona w inny sposób. Ponadto informacja (czy będzie to melodia w orkiestrze, czy obraz w głowie) nie musi koniecznie być zakodowana w jednym, konkretnym stanie aktywności, ale także w wariantach tego stanu. Podobnie jak ogólny wydźwięk utworu muzycznego zmieni się w zależności od tego, czy muzycy będą grali coraz ciszej czy coraz głośniej, tak samo zawartość informacyjna pewnego stanu mózgu może kryć się w tym, jak neurony zmieniają swoją aktywność, nie zaś w tym, jakie akurat w danym momencie są.

Z powyższego dość jasno wynika, że liczba możliwych wzorców aktywności jest niemal nieskończona. Pytanie, ile myśli jesteśmy w stanie pomyśleć, ma równie dużo sensu, jak to, ile utworów może zagrać orkiestra.

Wyraźnie uwidacznia się tu jeszcze jedno: w komputerze informacja zawsze jest składowana w określonym miejscu. Nawet jeśli wyłączymy samo urządzenie, ona będzie wciąż tam tkwić (zmagazynowana w postaci ładunków elektrycznych) i można ją będzie ponownie przywołać po uruchomieniu komputera. Jeśli natomiast wyłączę mózg, żarty się kończą. Informacje w mózgu nie są bowiem nigdzie fizycznie zmagazynowane, tylko przez cały czas stanowią krótkotrwałe stany aktywności sieci neuronów. Zatem za naszego życia każda myśl, każda zawartość informacyjna wynika zawsze z poprzedniej – jak gdyby zaistnienie jednej myśli stanowiło sygnał do pojawienia się kolejnej. Widać więc, że myśli nigdy nie biorą się z niczego.

Między nami komórkami

Choć porównanie z orkiestrą jest zgrabne i obrazowe, między nią a mózgiem jest pewna kardynalna różnica: mózg nie ma dyrygenta. Nikt nie stoi przed komórkami nerwowymi i nie tłumaczy im, jak mają pobudzać do działania swoje koleżanki. A mimo to dokonują tego, z niebywałą precyzją synchronizując swoje działania i wytwarzając nowe wzorce.

Fakt ten wpływa również na sposób przyswajania wiedzy przez sieć neuronalną. O ile w orkiestrze to dyrygent nadaje tempo i koordynuje pracę muzyków, o tyle w mózgu – gdzie zdolność współpracy jego poszczególnych elementów składowych (neuronów) ma zasadnicze znaczenie dla zawartej informacji – sprawdza się co innego.

Gdy orkiestra ma opanować nową melodię, muzycy muszą działać niejako na dwa fronty. Po pierwsze, muszą doskonalić własną technikę gry (na przykład przećwiczyć nowe ustawienia palców). Po drugie i jeszcze ważniejsze, muszą dokładnie wiedzieć, co, jak i kiedy mają zagrać. Najpierw trzeba poczekać na wejście dyrygenta, a następnie zwracać baczną uwagę, jak grają pozostali. Uczenie się nowego utworu przez orkiestrę polega więc na tym, że muzycy doskonalą wspólne granie, aż wreszcie ów utwór zostaje „zapisany” w postaci świeżo nabytej umiejętności wspólnej gry. Żeby go „odtworzyć”, trzeba zainicjować taką aktywność muzyków, która doprowadzi do odegrania danego utworu.

Informacja w mózgu również jest zakodowana w postaci określonej formy współpracy neuronów. A podczas „ćwiczenia” komórki nerwowe też zmieniają wzajemne dopasowanie do siebie, tak by następnym razem łatwiej było uruchomić tę samą wspólną aktywność. Żeby więc sieć neuronalna mogła się czegoś nauczyć, musi zmodyfikować swoje punkty kontaktowe, czyli dokonać pewnej drobnej przebudowy strukturalnej.

Skoro zaś, jak już wiemy, mózg nie ma dyrygenta, jedynym, co mogą robić komórki nerwowe, jest precyzyjne dostrajanie się do sąsiednich komórek. Uczeni znakomicie poznali przebiegające przy tej okazji procesy wewnątrzkomórkowe. Upraszczając, można powiedzieć, że zmiany zachodzące na synapsach (punktach kontaktowych komórek) podlegają jednej zasadniczej prawidłowości: kontakty często używane zostają wzmocnione, a używane rzadziej podlegają demontażowi. Kiedy więc w mózgu pojawia się ważna informacja (czyli dochodzi do współpracy neuronów według ściśle określonego wzorca), komórki nerwowe muszą sobie ten wzorzec w jakiś sposób „zapamiętać”. Robią to, wzajemnie dostosowując swoje synapsy tak, by następnym razem łatwiej można było wywołać tę informację (czyli konkretny przebieg aktywności).

Jeżeli dane synapsy są pobudzane szczególnie silnie, komórka podejmuje w tym miejscu prace remontowe, a przebudowa ma na celu ułatwienie ich przyszłej aktywacji. I odwrotnie, rzadko używane połączenia z biegiem czasu zanikają ze względu na brak „wsparcia strukturalnego”. Takie rozwiązanie pozwala oszczędzać energię, dzięki czemu pracujący mózg obywa się zaledwie jej 20 watami (dla porównania, włączony piekarnik zużywa sto razy więcej energii, by upiec kilka nędznych bułeczek; cóż, piekarniki nie grzeszą inteligencją).

Oto sposób, w jaki cały system przyswaja wiedzę: przebudowuje swoją strukturę tak, żeby łatwiej osiągać określone stany aktywności. W tym sensie można powiedzieć, że informacje są jednak zapisywane w sieci neuronalnej, a mianowicie „pomiędzy” komórkami nerwowymi – w ich strukturze i połączeniach.

Jednak sprawa wcale się na tym nie kończy, bo żeby móc taką informację przywołać, trzeba ponownie pobudzić komórki do pracy. Co prawda, im lepsze są połączenia pomiędzy neuronami, tym łatwiej to zrobić, jednak same synapsy nie wystarczają do odczytania danej informacji. Mówiąc bardziej obrazowo, jeśli przekroimy mózg, zobaczymy tylko połączenia pomiędzy komórkami, ale nie sposób ich funkcjonowania. Dalej nie będziemy wiedzieć, co zostało „zmagazynowane” w mózgu ani do jakich błyskawicznie zmieniających się aktywności stał się on zdolny.

W stresie uczymy się najlepiej – i najgorzej

Opisany powyżej neuronalny system przetwarzania informacji osiąga nieprawdopodobną wydajność z kilku powodów: jest znacznie bardziej elastyczny niż statyczne systemy komputerowe, nie wymaga żadnego nadzoru (nie ma „dyrygenta”) i wreszcie może dostosowywać się do najrozmaitszych warunków zewnętrznych. Jednak taka forma przyswajania wiedzy ma też swoje minusy. Ponieważ procesy przebudowy neuronów, podobnie jak inne procesy zachodzące w organizmie, podlegają określonym rytmom biologicznym, nie zawsze uczymy się równie efektywnie. Szczególnie opornie idzie nam to zaś, gdy jesteśmy spięci i zestresowani. Każdy, kto choć raz przygotowywał się do ważnego egzaminu, wie, jak trudno poradzić sobie z takim stresem. Istotne informacje za nic nie chcą wówczas wchodzić do głowy. A jeśli już nawet do niej trafią, w decydującym momencie (czyli w trakcie egzaminu) nagle stają się nieosiągalne.

Ale właściwie dlaczego stres tak negatywnie wpływa na proces uczenia się? W pierwotnym założeniu bynajmniej nie miał go blokować. Przeciwnie, miał ułatwiać przebieg uczenia się i przyspieszać cały proces. W bardzo stresującej sytuacji (np. gdy coś nas przerazi, ale też pozytywnie zaskoczy) do mózgu trafia substancja przekaźnikowa zwana noradrenaliną. Jej zadaniem jest pobudzenie dokładnie tych obszarów mózgu, które odpowiadają za zwiększenie koncentracji1. Nieco później do gry włącza się także hormon o nazwie kortyzol, który z kolei ma wytłumić inną, w danym momencie niepotrzebną aktywność komórek nerwowych2. Dzięki temu stajemy się jeszcze bardziej skupieni na jednej i tylko jednej kwestii. Efekt: w silnym stresie uczymy się wyjątkowo szybko. Jeżeli, dajmy na to, przebiegaliśmy nieuważnie przez ulicę i o mały włos nie potrącił nas samochód, zapamiętamy sobie tę lekcję i w przyszłości będziemy znacznie ostrożniejsi. To samo dotyczy stresu pozytywnego: to dlatego do końca życia pamiętamy pierwszy pocałunek, choć przecież doświadczyliśmy go tylko raz.

W taki sposób pod wpływem stresu sieć neuronalna staje się jeszcze bardziej aktywna, a my szybciej się uczymy. Jeśli jednak przedmiot nauki nie ma nic wspólnego ze źródłem stresu, cała ta przemyślna procedura zawodzi. A to dlatego, że zadaniem zestresowanego mózgu jest całkowite skupienie się na informacjach bezpośrednio związanych z przyczyną stresu; reszta staje się chwilowo nieistotna. Dlatego rola stresu w procesie uczenia się jest tak niejednoznaczna. Gdy podczas eksperymentu poddawano ludzi działaniu stresu, każąc im na trzy minuty włożyć dłoń do lodowatej wody i jednocześnie uczyć się na pamięć listy słów, następnego dnia pamiętali przede wszystkim te wyrazy, które miały jakiś związek z lodowatą wodą (np. „woda”, „zimny”), a nie inne („kwadrat”, „przyjęcie”)3.

Jeśli cudem uniknąłem potrącenia przez samochód, natychmiast dostrzegam związek pomiędzy rozglądaniem się w prawo i w lewo przed wejściem na ulicę a ryzykiem tragicznego zgonu. W rezultacie zapamiętuję sobie tę lekcję na całe życie. Gdy natomiast uczę się łacińskich słówek, muszę się naprawdę zdrowo nagimnastykować, żeby dostrzec związek pomiędzy alea iacta est a konsekwencjami złego stopnia ze sprawdzianu.

Podsumowując, stres sprawia, że mózg dobrze przyswaja informacje, które wiążą się bezpośrednio z jego źródłem. Wystarczy raz dotknąć rozgrzanego palnika kuchenki, żeby zapamiętać, że nie należy tego powtarzać. W tej sytuacji hormony stresu aktywnie regulują dynamikę komórek nerwowych, tak by usprawnić przyswojenie naładowanych emocjonalnie treści (ból związany z oparzeniem jest znacznie istotniejszy niż marka kuchenki).

Ale uwaga: tylko treści naładowanych emocjonalnie, nie suchych faktów4. Bo same fakty to przecież straszna nuda. I w ten sposób docieramy do kolejnej słabości mózgu związanej z uczeniem się.

Problem z uczeniem się na pamięć

Pamiętacie jeszcze listę słów z początku tego rozdziału? Albo chociaż połowę? Jeśli tak, należą wam się szczere wyrazy uznania. W jaki sposób udało wam się wyuczyć tej listy na pamięć? Jeżeli wymyślaliście historyjki, skojarzenia albo tworzyliście w głowie obrazki, żeby jakoś połączyć wszystkie te pojęcia, w gruncie rzeczy zwiększaliście przecież ilość informacji przeznaczonych do zapamiętania – trzeba było „nauczyć się” więcej niż to konieczne, żeby lepiej zapamiętać całość. Paradoks, prawda? Poza tym można było zadać sobie jak najbardziej uzasadnione pytanie: A właściwie po co mam to robić? Lista tych słówek nie ma przecież istotnego znaczenia – ot, kilkanaście pojęć, wrzuconych bez ładu i składu. Po co w ogóle je zapamiętywać? Tylko dlatego, że autor książki ma taki kaprys?

I w tym właśnie sęk: mózg potrafi odnaleźć się w naprawdę rozmaitych sytuacjach, bardzo dynamicznie dostosowywać się do okoliczności i uczyć nowych rzeczy, ale suche informacje, takie jak lista pojęć, zbiór dat czy faktów, niestety się do nich nie zaliczają. Badania wykazały, że bez posiłkowania się sprytnymi sztuczkami, takimi jak wymyślanie historyjek czy skojarzeń, mózg jest w stanie zapamiętać nie więcej niż około dwudziestu obiektów.

To naprawdę niewiele. Lista pojęć z początku tego rozdziału zajmuje raptem 16 bajtów na twardym dysku komputera, na obrazek zebry potrzeba miliony razy więcej miejsca. Mimo to wolimy wyobrazić sobie, jak, niczym we śnie, zebra błąka się po labiryncie, trzymając lizak w pysku, niż zapamiętywać te pojęcia osobno. Czemu mózg bardzo słabo radzi sobie z tak prostą sprawą jak „zapisanie” kilkunastu słówek?

Wracamy tu do sposobu funkcjonowania mózgu. Nie „wkuwa” on informacji na pamięć, żeby je potem przechowywać, tylko porządkuje je, a to duża różnica. Prosty przykład: mogę natychmiast podać wam kolejność bramek w meczu, podczas którego Niemcy rozgromili Brazylię 7:1. Jedenasta minuta: 1:0 Müller, dwudziesta trzecia minuta: 2:0 Klose, dwudziesta czwarta minuta: 3:0 Kroos… Fanom Brazylii oszczędzę dalszej wyliczanki i przejdę od razu do sedna: choćbyście zebrali wszystkie suche fakty na temat tego meczu, co wiedzielibyście o samej grze? Niewiele, bo nie widzieliście ani szoku i konsternacji Brazylijczyków, ani radości Philippa Lahma. Sens meczu nie wynika z zestawienia faktów. Jeśli zaś oglądaliście to spotkanie, doskonale rozumiecie, czemu na samo jego wspomnienie Brazylijczycy do dziś zgrzytają zębami – pomimo wziętego na olimpiadzie rewanżu.

Massive learning

Niestety, u podstaw wielu modeli kształcenia (w szkole, na uniwersytecie, w ramach rozmaitych kursów doszkalających w pracy) wciąż leży przekonanie, że najlepiej jest uczyć faktów i dat. To z kolei prowadzi uczniów do przyjmowania całkowicie błędnej strategii uczenia się, określanej fachowo mianem massive learning („nauki skomasowanej”): chodzi o to, by w krótkim czasie dosłownie zasypać mózg informacjami w nadziei, że w ten sposób zapamiętamy z tego możliwie dużo. Nie sprawdza się to jednak, bo odizolowane od siebie pakiety danych są dla mózgu całkiem nieciekawe.

Wróćmy do naszej orkiestry. Muzycy przecież nie uczą się nowego utworu w ten sposób, że odgrywają przez sekundę jeden dźwięk, odczekują chwilę, po czym zabierają się do przetwarzania kolejnego pakietu informacji (czyli odgrywania następnego dźwięku), i tak dalej, krok po kroku powtarzając całą operację tysiące razy ze wszystkimi kolejnymi dźwiękami (tak wyglądałoby w ich przypadku massive learning). Przeciwnie, uczą się utworu, od razu rozpoznając wzajemne relacje dźwięków i na bieżąco łącząc je w spójną melodię.

Dopiero znajomość kontekstu pozwala uczyć się efektywnie – i to bez konieczności świadomego koncentrowania się na nauce. Wykazały to między innymi eksperymenty przeprowadzone przez badaczy z zespołu mojej koleżanki Melissy Vo, podczas których sprawdzano zdolność zapamiętywania u osób dorosłych. Uczestników proszono, aby na zdjęciach mieszkania wskazali określone przedmioty (np. mydło w łazience). Choć wcale nie polecono im zapamiętywać tych przedmiotów, okazało się, że utkwiły im lepiej w głowie, niż kiedy mówiono wprost, że mają nauczyć się na pamięć pokazywanych obrazków5. Jeśli bowiem zdjęcia przedstawiały te same przedmioty na neutralnym tle, badani najwyraźniej uznawali je za mniej interesujące i wyrzucali z pamięci. Kostka mydła w łazience ma więcej sensu niż to samo mydło na nieokreślonym zielonym tle. Przedmiot sam w sobie nie jest dla nas ciekawy. Dopiero umieszczony w kontekście zdradza swój sens, który zapamiętujemy. Może się to wydawać niewydajne, bo w ten sposób musimy de facto zapamiętać więcej (nie tylko sam przedmiot, lecz także jego otoczenie), jednak z tym akurat nie mamy najmniejszego problemu.

Zasada lasagne

Po to zaś, żeby pojąć wzajemne związki pomiędzy informacjami, kontekst, znaczenie danego pojęcia, mózg musi uczyć się inaczej, niż to często czyni, a mianowicie z przerwami. Już z poprzedniego rozdziału wiecie, że pewną zawartość pamięci mózg celowo odsyła w niepamięć (lub nawet aktywnie ją zapomina), żeby dynamicznie łączyć ze sobą rozmaite treści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki