Wydawca ebooka: WAB Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 488 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 0 min Lektor: Leszek Filipowicz

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 0 min Lektor: Leszek Filipowicz

Opis ebooka Mózg Kennedy'ego - Henning Mankell

Diagnoza „HIV" brzmi jak wyrok. Mnóstwo ludzi głowi się, jak ten wyrok anulować, a przy okazji... dobrze zarobić. Nieważne, ile przy tym stracą inni - pieniądze, zdrowie, życie. Mnożą się zespoły i laboratoria opracowujące formułę leku na HIV. Wszystkie te działania owiane są tajemnicą, a w grę wchodzą zawrotne sumy. Nic dziwnego, że pojawiają się teorie spiskowe i nielegalne praktyki. Na trop jednej z takich afer wpadł Henryk Cantor. Louise Cantor, archeolog, przylatuje do Sztokholmu z wykopalisk w Grecji, aby wygłosić wykład na sesji naukowej. Przy okazji odwiedza swojego syna, Henryka. Nie będzie im jednak dane uściskać się i porozmawiać. Louise znajduje zwłoki chłopaka w jego mieszkaniu. Okoliczności świadczą o samobójstwie, ale matka nie jest przekonana do wyników policyjnego śledztwa. Zaczyna swoje dochodzenie, które zaprowadzi ją aż do Afryki i w głąb podwójnego życia jej syna... Henning Mankell gra niedopowiedzeniami, mnoży przypuszczenia i gubi tropy. Jego powieść pokazuje, że wszystko i wszyscy to tryby w maszynie rządzącej naszym światem.

Opinie o ebooku Mózg Kennedy'ego - Henning Mankell

Fragment ebooka Mózg Kennedy'ego - Henning Mankell

HEN­NING

MAN­KELL

MÓZG KEN­NE­DY’EGO

prze­ło­ży­ła Ewa Woj­cie­chow­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ken­ne­dys hjär­na

Co­py­ri­ght © by Hen­ning Man­kell, 2005

Pu­bli­shed by agre­ement with Le­opard För­lag, Stoc­kholm, and Le­on­hardt & Høier Li­te­ra­ry Agen­cy A/S, Co­pen­ha­gen

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Dla In­g­ma­ra i El­len

Część IZaułek Chrystusa

Po­raż­kę na­le­ży uka­zać w ja­snym świe­tle,

nie sta­rać się jej po­grze­bać,

bo dzię­ki po­raż­kom sta­je­my się ludź­mi.

Ni­cze­go nie po­zo­sta­wi za sobą,

kto nie poj­mie swo­ich po­ra­żek.

Ak­sel San­de­mo­se

1

Ka­ta­stro­fa na­de­szła je­sie­nią i do­pa­dła Lo­uise Can­tor bez ja­kiej­kol­wiek za­po­wie­dzi. Nad­cią­gnę­ła bez­sze­lest­nie, nie rzu­ca­jąc cie­nia. Lo­uise ani przez chwi­lę nie prze­czu­wa­ła tego, co mia­ło nie­ba­wem na­stą­pić.

Po­czu­ła się tak, jak­by dała się zwa­bić w za­sadz­kę za­sta­wio­ną na nią w ja­kiejś ciem­nej ulicz­ce. Tym sa­mym zo­sta­ła bru­tal­nie ode­rwa­na od uko­cha­nych sta­ro­żyt­nych ruin i ci­śnię­ta w rze­czy­wi­stość, któ­ra jej nig­dy nie po­cią­ga­ła. Na­gle zna­la­zła się w świe­cie, w któ­rym ni­ko­go nie in­te­re­so­wa­ły grec­kie wy­ko­pa­li­ska z epo­ki brą­zu.

Do­tych­czas Lo­uise nie­mal nie wy­ściu­bia­ła nosa z głę­bo­kich wy­ko­pów. Naj­czę­ściej sie­dzia­ła w kuc­ki nad po­tłu­czo­ny­mi wa­za­mi i sta­ra­ła się je po­skła­dać w ca­łość. Ko­cha­ła swo­je ru­iny tak moc­no, że na­wet nie do­strze­gła, kie­dy świat wo­kół niej legł w gru­zach. Była ar­che­olo­giem, któ­ry nie­ba­wem miał po­wró­cić z prze­szło­ści i sta­nąć nad gro­bem, ja­kie­go nie spo­dzie­wał się zo­ba­czyć na­wet w naj­strasz­niej­szych kosz­ma­rach.

Tra­ge­dia ru­nę­ła na nią znie­nac­ka, wy­wa­li­ła ję­zor w jej twarz, nie wy­po­wia­da­jąc naj­mniej­sze­go sło­wa ostrze­że­nia.

W wie­czór po­prze­dza­ją­cy jej wy­jazd do Szwe­cji, gdzie mia­ła wziąć udział w se­mi­na­rium o gro­bow­cach z epo­ki brą­zu, Lo­uise Can­tor do­tkli­wie ska­le­czy­ła się w lewą sto­pę, na­stą­piw­szy w ła­zien­ce na sko­ru­pę z ce­ra­micz­nej wazy. Odła­mek po­cho­dził mniej wię­cej z V wie­ku przed Chry­stu­sem. Rana krwa­wi­ła ob­fi­cie, a spa­da­ją­ce na pod­ło­gę czer­wo­ne kro­ple przy­pra­wia­ły Lo­uise o mdło­ści.

Wciąż jesz­cze prze­by­wa­ła na Pe­lo­po­ne­zie, w po­bli­żu mia­sta Ar­gos. Nad­szedł wrze­sień i se­zon wy­ko­pa­li­sko­wy po­wo­li się koń­czył. Lo­uise czu­ła już po­dmu­chy wia­tru za­po­wia­da­ją­ce ry­chłe na­dej­ście zimy. Su­che, cie­płe po­wie­trze prze­peł­nio­ne za­pa­chem ko­rync­kich ro­dzy­nek i ty­mian­ku po­ja­wia­ło się co­raz rza­dziej.

W koń­cu krwa­wie­nie uda­ło jej się za­trzy­mać i kie­dy od­ci­na­ła ka­wa­łek pla­stra, z za­ka­mar­ków jej pa­mię­ci wy­chy­nę­ło pew­ne wspo­mnie­nie.

Za­rdze­wia­ły gwóźdź prze­bił mi sto­pę. Nie tę, któ­rą przed chwi­lą roz­cię­łam, ale dru­gą, pra­wą. Mia­łam wów­czas pięć lub sześć lat. Brą­zo­wy gwóźdź za­głę­bił się moc­no w pię­tę, prze­bi­ja­jąc skó­rę, mię­so i tra­fia­jąc na kość, zu­peł­nie jak­by ktoś pró­bo­wał na­dziać moją nogę na pal. Wrzesz­cza­łam wnie­bo­gło­sy i by­łam pew­na, że w tam­tej chwi­li cier­pia­łam tak samo jak męż­czy­zna wi­szą­cy na krzy­żu w po­bli­skim ko­ście­le, do któ­re­go cza­sem wio­dły mnie sa­mot­ne za­ba­wy.

Na­ostrzo­ne pale cza­ją się wszę­dzie, po­my­śla­ła, oczysz­cza­jąc ce­ra­micz­ną sko­ru­pę z za­schnię­tej krwi. Ko­bie­ta w każ­dej chwi­li swo­je­go ży­cia na­ra­żo­na jest na je­żą­ce się w po­bli­żu kol­ce, czy­ha­ją­ce na wszyst­ko, co ona sta­ra się ochro­nić.

Uty­ka­jąc, prze­szła z ła­zien­ki do czę­ści domu sta­no­wią­cej jed­no­cze­śnie jej sy­pial­nię i miej­sce do pra­cy. W jed­nym ką­cie sta­ły trzesz­czą­cy fo­tel bu­ja­ny oraz ad­ap­ter. Fo­tel do­sta­ła w pre­zen­cie od sta­rusz­ka Le­an­dro­sa, noc­ne­go stró­ża. Bie­gał po wy­ko­pa­li­skach już jako dziec­ko. Był bied­ny, ale nie­zwy­kle in­te­re­so­wał się tym, co dzia­ło się w pierw­szych sta­no­wi­skach ar­che­olo­gicz­nych za­kła­da­nych przez szwedz­kich ba­da­czy w la­tach trzy­dzie­stych. Obec­nie wszyst­kie noce w stró­żów­ce przy wzgó­rzu Ma­stos ra­czej smacz­nie prze­sy­piał, mimo to wszy­scy sta­wa­li w jego obro­nie. Był dla nich jak duch opie­kuń­czy, bez któ­re­go wszyst­kie pra­ce na wy­ko­pa­li­skach zo­sta­ły­by na­ra­żo­ne na nie­po­wo­dze­nie. Tym­cza­sem, w mia­rę upły­wu lat, Le­an­dros zmie­nił się w bez­zęb­ne­go i co­raz czę­ściej nie­do­my­te­go anio­ła stró­ża.

Lo­uise Can­tor usia­dła w bu­ja­nym fo­te­lu i przy­glą­da­ła się zra­nio­nej sto­pie. Uśmiech­nę­ła się na myśl o sta­rym stró­żu i o swo­ich ko­le­gach z pra­cy. Więk­szość zna­nych jej szwedz­kich ar­che­olo­gów nie uzna­wa­ła żad­nych au­to­ry­te­tów, wła­dze trak­to­wa­ła jako ko­lej­ną prze­szko­dę w ich pra­cy. Daw­ni bo­go­wie, któ­rzy wie­ki temu stra­ci­li ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, nie­ste­ty nie mo­gli mieć wpły­wu na to, czy w ja­kimś od­le­głym szwedz­kim urzę­dzie zo­sta­nie wy­da­na zgo­da na ba­da­nia ar­che­olo­gicz­ne. Biu­ro­kra­cja w tej dzie­dzi­nie była jak sys­tem tu­ne­li z mnó­stwem wejść i wyjść, któ­re pro­wa­dzi­ły do­ni­kąd. Ko­niec koń­ców de­cy­zje, któ­re wresz­cie do­cie­ra­ły do dy­szą­cych z go­rą­ca, roz­ko­pa­nych grec­kich gro­bow­ców, naj­czę­ściej i tak by­wa­ły nie­zro­zu­mia­łe. Ar­che­olog roz­po­czy­na­ją­cy wy­ko­pa­li­ska za­wsze li­czy na mnó­stwo szczę­ścia, roz­my­śla­ła Lo­uise. Nig­dy nie wia­do­mo, czy znaj­dzie to, cze­go szu­ka, oraz czy szu­ka tego, co chce od­na­leźć. Je­śli mu się uda, ozna­cza to, że for­tu­na była ła­ska­wa. Mimo to nig­dy jed­nak nie ma cał­ko­wi­tej pew­no­ści, że do­sta­nie po­zwo­le­nie na kon­ty­nu­ację prac i fun­du­sze na dal­sze za­głę­bia­nie się we wspa­nia­ły zruj­no­wa­ny świat. A nuż z wy­mie­nia na­gle prze­sta­nie pły­nąć mle­ko? Lo­uise uzna­ła to za oso­bi­sty wkład w żar­gon ar­che­olo­gów. Uwa­ża­ła róż­ne­go ro­dza­ju urzę­dy za doj­ne kro­wy.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. W Gre­cji był kwa­drans po ósmej, a więc w Szwe­cji było o go­dzi­nę wcze­śniej. Się­gnę­ła po te­le­fon i wy­stu­ka­ła nu­mer te­le­fo­nu syna, któ­ry miesz­kał w Sztok­hol­mie.

Dłu­go wsłu­chi­wa­ła się w roz­brzmie­wa­ją­cy w słu­chaw­ce sy­gnał, a kie­dy w koń­cu włą­czy­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka, Lo­uise przy­mknę­ła oczy. Głos na­gra­nia wpły­wał na nią ko­ją­co. „To au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka. Więc wiesz, co ro­bić. Po­wta­rzam po an­giel­sku. This is an an­swe­ring ma­chi­ne and you know what to do. Hen­ryk”.

Lo­uise na­gra­ła wia­do­mość. „Nie za­po­mnij, że wra­cam do domu. Lecę na dwa dni do Vis­by, gdzie mam dać wy­kład na te­mat epo­ki brą­zu. Po­tem przy­ja­dę do Sztok­hol­mu. Ko­cham cię. Do zo­ba­cze­nia wkrót­ce. Może jesz­cze póź­niej za­dzwo­nię. Je­śli nie, ode­zwę się już z Vis­by”.

Wsta­ła z fo­te­la i przy­nio­sła z ła­zien­ki odła­mek na­czy­nia. Sko­ru­pę zna­la­zła jej naj­bliż­sza współ­pra­cow­ni­ca, pil­na stu­dent­ka z Lund. Moż­na tu było zna­leźć mi­lio­ny po­dob­nych odłam­ków. Przy­kład ce­ra­mi­ki at­tyc­kiej, jak oce­nia­ła Lo­uise, frag­ment do­ni­cy wy­ko­na­nej przez ko­goś tuż przed okre­sem, kie­dy za­czął do­mi­no­wać ko­lor czer­wo­ny, za­tem po­cho­dzą­cej mniej wię­cej z V wie­ku przed na­szą erą.

Lo­uise lu­bi­ła ukła­dan­ki z ka­wał­ków ce­ra­mi­ki, wy­obra­ża­ła so­bie ca­łość, jaką kie­dyś two­rzy­ły i któ­rej za­pew­ne nig­dy nie uda się od­two­rzyć. Tę aku­rat sko­ru­pę za­mie­rza­ła dać Hen­ry­ko­wi w pre­zen­cie. Po­ło­ży­ła ją na spa­ko­wa­nej wa­liz­ce, któ­ra cze­ka­ła już tyl­ko na za­mknię­cie su­wa­ka.

Jak zwy­kle przed po­dró­żą czu­ła nie­po­kój. Po­nie­waż z tru­dem ra­dzi­ła so­bie z na­ra­sta­ją­cym znie­cier­pli­wie­niem, po­sta­no­wi­ła zmie­nić pla­ny na wie­czór. Za­nim ska­le­czy­ła się sko­ru­pą, za­mie­rza­ła po­pra­co­wać przed snem nad od­czy­tem, któ­ry mia­ła wy­gło­sić w Vis­by. Osta­tecz­nie jed­nak wy­łą­czy­ła lamp­kę na biur­ku, na­sta­wi­ła pły­tę i za­pa­dła w bu­ja­ny fo­tel.

Za­wsze kie­dy słu­cha­ła mu­zy­ki, u są­sia­da za­czy­na­ły szcze­kać psy. Zwie­rza­ki na­le­ża­ły do Mit­so­sa, sta­re­go ka­wa­le­ra i po­sia­da­cza ko­par­ki. Był on rów­nież wła­ści­cie­lem nie­wiel­kie­go domu, któ­ry wy­naj­mo­wa­ła. Więk­szość z jej współ­pra­cow­ni­ków miesz­ka­ła w Ar­gos, ona jed­nak wo­la­ła być bli­sko wy­ko­pa­lisk.

Za­snę­ła w fo­te­lu, ale po chwi­li prze­bu­dzi­ła się, gwał­tow­nie się wzdry­ga­jąc. Na­gle po­czu­ła, że nie chce spę­dzić tej nocy sama. Ści­szyw­szy mu­zy­kę, za­dzwo­ni­ła do Vas­si­li­sa. Obie­cał jej, że na­stęp­ne­go ran­ka od­wie­zie ją na ateń­skie lot­ni­sko. Po­nie­waż sa­mo­lot Lu­fthan­sy wy­la­ty­wał do Frank­fur­tu o bar­dzo wcze­snej go­dzi­nie, mu­sie­li wy­ru­szyć już o pią­tej. Lo­uise do­szła do wnio­sku, że sko­ro i tak tej nocy się nie wy­śpi, le­piej bę­dzie, je­śli ktoś do­trzy­ma jej to­wa­rzy­stwa.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek i stwier­dzi­ła, że Vas­si­lis po­wi­nien być jesz­cze w biu­rze. Jed­na z ich nie­licz­nych kłót­ni do­ty­czy­ła jego za­wo­du. Lo­uise mu­sia­ła przy­znać, że rze­czy­wi­ście za­cho­wa­ła się wte­dy nie­ład­nie, mó­wiąc mu, że bie­gły re­wi­dent to „naj­bar­dziej ła­two­pal­ny” z za­wo­dów. Do­kład­nie za­pa­mię­ta­ła sło­wa, któ­re wów­czas wy­po­wie­dzia­ła. Była to zu­peł­nie nie­za­mie­rzo­na zło­śli­wość. „To naj­bar­dziej ła­two­pal­ny za­wód na świe­cie. Tak su­chy i po­zba­wio­ny ży­cia, że w każ­dej chwi­li może za­jąć się ogniem”.

Vas­si­lis wy­dał się za­sko­czo­ny, po­cząt­ko­wo po­smut­niał, by osta­tecz­nie wpaść w złość. W tam­tej chwi­li Lo­uise zro­zu­mia­ła, że Vas­si­lis nie spo­ty­ka się z nią tyl­ko i wy­łącz­nie dla sek­su. Sama spę­dza­ła z nim wol­ny czas na prze­kór temu, a być może wła­śnie przez to, że wca­le nie in­te­re­so­wał się ar­che­olo­gią. Po tam­tej kłót­ni, gdy jej sło­wa tak go do­tknę­ły, że wy­stra­szy­ła się nie na żar­ty, iż wła­śnie przez to Vas­si­lis ze­rwie z nią zna­jo­mość. W koń­cu jed­nak uda­ło jej się go prze­ko­nać, że nie mó­wi­ła po­waż­nie.

– Prze­cież dzi­siej­szy świat opie­ra się na do­ku­men­tach księ­go­wych – pod­su­mo­wa­ła wów­czas. – To na­sza współ­cze­sna li­tur­gia. A bie­gli to nasi nowi ka­pła­ni.

Lo­uise usły­sza­ła w słu­chaw­ce ciąg krót­kich sy­gna­łów. Za­ję­te. Za­koń­czy­ła po­łą­cze­nie i za­czę­ła się bu­jać w fo­te­lu.

Vas­si­li­sa spo­tka­ła zu­peł­nie przy­pad­ko­wo. Ale czyż nie wszyst­kie naj­waż­niej­sze spo­tka­nia w ży­ciu są dzie­łem przy­pad­ku? Jej pierw­szą mi­ło­ścią był ru­do­wło­sy męż­czy­zna, któ­ry pa­rał się po­lo­wa­niem na niedź­wie­dzie, bu­do­wał domy i co ja­kiś czas za­ta­piał się w mo­rzu me­lan­cho­lii. Pod­rzu­cił ją sa­mo­cho­dem, kie­dy wra­ca­jąc od przy­ja­ciół­ki z Hede, spóź­ni­ła się na au­to­bus do Sveg. Emil po pro­stu nad­je­chał roz­kle­ko­ta­ną cię­ża­rów­ką. Lo­uise mia­ła wów­czas szes­na­ście lat i do­pie­ro za­czy­na­ła od­kry­wać świat. Emil od­wiózł ją do domu, a po­tem – było to wcze­sną zimą 1967 roku – spę­dzi­li ze sobą pół roku. Kie­dy Lo­uise uda­ło się wy­swo­bo­dzić z jego niedź­wie­dzich ob­jęć, prze­nio­sła się ze Sveg do Öster­sund, roz­po­czę­ła na­ukę w gim­na­zjum i po ja­kimś cza­sie po­sta­no­wi­ła zo­stać ar­che­olo­giem. W Up­psa­li, do­kąd tra­fi­ła na stu­dia, spo­tka­ła ko­lej­nych męż­czyzn, na każ­de­go z nich wpa­da­jąc przez przy­pa­dek. Aron, jej póź­niej­szy mąż, któ­ry był oj­cem Hen­ry­ka i któ­ry spo­wo­do­wał, że zmie­ni­ła na­zwi­sko z Lind­blom na Can­tor, do­stał miej­sce obok niej w sa­mo­lo­cie z Lon­dy­nu do Edyn­bur­ga. Lo­uise zmie­rza­ła na uni­wer­sy­tec­kie sty­pen­dium, żeby wziąć udział w se­mi­na­rium o ar­che­olo­gii kla­sycz­nej, Aron wy­bie­rał się do Szko­cji na ryby. I wła­śnie tam, wy­so­ko nad chmu­ra­mi, po pro­stu za­czę­li roz­ma­wiać.

Ode­gna­ła wspo­mnie­nia zwią­za­ne z Aro­nem, bo za­wsze wpra­wia­ły ją w złość, i po­now­nie wy­bra­ła nu­mer. Wciąż za­ję­te.

Od­kąd się roz­wio­dła, nie mo­gła prze­stać po­rów­ny­wać wszyst­kich na­po­tka­nych męż­czyzn do Aro­na. Ro­bi­ła to bez­wied­nie, jak­by w jej gło­wie od­ci­snął się ja­kiś wzo­rzec. Każ­dy, kto się nią in­te­re­so­wał, był za ni­ski, zbyt wy­so­ki, nud­ny lub nie­wy­star­cza­ją­co uta­len­to­wa­ny, krót­ko mó­wiąc, Aron za­wsze w tych za­wo­dach zwy­cię­żał. Do tej pory nie uda­ło jej się po­znać ni­ko­go, kto zdo­łał­by wy­ma­zać z jej pa­mię­ci ob­raz Aro­na jako ide­al­ne­go part­ne­ra. Cza­sem wpra­wia­ło ją to w roz­pacz, nie­kie­dy w złość, po­nie­waż czu­ła się tak, jak­by były mąż da­lej ste­ro­wał jej ży­ciem, mimo że nie miał już do tego pra­wa. Kie­dy byli ra­zem, wciąż ją zdra­dzał i okła­my­wał, a gdy wszyst­ko za­czę­ło wy­cho­dzić na jaw, po pro­stu znik­nął, zu­peł­nie jak szpieg, któ­ry w ob­li­czu ry­chłe­go zde­ma­sko­wa­nia zwi­ja ma­nat­ki i wra­ca do swych mo­co­daw­ców. Lo­uise prze­ży­ła szok, nie po­dej­rze­wa­ła, że Aron miał na boku inne ko­bie­ty. Oka­za­ło się na­wet, że jed­ną z nich była jej przy­ja­ciół­ka, też ar­che­olog, całe ży­cie po­szu­ku­ją­ca świą­ty­ni Dio­ni­zo­sa na wy­spie Ta­zos. Hen­ryk był wte­dy jesz­cze mały, a Lo­uise pra­co­wa­ła na uni­wer­sy­te­cie jako za­stęp­ca jed­ne­go z wy­kła­dow­ców. Cięż­ko wspo­mi­na­ła okres, gdy pró­bo­wa­ła na nowo po­skła­dać do kupy swo­je ży­cie, któ­re nie­spo­dzie­wa­nie roz­pa­dło się na ka­wał­ki.

Aron nie­mal zmiótł ją z po­wierzch­ni zie­mi, tak jak wy­buch wul­ka­nu może uni­ce­stwić całą spo­łecz­ność, jed­ne­go czło­wie­ka, ce­ra­micz­ną wazę. Lo­uise czę­sto my­śla­ła o so­bie, przy­glą­da­jąc się frag­men­tom ja­kie­goś an­tycz­ne­go na­czy­nia i pró­bu­jąc wy­obra­zić so­bie nie­moż­li­wą do zre­kon­stru­owa­nia ca­łość, jaką kie­dyś two­rzy­ły. Aron nie tyl­ko roz­trza­skał ją na ka­wał­ki, ale też scho­wał część odłam­ków, żeby utrud­nić jej od­two­rze­nie wła­snej toż­sa­mo­ści, jej jako czło­wie­ko­wi, ko­bie­cie, ar­che­olo­go­wi.

Po­rzu­cił ją bez ostrze­że­nia, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie krót­ki, nie­dba­le na­pi­sa­ny list, w któ­rym oświad­czał, że ich mał­żeń­stwo wła­śnie do­bie­gło koń­ca, że nie ma już siły, pro­si o wy­ba­cze­nie i żywi wiel­ką na­dzie­ję, że Lo­uise nie na­sta­wi prze­ciw­ko nie­mu ich syna.

Po sied­miu mie­sią­cach bez wie­ści otrzy­ma­ła list nada­ny w We­ne­cji. Lo­uise roz­po­zna­ła po cha­rak­te­rze pi­sma, że Aron był pi­ja­ny, kie­dy go pi­sał. Wi­docz­nie po­sta­no­wił się ode­zwać w trak­cie jed­ne­go ze swo­ich cią­gów al­ko­ho­lo­wych – peł­nych wzlo­tów i upad­ków, w któ­re wpa­dał za­zwy­czaj raz na ty­dzień. Pi­sał więc łza­wym to­nem, uża­lał się nad sobą i py­tał, czy Lo­uise nie ze­chcia­ła­by do nie­go wró­cić. Do­pie­ro wów­czas, trzy­ma­jąc w dło­ni po­pla­mio­ny wi­nem list, zro­zu­mia­ła, że to na­praw­dę ko­niec. Nie chcia­ła być znów z Aro­nem i jed­no­cze­śnie bar­dzo tego pra­gnę­ła, nie mia­ła jed­nak od­wa­gi na taki krok, bo wie­dzia­ła, że ten męż­czy­zna znów znisz­czy jej ży­cie. A czło­wiek może po­dźwi­gnąć się z ruin tyl­ko je­den raz, my­śla­ła. Nie da się tego zro­bić po­now­nie, to zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le. Od­pi­sa­ła mu więc, że ich mał­żeń­stwo do­bie­gło koń­ca. Wciąż łą­czył ich Hen­ryk, ale to od nie­go i ich syna za­le­ża­ło, w ja­kich będą sto­sun­kach. Lo­uise nie za­mie­rza­ła się do tego mie­szać.

Po­tem mi­nął nie­mal rok, nim Aron znów się ode­zwał. Pew­ne­go razu po pro­stu za­dzwo­nił i w sta­le rwą­cej się roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej wy­ja­śnił, że obec­nie prze­by­wa w No­wej Fun­dlan­dii, gdzie wraz z gru­pą in­for­ma­ty­ków two­rzy ja­kąś sieć. Lo­uise nie mo­gła się oprzeć wra­że­niu, że jej były mąż wpadł w si­dła ja­kiejś sek­ty. Tłu­ma­czył się męt­nie, że wraz z in­ny­mi zaj­mu­je się przy­szło­ścią ar­chi­wi­za­cji da­nych, że całe do­świad­cze­nie ludz­ko­ści da się za­wrzeć w cią­gach zer i je­dy­nek. Mi­kro­fil­my i ma­ga­zy­ny z pię­trzą­cy­mi się w nich do­ku­men­ta­mi mia­ły odejść do la­mu­sa. Od te­raz to kom­pu­te­ry gwa­ran­to­wa­ły, że do­świad­cze­nie ca­łych po­ko­leń nie pój­dzie w nie­pa­mięć. Lo­uise za­sta­na­wia­ła się po­tem, czy te jego kom­pu­te­ry nie za­czną z cza­sem ma­ga­zy­no­wać i prze­twa­rzać swo­ich wła­snych do­świad­czeń. Roz­mo­wa się rwa­ła, coś trzesz­cza­ło na li­nii, więc nie zro­zu­mia­ła wie­le z tego, co mó­wił, choć mu­sia­ła przy­znać, że tym ra­zem był trzeź­wy i nie ude­rzał w płacz­li­wy ton. Na ko­niec wspo­mniał, że chciał­by od­zy­skać li­to­gra­fię przed­sta­wia­ją­cą ja­strzę­bia ata­ku­ją­ce­go go­łę­bia, któ­rą ku­pi­li na po­cząt­ku mał­żeń­stwa, wy­braw­szy się pew­ne­go dnia do ga­le­rii. Ja­kiś ty­dzień póź­niej Lo­uise wy­sła­ła mu ob­raz. W tym sa­mym cza­sie od­ga­dła, że Aron, mimo że za­cho­wał to przed nią w ta­jem­ni­cy, na­wią­zał kon­takt z Hen­ry­kiem.

Eks­mąż za­wsze był obec­ny w jej ży­ciu. Cza­sem Lo­uise z re­zy­gna­cją do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że już nig­dy nie uda jej się wy­ma­zać z pa­mię­ci jego twa­rzy i ze­rwać wię­zi, przez któ­rą od­rzu­ca­ła każ­de­go po­zna­ne­go męż­czy­znę.

Po­now­nie wy­bra­ła nu­mer Hen­ry­ka. Za­wsze kie­dy do­pa­dał ją ból wy­wo­ła­ny wspo­mnie­niem Aro­na, chcia­ła usły­szeć głos syna. Roz­mo­wa z nim wpły­wa­ła na nią ko­ją­co i od­pę­dza­ła go­rycz. Po­nie­waż znów włą­czy­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka, Lo­uise po­sta­no­wi­ła za­dzwo­nić do­pie­ro z Vis­by.

Za każ­dym ra­zem, kie­dy Hen­ryk nie od­bie­rał te­le­fo­nu, Lo­uise do­pa­dał ir­ra­cjo­nal­ny lęk i przez kil­ka se­kund przed jej ocza­mi prze­wi­ja­ły się ob­ra­zy ofiar wy­pad­ków, po­ża­rów i cięż­kich cho­rób. Jej syn był ostroż­ny i nie po­dej­mo­wał nie­po­trzeb­ne­go ry­zy­ka, mimo że spo­ro po­dró­żo­wał i lu­bił wy­ru­szać w nie­zna­ne.

Lo­uise wy­szła na ze­wnątrz i za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa. Od stro­ny domu Mi­to­sa do­bie­gał ra­do­sny mę­ski śmiech. Po­zna­ła po gło­sie, że to Pa­nay­io­tis, star­szy brat wła­ści­cie­la domu. Pa­nay­io­tis wy­grał kie­dyś na lo­te­rii i od tego cza­su, ku zgry­zo­cie ca­łej ro­dzi­ny, wiódł bez­tro­skie i we­so­łe ży­cie. Lo­uise uśmiech­nę­ła się na myśl o tym po­god­nym męż­czyź­nie i głę­bo­ko za­cią­gnę­ła się dy­mem. Daw­no temu po­sta­no­wi­ła, że rzu­ci pa­le­nie w dniu swo­ich sześć­dzie­sią­tych uro­dzin.

Była sama na dwo­rze, ota­cza­ła ją ciem­ność, a nad jej gło­wą roz­po­ście­ra­ło się roz­gwież­dżo­ne nie­bo. Chłod­ny wiatr ustał, od­dy­cha­ła więc cie­płym, ła­god­nym po­wie­trzem. A więc w to miej­sce do­tar­łam, po­my­śla­ła. Przy­je­cha­łam tu aż z da­le­kie­go Sveg, z peł­ne­go me­lan­cho­lii re­gio­nu Här­je­da­len, by po­chy­lać się nad gro­bow­ca­mi z epo­ki brą­zu. Po­rzu­ci­łam chłód i śnie­gi, wy­bie­ra­jąc upał i gaje oliw­ne.

Zga­si­ła pa­pie­ro­sa i we­szła z po­wro­tem do domu. Bo­la­ła ją sto­pa. Sta­nę­ła na środ­ku po­ko­ju, za­sta­na­wia­jąc się, co ze sobą po­cząć. W koń­cu jesz­cze raz wy­stu­ka­ła nu­mer do Vas­si­li­sa. Sy­gnał był już wol­ny, ale przy­ja­ciel nie od­bie­rał.

W umy­śle Lo­uise twarz Vas­si­li­sa zla­ła się w jed­no z twa­rzą Aro­na. Oszu­ku­je mnie, my­śla­ła. Trak­tu­je mnie jak przed­miot, bez któ­re­go z po­wo­dze­niem może się obejść.

W przy­pły­wie fali za­zdro­ści wy­bra­ła nu­mer ko­mór­ki, któ­rą Vas­si­lis za­wsze no­sił w kie­sze­ni. Tego te­le­fo­nu też nie ode­brał, a po chwi­li ko­bie­cy głos po­pro­sił ją po grec­ku, żeby zo­sta­wi­ła wia­do­mość. Lo­uise za­gry­zła usta i nie ode­zwa­ła się ani sło­wem.

Za­su­wa­jąc wa­liz­kę, zde­cy­do­wa­ła, że wy­ko­rzy­sta wol­ny czas na za­koń­cze­nie tego bez­sen­sow­ne­go związ­ku. Za­mknę tę księ­gę przy­cho­dów i roz­cho­dów, stwier­dzi­ła w my­ślach, tak samo jak przed chwi­lą za­mknę­łam tor­bę. Wy­cią­gnę­ła się na łóż­ku i wbi­ła wzrok w nie­ru­cho­my wen­ty­la­tor, za­głę­bia­jąc się w roz­my­śla­niach. Jak w ogó­le mo­głam się z nim za­da­wać? Na­gle po­czu­ła wstręt – nie do Vas­si­li­sa, ale do sa­mej sie­bie.

Chwi­lę po­tem wen­ty­la­tor wciąż trwał w bez­ru­chu, a gwał­tow­na za­zdrość cał­ko­wi­cie prze­mi­nę­ła. Psy już nie szcze­ka­ły. Jak zwy­kle kie­dy sta­ła w ob­li­czu waż­nej de­cy­zji, Lo­uise spoj­rza­ła z dy­stan­su na sie­bie i sy­tu­ację, w któ­rej się zna­la­zła.

Oto Lo­uise Can­tor, je­sie­nią 2004 roku. Oto jej ży­cie, czar­no na bia­łym, a ra­czej czer­wo­no na czar­nym, bo to naj­częst­sza kom­bi­na­cja ko­lo­rów na na­czy­niach, któ­re każ­de­go dnia wy­ko­pu­je z tej grec­kiej zie­mi. Lo­uise Can­tor ma pięć­dzie­siąt czte­ry lata, mimo to nie prze­ra­ża jej wi­dok wła­snej twa­rzy i swo­je­go na­gie­go cia­ła w lu­strze. Wciąż jest po­cią­ga­ją­ca, wy­glą­da mło­do, a męż­czyź­ni nadal ją za­uwa­ża­ją, na­wet je­śli już się za nią nie oglą­da­ją. A ona sama? Za kim się oglą­da? Czy po­tra­fi pa­trzeć już tyl­ko w dół, w zie­mię, któ­ra wciąż nęci ją i zmu­sza do po­szu­ki­wa­nia ko­lej­nych śla­dów prze­szło­ści? Lo­uise Can­tor wła­śnie za­mknę­ła książ­kę pod ty­tu­łem „Vas­si­lis” i już nig­dy wię­cej jej nie otwo­rzy. Nie po­zwo­li mu na­wet, żeby od­wiózł ją ju­tro rano na lot­ni­sko.

Pod­nio­sła się z łóż­ka, się­gnę­ła po książ­kę te­le­fo­nicz­ną i od­szu­ka­ła nu­mer lo­kal­nej kor­po­ra­cji tak­sów­ko­wej. Ode­bra­ła ja­kaś przy­głu­cha ko­bie­ta, więc Lo­uise mu­sia­ła nie­mal krzy­czeć, za­ma­wia­jąc kurs. Roz­łą­czyw­szy się, mo­gła już tyl­ko li­czyć na to, że tak­sów­ka przy­je­dzie. Po­nie­waż Vas­si­lis za­po­wie­dział się na wpół do czwar­tej w nocy, za­mó­wi­ła sa­mo­chód na trze­cią. Po­tem usia­dła przy biur­ku i na­pi­sa­ła list: „Dro­gi Vas­si­li­sie! Mię­dzy nami ko­niec, już wszyst­ko mi­nę­ło. Nic nie trwa wiecz­nie. Czu­ję, że zmie­rzam w no­wym kie­run­ku. Przy­kro mi, że je­cha­łeś na próż­no, dzwo­ni­łam. Lo­uise”. Skoń­czy­ła pi­sać i do­kład­nie przyj­rza­ła się tek­sto­wi. Czy zmie­ni zda­nie? Już jej się to zda­rza­ło. Na­pi­sa­ła w prze­szło­ści nie­je­den list po­że­gnal­ny, któ­ry nig­dy nie zo­stał wy­sła­ny. Nie tym ra­zem, po­sta­no­wi­ła. Wsu­nę­ła kart­kę do ko­per­ty, za­kle­iła ją, po czym po ciem­ku wy­szła na dwór i spi­na­czem do bie­li­zny przy­pię­ła list do skrzyn­ki pocz­to­wej. Po­tem przez dłu­gi czas prze­wra­ca­ła się na łóż­ku, aż w koń­cu wy­pi­ła lamp­kę wina i wbi­ła wzrok w opa­ko­wa­nie ta­ble­tek na­sen­nych, nie mo­gąc się na nie zde­cy­do­wać.

Tak­sów­ka pod­je­cha­ła pod dom za trzy trze­cia. Lo­uise cze­ka­ła przed furt­ką przy akom­pa­nia­men­cie uja­da­nia psów Mi­to­sa. Za­pa­dła się w mięk­kim sie­dze­niu i za­mknę­ła oczy. Po­czu­ła, że może za­snąć do­pie­ro te­raz, kie­dy roz­po­czę­ła swą po­dróż.

Do­tar­li na lot­ni­sko tuż przed świ­tem. Lo­uise ani przez chwi­lę nie spo­dzie­wa­ła zbli­ża­ją­cej się ka­ta­stro­fy.

2

Lo­uise od­pra­wi­ła swój ba­gaż u na wpół jesz­cze śpią­cej ob­słu­gi Lu­fthan­sy i uda­ła się w stro­nę kon­tro­li bez­pie­czeń­stwa. Wte­dy wy­da­rzy­ło się coś, co wy­war­ło na niej ogrom­ne wra­że­nie.

Po ja­kimś cza­sie do­szła do wnio­sku, że być może po­win­na była po­trak­to­wać to jako omen, ro­dzaj ostrze­że­nia. Jed­nak tam­te­go dnia nic ta­kie­go nie przy­szło jej na myśl, po pro­stu spo­strze­gła ko­bie­tę sie­dzą­cą na ka­mien­nej po­sadz­ce. Ota­cza­ła ją ster­ta bez­kształt­nych to­bo­łów i sta­ro­mod­nych wa­li­zek ob­wią­za­nych sznur­ka­mi. Ko­bie­ta pła­ka­ła, za­sty­gła w bez­ru­chu. Jej po­ora­na zmarszcz­ka­mi twarz zwró­co­na była gdzieś w prze­strzeń. Za­pad­nię­te po­licz­ki świad­czy­ły o znacz­nych bra­kach w uzę­bie­niu. To pew­nie Al­ban­ka, po­my­śla­ła Lo­uise. Mnó­stwo ko­biet z Al­ba­nii szu­ka­ło pra­cy w Gre­cji, po­dej­mu­jąc się ja­kie­go­kol­wiek za­ję­cia, bo nie­wie­le to i tak wię­cej niż nic, a Al­ba­nia to bied­ny kraj. Nie­zna­jo­ma mia­ła gło­wę owi­nię­tą sza­lem, nie była jed­nak mu­zuł­man­ką. Był to zwy­kły szal, jaki w tej czę­ści świa­ta no­si­ły sta­re ko­bie­ty. Ni­ko­go z nią nie było. Ko­bie­ta po pro­stu sie­dzia­ła na zie­mi, po­grą­żo­na we łzach. Wy­glą­da­ła tak, jak­by ja­kaś fala wy­rzu­ci­ła ją na ląd wła­śnie w tym miej­scu, roz­trza­sku­jąc cały do­by­tek i ży­cie w drob­ny mak, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie nic nie­war­te szcząt­ki.

Lo­uise Can­tor sta­nę­ła w miej­scu. Po­trą­ca­li ją spie­szą­cy się do­kądś lu­dzie, lecz ona nie pod­da­wa­ła się im, jak ska­ła chło­sta­na wia­trem. Wy­żło­bio­ne tu­ne­le zmarsz­czek na śnia­dej twa­rzy nie­zna­jo­mej po­wo­do­wa­ły, że jej skó­ra wy­glą­da­ła jak za­sty­gła lawa. Lo­uise przy­szło na myśl, że w twa­rzach sta­ru­szek tkwi pe­wien ro­dzaj pięk­na. Czas ście­ra z nich war­stwę po war­stwie, po­zo­sta­wia­jąc je­dy­nie cie­niut­ką skó­rę, na któ­rej wi­dać do­świad­cze­nie ca­łe­go ży­cia. Spod oczu ko­bie­ty bie­gły w dół po po­licz­kach dwie bruz­dy, w któ­rych pły­nę­ły łzy.

Na­wad­nia­ją cier­pie­nie, o któ­rym nic nie wiem, po­my­śla­ła Lo­uise. Mimo to je­stem pew­na, że no­szę w so­bie cząst­kę tej nie­zna­jo­mej ko­bie­ty.

Na­gle sta­rusz­ka pod­nio­sła gło­wę i ich spoj­rze­nia na mo­ment się skrzy­żo­wa­ły. Jed­nak nie­zna­jo­ma po­krę­ci­ła tyl­ko po­wo­li gło­wą, co Lo­uise od­czy­ta­ła jako sy­gnał, że jej po­moc, co­kol­wiek mia­ła­by ozna­czać, nie jest po­trzeb­na. Ru­szy­ła więc da­lej, w stro­nę kon­tro­li bez­pie­czeń­stwa, i wbi­ła się w to­ną­cy w za­pa­chu oli­wy i czosn­ku tłum trą­ca­ją­cych się łok­cia­mi lu­dzi. Od­wró­ci­ła się, by jesz­cze raz spoj­rzeć na pła­czą­cą sta­rusz­kę, ale tę za­sło­ni­ła już kur­ty­na pcha­ją­cych się pa­sa­że­rów.

Lo­uise od dzie­ciń­stwa pro­wa­dzi­ła pa­mięt­nik, w któ­rym za­pi­sy­wa­ła war­te za­pa­mię­ta­nia zda­rze­nia. To jed­no z nich, po­my­śla­ła. Kła­dąc to­reb­kę na ta­śmie, for­mu­ło­wa­ła w my­ślach sło­wa. Wło­ży­ła te­le­fon ko­mór­ko­wy do nie­bie­skie­go pla­sti­ko­we­go ko­szycz­ka i prze­szła przez bram­kę, w ma­gicz­ny spo­sób od­dzie­la­ją­cą do­brych lu­dzi od złych.

W skle­pie wol­no­cło­wym ku­pi­ła dla sie­bie bu­tel­kę whi­sky Tul­l­mo­re Dew, a dla Hen­ry­ka dwie bu­tel­ki ret­si­ny. Po­tem usia­dła przy od­po­wied­nim wyj­ściu i prze­rzu­ciw­szy za­war­tość to­reb­ki, z ża­lem stwier­dzi­ła, że zo­sta­wi­ła pa­mięt­nik w domu. Mia­ła go przed ocza­mi – le­żał na sto­li­ku przy łóż­ku, tuż obok zie­lo­nej lamp­ki. Wy­ję­ła więc pro­gram kon­fe­ren­cji i za­czę­ła pi­sać na od­wro­cie stro­ny. Pła­czą­ca ko­bie­ta na lot­ni­sku w Ate­nach. Sta­rusz­ka o twa­rzy wy­glą­da­ją­cej jak ru­ina od­ko­pa­na po ty­siącu lat przez wścib­skie­go, nie­zna­ją­ce­go umia­ru ar­che­olo­ga. Dla­cze­go pła­ka­ła? Uni­wer­sal­ne py­ta­nie: dla­cze­go lu­dzie pła­czą?

Lo­uise za­mknę­ła oczy, za­sta­na­wia­jąc się nad tym, co mo­gły skry­wać to­boł­ki i znisz­czo­ne wa­liz­ki ko­bie­ty. Pust­kę, przy­szło jej na myśl. Była w nich pust­ka lub po­piół po­zo­sta­ły po daw­no już wy­ga­słych ogni­skach.

Gdy za­pro­szo­no pa­sa­że­rów do sa­mo­lo­tu, Lo­uise gwał­tow­nie się prze­bu­dzi­ła. Przy­dzie­lo­no jej miej­sce przy przej­ściu, obok męż­czy­zny, któ­ry zda­wał się od­czu­wać lęk przed la­ta­niem. Lo­uise po­sta­no­wi­ła, że prze­śpi cały lot do Frank­fur­tu i do­pie­ro na tra­sie do Sztok­hol­mu zje śnia­da­nie.

Kie­dy do­tar­ła na lot­ni­sko Ar­lan­da i od­szu­ka­ła swój ba­gaż, wciąż czu­ła zmę­cze­nie. Lu­bi­ła my­śleć o zbli­ża­ją­cej się po­dró­ży, ale sama dro­ga ją wy­czer­py­wa­ła. Gdzieś w głę­bi Lo­uise czu­ła, że kie­dyś w trak­cie po­dró­ży do­pad­nie ją atak pa­ni­ki. Dla­te­go od wie­lu lat za­wsze mia­ła przy so­bie opa­ko­wa­nie środ­ków uspo­ka­ja­ją­cych, na wy­pa­dek gdy­by jej oba­wy się po­twier­dzi­ły.

Od­na­la­zł­szy dro­gę do ter­mi­na­lu kra­jo­we­go, po­now­nie nada­ła ba­gaż, tym ra­zem nie­co mniej nie­wy­spa­nej ko­bie­cie, i znów usia­dła przy swo­im wyj­ściu. Przez otwar­te nie­opo­dal drzwi wdarł się do środ­ka po­wiew chłod­ne­go je­sien­ne­go wia­tru. Lo­uise za­drża­ła z zim­na, obie­cu­jąc so­bie, że kie­dy tyl­ko znaj­dzie się w Vis­by, kupi swe­ter z gru­bej go­tlandz­kiej weł­ny. Go­tlan­dia i Gre­cja, roz­my­śla­ła. Tu i tam ho­du­je się owce. To łą­czy te miej­sca. Gdy­by na Go­tlan­dii ro­sły gaje oliw­ne, róż­ni­ca mię­dzy nimi by­ła­by na­praw­dę nie­wiel­ka.

Za­sta­no­wi­ła się, czy jesz­cze raz za­dzwo­nić do Hen­ry­ka. Pew­nie śpi, stwier­dzi­ła w my­ślach. Syn czę­sto za­mie­niał ze sobą noc i dzień, wo­lał pra­co­wać w świe­tle gwiazd niż w pro­mie­niach słoń­ca. Za­miast tego wy­stu­ka­ła nu­mer do ojca, miesz­ka­ją­ce­go w Ulvkäl­la, spo­ro da­lej na pół­noc, nie­opo­dal Sveg, na po­łu­dnio­wym brze­gu Lju­sny. On dla od­mia­ny pra­wie nie sy­piał, Lo­uise wie­dzia­ła, że może do nie­go dzwo­nić o każ­dej po­rze dnia i nocy. Mimo że ro­bi­ła tak bar­dzo czę­sto, nig­dy nie uda­ło jej się obu­dzić go te­le­fo­nem. Do­kład­nie tak pa­mię­ta­ła go z dzie­ciń­stwa – jako ol­brzy­ma, któ­ry raz na za­wsze po­że­gnał się z Mor­fe­uszem i nie­ustan­nie przy niej czu­wał.

Wy­bra­ła jego nu­mer, ale roz­łą­czy­ła się za­raz po usły­sze­niu pierw­sze­go sy­gna­łu. Do­szła do wnio­sku, że i tak nie wie­dzia­ła­by, co po­wie­dzieć. Wrzu­ci­ła te­le­fon do to­reb­ki i po­my­śla­ła o Vas­si­li­sie. Nie za­dzwo­nił ani nie na­grał żad­nej wia­do­mo­ści. Bo i po co miał­by to ro­bić? Lo­uise skar­ci­ła się w my­ślach, mimo to po­czu­ła lek­kie roz­cza­ro­wa­nie. Za­raz jed­nak ode­gna­ła od sie­bie tę myśl, stwier­dziw­szy, że szko­da tra­cić czas na wąt­pli­wo­ści. Z domu wy­nio­sła na­ukę, że nie na­le­ży roz­pa­mię­ty­wać po­wzię­tych de­cy­zji, na­wet je­śli oka­żą się one cał­kiem chy­bio­ne. Naj­waż­niej­sze, by umieć za­cho­wać do­brą minę, na­wet do bar­dzo złej gry.

Kie­dy koła sa­mo­lo­tu ude­rzy­ły o pły­tę lot­ni­ska w Vis­by, od stro­ny mo­rza wiał sil­ny wiatr. Chłod­ny po­wiew szarp­nął płasz­czem Lo­uise, kie­dy po­chy­lo­na spie­szy­ła się w stro­nę bu­dyn­ku lot­ni­ska. We­wnątrz cze­kał na nią męż­czy­zna z ta­blicz­ką z jej imie­niem. W dro­dze do mia­sta przy­glą­da­ła się ko­ro­nom drzew tak moc­no tar­mo­szo­nym przez wiatr, że zda­wa­ło się, iż za mo­ment stra­cą reszt­ki je­sien­nych li­ści. Pory roku to­czą wła­śnie dra­ma­tycz­ną wal­kę, po­my­śla­ła. Wal­kę, któ­ra z góry jest już roz­strzy­gnię­ta.

Ho­tel o na­zwie Strand le­żał na wzgó­rzu wzno­szą­cym się tuż za por­tem. Lo­uise do­sta­ła po­kój bez wi­do­ku na ry­nek mia­stecz­ka. Za­wie­dzio­na, ze­szła do re­cep­cji i po­pro­si­ła o za­mia­nę. Do­sta­ła inny, nie­co mniej­szy, ale za to z oknem na wła­ści­wą stro­nę. Sta­ła przy nim dłuż­szą chwi­lę, za­my­ślo­na. Co ta­kie­go wi­dzę? Co mam na­dzie­ję zo­ba­czyć przez to okno?

Co ja­kiś czas po­wta­rza­ła sło­wa swo­jej pry­wat­nej man­try: Mam pięć­dzie­siąt czte­ry lata. Do tego miej­sca do­tar­łam. Do­kąd te­raz zmie­rzam i kie­dy moja dro­ga się skoń­czy?

Na chod­ni­ku przed ho­te­lem ja­kaś star­sza pani bez­rad­nie szar­pa­ła smycz, na któ­rej koń­cu opor­nie czła­pał pies. Lo­uise po­czu­ła, że w tej chwi­li przy­po­mi­na­ła bar­dziej to zwie­rzę niż nie­zna­jo­mą w ja­skra­wo­czer­wo­nym pal­cie.

Tuż przed czwar­tą po po­łu­dniu wy­bra­ła się do le­żą­ce­go tuż nad wodą bu­dyn­ku uczel­ni. Znaj­do­wał się bli­sko, więc zdą­ży­ła jesz­cze prze­spa­ce­ro­wać się po opu­sto­sza­łym por­cie. Fale wście­kle ata­ko­wa­ły ka­mien­ne molo. Mo­rze mia­ło tu inny ko­lor niż w Gre­cji. Tu­tej­sze wody są bar­dziej dzi­kie, po­my­śla­ła Lo­uise. Su­row­sze. To mło­de, po­ryw­cze mo­rze wy­cią­ga nóż ostrych fal na wi­dok każ­de­go stat­ku i por­tu.

Sil­ny wiatr, któ­ry wciąż wiał, stał się jesz­cze bar­dziej po­ry­wi­sty. W od­da­li ma­ja­czył zbli­ża­ją­cy się do por­tu prom. Lo­uise była punk­tu­al­na, uwa­ża­ła, że na­le­ży uni­kać zja­wia­nia się przed cza­sem, tak samo jak spóź­nia­nia się. Na miej­scu po­wi­tał ją sym­pa­tycz­ny męż­czy­zna z bli­zną po za­ję­czej war­dze. Był jed­nym z or­ga­ni­za­to­rów kon­fe­ren­cji. Przed­sta­wił się i przy­po­mniał, że on i Lo­uise już się kie­dyś spo­tka­li, wie­le lat temu. Lo­uise jed­nak tego nie pa­mię­ta­ła. Roz­po­zna­wa­nie lu­dzi po la­tach było sztu­ką, któ­rej nie po­sia­da­ła, wie­dzia­ła o tym od za­wsze. Twa­rze się zmie­nia­ją, roz­my­śla­ła. Czę­sto wręcz nie do po­zna­nia. Uśmiech­nę­ła się jed­nak przy­jaź­nie do go­spo­da­rza i za­pew­ni­ła, że go pa­mię­ta. Tak, pa­mię­ta go do­sko­na­le.

Wkrót­ce w ni­ja­ko urzą­dzo­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej ze­bra­ło się dwa­dzie­ścio­ro dwo­je uczest­ni­ków spo­tka­nia. Każ­dy za­jął miej­sce za ta­blicz­ką ze swo­im imie­niem i na­zwi­skiem. Naj­pierw po­da­no kawę i her­ba­tę, a po­tem ło­tew­ski pro­fe­sor na­zwi­skiem Ste­fa­nis ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną roz­po­czął kon­fe­ren­cję, opo­wia­da­jąc o ostat­nich zna­le­zi­skach ce­ra­mi­ki mi­noj­skiej, któ­ra oka­za­ła się wy­jąt­ko­wo trud­na do opi­sa­nia. Lo­uise do koń­ca jego prze­mo­wy nie zro­zu­mia­ła jed­nak, co było tak trud­ne do usta­le­nia. Ce­ra­mi­ka mi­noj­ska to ce­ra­mi­ka mi­noj­ska, ko­niec krop­ka, pod­su­mo­wa­ła w my­ślach.

Po nie­dłu­gim cza­sie Lo­uise zo­rien­to­wa­ła się, że w ogó­le nie słu­cha pre­lek­cji. My­śla­mi wciąż krą­ży­ła po Pe­lo­po­ne­zie, wdy­cha­jąc za­pach ro­dzy­nek i ty­mian­ku. Ro­zej­rza­ła się po sali, sta­ra­jąc się oce­nić, kto uważ­nie słu­cha wy­kła­du, a kto, tak jak ona, my­śli o nie­bie­skich mig­da­łach. Ni­ko­go z tych lu­dzi nie zna­ła, nie li­cząc męż­czy­zny, któ­ry twier­dził, że kie­dyś już się spo­tka­li. Byli to re­pre­zen­tan­ci kra­jów nor­dyc­kich i bał­tyc­kich, paru z nich, po­dob­nie jak Lo­uise, pra­co­wa­ło na co dzień w te­re­nie.

Na­gle dok­tor Ste­fa­nis skoń­czył prze­ma­wiać, zu­peł­nie jak­by sam sie­bie zmę­czył swo­ją kiep­ską an­gielsz­czy­zną. Po grzecz­no­ścio­wych okla­skach od­by­ła się krót­ka dys­ku­sja, a po­tem, po kil­ku prak­tycz­nych in­for­ma­cjach do­ty­czą­cych dnia na­stęp­ne­go, za­koń­czo­no spo­tka­nie. Kie­dy Lo­uise wy­cho­dzi­ła z bu­dyn­ku, za­cze­pił ją ja­kiś nie­zna­jo­my męż­czy­zna, py­ta­jąc, czy da się sfo­to­gra­fo­wać dla ja­kiejś lo­kal­nej ga­ze­ty z kil­ko­ma in­ny­mi uczest­ni­ka­mi kon­fe­ren­cji. Zgo­dzi­ła się, po­da­ła mu swo­je na­zwi­sko, a po gru­po­wym zdję­ciu ru­szy­ła w stro­nę ho­te­lu, sma­ga­na sil­ny­mi po­dmu­cha­mi zim­ne­go wia­tru.

Kie­dy wresz­cie do­tar­ła do po­ko­ju, od razu za­snę­ła na łóż­ku. Po ja­kimś cza­sie zbu­dzi­ła się, nie wie­dząc, gdzie jest. Jej wzrok spo­czął na le­żą­cej na sto­le ko­mór­ce. Przy­szło jej na myśl, że po­win­na za­dzwo­nić do syna, ale po chwi­li zde­cy­do­wa­ła, że zro­bi to po ko­la­cji. Wy­szła na ry­nek i ru­szy­ła przed sie­bie, na­tra­fia­jąc na miesz­czą­cą się w piw­ni­cy re­stau­ra­cję. Mimo że było w niej nie­wie­lu go­ści, je­dze­nie oka­za­ło się smacz­ne. Po wy­pi­ciu paru lam­pek wina po­czu­ła roz­go­ry­cze­nie z po­wo­du roz­sta­nia z Vas­si­li­sem, szyb­ko jed­nak ode­gna­ła tę myśl, pró­bu­jąc się skon­cen­tro­wać na cze­ka­ją­cym ją na­za­jutrz wy­kła­dzie. Za­mó­wiw­szy ko­lej­ną lamp­kę, prze­bie­gła w my­ślach przy­go­to­wa­ny tekst. Pre­lek­cję na­pi­sa­ła już ja­kiś czas temu i po­wta­rza­ła ją tyle razy, że po­tra­fi­ła ją wy­gło­sić nie­mal­że z pa­mię­ci, bez po­mo­cy no­ta­tek. „Opo­wiem pań­stwu o czar­nym ko­lo­rze ce­ra­mi­ki. Czer­wo­ny tle­nek że­la­za w pro­ce­sie wy­pa­la­nia, pod wpły­wem bra­ku tle­nu, zmie­nia ko­lor na czar­ny. Dzie­je się tak w ostat­niej fa­zie tego pro­ce­su, wcze­śniej po­wsta­je wspo­mnia­ny tle­nek że­la­za i na­czy­nie zmie­nia ko­lor na czer­wo­ny. Tym sa­mym ko­lor czer­wo­ny i czar­ny wpły­wa­ją na sie­bie na­wza­jem”.

Lo­uise po­czu­ła dzia­ła­nie al­ko­ho­lu, zro­bi­ło się jej cie­pło, a w gło­wie za­szu­mia­ły ła­god­ne fale. Ure­gu­lo­wa­ła ra­chu­nek, a kie­dy zna­la­zła się na uli­cy, do­szła do wnio­sku, że chcia­ła­by, żeby już było ju­tro.

Wy­ję­ła ko­mór­kę z kie­sze­ni i za­dzwo­ni­ła na te­le­fon sta­cjo­nar­ny Hen­ry­ka. Znów ode­zwa­ła się au­to­ma­tycz­na se­kre­tar­ka. Zda­rza­ło się, że syn, kie­dy miał jej do prze­ka­za­nia coś bar­dzo waż­ne­go, na­gry­wał dla niej spe­cjal­ną wia­do­mość. Czu­ła się wów­czas tak, jak­by dzie­li­ła tę wieść z ca­łym świa­tem. Tym ra­zem ona mu się na­gra­ła, in­for­mu­jąc, że jest już w Vis­by i nie­ba­wem do nie­go przy­je­dzie. Po­tem spró­bo­wa­ła do­dzwo­nić się na ko­mór­kę, ale i tak nie uda­ło jej się z nim po­łą­czyć.

Po­czu­ła dreszcz nie­po­ko­ju, jed­nak tak lek­ki, że pra­wie go nie za­uwa­ży­ła.

Tej nocy spa­ła przy uchy­lo­nym oknie. Koło pół­no­cy obu­dzi­ły ją krzy­ki pi­ja­nych chło­pa­ków wo­ła­ją­cych do sto­ją­cej pod la­tar­nią dziew­czy­ny, któ­ra naj­wy­raź­niej była dla nich nie­do­stęp­na.

Na­za­jutrz o dzie­sią­tej Lo­uise wy­gło­si­ła wy­kład o at­tyc­kiej gli­nie. Mó­wi­ła o du­żej za­war­to­ści w niej że­la­za i dy­gre­syj­nie wspo­mnia­ła o bo­ga­tej w wapń gli­nie z Ko­ryn­tu, z któ­rej wy­ra­bia­no na­czy­nia bia­łe, a cza­sem na­wet zie­lo­ne.

Mimo że więk­szość uczest­ni­ków kon­fe­ren­cji po­przed­nie­go wie­czo­ru spo­ży­ła póź­ną, so­lid­ną i ob­fi­cie za­kra­pia­ną ko­la­cję, Lo­uise uda­ło się sku­pić ich uwa­gę. Mó­wi­ła tak dłu­go, jak so­bie za­pla­no­wa­ła: do­kład­nie czter­dzie­ści pięć mi­nut, a kie­dy skoń­czy­ła, na­gro­dzo­no ją grom­ki­mi bra­wa­mi. W trak­cie póź­niej­szej dys­ku­sji nikt nie za­dał jej py­ta­nia, na któ­re nie umia­ła­by od­po­wie­dzieć. Gdy na­de­szła pora prze­rwy na kawę, Lo­uise z za­do­wo­le­niem do­szła do wnio­sku, że god­nie od­wdzię­czy­ła się or­ga­ni­za­to­rom kon­fe­ren­cji za za­pro­sze­nie.

Wiatr nie­co ustał, więc na­la­ła so­bie kawy do kub­ka i wy­szła na dwór. Usia­dła na ław­ce i po­sta­wi­ła ku­bek na ko­la­nie. Na­gle po­czu­ła, że za­wi­bro­wał jej w kie­sze­ni te­le­fon. Była pew­na, że to od­dzwa­nia Hen­ryk, ale na ekra­nie ko­mór­ki wy­świe­tlił się nu­mer Vas­si­li­sa. Lo­uise za­wa­ha­ła się chwi­lę, osta­tecz­nie jed­nak nie ode­bra­ła, po­dej­rze­wa­jąc, że roz­mo­wa może za­koń­czyć się gwał­tow­ną kłót­nią. Było jesz­cze wcze­śnie, a Vas­si­lis, kie­dy miał gor­szy dzień, po­tra­fił być nie­mi­ło­sier­nie zrzę­dli­wy. Lo­uise po­sta­no­wi­ła, że po­roz­ma­wia z nim po po­wro­cie do Gre­cji.

Wsu­nę­ła ko­mór­kę do to­reb­ki, do­pi­ła kawę, po czym zde­cy­do­wa­ła, że ma już dość tej kon­fe­ren­cji. Była wpraw­dzie pew­na, że na­stęp­ni pre­le­gen­ci mają do po­wie­dze­nia spo­ro cie­ka­wych rze­czy, lecz ona nie za­mie­rza­ła ich słu­chać. Ener­gicz­nie wsta­ła z miej­sca i od­szu­ka­ła męż­czy­znę z bli­zną. Skła­ma­ła, że na­gle za­cho­ro­wał jej bli­ski przy­ja­ciel, któ­re­go ży­ciu co praw­da nic nie za­gra­ża, ale spra­wa jest na tyle po­waż­na, że Lo­uise jest zmu­szo­na od­wo­łać swój udział w dal­szej czę­ści pro­gra­mu.

Po ja­kimś cza­sie mia­ła po­ża­ło­wać tych słów i za­drę­czać się, że gdy­by ich wów­czas nie wy­po­wie­dzia­ła, nie wy­wo­ła­ła­by wil­ka z lasu.

Tam­te­go dnia nad Vis­by świe­ci­ło je­sien­ne słoń­ce. Gdy tyl­ko wró­ci­ła do ho­te­lu, Lo­uise po­pro­si­ła re­cep­cjo­nist­kę o po­moc w zmia­nie re­zer­wa­cji bi­le­tu i już po chwi­li mia­ła miej­sce w sa­mo­lo­cie, któ­ry star­to­wał o trze­ciej po po­łu­dniu. Po­nie­waż po­zo­sta­ło jej spo­ro cza­su, po­spa­ce­ro­wa­ła jesz­cze do­oko­ła mu­rów ota­cza­ją­cych cen­trum mia­stecz­ka, wstę­pu­jąc po dro­dze do dwóch skle­pów z ubra­nia­mi. Przy­mie­rzy­ła dwa zro­bio­ne na dru­tach swe­try, ale ża­den jej się nie spodo­bał. Zja­dła obiad w chiń­skiej re­stau­ra­cji i zde­cy­do­wa­ła, że nie bę­dzie już pró­bo­wa­ła do­dzwo­nić się do Hen­ry­ka, tyl­ko zro­bi mu nie­spo­dzian­kę. Syn dał jej kie­dyś klucz do miesz­ka­nia oraz przy­zwo­le­nie na wi­zy­ty bez za­po­wie­dzi. Oznaj­mił jej wów­czas, że nie ma przed nią nic do ukry­cia.

Kie­dy o od­po­wied­niej po­rze do­tar­ła na lot­ni­sko, za­uwa­ży­ła w kio­sku wy­da­nie lo­kal­nej ga­ze­ty ze zdję­ciem gru­py ar­che­olo­gów, któ­re zro­bio­no dzień wcze­śniej. Ku­pi­ła eg­zem­plarz, ode­rwa­ła stro­nę ze zdję­ciem i scho­wa­ła ją do to­reb­ki. Chwi­lę póź­niej ogło­szo­no, że jej sa­mo­lot ma awa­rię i że pa­sa­że­ro­wie będą mu­sie­li za­cze­kać na na­stęp­ną ma­szy­nę, któ­ra do­pie­ro leci do Vis­by ze Sztok­hol­mu.

Lo­uise na­wet się nie roz­zło­ści­ła, po­czu­ła je­dy­nie na­ra­sta­ją­ce w niej znie­cier­pli­wie­nie. Po­nie­waż nie było żad­ne­go in­ne­go lotu, na któ­ry mo­gła­by zdo­być bi­let, wy­szła na ze­wnątrz, żeby za­pa­lić. Prze­szło jej przez myśl, że po­peł­ni­ła błąd, nie od­bie­ra­jąc te­le­fo­nu od Vas­si­li­sa. Po­win­na była sta­wić czo­ła jego wście­kło­ści i zra­nio­ne­mu ego. Naj­wy­raź­niej nie umiał po­go­dzić się z jej na­głą de­cy­zją. Mimo to nie od­dzwo­ni­ła.

Lot od­był się z bli­sko dwu­go­dzin­nym opóź­nie­niem, więc do Sztok­hol­mu do­tar­ła po sie­dem­na­stej. Zła­pa­ła tak­sów­kę na lot­ni­sku i ka­za­ła się za­wieźć pro­sto do miesz­ka­nia Hen­ry­ka w dziel­ni­cy Söder. Po dro­dze utknę­li w kor­ku spo­wo­do­wa­nym ja­kimś wy­pad­kiem. Dużo póź­niej Lo­uise przy­szło do gło­wy, że może ja­kaś nie­zna­na siła pró­bo­wa­ła ją wów­czas za­trzy­mać, jak naj­bar­dziej opóź­nić, oszczę­dzić. Tam­te­go dnia jed­nak ni­cze­go nie prze­czu­wa­ła. Moc­no znie­cier­pli­wio­na stwier­dzi­ła tyl­ko, że Szwe­cja co­raz bar­dziej przy­po­mi­na jej Gre­cję, jej nie­usta­ją­ce kor­ki i cią­głe spóź­nie­nia.

Hen­ryk miesz­kał przy Ta­va­st­ga­tan, spo­koj­nej ulicz­ce po­ło­żo­nej nie­da­le­ko jed­nej z naj­ru­chliw­szych ar­te­rii w dziel­ni­cy. Do­tarł­szy na miej­sce, Lo­uise od­kry­ła, że kod do bra­my jest cią­gle ten sam: data bi­twy pod Ha­stings, 1066. Roz­le­gło się ci­che brzę­cze­nie i drzwi ustą­pi­ły. Hen­ryk miesz­kał na ostat­nim pię­trze, dzię­ki cze­mu miał z okien wi­dok na po­kry­te bla­chą da­chy i wie­że ko­ściel­ne. Kie­dyś, ku prze­ra­że­niu Lo­uise, syn oznaj­mił, że je­śli sta­nie się na pa­ra­pe­cie jed­ne­go z okien, w od­da­li moż­na do­strzec wody cie­śni­ny Nor­r­ström.

Za­dzwo­ni­ła dwu­krot­nie, ale nikt nie otwo­rzył. Gdy w koń­cu we­szła do miesz­ka­nia, na­tych­miast za­sko­czył ją pa­nu­ją­cy w nim za­duch.

W jed­nej chwi­li ogar­nął ją strach. Po­czu­ła, że coś jest nie tak. Wstrzy­ma­ła od­dech i na­słu­chi­wa­ła. Z przed­po­ko­ju wi­dzia­ła kuch­nię. Ni­ko­go tu nie ma, stwier­dzi­ła. Za­wo­ła­ła Hen­ry­ka, lecz od­po­wie­dzia­ła jej ci­sza. Nie­po­kój mi­nął. Po­wie­si­ła płaszcz na wie­sza­ku i zrzu­ci­ła buty. Na pod­ło­dze w przed­po­ko­ju nie było ulo­tek re­kla­mo­wych ani żad­nej pocz­ty, po­my­śla­ła więc, że Hen­ryk nig­dzie nie wy­je­chał. We­szła do kuch­ni i rzu­ci­ła okiem na zlew. Był pu­sty, nie pię­trzy­ły się w nim brud­ne na­czy­nia. Ku jej zdzi­wie­niu po­kój dzien­ny oka­zał się wy­sprzą­ta­ny, na biur­ku nie le­ża­ły żad­ne pa­pie­ry. Roz­glą­da­jąc się da­lej, Lo­uise uchy­li­ła drzwi do sy­pial­ni.

Hen­ryk był pod koł­drą. Jego gło­wa cięż­ko spo­czy­wa­ła na po­dusz­ce. Le­żał na ple­cach, jed­na ręka zwi­sa­ła nad pod­ło­gą, dru­ga spo­czy­wa­ła na klat­ce pier­sio­wej.

Od razu zro­zu­mia­ła, że syn nie żyje. W de­spe­rac­kiej pró­bie uwol­nie­nia się od tej my­śli krzyk­nę­ła na cały głos. Hen­ryk jed­nak ni­cze­go nie mógł usły­szeć. Le­żał tu, ale już go nie było.

Był pią­tek, 17 wrze­śnia. Lo­uise Can­tor sto­czy­ła się w czar­ną ot­chłań, któ­ra wy­peł­ni­ła jej cia­ło. Wy­bie­gła z miesz­ka­nia, nie prze­sta­jąc krzy­czeć. Ci, któ­rzy ją wte­dy sły­sze­li, ze­zna­li póź­niej, że jej wrzask brzmiał jak wy­cie cier­pią­ce­go zwie­rzę­cia.

3

Do ogar­nię­te­go cha­osem umy­słu Lo­uise przedar­ła się tyl­ko jed­na myśl. Aron. Gdzie on się po­dzie­wa? Czy w ogó­le jesz­cze żyje? Dla­cze­go nie ma go przy niej? Hen­ryk był ich dziec­kiem, tego Aron nie miał pra­wa się wy­przeć. Eks­mąż oczy­wi­ście nie zja­wił się, nig­dy się zresz­tą nie zja­wiał. Był jak cien­ka smu­ga dymu, któ­rej nie dało się zła­pać, na któ­rej Lo­uise nig­dy nie mo­gła się wes­przeć.

Po ja­kimś cza­sie uświa­do­mi­ła so­bie, że nie pa­mię­ta tych pierw­szych paru go­dzin, któ­re na­stą­pi­ły po zna­le­zie­niu mar­twe­go Hen­ry­ka. Wie­dzia­ła tyl­ko to, z cze­go zda­li jej re­la­cję są­sie­dzi. Je­den z nich otwo­rzył drzwi wła­śnie w chwi­li, gdy się po­tknę­ła i spa­dła ze scho­dów. Po­tem po­ja­wił się wo­kół niej tłum, ra­tow­ni­cy me­dycz­ni, po­li­cjan­ci. Mimo że gwał­tow­nie opo­no­wa­ła, wpro­wa­dzo­no ją z po­wro­tem do miesz­ka­nia. Nie chcia­ła tam wra­cać, wma­wia­ła so­bie, że wca­le nie zna­la­zła tam mar­twe­go syna, że on po pro­stu gdzieś wy­szedł i za­raz wró­ci. Po­li­cjant­ka o twa­rzy dziec­ka gła­dzi­ła ją po ra­mie­niu, ni­czym mat­ka po­cie­sza­ją­ca có­recz­kę, któ­ra upa­dła i zra­ni­ła się w nogę.

Lo­uise jed­nak nie pła­ka­ła z po­wo­du roz­bi­te­go ko­la­na. Była zdru­zgo­ta­na, bo umarł jej syn. Po­li­cjant­ka po­now­nie się przed­sta­wi­ła, mia­ła na imię Emma. Lo­uise przy­szła do gło­wy ab­sur­dal­na myśl, że to sta­ro­świec­kie imię znów sta­ło się mod­ne. Wła­ści­wie wszyst­kie te imio­na są znów ak­tu­al­ne, roz­my­śla­ła, na­wet moje, któ­re­go kie­dyś uży­wa­ła tyl­ko ary­sto­kra­cja i któ­re po­tem prze­nik­nę­ło do niż­szych warstw spo­łe­czeń­stwa. Dziś jest do­stęp­ne dla wszyst­kich. Jej oj­ciec Ar­tur uparł się na to imię, a po­tem w szko­le dzie­ci jej do­ku­cza­ły. Wte­dy w Szwe­cji pa­no­wa­ła kró­lo­wa imie­niem Lo­uise. Była strasz­nie sta­ra i wy­glą­da­ła jak uschnię­ta wierz­ba. Lo­uise nie­na­wi­dzi­ła swo­je­go imie­nia przez całe dzie­ciń­stwo i dłu­go po­tem, aż do cza­su, kie­dy do­biegł koń­ca jej ro­mans z Emi­lem, gdy wy­zwo­li­ła się z jego niedź­wie­dzich ob­jęć i znów była wol­na. I wła­śnie wte­dy imię Lo­uise sta­ło się na­gle nie­zwy­kłe i in­try­gu­ją­ce.

Wszyst­kie te cha­otycz­ne my­śli kłę­bi­ły się w jej gło­wie, a po­li­cjant­ka imie­niem Emma cały czas po­kle­py­wa­ła ją po ra­mie­niu, zu­peł­nie jak­by wy­bi­ja­ła rytm ka­ta­stro­fy albo uosa­bia­ła czas, któ­ry spo­koj­nie mi­jał.

Jed­ną z nie­wie­lu rze­czy, któ­re Lo­uise za­pa­mię­ta­ła z tam­tych chwil, był ob­raz, któ­ry ni stąd, ni zo­wąd sta­nął jej przed ocza­mi. Wy­obra­zi­ła so­bie, że czas jest jak po­wo­li od­pły­wa­ją­cy sta­tek. Sta­ła na nad­brze­żu, a ze­gar od­li­cza­ją­cy ży­cie ty­kał co­raz wol­niej. Zo­sta­ła sama, wy­da­rze­nia tego dnia prze­bie­ga­ły gdzieś obok. To nie Hen­ryk zmarł, lecz ona sama.

Co ja­kiś czas mia­ła ocho­tę uciec i uwol­nić się od tego przy­ja­zne­go po­kle­py­wa­nia. Po­wie­dzia­no jej póź­niej, że jej krzyk był prze­ra­ża­ją­cy. W koń­cu ko­muś uda­ło się wmu­sić w nią ta­blet­kę uspo­ka­ja­ją­cą, któ­ra uczy­ni­ła Lo­uise otę­pia­łą. Za­pa­mię­ta­ła, że w pew­nej chwi­li lu­dzie krę­cą­cy się po ma­łym miesz­ka­niu za­czę­li po­ru­szać się w zwol­nio­nym tem­pie, jak­by ktoś pu­ścił źle zmon­to­wa­ny film.

Kie­dy po­grą­ża­ła się co­raz głę­biej w czar­ną ot­chłań, przez gło­wę Lo­uise prze­mknę­ło rów­nież kil­ka cha­otycz­nych my­śli o Bogu. Wła­ści­wie nig­dy z Nim nie roz­ma­wia­ła, przy­najm­niej nie zda­rzy­ło się to, od­kąd prze­sta­ła być na­sto­lat­ką i prze­szła po­waż­ny kry­zys wia­ry. Sta­ło się to po tym, jak pew­ne­go gru­dnio­we­go ran­ka, tuż przed świę­tą Łu­cją, jej ko­le­żan­kę z kla­sy prze­je­chał pług śnież­ny. Wte­dy po raz pierw­szy Lo­uise po­czu­ła, że śmierć może ude­rzyć tuż obok. Tam­ta śmierć pach­nia­ła wil­got­ną weł­ną, spo­wi­ta była śnie­giem i prze­ni­kli­wym chło­dem. Pa­mię­ta­ła, że na­uczy­ciel­ka się roz­pła­ka­ła i już sam wi­dok łka­ją­cej jak dziec­ko su­ro­wej na co dzień wy­cho­waw­czy­ni spra­wił, że idyl­la dzie­ciń­stwa za­drża­ła w po­sa­dach. Na ław­ce, w któ­rej zwy­kle sie­dzia­ła ta za­bi­ta dziew­czyn­ka, po­sta­wio­no pło­ną­cą świecz­kę. Traf chciał, że było to miej­sce obok Lo­uise. Do­pie­ro wte­dy zro­zu­mia­ła, że ko­le­żan­ki już nie ma, że śmierć ozna­cza, że ko­goś już nie ma i to wszyst­ko. Do­pie­ro po­tem do­tar­ła do niej i od tej pory na­pa­wa­ła prze­ra­że­niem świa­do­mość, że śmierć strze­la na oślep. Lo­uise za­da­wa­ła so­bie te py­ta­nia i na­gle zro­zu­mia­ła, że nie kie­ru­je ich do sie­bie, ale wła­śnie do Boga.

On jed­nak nie od­po­wia­dał, mimo że ro­bi­ła wszyst­ko, by zwró­cić na sie­bie Jego uwa­gę, urzą­dzi­ła na­wet mały oł­ta­rzyk w szo­pie na drew­no. Bóg oka­zał się ni­czym nie­obec­ny do­ro­sły, któ­ry od­zy­wa się do dziec­ka tyl­ko wte­dy, kie­dy ma na to ocho­tę. W koń­cu do­szła do wnio­sku, że wła­ści­wie w Nie­go nie wie­rzy, a to, co od­czu­wa­ła wo­bec Nie­go wcze­śniej, było czymś na po­do­bień­stwo pla­to­nicz­nej mi­ło­ści do nie­do­stęp­ne­go, star­sze­go od niej o wie­le lat chłop­ca.

Bóg nie za­go­ścił w ży­ciu Lo­uise aż do te­raz, ale i tym ra­zem mil­czał. Zo­sta­ła cał­kiem sama. Była już tyl­ko ona, kle­pią­ca ją po ra­mie­niu po­li­cjant­ka oraz ja­cyś lu­dzie po­ro­zu­mie­wa­ją­cy się przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi, po­ru­sza­ją­cy się w zwol­nio­nym tem­pie, naj­wy­raź­niej szu­ka­ją­cy cze­goś, cze­go do tej pory nie za­uwa­ży­li.

Na­gle wo­kół za­pa­dła zu­peł­na ci­sza, jak­by ktoś prze­ciął ta­śmę z dźwię­kiem. Gło­sy ota­cza­ją­ce Lo­uise za­mil­kły, lecz po chwi­li ich miej­sce za­ję­ły szep­ty, któ­re wy­peł­nia­ły jej gło­wę i po­wta­rza­ły raz po raz, że to, co się dzie­je, nie może być praw­dą. Hen­ryk prze­cież po pro­stu le­żał so­bie w łóż­ku i spał. Nie był mar­twy. To nie­moż­li­we, by nie żył. Prze­cież Lo­uise przy­je­cha­ła spe­cjal­nie po to, żeby go od­wie­dzić.

Ja­kiś ubra­ny po cy­wil­ne­mu po­li­cjant o zmę­czo­nych oczach po­pro­sił ją, żeby po­szła za nim do kuch­ni. Po­tem zro­zu­mia­ła, że męż­czy­zna zro­bił to po to, by nie wi­dzia­ła, jak wy­no­szą cia­ło Hen­ry­ka. Usie­dli przy sto­le. Po­ło­żyw­szy otwar­tą dłoń na bla­cie, Lo­uise po­czu­ła nie­uprząt­nię­te okrusz­ki.

Hen­ryk nie może być mar­twy, prze­cież stół jest cały w okru­chach!

Po­li­cjant mu­siał się dwu­krot­nie przed­sta­wić, za­nim jego sło­wa do­tar­ły do Lo­uise. Na­zy­wał się Göran Vre­de1. Tak, po­my­śla­ła, to bar­dzo sto­sow­ne w tej sy­tu­acji, tak się wła­śnie czu­ję, kie­dy tyl­ko do­pusz­czam do sie­bie myśl, że to się dzie­je na­praw­dę.

Męż­czy­zna za­da­wał jej py­ta­nia, na któ­re ona od­po­wia­da­ła swo­imi py­ta­nia­mi, a on z ko­lei pró­bo­wał udzie­lić jej na nie od­po­wie­dzi. Roz­mo­wa przy­po­mi­na­ła cho­dze­nie w kół­ko.

Pew­ne było je­dy­nie to, że Hen­ryk nie żyje. Göran Vre­de oznaj­mił, że nic nie wska­zu­je na to, aby w tym zda­rze­niu bra­ły udział oso­by trze­cie. Po­tem za­py­tał, czy Hen­ryk na coś cho­ro­wał. Lo­uise wy­ja­śni­ła mu, że jej syn nie cho­ro­wał wła­ści­wie nig­dy, nie li­cząc okre­su dzie­ciń­stwa, ale i wów­czas nie od­no­to­wa­no ni­cze­go nie­ty­po­we­go. Od­kąd był do­ro­sły, na­wet się nie prze­zię­biał. Po­li­cjant spo­rzą­dzał no­tat­ki w nie­wiel­kim no­te­sie. Lo­uise przy­pa­try­wa­ła się jego gru­bym pal­com, za­sta­na­wia­jąc się, czy są na tyle spraw­ne, żeby do­szu­kać się praw­dy.

– Ktoś go za­mor­do­wał – po­wie­dzia­ła.

– Nie ma śla­dów prze­mo­cy – od­parł Vre­de.

Lo­uise chcia­ła za­pro­te­sto­wać, ale nie mia­ła już sił. Dłuż­szą chwi­lę sie­dzie­li w mil­cze­niu, aż w koń­cu po­li­cjant za­py­tał, czy Lo­uise ma do kogo za­dzwo­nić. Nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, po­dał jej swo­ją ko­mór­kę. Lo­uise wy­stu­ka­ła nu­mer do ojca. Od­kąd nie było przy niej Aro­na, nie mia­ła ni­ko­go in­ne­go. Wsłu­chi­wa­ła się w prze­mi­ja­ją­ce je­den po dru­gim sy­gna­ły, lecz nikt nie od­bie­rał. Być może oj­ciec po­szedł do lasu i rzeź­bi, po­my­śla­ła. Tam nie mógł go do­się­gnąć te­le­fon. A co, je­śli krzyk­nę od­po­wied­nio gło­śno? Czy wte­dy mnie usły­szy? W tej sa­mej chwi­li ode­zwał się jego głos.

Kie­dy Ar­tur ode­brał, Lo­uise od razu się roz­pła­ka­ła, zu­peł­nie jak­by na­gle cof­nął się czas, a ona znów była małą, bez­bron­ną, szu­ka­ją­cą po­cie­sze­nia dziew­czyn­ką.

– Hen­ryk nie żyje – wy­krztu­si­ła po chwi­li.

Ci­szę prze­ry­wał tyl­ko jego cięż­ki od­dech. Oj­ciec miał płu­ca wiel­kie jak mie­chy i po­trze­bo­wał ogrom­nej ilo­ści po­wie­trza, by je na­peł­nić.

– Hen­ryk nie żyje – po­wtó­rzy­ła.

Usły­sza­ła tyl­ko, jak wy­du­sił coś z sie­bie gło­śno. Być może po­wie­dział: „Mój Boże”, albo po pro­stu prze­klął.

– Co się sta­ło? – za­py­tał.

– Sie­dzę u nie­go w kuch­ni. Przy­je­cha­łam do nie­go, to mia­ła być nie­spo­dzian­ka, a on spał. To zna­czy le­żał w łóż­ku i był mar­twy.

Nie mia­ła nic wię­cej do po­wie­dze­nia, od­da­ła więc te­le­fon Göra­no­wi Vre­de, któ­ry wstał, żeby prze­ka­zać jej ojcu wy­ra­zy współ­czu­cia. Do­pie­ro kie­dy po­li­cjant za­czął mó­wić do słu­chaw­ki, do Lo­uise do­tar­ło po raz pierw­szy, że Hen­ryk rze­czy­wi­ście nie żyje. Że nie były to tyl­ko sło­wa, ob­ra­zy czy ja­kieś ma­ka­brycz­ne przy­wi­dze­nie lub ob­jaw jej wła­sne­go obłę­du. Hen­ryk na­praw­dę nie żył.

Göran Vre­de skoń­czył roz­ma­wiać.

– Pani oj­ciec po­wie­dział, że pił i nie może pro­wa­dzić, ale weź­mie tak­sów­kę. Gdzie on miesz­ka?

– W Här­je­da­len.

– I chce wziąć tak­sów­kę? Prze­cież to z pięć­set ki­lo­me­trów!

– Mó­wił po­waż­nie. Uwiel­biał Hen­ry­ka.

Nie­dłu­go po­tem za­pro­wa­dzo­no Lo­uise do ho­te­lu, w któ­rym ktoś za­re­zer­wo­wał dla niej po­kój. Do­pó­ki nie zja­wił się Ar­tur, sta­le to­wa­rzy­szy­li jej ja­cyś lu­dzie, naj­czę­ściej po­li­cjan­ci w mun­du­rach. Do­sta­ła ko­lej­ne otę­pia­ją­ce ta­blet­ki i chy­ba uda­ło jej się na­wet na chwi­lę za­snąć, cho­ciaż wca­le nie była tego pew­na. Pod­czas tych go­dzin śmierć Hen­ry­ka spo­wi­ta była mgłą. Je­dy­nym, co Lo­uise po­tra­fi­ła so­bie przy­po­mnieć w trak­cie ocze­ki­wa­nia na ojca, było wspo­mnie­nie, jak Hen­ryk skon­stru­ował kie­dyś me­cha­nicz­ne pie­kło. Nie umia­ła wy­ja­śnić, dla­cze­go my­śla­ła aku­rat o tym, pół­ki z po­ukła­da­ny­mi na nich wspo­mnie­nia­mi na­gle się za­wa­li­ły i wszyst­ko zna­la­zło się nie na swo­im miej­scu. Co­kol­wiek pró­bo­wa­ła­by so­bie przy­po­mnieć, jej umysł się­gał po coś zu­peł­nie in­ne­go, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­ne­go.

Hen­ryk miał wte­dy pięt­na­ście lub szes­na­ście lat. Lo­uise koń­czy­ła wła­śnie pra­cę nad dok­to­ra­tem o róż­ni­cach mię­dzy at­tyc­ki­mi gro­bow­ca­mi z epo­ki brą­zu a ce­re­mo­nią po­chów­ku w pół­noc­nej Gre­cji. Był to czas, kie­dy drę­czy­ły ją sil­ne wąt­pli­wo­ści co do war­to­ści me­ry­to­rycz­nej tej pra­cy i – w kon­se­kwen­cji – wie­lu bez­sen­nych nocy. Hen­ryk prze­ży­wał okres bun­tu, a z po­wo­du bra­ku ojca wszyst­kie swo­je pre­ten­sje i żale wy­le­wał na mat­kę. Lo­uise za­czę­ła ży­wić po­waż­ne oba­wy, że jej syn wpadł w to­wa­rzy­stwo, w któ­rym po­ja­wia­ły się nar­ko­ty­ki. Na szczę­ście wszyst­ko to ja­koś mi­nę­ło i pew­ne­go dnia Hen­ryk po­ka­zał jej fo­to­gra­fię me­cha­nicz­ne­go pie­kła, eks­po­na­tu jed­ne­go z mu­ze­ów w Ko­pen­ha­dze. Oznaj­mił, że chce je zo­ba­czyć, i Lo­uise od razu wy­czu­ła, że syn ła­two nie od­pu­ści. Za­pro­po­no­wa­ła więc, żeby wy­bra­li się tam ra­zem. Była wcze­sna wio­sna, a po­nie­waż Lo­uise mia­ła za­pla­no­wa­ną obro­nę na maj, uzna­ła, że i jej przy­da się tro­chę wol­ne­go.

Po­dróż bar­dzo ich do sie­bie zbli­ży­ła. To wte­dy po raz pierw­szy wy­szli poza gra­ni­ce ukła­du mat­ka–dziec­ko. Hen­ryk był już pra­wie do­ro­sły i żą­dał od niej, żeby tak wła­śnie go trak­to­wa­ła. Za­py­tał ją o Aro­na i wła­śnie wte­dy opi­sa­ła mu praw­dzi­wą hi­sto­rię ich peł­ne­go pa­sji związ­ku, któ­re­go je­dy­nym po­zy­tyw­nym owo­cem był Hen­ryk. Opo­wia­da­jąc mu o ojcu, nie wspo­mnia­ła o kłam­stwach, ja­ki­mi ją kar­mił, oraz o jego cią­głych uciecz­kach od od­po­wie­dzial­no­ści za dziec­ko, któ­re­go się spo­dzie­wa­li. Hen­ryk słu­chał w sku­pie­niu, a py­ta­nia, ja­kie za­da­wał, świad­czy­ły o tym, że miał je przy­go­to­wa­ne od daw­na.

Spę­dzi­li w Ko­pen­ha­dze dwa wietrz­ne dni, bro­dząc po uli­cach to­ną­cych w po­śnie­go­wym bło­cie, ale w koń­cu uda­ło im się do­trzeć do miej­sca, któ­re­go szu­ka­li. Od­na­le­zie­nie me­cha­nicz­ne­go pie­kła było jak try­umf zwień­cza­ją­cy wy­pra­wę. Pie­kło skon­stru­ował nie­zna­ny ar­ty­sta na po­cząt­ku osiem­na­ste­go wie­ku, za­pew­ne ja­kiś sza­le­niec. Było nie więk­sze niż te­atr la­lek. Kie­dy na­krę­ci­ło się od­po­wied­nie sprę­ży­ny, moż­na było po­dzi­wiać, jak wy­cię­te z bla­chy syl­wet­ki dia­błów za­czy­na­ły po­że­rać prze­ra­żo­nych lu­dzi spa­da­ją­cych na dno pie­kła z umiesz­czo­nej po­wy­żej po­przecz­ki. Wo­kół tań­czy­ły wy­kro­jo­ne z żół­te­go me­ta­lu pło­mie­nie, a z boku po­dry­gi­wał Lu­cy­fer z dłu­gim ogo­nem. Wszyst­ko po­ru­sza­ło się do mo­men­tu, aż sprę­ży­ny się roz­prę­ży­ły. Wte­dy pie­kło na po­wrót za­mie­ra­ło. Mimo że me­cha­nizm urzą­dze­nia był nie­zwy­kle kru­chy i cen­ny i wpra­wia­nie go w ruch było za­bro­nio­ne, uda­ło im się na­mó­wić pra­cow­ni­ka mu­zeum, by na­krę­cił sprę­ży­ny. Nig­dzie na świe­cie nie było ni­cze­go po­dob­ne­go.

To wte­dy Hen­ryk zde­cy­do­wał, że skon­stru­uje wła­sne me­cha­nicz­ne pie­kło. Lo­uise nie po­trak­to­wa­ła tego po­waż­nie, wąt­piąc w jego tech­nicz­ne umie­jęt­no­ści. Jed­nak pew­ne­go wie­czo­ru ja­kieś trzy mie­sią­ce póź­niej Hen­ryk za­pro­sił ją do swo­je­go po­ko­ju i za­de­mon­stro­wał do­kład­ną ko­pię za­baw­ki, jaką wi­dzie­li w Ko­pen­ha­dze. Lo­uise była zdu­mio­na i za­la­ła ją nie­opi­sa­na fala go­ry­czy z po­wo­du Aro­na, któ­ry nie in­te­re­so­wał się sy­nem i nie wie­dział, jaki jest uta­len­to­wa­ny.

Lo­uise nie mia­ła po­ję­cia, dla­cze­go wła­śnie to wspo­mnie­nie wy­peł­nia­ło jej umysł, kie­dy sie­dzia­ła w ho­te­lo­wym po­ko­ju w to­wa­rzy­stwie czu­wa­ją­cych nad nią po­li­cjan­tów i cze­ka­ła na ma­ją­ce­go się wkrót­ce po­ja­wić ojca. W tam­tych cza­sach od­czu­wa­ła ogrom­ną wdzięcz­ność, że Hen­ryk ist­nie­je. Syn nada­wał jej ży­ciu sens i nie mo­gła się temu rów­nać sa­tys­fak­cja z na­pi­sa­nia dok­to­ra­tu lub do­ko­na­nie na­wet nie wia­do­mo jak cie­ka­wych ar­che­olo­gicz­nych od­kryć. Do­szła wów­czas do wnio­sku, że je­śli w ogó­le ży­cie ma ja­kiś sens, to musi nim być obec­ność dru­gie­go czło­wie­ka.

Lecz Hen­ryk już nie żył. Płacz do­pa­dał Lo­uise fa­la­mi, jak stru­gi desz­czu nie­sio­ne po­ry­wi­stym wia­trem, któ­re ata­ku­ją z im­pe­tem i szyb­ko mi­ja­ją. Czas prze­stał mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Nie mia­ła po­ję­cia, jak dłu­go cze­ka­ła już na Ar­tu­ra. Tuż przed jego przy­by­ciem po­my­śla­ła, że Hen­ryk nig­dy świa­do­mie nie za­dał­by jej ta­kie­go bólu, nie­za­leż­nie od tego, jak źle by­ło­by mu na świe­cie. Czu­ła, że ona sama jest gwa­ran­cją tego, iż jej syn nig­dy nie po­peł­nił­by sa­mo­bój­stwa.

Cóż więc po­zo­sta­je? Ktoś mu­siał go za­bić. Pró­bo­wa­ła to wy­tłu­ma­czyć czu­wa­ją­cej przy niej po­li­cjant­ce. Wkrót­ce w po­ko­ju po­ja­wił się Göran Vre­de. Cięż­ko opadł na krze­sło sto­ją­ce na­prze­ciw­ko Lo­uise.

– Dla­cze­go? – za­py­tał.

– Co dla­cze­go? – zdzi­wi­ła się Lo­uise.

– Dla­cze­go pani są­dzi, że ktoś go za­bił?

– Nie ma in­ne­go wy­ja­śnie­nia.

– Czy miał ja­kichś wro­gów? Czy ostat­nio spo­tka­ło go coś nie­zwy­kłe­go?

– Nie wiem. Ale cóż in­ne­go mo­gło się wy­da­rzyć? Prze­cież on miał dwa­dzie­ścia pięć lat!

– Tego nie wie­my, na­to­miast pew­ne jest, że na miej­scu zda­rze­nia nie zna­leź­li­śmy żad­nych śla­dów prze­mo­cy.

– Ale ktoś mu­siał go za­bić.

– Nic na to nie wska­zu­je.

Lo­uise nie od­pusz­cza­ła, jak man­trę po­wta­rza­jąc, że ktoś za­bił jej syna. Za­mor­do­wał go z zim­ną krwią. Göran Vre­de słu­chał jej, trzy­ma­jąc w dło­ni no­tat­nik. Ni­cze­go jed­nak w nim nie za­pi­sy­wał, co roz­zło­ści­ło Lo­uise.

– Dla­cze­go pan nie no­tu­je?! – krzyk­nę­ła bez­rad­nie. – Prze­cież panu mó­wię, co tu się sta­ło!

Vre­de otwo­rzył no­tes, ale nie za­czął w nim pi­sać.

W tej sa­mej chwi­li do po­ko­ju wszedł Ar­tur. Ubra­ny był tak, jak­by przy­szedł pro­sto z po­lo­wa­nia. Miał na so­bie gu­mo­we ka­lo­sze i sta­rą skó­rza­ną kurt­kę, któ­rą Lo­uise pa­mię­ta­ła jesz­cze z dzie­ciń­stwa i któ­ra wciąż tak samo ostro pach­nia­ła ta­ba­ką, ole­jem oraz czymś, cze­go nig­dy nie uda­ło jej się zi­den­ty­fi­ko­wać. Był bla­dy i roz­czo­chra­ny. Na jego wi­dok Lo­uise ze­rwa­ła się z miej­sca i pod­bie­gła, żeby się przy­tu­lić. Ma­rzy­ła o tym, żeby uwol­nił ją od kosz­ma­ru, tak samo jak to ro­bił, kie­dy była małą dziew­czyn­ką i w środ­ku nocy, wy­stra­szo­na, wśli­zgi­wa­ła się pod jego koł­drę. Wie­dzia­ła wów­czas, że może mu prze­ka­zać swój strach. Przez krót­ką chwi­lę po­czu­ła ulgę, wie­rząc na­gle, że wy­da­rze­nia z ostat­nich go­dzin były tyl­ko złu­dze­niem. Lecz kie­dy Ar­tur za­czął pła­kać, Hen­ryk opu­ścił ją po raz dru­gi. Znów do niej do­tar­ło, że syn już się nie obu­dzi.

Nikt nie był w sta­nie po­cie­szyć Lo­uise, nie­szczę­ście przy­gnio­tło ją ca­łym swo­im cię­ża­rem. Ar­tur pró­bo­wał za­cho­wać zim­ną krew, chciał wie­dzieć, co do­kład­nie się sta­ło, i dla­te­go po­now­nie we­zwa­no Göra­na Vre­de. Po­li­cjant miał prze­krwio­ne ze zmę­cze­nia oczy i tym ra­zem na­wet nie wy­jął no­te­su. Ar­tur po­pro­sił go o re­la­cję. Lo­uise od­wa­ży­ła się wy­słu­chać po­now­nie wszyst­kie­go o śmier­ci Hen­ry­ka, tym ra­zem ma­jąc wspar­cie ojca.

Vre­de po­wtó­rzył to, co