Może Estera - Katja Petrowskaja - ebook

Może Estera ebook

Katja Petrowskaja

0,0
28,17 zł

lub
Opis

Książka „Może Estera” powraca w wersji elektronicznej, z nową okładką w serii z Żurawiem.

Czy jej prababka ze strony ojca naprawdę nazywała się Estera? Czy w 1941 roku to ona została sama w pustym kijowskim mieszkaniu, po tym jak jej rodzina uciekła z miasta? Czy ktoś słyszał, jak z dziecięcą naiwnością zwróciła się w jidysz do niemieckich żołnierzy? A może ktoś stał w oknie i patrzył jak zastrzelili ją bez cienia emocji?

Pełna białych plam historia rodzinna, którą opowiada Petrowska, to materiał na powieść historyczną. Jej dziadek działał w podziemiu rewolucyjnym w Odessie. Brat dziadka, Judasz Stern, został w 1932 roku skazany na śmierć za próbę zamachu na radcę ambasady Niemiec w Moskwie. Jeden z jej pradziadków założył w Warszawie sierociniec dla głuchoniemych żydowskich dzieci. Petrowska nie tworzy z tych wydarzeń podręcznika do historii. Opisuje raczej osobistą podróż do miejsc, w których się one rozegrały. Snuje przy tym refleksję nad traumatyczną historią XX wieku, która nie daje się ułożyć w spójną całość.

Petrowskaja próbuje zrekonstruować portret swojej żydowskiej rodziny na tle dwudziestowiecznych losów państw Europy Środkowej i Wschodniej: Ukrainy, Polski, Niemiec oraz Rosji.

Książka składa się z krótkich szkiców. Autorka świadomie zrezygnowała z łączenia ich w ciągłą narrację, podkreślając niepewność i fragmentaryczność dostępnych informacji. Jej opowieść stanowi tym samym zapis doświadczenia wielu rodzin naszej części kontynentu w XX wieku, wspólnego dla Żydów, jak i Polaków czy Ukraińców.

Petrowskaja umiejętnie łączy elementy literatury pięknej i historycznego reportażu, wciągając czytelnika w detektywistyczne poszukiwanie śladów przeszłości. „Może Estera” jednocześnie zaciekawia i wzrusza.

* * *

Jechałam jako Rosjanka z Niemiec do żydowskiej Warszawy moich krewnych, do Polski, do Polszy, i wydawało mi się, że oba moje języki czynią mnie reprezentantką jej zaborców. Jako potomkini bojowników walczących z niemotą byłam wprawdzie gotowa do akcji, ale niema, nie znałam żadnego z języków moich przodków, ani polskiego, ani żydowskiego, ani hebrajskiego, ani języka migowego, nie wiedziałam nic o sztetlach, nie znałam żadnej modlitwy, byłam nowicjuszką we wszystkich dziedzinach, do których moi krewni czuli się powołani. Z pomocą moich słowiańskich języków próbowałam odgadnąć język polski, przeczucia zastępowały wiedzę, Polska była głucha, ja – niema. Fragment

* * *

„Wspomnieniowa publikacja Petrowskiej to nie tylko próba zmierzenia się z własną przeszłością oraz gotowość przeciwstawienia się niepamięci. Książka ta stanowi także sugestywne, wzruszające, odsłaniające łatwość zapominania archiwum pamięci rodziny. W opowieści autorki widać odwagę w analizowaniu wydarzeń sprzed lat i świadomość tego, że w przypadku XX wieku i tego, co spotkało Żydów, życie będzie nierozłącznie splątane ze śmiercią. Petrowskiej udaje się i przypadkiem, i świadomie znakomicie połączyć historię prywatną, momentami nawet intymną, z historią publiczną." Bernadetta Darska, bernadettadarska.blogspot.com

„Opowieść Petrowskiej o losach jej żydowskiej rodziny przypomina wyciąganie kart z talii pamięci. Dobrze potasowanych kart, z których autorka układa eleganckiego pasjansa. ... “Może Estera”... O tym, co pełne i fragmentaryczne, pewne i tylko możliwe - każdym wartościowym strzępku Pamięci, dla którego słowo drukowane jest jak stop miedzi z cyną. Czyni je wiecznym." Aleksandra Buchaniec-Bartczak, Forum Żydów Polskich

„Może Estera” jest arcydziełem formy i stylu. Autorka ma niezwykły zmysł poetycki, a to oznacza, że potrafił łączyć w obrębie jednego akapitu (ba! nawet zdania) zjawiska, informacje, z różnych przestrzeni – Petrowska fantastycznie żongluje odwołaniami do kultury, literatury, historii, biografii i tworzy z tego wszystkiego niesamowitą migotliwą powierzchnię tekstu. Prywatną odyseję, której etapy wyznaczają wizyty w kolejnych miastach (Berlin, Warszawa, Kalisz, Kijów…), ilustruje topograficznymi danymi, precyzyjnymi portretami spotykanych ludzi, dygresjami, które jak łodzie podwodne schodzą w głębiny historii. Tomasz Fijałkowski, Lubimyczytać.pl

"Niewątpliwie w „Może Estera” znajdziemy więc wiele intrygujących opowieści, których bohaterami są bliżsi i dalsi krewni autorki, ale siła oddziaływania tej książki tkwi w czymś jeszcze. Istotne jest bowiem, że Katia Petrowska ukazuje czytelnikom swoje emocje towarzyszące kolejnym odkrywanym faktom czy własnym wyobrażeniom o możliwym przebiegu wydarzeń. Trudno wszak w tym momencie uciec od rozważań, na ile nasze korzenie wpływają na to, kim jesteśmy, oraz w jakim stopniu zdarzenia z przeszłości determinują naszą przyszłość". Marcin Mroziuk, Wp.pl

"Książka Petrowskiej dowodzi, że nie każdą układankę można dokończyć, że nie wszystkie jej części tak łatwo dadzą się dopasować. Zwodnicza i podziurawiona przez upływający czas ludzka pamięć nie jest w stanie odtworzyć wydarzeń sprzed dziesięcioleci. Jednocześnie wcale nie trzeba przeżyć wojny, by czuć ją pod skórą, żyjącą - lecz już własnym życiem. Fale wspomnień nachodzące autorkę niczym sny rozgorączkowanego dziecka odzwierciedla niezwykły język, przypominający ustnie przekazywane opowieści - rzecz rzadko już spotykaną w naszej kulturze. "Może Estera" to naprawdę świetna książka i uważam, że każdy powinien ją przeczytać". Anna Potuczko, Blog Book Loaf

* * *

Katia Petrowskaja urodziła się w Kijowie w 1970 roku. Od lat mieszka w Berlinie. W 2013 otrzymała prestiżową nagrodę literacką Ingeborg-Bachman-Preis za książkę „Może Estera”, która została okrzyknięta w Niemczech najlepszym debiutem literackim. Autorka jest również laureatką aspekte-Literaturpreis i Ernst-Toller-Preis.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 269

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Projekt okładki

Małgorzata Flis

Redaktor przekładu

Jacek St. Buras

Tytuł oryginału: Vielleicht Esther. Geschichten

© Suhrkamp Verlag Berlin 2014

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin

© Copyright for the Polish translation by S. Fischer Stiftung, Hamburg

© Copyright for Polish Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wydanie I, Kraków 2015

All rights reserved

Niniejszy utwór ani żaden jego fragment nie może być reprodukowany, przetwarzany i rozpowszechniany w jakikolwiek sposób za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych oraz nie może być przechowywany w żadnym systemie informatycznym bez uprzedniej pisemnej zgody Wydawcy.

Książka ukazuje się w ramach serii współczesnej literatury niemieckojęzycznej KROKI/SCHRITTE. Seria, zapoczątkowana w 2005 roku przez Fundację S. Fischer Stiftung i Pełnomocnika Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Kultury i Mediów, kontynuowana jest od 2008 roku wspólnie przez Fundację S. Fischer Stiftung, Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej i Fundację Kulturalną Pro Helvetia. Redaktorami serii są Jacek St. Buras (Warszawa) i Dietrich Simon (Berlin)

ISBN 978-83-233-3792-8 e-ISBN 978-83-233-9962-9

www.wuj.pl

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12-663-23-81, tel./fax 12-663-23-83

Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Google niech będą dzięki

Wolałabym nie musieć rozpoczynać moich podróży tu, na tym odludziu wokół dworca, które wciąż jeszcze świadczy o spustoszeniu tego miasta, miasta, które zostało zbombardowane i zrujnowane w trakcie zwycięskich bitew, w odwecie, tak mi się wydawało, bo z tego miasta dowodzono wojną, która spowodowała, jak okiem sięgnąć, tysiąckrotne spustoszenia, niemającą końca wojną błyskawiczną na żelaznych kołach, o żelaznych skrzydłach. To było tak dawno temu, że to miasto stało się jednym z najbardziej pokojowych miast świata i uprawia ten pokój niemal agresywnie, jako formę wspomnienia o wojnie.

Dworzec w środku miasta zbudowano niedawno i pomimo pokoju był on niegościnny, jakby uosabiał wszystkie te straty, których nie da się dogonić żadnym pociągiem, był jednym z najmniej gościnnych miejsc w naszej wzdłuż i wszerz zjednoczonej, a jednak bardzo ograniczonejEuropie, miejscem, gdzie zawsze panuje przeciąg i gdzie widok otwiera się na odludzie, nie dając wzrokowi okazji do zaczepienia się na gęstwinie miasta, oparcia na czymś, zanim się stąd odjedzie, z tej pustki pośrodku miasta, której żaden rząd nie zabuduje okazałymi budowlami ani dobrymi intencjami.

Ciągnęło również tym razem, kiedy stałam na peronie i znów obmacywałam wzrokiem wielkie literyBOMBARDIER Willkommen in Berlin [BOMBARDIER Witamy w Berlinie] pod łukiem dachu, dotykałam ich konturów znudzona, ale i po raz kolejny zdumiona bezlitosnością tego powitania. Ciągnęło, kiedy podszedł do mnie starszy pan i spytał o Bombardiera.

Myśli się natychmiast o bombach, powiedział, o artylerii, o tej potwornej, niepojętej wojnie, i dlaczego akurat tak ma witać Berlin, to piękne, przyjazne, zbombardowane miasto, które jest tego wszystkiego świadome, to przecież niemożliwe, żeby tym słowem napisanym wielkimi literami Berlin niejako bombardował takich przyjezdnych jak on, i co tu znaczy Willkommen, kto dokładnie ma tu być bombardowany i czym. Szuka usilnie jakiegoś wyjaśnienia, powiedział, bo zaraz odjeżdża. Odparłam, trochę zdziwiona tym, że mój głos wewnętrzny zwrócił się do mnie w osobie starego człowieka o czarnych oczach i amerykańskim akcencie, który bez tchu i coraz bardziej wzburzony, w sposób niemal nieokrzesany zarzucał mnie pytaniami, przez jakie sama przedzierałam się już setki razy, play it again, myślałam, coraz dalej zagłębiając się w te pytania, w ten bezkres pytań na peronie, i odpowiedziałam, że ja również myślę natychmiast o wojnie, nie jest to więc problem wieku, tak czy owak zawsze myślę o wojnie, zwłaszcza tu, na tym przelotowym dworcu, który dla żadnego pociągu nie jest stacją końcową, nie ma obawy, zawsze jedzie się dalej, myślałam, i że on nie jest pierwszy, który zadaje sobie, a także mnie to pytanie. Za często tu jestem, pomyślałam krótko, może jestem cтрелочник, striełocznik, zwrotnicowym, a zwrotnicowy zawsze jest winien, ale tylko po rosyjsku, pomyślałam, kiedy ten starszy mężczyzna powiedział, my name is Samuel, Sam.

A potem opowiedziałam mu, że Bombardier to francuski musical, który z powodzeniem wystawiany jest w Berlinie, wielu ludzi przyjeżdża z tego powodu do tego miasta, niech pan sobie wyobrazi, tylko z powodu Bombardiera, Komuna Paryska czy coś takiego z tamtych czasów, dwie noce w hotelu plus musical, wszystko inklusive w dzisiejszych czasach, i że były już problemy, bo na Hauptbahnhofie reklamuje się Bombardiera tylko tym jednym słowem, bez komentarza, pisali już o tym w gazecie, powiedziałam, przypominam sobie, powiedziałam, pisali tam, że to słowo budzi niewłaściwe skojarzenia, był nawet proces sądowy z powodu sporu miasta z musicalem, zaangażowano lingwistów, niech pan sobie wyobrazi, którzy badali to słowo pod kątem tkwiącego w nim potencjału przemocy, i sąd wydał wyrok na korzyść nieskrępowanej reklamy. Wierzyłam coraz bardziej w swoje słowa, choć nie miałam pojęcia, co znaczy ten Bombardier pod łukiem dachu dworca i skąd się wziął, ale to, o czym z takim zapałem i tak lekkomyślnie opowiadałam i czego w żadnym wypadku nie nazwałabym kłamstwem, uskrzydlało mnie i bez najmniejszego lęku przed runięciem w dół coraz bardziej odlatywałam, brałam coraz to nowe zakręty tego nigdy nieogłoszonego wyroku, bo kto nie kłamie, ten nie może fruwać.

Dokąd pani jedzie?, zapytał mnie stary człowiek, a ja wszystko mu opowiedziałam, nie wahając się ani sekundy, z takim samym rozpędem, z jakim potępiałabym kolejny musical, opowiedziałam o pewnym polskim mieście, z którego przed stu laty moi krewni wyruszyli do Warszawy, a potem dalej na wschód, może tylko po to, żeby zostawić mi w spadku język rosyjski, którego teraz ja sama nikomu tak wspaniałomyślnie już nie ofiaruję, a więc dead end i stop, dlatego muszę jechać, opowiadałam, tam, do jednego z najstarszych polskich miast, gdzie oni, przodkowie, o których nic nie wiadomo, naprawdę, bladego pojęcia, żyli przez dwa, trzy albo cztery stulecia, może od piętnastego wieku, kiedy Żydom w tym małym polskim mieście dano gwarancje,a oni stali się sąsiadami i innymi. And you?, spytał Sam, a ja odpowiedziałam, że Żydówką jestem raczej przypadkowo.

My też czekamy na ten pociąg, powiedział Sam po krótkiej przerwie, też jedziemy warszawskim ekspresem. Tym pociągiem, który wygląda jak koń czystej krwi, kiedy teraz wyłania się z mgły, tym ekspresem, który wprawdzie porusza się zgodnie z planem, ale w kierunku przeciwnym do biegu czasu, w czasy Bombardiera, for us only, myślałam, a stary człowiek mówił dalej, że jego żona szuka tego samego, świata swojej babci mianowicie, która z małej białoruskiej wsi koło Białej Podlaskiej przyjechała do USA, a przecież to nie jest jego ojczyzna ani ojczyzna jego żony, minęło sto lat i wiele pokoleń, i także języka nikt z nich już nie zna, ale Biała Podlaska brzmi dla niego jak forgotten lullaby, Bóg wie czemu, klucz do serca, powiedział, i że ta wieś nazywa się Janów Podlaski, i tam mieszkali wtedy prawie sami Żydzi, a teraz tylko ci inni, i oni oboje jadą tam, żeby to zobaczyć, i, rzeczywiście raz po raz mówił i, jakby potykał się o jakąś przeszkodę, tam naturalnie nic nie zostało, powiedział naturalnie i nic, żeby podkreślić bezsensowność tej podróży, ja też mówię często naturalnie, jakby to zniknięcie albo to nic było naturalne albo oczywiste. Jednak krajobraz, nazwy miejscowości i stadnina koni arabskich, która istnieje tam od początku dziewiętnastego wieku, założona po wojnie napoleońskiej i najważniejszy adres dla fachowców, to wszystko jeszcze tam jest, opowiadali mi, wszystko to wyguglowali. Koń może tam kosztować dobry milion dolarów, Mick Jagger na jednej z aukcji oglądał już konie z tej stadniny, jego perkusista kupił trzy, a teraz oni tam jadą, pięć kilometrów od granicy z Białorusią, Google niech będą dzięki. Nawet cmentarz koni tam jest, nie, cmentarz żydowski się nie zachował, to także jest w Internecie.

I’m a Jew from Teheran, powiedział stary człowiek, kiedy staliśmy jeszcze na peronie, Samuel to moje nowe imię. Z Teheranu przyjechałem do Nowego Jorku, opowiadał Sam i że zna aramejski, różne rzeczy studiował i zawsze podróżuje ze skrzypcami. W USA miał właściwie studiować fizykę nuklearną, zgłosił się jednak do konserwatorium, oblał egzamin wstępny i w ten sposób został bankowcem, ale bankowcem też już nie jest. Jeszcze po pięćdziesięciu latach, powiedziała jego żona, kiedy siedzieliśmy już w pociągu i metalowa tęcza BOMBARDIER Willkommen in Berlin nie napierała już na nasze głowy, wtedy jego żona powiedziała, że wszystko jedno, czy on gra Brahmsa, Vivaldiego czy Bacha, wszystko ma irańskie brzmienie. A on powiedział, że to przeznaczenie, że mnie spotkali, bo wyglądam jak irańskie kobiety z czasów jego dzieciństwa, chciał powiedzieć irańskie matki, może nawet chciał powiedzieć jak moja matka, powstrzymał się jednak i dorzucił, że to też zrządzenie losu, że w badaniach genealogicznych rozeznaję się lepiej od nich i że jadę do Polski w tym samym celu i tym samym pociągiem – jeśli potrzebę szukania czegoś, co zaginęło, w ogóle można nazwać celem, odparłam. I nie, to nie jest los, powiedziałam, bo Goo­gle czuwa nad nami niczym Bóg, i jeśli czegoś szukamy, to podsuwa nam tylko to, co się nam z tym czymś rymuje, tak samo jak komuś, kto przez Internet kupił drukarkę, potem jeszcze przez długi czas proponują drukarki, a kiedy kupi się tornister, przez lata jeszcze dostaje się reklamy tornistrów, nie mówiąc o szukaniu partnera, a jeśli gugluje się siebie samego, to w pewnym momencie znikają nawet osoby o tym samym nazwisku i zostaje only you, jakby, gdy zwichnie się stopę i utyka, nagle utykało całe miasto, może z poczucia solidarności, miliony utykających tworzą grupę, niemal większość, jak ma funkcjonować demokracja, jeśli dostaje się tylko to, czego się już szukało, i jeśli jest się tym, czego się szuka, tak że człowiek nigdy nie czuje się samotny albo zawsze, bo nie ma szans spotkać innych, i tak jest z szukaniem, w trakcie którego trafia się na podobnie nastawionych, Bóg gugluje nasze drogi, abyśmy nie wypadli z naszych kolein, ciągle spotykam ludzi, którzy szukają tego co ja, powiedziałam, dlatego też spotkaliśmy się tutaj, a stary człowiek odrzekł, że to jest właśnie przeznaczenie. W egzegezie był najwyraźniej bieglejszy ode mnie.

Nagle przypomniał mi się musical, który przed laty rzeczywiście zrobił tu furorę, kiedy na miejskich planszach reklamowych pojawiły się słowa Les Misérables, bez komentarza, inaczej niż w wypadku filmu pod tym samym tytułem, który nędzników zwał Więźniami losu. Musical trafiał do każdego owym Les Misérables, jakby ludzie ciągle potrzebowali pocieszenia – Ach, ty nędzniku! – albo choćby przypomnienia, że nie tylko każdy indywidualnie, ale my wszyscy odnajdujemy się w nędzy, w nędzy zjednoczeni, gdyż wobec tych olbrzymich liter, wobec tego odludzia w środku miasta wszyscy jesteśmy nędznikami, nie tylko inni, ale również ja. I tak litery Bombardiera pod łukiem dachu dworca napełniają nas swoim pogłosem, jak muzyka organów wypełnia kościół, i dla nikogo nie ma ucieczki.

A potem wyguglowałam rzeczywiście: Bombardier był jedną z największych na świecie firm budujących koleje i samoloty i ten Bombardier, który wyznacza nam nasze drogi, rozpoczął niedawno kampanię pod hasłem Bombardier YourCity. Szybko i pewnie. I teraz jechaliśmy warszawskim ekspresem z Berlina do Polski z błogosławieństwem Bombardiera, otoczeni firankami i serwetkami z nadrukiem WARS, skrótowcem tak staromodnym i minionym jak Star Warsi inne wojny przyszłości.

Rozdział 1

Przykładowa historia

Drzewko rodzinne

Na skale świerk samotny.

Heinrich Heine

Początkowo myślałam, że drzewo genealogiczne jest czymś takim jak choinka, jak drzewko z ozdobami wyjętymi ze starych skrzyń, niektóre bombki się tłuką, kruche jak to one, niektóre anioły są brzydkie i krzepkiei wychodzą cało z wszystkich przeprowadzek. W każdym razie choinka była jedynym drzewkiem rodzinnym, jakie mieliśmy, kupowanym każdego roku na nowo, a potem wyrzucanym, dzień przed moimi urodzinami.

Myślałam, że wystarczy opowiedzieć o tych kilkorgu ludziach, którzy przypadkowo byli moimi krewnymi, i już ma się w kieszeni cały wiek dwudziesty. Niektórzy z mojej rodziny urodzili się po to, żeby pójść za swoim powołaniem z niezmąconą, lecz nigdy niewypowiedzianą wiarą, że naprawią świat. Inni jakby bujali w obłokach, nie zapuszczali korzeni, biegali tu i tam, nie dotykając prawie ziemi, i wisieli w powietrzu jak pytanie, jak skoczek spadochronowy, który zaplątał się w koronie drzewa. W mojej rodzinie było wszystko, myślałam zarozumiale, rolnik, wielu nauczycieli, prowokator, fizyk, poeta, a przede wszystkim były legendy.

Był

rewolucjonista, który poszedł do bolszewików i zmienił w podziemiu nazwisko, które teraz nosimy od prawie stu lat, zupełnie legalnie

było

wielu robotników w fabryce butów w Odessie, o których nic nie wiadomo

był

fizyk, który kierował eksperymentalnym zakładem produkcji turbin w Charkowie i znikł podczas czystek, jego szwagrowi kazano wydać na niego wyrok,gdyż wierność wobec partii mierzyło się gotowością poświęcenia swoich

był

bohater wojenny imieniem Giertrud, mąż mojej ciotki Lidy, który się urodził, kiedy kraj uznał pracę za cel sam w sobie,najpierw wszyscy pracowali dużo, potem za dużo, a potem jeszcze więcej, bo przodownicy pracy zastępowali normy, a praca tworzy sens w narodzie proletariuszy i nadludzi, i tak się zdarzyło, że mój przyszły wuj otrzymał przy narodzinach imię Gieroj truda, bohater pracy, w skrócie Giertrud

byli

potem jeszcze Arnold, Ozjel, Zygmunt, Misza, Maria, Może Estera, może druga Estera i pani Siskind, głuchoniema uczennica Ozjela, która szyła ubrania dla całego miasta

było

wielu nauczycieli, którzy w całej Europie zakładali domy dla sierot i uczyli głuchonieme dzieci

były

Anna i Lola, które leżą w Babim Jarze, i wszyscy inni, którzy tam zostali

był

fantomimieniem Judasz Stern, brat mego dziadka

był

paw, którego moi dziadkowie kupili dla głuchoniemych dzieci ze względu na jego piękno

były

Roza i Margarita, moje kwietne babcie

Margarita otrzymała rekomendację na członka partii w 1923 roku wprost od Mołotowa, przyszłego radzieckiego ministra spraw zagranicznych, tak sobie opowiadano, jakby to była wskazówka, że zawsze byliśmy w centrum wydarzeń

była

moja babcia Roza, która nosiła najpiękniejsze imię ze wszystkich logopedek i dłużej niż Penelopa czekała na swojego męża

był

mój dziadek Wasilij, który poszedł na wojnę i wrócił do babci Rozy dopiero po 41 latach. Nigdy nie przebaczyła mu jego długiej wędrówki, ale – u nas zawsze jest ktoś, kto mówi ale – ale, powiedział ten ktoś, pocałowali się przy kiosku koło kolejki podziemnej, byli już wtedy oboje po siedemdziesiątce, budowano akurat hotel Tourist, ale dziadek, powiedziała moja matka, dziadek wtedy nie mógł już przecież opuszczać mieszkania, a hotel Tourist został zbudowany dopiero potem

był

mój inny dziadek, rewolucjonista, który zmienił nie tylko swoje nazwisko, lecz w każdym radzieckim kwestionariuszu dawał też nowe nazwisko swojej matce, zależnie od wymogów czasu, pracy i swoich literackich preferencji, aż doszedł do Anny Arkadiewnej, tak nazywała się Anna Karenina, która w ten sposób stała się moją prababką.

Byliśmy szczęśliwi i wszystko we mnie sprzeciwiało się zdaniu, które pozostawił nam w spadku Lew Tołstoj, że wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, a tylko te nieszczęśliwe są wyjątkowe, zdanie, które wabiło nas w pułapkę i budziło pociąg do nieszczęścia, jakby tylko nieszczęście zasługiwało na to, by o nim mówić, natomiast szczęście było puste.

Liczby ujemne

Mój starszy brat wpoił mi liczby ujemne,opowiadał o czarnych dziurach, dla wprowadzenia w modus vivendi.Stworzył sobie równoległe uniwersum, w którym na zawsze pozostał nieosiągalny, mnie pozostały liczby ujemne. Jedyną kuzynkę, o której istnieniu wówczas wiedziałam, widywałam rzadko, jeszcze rzadziej niż jej matkę Lidę, starszą siostrę mojej matki. Mój surowy stryjek, starszybrat mego ojca, zadawał mi podczas swoich rzadkich odwiedzin zadania z fizyki związane z perpetuum mobile, jakby nieustanny ruch mógł tuszować jego nieobecność w naszym życiu. Obie moje babuszki mieszkały u nas, nie całkiem jednak będąc obecne; byłam jeszcze mała, kiedy osiągnęły pełną niemoc swej późnej starości. Inne babuszki piekły pirożkii ciasto, robiły na drutach ciepłe swetry i kolorowe czapki, niektóre nawet skarpety – skarpety, akrobatyka w robieniu na drutach, wysszyj piłotaż, jak się mówiło. Odprowadzały dzieci do szkoły i na lekcje muzyki, odbierały je, a w lecie czekały na wnuki w swoich ogrodach, na daczach albo w domkach na wsi. Moje babuszki żyły u nas na siódmym piętrze, gdzie w betonie nie potrafiły zapuścić korzeni. Obie nosiły kwiatowe imiona, Roza i Margarita, a ja myślałam po cichu, że malwy, które rosły przed naszym czternastopiętrowym blokiem, były sprzymierzeńcami w ich zmowie, by wrócić do świata roślin.

Nie miały piątej klepki, chociaż po rosyjsku nie mówi się piątej klepki, tylko Nie masz wszystkich w domu?Czułam lęk przed tym pytaniem, choć moje babuszki były w domu prawie zawsze, przypuszczalnie dla mojego bezpieczeństwa, mimo to owo Nie masz wszystkich w domu albo po prostu samo wszystkich wywoływało we mnie nagłe zaniepokojenie, jakby inni wiedzieli o nas coś, czego mi nie powiedziano, jakby wiedzieli, kogo albo czego właściwie brakuje.

Czasami myślałam, że wiem. Dwoje moich dziadków urodziło się w dziewiętnastym wieku i zdawało mi się, że w zamęcie historii zgubiło się, przeskoczone, jedno pokolenie, ich rzeczywiście nie było w domu, u moich przyjaciół pradziadkowie byli nawet młodsi od moich dziadków i dlatego to ja miałam zapłacić rachunek za dwa pokolenia i wypić to piwo. Byłam najmłodsza na liście najmłodszych. Byłam w ogóle najmłodsza.

Poczucie straty wtargnęło bez ostrzeżenia w mój poza tym radosny świat, unosiło się nade mną, rozpościerało skrzydła, nie miałam powietrza ani światła z powodu braku, którego może w ogóle nie było. Czasem nawiedzało mnie jak błyskawica, szybko jak omdlenie, jakbym nagle traciła ziemię pod nogami, wiosłowałam rękoma bez tchu, żeby się uratować, znowu odzyskać równowagę, trafiona kulą, która nigdy nie została wystrzelona, nikt nie powiedział Ręce do góry.

Ta egzystencjalna gimnastyka w walce o równowagę wydawała mi się częścią rodzinnej schedy, reakcją wrodzoną. W szkole nadal ćwiczyliśmy na lekcjach angielskiego hands up, to the sides, forward, down. Zawsze myślałam, że słowo gimnastyka powstało ze słowa hymn, po rosyjsku oba zaczynają się na g, gimnastika i gimn,i z zapałem wyciągałam ręce w górę, próbując dotknąć niewidocznej powłoki nieba.

Wielu było takich, którzy mieli jeszcze mniej krewnych niż ja. Były dzieci bez rodzeństwa, bez babć, bez rodziców, i były dzieci, które w czasie wojny poświęciły się za ojczyznę, odważni bohaterowie, te martwe dzieci, które uczyniono naszymi bożkami, były zawsze z nami. Ich imiona mieliśmy pamiętać nawet w środku nocy, te dzieci umarły na wiele lat przed naszym pojawieniem się na świecie, wtedy jednak nie mieliśmy żadnego Wtedy, tylko Teraz, w którym straty wojenne miały stanowić niewyczerpalny rezerwuar naszego własnego szczęścia, ponieważ żyliśmy tylko dlatego, jak nam mówiono, że one umarły za nas, za naszą pokojową normalność i w ogóle za wszystko. Nie dorastałam w czasach ludożerczych, lecz w czasach wegetariańskich, jak najpierw powiedziała Achmatowa, a potem my wszyscy, wszystkie straty przypisywaliśmy dawno minionej wojnie, owej wojnie bez rodzajnika i przymiotnika, mówiliśmy po prostu wojna, w rosyjskim tak czy owak nie ma rodzajnika, i nie mówiliśmy, która, bo myśleliśmy, że jest tylko jedna, niesłusznie, ponieważ w czasach naszego szczęśliwego dzieciństwa nasze państwo prowadziło właśnie inną wojnę, na obcym południu, dla naszego bezpieczeństwa, tak nam mówiono, i za wolność innych, wojnę, której mimo codziennych strat nie wolno nam było dostrzegać, i ja jej też nie dostrzegałam, dopóki, mając lat dziesięć, nie zobaczyłam przed naszym wieżowcem ocynkowanej trumny ze szczątkami dziewiętnastoletniego sąsiada, chłopaka, którego już wtedy nie mogłam sobie przypomnieć, ale jego matkę pamiętam do dzisiaj.

Nie miałam powodu, żeby cierpieć. Mimo to cierpiałam, od wczesnych lat, choć byłam szczęśliwa i kochana, otoczona przyjaciółmi, było mi wstyd cierpieć, cierpiałam raz po raz na tę niekiedy ostro przeszywającą, a czasem gorzką jak piołun samotność, i myślałam, że to bierze się tylko stąd, że mi czegoś brakuje. Wybujałe marzenia o dużej rodzinie przy długim stole prześladowały mnie z niezmiennością rytuału.

Nasz pokój dzienny był przy tym pełen przyjaciół mego ojca, dorosłych uczniów mojej matki, dziesiątków uczniów, którzy zawsze pozostali jej wierni i wkrótce kilkoma pokoleniami siedzieli przy naszym stole, a my robiliśmy takie same zdjęcia jak inne rodziny: na tle zasłon w ciemne kwiaty same radosne, lekko prześwietlone twarze, wszystkie zwrócone w stronę kamery, przy długim, suto zastawionym stole. Nie wiem dokładnie, kiedy podczas tych głośnych, rozpasanych świątecznych spotkań w mojej rodzinie po raz pierwszy usłyszałam cichy zgrzyt.

Lista tych, którym wolno było zaliczać się do mojej rodziny, nie potrzebowała więcej niż dziesięciu palców. Nie musiałam wcale ćwiczyć gamy – ciotka, wujek, kuzynka, dalsza ciotka, takiż wujek, kuzynka ibrat dziadka – w górę i w dół, w górę i w dół, pianino w ogóle mnie przerażało, ta agresywna kompletność klawiatury.

W innych czasach, poprzedzających świętowanie przy naszym długim stole, duża rodzina była przekleństwem, bo wśród krewnych mogli się znaleźć białogwardziści, sabotażyści, szlachetnie urodzeni, kułacy, żyjący za granicą, zbyt wykształceni, wrogowie ludu i ich dziecijak równieżinni podejrzani, a podejrzani byli wszyscy, dlatego rodziny cierpiały na zanik pamięci, często, żeby się ratować, co pomagało tylko rzadko, i kiedy wówczas świętowaliśmy, tacy krewni, jeśli w ogóle istnieli, byli już najczęściej zapomniani, często ukrywani przed dziećmi, i tak kurczyły się rodziny, całe ich gałęzie szły w zapomnienie, ród topniał, aż pozostawał tylko dowcip o dwóch o tym samym nazwisku. Czy pan jest z nim spokrewniony? W żadnym wypadku, nie jesteśmy nawet imiennikami!

Lista

Pewnego dnia stanęli nagle przede mną moi krewni – ci z głębokiej przeszłości. Mamrotali radosne wieści w językach, które brzmiały znajomo, i myślałam, że dzięki nim moje drzewko rodzinne zakwitnie, luka zostanie wypełniona, poczucie straty uleczone, lecz oni stali przede mną ciasno stłoczonym tłumem, bez twarzy i historii, jak robaczki świętojańskie przeszłości, oświetlające małe powierzchnie wokół siebie, kilka ulic i zdarzeń, ale nie siebie samych.

Znałam ich imiona. Wszystkich tych Lewich, którzy byli rozproszeni gdzieś w świecie, jeśli jeszcze żyli, bo tak nazywała się moja prababcia, jej rodzice i jej rodzeństwo. Wiedziałam, że byli Gellerowie albo Hellerowie, dokładnie nie wiadomo. O pewnym Szymonie Gellerze wiedziałam tylko z jednej jedynej sporządzonej po rosyjsku notatki, tłumaczenia z gazety wydawanej w jidysz, której nie ma już nigdzie na świecie. Ostatnich Krzewinów, następców Hellerów, znałam jeszcze, owych krewnych o lekko skrzypiącym nazwisku, jak śnieg pod nogami, jak kowriżka,piernik, w zębach. Byli też Sternowie, tak nazywał się mój dziadek do swego dwudziestego roku życia i tak nazywałabym się również ja, gdyby nie zwyciężyła rosyjska rewolucja, i tak nazywało się jego liczne rodzeństwo, rodzice i ich liczne rodzeństwo, i jego dziadkowie z całym swoim rodem, jeśli byli rzeczywiście tak liczni, jak lubię to sobie wyobrażać.

Moi dalecy krewni o nazwiskach Krzewin i Lewi żyli w Łodzi, Krakowie, Kaliszu, Kole, Wiedniu, Warszawie, Kijowie i Paryżu, jeszcze w roku 1940, jak sobie dopiero niedawno uświadomiłam, a także jeszcze w Lyonie, jak powiedziała mi moja matka. Ruzia studiowała w Wiedniu, a Juzek w Paryżu, to zdanie mojej babci sobie przypominam. Kim byli Ruzia i Juzek, nigdy się nie dowiedziałam, cóż, jakimiś krewnymi. Może było akurat odwrotnie: Ruzia studiowała w Paryżu, a Juzek w Wiedniu. Padło słowo konserwatorium, ale nie przypominam sobie, z kim się wiązało. I przypominam sobie jeszcze jedno zdanie: również Ruzia i Juzek czyścili chodnik szczoteczką do zębów. W Łodzi, Kaliszu, Warszawie były może jeszcze ferie, a w konserwatorium nie zaczął się jeszcze semestr, oni byli w domu, nie w Paryżu czy w Wiedniu. Kiedy to zdanie słyszałam w dzieciństwie, myślałam, że było to w Szwajcarii, ponieważ nasze gazety pisały wtedy, że w Szwajcarii wszystko jest czyste i niektórzy szwajcarscy obywatele kucają przed swoimi domami z małymi szczotkami i szamponemi szorują chodnik, i widziałam, jak ten kraj pogrąża się w mydlanych bańkach, ten kraj albo inny, w olśniewającej, nieosiągalnej czystości.

Niektóre nazwiska moich krewnych były tak rozpowszechnione, że nie było sensu ich szukać. Byłoby to poszukiwanie osób o tym samym nazwisku, bo na listach wszyscy widnieją jeden pod drugim, obok siebie niczym sąsiedzi, przemieszani, i moi są nie do odróżnienia od setek innych, którzy nazywali się tak samo, a przy tym nie mogłabym oddzielać moich od obcych jak pszenicy od plew, byłaby to selekcja, a ja nie chciałam żadnej selekcji, nawet tego słowa. Im więcej było osób o tym samym nazwisku, tym mniejsza była szansa znalezienia wśród nich moich krewnych, a im mniejsza była ta szansa, tym jaśniejsze stawało się dla mnie, że do swoich muszę zaliczyć wszystkich widniejących na listach.

Skrupulatnie zbierałam ich nazwiska, wszędzie szukałam Lewich, Krzewinów, Gellerów albo Hellerów i w pewnej chwili, kiedy stałam w kościele wojskowym w Warszawie przed długimi listami, które drobniutkim pismem biegły od ściany do ściany, przed listami zawierającymi nazwiska dwudziestu jeden tysięcy zamordowanych w Katyniu – dlaczego nawet na listach zmarłych automatycznie szukamy własnego nazwiska? – wtedy znalazłam na tych listach Stanisława Gellera i przyznałam się tu, w kaplicy katyńskiej tego kościoła wojskowego, do wszystkich spokrewnionych ze mną dzięki nazwisku, także do owego Stanisława, jakby on i wszyscy, których jeszcze znajdę, również należeli do mojej rodziny, wszyscy Gellerowie i Hellerowie, wszyscy Krzewinowie i Sternowie. Każdy Stern wydawał mi się utajonym krewnym, również każdy z tych na niebie.

Przed laty, kiedy byłam w Nowym Jorku, przewertowałamyellow pages, starą książkę telefoniczną. Gdzie jest rodzeństwo mojego dziadka? Gdzie są bracia i siostry jego ojca, którzy nazywali się Stern i rozproszyli z Odessy we wszystkich kierunkach? Czy ich potomkowie śpiewali w zespole Velvet Underground? Mieli bank? Wykładali w Massachusetts na MIT czy ciągle jeszcze pracowali w fabryce butów? Ktoś w końcu musi też pracować.

Było wielu Sternów na żółtych stronach książki telefonicznej. Osiem pełnych stron. Sternowie, żółte gwiazdy w książce telefonicznej. Czy miałam do każdego z nich dzwonić i pytać, co pan robił przed rokiem 1917? Czy ciągle jeszcze czeka pan na biednych krewnych ze Wschodu? Nawet jeszcze po stu latach? A znakomitości, czy mam je umieścić na mojej liście, czy one mnie na swojej?

Kto mi opowiadał, że jeden z naszych Lewich był księgowym w fabryce guzików w Warszawie? Inny Lewi produkował dżinsy 501, najlepsze, jakie znałam, gdy zaczęłam poszukiwania. Nie był na pewno nikim z nas, nie mogę sobie wyobrazić, żeby ktoś z moich mógł znajdować upodobanie w osiąganiu zysków albo mieć pojęcie o tym, jak się uzyskuje korzyści. Kiedy dalej zastanawiałam się nad fabryką guzików w Warszawie czy gdzie indziej, utwierdzałam się w przekonaniu, że nikt z tych, którzy zostali w Polsce, nie zdołał trafić na taką listę.

Przyszła mi do głowy lista ratunkowa z pewnego filmu, przejrzałam ją, jakby było możliwe, żeby ktoś z moich mógł tam być umieszczony, a więc uratowany, po wynurzeniu się z Internetu. Czytałam jedno nazwisko po drugim, jakby to było szukanie szczęśliwych liczb, jakbym mogła kogoś rozpoznać.

Nie znalazłam Lewiego, nie znalazłam Krzewina, ale jednak jakiegoś Itzhaka Sterna, również księgowego, chociaż w fabryce w Krakowie, a więc żadnego krewnego, bo moi Sternowie byli w Odessie, ajeśli nie wywędrowali stamtąd dużo wcześniej, robili rewolucję w podziemiu, ale wojnę później nie było w Odessie w ich obronie żadnej akcji ratunkowej ani żadnych list. Czy tego Sterna mam mimo wszystko wciągnąć na swoją listę, bo nie można znaleźć innych? Czy też byłaby to próba przywłaszczenia?

Istnieją, jak wiadomo, gry bez zwycięzców.

Hallo, jestem Joe i pracuję w fabryce guzików.

Ostatnio przyszedł mój szef i zapytał, czy jestem zajęty.

Powiedziałem, że nie.

Na to on:

To kręć guzik prawą ręką.

Halo, jestem Joe i pracuję w fabryce guzików.

Ostatnio przyszedł mój szef i zapytał, czy jestem zajęty.

Powiedziałem, że nie.

Na to on:

To kręć guzik lewą ręką.

Halo, jestem Joe...

Przepis

Zrozumienie, że ludzie odchodzą, zastało mnie nieprzygotowaną, położyło się na mnie jak cień, przykryło mnie jak miska, którą Don Kichot włożył sobie kiedyś na głowę jako hełm, a w której, wieki później, moja niewidoma babuszka smażyła śliwkowe powidła. Teraz od lat miska leży zakurzona na kuchennym kredensie.

Kiedy umarła Lida, starsza siostra mojej matki, pojęłam, co znaczy słowo historia. Moje pragnienie, by wiedzieć, dojrzało, byłam gotowa zmierzyć się z wiatrakami wspomnień i wtedy ona umarła. Stałam, wstrzymując oddech, gotowa pytać, i tak już pozostałam, a gdyby to był komiks, mój dymek byłby pusty. Historia jest wtedy, kiedy nagle nie ma ludzi, których można zapytać, są jeszcze tylko źródła. Nie miałam nikogo, kogo mogłabym zapytać, kto pamiętał jeszcze tamte czasy. Co mi zostało: strzępy wspomnień, niepewne notatki i dokumenty w dalekich archiwach. Zamiast we właściwym czasie stawiać pytania, zakrztusiłam się przy słowie historia. Czy teraz byłam dorosła, ponieważ Lida umarła? Czułam się wydana na pastwę historii.

Jedyne, co mam od ciotki Lidy, to przepis na kwas, orzeźwiający napój. Ten przepis wpadł mi w ręce niedawno przy przeglądaniu stosu niezapłaconych rachunków, jakbym również u Lidy miała długi. Kiedy poznałam ciotkę Lidię, Lidę, jak ją nazywaliśmy, która po wojnie uchodziła za antyczną piękność Kijowskiego Instytutu Pedagogicznego, Lidę z Wydziału Defektologii, jak ciągle jeszcze nazywa się u nas pedagogikę specjalną, kiedy poznałam Lidę, która ze zdjęć z tamtych lat patrzyła na nas z góry, spokojnie i nieco nonszalancko, była ona istotą człapiącą, ubraną w fartuch, która latami nic nie mówiła, tylko podawała, jedno danie po drugim, do kuchni i z powrotem, na talerzach ze złotym brzeżkiem. Jedzcie! Była w rodzinie ostatnią, która uczyła głuchonieme dzieci, znała tę tajemnicę, wiedziała, co to cierpliwość, gotowała, milcząc, a teraz odeszła.

Długo nie rozumiałam, co znaczy EBP.KBAC, tak było napisane na samej górze kartki, wbiłam wzrok w to EBP, ponieważ ten skrót pisany cyrylicą można było zrozumieć jako EBPoпeйcкий, JEWropejskij, europejski, ale równie dobrze jako EBPeйский,JEWrejskij, żydowski kwas – niewinna utopia rosyjskiego języka i urbi et orbi mojej ciotki, jakby Europa i Żydzi pochodzili z jednego korzenia i tu, w tym przepisie i tym skrócie, tkwiła orzeźwiająca hipoteza, że wszyscy Żydzi, również ci, którzy nie są już Żydami, mogą się zaliczać do ostatnich Europejczyków, w końcu przeczytali wszystko, co stanowi Europę. Albo może ciotka nie chciała napisać „żydowski” jako całego słowa, bo niepełne i skrócone pozostawiało jeszcze inną opcję odczytania, na przykład że ten napój nie jest tak całkiem żydowski, że jest taki tylko aluzyjnie, tylko trochę, mimo czosnku.

Przepis okazał się rodzajem zaszyfrowanego ćwiczenia poetyckiego. Nigdy nie zauważyłam, żeby moja ciotka miała w sobie coś żydowskiego, naprawdę nic z tych rzeczy, poza tym, że gotowała te potrawy, których charakter pojęłam dopiero po jej śmierci, i zrozumiałam, że właśnie ona, która nie chciała mieć nic do czynienia z całym tym bólem, że mówi się Żyd i natychmiast myśli się o grobach, a ona, ponieważ jeszcze żyła, nie mogła być Żydówką, że właśnie ona nauczyła się przyrządzania wszystkich tych smakowitości i soczystości od swoich wtedy jeszcze żydowskich dziadków i przejęła wiele z tego, czego nie znała nawet już jej matka. Teraz dla Lidy do jej ukraińskiej kuchni należały gefilte fisz, strudel, forszmak.

Składniki:

Duży pęczek sałaty

Duża główka czosnku

Duży pęczek koperku

(Tu brak jednej linijki)

Zagotujesz wodę i zostawisz ją do ostudzenia w temperaturze pokojowej.

Umyjesz sałatę, odkroisz korzonki i łodyżki, potem wszystko drobno pokroisz i obierzesz czosnek.

Ta epistoła zwrócona była do mnie. Kto zostawia przepisy w formie takiej lekko patetycznej przemowy?

Koperek umyjesz i pokroisz.

Potem wszystko zmieszasz i włożysz do trzylitrowego słoja.

Czy ciotka Lida, zwracając się do jakiegoś ty, miała na myśli mnie czy wszystkich ludzi?

Ten trzylitrowy słój, triochlitrowaja bańka, stropił mnie jeszcze bardziej. Bo kuchnię tam, z trzylitrowym słojem do przechowywania słonych wywarów, z gazą do odcedzania bulionu, z żeliwnymi patelniami, dzieli od kuchni tutaj cała generacja sprzętów. Gdzie kupić w Berlinie gazę? Tam mieliśmy małe ściereczki i sprane chustki, i gazę, mosiężne misy i drewniane łyżki do powideł śliwkowych, kupione kiedyś, a gdy pytało się kiedy, odpowiadano, że po wojnie.

Przemilczała wszystko, a razem z nią znikły wszystkie jej strudle, gefilte fisz, jej słodkie kiełbaski z rodzynkami, jej keksy, te z suszonymi śliwkami, te z miodem, cytryną i orzechami, i zabrała też z sobą słowo cymes, jakby naprawdę wszystko miało pozostać tajemnicą. Przemilczała wszystko, swoją wcześniejszą urodę, swoje oczytanie, przemilczała wszystko w służbie swego męża, siedem razy postrzelonego bohatera wojny, jednego z najpiękniejszych wśród bohaterów, przemilczała swoje choroby i kłopoty, swoje metody nauczania, swoją narastającą głuchotę, kiedy chodziła do kuchni i z powrotem, przemilczała urodziny zmarłych, urodziny zamordowanych, które latami obchodziła, samotnie, przemilczała też inne daty, pamiętała o wszystkim i wszystkich, którzy się z nią w życiu zetknęli, przemilczała wojnę i to, co przedtem, i to, co potem, i wszystkie pociągi, i wszystkie miasta, opłakiwanie ojca, który przeżył wojnę, lecz nie wrócił do rodziny, a potem mieszkał w domu obok, latami, w jednym z dziewięciopiętrowych wieżowców z wielkiej płyty naszego anonimowego radzieckiego osiedla. Kiedy dorosła, a potem się zestarzała, wciąż jeszcze czekała i w pewnym momencie zupełnie zaniemówiła, bo zrozumiała, że ogłuchła i wróciła do swoich głuchoniemych dzieci, które uczyła przez całe życie, a gdyby mogła, przemilczałaby też własną śmierć. O nic jej nie pytałam i teraz zadaję sobie pytanie, dlaczego tak zupełnie ją przeoczyłam, ją i jej życie, jakbym akceptowała od początku jej głuchoniemość z wyboru, jej rolę i służbę. Co wtedy w ogóle robiłam, kiedy mogła mi to wszystko ofiarować, na przykład przepis na EBP.KBAC, mnie i całej Eвpoпe?

Perpetuum mobile

Myślenie abstrakcyjne nie jest twoją mocną stroną, żartował stryj Wil, starszy brat mego ojca, kiedy mówiłam o stratach wynikających z tarcia. Żeby mnie sprawdzić, zadawał mi, kiedy nas odwiedzał, najbardziej skomplikowane zadania dotyczące trójkątów egipskich, modelu perpetuum mobile, jakby miało mi się objawić coś fundamentalnego,gdy znajdę odpowiedź. Ale zadań Wila nigdy nie udało mi się rozwiązać.

On sam był rezultatemradzieckiej metempsychozy, przemianyenergii zachodzącej między państwem, duszą i maszyną, wiecznego ruchu mojego kraju. Wil urodził się w 1924 roku, osiem miesięcy po śmierci Lenina, kiedy kraj dawał wyraz żałobie, nazywając jego imieniem zakłady, miasta i wsie – Lenin żyje, a jego imię porusza turbiny elektrowni,niech twoje imię będzie Lenin, a rozbłysną żarówki.Tak teżmoi dziadkowie nazwali swego pierworodnego Wil, od zmarłego Władimira Iljicza Lenina, który uchodził za dziadka wszystkich radzieckich dzieci, ponieważ Lenin miał wnuki, chociaż dzieci nie miał. Jeszcze pięćdziesiąt lat później byliśmy jego wnukami i mówiliśmy dieduszka Lenin, bo u nas w ruchu było wszystko, tylko nie czas.

Roiło się od fantastycznych bytów jak Rabfak, Obłmortrest, Komsomoł, Mołokokoopsojuz, wszystko wtedy skracano i stapiano w jedno, Mosełprom, Narkompros albo CzeKa, najbardziej długowieczna organizacja, która potem przeobraziła się w GPU, NKWD, KGB, FSB.Znałam pewną Ninel, palindrom od słowa Lenin, Rema, syna zwolenników Trockiego z czasów rewolucji światowej, rewolutsja mirowaja, kogoś o imieniu Roi, od Revolution-Oktober-International, znałam nawet bardzo miłą Stalinę.

Być może wybór imienia był też związany z tym, że moi dziadkowie znali jeszcze jidysz, w imieniu Wil przebijało jidyszowe wiln, wola, i rzeczywiście, nikt w naszej rodzinie nie dążył do celu tak konsekwentnie jak Wil, który ciągle optymalizował skuteczność swojego działaniai współdziałały z nim w tym nawet urzędy. Kiedy w 1940 roku w wieku lat szesnastu wystąpił w Kijowie o paszport, otrzymał dokument, w którego piątej linijce widniało Rosjanin, choć jego rodzice byli Żydami i mieli w paszportach odpowiedni wpis. Z blond czupryną, niebieskimi oczyma, szerokimi ramionami i wąskimi biodrami Wil wyglądał rzeczywiście jak dzielny Iwan z baśni. Wskutek jakiej matematycznej operacji z dwojga Żydów powstał Rosjanin, i to nie w chwili narodzin, ale podczas wizyty w urzędzie paszportowym, pozostało tajemnicą, lecz w rezultacie Wilia, jak go nazywaliśmy, stał się pełnowartościowym Rosjaninem, pozbawionym żydowskiego balastu. Prawdziwe pochodzenie to był szczegół, niepotrzebny dodatek, o którym lepiej nie pamiętać, poza tym nie było niczego, o czym można byłoby pamiętać, istniała tylko przyszłość, bo świat jest wielki, a nauka nieskończona.

Młodszy brat Wila, mój ojciec Miron, urodzony osiem lat później, nosił odmienione nazwisko dziadka Meira i miał w