46 osób interesuje się tą książką

Opis

Piękna, liryczna opowieść o tworzeniu swojego miejsca na Ziemi, dostrzeganiu tego, co w życiu ważne i czerpaniu radości z obcowania z Naturą.

Alice Vincent dzieli się swoją ogrodniczą przygodą i pokazuje nam, którzy ponad połowę życia spędzamy w cyberprzestrzeni, rozmawiamy z przyjaciółmi za pomocą komunikatorów, rzadko chodzimy do lasu lub na łąkę, a za to codziennie wiele godzin spędzamy przed ekranem komputera, w jaki sposób sprowadzenie roślin do domu może pomóc zdrowo żyć. Książka jest jak powiew świeżego powietrza w centrum miasta. Jest to swoisty hołd dla Natury, której tak wiele zawdzięczamy.

Kiedy życie Alice wywróciło się do góry nogami, kobieta odkryła, jak dużo radości i satysfakcji dostarcza jej uprawianie małego ogródka, który urządziła na balkonie. Obserwowanie kiełkujących roślin, kwiatów i pnących się winorośli sprawiało, że czuła spokój.

Zafascynowana nowo odkrytym hobby zaczęła śledzić drogę, jaką przeszły niektóre gatunki roślin – od mających stanowić namiastkę ojczyzny na obcej ziemi egzotycznych gatunków przemycanych w kieszeniach imigrantów, po pierwsze ogrody botaniczne i opracowania naukowe dotyczące roślin. Autorka zręcznie przeplata swoją osobistą historię z wiedzą botaniczną, podkreślając znaczenie, jakie w naszym życiu odgrywają rośliny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 426

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Książka została opublikowana we współpracy z Rachel Mills Literary

Tytuł oryginału: Root Bound

Przekład z angielskiego: Katarzyna Mojkowska i Agata Pryciak

Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Zuzanna Żółtowska/Słowne Babki

Na okładce wykorzystano ilustrację przedstawiającą las deszczowy w Malezji, pochodzącą ze zbiorów prywatnych

© Laila Shawa/Bridgeman Images

© Alice Vincent, 2020

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-287-1361-1

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

FRAGMENT

Tym, którzy dali mi ziarno i ziemię.

WPROWADZENIE

Jeśli przysuniesz się dość blisko metalowej kraty, możesz wyobrazić sobie, że jej nie ma. Spójrz pomiędzy sztachety, na których zaciskasz palce, a przed oczami zamigoczą ci tańczące białe płatki. Stokrotki, kępki stokrotek. Przebłysk delirycznego snu pośród betonu i cegieł.

Minęłam je kilka tygodni temu, wracając z kolacji serwowanej na dziedzińcu. To właśnie porabiają dorośli obywatele wielkich miast w niedzielne wieczory: spotykają się z przyjaciółmi przy stole, otwierają ostrygi, wycierają muszle chlebem. Ktoś zrobił sobie selfie i wrzucił je do sieci jako dowód naszego dobrego samopoczucia, wyznacznik naszych osiągnięć. Takich właśnie rzeczy miało pragnąć nasze pokolenie: prostych przyjemności, którymi można się cieszyć razem z podobnymi nam ludźmi w zasięgu spaceru od domu (nawet w Londynie), w pierwszą ciepłą noc późnej wiosny.

Maszerowaliśmy z Joshem za ręce, kierując się pod górkę w stronę domu, a ja pociągnęłam go z powrotem, bo chciałam się przyjrzeć kwiatkom. Czasem trudno mi było uwierzyć, że tak właśnie wygląda życie. Raz wydawało mi się, że ktoś mnie wkręca w wyszukany żart, a raz bawiłam się w udawanie. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe, ale jednocześnie miałam poczucie ciągłego niedosytu; coś oddzielało mnie od autentycznej esencji życia buzującej nieopodal. Być może moje odczucia były słuszne i życie rzeczywiście ma wyglądać inaczej.

Niedługo później moja bańka pękła, a powietrze uciekało z niej tak szybko, że aż kręciło mi się w głowie. Znów chłonęłam ten niecodzienny widok skrawka niezagospodarowanej ziemi upstrzonego dzikimi kwiatami. Zastanawiałam się, co ze mną będzie. Jak to się stało, że żyłam w rzeczywistości, której już nie ma. Gdyby ktoś skosił te kwiaty, czy odrosłyby za rok? A może były nam dane tylko na te kilka dni, by mogły się unosić w gasnącym świetle zmierzchu, a później opaść pod ciężarem nasion?

Kiedy byłam mała, dysponowaliśmy całym arsenałem polnych roślin. W darach natury widzieliśmy amunicję, prozaiczną i potężną zarazem – wykorzystywaliśmy ją w dziecięcych starciach i fantastycznych bitwach, które nadały kształt naszemu wiejskiemu wychowaniu.

Wyrywaliśmy pnącza przytulii, zwijaliśmy je w kulki i rzucaliśmy jak najdelikatniej w niczego nie spodziewające się ofiary, które przez kilka godzin paradowały z wściekle zielonymi łodyżkami przyczepionymi do podkoszulka, rozgałęziającymi się na plecy, ramiona, a nawet i tyłek, dopóki ktoś życzliwy nie uświadomił im, co ich spotkało.

Mniszek lekarski można było wykorzystać w równie niecnym celu. Z nastaniem maja, gdy przekwitał i jego postrzępione żółte płatki zmieniały się w dużo ładniejsze krągłe dmuchawce, można było z niego wróżyć. Zdmuchiwanie nasion z jego puchatej głowy pozwalało przewidzieć wiele różnych rzeczy, ale zazwyczaj musiało orzekać, czy dwie osoby – najczęściej chichocząca nerwowo koleżanka i najmniej atrakcyjny chłopiec w całej klasie – mają się ku sobie, czy nie. Jeszcze potężniejsza siła kryła się w łodygach polnych chwastów. Ci, których udało się namówić na wyssanie mlecznobiałego soku z łodygi mniszka, zwiedzeni obietnicą prawdziwego przysmaku, wykrzywiali się w grymasie szczerego obrzydzenia, kiedy nieprzyjemna gorycz rozpływała się po ich języku. Ku ogromnej uciesze obiecującego, rzecz jasna.

Palma pierwszeństwa przebiegłości i sprytu należy się jednak trawom. Z każdym coraz dłuższym dniem wiosny stawały się wyższe i bardziej gibkie, aż ich czubki, bomby pełne nasion, wystrzeliwały w górę drobnymi lancami. Nie znaliśmy ich nazw, lecz potrafiliśmy wybrać te najlepsze – musiały mieć mnóstwo ziaren, ale niezbyt gęsto ułożonych. Po te bujne i pękate sięgali jedynie śmiałkowie przekonani o własnych umiejętnościach, a nowicjuszy kusiły raczej połyskujące i spiczaste trawy, jednak ich nasiona były za bardzo zbite, by osiągnąć zamierzony cel. Należało znaleźć kłos o kształcie idealnie pośrednim – a do tego potrzebne było doświadczenie. Moja siostra jednak, choć pierwsze lata dzieciństwa spędziłyśmy na przedmieściach, szybko dogoniła pozostałych i wykorzystywała to, jaka byłam naiwna i ciekawska. Wybierała swoje oręże, po czym namawiała mnie, żebym otworzyła usta, umieściła kłos na języku, zagryzła zęby i zamknęła oczy; miałam się poczuć, jakbym latała. Kiedy ostrze leżało gdzie trzeba, a ja odpływałam na myśl o lataniu, szarpała za wystającą z moich ust łodyżkę i wybuchała śmiechem, a za moimi zaciśniętymi zębami wybuchała mi bomba twardych i suchych nasion. Otwierałam oczy i patrząc, jak zanosi się rechotem, plułam i plułam niekończącym się ładunkiem nasion. Mój język przemawiał po swojemu.

Znam się na tych sztuczkach, bo wielokrotnie padałam ich ofiarą, za to rzadko udawało mi się kogoś na nie nabrać. Nieraz próbowałam namówić Hannah, żeby zagryzła zęby na łodyżce, ale dobrze wiedziała, co zamierzam. Byłam najmłodszą z rodzeństwa, w dodatku urodzoną w mieście, więc od czasu przeprowadzki na wieś, póki byłam jeszcze za mała, żeby chodzić do szkoły, stanowiłam łatwą ofiarę uczniowskich występków.

Szybko jednak nauczyłam się poruszać po polach i słabo oznaczonych ścieżkach wokół naszego wiejskiego domu, szukać skarbów w gęstych żywopłotach, i zaznajomiłam się ze zmieniającymi się w ciągu roku darami przyrody. Nie w sposób naukowy, z nazwami systematycznymi roślin czy zgłębianiem tajników rolnictwa, lecz po prostu poznając ich istotę. W przecinających się ścieżkach i ślepo zakończonych alejkach powtarzał się naturalny cykl życia i śmierci. Żabi skrzek zamknięty w słoikach trafiał na lekcje biologii, a nieustraszone pisklęta o wielkich, niewidzących oczach wypadały z gniazd wprost na ganek naszego domu. Wypatrywaliśmy przemykających po polach królików. Jeśli zdarzyło nam się widzieć borsuki, było to z dala od ich nor, na poboczach dróg. Leżały brzuchem do góry, tragikomicznie rozdęte od własnych cuchnących gazów. Okres kocenia się owiec oznaczał kilka tygodni radości i strachu; wiedzieliśmy, że niektóre noszą kubraczki, bo kto się rodzi, może też umrzeć.

Wiedzieliśmy też, jakimi prawami rządzi się świat roślin. Żołędzie zmieniają się w dęby, a lśniące kasztany wypuszczają pędy kasztanowca, o ile nie zostaną zanurzone w occie lub wysuszone w piekarniku, by zasilić coroczną kolekcję kasztanowej amunicji. Choć byliśmy niezłymi urwisami, uznawaliśmy okładanie się wiązkami pokrzyw za okrutną zagrywkę poniżej pasa – utwierdzała nas w tym przekonaniu piekąca i swędząca wysypka pojawiająca się na ciele, gdy przypadkiem wpadliśmy w ich skupisko; jeśli szczęśliwie w pobliżu rósł szczaw, jego zielonymi liśćmi można było ukoić podrażnioną skórę naszych dziecięcych nóżek. Ściskaliśmy pełne garście liści w spoconych rękach, a zielone lekarstwo sączyło się spomiędzy palców, farbując skórki.

Większość czasu spędzaliśmy jednak w domu. Na wsi kultywowano zaskakujące, malownicze rytuały – pieczenie prosiaków na ognisku, zabawy balonem z owczego pęcherza oraz gorącą rywalizację podczas prezentacji plonów na festynach – ale ja byłam dzieckiem lat dziewięćdziesiątych, zafascynowanym technologią i błądzącym myślami w dalekiej przyszłości, jak wszyscy moi rówieśnicy. Doskonale pamiętam, jak w gabinecie w naszym domu instalowano komputer z systemem Windows 95. Równie żywe jest wspomnienie tego, jak kilka lat później uczyłam się łączyć z Internetem. Możliwości życia online wzbierały w moim pokoleniu jak fala przypływu, lecz wtedy mało kto się zastanawiał, jak to wszystko się potoczy.

Gdy byłam nastolatką, wieś zaczęła mi się wydawać klaustrofobiczna. Tyle wolnej przestrzeni, a nie ma gdzie się schować. Marzyłam o mieście, o Londynie, o chodnikach, ulicznym stylu oraz atmosferze ryzykownej zabawy, która wykracza poza lęk, że z bocznej alejki za szybko wyjedzie samochód. Czułam się tłamszona wiejską ciszą, bezkresnym niebem i ciasnotą umysłową niektórych mieszkańców. Rodzice i nauczyciele wypytywali nas o plany na przyszłość, o to, kim chcielibyśmy zostać, naciskali, żebyśmy wyszli na ludzi, odnaleźli swoje powołania, robili kariery na stanowiskach o bałamutnych nazwach. Bezmyślnie powtarzaliśmy ich słowa, rozpalając w sobie desperackie pragnienie, by budować swoją przyszłość. Ja uznałam, że chcę zostać dziennikarką, bo dziennikarze mogą się bawić, a nadal jest to postrzegane jako praca. Chciałam przelewać swoje słowa na papier. Wyruszałam więc do jednego przeludnionego miasta za drugim, ani przez moment nie myśląc o roślinach, porach roku czy cyklach natury, które za sobą zostawiam, aż nadeszła wreszcie chwila, gdy dotarło do mnie, jak bardzo za nimi tęsknię.

Zaczęłam interesować się roślinami, gdy miałam dwadzieścia pięć lat. Pierwsze kroki w ich świecie stawiałam powoli i ostrożnie. Nie było to nic godnego popisywania się. Swoje hobby utrzymywałam w głębokiej tajemnicy. Zamiłowanie do prac w ogrodzie uchodziło za obciachowe i dziwaczne, za coś dla staruszków i nudziarzy. Jednak było w nim coś, co na długo przepełniało mnie poczuciem satysfakcji: odkrywanie nowego pędu lub pączka, czy też chwile, gdy otwierałam drzwi do suszarni, by ujrzeć dziesiątki kiełkujących nasion na tacy propagatora. Tego nie dało się uchwycić na zdjęciu, które mógłby wrzucić na swój profil na Facebooku millenials obok fotek zrobionych o trzeciej nad ranem w klubie na Hackney Wick czy widoczków z wypadu do Budapesztu.

Nie do końca potrafiłam zrozumieć, dlaczego w takim razie sprawia mi to tyle radości. Nie wychowywano mnie na kogoś, kto miałby zejść na drogę ogrodnictwa; nigdy wcześniej nie czułam potrzeby dokształcania się w zakresie botaniki ani nie ciągnęło mnie do parków i ogrodów. To, co kusiło niektórych w ogrodnictwie – lekko kiczowata szata graficzna tematycznych publikacji, chęć zostania ekspertem w jakiejś dziedzinie lub okazja do wykorzystania swojej skrupulatności – zupełnie nie robiło na mnie wrażenia. Liczyło się tylko jedno: dawało mi czystą przyjemność, której nie znalazłam nigdzie indziej – ani w jasnych światłach Londynu, ani na modnych imprezach, ani słuchając płyt, o których mówili wszyscy. Moja radość z obcowania z roślinami polegała na zadawaniu dziesiątek fascynujących pytań o to, jak i dlaczego one robią to, co robią. Chciałam umieć na nie odpowiedzieć. To było jak rzucone samej sobie ciche wyzwanie, którego nie musiałam mówić na głos. Do tej pory moje życie popychały naprzód wymierne dążenia. Mieć jak najlepsze stopnie, zdobyć wykształcenie, znaleźć idealną pracę i znajomych, z którymi można robić rzeczy dobrze wyglądające w mediach społecznościowych. Ogrodnictwo rządziło się swoimi prawami. Moje wysiłki faktycznie przynosiły efekt proporcjonalny do włożonej pracy, jednak nieustannie towarzyszyła im niepewność. Podobnie jak w niezobowiązującej relacji miłosnej, ogromną rolę odgrywały w nim różne czynniki, na które nie miałam wpływu. Jako osoba, która zawsze starała się działać, by osiągnąć konkretny cel, odbierałam te niespodzianki jako urocze magiczne sztuczki.

Podobnie jak miliony moich poprzedników, przeprowadziłam się do Londynu w poszukiwaniu pracy. Szybko się tam odnalazłam. Anonimowość miejskiego zgiełku przyniosła mi ukojenie, zafascynowałam się tym, jak wszystko nieustannie się tam zmienia. Choć powstanie miast wynikło z potrzeby człowieka, z czasem okazało się, że trudno w nich się mieszka. Nie pozostaje tu wiele miejsca na przemyślenia i refleksję. Tutaj, z dala od setek ledwo dostrzegalnych zmian w powietrzu, na ziemi i gałęziach, stawiano mi przedziwne wymagania. Miasto zmienia nasze priorytety i zmusza nas do konkurowania ze sobą w kwestiach, które wcześniej nie wydawały nam się istotne, czyli ile zarabiamy i gdzie jeździmy na wakacje. Zamieszkujemy miasta coraz liczniej. Pokolenie millenialsów – do którego sama należę – garnęło się do tego bezmiaru szarości, szkła i stali, by mieszkać w fatalnych warunkach i konkurować o prace w branżach okaleczonych przez kryzys. Próbowaliśmy zrzucić z siebie oczekiwania rodziców i szukać własnych sposobów na życie, opartych raczej na działaniu niż na posiadaniu, nawet choćbyśmy jednocześnie próbowali kupić własne mieszkanie. Wspinaliśmy się po szczeblach kariery, z której szczytu rozciągał się widok na kolorową, zmieniającą swój kształt przyszłość, a tej nie sposób było przewidzieć. Próbowaliśmy robić wszystko naraz, doskonale udając, że świetnie sobie radzimy, nawet kiedy mieliśmy poczucie porażki na każdym polu.

Wybudowaliśmy wysoki mur pomiędzy nami a innymi istotami żywymi, z którymi dzielimy przestrzeń. Przestaliśmy dostrzegać roślinność wokół nas, obojętni na moc i przeznaczenie różnych gatunków zieleni, których nie umieliśmy już nazwać. Nie my pierwsi: od wielu pokoleń ludzie uciekają z idyllicznej wsi swojego dzieciństwa, przyciągani przez ekstrawagancki splendor miast. Prędzej czy później, natura sama się o nas upomina i z czasem sami zaczynamy zmierzać ku kojącej zieleni. Rzucamy rękawicę prawu i doktrynie, i siejemy ziarna w glebie, która do nas nie należy, zmieniając nijakość w piękno, by ukoić serca tłumów i nasze własne. W odpowiedzi na brud i smog rewolucji przemysłowej, wiktoriańskie władze zaczęły wyodrębniać miejsca na parki, by obywatele mogli zaczerpnąć powietrza dzięki zielonym płucom roślin, gdy ich własne wypełniały się sadzą. Z upływem czasu, gdy dzieci nowoczesności zaczęły odczuwać znużenie niespokojnym rytmem życia, projektowanie ogrodów pozwoliło najbardziej przełomowym artystom na próby odnalezienia wolności twórczej.

Jakie zajmujemy miejsce pośród tych pokoleń? Co w naszym toczącym się w czterech ścianach życiu formuje nasze myśli, potrzeby i pragnienia? Poczułam, że tęsknię za zaskakującym uczuciem suchych nasion trawy w ustach. Za niespodzianką od natury, nieważne jak brutalną. Wypatrywałam przestrzeni – niekoniecznie dosłownej, bo miasto jest równie pełne cudów, co frustracji – ale w moim sposobie myślenia. Wpatrując się w stokrotki i tarasując chodnik na wiele minut, podczas gdy inni przechodnie mijali mnie w pośpiechu, zrozumiałam, że odczuwam głód. Głód zrozumienia, posiadania tej niepozornej supermocy, która pozwala zakneblować kogoś łodygą przytulii, zamienić nabrzmiałą jagodę w atramentową przekąskę, a liść szczawiu – w lekarstwo. Nabrałam poczucia, że gdybym tylko potrafiła poruszać się w złożonym świecie roślin, gdybym wyczuwała, co sprawia, że rośliny kwitną, a od czego więdną, mogłabym odnaleźć zupełnie nowy sposób na życie.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz