Mów szeptem - Agnieszka Olejnik - ebook
lub
Opis

Młodzi. Samotni. Rozdarci.

Witek to miłośnik Szekspira i geniusz matematyczny, który rozumie liczby lepiej niż ludzi. Chłopak ma też rzadki dar i widzi słowa jako kolory. Pomimo tego, że świat Witka jest bogaty, to samotny, bo nie ma w nim przyjaciół.

Kiedy w szkole pojawia się nowa uczennica, Witek od razu zwraca na nią uwagę. Nie zniechęca go to, że Magda jest skryta i małomówna. Dziewczyna go bardzo intryguje i chociaż Witek nie szuka miłości, to postanawia, że musi poznać ją bliżej.

Oboje są zupełnie różni, a jednak do siebie podobni. Oboje są samotni, bo uważają, że lepiej być samemu niż kochać i cierpieć. Kiedy spotka ich tragedia, zrozumieją, że tylko miłość pozwoli im przetrwać.

O autorce

Agnieszka Olejnik – znana w Polsce autorka powieści obyczajowych, która wydała do tej pory 17 książek. Z wykształcenia polonistka i anglistka, a prywatnie mama trzech synów. Uciekając przed zgiełkiem miasta, zamieszkała w domu na skraju lasu. Uwielbia podróże, dawniej chodziła po jaskiniach i latała szybowcem. W jej książkach poruszane są ważne i trudne problemy zarówno nastolatków jak i całkiem pogubionych dorosłych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 301

Popularność


1

W mieście od dawna już nie pojawił się nikt tak barwny. Zupełnie jakby w stado szaroburych wróbli wleciał nagle koliber albo egzotyczna, cudnie upierzona papuga. Nie chodziło nawet o pszeniczne włosy, długie i w artystycznym nieładzie, ani o intensywnie niebieskie oczy, których morski odcień podkreślał dodatkowo umiejętnie zrobiony makijaż. Chyba najbardziej rzucał się w oczy jej strój – zwariowany, kolorowy, kompletnie niedzisiejszy, jakby wyjęty z żurnala sprzed kilkudziesięciu lat.

Była połowa września. Kiedy Magda pierwszy raz przyszła do nowej szkoły, miała na sobie czerwoną spódniczkę mini w szkocką kratę z odcieniami zieleni i granatu, a do tego bardzo obcisłą czarną bluzkę z ciasnym golfem. Jej nogi wydawały się cienkie jak patyki w czarnych rajstopach i zielonych, lakierowanych martensach. Zresztą cała wyglądała na drobną i niepozorną – a jednak to właśnie ona przyciągała wzrok wszystkich chłopaków w szkole, znacznie bardziej niż wszystkie te podobne do siebie wydekoltowane laski z pępkami na wierzchu.

Pierwszego dnia nie rozmawiała z nikim. Chodziła zamyślona i oglądała wszystko tak, jak ogląda się eksponaty w muzeum – kolekcję pucharów na korytarzu, zdjęcia laureatów olimpiad, tabliczki na salach lekcyjnych i nawet witrynę szkolnego sklepiku, w którym od jakiegoś czasu sprzedawano tylko wodę mineralną, chusteczki do nosa oraz śmieszne niby-chipsy z buraków i jabłek.

Na jej ramieniu dyndała wielka torba z imitacji rudego zamszu. Co jakiś czas Magda sięgała do niej i wyciągała telefon, sprawdzała coś, po czym chowała go z powrotem. Ma chłopaka, mówili półgłosem chłopcy, przyglądający się nowej i omawiający w rozrechotanych grupkach szczegóły jej wyglądu. Ma chłopaka, szeptały dziewczyny, które robiły to samo, ale znacznie dyskretniej, udając, że w ogóle nie zauważyły, że w szkole jest jakaś nowa.

Na lekcjach siadała tam, gdzie kazali jej nauczyciele, ale na sąsiadki z ławki nie zwracała szczególnej uwagi – poza tym, że mówiła „cześć, jestem Magda”, nie ciągnęła rozmowy. Zapytana, skąd przyjechała, odpowiedziała, że wrócili z zagranicy, nie wyjaśniła jednak, gdzie i jak długo mieszkali. Nie było nawet wiadomo, kim są właściwie ci „oni” – czy to cała rodzina, czy tylko Magda z ojcem lub z matką.

Na angielskim wzbudziła powszechną sensację, kiedy okazało się, że po pierwsze w rzeczywistości nosi brytyjskie imię i nazwisko: Madelaine Robson, a po drugie, że mówi w tym języku lepiej niż nauczyciel. Za to niemieckiego nie znała wcale i germanistka z kwaśną miną zasugerowała, że przydałyby się jej jakieś korepetycje. Magda jedynie pokiwała głową, lecz jednoczesne wzruszenie ramionami dowodziło, że tak naprawdę ma to gdzieś.

Po lekcjach od razu poszła do domu – a w zasadzie pojechała, bo dopiero teraz co wnikliwsi obserwatorzy zauważyli, że przyjechała rowerem, który przypięła do barierki pod pobliską budką z kebabem. Rower był tak samo niedzisiejszy jak plisowana spódnica w kratę: czerwony z wielkimi kołami i wygiętą kierownicą, trochę jakby retro.

Kiedy Magda zniknęła z pola widzenia, rozmowy nagle się ożywiły. Męska część towarzystwa odważyła się na komentarze bardziej sprośne niż pochlebne; dziewczyny zaś plotkowały na całego, nie krępując się tym, że ich złośliwe uwagi mogą zostać odebrane jako przejaw zazdrości.

Jak zwykle nikt nie zwracał uwagi na Wita Malczyka, który pokręcił się trochę przy budce z kebabem, a potem po prostu ruszył w tę stronę, w którą pojechała nowa, kompletnie nie przejmując się faktem, że po raz kolejny daje nogę z fizyki.

Skrócił sobie drogę, przechodząc wąskimi uliczkami w miejsce, gdzie – jak się spodziewał – pojawi się dziewczyna, jeśli wybierze drogę zgodną z przepisami. W miasteczku nie było ścieżek rowerowych, a ruch uliczny w centrum zorganizowano w irytujący sposób: niemal wszystkie drogi oznakowano jako jednokierunkowe. Aby dotrzeć spod kościoła do pobliskiego marketu Eko, należało okrążyć rynek i jeszcze przejechać dwa razy brukowaną ulicą. Witek nie był kierowcą, ale miał doskonałą pamięć i wiedział, gdzie stoi jaki znak.

Odgadł bezbłędnie. Kiedy stanął na rogu sklepu elektrycznego, nowa dziewczyna właśnie wyjeżdżała zza ratusza. Wiatr rozwiewał jej jasne włosy, a spódniczka podniosła się nieco, pokazując szczupłe uda. Witek nigdy dotąd nie zwracał uwagi na dziewczęce sylwetki, zresztą rzadko podnosił wzrok także na twarze. Nie tylko dziewczęce. Po prostu unikał patrzenia w oczy. Jednak w tej nowej było coś, co jednocześnie niepokoiło go i ciekawiło. Nie wiedział, co by to mogło być. Kolory? Nie lubił intensywnych odcieni, ponieważ były rozedrgane i wprawiały go w niepokój. Pani psycholog mówiła zawsze, że powinien się z nimi oswajać, ale jak oswoić się z czymś, co miga i wrzeszczy? Witek słyszał kolory i wyczuwał ich temperaturę, podobnie jak widział barwę i czuł fakturę niektórych słów.

– Magda – powiedział, kiedy nowa zniknęła mu z oczu. – Magda, Magda – powtórzył.

Nie znał dotąd tego imienia. To znaczy oczywiście znał w tym sensie, że wiedział o jego istnieniu, ale nigdy go nie wypowiadał. Chciał poczuć je na języku i między wargami. Samo słowo zawierało w sobie ciepło skorupki orzecha laskowego, ale też jej twardość; zabawnie stukało o podniebienie. Miało łagodnie brązową barwę, nie krzykliwą jak młode kasztany, lecz kojącą. Pszeniczny blond na głowie tej nowej także nie był tak głośny, jak sztucznie żółtawy kolor włosów innych dziewczyn. Witek domyślał się, że to nie jest naturalny odcień, jednak miał pewność, że Magda musi być z natury jasnowłosa.

Zawrócił i przez chwilę kręcił się bez celu po rynku. Miał do wyboru spóźnić się na fizykę i nudzić się do końca lekcji, powłóczyć się po mieście w nadziei, że jakimś cudem odkryje, gdzie mieszka Magda, albo wrócić do domu i słuchać zrzędzenia babci, która na pewno już zajrzała do dziennika elektronicznego i wie, że poszedł na wagary, nie mówiąc już o tym, że rano zwiał z WF-u.

Wybrał to trzecie, ponieważ był głodny. Zrzędzenie nie jest takie złe, można się do niego przyzwyczaić i Witek właśnie zdążył przywyknąć. Babcia zrzędziła całymi dniami, właściwie była to jedyna znana jej forma komunikowania się z bliźnimi. Z kolei jedną z jej nielicznych zalet było to, że dobrze i obficie karmiła, w każdym razie w porównaniu z tym, czego Witek zaznał w domu dziecka.

2

Wygląda na lekko stukniętą – oceniła Martyna, przewodnicząca samorządu szkolnego i jedna z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. – Widziałyście, jak wszystko oglądała? Jakby zwiedzała jakiś pieprzony zabytek albo co najmniej muzeum.

– To jest reakcja obronna – odezwała się Gośka, która zwykle we wszystkim doszukiwała się drugiego dna. – Wyobrażam sobie, że to musi być trudne, znaleźć się w nowej szkole, nikogo nie znać…

– W takiej sytuacji podchodzisz do kogoś z twojej klasy i próbujesz pogadać.

– Może jest nieśmiała.

– Naprawdę uważasz, że wygląda na nieśmiałą? – wtrąciła trzecia z przyjaciółek, Olka. – Według mnie jest typem osoby, która ma wszystko w dupie.

Dziewczyny rozmawiały w takim tonie jeszcze przez kilkanaście minut, bo tyle zajęła im droga do domu. Pierwsza odłączyła się Gośka, która mieszkała nad apteką w rynku. Olka miała najdalej, więc odprowadziła Martynę pod blok z czerwonej cegły.

– Zauważyłaś, że ilekroć pojawia się ktoś nowy, coś się psuje? – zapytała. – Sama nie wiem… Zupełnie jakby ludzie się od razu zmieniali.

– Nie zmieniają się, tylko chcą się pokazać z innej strony – odpowiedziała Martyna. – I nie zawsze. Pamiętasz, jak do naszej klasy doszedł Witek?

– Witek? Masz na myśli Przypała? Och, to zupełnie inna historia.

– Nie mów na niego „Przypał”. Nie lubię tego. Witek jest całkiem sympatyczny.

– Okej, jak zwał, tak zwał. W każdym razie ja mówię o normalnych ludziach. Na przykład Michał z biol.-chemu. Przecież Wiktoria i Zuzka były najlepszymi kumpelami, a kiedy on się pojawił, wszystko zaczęło się psuć.

– Głupie dziunie – podsumowała Martyna. – Nigdy nie pozwoliłabym, żeby jakikolwiek chłopak stanął między nami. Przyjaźń to przyjaźń.

Olka cmoknęła ją w policzek.

– Za to cię kocham – powiedziała. – Dobra, lecę, bo muszę wyprowadzić psa, zanim zasika dywan. Pa.

Przypał, czyli Witek, przysłuchiwał się tej rozmowie zza ciężkich, drewnianych drzwi prowadzących do jego klatki schodowej. Wychodził właśnie po śmietanę do babcinej zupy ogórkowej, kiedy zobaczył dziewczyny ze swojej klasy i odruchowo cofnął się, żeby nie musieć się z nimi przywitać. Mówienie „cześć” tym wiecznie rozchichotanym istotom sprawiało mu ogromną trudność, nie mówiąc już o tym, że zawsze wyczuwał politowanie, a może nawet pogardę w ich głosach. Cokolwiek do niego mówiły, było beżowe i chropowate, nierówne, drażniące, jakby obgryziony paznokieć zahaczał o wełnę. Nie były szczere, kiedy modulowały głos tak, aby brzmiał miło.

Martyna mieszkała w sąsiedniej klatce schodowej zabytkowego bloku z cegły, który uważano za lokalne arcydzieło architektury przedwojennej – a to z powodu braku innych interesujących budynków w miasteczku o nazwie Stawy.

Witek początkowo trochę się jej bał. Była wysoka, zawsze intensywnie umalowana, ubrana w róże i turkusy, głośna. Na swój sposób kradła przestrzeń – wypełniała ją sobą, gdziekolwiek się znalazła. Zwłaszcza w klasie, gdzie rządziła niepodzielnie.

Potem jednak oswoił się z tym. Martyna kilka razy przyszła mu z pomocą, kiedy wpakował się w kłopoty. A pakował się w nie często. Na przykład odwracał się, gdy ktoś do niego mówił i kiedy właśnie należało patrzeć w stronę mówiącego. Minęło sporo czasu, zanim Witek nauczył się, że w takich sytuacjach ludzie oczekują kontaktu wzrokowego. Uważał to za absurdalne – skoro do słuchania służą uszy, to jakie ma znaczenie, gdzie on patrzy?

Przez cały pierwszy rok liceum miał ogromne problemy z ocenami. Właśnie z ocenami, nie z nauką. Początkowo mieszkał w domu dziecka, ponieważ po wypadku, w którym zginęli rodzice, jedyną jego bliską krewną była babcia, przebywająca wówczas w szpitalu po operacji biodra. Sąd rodzinny uznał, że nie ma innego wyjścia – chłopak musi przeczekać w placówce opiekuńczej, a gdy starsza pani wydobrzeje, zdecyduje, czy podejmie się wychowywania wnuka.

Mama Witka była nauczycielką w zielonogórskim gimnazjum, do którego chodził chłopak. Zdołała wytłumaczyć większości nauczycieli, że jej syn różni się od wszystkich uczniów, z jakimi dotychczas pracowali. Że ma znakomitą pamięć, ale nie potrafi zapominać, dlatego na pytanie: „Napisz, co wiesz o Adamie Mickiewiczu” udzieli odpowiedzi zbyt obszernej, na kilkanaście stron, zawierającej zarówno informacje istotne, jak i dziesiątki całkowicie nieważnych detali. W przypadku testu z polskiego chłopcu zabraknie wówczas czasu na pozostałe pytania.

Co jeszcze mama wyjaśniła nauczycielom? Że Witek jest bardzo sprawny fizycznie, ale nie zagra w żadną grę zespołową, bo za wszelką cenę będzie próbował uniknąć niechcianego dotyku, hałasu, tłoku oraz agresji. Że nie rozumie żartów i sam nie żartuje. Że rozwiąże w pamięci każde zadanie matematyczne, ale nie zapisze obliczeń, bo na ogół nie wie, jak doszedł do wyniku. Że robi to intuicyjnie. Że potrafi namalować, wyrzeźbić, upleść i zrobić z rozmaitych materiałów wszystko to, co już widział, natomiast nie stworzy niczego „z głowy”. Że napisanie opowiadania twórczego to zadanie, które całkowicie przekracza jego możliwości pojmowania – już nawet nie w tym sensie, że nie potrafi (zresztą rzeczywiście nie potrafił), ale w tym, że nie rozumie polecenia. Co właściwie ma zrobić? Napisać opowiadanie? Ale co miałby w nim napisać? Mógł opowiedzieć o czymś, co rzeczywiście się zdarzyło, mógł napisać pamiętnik albo drobiazgowo opisać wygląd kogoś lub czegoś. Jednak nie umiał wymyślać. Wymyślanie uważał za kłamstwo.

Choć z oporami, pedagodzy przyjęli w końcu do wiadomości, że kiedy Witek chowa podczas lekcji twarz w dłoniach albo schyla się i kryje głowę pod ławką, to nie wygłupia się i nie przestaje słuchać, tylko ogranicza nadmiar bodźców i informacji – w przeciwnym razie bowiem zapamięta zarówno treść wykładu, jak i to, co miała na sobie nauczycielka, na której powiece rozmazał się jej tusz i który paznokieć u której dłoni miał leciutko odpryśnięty lakier, a także jakiego koloru był ten lakier i czy był błyszczący, metaliczny, z brokatem czy matowy. Chłopak kodował w pamięci rozpięte guziki, pojedyncze siwe włosy, brodawki na czole, pryszcze i krzywo wyskubane brwi. Oraz dziesiątki innych, kompletnie nieistotnych szczegółów. Wszystko, co zobaczył, usłyszał i poczuł.

Śmierć rodziców zbiegła się w czasie z końcem jednej, a początkiem kolejnej szkoły. W dodatku decyzją sądu Witek został umieszczony w domu dziecka w Stawach, miejscu zamieszkania babci, gdzie nikogo nie znał. Tak więc tym razem nie było nikogo, kto porozmawiałby z pedagogami i wyjaśnił im sytuację Wita Malczyka. Dlatego przez całą pierwszą klasę liceum chłopak zbierał głównie jedynki – za wszystko: za to, że nie patrzył na nauczyciela, że zatykał uszy albo zamykał oczy, że odmawiał gry w koszykówkę na WF-ie, ponieważ nie mógł znieść dotyku spoconych ciał, że nawet nie podjął próby napisania opowiadania grozy oraz że nie przepisał notatki z chemii, ponieważ została napisana na tablicy ukośnie, a nie poziomo. Powodów było aż nadto.

W drugim półroczu, kiedy babcia wyszła już ze szpitala i wzięła wnuka do siebie, wychowawca wezwał ją do szkoły i zasugerował, aby przeniosła Wita do ochotniczego hufca pracy, ponieważ jego iloraz inteligencji zwyczajnie uniemożliwia mu naukę w szkole ogólnokształcącej. Babcia, która była osobą niezwykle wojowniczą, w wiecznej kontrze wobec świata, zażądała przeprowadzenia wiarygodnych testów – co też uczyniono przy współpracy z lokalną poradnią psychologiczno-pedagogiczną. W ten oto sposób stały się dwie rzeczy, które znacząco wpłynęły na sytuację chłopaka: po pierwsze testy udowodniły, że jest nie tylko wystarczająco, ale wręcz nieprzeciętnie inteligentny, a po drugie trafił pod skrzydła pani psycholog Beaty Kremczuk.

Tak czy owak, chłopak musiał powtarzać pierwszą klasę liceum. Nie przejął się tym, co więcej – potraktował to jako błogosławieństwo, ponieważ uwolnił się dzięki temu od kilku klasowych prześladowców, którzy nadali mu ksywkę Przypał i lubili urządzać sobie zabawę jego kosztem. W nowej klasie trafił na Martynę, która znała go z widzenia, bo odkąd chłopaka przygarnęła babcia, mieszkali w tym samym budynku. Martyna musiała widocznie znać smutną historię jego sieroctwa, bo od początku objęła go czymś w rodzaju koleżeńskiej opieki. Może wiedziała też, że babcia pije, a ponieważ sama była córką samotnego ojca alkoholika, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wygląda takie życie.

Witek nie miał pojęcia, czy ją lubi. W ogóle nie bardzo wiedział, co znaczy lubić. Nigdy nie miał przyjaciół, nawet w przedszkolu bawił się sam. Przedtem, w poprzednim życiu, kochał jedynie mamę i może troszkę tatę – i wtedy wiedział na pewno, co znaczy kochać. Teraz już zapomniał.

3

Przyjdź koniecznie! – mówiła Olka, ciągnąc Magdę za rękaw obszernego swetra w wielokolorowe pasy. – Imprezy u Wielkiego Boba zawsze są świetne! Jego starzy wyjeżdżają na cały weekend, więc w sobotę się bawimy, a w niedzielę sprzątamy. Jest czas, żeby wypić, odchorować swoje i wytrzeźwieć. Mówię ci, super!

Witek obserwował całą scenę z kąta korytarza. Magda kiwała głową i uśmiechała się przyjaźnie, ale nic nie wskazywało na to, żeby miała zamiar skorzystać z zaproszenia. Olka na wszelki wypadek opisała dokładnie, jak trafić do Roberta, zwanego przez wszystkich Wielkim Bobem z powodu potężnych mięśni, które wypracował sobie oficjalnie dzięki regularnym treningom na siłowni, nieoficjalnie zaś – dzięki sterydom.

Mijały dwa miesiące od dnia, kiedy Magda po raz pierwszy przekroczyła mury tutejszego liceum. Nie zaprzyjaźniła się z nikim, zachowywała dystans, ale wobec wszystkich była miła; wyglądało na to, że wciąż patrzy na otoczenie z jakimś dziwnym namysłem. Nikt – poza Witkiem, który czasem ją śledził – nie znał jej adresu i nikt nie miał pojęcia, że dziewczyna mieszka sama.

Na imprezę do Wielkiego Boba nie poszła. Witek pokręcił się pod jego domem w nadziei, że ją zobaczy – choć tak naprawdę liczył na to, że ona rzeczywiście nie przyjdzie. Nie miał pojęcia, dlaczego wciąż o niej myśli. Oczywiście znał teorię: umiałby powiedzieć, co ludzie nazywają „zakochaniem”, czytał o objawach i wiedział nawet, że stan ten wpisano na listę chorób psychicznych. Nie był jednak świadom, że to, co właśnie go dopadło, jest niczym innym jak pierwszą miłością – tą, którą będzie pamiętał przez całe życie i do której przyjdzie mu porównywać wszystkie kolejne. O ile jakieś kolejne w ogóle będą.

Wzruszały go jej chude jak patyki nogi w martensach, które wydawały się za duże. Dziewczyna nie nosiła innych butów. Rzadko też chodziła w spodniach. Jeśli już, to w takich, jakich nie założyłaby żadna inna dziewczyna – w kratę, pepitkę, prążek albo jodełkę; dziwnych, za krótkich, za szerokich albo właśnie bardzo wąskich. Podwijała nogawki, dobierała do nich długie kolorowe skarpety albo przeciwnie – świeciła gołymi łydkami. Zakładała też ręcznie dziergane, fantazyjne golfy w niesamowite wzory; zawsze nosiła swetry pod samą szyję albo koszule zapięte na ostatni guzik, a do nich krawat. Nie ulegało wątpliwości, że używała stroju, by wyróżnić się z tłumu, zupełnie jakby bała się być niewidzialna. Jakaś część jej ubioru była zawsze jaskrawa, na przykład do czarnego swetra zakładała musztardowe rurki, zaś do czarnej spódniczki – purpurowy golf. Jak gdyby za wszelką cenę usiłowała odróżnić się od wszystkich. Dla Witka, który inaczej niż rówieśnicy reagował na kolory, te jej barwne ubrania były krzykiem. Nie był tylko pewien, czy ona krzyczy z entuzjazmu, bólu czy ze strachu. A może woła o pomoc? Albo o uwagę? Miał wiele rożnych interpretacji, ale żadnej z nich nie był pewien; nigdy nie był w tym dobry.

Przez ostatnie dwa miesiące cierpliwie śledził Magdę i coraz lepiej ją poznawał. Wiedział, że wychodzi do szkoły na ostatnią chwilę (z jakiegoś powodu przestała jeździć rowerem), przez co on również spóźniał się na pierwszą lekcję. Wiedział, że po drodze wstępuje do sklepu spożywczego i kupuje sok pomidorowy oraz suchą bułkę. Połowę bułki zjadała w drodze do szkoły, drugą połowę zaś skubała po trochu na przerwach. Sok wypijała dopiero koło pierwszej – najwyraźniej była przyzwyczajona, że w porze lunchu żołądek potrzebuje czegoś więcej niż kilku kęsów pieczywa. To pasowało do opowieści, które o niej krążyły: że przyjechała z Irlandii (albo z Anglii, tu poszczególne wersje różniły się nieco), że miała tam chłopaka, przeżyła wielki zawód miłosny, zaszła w ciążę, poroniła albo usunęła (ewentualnie oddała dziecko do adopcji) i dlatego rodzice przywieźli ją do Polski. Nikt jednak nie potrafił wyjaśnić, dlaczego ktoś, kto wraca z zagranicy, wybiera zapyziałe miasteczko Stawy pod zachodnią granicą. Dlaczego nie Poznań, Wrocław albo choćby Gorzów, a właśnie Stawy – miejsce, o którym świat nigdy nie słyszał? I jeszcze jedno rozgrzewało do czerwoności wyobraźnię licealistów: jakim cudem ta dziewczyna nie istnieje w internecie? Nie było jej ani na Facebooku, ani na Instagramie, ani w ogóle nigdzie. Jakby Madelaine Robson nie istniała.

Kiedy Witek odkrył, że Magda mieszka na pierwszym piętrze jednego z niskich bloków na osiedlu Norwida, zaczął obserwować budynek i kręcił się po okolicy tak długo, aż ustalił, że jej okna wychodzą na ulicę. Rozpracował rozkład mieszkań: po lewej znajdują się kawalerki, po prawej mieszkania dwupokojowe, z drugiej strony bloku zaś –trzypokojowe. Wydedukował, że Magda zajmuje kawalerkę. Wkrótce znalazł sposób, by móc zaglądać jej w okna. Po przeciwnej stronie ulicy stała zaniedbana poniemiecka kamienica. Na parterze funkcjonowało pogotowie weterynaryjne, naprzeciwko sklep zoologiczno-wędkarski, na poddaszu zaś znajdowały się dwa mieszkania. Jedno z nich wyglądało na opuszczone, w każdym razie tak wywnioskował chłopak, obserwując przez kilka wieczorów kolejno zapalające się w budynku światła. Pamiętał z jakiegoś głupiego filmu, jak otwiera się zamki. Na dzikim wysypisku śmieci za miastem wygrzebał odpowiedni drut, spróbował raz, drugi, trzeci i po kilku próbach znalazł się w pustym, śmierdzącym stęchlizną mieszkaniu.

Magda nie miała rolet ani zasłon, tylko niezbyt gęste firanki. Witek czekał cierpliwie. Z dnia na dzień coraz wcześniej zapadał zmrok, przez co wcześniej zapalała światło. Chłopak pożerał ją wzrokiem, kiedy przechodziła z pokoju do kuchni i gotowała sobie coś przy kuchence. Chciwie patrzył, jak jadła, szykowała ubrania na kolejny dzień i wreszcie kładła się spać. Rozbierała się w łazience, która znajdowała się w głębi mieszkania – do sypialni zawsze przychodziła w koszuli nocnej; czasem w duże turkusowe serca, a czasem w łezki. Na noc splatała jasne włosy w luźny warkocz.

Zanim się położyła, sprawdzała coś w telefonie, a wtedy serce Witka ściskało się boleśnie, ponieważ przypominały mu się komentarze rówieśników: ona musi mieć chłopaka, na pewno zostawiła w tej Anglii wielką miłość. Dziewczyna nie gasiła od razu światła, robiła coś poza zasięgiem jego wzroku – lubił wyobrażać sobie, że czyta te same książki co on.

Co jeszcze o niej wiedział? Niewiele. Właściwie tylko tyle, że musi mieć problemy finansowe, bo poza poranną bułką i sokiem pomidorowym kupowała jedynie makaron albo ryż i jakieś mrożone warzywa. Chłopak snuł się za nią po markecie i zaglądał, co wkłada do koszyka: zwykle lądowała tam fasolka szparagowa lub brokuły. Sporadycznie kupowała także kawę albo tanią herbatę, co jakiś czas środki czystości, niedrogie książki i czasopisma, kosmetyki i bieliznę. Raz w tygodniu pozwalała sobie na słodycze.

Po szkole nigdy nigdzie nie wychodziła. Inna sprawa, że w Stawach nic się nie działo, nie było nawet kina, bo zamknięto je jakiś czas temu. Pozostał po nim smutny, szary budynek, w którym czasem urządzali sobie libacje miejscowi żule. Witek widział, jak Magda kilka razy poszła w to miejsce i nawet próbowała dostać się do środka, ale ostatecznie zrezygnowała. Był bardzo ciekaw, czego tam szukała.

Pewnego listopadowego dnia zobaczył, jak dziewczyna rozwiesza na słupach ogłoszenia: Korepetycje z angielskiego. Przygotowanie do egzaminów, konwersacje, pomoc w lekcjach. Nie podpisała ich imieniem, podała tylko numer telefonu. Oderwał jedną z małych karteczek i nosił ją przez kilka dni w kieszeni, aż w końcu wpisał sobie numer do komórki. Od tamtego dnia zaczęły się ich dziwne wieczorne rozmowy.

4

Kochana Mamo!

Dwa storczyki przestały mi kwitnąć, ale pozostałe mają łodygi aż ciężkie od kwiatów. Spodobałyby Ci się.

Pani Beata pytała, czy piszę do Ciebie systematycznie, bo to podobno bardzo ważne. Mówi, że tylko w ten sposób nauczę się formułować myśli i dzięki temu będę w stanie zdać maturę. Ale mówiąc szczerze, mam gdzieś maturę. Wiem wszystko, co potrzebuję wiedzieć, a kiedy chcę poznać coś nowego, po prostu o tym czytam i już staje się to zrozumiałe. Czy muszę to potwierdzać egzaminami? Babcia też ciągle powtarza, że studia nie są mi do niczego potrzebne, bo system edukacji jest do bani; zresztą ona psioczy na wszystko.

Jednak wiem też, że jeżeli nie pójdę na studia, będę musiał zacząć na siebie zarabiać, a nie wiem, jak się za to zabrać. Czym miałbym się zająć?

Pani Beata mówi, że nie mogę co chwila zmieniać tematu i pisać wszystkiego, co mi przychodzi do głowy, tylko trzeba ukierunkować wywód. Spróbuję. Bo chcę Ci opowiedzieć o czymś ważnym.

Babcia ostatnio sporo pije, nawet na grób dziadka poszła pijana. Wiem, że Ciebie by to zmartwiło, ale mnie trochę nawet pasuje, bo dzięki temu mogę do późna być poza domem, a kiedy wracam, ona już śpi.

Miałem ukierunkować.

Coś ważnego, o czym chcę Ci napisać, to dziewczyna o imieniu Madelaine. Przedstawia się jako Magda. Oba te imiona mają przyjemny odcień, trochę jak kapelusz prawdziwka. Wiesz, że lubię ten kolor.

Jest wielobarwna i wprawdzie jej barwy są głośne, ale nie muszę zaciskać oczu, bo nie wrzeszczą tak, jak te w reklamach i sklepach. Czasami myślę, że Magda chce coś nimi powiedzieć. Tym, że rozjaśnia włosy i zmienia ich odcienie i że maluje usta na czerwono. Widziałem ją przez okno bez szminki, a wtedy wyglądała bardzo smutno cicho i miękko. Z czerwonymi ustami jest wprawdzie twardsza i głośniejsza, ale jeszcze smutniejsza.

Przyjechała do Stawów w połowie września. Nikt nie wie, skąd i po co. Dlaczego tu? Dlaczego teraz? Została zapisana do drugiej klasy. Twierdzi, że mieszkała dotąd za granicą – nie ma powodu, żeby jej nie wierzyć, bo podobno świetnie mówi po angielsku. Ja nie jestem z nią w jednej klasie, ale słucham, co mówią ci, którzy są.

Magda udziela korepetycji – patrzyłem, jak rozwieszała ogłoszenia. Lubię czasem przyglądać się jej z ukrycia. Nie robię nic złego, tylko patrzę. Jak na razie na to ogłoszenie zareagowały trzy osoby. Tak więc Magda chodzi na sąsiednią ulicę do chłopczyka w wieku przedszkolnym, do dziewczyny (chyba z siódmej klasy) z osiedla Łużyckiego, a ostatnio zaczęła też uczyć młodego biznesmena, Karola Filipiuka, który otworzył dwa salony gier, pizzerię i lokal z kebabem. Skoro chce się uczyć języka, pewnie wybiera się za granicę. Ludzie mówią, że to cwaniak i że ma na sumieniu dużo brudnych sprawek. Ja sam widziałem go tylko raz i wydał mi się czarny w środku.

Dzięki temu, że Magda rozwiesiła ogłoszenia w sprawie korepetycji, zdobyłem jej numer telefonu. Oderwałem go dzisiaj. Nie powinienem był tego robić, bo te karteczki są dla tych, którzy chcą się uczyć, a ja nie chcę, bo przecież znam angielski. Myślę jednak, że do niej zadzwonię. Tylko po to, żeby usłyszeć jej głos. To znaczy słyszałem go oczywiście wiele razy, bo umiem przyglądać się i przysłuchiwać w taki sposób, że sam pozostaję w ukryciu. Ale chciałbym, żeby raz powiedziała coś do mnie. Myślisz, że to bardzo złe, Mamo?

Babcia piła wino wiśniowe, więc Witek schował zeszyt z listami do matki i bez najmniejszych problemów wymknął się z domu. Poszedł na osiedle Norwida, trochę pogapił się w okno na pierwszym piętrze, a potem cicho jak mysz przemknął na poddasze nad pogotowiem weterynaryjnym i stanął przy strasznie zakurzonym parapecie. Magda była w kuchni, chyba coś mieszała w garnku. Witkowi drżały ręce, gdy szukał kontaktu w telefonie. Obserwował, jak dziewczyna wychodzi z kuchni. Przez chwilę jej nie widział, potem pojawiła się w sypialni, ale widocznie usiadła albo nawet położyła się na łóżku, bo znów stracił ją z oczu.

– Słucham. – Kiedy usłyszał głos w słuchawce, zabrakło mu tchu. Nie odpowiedział, ponieważ nie był w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Zresztą nie miał przecież zamiaru z nią rozmawiać, chciał tylko słuchać.

– Halo! – odezwała się znowu niecierpliwie, a może z niepokojem. – Słucham!

– Halo. – Tym razem odpowiedział, ponieważ zdjął go nagły lęk, że jeśli tego nie zrobi, ona się rozłączy.

– W sprawie korepetycji? – zapytała.

Witek milczał przez chwilę, zbierając myśli.

– Nie – wykrztusił wreszcie. – W sprawie rozmowy. Albo samotności. Na jedno wychodzi.

Teraz z kolei ona zamilkła. Na długo. Kiedy się w końcu odezwała, jej głos brzmiał zupełnie inaczej niż zwykle. Miękko. Miał jasnożółty kolor.

– Kto mówi?

Witek nie miał pojęcia, co powiedzieć. Podać imię? Przecież go nie znała. Ksywkę? O Przypale słyszała na pewno. Pytanie brzmiało: czy chciałaby rozmawiać z Przypałem? Nie, na pewno nie. Natychmiast odłożyłaby słuchawkę.

– To ja – powiedział głupio. – Po prostu ja. Chciałem tylko… pogadać.

– Okej – odparła Magda z namysłem. – Powiedz mi, czy się znamy. Skąd masz mój numer?

– Nie znamy się. Zerwałem karteczkę z ogłoszenia.

– Więc jednak zainteresowały cię korepetycje…

– Nie – przerwał. Nie umiał kłamać. – Po prostu potrzebowałem rozmowy.

Pojawiła się znowu – wstała i podeszła do okna. Witek zadrżał, bo przez chwilę czuł się tak, jakby patrzyła mu prosto w oczy. To było tak intensywne, że aż zabolało, ale chciał, żeby zrobiła to jeszcze raz. Tymczasem ona oparła czoło o szybę i zamknęła oczy albo może patrzyła w dół, na ulicę – w każdym razie widział jej opuszczone powieki.

– Powiesz mi, jak masz na imię? – zapytała, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wycofała się z tego. – Nie, nie mów. Lepiej, żebyśmy się nie znali. Będę do ciebie mówiła… Czy jest jakieś imię, które lubisz?

– Nie wiem – wykrztusił.

– Będę mówiła: Adam. A ja dla ciebie będę Ewą. Dobrze? Adam i Ewa, mężczyzna i kobieta, tak symbolicznie. Teraz powiedz, o czym chciałeś porozmawiać.

– Nie wiem.

Przecież naprawdę nie wiedział. Nie umiał nic wymyślić. Jednak przy całym swoim braku zrozumienia ludzkich reakcji i zachowań wyczuwał, że nie zareagowałaby dobrze, gdyby wyznał, że chciał posłuchać jej głosu.

– Czasami jest taki wieczór – szepnęła Magda, odwróciła się i osunęła w dół. Domyślił się, że usiadła na podłodze, plecami oparta o kaloryfer. – Czasem są takie dni i tygodnie, że chce się z kimś porozmawiać, ale człowiek nie ma pojęcia, o czym. Kiedy coś jest źle, coś brzmi fałszywie, ale nie możemy wyłapać tego jednego tonu, który psuje melodię. Na pozór wszystko jest w porządku. Tyle tylko, że dół, na którego dnie mieszkamy, staje się jakby głębszy i jest w nim coraz ciemniej. Też tak masz?

– Nie wiem – odrzekł. – Nie umiem tak mówić.

– Ale czujesz coś podobnego?

– Czuję, że jestem sam.

– Ja też jestem sama. Ale z wyboru, wiesz?

– Dlaczego?

– Bo tak jest bezpieczniej.

Nie rozumiał. W dzieciństwie mama zawsze mu tłumaczyła, że właśnie bezpieczniejszy jest w grupie. Zabraniała chodzić samemu po lesie i bawić się samotnie nad wodą. Może Magdzie chodzi o szkołę. On też wolał być sam, bo w grupie mu dokuczano, jego obecność prowokowała do docinków. Niby nic, do głupich żartów już przywykł, nie bał się ich, ale niektóre były paskudne, słowa miały wstrętny kolor i brzmiały bardzo zimno. Dlatego wolał ich unikać.

Nagle zobaczył, jak dziewczyna wstaje i z telefonem w ręce wybiega z pokoju. Pojawiła się w kuchni.

– Spaliłam cebulę – powiedziała z wyrzutem. – O rany, przepraszam cię, muszę kończyć. Usiłowałam zrobić sobie sos do makaronu. Jeszcze kiepsko gotuję, ale coraz lepiej mi idzie. Mam nadzieję, że uda mi się uratować tę patelnię, nie za bardzo mam kasę na nową. Ostatnio cienko przędę, bo musiałam sobie kupić ciepłą kurtkę. Tam, gdzie mieszkałam, nie było tak zimno. A ciotki nie chcę prosić o pieniądze.

– Zalej wodą z octem – powiedział Witek, bo w jego głowie natychmiast otworzyło się coś w rodzaju katalogu z plikami dotyczącymi przypalonych patelni. – I podgotuj trochę. Dobrze się też czyści sodą oczyszczoną. Soda to jest wodorowęglan sodu. Ma właściwości fermentujące, neutralizuje kwasy, pochłania zapachy i jest lekko żrąca. Właśnie dlatego można używać jej do usuwania brudu. Tak samo możesz czyścić białe tenisówki…

– Dobra, spróbuję – przerwała niecierpliwie Magda, ale po chwili jej głos złagodniał. – To znaczy z patelnią, nie z tenisówkami. Zadzwoń jeszcze kiedyś, Adam. Jak będzie ci źle. Na razie.

Rozłączyła się. Stał jeszcze długo i obserwował jej wysiłki podejmowane, by doczyścić patelnię. Rozcierał zmarznięte ręce i próbował poskładać rozbiegane myśli w całość. Po pierwsze Magda ma ciotkę, ale ta ciotka daje jej mało pieniędzy. Bo chyba niemożliwe, żeby nie dawała jej wcale. Po drugie przyjechała skądś, gdzie było cieplej. Po trzecie jest sama dlatego, że tego chce.

5

Mijał dzień za dniem, stawało się coraz zimniej, wietrzniej, bardziej deszczowo, aż wreszcie śnieżnie i mroźnie. Witek marzł w swoim punkcie obserwacyjnym na poddaszu. Przy oknie ustawił sobie stary, cuchnący wilgocią fotel (znalazł go na pobliskim śmietniku i przytargał w nocy, żeby nie zostać zauważonym przez mieszkańców kamienicy), a potem ukradł pełen sierści pled z domku na działkach, gdzie chował się niekiedy przed deszczem. Kiedyś ogródek należał do sympatycznego małżeństwa, które bardzo o niego dbało. Jednak jakiś czas temu kobieta umarła, a owdowiały mężczyzna zaczął zapijać samotność. Działka zarastała chwastem, a niezamknięty na noc domek raz i drugi stał się schronieniem dla wyrostków, którzy nie mieli gdzie wypić taniego wina. Witek trafił tam przypadkiem, uciekając przed Wielkim Bobem i jego kolesiem o śliskiej ksywce Szczupak, którzy gonili go dla sportu. Wiedział, że nie zrobią mu krzywdy, tylko go upokorzą, jak robili to wiele razy przedtem. Może ściągną spodnie, może Szczupak go spoliczkuje albo popchnie tak, aby Witek wpadł w błoto. Niby nic groźnego, ale i tak uciekał. Był od nich szybszy.

Na ukradzionym kocu spał kiedyś rudy kot, ale niedawno Witek widział go rozjechanego na uliczce za kościołem, więc uznał, że pled nie będzie mu już potrzebny. Wiedział, że kradzież jest zła, jednak skoro kot nie żył, chłopak był przekonany, że to się nie liczy. Pamiętał, jak babcia wyrzuciła prawie wszystkie ubrania mamy i ojca. Potem obserwował z okna miejscowych bezdomnych, którzy wygrzebywali z kosza mamine sukienki i marynarki taty. Uznał, że tak się robi, kiedy ktoś nie żyje.

Zielonogórskie mieszkanie, w którym spędził dzieciństwo, zostało sprzedane, a pieniądze umieszczono na specjalnym koncie, gdzie miały leżeć nienaruszone aż do ukończenia przez Witka edukacji. Do tego czasu chłopak miał otrzymywać rentę po rodzicach. W praktyce oczywiście otrzymywała ją babcia i częściowo przepijała. Witek nie mógł się doczekać usamodzielnienia, ale równocześnie nie miał pomysłu, co ze sobą zrobi. Gdzie zamieszka? Czym się zajmie? Czy powinien iść na studia? Co ktoś taki jak on – z perfekcyjną pamięcią i olbrzymią wiedzą teoretyczną, ale brakiem umiejętności funkcjonowania wśród ludzi – mógłby robić w życiu?

Miał już prawie dziewiętnaście lat, choć zaczął dopiero drugą klasę liceum. Do ukończenia edukacji w najlepszym razie pozostało mu półtora roku. Gorączkowo rozmyślał, czy zdołałby włamać się do banku i okraść samego siebie. Potrzebował pieniędzy. Chciał pomóc Magdzie. Chciał być bliżej.

Tymczasem nadal ją obserwował i poznawał coraz lepiej. Chodził za nią do sklepów, choć coraz częściej tylko coś oglądała, rzadko kupowała, chyba że w lumpeksie – stamtąd czasem wychodziła z pełną reklamówką. Wiedział, że potem przerabia kupione ubrania, coś od nich odpruwa, coś doszywa. Po kilku dniach szła do szkoły w oryginalnym stroju, który zawsze wyglądał nie tylko jak nowy, ale wręcz jak zdjęty z jakiejś ekstrawaganckiej gwiazdy filmowej.

Dziewczyna była w oczach chłopaka kimś w rodzaju artystki. On sam nie potrafił niczego stworzyć – umiał tylko odwzorowywać. Czasem widział kuriera, który dostarczał jej paczki. Witek gnał wtedy na poddasze i próbował wypatrzeć przez okno, co znajdowało się w kartonie. Jeśli było jasno, nie udawało mu się to, ale wystarczyło, że zapadła szarówka i Magda włączyła światło, wówczas dostrzegał każdy szczegół. Kupowała wełnę i dodatki krawieckie. Potem dziergała fantastyczne swetry, kamizele i szale, doszywała jakieś cudaczne guziki – i w ten sposób powstawały jej oryginalne ubrania.

Magda nie chodziła na imprezy, choć wciąż ją zapraszano. Witek dostrzegał, jak wielu chłopaków wodziło za nią wzrokiem i jaką niechęć budziła u dziewczyn. Była nowa – a więc pożądana w towarzystwie jako element ożywiający otoczenie. Wyglądało jednak na to, że jest odludkiem. Nie potrzebowała nikogo.

Witek chodził za nią niemal krok w krok. Urywał się z lekcji wtedy, kiedy jej klasa kończyła zajęcia – z tego powodu musiał wysłuchiwać niekończących się kazań babci, która mniej więcej do szesnastej była trzeźwa, więc czuwała nad szkolnymi sprawami wnuka i nieustannie utyskiwała na jego oceny oraz wagary. Po południu staruszka, codziennie obiecująca sobie, że to ostatni raz, wypijała wino i zaczynała pochrapywać przed telewizorem, wówczas chłopak wymykał się, wyruszając na poszukiwania Magdy. Zresztą rzadko musiał jej szukać, prawie nie wychodziła z domu, więc na ogół przemykał po prostu do mieszkania na poddaszu. Sporadycznie znajdował ją w sklepach albo tropił w drodze na korepetycje.

Przyglądał się, jak znikała w drzwiach klatki schodowej, gdy szła na lekcję do chłopczyka z sąsiedniej ulicy. Siódmoklasistka widocznie zrezygnowała z lekcji, bo Magda przestała bywać na osiedlu Łużyckim. Za to do Karola Filipiuka chodziła teraz dwa razy w tygodniu. To się Witkowi nie podobało, ponieważ po pierwsze nie lubił tego człowieka, bał się go i nie ufał mu. A po drugie Filipiuk mieszkał w domu otoczonym wysokim, metalowym ogrodzeniem, za którym biegał luzem wielki, paskudny, wiecznie ośliniony pies, przez co obserwacja była utrudniona. Raz tylko chłopak odważył się zbliżyć – złapał się rękoma przęsła i wspiął się na taką wysokość, by zobaczyć, jak właściciel posesji, przytrzymując warczącego czworonoga, wpuszcza Magdę do domu. Dziewczyna wyraźnie się bała, ale wszystko wskazywało na to, że do czasu aż Filipiuk trzyma za obrożę, jest bezpieczna.

Kiedy tylko pies został uwolniony, ujadając, ruszył w kierunku Witka. Chłopak zeskoczył z ogrodzenia i zabrał ręce w samą porę, by uniknąć kontaktu z potężnymi kłami. Odsunął się o kilka metrów, ponieważ czuł emanującą od zwierzaka złą energię. Warczenie miało kolor i zapach bulgocącego błota z nitkami czerwieni.

W oknach, które widać było z ulicy, nie zapaliło się światło; widocznie lekcje odbywały się po drugiej stronie budynku. Witek niepokoił się, gdy tracił Magdę z oczu. Nie mógł jednak nic zrobić. Pozostawało jedynie znaleźć sobie zaciszne miejsce i przeczekać godzinę korepetycji. Z braku lepszej możliwości za „zaciszne miejsce” Witek uznał w końcu zdemolowaną wiatę dawnego przystanku autobusowego. Od tej pory spędzał tu dwie godziny tygodniowo, czekając, aż Magda wyjdzie od Filipiuka. Potem odprowadzał ją do domu, to znaczy oczywiście szedł za nią tak, aby nie zostać zauważonym.

Miał ochotę znowu zatelefonować i porozmawiać z nią, ale nie wiedział, czy już może. Powiedziała wtedy: „Zadzwoń jeszcze kiedyś”, a on nie potrafił interpretować takich ogólnikowych określeń. Co znaczy kiedyś? Czy teraz jest „kiedyś”? A może jeszcze za wcześnie albo już za późno na „kiedyś”?

Wreszcie pewnego wieczoru, kiedy siedział opatulony w pled śmierdzący szczynami kota i patrzył, jak dziewczyna parzy sobie herbatę, zdarzyło się coś, czego absolutnie się nie spodziewał. Magda wyszła z kuchni, a potem pojawiła się w sypialni, po czym znikła z pola widzenia. Zapewne usiadła na łóżku. W tym samym momencie zadzwonił jego telefon.

Aż podskoczył z przestrachu. Nikt nigdy do niego nie dzwonił. Poza babcią – ale przecież staruszka drzemała teraz otumaniona winem przed telewizorem. Zmarzniętymi i roztrzęsionymi z nadmiaru emocji rękami wyłuskał telefon z kieszeni kurtki. To była ona. Magda.

– Cześć, Adam – powiedziała cicho, kiedy odebrał. – Mówi Ewa. Pamiętasz mnie?

Pokiwał głową, a potem zdał sobie sprawę, że ona tego nie widzi i szybko potwierdził, że tak, pamięta.

– Myślałam, że do mnie zadzwonisz – szepnęła. – Miałeś zadzwonić, gdyby było ci źle. Pewnie nie było…

– Było – przerwał. – Tylko… Nie wiedziałem kiedy.

– Kiedy co?

– Kiedy mogę telefonować.

– Zawsze – odparła. – Nawet w nocy, wiesz? Ja mało śpię.

– Dlaczego?

– Nie lubię snów – wyjaśniła i choć czekał, aż pociągnie ten temat i opowie, co jej się śni, nie zrobiła tego. – Zresztą jawę też lubię nieszczególnie, wiesz?

Nie wiedział, bo niby skąd miał wiedzieć.

– I dzisiaj z kolei ja mam paskudny dzień, więc pomyślałam sobie… Ale może ci przeszkadzam?

– Nie. Nie przeszkadzasz.