Motyle. Opowieści o wymierających gatunkach - Josef H. Reichholf - ebook

Motyle. Opowieści o wymierających gatunkach ebook

Josef H. Reichholf

4,0
49,90 zł

lub
Opis

Czy wyobrażacie sobie świat bez motyli?

W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat na świecie wyginęło osiemdziesiąt procent motyli. Widok modraszka, polowca szachownicy czy pazia królowej staje się już dzisiaj rzadkością. Czerwończyk żarek i paź żeglarz również znikają z naszych łąk. Zabijają je pestycydy, nawozy sztuczne i uprawy monokulturowe.  

Niemiecki biolog ewolucyjny Josef H. Reichholf przestrzega przed zbliżającą się katastrofą ekologiczną, jednocześnie przybliżając fascynujący świat motyli. Podglądając je w naturze, opowiada o ich niezwykłych zwyczajach, śledzi ich cykl życiowy i tłumaczy, skąd się wzięły ich nazwy. Reichholf proponuje również konkretne rozwiązania, które mogą uchronić motyle przed wyginięciem, jak chociażby budowę w każdej gminie biotopów, czyli specjalnych siedlisk. 

Książka Motyle. Opowieści o wymierających gatunkach oprowadza nas po kolorowym królestwie tych pięknych, kruchych i bezbronnych zwierząt, których wkrótce może zabraknąć.

Czy wiesz, że:

♦ kraśnik sześcioplamek lata bardzo wolno, by odstraszająca drapieżniki trucizna w jego organizmie nie zagroziła jego życiu;
♦ namiotniki czeremszaczki snują pajęczynę, którą potrafią opleść cały krzew czeremchy;
♦ osetniki wykorzystują prądy powietrzne, by w ciągu kilku pokoleń przemierzyć trasę z południa Sahary na północ Europy.

Wielką zaletą tej książki jest spojrzenie na przyrodę oczyma doświadczonego i powściągliwego w osądach naukowca, a jednocześnie pełnego pasji przyrodnika, od najmłodszych lat zafascynowanego życiem motyli. Czytelnik znajdzie tu opisy niecodziennych strategii przetrwania. Autor dzieli się też troską o delikatne ekosystemy w obliczu nasilającej się presji ze strony gospodarki człowieka i nieprzewidywalnych zmian środowiska.
Alicja i Radek Brzezowscy, Motylarnia.pl

Przystępnie i przyjaźnie przekazuje wiedzę i spostrzeżenia zebrane w ramach kilkudziesięciu lat pracy jako entomolog. Zgrabnie przeprowadza przez zagadnienia życia motyli, stawia na bogaty zbiór ciekawostek, zdumiewających odkryć, spektakularnych zjawisk, osobliwych fenomenów, niezwykłych zachowań, dziwnych trybów egzystencji, genetycznych prawidłowości. Udziela się szczerze wybrzmiewający zachwyt, z czasem zrozumienie i uznanie.
Izabela Pycio, http://bookendorfina.blogspot.com


Język Reichholfa jest łagodny, ale rozwiązania, które proponuje, są radykalne.
„Süddeutsche Zeitung”

Ta książka kieruje uwagę na procesy ekologiczne, które zainteresują nie tylko badaczy motyli.
„Frankfurter Allgemeine Zeitung”

 

Josef H. Reichholf, zoolog i biolog ewolucyjny, do 2010 roku kierował zbiorem kręgowców bawarskiego muzeum zoologii. Profesor Ekologii i Ochrony środowiska na Uniwersytecie technologicznym w Monachium.  Laureat Treviranus-Medaille, najwyższego wyróżnienia dla niemieckich biologów, oraz nagrody Grüterów dla popularyzatorów nauki. W 2007 roku otrzymał Nagrodę im. Zygmunta Freuda za najlepszą książkę popularnonaukową przyznawaną przez Niemiecką Akademię Języka i Literatury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 349

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0



Seria #nauka

Konsultacja merytoryczna: dr Łukasz Przybyłowicz

Projekt serii: Marta Jaszczuk

Projekt okładki: Sebastian Wojnowski

Tytuł oryginału: Schmetterlinge. Warum sie verschwinden und was das für uns bedeutet

Copyright © 2018 Carl Hanser Verlag GmbH & Co. KG, München

© Copyright for Polish Translation and Edition by Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Wydanie I, Kraków 2020, All rights reserved

Niniejsza książka stanowi utwór chroniony na podstawie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Prawami do tego utworu dysponuje Wydawca – Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego. Bez zgody Wydawcy niedopuszczalne jest kopiowanie, rozpowszechnianie lub inne korzystanie z niniejszej książki w całości lub z jej fragmentów z wyjątkiem dozwolonego użytku osobistego lub publicznego.

ISBN 978-83-233-4793-4

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Redakcja: ul. Michałowskiego 9/2, 31-126 Kraków

tel. 12-663-23-80, 12-663-23-82, tel./fax 12-663-23-83

Dystrybucja: tel. 12-631-01-97, tel./fax 12-631-01-98

tel. kom. 506-006-674, e-mail: [email protected]

Konto: PEKAO SA, nr 80 1240 4722 1111 0000 4856 3325

Przedmowa

W ciągu ostatnich 50 lat liczebność naszych motyli zmniejszyła się o ponad 80 procent. Jedynie starsi ludzie przypominają sobie może jeszcze łąki pełne barwnych kwiatów i chmary motyli unoszące się nad nimi. Nikomu wówczas nie przyszło do głowy, żeby je liczyć. Bo i po co? Motyle stanowiły część lata, tak jak pszczoły i polne kwiaty. Od wczesnej wiosny aż do pełni lata śpiewały skowronki. Już o brzasku ich radosna pieśń rozbrzmiewała nad polami. Przez cały rok były trznadle, kuropatwy, zające. Nad rowami i sadzawkami mieszkały żaby. Jeszcze w latach siedemdziesiątych rzekotki w stawku na skraju łąki rechotały tak głośno, że ich chór było słychać przez otwarte drzwi tarasu, kiedy udzielałem wywiadu telefonicznego dla bawarskiego radia. Rozmowa dotyczyła postępowania bawarskiego sądu okręgowego w sprawie uciążliwości żabich koncertów.

Motylami interesowałem się od dziecka. Okazałych paziów królowej z czarną kratką na żółtych skrzydłach widywałem całe mnóstwo. Przylatywały do naszego warzywnika, aby składać jaja na liściach marchewki. Z radością odkrywałem tam po paru tygodniach czerwono nakrapiane, zielone gąsienice. Gdy dotykałem je w okolicy głowy, wysuwały ze znajdującego się za nią wgłębienia dziwaczne żółtopomarańczowe czułki wydzielające niezwykły zapach. Jak się później dowiedziałem, miał on działać odstraszająco.

Modraszki różnych gatunków, których wtedy jeszcze nie rozróżniałem, latały nad łąkami rozciągającymi się za naszym domkiem aż do granicy łęgów. Motyle o niebiesko połyskujących skrzydłach występowały tak licznie, że patrząc wstecz, nie potrafiłbym nawet z grubsza ocenić, ile ich było. Na bielinki w ogóle nie zwracało się uwagi. Należały do otaczającej nas natury jak chór świerszczy w maju i w czerwcu albo cykanie koników polnych w pełni lata. Lubiłem połaskotać je źdźbłem trawy, na którym przysiadły. Śmieszyły mnie ich duże, nieforemne, topornie wyglądające głowy. Zdawało się, że nie kryją w sobie zbyt wiele inteligencji, bo tak łatwo dawały się nabrać.

W wierzbach rosnących nad strumieniem wijącym się po łąkach za naszym domem gniazdowały dudki. Kroczyły po pastwiskach, kiwając głowami z rozpostartym czubem, i rozgarniały dziobami krowie placki. Krowy pasły się na łąkach całymi dniami aż do późnej jesieni. Roiło się od szpaków. Te ciemno upierzone, jakby zawsze zaaferowane ptaki podążały za krowami; czasem siadały im na grzbietach. W każdym ogrodzie znajdowała się co najmniej jedna budka dla szpaków osadzona wysoko na długim drągu. Kiedy dojrzewały czereśnie, ptaki przywłaszczały sobie znaczną część z nich, czyniąc przy tym wiele hałasu. Odpędzanie ich stanowiło wielką frajdę dla starszych dzieci, którym pozwalano przy tym wspinać się na gałęzie, gdzie smakowite owoce wisiały na wyciagnięcie ręki. Pod dachem naszego domu żyła cała kolonia szpaków, kilkanaście, a może i więcej. Zawsze tam były. Kot nie zwracał uwagi na domowe ptactwo. Z dużym powodzeniem polował za to na myszy. Wiejska sielanka. Wyidealizowane wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości w dolinie rzeki Inn?

Niewątpliwie rzeczywistość z perspektywy czasu nagina się do naszych fantazji. Musimy mieć tego świadomość od samego początku, gdy próbujemy porównywać to, co „dawniej”, z tym, co „dzisiaj”. Pamięć podsuwa nam to, co chcemy pamiętać. Budzi nostalgię, tęsknotę za przeszłością. Zaczynam jednak tę książkę od opisów doświadczonej niegdyś osobiście urody i różnorodności natury także po to, by pokazać, dlaczego tak bardzo porusza mnie ginięcie motyli. Pierwsza część książki pomyślana jest jako podstawa do rozważań nad wymieraniem gatunków. Przykłady celowo dobieram tak, by nawet ktoś, kto nie jest specjalistą, mógł zaobserwować i prześledzić te same zjawiska.

Dzięki temu można ostatecznie orzec, że choć liczebność motyli z powodów, które jeszcze należy wyjaśnić, przez cały czas podlega wyraźnym wahaniom, to jednak od co najmniej pół wieku daje się zauważyć ogólna tendencja spadkowa. Druga część książki dotyczy przyczyn takiego stanu rzeczy. Zasadnicze znaczenie ma przy tym pojmowanie różnicy między naturalnymi fluktuacjami a stałą tendencją. Nie tylko po to, by rozumieć zachodzące procesy, ale przede wszystkim po to, by podjąć właściwe środki zaradcze. Na przykład samo ograniczenie stosowania trucizn, jakkolwiek pożądane, nie wystarczy. Także to, co zwykle uważamy za „ekologiczne” i „przyjazne naturze”, może nie sprzyjać zachowaniu gatunków. W drugiej części książki poruszyłem zatem z konieczności zagadnienia polityki ekologicznej. Ekologia utraciła swoją naukową niewinność od czasu, gdy – takie przynajmniej jest moje przekonanie – została przekształcona przez wpływowe środowiska polityczne w rodzaj religii naturalnej. Powinienem się więc spodziewać sprzeciwu. Jestem do tego przyzwyczajony, ponieważ na tym polega istota dyskursu naukowego. Od powszechnie wygłaszanych opinii różni się on tym, że akceptuje trafniejsze argumenty, dzięki czemu nauki przyrodnicze rosną w siłę, ale zarazem stają się coraz mniej lubiane. Zachowują relatywizm i elastyczność tam, gdzie chętnie przywołuje się dzisiaj dogmatyczne zasady. Sceptycyzm nie dyskwalifikuje przyrodoznawcy, wyraża za to godną uznania niechęć do zawierzania dogmatom, nawet jeśli akurat są one w modzie.

Niczemu też nie służy ograniczanie wolności wypowiedzi pod nacis­kiem poprawności politycznej: na jedno wychodzi, czy używamy określenia „środki ochrony roślin”, o co upominają się niektórzy, czy słowa „trucizny”. Ostatecznie nie są one przecież niczym innym jak substancjami zabijającymi to, co należy zniszczyć. Ponadto, pisząc o „rolnic­twie”, „zabiegach pielęgnacyjnych” czy „ochronie przyrody”, trudno się ustrzec przed uogólnieniami. Bywają rolnicy, którzy w przeciwieństwie do większości gospodarzą w sposób przyjazny dla owadów, a część firm zajmujących się pielęgnacją zieleni celowo pozostawia na obrzeżach dróg częściowo nieskoszone trawy i kwiaty. Zdarzają się też ogrody urządzone tak, by przyciągały motyle. Na ogół jednak pojęcia „rolnic­two”, „kształtowanie krajobrazu”, a także „ochrona przyrody” oznaczają zorganizowane działania i interwencje państwa prowadzące do określonych skutków. W tym sensie ujmuję je w tej książce w sposób uogólniony. Oddziaływanie moich argumentów będzie zależało również od tego, z jakim nastawieniem zostaną przyjęte. Pisząc, kierowałem się poczuciem odpowiedzialności, jaką powinniśmy się wykazać wobec przyszłych pokoleń. Wielu, bardzo wielu ludzi od dziesiątków lat wypowiada się na temat rolnictwa przemysłowego. Ciągle jednak jest ich za mało, by wywrzeć konieczny nacisk polityczny, który mógłby spowodować zwrot ku lepszemu.

Część I

Różnorodność form życia motyli

Spojrzenie wstecz na pół wieku badań nad motylami

Przed upiększaniem wspomnień o dawnych czasach chronią mnie moje zapiski. Zacząłem je prowadzić 15 grudnia 1958 roku. Dzięki nim wiem, że 60 lat temu nie mieliśmy w bawarskiej dolinie Innu „białego Bożego Narodzenia”, tylko dwa stopnie powyżej zera i mżawkę. 2 stycznia 1959 roku liczyłem ptaki wodne na zupełnie niezamarzniętym jeziorze zaporowym na Innie: 800 krzyżówek, 50 czernic, 69 gęsi zbożowych i 200 łysek. Większość liczb podałem w zaokrągleniu, bo z odległości pół kilometra przy użyciu małej lornetki dokładne obliczenia nie były możliwe. W miarę dobrą lornetkę dostałem dopiero kilka lat później. Przygotowując się do pisania tej książki, wydobyłem i przeglądałem moje stare zapiski, wśród których znalazłem kartkę z narysowanymi własnoręcznie czterema motylami. Zdziwiony obejrzałem rysunki i przeczytałem notatkę o wizerunkach „sporządzonych na podstawie własnych zbiorów”. Oprócz pazia królowej i pary błękitnych modraszków (Polyommatus bellargus)narysowałem dużego motyla o charakterystycznym biało-czarnym ubarwieniu – skalnika prozerpinę. Podpisałem go używaną wówczas nazwą naukową Satyrus circe. Wzruszyłem się tym znaleziskiem, ponieważ już dawno nie spotyka się w mojej ojczyźnie pięknego skalnika prozerpiny poruszającego się eleganckim lotem. Gatunek ten wymarł całkowicie, jak wiele innych motyli, które poznawałem i obserwowałem we wczesnej młodości.

Inne gatunki, wówczas zaliczane do pospolitych, żyją nadal, ale stały się rzadkie, a nawet bardzo rzadkie. Odpowiedni przykład pochodzi również z moich zapisków. Notatka z 12 września 1962 roku opisuje zdarzenie z dzisiejszej perspektywy niezwykłe. Kiedy wczesnym rankiem jechaliśmy do szkoły regionalnym pociągiem, na jednej ze stacji wpadł do wagonu motyl wielkości niemal dłoni i przysiadł na czerwonej koszuli jednego z kolegów. Była to wstęgówka pąsówka (Catocala nupta). Ten pokaźny przedstawiciel rodziny sówkowatych ma przednie skrzydła w szarobrązowych odcieniach kory, w stanie spoczynku zakrywające drugą parę skrzydeł o intensywnej karminowej barwie z czarną zygzakowatą wstęgą na obrzeżu. Nie wiedząc jeszcze, że motyle – jak wszystkie owady – nie widzą koloru czerwonego, wykrzyknąłem: „Czerwona koszula zwabiła wstęgówkę”. W rzeczywistości czerwona koszula motylowi wydawała się raczej ciemna. Postrzegana w tak zwanej skali szarości mogłaby odpowiadać ciemnej korze drzewa i szaremu zabarwieniu przednich skrzydeł. W naturze byłoby to dla aktywnego o zmierzchu przedstawiciela sówkowatych właściwe miejsce do odpoczynku w ciągu dnia. Wstęgówki pąsówki przed pół wiekiem występowały tak licznie, że jedna z nich zbłądziła do pociągu, prawdopodobnie wypłoszona na stacji z miejsca dziennego spoczynku.

Tego rodzaju notatki z lat szkolnych pozostałyby tylko anegdotami, gdyby w owych zapiskach nie kryło się nic więcej. Co prawda wiadomo, że zwykle wybiórczo utrwalamy to, co wydaje się niezwykłe, pomijamy zaś to, co zwyczajne, niemniej jednak można wyczytać wiele ciekawych rzeczy nawet z niesystematycznych notatek. W moich dziennikach znajdzie się dość takich przykładów. Choćby zaobserwowany 1 sierpnia 1960 roku oblaczek granatek (Amata phegea), którego już dawno nie ma w moich okolicach, albo gąsienica niedźwiedziówki babkówki (Arctia plantaginis)z 28 lipca 1960 roku. Dzisiaj jest to gatunek bardzo rzadki. Takie zapiski wskazują tylko, że niegdyś bywały motyle dziś już przez nas niewidywane. Zanikanie poszczególnych gatunków nie pozwala jednak na wyciąganie ogólnych wniosków o rzeczywistej skali spadku liczebności motyli czy innych owadów. Mogły się bowiem pojawić nowe, wcześniej niewystępujące gatunki. Przyroda jest dynamiczna, ciągle dokonują się w niej jakieś zmiany. Wstępne stwierdzenie, że w ostatnim półwieczu wyginęło 80 procent motyli, odnosi się do ich ogólnej liczby i wymaga znacznie solidniejszego uzasadnienia.

Wiarygodne dane udało mi się wcześniej uzyskać dla ptaków, które przez sześć lat co dwa lub trzy dni liczyłem na jeziorach zaporowych dolnego Innu, co w 1966 roku zaowocowało moją pierwszą fachową publikacją z dziedziny ornitologii. Liczbowe ujęcie stanu motyli było jednak zadaniem nieporównywalnie trudniejszym niż liczenie ptaków odpoczywających na brzegach albo unoszących się na wodzie. Zaczątki tej pracy wyłaniały się stopniowo podczas moich studiów zoologicznych na Uniwersytecie Monachijskim. Rozprawa doktorska o motylach wodnych wymagała naukowego podejścia. Szybko nauczyłem się rozpoznawać pięć takich gatunków należących do rodziny omacnicowatych i rozróżniać je w terenie po sposobie lotu.

Ze względu na mnogość gatunków motyli do ich możliwie pełnego udokumentowania konieczne są jednak nieporównywalnie większe umiejętności. Wysiłek i nakład czasu znacznie przekraczają to, co wystarczy do obserwacji świata ptaków. W samej południowo-wschodniej Bawarii można spotkać ponad 1100 różnych gatunków motyli: na terenie całej Bawarii stwierdzono zaś aż 3243 gatunki (stan z 2016 roku). Do oznaczania ptaków były już w latach sześćdziesiątych bardzo dobre przewodniki i nie kosztowały wcale aż tak wiele. Światem ptaków zajmowałem się więc początkowo znacznie intensywniej niż motylami. Powodów nie trzeba daleko szukać – całkiem dosłownie. Jeziora zaporowe i łęgi nad dolnym Innem, do których mogłem dotrzeć pieszo albo na rowerze, były i są nadal rajem dla ptactwa. Należą do najbardziej zróżnicowanych gatunkowo mokradeł w całej Europie Środkowej. Kiedy w 1965 roku zacząłem studiować zoologię na Uniwersytecie Monachijskim, dzięki pochodzeniu z tych okolic zaliczałem się już do uznanych ornitologów, znających różne metody stosowane w przyrodniczych badaniach terenowych.

Owady skupiają się w świetle ultrafioletowym

Podczas studiów poznałem sposób, który jak żaden inny pozwala okreś­lić wielkość populacji motyli. Polega on na przyciąganiu światłem ultrafioletowym gatunków aktywnych nocą. Nie trzeba do tego, jak praktykowano dawniej i jak sam na początku próbowałem, tysiącwatowych lamp o świetle mieszanym, oświetlających rozciągnięte białe płótna. Zamiast tego stosuje się pomysłową konstrukcję z zaledwie piętnastowatowymi neonówkami emitującymi światło UV. Światło to wabi motyle i inne owady. Nadlatując, dostają się do lejka umieszczonego pod lampą, na którym rozpina się duży worek. Owady wpadają do środka. Aby miały się gdzie ukryć do rana, można tam włożyć na przykład kartoniki po jajkach. W ten sposób nie wyrządza się motylom żadnej krzywdy. Pozbawione dostępu światła, szybko się uspokajają. Rano oznacza się ich gatunki i liczbę osobników każdego z nich, tak samo jak innych owadów, które uda się rozpoznać. Potem niezwłocznie wszystkie wypuszcza się na wolność. Uzyskuje się dzięki temu rzetelne dane ilościowe, które można poddać analizie statystycznej, a przy jednakowej konstrukcji sprzętu są one najlepiej porównywalne pod wieloma różnymi względami w zależności od postawionego problemu. Pozwala to na przykład określić liczbę i spektrum gatunkowe motyli nocnych w zróżnicowanych typach środowisk. Tym właśnie zajmowałem się od 1969 roku. Metodę dopracował doktor Hermann Petersen. Jemu i Elsbeth Werner z jej wolnym od pestycydów gospodarstwem bardzo wiele zawdzięczam.

Motyli dziennych niestety nie da się zwabić do światła. Aby w porównywalny sposób obserwować zmiany częstotliwości ich występowania, w latach siedemdziesiątych zacząłem je liczyć wzdłuż określonych tras, niezmieniających się przez lata – na przykład na drogach leśnych lub wiodących polami. A także na wałach nadrzecznych, które były już gotowymi „trasami”. Dzięki tablicom kilometrowym rozmieszczonym dokładnie co 200 metrów stwarzają one najkorzystniejsze warunki do tego rodzaju obliczeń. W latach osiemdziesiątych wyniki uzyskane tym sposobem wykorzystywałem głównie podczas wykładów z ekologii i ochrony środowiska na Uniwersytecie Technicznym w Monachium i z geografii ekologicznej zwierząt na Uniwersytecie Monachijskim. W miarę upływu lat widać było wyraźnie, że zarówno wabienie motyli do światła, jak i liczenie na trasach daje coraz niższe wyniki. Z „przyłowów”, jak nazwałem owady łapane przy okazji oprócz motyli, zniknęły nawet niegdyś tak rozpowszechnione chrabąszcze majowe. Ich masowe przyloty powodowały czasem, że worek odrywał się od lejka i spadał, gdy o zmroku dostawało się do niego nawet tysiąc tych owadów. Ponieważ w porze chrabąszczy, czyli na początku maja, motyli jest jeszcze bardzo niewiele, takie wypadki nie zniekształcały sumarycznego wyniku rocznych obliczeń. Niepokoił mnie natomiast gwałtowny spadek liczebności tego gatunku. Był to pierwszy wyraźny sygnał, że moje badania dostarczają ważnych danych o otaczającej nas przyrodzie, ale w latach osiemdziesiątych jeszcze nie przypuszczałem, jak duże zmiany zajdą w świecie motyli i innych owadów. Nie spodziewałem się też, że moje badania dostarczą dowodów na wymieranie ptaków polnych i łąkowych z powodu braku pożywienia.

Motyle miejskie – częstsze niż się wydaje

Na początku lat osiemdziesiątych zacząłem śledzić występowanie motyli w dużych miastach. Monachium, gdzie od 1974 roku byłem pracownikiem naukowym Państwowego Muzeum Zoologicznego, stwarzało ku temu doskonałe warunki. Na terenie miasta znajdowało się wiele miejsc umożliwiających ujęcie występowania i wielkości populacji owadów aktywnych nocą w przekroju sięgającym od śródmieścia do dzielnic peryferyjnych. Poza tym miałem do dyspozycji ogromne zbiory muzealne i kolegów specjalistów, co stanowiło wielkie ułatwienie w oznaczaniu gatunków. Ich pomoc okazała się niezbędna już po pierwszych znaleziskach. Ponieważ gatunków było o wiele więcej, niż się spodziewano, sam bym sobie z tym nie poradził. Zaskoczenie wywołała też niezwykła obfitość połowów. Powszechne przekonanie, że w mieście można znaleźć tylko nędzne resztki z bogactwa gatunków występujących na obszarach wiejskich, zostało nie tylko podważone, ale wręcz zakwestionowane jako przesąd.

Przez lata i dziesięciolecia nagromadził się obszerny zbiór danych naukowych, który przedstawiam w tej książce. Stanowią one bilans 50 lat ilościowych badań entomologicznych.

Chyba nigdy dotąd w tak krótkim czasie zmiany w przyrodzie nie dokonały się w takiej skali i z taką prędkością jak w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia. Wyniki badań są wstrząsające, a wyłaniające się z nich perspektywy jednoznacznie ponure. Trudno bowiem oczekiwać, że główny sprawca zaniku różnorodności gatunków, jakim jest rolnic­two, znacząco się zmieni. Każdy, kto trochę głębiej analizował „problem rolnictwa”, wie, że wcale nie chodzi o rolników. W ostatnim półwieczu bynajmniej ich nie wspierano, jak wmawia się nam, szerokim masom społeczeństwa, aby uzasadnić miliardowe subwencje. Tymczasem liczba rolników zmniejszyła się do jednej dziesiątej. Zwycięzcy – czyli międzynarodowy agrobiznes, zwłaszcza producenci środków ochrony roślin – pozostają dobrze ukryci za kulisami, podczas gdy tradycyjne rolnictwo zanika w zastraszającym tempie, równolegle z wymieraniem motyli i ptaków.

Ostro krytykowane życie w mieście już dawno stało się lepsze niż na wsi, gdzie cuchnie gnojowicą, trucizny rozsiewa się na niewyobrażalną skalę, ptaki zamilkły, a woda gruntowa nie nadaje się do picia. Co będzie dalej? Czy nie ma szans, by wstrzymać pomysły, które zrodziły się niegdyś w dobrej wierze z chęci pomocy rolnikom i ułatwienia im życia? Czy jest do pomyślenia przełom w rolnictwie wywołany „efektem motyla”? Moja opinia przedstawiona na końcu tej książki zakłada – co może zdziwi czytelnika – umiarkowany optymizm. Niewykluczone jednak, że ta ostrożnie wyrażona nadzieja oznacza tylko myślenie życzeniowe. Przyszłe pokolenia nie będą przecież umiały docenić tego, czego nie poznały i nie doświadczyły osobiście: zróżnicowania ga­tun­ko­we­go naszej przyrody i naszych motyli.

Zmierzchnica trupia główka – rzadki gość w naszych okolicach

Na naszych oczach giną gatunki, których poznanie w dzieciństwie mog­ło wywrzeć niezatarte wrażenie. Myślę o wielkim zdumieniu, jakie mnie ogarnęło, gdy pewnego wieczoru na początku października w słoiku na parapecie z poczwarki wyłoniła się zmierzchnica trupia główka. Znalazłem ją w czasie zbioru ziemniaków. Na początku lat sześćdziesiątych w Dolnej Bawarii kartofliska przed zbiorami były zwykle przeorywane, jak się wówczas mówiło. Koń ciągnął pług, którego lemiesz umocowano tak, by z jednej strony w odpowiedniej odległości rył bruzdę, obracając wraz z krzakami ziemniaków skibę wyższą od niej o dwie szerokości dłoni. Odsłaniały się przy tym niektóre bulwy, co ułatwiało znajdowanie innych, jeszcze przysypanych ziemią. Wyciągano je rękami. Dlatego na ziemniaczane żniwa w Dolnej Bawarii mówiono wybierki. Latem na krzakach ziemniaków żerowały gąsienice trupiej główki, których naturalnym pożywieniem są psiankowate. Do tej rodziny roślin trujących należy też przywieziony z Ameryki ziemniak.

To, że pokarm pochodził z dalekiego kraju, bynajmniej nie przeszkadzało trupim główkom, a nawet im sprzyjało. W naturze bowiem samice tych wielkich motyli nie znalazłyby nigdzie psiankowatych w takich ilościach i rosnących tak dogodnie, ze spulchnioną ziemią wokół krzaka. Dlatego amerykański ziemniak już wkrótce po wprowadzeniu do upraw w Europie na początku XVII wieku stał się preferowanym wyborem dla afrykańskiego przedstawiciela zawisakowatych. Wcześniej motyl ten najprawdopodobniej tylko rzadko przylatywał do Europy z afrykańskich tropików, ponieważ brakowało mu tutaj odpowiednich roślin służących za pożywienie. Psianka słodkogórz (Solanum dulcamara) nie zapewnia dość pokarmu i rośnie w takim rozproszeniu, że dzisiaj prawie nie spotyka się na niej gąsienic zmierzchnicy.

Gdy gąsienice osiągną dojrzałość, wygrzebują sobie tuż pod powierzchnią ziemi podłużną jamkę, w której się przepoczwarczają. Po kilku tygodniach bezruchu z poczwarek wydostają się w pełni rozwinięte motyle, które próbują przefrunąć przez Alpy na południe. Po północnej stronie nie przeżyją zimy. Moja trupia główka była taką dojrzałą poczwarką. Położyłem ją w słoiku po konserwach na warstwie torfu i lekko ją nim przysypałem. Co pewien czas nieco zwilżałem torf, by nie miała za sucho. Udało się. Tuż po wyjściu z poczwarki, zanim motyl zdążył całkowicie rozpostrzeć skrzydła, które nie zakrywały jeszcze żółto-czarnych pręg na bardzo grubym odwłoku, zmierzchnica wydawała mi się wprost olbrzymia. Zwłaszcza gdy pozwoliłem jej wdrapać się na mój palec wskazujący, chcąc ją posadzić na firance. W pozycji wiszącej powinna rozwinąć skrzydła, by stały się gotowe do lotu. Zamierzałem wypuścić ją o zmroku i pozwolić wrócić do Afryki. Sama myśl, że może jej się powiedzie, a ja się do tego przyczynię, była ekscytująca. Jasnożółty wzór na grzbiecie, który rzekomo przypomina trupią czaszkę, nie zrobił na mnie większego wrażenia. Obojętnie, jak bym na nią patrzył, w ogóle nie wyglądała jak czaszka. A może brakowało mi fantazji, by ją sobie wyobrazić. Ale nawet teraz, kiedy to piszę, trudno mi zrozumieć, jak ludzie w dawnych czasach wpadli na taki pomysł. Lecz jeśli ktoś liść przylaszczki kojarzy z wątrobą tylko dlatego, że składa się on z pięciu płatków (wcale niepodobnych do płatów wątroby), i na tej podstawie wnioskuje, że roślina ta musi pomagać w dolegliwościach wątrobowych, to i na grzbiecie zmierzchnicy dostrzeże maleńką trupią główkę.

Nie pamiętam już, czy zastanawiałem się właśnie nad nazwą tego motyla, gdy zdarzyło się coś, co ostatecznie obudziło we mnie duszę biologa. Nasz kot, który leżał na kanapie i kocim zwyczajem udawał pogrążonego w głębokim, mocnym śnie, podkradł się pod okno i podniósł głowę w stronę trupiej główki na firance. Gdy tylko dotknął jej wąsem, motyl wysunął spomiędzy skrzydeł swój odwłok w żółto-czarne pręgi i przeraźliwie zapiszczał. Przestraszony kot odskoczył i ukrył się pod kanapą.

Działanie tego pasiastego wzoru przypominającego ubarwienie os i szerszeni w połączeniu z piskliwym odgłosem sięgającym już niesłyszalnego dla człowieka obszaru ultradźwięków stanowiło dla mnie doskonałą lekcję: żaden podręcznik, żaden opis nie mógłby przekazać tak wymownie, co oznaczają „barwy ochronne” i jaki wywołują skutek. Poruszyło mnie to tym bardziej, że chwilę wcześniej udało mi się tak łatwo nakłonić trupią główkę, by usiadła mi na palcu, i posadzić ją na firance. Przypomniało mi się to po latach, gdy przypadkowo dotknąłem trzmiela, wywołując jego ciche brzęczenie. Wiele razy jeszcze w swoim życiu spotykałem zmierzchnice – zanim zbiory kartofli zmechanizowano i nie można już było znaleźć wśród nich poczwarek albo nie przeżywały one brutalnego zetknięcia z kombajnem – jednak motyl, który urodził się pod moją opieką, wywarł na mnie ogromne wrażenie.

Fascynujący świat motyli wodnych

Początkowo jednak bardziej interesowały mnie ptaki wodne. Swoje spostrzeżenia dotyczące ich występowania i liczebności na jeziorach zaporowych dolnego Innu podsumowałem i opublikowałem krótko po rozpoczęciu studiów zoologicznych. Instytut Zoologiczny formalnie uznał, że na podstawie tej pracy można mnie dopuścić do egzaminu państwowego. Już po kilku semestrach studiowania mogłem więc zacząć się zastanawiać nad tematem rozprawy doktorskiej. Chciałem, żeby były to badania terenowe, a najbardziej odpowiadałoby mi pogłębienie moich dotychczasowych obserwacji ptaków wodnych. Profesor, do którego się zwróciłem, uważał jednak, że tak rozległą dziedzinę powinienem zostawić sobie na czas po doktoracie, teraz zaś zająć się tematem związanym z fizjologią. Z trzech propozycji, jakie mi podsunął, najbardziej spodobały mi się motyle wodne. W ich osobliwym życiu fizjologia rzeczywiście ma szczególne znaczenie – mianowicie fizjologia oddychania pod wodą i związana z tym budowa skóry gąsienic.

Jako konkretny gatunek wybrałem nimfę grzybieniankę. Temu delikatnemu motylkowi zawdzięczam tytuł doktora nauk przyrodniczych, uzyskany w 1969 roku na Uniwersytecie Ludwika i Maksymiliana w Monachium. Doktorat otrzymuje się za najrozmaitsze badania, poświę­cone niekiedy zagadnieniom, które na pozór mogą się wydawać dziwaczne, a ich sens nie dla każdego jest od razu zrozumiały. Niewykluczone, że moja praca doktorska zatytułowana „Untersuchungen zur Biologie des Wasserschmetterlings Nymphula nymphaeata” (Badania nad biologią motyla wodnego Nymphula nymphaeata1) należy do tej kategorii. W 1970 roku opublikowano ją w czasopiśmie „Internationale Revue der gesamten Hydrobiologie”(tom 55, strony 687–728). Z samego tytułu można wyczytać, że rozprawa dotyczy sposobu życia motyla wodnego o pięknej nazwie naukowej, oznaczającej małą nimfę żyjącą wśród grzybieni. Należałoby jednak dokładniej wyjaśnić, co kryje się pod pojęciem tytułowej „biologii”.

Do dziś jeszcze zachwycają mnie ten delikatny motyl i jego bliscy krewni, tak że serce wyraźnie przyspiesza, gdy widzę znowu któregoś z nich albo dowiaduję się czegoś nowego o ich sposobie życia. Naprawdę tak się dzieje, choć już tyle czasu minęło od mojego doktoratu. W takich chwilach myślę, jakie miałem szczęście, że wybrałem sobie ten temat. Małe nimfy grzybienianki uczyniły ze mnie przyrodnika, który znacznie bardziej lubi prowadzić badania w terenie, niż zamykać się w laboratorium. Dzięki nim pozostałem w swoich naukowych dążeniach otwarty na piękno, na cudowność życia. Nigdy nie mógłbym traktować maleńkich motyli wyłącznie jako „obiekty”, przedmioty badań poszerzające horyzonty wiedzy. Zafascynowało mnie ich życie.

Jakże się cieszyłem, gdy motylki, które w celu dalszych obserwacji trzymałem w domu w wolierze, wypijały podawaną im na czubku palca kropelkę lekko osłodzonej wody. Potem sprawiały wrażenie trochę oszołomionych i szukały czegoś wokół swoimi ssawkami. To, co mog­łem im zaoferować w klatce, zaopatrzonej w płaskie korytko z wodą i roślinami występującymi w ich naturalnym środowisku na brzegach małych zbiorników wodnych, najwyraźniej ich nie zadowalało. Zachowanie dorosłych osobników, które chciałem poznawać, w niewoli zmieniało się, i to dość wyraźnie. Gąsienice motyli wodnych można hodować w akwarium bez większych trudności. Ich życie jest nastawione wyłącznie na przyjmowanie pokarmu i na regularne zrzucanie wierzchniej powłoki, co umożliwia im wzrost. W tym stadium rozwoju nie mają szczególnych wymagań, wystarczy dostarczanie odpowiedniego pożywienia w postaci liści roślin pływających. Zresztą nawet do tego nie są aż tak bardzo przywiązane, jak wynikało z dostępnej już wówczas literatury fachowej. Rozwój gąsienic z jaja do momentu przepoczwarczenia mógłbym więc spokojnie śledzić w swoim miejscu pracy, w Instytucie Zoologicznym Uniwersytetu Monachijskiego. Co innego motyle.

Miałem jednak szczęście. Sekrety ich życia mogłem poznawać w inny, o wiele lepszy sposób. Co prawda „swojego motyla” odnalazłem najpierw w ogrodzie botanicznym w Monachium, gdzie gąsienice pożerały liście małych (lecz niepospolitych) grzybieni. Dlatego ogrodnicy patrzyli na nie niechętnym okiem. Rozczarowałem ich jednak i nie uwolniłem od szkodników, ponieważ wkrótce odkryłem naturalne siedliska tych motyli w pobliżu mojej rodzinnej miejscowości w dolnobawarskiej dolinie Innu. Nimfy grzybienianki żyły w porzuconych małych żwirowniach, wykorzystywanych czasami jako nielegalne śmietniska, i w starorzeczach na obszarze łęgów nad Innem. Do tych siedlisk mogłem dotrzeć z domu pieszo lub rowerem. Kiedy w piękne wieczory wczesnego lata prowadziłem tam swoje początkowe obserwacje, czułem się wspaniale. O zmierzchu samczyki zaczynały loty rozpoznawcze. Pierwszy, dobrze widoczny w wieczornym świetle, kremowobiały motyl wyfruwał z nadbrzeżnych trzcin i jakby zabłąkany przelatywał nad wodą w odległości dwóch lub trzech szerokości dłoni od jej powierzchni. Gdy tylko się pojawił, z trzcin wyłaniały się następne, całe chmary. Pośród unoszących się oparów, powoli gęstniejących w mgłę, tańczyły, wykonując jedyne w swoim rodzaju układy choreograficzne. Elophila,mała nimfa. Jaka trafna nazwa, myślałem, nie przeczuwając, że czeka mnie coś o wiele bardziej ekscytującego.

Wieczór nad sadzawką

Ucichło kumkanie żab wodnych, których wielogłosowy chór wybrzmiał o zachodzie ostatnim fortissimo, aż zadrżały wody bajorka w żwirowisku. Nastała właściwie godzina koncertu rzekotek drzewnych, lecz tylko jeden samiec wydobył z głębi gardła krótkie „rech, rech, rech” i zaraz zamilkł. Po prostu była to już zbyt późna pora roku. Rzekotki słychać w kwietniu i na początku maja. W kupie śmieci na skarpie buszowały teraz szczury. Przemykały jak cienie wśród gruzu i domowych odpadków, szukając w nich czegoś do jedzenia. Chwilami odwracały moją uwagę od obserwacji motyli wodnych. Przez silnie powiększającą lornetkę zobaczyłem, że są to szczury wędrowne różnej wielkości. Niektóre wydawały się naprawdę olbrzymie. Dla kota byłyby śmiertelnie groźnym przeciwnikiem. Zdarzały się też maluchy, które wyraźnie trzymały się blisko matek. Kiedy w polu widzenia lornetki przesunął się drżący cień, zauważyłem krążące wokół nietoperze, wyłapujące owady wodne nad bajorkiem. Wieczorny mrok to czas masowych wylotów chruścików i jętek. Wszędzie było widać, jak unoszą się w powietrze, gdy omiatałem otoczenie skupionym strumieniem światła swojej latarki. Późny zmierzch przeszedł w ciemność. Zabrałem ze sobą latarkę, chcąc się przekonać, jak długo latają motyle wodne. Najwidoczniej ich lot nie trwał do późnej nocy, bo już w ostatnim świetle dnia dostrzegałem ich wyraźnie coraz mniej nad powierzchnią wody.

Motyle wycofywały się na brzeg. Po krótkim trzepoczącym locie lądowały na łodygach roślin i zamierały w bezruchu. Może jest im za zimno, pomyślałem, czując na sobie wilgotny chłód wczesnoletniej nocy. Musiałbym więc, zgodnie z tym pierwszym wrażeniem, zmierzyć spadek jasności i temperatury. Pomiar jasności można było wykonać za pomocą światłomierza, który wówczas, w latach sześćdziesiątych, stanowił niezbędne wyposażenie aparatu fotograficznego, służące do ustawiania przesłony. Bardziej skomplikowany okazał się pomiar temperatury powietrza, bo próbując zrobić to przy użyciu termometru laboratoryjnego, szybko się przekonałem, że wskazuje on zupełnie różne wyniki w zależności od tego, jak bardzo zbliżam go do powierzchni wody i do trzcin i czy trzymam go dość daleko od własnego ciała. O dzisiejszych precyzyjnych pomiarach temperatur podczas prac terenowych przed pół wiekiem jeszcze się nie śniło. Również liczenie fruwających motyli, oględnie mówiąc, sprawiało problemy. Tak zwodniczo unosiły się nad powierzchnią wody i przemykały nad trzcinowiskiem. W miarę jak słabło wieczorne światło, było ich coraz więcej, a potem znowu mniej. Powtarzane szybko po sobie kolejne obliczenia dawały niepokojąco różne wyniki. W ciągu następnych wieczorów spędzonych przy bajorkach euforia wobec perspektywy zdobycia danych do pasjonującej pracy doktorskiej o tych niezwykłych motylach ustąpiła miejsca obawom, czy uda mi się uzyskać dość dobre i wystarczająco odkrywcze wyniki, aby miały wartość naukową. Niewątpliwie konieczna była jednak hodowla gąsienic w akwariach z roślinami wodnymi zapewniającymi im pożywienie. Klatki dla motyli należało udoskonalić i urządzić w sposób bliższy naturze. Z całą pewnością nie każdy wieczór nadawał się do prowadzenia obserwacji nad bajorkami.

Szybko się przekonałem, że nawet w tak korzystnych warunkach, jak sadzawki z motylami wodnymi niemal za progiem, nie da się uniknąć w badaniach terenowych zmagań z pogodą i z nieprzewidzianymi zdarzeniami. Na przykład kilka tygodni od rozpoczęcia moich badań w jednej ze żwirowni założono staw hodowlany dla karpi. Na skutek tego niebawem wszystkie rośliny wodne wyginęły. Przynajmniej jednak w tamtych czasach do żwirowni i starorzeczy łęgowych nie dostawały się jeszcze nawozy i trucizny stosowane w rolnictwie. Nie przypuszczałem wtedy, że zaledwie 10 lat po zakończeniu mojej pracy wszystkie żwirownie zostaną zniszczone. Wykopy zasypano, zniwelowano i obsadzono drzewami lub przekształcono w ziemię uprawną. To obrońcy przyrody okrzyknęli je „ranami krajobrazu”, które należało zasklepić. Ich zdaniem w przyszłości nie powinny już powstawać nowe tego rodzaju rany, aby krajobraz pozostał „zdrowy”. Ciągle jeszcze czuję ból, kiedy przechodzę obok miejsc, w których prowadziłem badania terenowe do pracy doktorskiej. Pokrywają je pola kukurydzy. Na jednym rosną drzewa tworzące niewielki zagajnik. Zasypano wszystkie wykopy. Od takich drobnych strat zaczyna się erozja poczucia zakorzenienia. Wróćmy jednak do opisu życia nimfy grzybienianki. Może to wyjaśni, dlaczego tak bardzo zachwyciły mnie te maleńkie stworzenia, które nigdy nie przestały wywierać wpływu na moją dalszą karierę zoologa, stając się reprezentatywne dla wszystkich motyli.

Sekretne życie małej nimfy

Zacznijmy od udanego lotu rozpoznawczego wczesnym latem. W wieczornym mroku uwijają się samce. Szukają samic – tych, które dopiero wyszły z poczwarki i jeszcze nie spółkowały. Uroczy mały eksperyment pozwolił mi śledzić, co się wówczas dzieje. Samiczkę, która wylęgła się w akwarium, zamknąłem w miniaturowej klatce, w jakiej pszczelarze na krótki czas umieszczają królowe. Sygnał zapachowy wydawany przez samicę mógł się wydostawać przez okratowane ścianki i rozchodzić w powietrzu. Kiedy zaczął się lot rozpoznawczy samców, położyłem dziewiczą samiczkę na styropianowej tratwie i w wieczornym mroku puściłem na otwarte wody bajorka. Już po kilku minutach bezładne loty zmieniły się, przybierając ukierunkowane tory. Dziesiątki samców wylądowały na tratwie. Wsuwając odwłok przez kraty, usiłowały dosięgnąć samicy. Tratwa była uwiązana na sznurku, więc mogłem przyciągnąć ją bliżej brzegu. Samce podążyły za nią, jakby przyklejone. Nie dały się odstraszyć, nawet gdy wyciągnąłem zatyczkę i samica wydostała się na pływające liście rdestu ziemnowodnego. Gdy tylko się wyswobodziła, dopuściła jednego z samców do kopulacji. I już się z nim nie rozłączała. Inne nie miały szans. Odstąpiły więc od spółkującej pary i kontynuowały swój lot rozpoznawczy. Tu i tam zauważałem, że któryś ląduje, aby parzyć się z inną samicą, która siedziała na pływającym liściu. Nieco ciemniej ubarwione samice nie były wcale łatwo widoczne o zmierzchu na tle unoszącego się na wodzie liścia.

Następnego ranka świeżo poślubiona samica rozpoczyna swój lot rozpoznawczy. Przelatuje nisko nad powierzchnią wody w poszukiwaniu pływających liści, których brzegi nie są jeszcze ponacinane przez żerujące na nich wcześniej gąsienice. Nadają się różne gatunki roślin wodnych o liściach unoszących się na powierzchni. Po wylądowaniu samica dokładnie ocenia jakość liścia, dotykając go wielokrotnie nogami. Może to być rdestnica pływająca (Potamogeton natans), rdest ziemnowodny (Polygonum amphibium), grzybieńczyk wodny (Nymphoides peltata)oraz młode, cienkie jeszcze liście grzybieni (Nymphaeasp.). Doskonałe warunki do wzrostu i dojrzewania gąsienic zapewniają pływające liście kwitnącego żółto grzybieńczyka wodnego. Ten przystosowany do życia w wodzie przedstawiciel rodziny bobrkowatych jest jednak rośliną niezwykle rzadką. Różnorodność wymienionych tutaj roślin wodnych powoduje, że nimfy grzybienianki nie ograniczają się do jednego typu pożywienia. Ich gąsienice można nawet z powodzeniem karmić świeżymi liśćmi sałaty, ale ze skutkiem, którego się nie spodziewałem i który okazał się bardzo pouczający.

Kiedy samica znajdzie odpowiedni liść, wycofuje się tyłem na jego obrzeże i wygina koniec odwłoku tak, że dotyka on spodu pływającego liścia. Nie jest to wcale takie łatwe ze względu na napięcie powierzchniowe. W ten sposób samica przykleja na spodzie liścia, blisko jego brzegu, od 100 do 180 jaj w jednym złożu. Są one zwilżane wodą. Gąsieniczki rozwijają się szybko. Tempo zależy od tego, jak ciepła jest woda wczesnym latem. Wykluwając się z jaja, gąsienice przegryzają jego osłonkę, a potem wgryzają się w tkankę liścia. Jeżeli jest odpowiednio gruby, jak u grzybieni, po prostu docierają coraz głębiej. Takie drążenie korytarzy w liściach nazywa się minowaniem. Z cieńszych liści zaś wycinają kawałki i okrywają się nimi niczym maleńkim futerałem. Delikatne, nierozpuszczalne w wodzie nici przędne podtrzymują początkowo zaledwie dwu- lub trzymilimetrowe cząstki liścia.

Gąsienica w tej fazie, a także jeszcze w stadium po pierwszej wylince, jest w swoim maleńkim futerale omywana wodą. Oddycha przez skórę. Zaznaczające się już otwory oddechowe z systemem rurek (tchawki), które wchłaniają powietrze do organizmu i wydalają na zewnątrz dwutlenek węgla, w pierwszych stadiach larwalnych pozostają zamknięte. Po pierwszej wylince gąsienica buduje sobie prawdziwy domek, z podłogą i dachem. On również ma w sobie wodę i gąsienica nadal oddycha skórą. Zmienia się to po wylince rozpoczynającej trzecie stadium larwalne. Gąsienica, która wynurza się ze starej, za ciasnej już osłonki, połyskuje jedwabiście. Woda perli się wokół niej. Gąsienica wysuwa głowę ponad lustro wody i od razu otacza ją błyszcząca srebrzyście warstwa powietrza. Nowy oprzęd szyje sobie tak obszerny, że może się cała w nim schować. Jest on wypełniony powietrzem. Ciało gąsienicy do momentu przepoczwarczenia pozostaje niewodochłonne. Otwory oddechowe są otwarte. Wymiana gazów oddechowych odbywa się więc normalnie, ale wyróżnia ją pewne ciekawe zjawisko: gdy wzrasta zawartość dwutlenku węgla w pęcherzyku powietrza otaczającym ciało gąsienicy, jego część samoczynnie wydostaje się do wody. Woda pochłania dwutlenek węgla, jak potocznie mówią chemicy. Powstające przy tym podciśnienie wyrównuje poziom tlenu, który wędruje w przeciwnym kierunku, z wody do otoczki powietrznej gąsienicy. Oddycha ona więc częściowo za pomocą tak zwanych fizycznych płuc. Nie jest to jeszcze konieczne, ponieważ od trzeciego stadium larwalnego gąsienica pożera pływające liście grzybieni z wierzchu, zjadając przy tym pokrywające je woski, dzięki którym liść nie nasiąka wodą od góry, lecz utrzymuje się na powierzchni. Gdyby nie warstwa wosków, liście tonęłyby już przy niewielkim deszczu.

Jak gąsienica oddycha pod wodą

Z woskiem w pożywieniu związane jest przejście gąsienic ze stanu zwilżalnego w niezwilżalny. Wosk wydziela się obficie na całej powierzchni ciała gąsienicy przez maleńkie stożkowate twory o mocno pofałdowanych bokach, dlatego gąsienica w stanie niewodochłonnym jest taka połyskliwa. Warstwa wosku nie tworzy się tylko na głowie i u jej nasady. To bardzo ważne, bo w przeciwnym razie gąsienica miałaby duże trudności z jedzeniem. Napięcie powierzchniowe ciągle odpychałoby ją od mokrego liścia. Za charakterystyczne dla stadium gąsienicy tego motyla wodnego należy zatem uznać przejście od oddychania przez skórę do oddychania powietrzem przez tchawki – narząd typowy dla owadów, tworzący w ich ciele system rurek. Niezwykle interesujące zjawisko następuje, gdy gąsienica dojrzewa do przepoczwarczenia. Otóż wcale nie pełznie ze swoim oprzędem na ląd, co z punktu widzenia człowieka wydawałoby się najbardziej logiczne, lecz pokonując siłę oporu szczelnie wypełnionego powietrzem domku, spuszcza się z nim w dół po łodydze rośliny wodnej. Na głębokości od 10 do 30 centymetrów wygryza dziurki w łodydze rdestnicy czy grzybienia, których liśćmi dotąd się odżywiała, nad tym miejscem przymocowuje nićmi oprzędowymi swój futerał i przeobraża się w poczwarkę. Ta, samymi tylko ruchami odwłoka, pozbywa się ostatniego oskórka larwy wewnątrz bańki powietrza, w której jest zamknięta.

Pozostaje w spoczynku, aż dokona się wewnętrzna przemiana w motyla. Ponieważ ten na pozór zupełnie spokojny proces wymaga dużo energii, poczwarka musi oddychać, co spowodowałoby niedobór powietrza w oprzędzie, gdyby gąsienica nie dobrała się do rurek przewodzących powietrze w roślinie i zaopatrujących korzenie w niezbędny tlen. To z nich poczwarka czerpie tlen. Ponieważ dwutlenek węgla wytwarzany przy przemianie w motyla rozpuszcza się w wodzie otaczającej oprzęd, powstaje podciśnienie wysysające powietrze z łodygi. Inaczej niż gąsienica, która ze swoim wypełnionym powietrzem oprzędem unosi się na powierzchni wody i może uzupełniać zapasy powietrza, poczwarka jest zdana na zaopatrzenie z rośliny. Zdarza się nawet, że w kawałkach liści, które w wodzie nie tracą zielonego koloru, proces fotosyntezy trwa dostatecznie długo, aby powstający przy tym tlen przedostawał się do bańki powietrznej poczwarki. Niezwykle skomplikowany problem oddychania w wodzie zwierząt przystosowanych do środowiska powietrznego znajduje więc różne rozwiązania; zdolność adaptacji może nas wprawić w zdumienie.

Balonem ku górze

Najbardziej spektakularny moment następuje, kiedy motyl wykluwa się z poczwarki. Znajduje się wówczas, zamknięty w oprzędzie, dość głęboko pod wodą. Motyl naciska na górną część swojego domku, a uchodząca bańka powietrza porywa go i niby balon z podwieszonym ładunkiem wydobywa na powierzchnię wody. Tam bańka powietrzna pęka. Nimfa wynurza się z wody. Jej ciało jest całe pokryte powłoką z długich łusek. Unoszony przez napięcie powierzchniowe motyl bada nogami podłoże w poszukiwaniu najbliższego liścia. Wdrapuje się na niego i pompuje skrzydła, aż się w pełni rozwiną. Motyle rodzą się często przed południem, ale zdarza się to również późnym popołudniem i wczesnym wieczorem. Gdy tylko są zdolne do lotu, fruną w gąszcz roślin przybrzeżnych.

Tam lądują w charakterystycznej dla siebie pozycji, głową w dół. Widziane z wody, jak również z góry, z perspektywy ptaków, które szukają owadów w trzcinach, w takim położeniu nie przypominają kształtem motyli. Tylko gdy patrzy się na trzcinę niemal dokładnie na wysokości siedzącego motyla, można go rozpoznać. I to zresztą jest utrudnione przez misterny wzór z żółtawych zawijasów i ciemniejszych plam. Na obrzeżach trzcinowisk w upalne dni utrzymuje się dość wilgoci, by maleńkie ciałka nie wyschły. Dla samców ma to jeszcze większe znaczenie niż dla samic, ponieważ te ostatnie umierają zaraz po zniesieniu jaj, samce zaś często przez kilka wieczorów, a nawet przez cały tydzień urządzają loty rozpoznawcze, czekając na swoją szansę znalezienia samicy, która właśnie wyszła z poczwarki i jest gotowa do kopulacji.

Tylko raz mi się poszczęściło i mogłem obserwować proces narodzin motyla w akwarium. Wiedziałem co prawda, jak mniej więcej będzie to wyglądać, bo jakżeby inaczej motyl znajdujący się w oprzędzie pod wodą mógł się wydostać na powierzchnię. Kiedy jednak zobaczyłem to na własne oczy, miałem wrażenie, że zdarzył się cud.

Przepoczwarczanie następuje w pełni lata. W zależności od pogody panującej wiosną drugie pokolenie nimf grzybienianek pojawia się w lipcu lub w sierpniu, czasami nawet na początku września. Co się dzieje później? Muszą przetrwać zimę. Trudność tę rozwiązuje pewne przesunięcie w cyklu życiowym ostatniego pokolenia w ciągu roku. Omywane wodą gąsienice nie przeobrażają się jesienią w trzecie stadium, które byłoby niewodochłonne, lecz bez oprzędu spuszczają się po łodygach roślin wodnych na głębokość co najmniej 30 centymetrów. Jeśli łodyga jest tam dostatecznie gruba, wygryzają w niej wąską jamkę i zwinięte na kształt laski wciskają się do powstałej w ten sposób komory. Pozostają tam przez miesiące zimowe do kwietnia lub początków maja, gdy rośliny wodne zaczynają wypuszczać nowe pędy. Zachowane jeszcze u góry liście pływające obumierają. Gąsienice mogą przeżyć zimę w łodygach, nawet pod taflą lodu.

Wiosną woda w sadzawce nagrzewa się i budzi rośliny do życia. Początek ich wzrostu jest dla gąsienic w łodygach wyraźnym sygnałem, że nadszedł czas aktywności. Opuszczają więc swoje jamki, wspinają się w górę i żerują na nowych liściach. Czerpią z nich wosk niezbędny do przejścia w stan niewodochłonny. W maju spotyka się już wyłącznie gąsienice w wypełnionych powietrzem oprzędach, intensywnie karmiące się nowymi liśćmi do czasu, aż będą gotowe do przepoczwarczenia. Wydostające się z poczwarek motyle stanowią pierwsze pokolenie. Ich potomstwo rozwija się bez przesunięcia okresu spoczynku. Poprzez dwa cykle rozrodcze dopełnia się roczny cykl życiowy „małej nimfy”.

Korzyści z życia w wodzie

W swojej rozprawie doktorskiej zajmowałem się również szczegółami budowy skóry i jej zmianami przy przejściu z oddychania przez skórę na oddychanie powietrzem przez typowy dla owadów układ tchawek. Potrzebne były do tego zdjęcia wykonywane pod mikroskopem elektronowym, co umożliwił mi Uniwersytet Monachijski. Dla mnie jednak najbardziej fascynujące było i jest do dzisiaj przystosowanie motyli do życia w środowisku wodnym i wykorzystywanie przez nie roślin wodnych. Dlaczego motyle znalazły się w wodzie i co na tym zyskały?

Najważniejsze odkrycie umożliwiające odpowiedź na to pytanie początkowo w ogóle nie nasuwało mi się na myśl, bo prawie wszystkie założone przeze mnie hodowle gąsienic były udane i kończyły się wydaniem na świat motyli. W moich małych akwariach nic przecież im nie zagrażało, może tylko uszkodzenie z powodu mojej niezręczności. Wszystkie jednak, wyciągnięte na zewnątrz wraz ze swoim podwodnym futerałem, bym mógł obserwować proces przeobrażenia, zamieniały się w poczwarki. Nie zastanawiając się nad tym więcej, przyjąłem, że larwy wszystkich motyli, zbierane do badań w różnych stadiach rozwoju, bez problemu rozwijają się, przepoczwarczają i ostatecznie wydają na świat motyle. Dopiero po latach coś – jak to się mówi – zaświtało mi w głowie, kiedy zajmowałem się już zupełnie innymi motylami, rodziną namiotnikowatych. Poświęcam im dalej cały rozdział. Dzięki nim korzyści z życia w wodzie stały się dla mnie od razu zupełnie jasne: nie miałem żadnych strat, ponieważ larwy i poczwarki motyli wodnych nie cierpiały od pasożytów. U niemal wszystkich motyli żyjących na lądzie pasożyty są jednym z głównych czynników decydujących o ich liczebności i rozwoju populacji. Uzyskując od 96 do 98 procent udanych przeobrażeń larw w kolejnych grupach hodowlanych, odnosiłem z moimi motylami wodnymi niewiarygodny sukces. Większe ubytki odnotowywałem tylko w przypadku jaj. Nie stwierdziłem, co powodowało straty w warunkach terenowych, za prawdopodobne przyczyny uznałem jednak pożerające jaja roztocze wodne oraz szlam gnilny powstający w małych zamulonych zbiornikach. Przy 100 i więcej jajach w złożu samicy motyla wodnego takie straty chronią raczej przed zbyt szybkim ogołoceniem przez gąsienice dostępnych liści pływających, co byłoby całkiem możliwe przy dużej liczebności larw nimfy grzybienianki.

Tak właśnie stało się w monachijskim ogrodzie botanicznym, gdzie po raz pierwszy spotkałem nimfy grzybienianki, a tamtejsi ogrodnicy pokładali nadzieje w moich badaniach nad motylami wodnymi. W ciągu lat i dziesięcioleci ustaliłem z całą pewnością, że samice tego motyla opuszczają małe zbiorniki wodne, z których pochodzą, gdy liście pływające roślin wodnych są już za bardzo przetrzebione. Nie bez powodu przed złożeniem jaj dokładnie obmacują brzegi liści. Gdy są za bardzo nadgryzione, wędrują dalej i szukają innych zbiorników i roślin o korzystniejszych właściwościach. Skłonności do wędrówek można by się spodziewać także dlatego, że małe zbiorniki wodne nie mają stałego charakteru. W sposób naturalny powstają przez zalewanie terenów łęgowych. Nowe bajorka istnieją kilka lub kilkadziesiąt lat, w zależnoś­ci od swojej powierzchni, i stopniowo zanikają wskutek wysychania. Gatunki zasiedlające z natury nietrwałe środowisko muszą zawczasu szukać sobie innego.

U motyli wodnych ujawnia się więc bardzo dobrze rozwinięta zdolność do rozprzestrzeniania się. Jako owady należą do gatunków pionierskich, podobnie jak wiele roślin lądowych, szybko kolonizujących nowo powstałe siedliska. Wśród owadów są jednak również gatunki wyspecjalizowane do życia w jednej, długo istniejącej strefie, mianowicie w liściach pływających na obrzeżach większych wód stojących. Bliżej środka takiego zbiornika występują już wyłącznie rośliny nazywane fachowo submersyjnymi, rosnące pod powierzchnią wody. Od strony lądu mamy pas roślin przybrzeżnych, które co prawda stoją w wodzie, ale wyrastają ponad nią. Ekolodzy określają je jako emersyjne. Aby zrozumieć i zaklasyfikować mojego motyla wodnego, musiałem więc znacznie dokładniej przyjrzeć się środowisku małych zbiorników wodnych i ich nadbrzeży. Czy miałem do czynienia z gatunkiem pionierskim2 czy ze specjalistą żyjącym tylko w określonej strefie wód?

Miejsce do życia czy nisza ekologiczna

Stawki w żwirowniach skupiały na małej przestrzeni wszystkie charakterystyczne cechy siedlisk wodnych. W większości z nich znajdowałem również inne gatunki motyli wodnych zamieszkujących Europę. Stanowiły klasyczny przykład niszy ekologicznej, której wykorzystanie rozpoczyna się od roślin nadbrzeżnych i poprzez strefę liści pływających sięga aż po rośliny podwodne. Przystosowanie do tej serii zmieniających się środowisk można dobrze zaobserwować właśnie u motyli wodnych. Na jeżogłówkach (Sparganiumsp.) i innych wystających z wody roślinach przy brzegu żerują larwy Nymphula stagnata (obecnieNymphula nitidulata)3. Nieco dalej ku środkowi, w pasie roślin z liśćmi pływającymi, pojawia się „moja” Nymphula nymphaeata (obecnieElophila nymphaeata). Pod wodą kryje się Parapoynx stratiotata i najoryginalniejszy ze wszystkich Acentropus niveus (obecnieAcentria ephemerella). Na pokrytych rzęsą rozlewiskach spotyka się rzęsówkę rzęsową (Cataclysta lemnata). Wymienione gatunki żyją w dosłownym znaczeniu obok siebie w swoistych niszach ekologicznych. Wszystkie cechują się szczególnymi przystosowaniami, które w skrajnym przypadku, u jednej z dwóch form żeńskich Acentropus niveus (obecnie Acentria ephemerella),umożliwiły nawet stałe życie w wodzie. Do tego jeszcze wrócimy. Na razie chcę tylko zwrócić uwagę na ogólną prawidłowość. Wskazuje ona na ekspansję motyli należących do znanej ze zdolności przystosowawczych rodziny omacnicowatych (Pyralidae)4 z brzegu w głąb wód. Im dalej udało im się dotrzeć, tym są liczniejsze!

Liczebność można uznać za przybliżoną miarę biologicznego sukcesu gatunku. Gąsienice Nymphula nitidulata żyją na roślinach przybrzeżnych powyżej lustra wody. Są najrzadszym gatunkiem z naszej serii. Cataclysta lemnata, motyl, którego larwy