Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moskiewskie wieczory - Kate Hewitt

Milioner Siergiej Chołodow zobaczył na Placu Czerwonym kieszonkowców okradających młodą dziewczynę. Nie zdążył uchronić jej przed kradzieżą. Ponieważ została bez pieniędzy i paszportu, zaproponował jej nocleg w jednym ze swoich hoteli. Optymizm Hannah i jej wiara w dobroć ludzi irytowały go, lecz jednocześnie pociągały. Przypomniał sobie, kim był kiedyś. I zapragnął tej kobiety…

Opinie o ebooku Moskiewskie wieczory - Kate Hewitt

Fragment ebooka Moskiewskie wieczory - Kate Hewitt

Kate Hewitt

Moskiewskie wieczory

Tłumaczenie:

Anna Dobrzańska-Gadowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zaraz ją okradną. Siergiej Chołodow spojrzał cynicznie doświadczonym okiem, jak trzech łobuziaków podsuwa cudzoziemce kilka gazet naraz. Kobieta, nie, raczej dziewczyna, wyglądała na jakieś dwadzieścia parę lat. Idealnie proste, zdrowe zęby, zadbane włosy i intensywnie czerwona parka wyraźnie świadczyły, że to Amerykanka. Stała przed katedrą św. Bazylego, wpatrzona w skręcone w kształt cebuli kopuły, z zapomnianą mapą w ręce, i właśnie wtedy podeszli do niej, gadając jeden przez drugiego i podtykając gazety. Siergiej dobrze wiedział, jak to się odbywa, a ona, rzecz jasna, nie miała pojęcia. Zaśmiała się, cofnęła o krok, broniąc się przed naporem gazet, uśmiechnęła się. Uśmiechnęła się! Nie miała za grosz rozsądku, bez dwóch zdań.

Małe łobuzy musiały to dostrzec. Cóż, skoro on to zauważył, z odległości dwudziestu metrów, to tym bardziej oni. Wybrali ją właśnie z tego powodu -była łatwym celem. Machali jej gazetami przed nosem, otoczyli ze wszystkich stron. Siergiej znowu usłyszał jej śmiech.

– Spasiba, spasiba, niet… – powiedziała kulawym rosyjskim.

Zmrużył oczy, gdy jeden ze złodziejaszków doskoczył do niej z boku i wsunął rękę do kieszeni jej kurtki. Siergiej wiedział, jak szybko i cicho trzeba działać, kiedy sięga się do czyjejś kieszeni, szukając pękatego skórzanego portfela lub pliku sztywnych banknotów. Znał gwałtowne uderzenie adrenaliny, jakie zapewnia niebezpieczeństwo, a także uczucie satysfakcji z domieszką pogardy, towarzyszące udanej kradzieży. Stłumił westchnienie i postanowił wkroczyć do akcji. Nie darzył Amerykanów szczególną miłością, bynajmniej, lecz ta dziewczyna była bardzo młoda i niewątpliwie nawet nie podejrzewała, że zaraz straci pieniądze. Siergiej szybkim krokiem ruszył w jej stronę, nie zwracając uwagi na instynktownie rozstępujących się przed nim turystów i miejscowych.

Chwycił za kark dzieciaka, który włożył rękę do kieszeni Amerykanki i z ponurą satysfakcją przyglądał się, jak bezradnie pedałuje stopami w powietrzu. Pozostali uciekli. Siergiejowi zrobiło się nagle żal przyłapanego na gorącym uczynku chłopca, którego przyjaciele bez wahania zostawili samego. Lekko nim potrząsnął.

– Pokażitie mnie! – warknął.

– Niet, niet! – zaprotestował szczeniak. – Nic nie mam!

Siergiej poczuł, jak na jego ramieniu zaciska się delikatna, ale i zaskakująco silna dłoń.

– Proszę… – marnym rosyjskim odezwała się dziewczyna. – Niech go pan zostawi w spokoju…

– Okradł panią. – Siergiej nawet się nie odwrócił i znowu potrząsnął chłopcem. – Pokażitie mnie!

Amerykanka mocniej zacisnęła palce, odpychając ramię Siergieja. Nie było to bolesne, lecz na tyle nieoczekiwane, że na chwilę rozluźnił uchwyt. Mały kieszonkowiec natychmiast wykorzystał okazję. Kopnął Siergieja w brzuch, a gdy ten zaklął i na moment zgiął się wpół, rzucił się do ucieczki.

Siergiej wstrzymał oddech, chcąc zablokować ból. Wyprostował się i odwrócił twarzą do młodej kobiety, która miała czelność patrzeć na niego z jawnym oburzeniem.

– Zadowolona? – rzucił pogardliwie po angielsku.

Jej źrenice, w rzadko spotykanym fiołkowym odcieniu, rozszerzyły się ze zdumienia.

– Mówi pan po angielsku!

– Lepiej niż pani po rosyjsku – poinformował ją. – Po co się pani wtrąciła? Teraz nigdy nie odzyska pani pieniędzy!

Zmarszczyła brwi.

– Pieniędzy?

– Ten łobuz, którego tak pani broniła, to kieszonkowiec!

Rozpogodziła się i gwałtownie potrząsnęła głową.

– Nie, nie, myli się pan! On tylko chciał sprzedać mi gazetę! Kupiłabym ją, ale nie znam tak dobrze rosyjskiego. Ci chłopcy byli może trochę zbyt natarczywi…

Starała się zachować bezstronność i Siergiej nie mógł zamaskować wyrazu niedowierzania, który pojawił się na jego twarzy. Jak to możliwe, żeby ktoś był aż tak naiwny, pomyślał. Dziewczyna znowu ściągnęła brwi.

– Rozumie pan, co mówię, prawda?

– Tak, doskonale. Oni nie byli „zbyt natarczywi”, proszę pani, tylko po prostu robili panią w konia! Rozumie pani, co mówię, prawda?

Zaskoczona i chyba trochę urażona, zdecydowanie pokręciła głową.

– Przepraszam… Wiem, że mój rosyjski jest okropny, ale naprawdę nie wydaje mi się, żeby te dzieciaki miały złe intencje…

Siergiej zacisnął wargi.

– To proszę sprawdzić!

– Sprawdzić?

– Sprawdzić kieszenie!

Znowu zaprzeczyła ruchem głowy, wciąż z tym naiwnym uśmiechem.

– Ależ naprawdę, oni tylko próbowali…

– Niechże pani sprawdzi kieszenie!

Jej oczy błysnęły ostrym fioletem i nagle Siergiej dostrzegł coś pod powłoką łagodności, jakąś siłę i surowość, i na moment rozbudziło to jego zainteresowanie. Może nawet pożądanie… Dziewczyna była całkiem ładna, dość niezwykła z tymi fioletowymi oczami i twarzą w kształcie serca. Luźna, puchata parka skutecznie maskowała jej figurę. Nagle wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się pojednawczo i rozłożyła ręce.

– W porządku, jeżeli chce pan, żebym dowiodła…

Sięgnęła do kieszeni i Siergiej miał okazję obserwować, jak przez jej twarz przemyka cały wachlarz emocji. Niepewność, zniecierpliwienie, zmieszanie, niedowierzanie, oburzenie… Widział to już wiele razy, zazwyczaj z daleka, z kilkoma dwudziestkami w dłoni.

Nieoczekiwanie uświadomił sobie, że dziewczyna wcale nie jest oburzona ani wściekła. Może zraniona, sądząc po jej oczach, które pociemniały, przybierając odcień burzowych chmur, ale po sekundzie znowu potrząsnęła głową z tą swoją tak irytującą go łagodnością i lekko wzruszyła ramionami.

– Ma pan rację! Ukradli mi pieniądze…

Dlaczego była taka pogodna?

– Dlaczego trzymała pani gotówkę w kieszeni? – zapytał, siląc się na spokój.

Przygryzła dolną wargę i wzrok Siergieja skupił się na tej niewinnej czynności. Wargi miała pełne i różowe, gdy przygryzała je tymi białymi, amerykańskimi zębami, coś sprawiało, że mięśnie brzucha napinały mu się z podniecenia. A może i te w dole brzucha… Rozdrażnienie i zainteresowanie, zdenerwowanie i przyciąganie.

– Dopiero co byłam w banku – odezwała się, raczej wyjaśniając, niż się broniąc. – Nie miałam czasu schować banknotów…

Stała przecież dość długo, gapiąc się na katedrę św. Bazylego. Miała mnóstwo czasu. Ale co go to właściwie obchodziło? Dlaczego w ogóle prowadził tę rozmowę? Była jeszcze jedną amerykańską turystką, jedną z wielu, i tyle… Na przestrzeni lat widział ich setki, od pierwszych, które ze zdziwieniem wpatrywały się w żałosne i nieznane im stworzenia, rosyjskie sieroty, po te, które oceniały bystrym spojrzeniem i sprowadzały tu całą armię terapeutów i psychologów, mających zadbać, by żadne dziecko nie było zbyt

„pokrzywdzone”. Zupełnie jakby miały jakiekolwiek pojęcie o życiu tych dzieci. Przyjeżdżały też turystki takie jak ta, które spacerowały po Placu Czerwonym, oglądały Kreml, dom towarowy GUM i całą resztę jak dziwaczne zabytki, a nie trwałych świadków straszliwej historii ojczyzny Siergieja. Nie miał do nich wszystkich cierpliwości i do niej także. Odwrócił się już prawie, gdy usłyszał jej cichy okrzyk, raczej westchnienie, jakby nie chciała pozwolić sobie na cokolwiek więcej.

Spojrzał na nią.

– Co?

– Mój paszport…

– Nosiła pani paszport w kieszeni kurtki?!

– Dopiero co byłam w banku, mówiłam panu…

– Paszport – powtórzył Siergiej, niezdolny uwierzyć, że ktoś może trzymać gotówkę i paszport w niezapiętej kieszeni kurtki, i to na Placu Czerwonym.

Uśmiechnęła się z zakłopotaniem, przyjmując do wiadomości jego niedowierzanie.

– Wiem, wiem… Poszłam spieniężyć czeki podróżne, a do tego w banku wymagają jakiegoś dokumentu potwierdzającego tożsamość…

– Czeki podróżne! – wymamrotał Siergiej.

Coraz lepiej… Albo coraz gorzej, zależy od punktu widzenia. Wydawało mu się, że komputeryzacja banków skazała czeki podróżne na wieczny niebyt.

– Dlaczego używa pani czeków podróżnych, a nie karty bankomatowej, na miłość boską? – zapytał.

Korzystanie z karty jest przecież dużo prostsze, pomyślał. I łatwiej można uchronić się przed jej kradzieżą, no, chyba że nosi się kartę w kieszeni kurtki, z numerem PIN na przyklejonej do niej taśmą kartce, bo tak niewątpliwie postąpiłaby ta kobieta… Po to, żeby pomóc złodziejowi…

Amerykanka podniosła głowę i Siergiej znowu dostrzegł ognisty błysk fioletu w jej oczach.

– Wolę czeki.

Teraz to on wzruszył ramionami.

– Pani sprawa.

I odwróciłby się, szybko i bez trudu, gdyby nie to, że jej uśmiech nagle zbladł, wargi zadrżały, oczy poszarzały, a długie rzęsy opadły, ukrywając smutek, który on zdążył jednak z nich wyczytać. Gdzieś w okolicy serca poczuł bolesny skurcz, surowe uczucie, które wcale mu się nie podobało i za którym bynajmniej nie tęsknił. Wystarczyło jedno smutne spojrzenie, które bardzo starała się przed nim ukryć, aby przywołać to bolesne drgnienie. I właśnie to wprawiło go we wściekłość.

Hannah wiedziała, że zrobiła głupio, wkładając pieniądze i paszport do kieszeni kurtki – miała na tyle rozsądku, naprawdę. Schowałaby wszystko do zapinanej na suwak torby, gdyby nie to, że jej uwagę bez reszty przykuł widok katedry św. Bazylego i jej barwnych kopuł na tle intensywnego błękitu nieba. Myślała też o tym, że właśnie mija ostatni dzień jej podróży i już jutro wróci do Nowego Jorku, otworzy sklep, zrobi spis towarów i spróbuje rozruszać firmę. I chociaż wiedziała, że to bez sensu, ta świadomość trochę ją bolała. Tak, chyba tak… Spychała to uczucie w głąb podświadomości, ponieważ wcale jej się nie podobało.

A teraz ten Rosjanin, ten… Ten bandyta patrzył na nią tak, jakby chciał ją zamordować. Nie miała pojęcia, kim jest z zawodu, ale jego obecność wprawiała ją w zakłopotanie. Ubrany był w czarne dżinsy i skórzany czarny płaszcz, co z pewnością nie przyczyniało się do złagodzenia pierwszego wrażenia. Włosy w przeciętnym odcieniu brązu, bardzo krótko ostrzyżone, stanowiły wyraźną ramę dla twarzy tak przykuwającej uwagę, że serce Hannah na moment przestało bić.

No i jeszcze ten szok… Straciła pieniądze i paszport, a jej samolot do Nowego Jorku odlatywał za pięć godzin…

– O co chodzi? – zapytał szorstko.

Odwrócił się do niej, nie ukrywając zniecierpliwienia i irytacji, emanujących z całej jego postaci. Wydał się Hannah uosobieniem brutalnej, ledwo maskowanej siły, lecz jednak odwrócił się, nawet jeżeli zrobił to trochę wbrew swojej woli, a już na pewno wbrew zdrowemu rozsądkowi.

– Zdaje pani sobie sprawę, że nie obędzie się bez wizyty w ambasadzie, prawda?

– Tak.

– Tam pani pomogą – oświadczył wyjaśniającym tonem, powoli, jakby Hannah miała problemy ze zrozumieniem własnego języka. – Mogą wydać nowy paszport.

– Tak. – Hannah przełknęła ślinę. – Jak długo to zazwyczaj trwa?

– Wypełnienie formularzy potrwa pewnie parę godzin. – Rosjanin uniósł jedną brew. – Czy to jakiś problem?

– Tak, owszem. – Z trudem przywołała niezbyt wesoły uśmiech, czując, jak panika ściska jej brzuch lodowatą obręczą.

Dopiero teraz zaczęła sobie uświadamiać, w jak okropnej znalazła się sytuacji. Bez paszportu. Bez pieniędzy. Bez możliwości powrotu do domu w zaplanowanym terminie. W Moskwie.

Fatalnie.

– Chyba trzeba było o tym pomyśleć, zanim wybrała się pani na ten spacer po Placu Czerwonym – odezwał się mężczyzna. – Równie dobrze mogła pani zawiesić sobie na szyi tablicę z informacją, że jest pani naiwną turystką, którą śmiało można okraść!

– Jestem turystką – powiedziała Hannah, siląc się na spokojny ton. – I naprawdę nie wiem, czemu pan się tak denerwuje! Ostatecznie to nie pana pieniądze ani paszport!

Popatrzył na nią, najpierw ze złością, potem z lekkim zaskoczeniem.

– Ma pani rację – rzekł po chwili. – Nie ma najmniejszego powodu, żebym się denerwował.

Jednak nie odwrócił się, czego Hannah częściowo się spodziewała, lecz nadal przyglądał jej się tak, jakby była zagadką, której nie potrafił rozwiązać.

– Tak czy inaczej, nie przeszkadza mi, że mnie okradli – dodała Hannah.

No, nie przeszkadzałoby jej to, gdyby nie fakt, że nie miała ani grosza, a jeśli chodzi o paszport… Uniosła głowę, starając się pokonać go w bitwie na twarde spojrzenia.

– Oni potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja – oświadczyła. – Będą mogli kupić sobie coś do jedzenia, przynajmniej tyle…

– Myśli pani, że kupią sobie jedzenie?

Hannah pokręciła głową.

– Proszę mi tylko nie wmawiać, że wydadzą pieniądze na narkotyki albo coś w tym rodzaju! Nawet dzieci, które mieszkają na ulicy, muszą jeść, a ci chłopcy nie mogli mieć więcej niż dwanaście lat.

– Dwanaście lat to dużo u takich jak oni – oznajmił Rosjanin. – A jedzenie dość łatwo zdobyć, wystarczy ściągnąć coś ze straganu z owocami i warzywami lub postać trochę przy tylnym wyjściu z jakiejś restauracji! Za jedzenie nie trzeba płacić, chyba że inaczej się nie da.

Hannah popatrzyła na niego uważnie, zdziwiona brzmiącą w głosie mężczyzny pewnością i ostrym błyskiem w jego niebieskich oczach.

– Przepraszam – wymamrotała. – I dziękuję za pomoc. Gdyby pan się nie zjawił… Nie, raczej gdybym ja się nie wtrąciła, może nadal miałabym pieniądze.

I paszport.

Rosjanin krótko skinął głową.

– Pójdzie pani do ambasady? – spytał takim tonem, jakby zmuszał się do zainteresowania jej losem. – Wie pani, gdzie to jest?

– Tak.

Nie wiedziała, ale nie zamierzała dać temu facetowi jeszcze mocniejszych podstaw do uznania jej za idiotkę.

– Dziękuję za pomoc – powtórzyła.

– Powodzenia! – rzucił.

Hannah skinęła głową, odwróciła się i ruszyła przed siebie przez Plac Czerwony.

Teraz, gdy zostawiła już za sobą tego mężczyznę wraz z jego dominującą osobowością, budząca się w niej panika zaczęła ogarniać jej ciało i umysł miażdżącymi, lodowatymi palcami. Wyprostowała ramiona, na wypadek gdyby dalej na nią patrzył. Postanowiła dotrzeć na drugą stronę placu, rozłożyć mapę i zorientować się, gdzie znajduje się amerykańska ambasada.

Dwie godziny później znalazła się w końcu przy okienku wydziału konsularnego i usłyszała, że musi zgłosić kradzież na komisariacie policji, wypełnić formularz, przynieść go do ambasady i dopiero wtedy złożyć wniosek o wydanie duplikatu paszportu.

– Wniosek o wydanie duplikatu paszportu – niechętnie powtórzyła Hannah.

Liczyła, że dostanie jakąś podstemplowaną kartę, coś w rodzaju dokumentu potwierdzającego zwolnienie z więzienia, dzięki któremu uda jej się wejść na pokład samolotu. I wrócić do domu…

Urzędniczka w okienku patrzyła na nią bez cienia współczucia czy zainteresowania. Pewnie słyszała taką historię już z tysiąc razy, pomyślała Hannah, która zawsze starała się być sprawiedliwa. Poza tym zadaniem tej kobiety było przecież udzielanie informacji, a nie pomaganie Hannah.

– Ale mój samolot odlatuje dziś wieczorem – wyjaśniła.

– Proszę zmienić datę odlotu – powiedziała kobieta. – Nowy paszport dostanie pani dopiero za parę dni, a później trzeba będzie jeszcze ponownie wystąpić o wizę wjazdową.

Wizę wjazdową?!

– Przecież ja stąd wyjeżdżam!

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Osoba, która zaprosiła panią do Rosji, będzie musiała za panią poręczyć – podała Hannah formularz.

Hannah przyjrzała się dokumentowi i zauważyła, że za nowy paszport musi uiścić opłatę w wysokości stu dolarów.

– Nie mam osoby zapraszającej, zatrzymałam się w hotelu – wykrztusiła, ale w jej głosie słychać było rozpacz. – Nie sądzę, żeby…

– Proszę porozmawiać z policją – poradziła urzędniczka. – I tak powinna to pani zrobić w pierwszej kolejności!

Jej wzrok powędrował już ponad ramieniem Hannah, dając do zrozumienia, że musi zająć się następnym interesantem.

– Ale ja… – Hannah pochyliła się i ściszyła głos do szeptu, mocno zaczerwieniona. – Ja nie mam pieniędzy…

Nadal zero współczucia.

– Proszę pójść do banku albo skorzystać z karty kredytowej.

Oczywiście, było to jak najbardziej normalne i oczekiwane rozwiązanie. Tyle tylko, że Hannah nie miała już żadnych pieniędzy na koncie, a kartę kredytową pocięła na kawałki, kiedy przekonała się, ile rachunków zostawili po sobie jej rodzice. Może nie była to najrozsądniejsza decyzja, lecz teraz, gdy wreszcie spłaciła wszystkie zaległe należności, uroczyście obiecała sobie, że nigdy się nie zadłuży. Kobieta w okienku musiała wyczytać część tych myśli z jej twarzy.

– Zatem niech pani do kogoś zatelefonuje. – W jej głosie zabrzmiała nuta zniecierpliwienia. – Do kogoś w Stanach, kto mógłby przysłać pani pieniądze.

– No, tak… – do Hannah w końcu zaczęło docierać, w jakie kłopoty się wpakowała. – Dziękuję, że poświęciła mi pani tyle czasu.

Całe szczęście, że głos jej nie zadrżał.

– Proszę bardzo – znudzonym tonem odparła urzędniczka.

Do okienka zbliżyła się następna osoba z kolejki.

Hannah powoli wyszła na zewnątrz. Wiosenne powietrze tchnęło ostrym chłodem, na niebie gromadziły się stalowe chmury.

Hannah ze wszystkich sił starała się zachować spokój. Nie należała do panikarzy i zawsze usiłowała dostrzec zalety ludzi i dobre strony wydarzeń, jednak powoli zapadał zmierzch, a ona nie miała ani pieniędzy, ani paszportu, ani żadnego rozsądnego wyjścia. Mogła zadzwonić do kogoś z przyjaciół, ale nie chciała tego robić. Musiałaby zamówić połączenie na koszt abonenta wybranego numeru i opisać swoje okropne położenie, a następnie jej rozmówca byłby skazany na ponad godzinną jazdę do Albany, żeby wysłać jej pieniądze. No i musiałaby pożyczyć sporą sumę. Opłaty za paszport, hotel, jedzenie, może nawet nowy bilet na samolot – wszystko to razem mogłoby wynieść nawet parę tysięcy dolarów.

Nie miała tak zamożnych przyjaciół i sama również nie dysponowała taką sumą. Resztki oszczędności wydała na podróż do Europy, chociaż zdawała sobie sprawę, że postępuje impulsywnie i nierozważnie, czyli w zupełnie nietypowy dla siebie sposób. Jednak z drugiej strony może i była głupia, jak najwyraźniej sądził ten mężczyzna z Placu Czerwonego, bo gdyby miała choć odrobinę rozsądku, nie stałaby teraz na schodach ambasady, wtopiona w tłum obojętnie mijających ją ludzi, nie wiedząc, dokąd pójść ani co zrobić. No, właśnie…

Pospiesznie zdławiła ogarniającą ją panikę. Nie wszystko jeszcze było stracone. Zostało jej trochę pieniędzy na bankowym koncie, mogła zyskać trochę czasu i…

Co dalej?

– Tu pani jest!

Hannah zamrugała i ze zdumieniem ujrzała wyłaniającą się z gęstniejącego zmroku postać mężczyzny z Placu Czerwonego. Szedł ku niej szybko, z nachmurzoną twarzą, w unoszonym wiatrem skórzanym płaszczu. Mimo tego Hannah nie potrafiła opanować niemądrego uczucia ulgi i wdzięczności, które ogarnęło ją na jego widok. Znajoma twarz…

– Co pan tutaj robi?

– Chciałem się upewnić, że poradziła pani sobie z tą papierkową robotą.

– To bardzo miło z pana strony – odparła ostrożnie, ponieważ trzymiesięczna podróż nauczyła ją pewnej czujności, jeśli nie cynizmu. – Ale nie trzeba było…

– Wiem. – Kącik jego ust drgnął lekko, tak leciutko, że naprawdę trudno byłoby nazwać to uśmiechem.

A jednak ten widok pozwolił Hannah poczuć się bezpieczniej, chociaż jednocześnie po plecach przebiegł jej dziwny dreszcz. Doskonale wiedziała, że ma przed sobą bardzo atrakcyjnego mężczyznę.

– Załatwiła sobie pani paszport?

Hannah pokręciła głową.

– Nie – pomachała formularzem w powietrzu. – Mam tu wniosek. Wygląda na to, że przed jego złożeniem muszę pójść na posterunek policji i powiadomić o kradzieży.

– Policja jest kompletnie zdezorganizowana – zauważył z niesmakiem. – Albo skorumpowana, a zazwyczaj jedno i drugie. Spisanie raportu może potrwać parę godzin.

– No, świetnie… – jęknęła Hannah.

Jej samolot odlatywał za trzy godziny i zdążyła już zrozumieć, że nie znajdzie się na jego pokładzie.

– Ma pani jakieś pieniądze? – zapytał nagle.

Hannah wzruszyła ramionami, nie chcąc się przyznać, w jakie kłopoty wpadła.

– Trochę – odparła. – W banku…

Oczywiście nie dosyć na opłatę paszportową, hotel, jedzenie i inne wydatki. Zdecydowanie za mało.

– A kartę kredytową?

Musiał chyba rozmawiać z urzędniczką z ambasady. Albo wszystko wiedział, po prostu…

– No… No, nie…

Pokręcił głową z tym pogardliwym niedowierzaniem, które już rozpoznawała.

– Wyrusza pani w zagraniczną podróż, i to na dodatek do Rosji, bez karty kredytowej i oszczędności?

– Brzmi to raczej głupio, prawda? – zgodziła się Hannah.

Nie zamierzała mu tłumaczyć, że nie chciała narobić sobie długów ani tym bardziej dlaczego wolała nie korzystać z kart kredytowych.

– Po prostu uznałam, że albo wybiorę się w tę podróż teraz, albo nigdy – wyjaśniła cicho.

Spojrzał na nią sceptycznie. Jakże by inaczej…

– Naprawdę?

– Tak, naprawdę! A przy okazji, po mistrzowsku opanował pan ten sarkastyczny wyraz twarzy! Bez przerwy mnie pan poucza, zupełnie jakbym była w szkole podstawowej!

Nieoczekiwanie parsknął krótkim śmiechem. Uśmiechnęła się, zadowolona. Czyli jednak miał poczucie humoru…

– Dziwię się, po prostu – znowu spoważniał. – Długo już pani podróżuje?

– Trzy miesiące.

– I dotąd nie miała pani żadnych problemów?

– Raczej nie. We Włoszech dwa razy za dużo zapłaciłam w restauracji, konduktor w pociągu okazał się nieuprzejmy…

– To wszystko?

– Chyba mam szczęście albo może miałam…

– Chyba tak – powiedział. – Nawet już nie pytam, czy ubezpieczyła się pani na podróż.

Nawet nie przyszło jej to do głowy!

– Nie – uśmiechnęła się.

Uniósł brwi.

– Nie, bo nie pytam, czy nie, bo nie ma pani ubezpieczenia?

– Niech pan wybiera.

Kącik jego ust znowu zadrgał leciutko i Hannah poczuła, jak jej serce na moment zgubiło rytm. Jej znajomy był szorstki i trochę przerażający, ale także niewiarygodnie przystojny. A kiedy się uśmiechał, nawet seksowny…

– Jak długo zamierzała pani zostać w Rosji?

– Szczerze mówiąc, mój samolot odlatuje za… – zerknęła na zegarek – za dwie godziny.

Zmierzył ją pełnym niedowierzania wzrokiem.

– To ostatni dzień pani pobytu?

– Najwyraźniej nie…

– Ale chyba ma pani przyjaciół, którzy mogliby przesłać pani pieniądze? – odezwał się w końcu.

– No, niekoniecznie…

Znowu uniósł brwi, ironicznie i nieznośnie wymownie.

– Mieszkam w małym miasteczku – wyjaśniła Hannah. – Moim znajomym trudno byłoby…

– Nie ma nikogo, kto pomógłby pani w tak rozpaczliwej sytuacji? – przerwał jej. – Zawsze sądziłem, że amerykańskie miasteczka pełne są ludzi gotowych pomagać sąsiadom.

Hannah nie podobały się te insynuacje. I co właściwie miał jej do zarzucenia? Że wykazała się fenomenalną głupotą i zostawiła paszport w kieszeni? Najwyraźniej bardzo zależało mu na tym, żeby pozbawić ją wszelkich iluzji i ośmieszyć.

– Muszę się zastanowić, do kogo zatelefonować, to wszystko – odparła spokojnie.

Może do Ashley, chociaż ona właśnie zaczynała nową pracę i dopiero powoli stawała finansowo na nogi.

– A w czasie, gdy będzie się pani zastanawiała… – Mężczyzna ogarnął wzrokiem ciemniejące ulice, pełne ludzi i samochodów.

– Coś wymyślę!

Na początek mogłaby zabrać swoje rzeczy z hotelu i znaleźć jakieś tańsze miejsce. Przynajmniej tyle.

– Dlaczego to właściwie pana interesuje? – rzuciła mu ostre spojrzenie.

Te