Opis

"Moscoviada. Powieść grozy" to opowieść o jednym dniu z życia literata o dziwnym jak na ukraińskiego poetę imieniu Otto von F. w Moskwie. Niezwykła mieszanka kilku stylów prozatorskich: "czarnego realizmu", thrillera, parodii love story, autobiografii, pamfletu politycznego.

"Sposób, w jaki autor oprowadza po rozpadającej się, koszmarnej Moskwie u progu lat 90., jest na tyle błyskotliwy, że przestajemy się bać. Powieść grozy? Wolne żarty. Toż to najprawdziwsza księga śmiechu!".

Dariusz Nowacki, "Polityka"

"Pełne dowcipu i czarnego humoru wstawki socjologiczne, zwłaszcza sceny barowe, odsłaniają potworność i absurdalność systemu, w którym dla garstki społeczeństwa wszystko jest w zasięgu ręki, dla pozostałych ludzi marzenia redukują się do życzenia, by dożyć do jutra".

Maria Ziemianin, "Gazeta Krakowska"

"'Moscoviada' - ten tytuł odsyła do dwóch naraz znaczeń: to z jednej strony 'podróż po Moskwie', peregrynacja, błąkanie się po jej nad- i podziemnych ścieżkach, a z drgiej - tak jak w 'Iliadzie' - to 'wojna' z umieszczonym w tytule miastem, zmagania z jego ciążącym bohaterowi duchem".

Jerzy Jarzębski, "Tygodnik Powszechny"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 242

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prze­ło­żył

Prze­my­sław To­ma­nek

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu MO­SKO­WIA­DA. PO­WIST’ ŻA­CHIW

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych KA­MIL TAR­GOSZ

Zdję­cie na okład­ce © WOJ­CIECH WIL­CZYK

Zdję­cie AU­TO­RA po­cho­dzi z ar­chi­wum ro­dzin­ne­go

Książ­ka zo­sta­ła wy­da­na dzię­ki po­mo­cy SZWAJ­CAR­SKIEJ FUN­DA­CJI DLA KUL­TU­RY PRO HE­LVE­TIA (PRO­GRAM WSCHÓD-ZA­CHÓD), OSI-ZUG FO­UN­DA­TION, OSI CEN­TER FOR PU­BLI­SHING DE­VE­LOP­MENT I FUN­DA­CJI IM. STE­FA­NA BA­TO­RE­GO, w ra­mach CEN­TRAL EU­RO­PE­AN UNI­VER­SI­TY EAST TRANS­LA­TES EAST PRO­JECT.

Co­py­ri­ght © by JU­RIJ AN­DRU­CHO­WYCZ, 1999

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 1999

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by PRZE­MY­SŁAW TO­MA­NEK, 1999

Prze­kład przej­rza­ła TA­TIA­NA HO­ŁY­ÑSKA

Re­dak­cja MO­NI­KA SZNAJ­DER­MAN

ISBN 978-83-7536-687-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

JU­RIJ AN­DRU­CHO­WYCZ (1960) uro­dził się i miesz­ka w Sta­ni­sła­wo­wie na Ukra­inie. Pro­za­ik, ese­ista, po­eta i tłu­macz. Za­de­biu­to­wał w 1985 roku to­mem wier­szy Nie­bo i płosz­czi. Ko­lej­ne książ­ki po­etyc­kie An­dru­cho­wy­cza: Se­red­mi­stia (1989) i Ek­zo­tycz­ni pta­chy i ro­sły­ny (1991) utrwa­li­ły jego po­zy­cję jako jed­ne­go z pre­kur­so­rów no­we­go nur­tu w po­ezji ukra­iń­skiej. Trzy jego po­wie­ści uka­za­ły się po raz pierw­szy na ła­mach ki­jow­skie­go mie­sięcz­ni­ka „Su­cza­snist’”: w roku 1992 Re­kre­aci­ji (dru­gie wy­da­nie 1997; pol. ty­tuł: Re­kre­acje), w roku 1993 Mo­sko­wia­da. Po­wist’ ża­chiw (dru­gie wy­da­nie 1997) i w roku 1996 Per­we­rzi­ja (nowe wy­da­nie 1997).

W 1987 roku wraz z Wik­to­rem Ne­bo­ra­kiem i Ołek­san­drem Ir­wań­cem za­ło­żył gru­pę po­etyc­ką Bu­Ba­Bu.

Jest tak­że re­dak­to­rem (wraz z Ju­ri­jem Iz­dry­kiem) pism li­te­rac­kich jesz­cze do nie­daw­na wy­da­wa­nych w Sta­ni­sła­wo­wie: „Cze­twer” i „Pe­re­wał”.

W Pol­sce uka­za­ły się Re­kre­acje (1994, dru­gie wy­da­nie 1996) i zbiór ese­jów Erz-herz-perc (1996).

niech i tym ra­zemnic u nas nie upo­lu­ją

Hry­ho­rij Czu­baj

Miesz­kasz na szó­stym pię­trze, ścia­ny po­obwie­sza­łeś Ko­za­ka­mi i dzia­ła­cza­mi Za­chod­nio-Ukra­iń­skiej Re­pu­bli­ki Lu­do­wej, z okna wi­dzisz mo­skiew­skie da­chy, smęt­ne to­po­lo­we ale­je, wie­ży te­le­wi­zyj­nej w Ostan­ki­no nie wi­dzisz — wi­dać ją z po­ko­jów, znaj­du­ją­cych się po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza — ale jej bli­skość od­czu­wasz w każ­dej chwi­li; pro­mie­niu­je z niej coś bar­dzo usy­pia­ją­ce­go, ja­kieś wi­ru­sy znu­że­nia i apa­tii, i dla­te­go rano w ża­den spo­sób nie mo­żesz się obu­dzić, prze­cho­dzisz od jed­ne­go wi­dze­nia sen­ne­go do na­stęp­ne­go, jak z kra­ju do kra­ju. Śpisz za­pa­mię­ta­le, naj­czę­ściej do je­de­na­stej, póki Uz­bek za ścia­ną nie włą­czy na cały re­gu­la­tor odu­rza­ją­cej orien­tal­nej mu­zy­ki „adin pał­ka, dwa stru­na”. Prze­kli­na­jąc bez zło­ści na­szą nie­szczę­sną hi­sto­rię, przy­jaźń na­ro­dów i układ związ­ko­wy dwu­dzie­ste­go dru­gie­go roku, uświa­da­miasz so­bie: dłu­żej spać nie moż­na. Tym bar­dziej że Żyd za inną ścia­ną po­wró­cił już z wy­pra­wy po skle­pach, ko­lej­ny raz na­ku­piw­szy, po­wiedz­my, raj­stop dla swo­jej nie­zli­czo­nej sta­ro­za­kon­nej ro­dzi­ny z Bi­ro­bi­dża­nu, dla wszyst­kich jej po­ko­leń. Te­raz w po­czu­ciu do­brze speł­nio­ne­go obo­wiąz­ku za­sią­dzie do pi­sa­nia no­wych wier­szy w śre­dnio­wiecz­nym ję­zy­ku ji­disz i rze­czy­wi­ście je na­pi­sze — ca­łych sie­dem wier­szy przed obia­dem, i jesz­cze trzy po po­łu­dniu. I wszyst­kie one zo­sta­ną wy­dru­ko­wa­ne w cza­so­pi­śmie „So­wie­tisch He­im­land” jako żywe świa­dec­two bez­u­stan­nej tro­ski pań­stwa o kul­tu­rę ma­łych na­ro­dów.

Żyd za ścia­ną żywo i do­tkli­wie przy­po­mi­na ci, su­kin­sy­nu, o tym, że i ty po­wi­nie­neś coś ro­bić — ku­po­wać rajt­ki, pi­sać wier­sze. Ty jed­nak le­żysz w łóż­ku i po raz ko­lej­ny stu­diu­jesz por­tret dyk­ta­to­ra Pe­tru­sze­wy­cza, a orien­tal­na mu­zy­ka za ścia­ną sta­je się co­raz bar­dziej na­mięt­na i mo­no­ton­na, ciek­nie jak woda w ka­na­łach iry­ga­cyj­nych, jest to zresz­tą wiel­ki marsz z wiel­błą­da­mi i sło­nia­mi, ba­weł­nia­ne plan­ta­cje, blu­es dla ma­fii ko­nop­nej.

I ty, ukra­iń­ski po­eta Otto von F., fi­zycz­nie wręcz czu­jesz, jak gry­zie cię su­mie­nie, jak wy­że­ra w to­bie co­raz więk­sze dziu­ry, aż wresz­cie kie­dyś wyj­dziesz na ko­ry­tarz aka­de­mi­ka zu­peł­nie po­dziu­ra­wio­ny, prze­zro­czy­sty i na­wet ża­den Kał­muk nie przy­wi­ta się z tobą.

Ale nie ma na to rady — two­je wier­sze po­zo­sta­ły za­pew­ne w po­wietrz­nych prze­strze­niach Ukra­iny, bo te mo­skiew­skie oka­za­ły się zbyt nie­prze­ni­kli­we dla ich sło­wi­czych to­nów.

Po ko­ry­ta­rzu już od daw­na łażą tu­byl­cze po­sta­cie, ści­ślej mó­wiąc, są to pi­sa­rze, i to w do­dat­ku pi­sa­rze z „naj­dal­szych za­kąt­ków” Związ­ku Ra­dziec­kie­go, tyle że nie przy­po­mi­na­ją twór­ców li­te­ra­tu­ry, lecz ra­czej li­te­rac­kie po­sta­cie. I to po­sta­cie li­te­ra­tu­ry gra­fo­mań­skiej, wy­pich­co­nej we­dle nud­nych prze­pi­sów wiel­kiej tra­dy­cji re­ali­stycz­nej.

Roz­róż­niasz ich pi­sar­skie gło­sy — a każ­dy z nich, je­śli wie­rzyć re­fe­ren­cjom z miejsc po­przed­niej dzia­łal­no­ści, „ob­da­rzo­ny jest wła­snym nie­po­wta­rzal­nym gło­sem, któ­re­go nie moż­na po­my­lić z żad­nym in­nym” — otóż te nie­po­wta­rzal­ne ko­ry­ta­rzo­we gło­sy mó­wią coś do sie­bie, krzy­żu­ją się, prze­ci­na­ją, ko­pu­lu­ją, do­no­szą, że kipi czaj­nik, wy­śpie­wu­ją „nie-syp-mi-soli-na-ranę”, cy­tu­ją Wy­soc­kie­go (Żwa­niec­kie­go), za­pra­sza­ją ko­goś na śnia­da­nie, in­for­mu­ją, że la­fi­ryn­da z za­ocz­nych (dru­gie pię­tro, po­kój 303) no­co­wa­ła dzi­siaj w 727, i temu po­dob­ne.

W nie­ro­ze­rwal­nym dia­lek­tycz­nym ze­spo­le­niu z gło­sa­mi po­zo­sta­ją też za­pa­chy — bu­kiet zsy­pu aka­de­mi­ka, prze­tra­wio­ne­go al­ko­ho­lu i sper­my. Sy­czą pa­tel­nie, brzę­czą wia­dra, klu­cze, trza­ska­ją drzwi, bo — na­wia­sem mó­wiąc — dziś so­bo­ta i nie ma wy­kła­dów, więc żad­ne ścier­wo nie zmu­si mnie, że­bym ro­bił coś, na co nie mam ocho­ty. I niech wszy­scy idą do dia­bła.

I tak stop­nio­wo wni­kasz w rze­czy­wi­stość, pa­mię­ta­jąc, że go­rą­cej wody może już nie być, że la­fi­ryn­da z 303 no­co­wa­ła nie w 727, jak błęd­nie gło­szo­no na ko­ry­ta­rzu, lecz w 729, że któ­ryś z Cze­czeń­ców (a naj­pew­niej wszy­scy Cze­czeń­cy ra­zem wzię­ci) wy­ło­mo­tał wczo­raj w win­dzie na­uczy­cie­la wu­efu Ja­szę, że ro­syj­ski po­eta Je­że­wi­kin miesz­ka­ją­cy w prze­ciw­le­głym skrzy­dle wczo­raj po raz pią­ty po­ja­wił się w te­le­wi­zji i w swym wy­stą­pie­niu dzie­wię­cio­krot­nie użył sło­wa DU­CHO­WOŚĆ, osiem razy na­to­miast wy­cie­rał wierz­chem dło­ni pot ze ska­co­wa­ne­go czo­ła, że war­to by za­dzwo­nić do domu, że we wto­rek roz­pocz­nie się se­sja Rady Naj­wyż­szej, że ukra­iń­ski prze­kład So­ne­tów do Or­fe­usza jest chy­ba naj­wier­niej­szym jaki znasz, że dru­gi rok two­jej mo­skiew­skiej bio­gra­fii do­bie­ga koń­ca, a ty do dziś nie zdą­ży­łeś jesz­cze od­wie­dzić baru piw­ne­go na Fon­wi­zi­na, pa­mię­ta­jąc o wszyst­kich tych ab­so­lut­nie nie zwią­za­nych ze sobą rze­czach, jak rów­nież o mnó­stwie in­nych rze­czy, w ża­den spo­sób nie zwią­za­nych z po­przed­ni­mi, mimo wszyst­ko wsta­jesz i — po­krę­ciw­szy się chwi­lę w sa­mych majt­kach po po­ko­ju, rzu­ciw­szy okiem na wciąż ten sam bez­na­dziej­ny pej­zaż za oknem z tymi sa­my­mi to­po­la­mi i cięż­ki­mi, mrocz­ny­mi, desz­czo­wy­mi chmu­ra­mi, zmu­szasz się do ćwi­czeń fi­zycz­nych — raz, dwa — do­pó­ki nie za­bo­lą mię­śnie, zu­peł­nie jak­by do tego spro­wa­dza­ło się je­dy­ne uza­sad­nie­nie ist­nie­nia two­je­go i ca­łej Mo­skwy, co wię­cej — w ogó­le two­je­go ist­nie­nia na świe­cie. Na­wia­sem mó­wiąc, do­syć mar­ne­go ist­nie­nia, któ­re Ten Ktoś w Gó­rze mógł­by zlek­ce­wa­żyć, gdy­by nie tych kil­ka uda­nych wer­sów w paru w za­sa­dzie nie­uda­nych wier­szach, co i tak, rzecz ja­sna, jest ni­czym wo­bec wiel­kiej spra­wy na­ro­do­wej.

Aoto nie­któ­re ze wspo­mnia­nych po­sta­ci. Ich to gło­sy tak roz­draż­ni­ły cię rano, że te­raz mo­żesz się z nimi po­li­czyć, von F. Po­sta­raj się przed­sta­wić je moż­li­wie jak naj­zgryź­li­wiej, sta­ry.

Pro­szę bar­dzo. Dwie ko­bie­ty, dwa kwia­ty z naj­głęb­szych pro­win­cji Wiel­ko­ro­sji. Dwie po­etes­sy, czy też ra­czej dwie po­et­ki, nie, prze­pra­szam — dwaj po­eci, bo obec­nie w ich śro­do­wi­sku do do­bre­go tonu na­le­ży po­wta­rza­nie za Cwie­ta­je­wą — Ach­ma­to­wą (Go­ren­ko?), że sło­wo „po­eta” nie ma ro­dza­ju żeń­skie­go, w związ­ku z czym ja, sta­ry zbo­cze­niec, oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzę już cały ten ba­bi­niec z do­rod­ny­mi pe­ni­sa­mi i — co naj­waż­niej­sze — z ją­dra­mi w od­po­wied­nim miej­scu.

Ale nie w tym rzecz. Oto dwie ko­bie­ty z dwu rów­nie za­pa­dłych i rów­nie od­da­lo­nych od Mo­skwy cał­kiem róż­nych Ro­sji. Dwie za­zu­le-ła­bę­dzi­ce, z któ­rych jed­na jest tro­chę po czter­dzie­st­ce, a dru­giej czter­dziest­ka nie­ba­wem stuk­nie. Któ­raś z nich jest mę­żat­ką, a któ­raś nie, ale któ­ra — za­po­mnia­łem.

To eks­po­zy­cja. Te­raz roz­wi­nię­cie. Obie zbyt wie­le zło­ży­ły w ofie­rze na tym oł­ta­rzu. Do­stać się tu­taj każ­da z nich pra­gnę­ła przez po­ło­wę ży­cia. Tra­fić do Mo­skwy na całe dwa lata! Tra­fić do Mo­skwy, gdzie nie­wąt­pli­wie zo­sta­ną w koń­cu za­uwa­żo­ne i wy­nie­sio­ne pod nie­bio­sa! Tra­fić do Mo­skwy, aby po­zo­stać w niej na wie­ki! Być w niej po­cho­wa­ną (skre­mo­wa­ną!). Tra­fić do Mo­skwy, gdzie ge­ne­ra­łów, se­kre­ta­rzy, cu­dzo­ziem­ców, pa­trio­tów, bio­ener­go­te­ra­peu­tów od cho­le­ry! A co naj­waż­niej­sze — peł­no ba­na­nów!

Ta­kie ma­rze­nia po­ja­wia­ją się wraz z doj­rze­wa­niem płcio­wym. I wład­czo to­wa­rzy­szą ca­łe­mu ży­ciu.

Dla osią­gnię­cia ta­kie­go celu war­to było przejść przez wszyst­kie pie­kiel­ne krę­gi za­sra­nych pro­win­cji. Snuć in­try­gi. Wy­dzwa­niać. Czę­sto­wać. Sy­piać z im­po­ten­ta­mi.

Po wie­lu la­tach po­ra­żek i roz­pa­czy — zi­ści­ło się! Sta­ło się! Przy­jeż­dża­ją nie­mal rów­no­cze­śnie, nie­za­leż­nie od sie­bie prze­mie­rzyw­szy nie­zły szmat ro­syj­skiej rów­ni­ny. Za­wie­ra­ją zna­jo­mość bez cie­nia ob­łu­dy, na­praw­dę jest im bar­dzo miło, sta­ły się prze­cież „sio­stra­mi w szczę­ściu”. Już pierw­sza wy­mia­na zdaw­ko­wych uwag ujaw­nia wspól­ne upodo­ba­nia: Je­sie­nin, a nie Pa­ster­nak, Rub­cow, a nie Brod­ski, mło­dzie­żo­we su­kien­ki z po­lie­stru: z przo­du i na ple­cach wy­myśl­ny kar­czek, w szwach karcz­ku z przo­du kie­szon­ki z zam­kiem bły­ska­wicz­nym, na ple­cach we­wnętrz­ny fał­dzik, no i pa­sek jako nie­zbęd­ne do­peł­nie­nie wszyst­kie­go. Jesz­cze tego sa­me­go dnia, pod­nie­co­ne słod­kim prze­czu­ciem to­tal­nej zmia­ny na lep­sze, idą ra­zem pod Pusz­ki­na — zło­żyć kwia­ty, tak po pro­stu, od sie­bie. Bo obie ko­cha­ją Pusz­ki­na, a na­wet uwa­ża­ją go za naj­więk­sze­go ro­syj­skie­go po­etę, za swe­go mi­strza. Pusz­kin w za­du­mie przy­glą­da się czub­kom swo­ich bu­tów. W dole, pod nim, chłop­cy w sza­rych mun­du­rach i czar­nych be­re­tach tłu­ką ja­kichś nie strzy­żo­nych ma­so­nów, któ­rzy sami sie­bie na­zy­wa­ją „związ­kiem de­mo­kra­tycz­nym”. Obu­rzo­ne w imie­niu Pusz­ki­na pro­win­cjusz­ki jadą za­mel­do­wać się w aka­de­mi­ku.

Ko­men­dant oka­zu­je się być Czucz­me­kiem, ści­ślej mó­wiąc, Da­ge­stań­czy­kiem, ale dość mło­dym jesz­cze Da­ge­stań­czy­kiem: fi­zycz­nie do­brze roz­wi­nię­ty, ra­mio­na sze­ro­kie, pierś bez wąt­pie­nia po­kry­ta buj­nym wło­siem, trzy­dzie­ści czte­ry lata, ja­koś uda­je mu się do każ­dej pu­ścić oko, ale tak by dru­ga tego nie do­strze­gła, zęby rów­ne, czar­ne oczy, Ra­ma­za­now Mur­ta­za, a może na­wet cał­kiem na od­wrót: Mur­ta­za­jew Ra­ma­zan.

Ra­ma­zan (Mur­ta­za?) pro­po­nu­je po­ko­je na szó­stym pię­trze. Każ­dy może stać się ich miesz­ka­niem. Jest po­kój z okna­mi na mo­no­po­lo­wy, ale jest też z okna­mi na wa­rzyw­ny. Jest po­kój z par­kie­tem z klep­ki naj­now­sze­go typu. Jest też po­kój z roz­bi­tym oknem. Jest je­den tuż przy to­a­le­cie. Każ­dy na swój spo­sób nę­cą­cy.

Ale jest wa­riant, na któ­ry obie przy­sta­ją bez wa­ha­nia. To tak zwa­ny „seg­ment”, dwa są­sia­du­ją­ce ze sobą po­ko­je od­dzie­lo­ne od resz­ty świa­ta wspól­nym przed­po­ko­jem. Do­sko­na­le! Wpro­wa­dza­ją się i od razu jed­na dru­gą za­pra­sza na her­ba­tę. I roz­ma­wia­ją do póź­nej nocy o Pusz­ki­nie, o Jel­cy­nie, re­cy­tu­ją z pa­mię­ci swo­je wier­sze, wy­mie­nia­ją kom­ple­men­ty, na­stęp­nie wła­sne to­mi­ki, wy­da­ne w ob­wo­do­wych wy­daw­nic­twach na pa­pie­rze ma­ku­la­tu­ro­wym. I naj­mniej­szej na­wet alu­zji do mi­ło­ści les­bij­skiej.

Tak oto do­szli­śmy do kul­mi­na­cji.

A roz­wią­za­nie? Im da­lej, tym sil­niej do­cie­ra do każ­dej z nich, że po­peł­ni­ły hor­ren­dal­ne głup­stwo. „Seg­ment” oka­zał się pu­łap­ką. Pu­łap­ką na głu­pie kro­wy, któ­re Bóg je­den ra­czy wie­dzieć po jaką cho­le­rę przy­wlo­kły się do tego baj­zlu. Ich naj­więk­sze nie­szczę­ście po­le­ga na tym, że nie do­ro­sły do sek­su gru­po­we­go. To dla­te­go nie uda­je im się jed­nak uwieść ani ge­ne­ra­ła, ani Da­ge­stań­czy­ka. I w ten spo­sób, kon­tro­lu­jąc się na­wza­jem, żyją zu­peł­nie jak mnisz­ki, wście­ka­jąc się po ci­chu i zgrzy­ta­jąc zę­ba­mi, a nie­gdy­siej­sza praw­dzi­wa przy­jaźń prze­ra­dza się w le­d­wie skry­wa­ną, z każ­dym dniem bar­dziej oczy­wi­stą, bez­den­ną i czar­ną nie­na­wiść.

Zpiąt­ku na so­bo­tę śni­ło mi się, że ja­dłem ko­la­cję z kró­lem Ukra­iny Olel­kiem Dru­gim (Do­łgo­ru­kim-Ru­ry­ko­wi­czem). Sie­dzi­my so­bie we dwój­kę przy ar­ty­stycz­nie za­sta­wio­nym sto­le w ba­ro­ko­wej log­gii z błę­kit­ne­go ka­mie­nia, od cza­su do cza­su dys­kret­nie po­ja­wia­ją się słu­żą­cy, prze­waż­nie Hin­du­si albo Chiń­czy­cy, z po­zła­ca­ny­mi try­zu­ba­mi na wy­ło­gach fra­ków, nie­po­strze­że­nie zmie­nia­ją pół­mi­ski i ta­le­rze, po­tra­wy, noże, wi­del­ce, szczyp­ce do ła­ma­nia pan­ce­rzy sko­ru­pia­ków, pin­ce­ty do wy­do­by­wa­nia mał­ży, skal­pe­le do roz­ci­na­nia żab i rów­nie nie­po­strze­że­nie, bez zbęd­nych od­gło­sów się od­da­la­ją. Z log­gii roz­ta­cza się wspa­nia­ły wi­dok: w dole słoń­ce zda­je się osia­dać gdzieś na wo­dach ja­sne­go je­zio­ra, a nie­do­stęp­ne szczy­ty Alp albo — jak już idzie­my na ca­łość — sa­mych Pi­re­ne­jów wy­bu­cha­ją bla­skiem, od­bi­ja­jąc ostat­nie pro­mie­nie za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. My zaś z kró­lem po­pi­ja­my naj­roz­ma­it­sze wy­kwint­ne wina, ko­nia­ki, na­lew­ki oraz star­ki i ga­wę­dzi­my so­bie o tym i owym.

— Wa­sza Kró­lew­ska Mi­łość — zwra­cam się do nie­go z ca­łym sza­cun­kiem — Wład­co i Rząd­co Rusi-Ukra­iny, Wiel­ki Ksią­żę Ki­jow­ski i Czer­ni­how­ski, Kró­lu Ha­lic­ki i Wo­łyń­ski, Ho­spo­da­rze Pskow­ski, Prze­my­ski i Ko­zia­tyń­ski, He­rzo­gu Dnie­pro­dzier­żyń­ski, Per­wo­maj­ski i Il­ji­czow­ski, Wiel­ki Cha­nie Krym­ski i Izma­il­ski, Ba­ro­nie Ber­dy­czow­ski, Oby­dwu Bu­ko­win i Be­sa­ra­bii, a tak­że No­wej Aska­nii i Ka­chow­ki Zwierzch­ni­ku, Dzi­kie­go Pola i Czar­ne­go Lasu Ar­chi­se­nio­rze, Ko­za­ków Doń­skich, Ber­diań­skich i Krzy­wo­roz­kich Het­ma­nie i Pa­tro­nie, Hu­cu­łów i Boj­ków Nie­zmor­do­wa­ny Owcza­rzu, Pa­nie Wsze­go Ludu Ukra­in­ne­go z Ta­ta­ra­mi i Pie­czyn­ga­mi włącz­nie, jak rów­nież z Ma­ło­cho­chła­mi i Barsz­czo­ja­da­mi, ze wszyst­ki­mi Moł­da­wia­na­mi i Za­prze­dań­ca­mi w Zie­mi Na­szej Bę­dą­cy­mi, Wiel­kiej oraz Ma­łej Sło­bo­żańsz­czy­zny, a tak­że We­wnętrz­ne­go i Ze­wnętrz­ne­go Tmu­to­ra­ka­nia Pa­tro­nie i Pa­ste­rzu, po­tom­ku prze­sław­ne­go rodu ty­siąc­let­nie­go, sło­wem, Mo­nar­cho nasz wspa­nia­ły i do­stoj­ny, Wa­sza Mi­łość, czy nie by­ło­by ży­cze­niem Wa­szym na wie­ki za­pi­sać się zło­ty­mi zgło­ska­mi w pa­mię­ci po­wszech­nej i wszech­ludz­kiej?

— Chcioł­byk — po­wia­da Olel­ko Dru­gi — jeno bez ja­kie po­stem­po­wa­nia?

— A bez ta­kie po­stem­po­wa­nia — od­po­wia­dam — bez ja­kie wszyt­cy kró­le sła­wy wiecz­nej nie­prze­mi­ja­ją­co i za­cnie do­stą­pi­li.

— To może bez pro­wa­dzo­ne woj­ny? — za­py­tu­je Olel­ko, ścią­ga­jąc swo­je ty­siąc­let­nie brwi i ra­so­we czo­ło marsz­cząc.

— Bez woj­ny to i du­reń może, Pa­nie mój, i pre­zy­dent po­tra­fi.

— Tedy bez pra­wa mon­dre i uło­że­nia roz­trop­ne, przy­wi­le­je i de­kla­ra­cje spra­wie­dli­we — zga­du­je Olel­ko.

— I to do dupy, Wa­sza Mi­łość, dla ta­kich rze­czy to sza­leń­cy ist­nie­ją albo po­sło­wie w par­la­men­cie — da­lej sta­ram się go za­in­try­go­wać.

— To już chy­ba bez wie­lość szkan­dal­ną mał­żo­nek i na­łoż­nic, bez pi­jań­stwa hucz­ne i bi­ja­ty­ki za­dzior­ne, bez roz­ko­sze i ob­żar­stwa nie­umiar­ko­wa­ne oraz in­sze nie­po­waż­ne nie­po­trzeb­no­ści?

— I to już było, Wiel­ki Ksią­żę, ko­mu­chów i tak nie prze­wyż­szy­cie — mor­du­ję go jak mogę.

— No to nie mencz­że mie i po­wia­dej, bez ja­kie tedy po­stem­po­wa­nia? — tro­chę pro­si, a tro­chę już na­ka­zu­je Olel­ko Dru­gi.

Słu­żą­cy Ma­laj uprzą­ta ostat­nie ta­le­rze, wazę z ży­wy­mi, jesz­cze pisz­czą­cy­mi, nie do­je­dzo­ny­mi ostry­ga­mi, pu­ste bu­tel­ki po mał­ma­zji, imi­gli­ko­sie i kel­ler-ge­istrze. Na­to­miast słu­ga Etiop­czyk przy­no­si świe­ce w brą­zo­wych kan­de­la­brach oraz he­ba­no­we pu­deł­ko, po brze­gi wy­peł­nio­ne cy­ga­ra­mi naj­lep­szych ga­tun­ków. Nad­cho­dzi zmierzch. Skądś z al­pej­skich po­ło­nin do­la­tu­ją aro­ma­tycz­ne za­pa­chy. U stóp log­gii szem­rze fon­tan­na, a może źró­dło. Dwój­ka ma­łych Mu­rzyn­ków pro­wa­dzi pod ręce śle­pe­go star­ca-ban­du­rzy­stę. My z kró­lem za­pa­la­my, a ban­du­rzy­sta, usiadł­szy na ka­mien­nym wy­stę­pie obok pła­sko­rzeź­by z tań­czą­cym fau­nem, le­d­wie sły­szal­nie prze­bie­ra pal­ca­mi po stru­nach. Na nie­bio­sach po­ja­wia­ją się pierw­sze gwiaz­dy.

— To po­wia­daj­że, dra­niu, co żeś chciał mnie na­ra­ić?! — za­czy­na ki­pieć król, roz­draż­nio­ny moim zna­czą­cym py­ka­niem z cy­ga­ra.

— Bądź­cie, Wa­sza Nie­po­dziel­ność, cier­pli­wi i po­błaż­li­wi — po­wia­dam na to. — Sta­raj­cie się na­wet gów­nia­ne­go, nik­czem­ne­go ro­bacz­ka nie ob­ra­zić. W nie­dzie­lę bądź­cie za­wsze na mszy świę­tej, ale i o co­dzien­nych mo­dli­twach nie za­po­mi­naj­cie. Da­ruj­cie, Pa­nie, bied­nym ma­jąt­ki swo­je, roz­da­waj­cie uśmie­chy wdo­wom i sie­ro­tom, bez­dom­nych szcze­niąt nie za­bi­jaj­cie. My­śli swe kie­ruj­cie na rze­czy wiel­kie i pięk­ne, ta­kie jak na przy­kład moja po­ezja. Czy­taj­cie po­ezje moje, spo­ży­waj­cie cia­ło moje, pij­cie krew moją. Ufun­duj­cie mi, Wa­sza Mi­łość, sty­pen­dium, po­wiedz­my, w mar­kach i wy­ślij­cie mnie w po­dróż do­oko­ła świa­ta. Po pół roku Naj­ja­śniej­szy otrzy­ma ode mnie taki pa­ne­gi­ryk, że po­nad wszyst­kich mo­nar­chów Was wy­nie­sie. Mi­nie ko­lej­ne pół roku — lud Ukra­iny za­żą­da Wa­sze­go po­wro­tu i w wy­ni­ku po­myśl­nie prze­pro­wa­dzo­ne­go re­fe­ren­dum wje­dzie­cie do Ki­jo­wa bia­łym ca­dil­la­kiem. Za­praw­dę, za­praw­dę po­wia­dam Wam: ufun­duj­cie mi sty­pen­dium!

Śle­py ban­du­rzy­sta coś so­bie cią­gle gra, gada, opo­wia­da. W dole woda w wiecz­nie zie­lo­nych za­ro­ślach mir­tu szu­mi i wzy­wa w po­dróż do­oko­ła świa­ta. Gwiaz­dy na nie­bio­sach ro­bią się co­raz więk­sze, są co­raz bliż­sze, moż­na na­wet roz­róż­nić na nich ja­kieś mia­sta, ba­śnio­we man­za­nil­lo­we lasy, nie­zwy­kłe pa­ła­ce, ko­lum­ny, wie­że. Ich blask obie­cu­je tak wie­le, że chcia­ło­by się wy­sko­czyć z log­gii na łeb na szy­ję i — jak po­wie­dział po­eta — umrzeć choć­by tro­szecz­kę.

— Bo nie ma na tym świe­cie nic tak nie­po­trzeb­ne­go, bez­sen­sow­ne­go i ko­micz­ne­go jak do­bra po­ezja, ale rów­no­cze­śnie nie ma na tym świe­cie nic, co by było tak nie­zbęd­ne, zna­czą­ce i do­sko­na­łe jak ona wła­śnie, Wa­sza Ar­cy­ukra­iń­skość. Racz­cie zwa­żyć, Pa­nie, na hi­sto­rię wszyst­kich wiel­kich na­ro­dów, a sami prze­ko­na­cie się, że jest to hi­sto­ria ich po­ezji. Zważ­cie rów­nież na hi­sto­rię na­ro­dów nie­wiel­kich. Tych, któ­rych ju­tro już nie bę­dzie. Zważ­cie i od­po­wiedz­cie mi, pro­szę: kto komu jest bar­dziej po­trzeb­ny — kró­lo­wie po­etom czy po­eci kró­lom? Cóż war­ci są kró­lo­wie bez po­etów? Czyż nie ist­nie­ją z Bo­żej ła­ski kró­lo­wie tyl­ko dla­te­go i tyl­ko po to, by utrzy­my­wać po­etów z Bo­żej ła­ski?

Szu­mią pla­ta­ny w gęst­nie­ją­cym mro­ku, palą się świe­ce nie­rów­nym pło­mie­niem, dzwo­nią klasz­to­ry, śpie­wa­ją idą­ce dziew­czę­ta. Nie­zna­ne wie­czor­ne pta­ki, może na­wet i nie­to­pe­rze, la­ta­ją wo­kół log­gii. Z da­le­kich gór do­la­tu­ją słod­ko-nie­po­ko­ją­ce wo­nie.

Król do­pi­ja do­brze zmro­żo­ne­go szam­pa­na z kie­li­cha na wy­so­kiej ma­soń­skiej nóż­ce i rze­cze — z wol­na, mą­drze, zna­czą­co:

— A wiesz, jak po hisz­pań­sku bę­dzie chuj?

— Jak, Wa­sza Mi­łość? — py­tam bez­mier­nie za­cie­ka­wio­ny.

— Pin­ga! — woła król i klasz­cze w dło­nie.

Wów­czas dwaj se­ne­gal­scy drą­ga­le chwy­ta­ją mnie za ra­mio­na i wy­rzu­ca­ją z log­gii w dół. Le­cąc, przy­po­mi­nam so­bie znie­nac­ka, że praw­dzi­we jego na­zwi­sko brzmi: „An­de­ga­weń­ski”. Ka­le­cząc so­bie mor­dę o wiecz­no­zie­lo­ne za­ro­śla, sły­szę, jak śle­py ban­du­rzy­sta z si­wym ko­smy­kiem gorz­ko za­szlo­chał.

Krzy­wiąc się i splu­wa­jąc, wście­kle sa­me­go sie­bie nie­na­wi­dząc, przy­po­mi­nasz so­bie tam­ten sen, pró­bu­jąc wy­mę­czyć na pod­ło­dze dzien­ną daw­kę ćwi­czeń si­ło­wych. Tak wła­śnie trze­ba się sprze­da­wać! Bez­par­do­no­wo, bez­czel­nie, cy­nicz­nie. „Ufun­duj­cie mi, Wa­sza Su­we­ren­ność, sty­pen­dium, ufun­duj­cie mi sty...” Cóż za pod­łe i nędz­ne lo­kaj­stwo du­cha, cóż za spro­sty­tu­owa­nie we­wnętrz­ne!

Na­resz­cie spra­wa z mię­śnia­mi za­ła­twio­na. Te­raz po­zo­sta­je ze­brać nie­zbęd­ne pod prysz­ni­cem ma­nat­ki i trium­fal­nie zje­chać win­dą w pod­zie­mia aka­de­mi­ka, gdzie bry­ga­da po­si­nia­łych z prze­pi­cia sprzą­ta­ją­cych (Sa­sza, Sie­rio­ża i Aru­tiun) ma swo­ją nie­za­wod­ną kan­cia­pę, nie tyle może do pra­cy, co do wy­po­czyn­ku. Ale co oni mają tu do rze­czy?

W ko­ry­ta­rzu z da­le­ka ma­chasz ręką do ko­goś nie­zna­jo­me­go (to zna­czy zna­jo­me­go, ale nie zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go, po­nie­waż znaj­du­je się na sa­mym koń­cu prze­ciw­le­głe­go skrzy­dła, do­brych dwie­ście me­trów od cie­bie). Nie­zna­jo­my od­po­wia­da ci ta­kim sa­mym mach­nię­ciem, rów­nież le­d­wie cię roz­po­zna­jąc. Na­strój się po­pra­wia. Na win­dę wca­le nie trze­ba cze­kać dłu­go — naj­wy­żej pięć mi­nut. Ja­dąc w dół, oglą­dasz na ścia­nach i pod­ło­dze roz­ma­ite na­pi­sy, ry­sun­ki, wy­dra­pa­ne wy­zna­nia — daw­ne, nie­daw­ne i cał­kiem nowe, krew na­uczy­cie­la wu­efu Ja­szy, wy­ło­mo­ta­ne­go wczo­raj za to, że ma „wiel­kom dupe”, albo za coś w tym ro­dza­ju.

Win­da to dla miesz­kań­ców aka­de­mi­ka szcze­gól­na oka­zja, by so­bie za­sza­leć, i to w ja­kiś nie­zwy­kły i ory­gi­nal­ny spo­sób. O tym, że Cze­czeń­cy lu­bią nisz­czyć w niej swo­ich wro­gów, wia­do­mo wszyst­kim, z dziel­ni­co­wy­mi włącz­nie. O tym, że trzech re­cy­dy­wi­stów, z któ­rych je­den jest słu­cha­czem se­mi­na­rium po­etyc­kie­go, dru­gi zaś stu­den­tem se­mi­na­rium du­chow­ne­go, prze­le­cia­ło w niej mło­dą zdol­ną dra­ma­to­pi­sar­kę z No­wo­ku­zniec­ka, też wia­do­mo wszyst­kim, z wy­jąt­kiem dziel­ni­co­wych. Ale o tym, cze­go do­ko­nał pi­sarz ja­kuc­ki Wa­sia Mo­czał­kin, wie­dzą je­dy­nie wta­jem­ni­cze­ni. Wa­sia Mo­czał­kin mia­no­wi­cie, twór­ca i pio­nier ja­kuc­kiej li­te­ra­tu­ry ra­dziec­kiej, stu­dent czwar­te­go roku i ho­dow­ca je­le­ni ho­no­ris cau­sa, schlał się pew­ne­go razu beł­tem jak świ­nia i prze­kro­czył na par­te­rze próg win­dy. Na­ci­snąw­szy gu­zik z nu­me­rem od­po­wied­nie­go pię­tra (a Wasi Mo­czał­ki­no­wi, praw­dę mó­wiąc, wi­sia­ło, na któ­rym pię­trze wy­sią­dzie, al­bo­wiem wszę­dzie przyj­mo­wa­no go jak bra­ta i ko­cha­no), Wa­sia — wy­ra­ża­jąc się gór­no­lot­nie — po­pły­nął w górę. Jed­nak pod wpły­wem nie­od­łącz­nych przy tym zmian ki­ne­tycz­nych nie tyle nie utrzy­mał się na no­gach, co na­wet wręcz wy­wa­lił się, czy też — jak po­wie­dział­by po­eta Je­że­wi­kin — wy­pier­do­lił się. Mia­ło to miej­sce o dzie­wią­tej wie­czo­rem, a o dzie­wią­tej rano Wa­sia wciąż jesz­cze znaj­do­wał się w tej­że win­dzie, jako że wy­pier­do­liw­szy się o dzie­wią­tej wie­czo­rem, w tej sa­mej chwi­li szczę­śli­wie za­snął i w tym sta­nie prze­jeź­dził w górę-w dół ca­lu­sień­ką noc. Co praw­da o pół do pierw­szej w nocy nie bar­dziej trzeź­wy niż Wa­sia bia­ło­ru­ski po­wie­ścio­pi­sarz Jer­mo­łaj­czyk usi­ło­wał wy­cią­gnąć dru­ha z win­dy i uło­żyć gdzieś po chrze­ści­jań­sku, ale pró­ba za­koń­czy­ła się tym, że Wa­sia po­rząd­nie na­rzy­gał na Jer­mo­łaj­czy­ko­wy koł­nierz, i ten, mach­nąw­szy ręką na ja­kie­kol­wiek za­sa­dy mo­ral­ne, po­wlókł się za­no­co­wać u Alki z am­pu­to­wa­ną pra­wą pier­sią. I do­pie­ro rano, mniej wię­cej o pół do dzie­sią­tej, tar­mo­sze­niem uda­ło się wresz­cie do­bu­dzić Wa­się Mo­czał­ki­na. Sta­ło się to na par­te­rze, do­kład­nie tam, gdzie po­przed­nie­go wie­czo­ra roz­po­czę­ła się jego ba­śnio­wa po­dróż w pio­nie. Do­cho­dząc do przy­tom­no­ści po cięż­kim śnie ho­dow­cy, Wa­sia wy­pełzł jed­nak z win­dy i po­to­czył się wi­tać nowy dzień w ba­rze piw­nym na Fon­wi­zi­na.

Ale oto i ty, Otto von F., je­steś już na par­te­rze. Te­raz z win­dy na lewo i scho­da­mi w dół; może i dla cie­bie wy­star­czy go­rą­cej wody w za­plu­tej i odra­pa­nej łaź­ni z prysz­ni­ca­mi.

W szat­ni jak zwy­kle jest ciem­no i kie­dy sta­rasz się wy­ma­cać koło drzwi za­ma­sko­wa­ny pa­ję­czy­ną prze­łącz­nik, do­strze­gasz, czy też ra­czej wy­czu­wasz, że po­ru­szy­ła się kupa sta­rych szmat w ką­cie przed­sion­ka. Kupa ru­sza się co­raz bar­dziej ner­wo­wo, ener­gicz­niej, jak­by co naj­mniej tu­zin szczu­rów z tu­ne­li me­tra, o któ­rych tyle ostat­nio pi­sze się w ga­ze­tach, zna­la­zło tam so­bie schro­nie­nie. Ale sku­dlo­na bro­da­ta gęba, któ­ra wraz z roz­bły­skiem świa­tła elek­trycz­ne­go wy­chy­nę­ła z łach­ma­nów, roz­pę­dza two­je bio­lo­gicz­ne stra­chy i wąt­pli­wo­ści: Iwan No­wa­kow­ski, zwa­ny No­wo­ka­inem, inna wer­sja: Wa­nia Kain, prze­śla­do­wa­ny i upo­śle­dzo­ny (to jest w po­ślad prze­mie­nio­ny) li­te­rat, wy­daw­ca i kul­tu­ro­log, klo­szard, przez ostat­nich pięt­na­ście lat pró­bu­je wa­le­to­wać w aka­de­mi­ku, w tym celu wziął na­wet cer­kiew­ny ślub w Mar­ji­nej Rosz­czy z za­mel­do­wa­ną w aka­de­mi­ku epi­lep­tycz­ką Wa­sy­li­są (czwar­ty rok, se­mi­na­rium wa­ria­tów), jed­nak mał­żeń­stwo to nosi wy­raź­ne zna­mio­na fik­cyj­no­ści, jako że No­wo­ka­in prze­waż­nie or­ga­ni­zu­je so­bie noc­leg pod prysz­ni­ca­mi albo w su­szar­ni. Po­wia­da­ją, że Wa­sy­li­sa biła go po gło­wie lam­pą biu­ro­wą. Jesz­cze inni po­wia­da­ją, że nie lam­pą, lecz lu­tow­ni­cą, i nie po gło­wie, a wpy­cha­ła mu ją do tył­ka. Tak czy in­a­czej po uli­cach po­su­wa się on lek­ko roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem apo­plek­ty­ka. Przy czym, jak za­wsze ga­da­tli­wy, cy­tu­je swe wła­sne wier­sze i ogła­sza wciąż nowe pro­jek­ty wy­daw­ni­cze.

— Słysz, kupi zbor­ni­czek — wy­cią­ga spod kupy szmat sta­rą ona­ni­stycz­ną dłoń, w któ­rej ści­ska eg­zem­plarz sza­rej kse­ro­ko­pii — Wie­li­ko­lep­ny­je sti­chi, Ni­ko­łaj Pał­kin, rup sto­jat, iz nich de­wia­no­sto ko­pie­jek aw­to­ru...

Przy­glą­dasz się po­pla­mio­nej mięk­kiej okład­ce: Sie­ri­ja „Rus­ska­ja idie­ja”. Osno­wa­na w 19... g. Ni­ko­łaj PAŁ­KIN. Ra­sple­ła kosu bie­rie­za. No­wy­je sti­chi. Iz­da­tiel­stwo „Trie­tij Rim”. Na okład­ce wid­nie­je brzo­za, prze­kre­ślo­na gwiaz­da Da­wi­da i dziar­ski dwu­gło­wy orzeł, któ­ry — jak się zda­je — za­raz wzbi­je się w po­wie­trze i po­fru­nie, pło­sząc oko­licz­ną pod­nieb­ną fau­nę z anio­ła­mi włącz­nie po­twor­ną nie­na­tu­ral­no­ścią swo­je­go ima­ge’u. W cza­sie kie­dy Wa­nia bez­u­stan­nie o czymś gła­go­li, to jest cy­tu­je i żar­tu­je, uda­je ci się prze­czy­tać pierw­szą stro­fę:

Ros­si­ja krow­ju izo­szła...Za czto, ska­ży­tie, Boga radi,Tie­rza­jut Rus­sko­wo OrłaIudy, stier­wa­czi i bla­di?!

Z ro­sną­cym za­chwy­tem prze­cho­dzisz do na­stęp­nej:

Za czto, Pri­bał­ti­ka, ska­ży,Swia­tu­ju Rus’ tak nie­na­wi­disz?Za­mri, Es­ton’! Li­twa, dro­ży!Ty rus­skij chuj jesz­czo uwi­disz!

Ale nie wie­dzieć cze­mu sło­wo „chuj” ktoś prze­kre­ślił i na­pi­sał nad nim sło­wo „miecz”, po­tem i ono zo­sta­ło prze­kre­ślo­ne i ktoś nad nim na­pi­sał „czołg”. W mil­cze­niu od­da­jesz po­ezję No­wo­ka­ino­wi. Idziesz się wy­ką­pać, ostroż­nie i wy­so­ko pod­no­sząc nogi, prze­ska­ku­jesz brud­ne, lo­do­wa­te ka­łu­że na szczer­ba­tej pod­ło­dze łaź­ni. No­wa­kow­ski znów nur­ku­je pod łach­ma­ny, aby tam spać da­lej albo też za­ży­wać ja­kiejś in­nej roz­ko­szy, roz­ko­szy sa­mo­za­spo­ko­je­nia na przy­kład.

Cóż to za na­gro­da, że przy­najm­niej tu, w brud­nych pod­zie­miach, za­nie­czysz­czo­nych plwo­ci­na­mi, po­my­ja­mi, kęp­ka­mi sta­rych wło­sów, ist­nie­je go­rą­ca woda, co za dri­ve kom­plet­nie nie­do­stęp­ny umy­słom wie­lu chłop­skich i pro­le­ta­riac­kich pi­sa­rzy — myć się przy uży­ciu my­dła, myć zęby! Jak­że chcia­ło­by się zo­stać tu na wie­ki! Za­po­mnieć o wszyst­kim, za­mknąć oczy i od­dać się wo­dzie ni­czym ko­chan­ce. Więk­szość wier­szy stwo­rzy­łeś wła­śnie w go­rą­cej wo­dzie. Bo to w go­rą­cej wo­dzie je­steś w sta­nie być wiel­kim, do­brym, ge­nial­nym i sa­mym sobą jed­no­cze­śnie. A oni wszy­scy niech idą w cho­le­rę.

Za ścia­ną — w dam­skiej łaź­ni — cią­głe śmie­chy i chi­cho­ty. Wra­że­nie ta­kie, jak­by ich tam było ze czter­dzie­ści ty­się­cy. Cze­mu one, kie­dy się myją, za­wsze tak wrzesz­czą, prze­klę­te les­by? Ani sło­wa nie moż­na zro­zu­mieć z tego na wpół pta­sie­go pi­sku — jak­by dziew­czy­ny pod­czas ką­pie­li po­słu­gi­wa­ły się ja­kimś in­nym, im tyl­ko zna­nym ję­zy­kiem. Ta­jem­ni­czą mową pra­daw­nych cza­sów ma­triar­cha­tu. Prze­peł­nio­ną po­gar­dli­wą wyż­szo­ścią wo­bec nędz­ne­go mę­skie­go po­mio­tu z jego ca­pi­mi po­trze­ba­mi i upodo­ba­nia­mi. To dla­te­go tak nie lu­bią, kie­dy ja­kieś pod­łe na­sie­nie o na­tu­rze wła­ści­cie­la nie­wol­ni­ków pró­bu­je pod­glą­dać bądź też, co gor­sza, pa­ku­je się do nich w cza­sie sa­kral­nych ablu­cji. Ta­kie rze­czy są su­ro­wo ka­ra­ne, jak w okul­ty­zmie ka­rze się pod­stęp­ną kra­dzież wie­dzy ta­jem­nej. Suz­dal­ski po­eta Ko­stia Sie­rosz­ta­now, twój ko­le­ga z roku, na­pi­sał na­wet wiersz o tym, jak to roz­wście­czo­ne dzie­wu­chy ob­la­ły wrząt­kiem jego chło­pię­cą czu­pryn­kę za to, że pod­glą­dał je, gdy chla­pa­ły się w wiej­skiej łaź­ni. Nie­zły wiersz wy­szedł, naj­lep­szy z ca­łe­go to­mi­ku. Wiersz-wspo­mnie­nie, wskrze­sze­nie utra­co­ne­go cza­su. Bar­dzo to prze­żył ten Ko­stia Sie­rosz­ta­now.

Ale oto gło­sy za ścia­ną stop­nio­wo milk­ną, a wraz z nimi cich­nie szum wody. Praw­do­po­dob­nie ry­tu­ał do­biegł koń­ca, ma­gicz­ny se­ans za­koń­czo­no i pora zmie­nić ję­zyk. Ktoś tam jed­nak mu­siał zo­stać, bo mimo wszyst­ko sły­szysz, jak ciek­nie woda z jed­ne­go co naj­mniej kra­nu.

A po­tem roz­le­ga się śpiew. Sa­mot­ny głos ko­bie­cy i wię­cej nic. Ja­kaś nie­zwy­kła pieśń, nie z tych, któ­re, jak to bywa, pod­śpie­wu­ją so­bie dziew­czy­ny w przy­pły­wie mło­dych uczuć i wio­śnia­nych ma­rzeń. Nie, to coś zu­peł­nie in­ne­go, to na­wet nie pieśń, a ja­kieś nie­sa­mo­wi­te upa­ja­nie się swo­im gło­sem, tym naj­do­sko­nal­szym spo­śród wszyst­kich in­stru­men­tów mu­zycz­nych (nie­źle po­wie­dzia­ne, von F., ale to Lor­ca). Pod wpły­wem tego wszyst­kie­go — go­rą­cej wody, mu­zy­ki i wła­snej wiel­ko­ści — po­grą­żasz się w nad­na­tu­ral­nym odrę­twie­niu, głos zza ścia­ny drę­czy cię świe­tli­stą męką, ni­czym fi­li­piń­ski ma­saż, każ­dą naj­mniej­szą na­wet ko­mór­kę; wła­ści­wie daw­no już pora wy­cho­dzić, ale ty nie mo­żesz, nie mo­żesz! A cóż to za sy­re­na? Za­le­pić uszy my­dłem, czy co? Ale im dłu­żej to trwa, tym moc­niej czu­jesz, że cię usi­dlo­no. Głos jest wciąż obok, nie daje spo­ko­ju, rani i wabi. W koń­cu uświa­da­miasz so­bie, że nie ma wyj­ścia.

Obok góry łach­ma­nów, pod któ­rą gme­ra się przy­gnie­cio­ny ży­cio­wym „nie­far­tem” Wa­nia Kain, wy­śli­zgu­jesz się do szat­ni, woda ście­ka z cie­bie stru­mie­nia­mi, a ser­ce do­kła­da wszel­kich sta­rań, aby wy­sko­czyć przez gar­dło. Owi­jasz się przy­wie­zio­nym z domu wiel­kim, wło­cha­tym ręcz­ni­kiem w eg­zo­tycz­ne wzo­ry. O lam­ba­da, ma­don­na, cet­cal­co­atl, po­po­ca­te­petl! Ko­muś in­ne­mu nie uwie­rzył­byś...

Uchy­lasz ostroż­nie drzwi do pod­ziem­ne­go ko­ry­ta­rza (a ten głos, głos sły­chać na­wet tu­taj, cóż za złu­da-ułu­da-uda!). Pół­mrok, wo­kół ży­we­go du­cha. Dla­te­go w pra­wo! — roz­ka­zu­je z pu­deł­ka czasz­ki, a ra­czej gdzieś z oko­lic pa­chwi­ny, twój oso­bi­sty feld­mar­sza­łek. W pra­wo i sko­ka­mi, nie wię­cej niż dzie­sięć sko­ków ko­ry­ta­rzem. Po­zo­sta­wiasz za sobą mo­kre śla­dy. Kan­cia­pa sprzą­ta­ją­cych za­mknię­ta na czte­ry spu­sty — no pew­nie, dzi­siaj so­bo­ta, ja­kiż to cięż­ki de­bil sie­dział­by tu­taj?

A oto i na­stęp­ne drzwi, za nimi ja­ski­nia, w któ­rej żyje ten uwię­zio­ny przez smo­ka głos. Wcho­dzisz zde­cy­do­wa­nie, jak na eg­ze­ku­cję. Da­lej już mało co re­je­stru­jesz, chy­ba tyl­ko uda­je ci się zdzi­wić, że dam­ska łaź­nia urzą­dzo­na jest tak samo jak mę­ska, tak jak­by ko­bie­ty na­le­ża­ły do tego sa­me­go bio­lo­gicz­ne­go ga­tun­ku. Już w szat­ni usi­łu­jesz wy­plą­tać się z ręcz­ni­ka, ale w ża­den spo­sób nie mo­żesz go z sie­bie zrzu­cić. Bo upar­cie zwi­sa na two­im koł­ku, plą­cze się mię­dzy no­ga­mi, w tym mo­men­cie sta­no­wisz dla nie­go ide­al­ny wie­szak, ale wresz­cie uwal­niasz się i prze­ska­ku­jesz przez pa­sia­stą sel­wę, któ­ra opa­dła na be­to­no­wą pod­ło­gę.

Ona stoi pod prysz­ni­cem ple­ca­mi do cie­bie, my­dla­na woda spły­wa po niej pach­ną­cy­mi stru­ga­mi, jej skó­ra jest zło­ta­wo-cze­ko­la­do­wo-je­dwa­bi­sta, a nogi jak mło­de tro­pi­kal­ne drze­wa. Pod­cho­dzisz naj­bli­żej jak to moż­li­we, kła­dziesz jej ręce na ra­mio­na. Śpiew się ury­wa.

W za­mian sły­chać le­ciut­ki zdu­szo­ny okrzyk, coś niby wy­dech. Szko­da, żeś za­mil­kła, pta­szy­no. Bo gdy­byś śpie­wa­ła da­lej, urzą­dzi­li­by­śmy so­bie tu­taj coś cał­kiem in­ne­go, coś nie­ludz­kie­go, nie­biań­skie­go i nie­sa­mo­wi­te­go. Szko­da, że za­mil­kłaś. Trze­ba cię bę­dzie za to zjeść.

Po­le­wasz ją z ja­kichś fla­ko­nów — szam­po­nem, my­dłem w pły­nie; zra­szasz ją i sie­bie za­war­to­ścią ja­skra­wych, aro­ma­tycz­nych, po­łu­dnio­wych fla­ko­nów, na­my­dlasz ją całą i choć stru­gi wody na­tych­miast spłu­ku­ją z niej wszyst­kie two­je wy­sił­ki, ona sta­je się śli­ska i prze­sta­je co­kol­wiek wi­dzieć. Wte­dy za­nu­rzasz gło­wę w jej pra­czar­ne wło­sy, a ona, ani razu nie spoj­rzaw­szy za sie­bie, po­wo­li, ale po­słusz­nie po­chy­la się w przód. I jest to za­pro­sze­nie. Albo wy­zwa­nie. Czar­na or­chi­dea wpusz­cza cię. We­wnętrz­ne bły­ska­wi­ce zda­ją się roz­sa­dzać ci czasz­kę, bo wła­śnie za­czą­łeś. Szko­da, że prze­sta­ła śpie­wać.

I w tych pie­kiel­no-go­rą­cych stru­mie­niach, pod tym od­wiecz­nym wo­do­spa­dem ra­zem wy­ko­ły­su­je­cie ja­kiś afry­kań­ski rytm. Nie czu­jesz opo­ru, ale za­chę­ty też nie czu­jesz — od­da­je się tak, jak od­da­ją się nie­wol­ni­ce, cho­ciaż nie mo­żesz wie­dzieć, jak od­da­ją się nie­wol­ni­ce, może wła­śnie z opo­ra­mi albo z za­chę­tą. Ale już po chwi­li sły­szysz, że wró­cił jej głos. Nie ten, któ­rym śpie­wa­ła, ale jed­nak żywy, ta­jem­ni­czy. Może na­wet jesz­cze go­ręt­szy. Jest w nim coś bła­gal­ne­go, wręcz mo­dli­tew­ne­go. I wła­śnie ten głos, jego po­ja­wie­nie się, drga­ją­ce w nim żą­da­nie, spra­wia, że prze­sta­jesz pa­no­wać nad sobą i już nie po­tra­fisz wstrzy­my­wać się, od­wle­kać. Ta or­chi­dea cię znisz­czy, roz­to­pi, roz­gnie­cie...

Ale ona robi coś tak nie­zwy­kłe­go, wy­ko­nu­je ja­kiś we­wnętrz­ny, nie­wy­czu­wal­ny ruch, zmie­nia coś tam, w so­bie; zna wszel­kie od­wiecz­ne sztucz­ki, zdol­na dziew­czyn­ka, pil­nie się uczy­ła, fi­ne­zyj­ne ka­płan­ki mi­ło­ści na spe­cjal­nej nie­do­stęp­nej wy­spie przy­go­to­wy­wa­ły ją dla czar­no­skó­re­go dłu­go­no­gie­go księ­cia, ko­cha­li się na li­ściach pal­mo­wych, i to coś jest dla cie­bie szan­są wy­trwa­nia. Ale głos, ten głos! Chy­ba jed­nak wy­koń­czy cię, nie po­zwo­li prze­biec tej sa­wan­ny do koń­ca, jak­by na­le­ża­ło. Wni­ka w cie­bie jak wod­ny opar, w two­ją skó­rę, o wie­le ja­śniej­szą środ­ko­wo­eu­ro­pej­ską skó­rę. I te­raz — ostat­nia de­ska ra­tun­ku — za­ci­snąć oczy, bo i dla oczu za dużo jest tego wszyst­kie­go: i gwiazd pod czasz­ką, bły­ska­wic i tej cze­ko­la­dy, i tych go­rą­cych po­to­ków pro­sto z nie­ba. Jed­nak na­wet pod za­mknię­ty­mi po­wie­ka­mi to wciąż oży­wa, pul­su­je. Drżysz jak wul­kan i sły­sząc wła­sny głos, poj­mu­jesz: to już. Szko­da, żeś za­czę­ła śpie­wać.

...W szat­ni po­now­nie owi­jasz się ręcz­ni­kiem. Zli­zu­jesz z warg reszt­ki cze­ko­la­dy. Wy­glą­dasz na ko­ry­tarz nie­mal pew­nie, cho­ciaż w du­chu kon­sta­tu­jesz ze zdzi­wie­niem, jak ła­two i bez­kom­pro­mi­so­wo wszyst­ko wró­ci­ło na swo­je miej­sce. Ku­ląc się pod ścia­ną, kil­ko­ma sko­ka­mi wra­casz do mę­skiej stre­fy wszech­świa­ta. Ska­czesz jed­nak nie tyl­ko przez ostroż­ność. Ra­czej jak my­śli­wy, któ­ry zwy­cię­ską strza­łą po­wa­lił wła­śnie zło­tą ła­nię.

Po raz dru­gi wi­tasz się z No­wo­ka­inem, któ­ry znów roz­ku­dła­ny wy­grze­bu­je się ze swo­je­go le­go­wi­ska i pro­po­nu­je „sti­chi”. Wie­szasz ręcz­nik na koł­ku. W łaź­ni po­ja­wi­ło się tym­cza­sem kil­ku Mon­go­łów. Par­ska­ją jak ko­nie, zmy­wa­jąc z ży­la­stych ra­mion pył Wiel­kie­go Ste­pu. Ga­lo­po­wa­li cały ty­dzień, wieź­li hra­mo­tę od cha­na, mło­dzi zę­ba­ci jeźdź­cy. Krzy­wo­no­dzy łucz­ni­cy.

Jesz­cze raz na­my­dlasz całe cia­ło. I wte­dy sły­szysz, jak tam, za ścia­ną, ona zno­wu za­czy­na śpie­wać...

Rozcza­ro­wa­nie na wie­ki za­miesz­ka­ło w tych ścia­nach, któ­re zresz­tą nig­dy nie po­kry­ją się ta­bli­ca­mi pa­miąt­ko­wy­mi. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że jest to dom, w któ­rym pę­ka­ją łby. Tu­tej­sze te­ma­ty są tak jed­no­rod­ne i po­wta­rzal­ne, że naj­pew­niej musi tu cho­dzić o mit. Albo o sche­mat z dwo­ma, trze­ma wa­rian­ta­mi. Oto je­den z nich.

Sie­dem­na­sto­let­ni li­rycz­ny mło­dzie­niec, na­zwij­my go Sła­wa, pi­sze ry­mo­wa­ne stro­fy, któ­re uwiecz­nia w bru­lio­nie i prze­cho­wu­je w taj­nej skryt­ce pod re­zer­wu­arem w ubi­ka­cji. Ty­tu­ły wier­szy to za­zwy­czaj ro­man­tycz­ne imio­na ko­bie­ce: „Aeli­ta”, „Con­su­ela”, „An­go­tea”, „Isa­do­ra”, „Lo­li­ta”. Nie­wąt­pli­wie kry­je się za nimi jed­na i ta sama isto­ta, prze­waż­nie Lu­sia albo Niu­sia, dziew­czy­na z tej sa­mej kla­sy, któ­ra na­wet nie do­my­śla się, że jest na świe­cie coś ta­kie­go jak sub­li­ma­cja.

Przy­cho­dzi dzień, kie­dy mło­dzie­niec po kry­jo­mu wy­sy­ła stro­fy z ko­bie­cy­mi imio­na­mi, owe du­cho­we po­lu­cje, na kon­kurs do mo­skiew­skie­go in­sty­tu­tu. Z po­cząt­kiem wio­sny na ob­li­czu Sła­wy po­ja­wia­ją się prysz­cze i pie­gi, i wte­dy wła­śnie przy­cho­dzi od­po­wiedź z Mo­skwy. Mdle­jąc z nie­cier­pli­wo­ści, mło­dzian roz­ry­wa ko­per­tę i do­wia­du­je się, że jego udział w kon­kur­sie zo­stał uwień­czo­ny suk­ce­sem. W pod­pi­sie fi­gu­ru­je słyn­ne we wszyst­kich re­pu­bli­kach na­zwi­sko, któ­re zna ze szkol­nych wy­pi­sów, co spra­wia, że nasz li­ryk wprost ba­ra­nie­je ze szczę­ścia.

La­tem po­rzu­ca swój za­wszo­ny, za­py­zia­ły, za­pusz­czo­ny Par­ty­zańsk czy Mu­cho­morsk, mia­sto che­mi­ków, i wy­ru­sza na pod­bój Mo­skwy. Zdję­cie Lusi-Niu­si prze­cho­wu­je w naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nych miej­scach.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE sp. z o.o.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ma­te­[email protected]­ne.com.pl,to­[email protected]­ne.com.pl, do­mi­[email protected]­ne.com.pl,ho­no­ra­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70e-mail: re­dak­[email protected]­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­[email protected]­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail: agniesz­[email protected]­ne.com.pl, [email protected]­ne.com.pl, do­ro­[email protected]­ne.com.pl, zo­[email protected]­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­[email protected]­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­[email protected]­ne.com.pltel. 504 564 092, 605 955 550agniesz­ka.wil­[email protected]­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, [email protected]­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2004

Wy­da­nie II po­pra­wio­ne