Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 113

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Morze o poranku - Margaret Mazzantini

Morze o poranku potwierdza rzadki talent pisarki, która potrafi przetworzyć cierpienie w literaturę. Dowodzi, że można zwracać się z powodzeniem do szerokiego kręgu odbiorców, nie rezygnując z wyrafinowanych środków wyrazu. „Margaret Mazzantini napisała powieść krótką, ale bardzo piękną”. la Repubblica Farid zobaczył morze po raz pierwszy nocą, gdy uciekał ze swoje­go domu na skraju pustyni, zostawiwszy tam gazelę, która jadła mu z ręki. Vito patrzy na to samo morze z Sycylii. Jej plaże stały się skła­dowiskiem przedmiotów wyrzuconych na brzeg, cmentarzyskiem pozostałości łodzi i kutrów, które nigdy nie dopłynęły do celu. Vito zbiera je i przechowuje. To fragmenty pamięci. Margaret Mazzantini wraca do tematyki wojny i jej ofiar – ludzi, któ­rym wielki konflikt rujnuje życie. Opowiada o kontrowersyjnych związ­kach łączących Włochy i Libię od pierwszych dekad XX wieku, kiedy faszystowska propaganda zachęcała Włochów do osiedlania się w no­wej zamorskiej kolonii, przez wypędzenie włoskich osadników za rzą­dów Kaddafiego w 1970 roku, aż do współczesnych morskich przepraw uchodźców. Obdarza głosem tych, którzy są zmuszani do poświęceń, strat i rezygnacji i nie dostają nic w zamian.

Opinie o ebooku Morze o poranku - Margaret Mazzantini

Fragment ebooka Morze o poranku - Margaret Mazzantini

Tytuł oryginału: Mare al mattino

Copyright © 2011 by Margaret Mazzantini

First Italian edition by Giulio Einaudi editore S.p.A., Torino

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie na okładce: cristina_conti (stock.adobe.com)

Redakcja: Maria Zając

Korekta: Magdalena Bargłowska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-804-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl, www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

konwersja.virtualo.pl

A te con Dhaki

sul coche pequeño

Farid i gazela

Farid nigdy nie widział morza, nigdy w morzu nie zanurzył stóp.

Często je sobie wyobrażał. Usiane gwiazdami jak płaszcz paszy. Niebieskie jak niebieski mur martwego miasta.

Znajdował muszle zagrzebane w piasku przed milionami lat, gdy morze zalewało pustynię. Polował na ryby pustynne, jaszczurki, które pływają w piasku. Widział jezioro słone i jezioro gorzkie, widział srebrzyste dromadery, kroczące po pustyni jak wysłużone pirackie statki.

Farid mieszka na Saharze, w jednej z ostatnich oaz.

Jego przodkowie byli wędrownymi beduinami. Zatrzymywali się w uedach, dolinach wyschłych rzek pokrytych roślinnością. Tam rozbijali namioty, wypasali kozy. Kobiety przyrządzały strawę na gorących kamieniach. Nigdy nie opuszczali pustyni. Nie ufali ludziom mieszkającym na wybrzeżu, kupcom ani korsarzom. Pustynia była ich domem – otwartym i niczym nieograniczonym. Była ich morzem, morzem piasku z wydmami rozsianymi na nim jak plamy na sierści lamparta. Nie posiadali niczego. Zostawiali po sobie tylko ślady stóp, które od razu zasypywał piasek. Słońce poruszało cienie. Potrafili przetrwać przy niedostatku wody, wyschnięci jak daktyle, nie umierali z pragnienia. Drogę otwierał im wielbłąd, jego długi, koślawy cień wskazywał kierunek. Wraz z nim znikali między wydmami.

Jesteśmy niewidzialni dla świata, ale nie dla Boga.

Z tą pewnością w sercu przenosili się z miejsca na miejsce.

Zimą chłód przywiewany przez północny wiatr poprzez ocean skał usztywniał wełniane burnusy na ciele. Skóra, która zdawała się pozbawiona krwi jak skóra kóz naciągnięta na bębny, przyklejała się do kości. Z nieba spadały na nich odwieczne plagi. Stwardniały piasek tworzył ostre krawędzie kaleczące stopy, pustynia raniła tych, którzy jej dotykali.

Beduini grzebali starych ludzi tam, gdzie ci umierali. Powierzali ich ciszy piasku i wyruszali w dalszą drogę, przemieszczające się plamy w kolorze białym oraz indygo.

Wiosną rodziły się nowe wydmy, bladoróżowe piaskowe dziewice.

Palący wiatrghibli przybywał wraz z chrapliwym wyciem szakala. Wpierw drobne wiry niby psotne duszki szczypały piasek to tu, to tam. Potem ghibli zaczynał wiać przy samej ziemi, ostry jak bułaty armii zmartwychwstałych wojowników. W jednej chwili pustynia wznosiła się w powietrze i pochłaniała niebo. Znikała granica z zaświatem. Beduini chronili się za zwierzętami klęczącymi na piasku, ugięci pod naporem szarej burzy, pod całunem odwiecznej klątwy.

Aż wreszcie się zatrzymali. Wznieśli obwarowania z gliny, ogrodzili pastwiska. Na piasku pojawiły się ślady kół.

Co jakiś czas przechodziły tamtędy karawany. Był to szlak, którym kupcy skracali sobie drogę przez pustynię, podążając z Czarnej Afryki do morza. Wieźli kość słoniową, żywice, drogie kamienie i związanych ludzi, których sprzedawali potem na targach niewolników w Cyrenajce i Trypolitanii.

Kupcy w oazie jedli, pili i uzupełniali zapasy na dalszą podróż. W ten sposób powstało miasto. Z glinianymi murami o fakturze przypominającej splecione sznury, z dachami z gałęzi palmowych. Kobiety żyły oddzielone od mężczyzn, chodziły boso po tarasach nad ich głowami. Dźwigały na głowach dzbany z terakoty z wodą, którą przynosiły ze studni. Mieszały kuskus i gotowaną mąkę z baranimi podrobami. Modliły się przy grobach marabutów. O zachodzie słońca tańczyły na tarasach przy dźwiękach fletu nay, poruszając biodrami jak senne węże. Na dole mężczyźni wyrabiali cegły, handlowali, grali w perskie kości i palili nargile.

Teraz to miasto już nie istnieje. Zostały tylko kontury sanktuarium połkniętego przez burze piaskowe. Obok, z woli Pułkownika, wyrosło miasto nowe, wymyślone przez architektów ze wschodniej Europy. Betonowe bloki, anteny.

Wzdłuż drogi stoją wielkie podobizny Przywódcy Rewolucji – w stroju Beduina, w mundurze oficera, w tradycyjnym ubiorze muzułmańskim. Na niektórych jest poważny i władczy, na innych uśmiecha się dobrotliwie i szeroko rozkłada ramiona.

Ludzie siedzą na pustych beczkach po benzynie, u dzieci pod skórą widać kości, starsi mężczyźni żują korzenie, którymi odświeżają usta. Kable elektryczne wiszą luźno między domami. Gorący wiatr ghibli wzbija w powietrze plastikowe worki i śmieci zostawione na pustyni przez turystów.

Nie ma pracy. Są tylko słodzone napoje i kozy. I jeszcze daktyle, które można zapakować do pudełek i sprzedać.

Wielu młodych ludzi stąd wyjeżdża. Przenoszą się na tereny roponośne, tam gdzie wiecznie płoną pustynne pochodnie.

To nie jest prawdziwe miasto. To teren zabudowany, wypełniony ludzkim życiem. Farid mieszka w starej dzielnicy, w jednym z tych domów, z których wszystkie drzwi wychodzą na jedno podwórko, zaniedbany ogród z zawsze otwartą furtką. Szkołę ma blisko. Lubi biegać. Nogi ma chude, skóra łuszczy się na nich jak kora wikliny. Jamila, matka Farida, codziennie pakuje mu do plecaka sezamowe pałeczki na drugie śniadanie.

Po powrocie ze szkoły chłopak bawi się z kolegami wózkiem skleconym z blachy, do którego przywiązali puszki po napojach, albo gra w piłkę. Tarza się jak żuk w czerwonym kurzu, kradnie z drzew malutkie banany i kiście czarnych daktyli, do których wspina się po linie, wysoko, aż do zacienionego serca palmy.

Farid nosi na szyi amulet. Wszystkie dzieci noszą amulety – maleńkie skórzane woreczki z zamkniętym w środku kamieniem czy kłaczkiem zwierzęcej sierści.

Złe spojrzenia zatrzymają się na amulecie, a ty będziesz bezpieczny – powiedziała mu matka.

Omar, ojciec Farida, jest technikiem telewizyjnym, instaluje anteny. Czeka, aż na ekranie pokaże się obraz, uśmiecha się do kobiet, które przyjmują go w swoich domach jak dobroczyńcę. Przecież przyszedł, żeby ocalić ich marzenia, dzięki niemu nie stracą kolejnego odcinka egipskiej telenoweli. Jamila bywa zazdrosna o te głupie kobiety. Uczyła się kiedyś śpiewu, ale mąż nie chce, żeby występowała publicznie na weselach i innych uroczystościach, a już na pewno nie dla turystów. Tak więc Jamila śpiewa tylko dla Farida, on jest jej publicznością w pokoju wyścielonym dywanami, ozdobionym draperiami, pachnącymi artemisią i wonnymi ziołami, pod kopulastym dachem bielonym wapnem.

Farid jest zakochany w swojej matce, w jej ramionach, które podobnie jak liście palmy, budzą wiatr, w jej oddechu, gdy śpiewa jedną z pieśni malouf, pełną łez i słów miłości. Jego serce zdaje się wtedy wzbierać i Farid przyciska ręce do piersi, żeby nie spadło na ziemię, prosto do metalowej miski na deszczówkę, nadgryzionej przez rdzę i zawsze suchej.

Matka Farida jest młoda, wygląda, jakby była jego siostrą. Czasem bawią się w męża i żonę, on czesze jej włosy, poprawia chustę.

Czoło Jamili przywodzi na myśl krągły kamień, źrenice mają ciemną obwódkę jak u ptaków, usta przypominają dwa daktyle, dojrzałe i słodkie.

Bezwietrzny zachód słońca, niebo w kolorze brzoskwini.

Farid siedzi oparty plecami o mur ogrodu przy domu. Patrzy na swoje stopy, na brudne palce wystające z sandałów. W szczelinie muru wyrósł mech, Farid zbliża twarz do tego świeżego zapachu i w tej samej chwili słyszy, że tuż przy nim oddycha jakieś zwierzę. Jest tak blisko, że chłopak boi się poruszyć, serce bije mu mocno, pulsuje w oczach.

Boi się, że to uaddan – skrzyżowanie barana i osła, z ogromnymi rogami, o którym krąży wiele strasznych opowieści. Dziadek mówi zawsze, że pojawia się na horyzoncie między wydmami jak złowróżbny miraż. Od dawna nikt nie widział uaddana na własne oczy, ale dziadek Mussa ma pewność, że kryją się jeszcze w wyschłym uedzie, gdzie piasek zamienił się w czarną skorupę i niemożliwe jest żadne życie. Uaddan złości się na jeepy, które niszczą pustynię, przenoszą piasek na kołach.

Ale zwierzę, które oddycha przy Faridzie, nie ma długich białych kłaków ani rogów w kształcie półksiężyca i nie zgrzyta zębami. Gładka sierść kolorem przypomina piasek, a rogi są cienkie jak gałęzie. Patrzy na chłopca, może jest głodne.

Farid odgaduje, że to gazela, młoda gazela. Nie ucieka. Widzi z bliska jej szeroko otwarte oczy, są przejrzyste i spokojne. Pod jej skórą przebiega dreszcz, być może się boi, ale jest zbyt zaintrygowana tym spotkaniem, żeby po prostu uciec. Farid powolnym ruchem zbliża do jej pyska gałąź drzewa, gazela pokazuje białe, płaskie zęby, odrywa nimi kilka pistacji. Robi dwa kroki w tył, nie spuszczając z niego wzroku. Potem nagle odwraca się, przeskakuje ogrodzenie z gliny i biegnie, podnosząc kopytami piasek. Znika za wydmami.

Następnego dnia w szkole Farid zarysowuje kartki zeszytu gazelami, wychodzą mu trochę krzywo, robi kontury ołówkiem, a potem koloruje palcem nurzanym w farbkach wodnych.

W telewizji nadają film wyprodukowany z woli Przywódcy Rewolucji, z Anthonym Quinnem w roli legendarnego Omara al-Mukhtara, beduińskiego wojownika, który jak lew walczył z włoskim najeźdźcą. Farida ogarnia uczucie dumy, serce bije mu mocno. Jego ojciec ma na imię Omar, tak samo jak ten bohater pustyni.

Chłopiec często bawi się z kolegami w wojnę. Celują do siebie z długich rurek, przez które wydmuchują pistacje i czerwone kamyki pozostałe po burzach piaskowych.

Nie żyjesz! Nie żyjesz!

Kłócą się, nikt nie chce upaść na ziemię i udawać martwego, bo w ten sposób kończy się dla niego zabawa.

Farid wie, że gdzieś niedaleko wybuchła prawdziwa wojna. Rodzice szepczą o tym między sobą do późnej nocy, koledzy mówią, że od strony granicy przyjechały transporty broni, widzieli, jak wyładowywano je z jeepów nocą. Oni też chcieliby postrzelać z kałasznikowa albo odpalić racę.

Kiedyś odpalili parę petard tuż przy starym, głuchym żebraku. Farid podskakiwał z radości, bardzo go to bawiło.

Hisham, najmłodszy z jego wujków, student uniwersytetu w Bengazi, przyłączył się do bojówki rebelianckiej.

Dziadek Mussa, który oprowadza turystów po okolicy aż do Przeklętej Góry i potrafi rozróżnić ślady węży i odczytać rysunki na skałach, mówi, że Hisham jest głupi, za dużo się naczytał. To prawda, że qa’id pokrył Libię asfaltem i cementem, wpuścił do niej czarnych Tuaregów z Mali, kazał wypisać cytaty z tej swojej bzdurnej zielonej książeczki na wszystkich murach, a gdy jeździ po świecie, żeby spotkać się z bogatymi przedsiębiorcami i politykami, otacza się wianuszkiem pięknych kobiet, jak jakiś gwiazdor filmowy, ale zawsze to Beduin. Człowiek pustyni, tak samo jak oni. Bronił swoich ludzi prześladowanych przez długie lata, zepchniętych na krańce oaz. Lepszy on niż Bracia Muzułmanie.

Hisham powiedział wtedy: Lepsza jest wolność.

Omar wchodzi na dach, ustawia antenę satelitarną. Dzięki niej mogą odbierać kanały niezakodowane przez reżim.

Dowiadują się, że na wybrzeżu płoną miasta, że Prorok Zjednoczonej Afryki każe strzelać do ludowej Dżamahirii. Został sam w swoim pałacu. Kiedy dziadek Mussa zobaczył w telewizji zniszczoną Misuratę, zerwał ze ściany portret qa’ida, zwinął go i wrzucił pod łóżko.

Dostali telegram. Hisham stracił wzrok, odłamek zranił mu twarz. Nie będzie już czytać książek. Wszyscy płaczą, modlą się. Hisham leży w szpitalu w Bengazi. Ale przynajmniej żyje, nie przywieźli go w zielonym worku jak syna Fatimy.

Ludzie na ulicach zdrapują z murów słowa Przywódcy Rewolucji, pokrywają je hasłami wolności i rysunkami wielkiego szczura obwieszonego fałszywymi medalami. Pomnik przed medyną nie ma głowy, ludzie strącili ją kamieniami.

Jest noc. Pali się tylko jedna mała lampka, jej światełko drży, jakby miała kaszel. Omar wysypuje na stół zawartość siatki na zakupy. To pieniądze: zaoszczędzone dinary, dolary i euro zarobione przez dziadka Mussę na oprowadzaniu turystów po pustyni. Omar przelicza gotówkę, potem wyjmuje z muru jeden z kamieni i chowa ją w tej kryjówce. Rozmawia z Jamilą, zamyka jej drobne dłonie w swoich. Farid nie śpi. Patrzy na ręce rodziców, splecione i drżące, przywodzą mu na myśl orzech kokosowy, kiedy bębni o niego deszcz.

Omar mówi, że muszą uciekać, że powinni to zrobić już dawno. Na pustyni nie ma przyszłości. A teraz wybuchła wojna i on boi się o dziecko.

Farid myśli, że ojciec niepotrzebnie się o niego martwi, jest przygotowany na wojnę jak wujek Hisham. Przykrył oczy rękami, żeby sprawdzić, jak to jest, gdy się nie widzi. Potykał się o wszystko, ale stwierdził, że to nic strasznego.

Farid siedzi oparty o mur ogrodu przy domu.

Gazela pojawia się zawsze bezszelestnie, przeskakuje lekko mur i oto ma ją przed sobą – brunatne oczy, źrenice jak diamenty, uszy wewnątrz jaśniejsze i gęściej porośnięte sierścią, niewielkie, lekko zakrzywione rogi. Zaprzyjaźnili się. Farid nikomu nie powiedział o gazeli, ale zawsze się boi, że ktoś ją zobaczy i złapie. Jest jeszcze bardzo młoda i nieświadoma czyhających na nią niebezpieczeństw. Podchodzi zbyt blisko terenów zamieszkanych przez ludzi. Wyzywa los, ale pod skórą widać napięte mięśnie, w każdej chwili jest gotowa do ucieczki. Muszą się do siebie przyzwyczaić, zaufać sobie nawzajem. Oboje są dziećmi pustyni, ale należą do innych gatunków. Farid przykleja się do muru, czeka, aż gazela wytchnie powietrze przez ciemne nozdrza, żeby oddychać w tym samym rytmie co ona. Gazela zabawnie porusza pyskiem, jakby zapraszała go do zabawy. Któregoś dnia przysiada na tylnych nogach, Faridowi przychodzi wtedy na myśl matka. Ma tę samą królewską prezencję.

Wiosenny poranek. Omar jak zwykle pracuje na dachu jednego z domów. Łączy kable elektryczne, czeka na błysk, to sygnał, że będzie można zobaczyć następny odcinek telenoweli. Ostatnio często brakuje prądu, ale kobiety nie chcą myśleć o wojnie, wolą płakać nad nieszczęśliwą miłością, pragną się dowiedzieć, czy filmowy drań spadnie ze skał razem z tą swoją czarną limuzyną i czy pozytywny bohater odnajdzie syna.

Farid widzi, jak ojciec odstępuje parę kroków do tyłu, szuka oparcia, ale nie znajduje go, upada i zaraz się podnosi. Na dach weszło kilku mężczyzn w strojach maskujących i żółtych kaskach, wyglądają trochę jak robotnicy, ale strzelają, celują w dół do ludzi na targu, którzy krzyczą i rozbiegają się na wszystkie strony. Ci mężczyźni należą do wojska reżimu, wśród nich są obcokrajowcy, murtaziqua, najemnicy, którzy wcześniej brali udział w innych wojnach w Afryce Subsaharyjskiej. Strzelając, wrzeszczą jak w filmach. Jeden z nich, półnagi, przykuca za potrzebą. Być może wypił za dużo soku z tamaryszka albo po prostu się boi. Ale strzela dalej, z opuszczonymi spodniami.

Omar został na dachu. Próbował do nich przemówić, zatrzymać ich. Włożyli mu lufę karabinu do ust. Wybieraj: albo przyłączysz się do nas, albo już jesteś trupem. Farid zobaczył, że ojciec ześliznął się do rynny. But spadł mu ze stopy, odsłonił beżową skarpetkę, tę samą, którą Jamila zacerowała wieczorem. Włożyli mu pistolet do ręki. Omar wystrzelił w niebo, w stronę ptaków, których nie było nad miastem. Potem wypuścił pistolet z ręki. Mężczyzna bez spodni zepchnął go z dachu.

Farid widział furgonetki z karabinami maszynowymi i granatnikami, brudne, rozognione twarze, zielone chorągwie. Bojówkarze strzelali także do zwierząt, żeby jeszcze bardziej wystraszyć ludzi.

Na