Morze i ziemia - Cezary Łazarewicz, Andrzej Klim - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Opowieść o Pomorzu to opowieść o Polsce.
Morze i ziemia. Antologia reportaży z Pomorza to wybrany przez Cezarego Łazarewicza i Andrzeja Klima zbiór reporterskich historii z Pomorza Zachodniego. Układa się w pisaną na przestrzeni dekad opowieść o wyjątkowej krainie – o miejscu i ludziach, a także o Wielkiej Historii, która w dwudziestym wieku przetaczała się przez Pomorze nieustannie. Opowieść pasjonującą i kolorową, bo pisaną na bieżąco przez ludzi, którzy kochali tę ziemię i się nią fascynowali. Stworzyli ją anonimowi niemieccy kronikarze oraz polscy pisarze, reporterzy, publicyści – Wanda Melcer, Józef Hen, Stefan Bratkowski, Dariusz Fikus, Edmund Osmańczyk, Hanna Krall, Małgorzata Szejnert, Wojciech Tochman, Ewa Winnicka. Ludzie stamtąd – Franciszek Gil, Józef Narkowicz, Piotr Zieliński, Krystyna Pohl, Adam Zadworny, Ryszard i Artur Daniel Liskowaccy oraz ci, którzy przyjechali tam z wielkiego świata – jak Charles Wasserman, korespondent kanadyjskiego radia. Prawdziwi świadkowie, którzy patrzyli historii w oczy. I to z najbliższej odległości.
Wojna, trudne relacje polsko-niemieckie, historia Polski Ludowej i transformacyjny przełom – wszystko to odcisnęło tu swoje piętno. Najnowsza historia Polski przegląda się w historii Pomorza jak w lustrze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 522

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

Wstęp

 

 

 

 

 

 

Obaj jesteśmy stamtąd, z „Ziemi Odzyskanych”. Tak nazywała naszą ojczyznę propaganda w czasach Polski Ludowej. Albo „ziem wyzyskanych”, jak mówił o nich Kazimierz Pawlak, jeden z głównych bohaterów filmu Sami swoi, nieustraszony pionier, który do swojej nowej małej ojczyzny przywiózł zwyczaje ze wschodu, usuwając przy tym dziedzictwo miejscowej obyczajowości, kuchenny piec z fajerką w poniemieckim domu zastępując przypieckiem.

Jeden z nas urodził się w Darłowie na Pomorzu Zachodnim, drugi – kilkaset kilometrów dalej na wschód, w mazurskim Giżycku. Miasta te dostały polskie nazwy zaledwie dwadzieścia lat przed naszym urodzeniem. Nasze rodziny, podobnie jak rodzina Kazimierza Pawlaka, trafiły na Pomorze Zachodnie i Mazury w wyniku wielkiego exodusu ludzkości po II wojnie światowej. Dotknął on naszych bliskich, mieszkających do tej pory na terenach rdzennie polskich, ale także naszych niemieckich – pomorskich i mazurskich – poprzedników, mieszkających na „Ziemiach Odzyskanych” od setek lat. Nasi dziadkowie wprowadzili się do ich domów, jedli w ich talerzach, spali w ich łóżkach i szybko się zaaklimatyzowali. Pommern zaczęło nazywać się Pomorzem Zachodnim, a zamiast Ostpreussen pojawiły się na mapie Warmia i Mazury.

To była nasza ojczyzna, ale nikt nam nie mówił, że jesteśmy pierwszym urodzonym tu pokoleniem. Żyliśmy w prasłowiańskim kłamstwie. Z naszych rodzinnych miasteczek zapamiętaliśmy z dzieciństwa wyblakłe napisy w niezrozumiałym języku wypełzające spod łuszczącej się farby na murach, potężne zamki, kościoły z czerwonej cegły i butwiejące na cmentarzach nagrobki z literami rytymi szwabachą.

Nikt nam nie mówił, że są to ślady obcej kultury. Tego musieliśmy domyślić się sami, przekraczając granice Pomorza czy Mazur. Znikały wtedy murowane domy i stodoły, a zamiast nich pojawiały się liche chałupki kryte gontem lub strzechą. Miasteczka też były inne. Zamiast kamienic, rynków, ratuszów – drewniane domki, place targowe i brak harmonii.

Los zetknął nas ze sobą w największym zachodniopomorskim mieście, które po wojnie zmieniło obywateli i tożsamość. Kiedyś nazywało się Stettin, po wojnie – Szczecin. Tam też zacierano ślady po poprzednich mieszkańcach, ale wciąż na powierzchnię wychodziły niemieckie napisy, jak plamy na starym obrusie. Widać to do dziś na reprezentacyjnych Wałach Chrobrego, które przed wojną nosiły nazwę Hakentarasse. Na krętych schodach widać rzeźbione w piaskowcu herby pomorskich miast, które od stuleci się nie zmieniały. Zmieniły się za to ich oryginalne nazwy – dlatego po wojnie zostały skute.

Pracując w Szczecinie w redakcji „Gazety Wyborczej”, poznawaliśmy niezwykłe losy ludzi, którzy byli, czasem wbrew sobie, czasem z wyboru, związani z Pomorzem. W latach dziewięćdziesiątych spotykaliśmy byłych mieszkańców Pomorza, którzy szukając swoich korzeni, wracali do miast i miasteczek dzieciństwa, skarżąc się często, że nie mają komu u siebie przekazać swoich rodzinnych archiwów.

Znajdziecie Państwo w tej książce losy ludzi, którzy z Pomorza uciekli zaraz po wojnie – historia Evy-Marty von Kamecke to opowieść o uniwersalnym przesłaniu, ukazująca grozę wojny i los jednostki w konfrontacji z bestialstwem wojny – albo uciekali stąd długo po jej zakończeniu. O tym jest historia braci Głąb, którzy porwali kuter z załogą, by uwolnić się z komunistycznego „raju”.

Znajdziecie Państwo historię ludzi, którzy przyjeżdżali na Pomorze w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, uciekali przed przeszłością albo przed prawem.

Nie wiemy, czy powojenni bohaterowie tej antologii kiedykolwiek zastanawiali się nad tym, kto mieszkał w ich domach przed nimi, kto modlił się we wnętrzu potężnego gotyckiego kościoła w Kołobrzegu, kto spacerował ulicami Koszalina, Szczecina, Świnoujścia. My tak. Dlatego sięgnęliśmy do przedwojennych niemieckich gazet, aby dowiedzieć się, jak ówcześni mieszkańcy Pomorza żyli: jak się bawili, w jaki sposób spędzali czas w eleganckim kurorcie Bad Kolberg, jak wyglądały ich wycieczki statkiem w górę Odry.

Ale oprócz tej sielanki była też Noc Kryształowa, były legiony brunatnych maszerujące po brukach Koszalina i Słupska, entuzjastyczne tłumy witające Adolfa Hitlera w stolicy Pomorza Zachodniego. I zaledwie kilka lat po tej wizycie nowi, polscy mieszkańcy Pomorza, witali w tych samych miejscach równie entuzjastycznie komunistycznych dygnitarzy, przeżywali utajnianą przez władzę tragedię podczas wojskowej parady w Szczecinie, wydarzenia Grudnia ’70 i Sierpnia ’80 w Stoczni Szczecińskiej.

Doznawali uniesień na wielkiej budowie socjalizmu – elektrowni Dolna Odra czy podczas ogólnopolskich dożynek w Koszalinie 1976 roku, gdzie ekstatycznie witano Edwarda Gierka.

 

Wśród napływowych mieszkańców Pomorza, Warmii i Mazur, Dolnego Śląska i Ziemi Lubuskiej wyczuwało się nastrój tymczasowości. Niby te ziemie są „odzyskane” i nie damy się odepchnąć od Odry i Bałtyku, ale z drugiej strony, kto tam wie, co ci źli Niemcy znowu wymyślą?

O Pomorzu i Ziemiach Odzyskanych pisano dużo po obu stronach granicy. W Niemczech Zachodnich, bo ziomkostwa i Związek Wypędzonych były ważną siłą, z którą należało się liczyć przed każdymi wyborami do Bundestagu czy Landtagów. W Polsce, bo komunistyczna propaganda straszyła Polaków powrotem żądnych zemsty Niemców, którzy tylko czekają, żeby odebrać pionierom majątki. Jedynym gwarantem polskości mieli być komuniści i ich sojusz ze Związkiem Radzieckim.

Efektem tej niepewności były rozwalające się gospodarstwa i domy. Jeszcze w latach 80. XX wieku w poniemieckich domach na Pomorzu Zachodnim można było zobaczyć okna zasłonięte kawałkami dykty. Po co inwestować w coś, co Niemcy mogą nam w każdej chwili odebrać? – pytali właściciele tych ruin.

W zmianie tego myślenia nie pomógł ani podpisany między rządem PRL i RFN układ z grudnia 1970 r., w którym Niemcy uznali w końcu zachodnie granice Polski, ani wykreślenie z niemieckich map przedwojennych nazw polskich miejscowości, ani zapewnienia niemieckich polityków o tym, że za Odrą i Nysą to już naprawdę Polska.

W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku do Polski wciąż ciągnęły sentymentalne wycieczki ziomków wracających do swoich Heimatów. Z luksusowych autokarów wysypują się gromadki siwogłowych kobiet ubranych w styl „praktisch” i mężczyzn w okularach ze złotymi oprawkami. Przyjeżdżali zobaczyć swoje rodzinne domy i gospodarstwa. Czasem wyciągali z portfela dziesięć, dwadzieścia marek (dla Niemców z RFN była to równowartość kilku gałek lodów, dla Polaków – majątek) i prosili, by miejscowi dalej dbali o ich posiadłości do czasu, aż wrócą tam przedwojenni właściciele.

Ten stan tymczasowości zakończył się ostatecznie, gdy niemiecką markę zastąpiło euro, Polska wstąpiła do Unii Europejskiej i zniknęły granicę. Dawni Pomorzanie wracają tu czasem, ale już tylko jako turyści. Ich dzieci i wnukowie ojczyzną przodków nie interesują się w ogóle.

 

Pisaniem reportaży zajmujemy się od lat. Z czasem obaj, chociaż każdy osobno, doszliśmy do przekonania, że najprzyjemniejszym momentem tej pracy jest samo dokumentowanie: rozmowy z bohaterami, przesiadywanie w archiwach i bibliotekach. Lubimy czytać stare gazety, książki, przesuwać rolki mikrofilmów albo klikać pliki pdf, udostępniane na internetowych stronach szacownych bibliotek i książnic. A już najprzyjemniejszy moment w pracy reportera jest wtedy, gdy wszystko to, czego się dowiedzieliśmy, układa się w głowie w całość.

Nam te przeczytane teksty ułożyły się w reporterską historię Pomorza Zachodniego ostatnich stu lat. Pasjonującą i kolorową, bo pisaną na bieżąco przez ludzi, którzy kochali tę ziemię albo się nią zachwycali. Spisali ją za nas anonimowi niemieccy kronikarze oraz polscy pisarze, reporterzy i publicyści – Wanda Melcer, Stefan Bratkowski, Dariusz Fikus, Edmund Osmańczyk, Hanna Krall, Małgorzata Szejnert, Wojciech Tochman, Ewa Winnicka. Ludzie stamtąd – Franciszek Gil, Józef Narkowicz, Piotr Zieliński, Krystyna Pohl, Adam Zadworny, Ryszard i Daniel Liskowaccy oraz ci, którzy przyjechali tu z wielkiego świata – jak Charles Wasserman, korespondent kanadyjskiego radia.

Prawdziwi świadkowie, którzy patrzyli historii w oczy. I to z najbliższej odległości.

 

Andrzej Klim

Cezary Łazarewicz

 

1903

KS. JAROSŁAW REJOWICZ

Kartka z dziejów Pomorza i Rugii 

 

 

 

Pociąg nasz dochodzi do Szczecina. Na pogodnem czerwcowem niebie rysuje się miasto coraz wyraźniej z wysoką spiczastą wieżą św. Jakuba, błyszczącemi wieżami licznych kościołów, układają się na widnokręgu wśród zieleni pola i niskich krzewów, coraz częstsze kanały i srebrna Odra z lasem masztów i kominów okrętowych. Pociąg nagle zwalnia, wsuwa się w sztuczny żelazny tunel, zasłaniający piękny widok miasta, aby za chwilę w całym majestacie przedstawił się Szczecin. A więc jesteśmy w stolicy pięknej Pomeranii. Droga ku Stralsundowi wiedzie przez starożytne grody Nakło i Gryfie. Żyzne pola i piękne pastwiska, ciemne, zda się, wiekowe bory bawią oko. Od głównej arteryi kolejowej coraz nowe odnogi prowadza ku morzu, do słynnych miejsc kąpielowych, co osiadły brzegi Pomeranii. Ale co mnie głównie uderza wśród owej interesującej panoramy kraju, to owe liczne kościoły o wybitnie charakterystycznym późnym gotyku, których wieże co chwila strzelają wśród lasów i wsi, a tak często, że nieraz i trzy od razu widzisz na horyzoncie.

Smutne to podwójnie dla nas wspomnienie.

Gęste przed wieki bory i olbrzymie torfowiska, oddzielały jeszcze ten płat nadmorskiej ziemi od Europy cywilizowanej. Zamieszkiwały go ludy, których Nestor[1] zwie Lachami, a stary Adam Bremeński[2] mówi, że ani językiem, ani ubiorem nie różnią się od Polaków. Rządzili się patryarchalnie, mieli swój handel i cywlizacyę w grodach nadmorskich, swoje wierzenia i bogi. Ale długo nie wschodziła jutrzenka światła prawdziwego. W IX wieku Karol Wielki doszedł podbojami swemi Pomeranii, fundował nawet w Hamburgu biskupstwo, głównie w celu szerzenia wiary wśród Słowian nadbałtyckich, a zakonnicy z Korbei dostali się już na wyspę Rugię; w X wieku Otton Wielki utworzył arcybiskupstwo magdeburskie i poddał im właśnie przez siebie podbitych Słowian; w XI wieku książę pomorski Godeschalk prowadził osobiście misyjne prace, wykładając na język rodzinny kazania, mówione przez obcokrajowych kapłanów. Prace te jednak zmarniały, wiara się nie przyjęła.

Zetknięcie się dopiero z Polską miało stanowczo szalę przeważyć na korzyść cywilizacyi chrześcijańskiej w Pomeranii. Stało się to za Bolesława Krzywoustego. Najpotężniejszy z książąt pomorskich, Światopełk Nakielski, usiłując raz jeszcze wybić się spod panowania polskiego, podniósł bunt w sojuszu z Prusakami i książętami ruskimi. Bolesław Krzywousty nie tylko, że pokonawszy go w dwóch wyprawach, miasta nadnoteckie wcielił do Wielkopolski, ale posunął swój oręż jeszcze dalej. Przymierze bowiem Warcisława, księcia szczecińskiego, z Światopełkiem dało mu dobrą sposobność do rozpostarcia swego panowania za Odrę w ziemie Wilków. Pokonał Warcisława, zdobył silną stolicę jego, Szczecin, i zmusił do hołdu. Ruszył następnie ku zachodowi, opanowując resztę ziemi Wilków, z częścią dzisiejszej Meklemburgii i Brandenburgii, oraz wyspę Rugję.

Do dobrze pojętej polityki Bolesława Krzywoustego należało oprzeć swe panowanie na wierze chrześcijańskiej i w ten sposób połączyć nową część trwałej z ciałem państwa. Łożył też liczne starania, aby wiarę św. zaraz w podbitych krajach zaszczepić. Misye jednak podejmowane tu przez niektórych zakonników były niemal bezowocne. Misya dopiero biskupa bamberskiego, św. Ottona, który całym przepychem księcia Kościoła olśnił naród, a darami i łagodnością potrafił go ująć, przyniosła świetne owoce. Wspierany powagą polskiego króla, pod osłoną polskich hufców, pozyskał wreszcie w dwóch wyprawach apostolskich dla wiary chrześcijańskiej cały ten naród, tak uporczywie dotąd trzymający się poganizmu.

W XII wieku z osłabieniem Polski, coraz bardziej w Pomeranii zaczął znikać żywioł słowiański, a język sąsiedni niemiecki opanowywać.

Dzieło św. Ottona miało się także zetknąć z dziełem szatana. A Jan Bugenhagen[3] ułożył plan nowego kościoła: kościoła protestanckiego. I oto dwa smutne wspomnienia, które spotykały nas na widok każdego kościoła, jeśli nie na każdym kroku.

Tak dojeżdżaliśmy z ks. Gadowskim, doświadczonym już misyonarzem między wychodźtwem polskiem w Niemczech, do Stralsundu, w której to parafii pięć tygodni mieliśmy pozostać.

 

Na dworcu kolejowym oczekuje i wita gościnny ks. proboszcz Wahl. Z dużego, ale drewnianego i brudnego budynku stacyjnego, dostajemy się do dorożki, przejeżdżamy między dwoma olbrzymimi stawami jedną z trzech dróg łączących niby pomosty miasto z stałym lądem, i wśród plantacyj dostajemy się w szeregi domów. Zwracał mą uwagę już z daleka na jednym z obszernych rynków wielki kościół o szlachetnej gotyckiej strukturze, jakiego by się nie powstydziły najpierwsze stolice świata.

– Co za wspaniała katedrę ma ks. proboszcz – zagaduję żartobliwie.

– Niestety, my tu nic nie mamy – odrzecze – to kościół Najświętszej Panny Maryi, dziś jeden z wielkich zborów protestanckich miasta. Niech ksiądz patrzy – i pokazuje na liczne znowu wieże kościołów – wszystko to nam zabrano.

I wnet w długiej, nieludnej ulicy Frankenstrasse, dorożka się zatrzymała, a ks. proboszcz pyta:

– A co, gdzie nasza katedra?

Obejrzałem się, ale poznać nie mogłem, on wskazał obok dom niewielki, ginący wśród innych większych budowli, który zdobił krzyż na znak, że to dom Utajonego. […]

 

Jak w ogóle na Pomorzu, tak i w całej parafii stralsundzkiej i na wyspie Rugii, rokrocznie przychodzą na roboty całemi partyami robotnicy Polacy, do 4000, a wielu z nich już stale osiadło. Przychodzą z Warmii, Poznańskiego, Śląska, nawet z Galicyi i Królestwa Polskiego, których tu Russami zwią, szukając zarobku w cukrowniach, warsztatach i na roli. O nich także nie zapomniał ks. proboszcz Wahl. Już od r. 1899 stale przyjeżdżał na jego żądanie jeden z księży polskich z Galicyi. A statystyka tych pastoracyi jawnie pokazuje, że nie na darmo w r. 1899 było spowiedzi 473; 1900, 420; 1901 zaś 454. Na jego też uprzejme zaproszenie i w tym roku podążyliśmy do Stralsundu.

W powszednie dni w ogóle spowiedzi bywało niewiele, spowiadali się albo miejscowi Polacy, albo nawet i Niemcy. Praca cała koncentrowała się w niedziele. Wtenczas już kościółek w Stralsundzie stawał się wielkiem miejscem odpustowem, do którego zewsząd ściągały kompanie polskie, cały dzień i noc śpiewały pobożne pieśni, jedni się cisnęli do konfesyonałów, inni wołali o szkaplerze i różańce, inni znowu porozkładali się pod murami plebanii, dzieląc się swym skromnym posiłkiem. Tymczasem, chociaż dwóch nas było polskich kapłanów, musieliśmy się dzielić i poza Stralsund. W pierwszą zaraz niedzielę po naszym przyjeździe dnia 22 czerwca, ja zostałem w Stralsundzie, gdy ks. Gadowski z księdzem proboszczem pojechali do Bardy.

W Stralsundzie spowiedzi było wiele. Miałem sumę i pierwsze kazanie polskie, w którem zapowiedziałem Polakom naszą pracę przez cztery niedziele. Pobłogosławiłem jedno polskie małżeństwo, korzystając także z tej okazyi, by wyłożyć obecnym niektóre obowiązki katolickie.

Tymczasem dla Bardy był to dzień pamiętny, pewnego przełomu. Miasto to starożytne, niezmiernie ruchliwe i handlowe, półósma tysiąca mieszkańców liczące, nie miało dotąd katolickiej świątyni, bo wszystkie protestanci zabrali na zbory. Ks. proboszcz Wahl pomyślał i o tem. Zakupił najskromniejszy budynek opuszczony przy jednej z ulic, właściwie w podwórcu, sprawił doń stół, trochę ławek i konfesyonał, i obrócił go na kaplicę. Ostatnia Msza św. w Bardzie odprawioną była w r. 1583; od czasów reformacyi obecnie miała być pierwsza Msza św. w tej biednej kapliczce. Urządzono też nabożeństwo jak można najuroczyściej. Zebrało się z góra 500 katolików, nie tylko mieszkańców Bardy, ale przeważnie robotników polskich z okolicy. Ks. proboszcz poświęcił nowy Dom Boży, miał kazanie niemieckie i sumę, po której ks. Gadowski miał znowu polskie kazanie. Pieśni polskie towarzyszyły ofierze Mszy św. ks. Gadowski intonował w odpowiednich jej częściach: „Kto się w opiekę”, „U drzwi Twoich”, „Serdeczna Matko”, a kaplica cała brzmiała od polskiej pieśni.

W następną niedzielę, w uroczystość św. Apostołów Piotra i Pawła, obydwaj byliśmy w Stralsundzie. Ks. Gadowski miał wotywę i naukę polską do żołnierzy, po sumie znowu kazanie. Ale w pierwszą niedzielę lipca rozjechaliśmy się. Ks. Gadowski, odprawiwszy rano w Stralsundzie Mszę św., pojechał drugi raz z ks. proboszczem do Bardy, ja zaś na wyspę Rugję do miasta Góry. Obydwaj spowiedzi polskich nic zdołaliśmy ukończyć, mimo wytężonej pracy. Na Rugii Polacy skarżyli się na opuszczenie, ks. proboszcz wprawdzie co drugą niedzielę przyjeżdża, ale po polsku nic umie, a żaden inny kapłan tam nie zawita, ani wikary ze Szczecina, ani proboszcz wojskowy, którzy potrafią się porozumieć z Polakami. W czasie sumy śpiewali mi na chórze pieśni niemieckie, ale po kazaniu i w czasie kładzenia szkaplerzy zaśpiewano polskie pieśni, a przy błogosławieństwie Najświętszym Sakramentem sam zaintonowałem: „Przed tak wielkim Sakramentem”.

W ostatnią niedzielę naszej pracy, 13 lipca, kościółek w Stralsundzie był formalnie nabity. Spowiedzi słuchaliśmy już od 7 godz. wieczór, poprzedniego dnia do g. 10, a w niedzielę od 5 rano do 6 wieczorem. Ks. Gadowski miał sumę i naukę o szkaplerzu, ja dla wojska Mszę św. i po sumie kazanie. Ludzie nie mogąc się pomieścić w kościele, zalegli zakrystyę i chór, powchodzili aż na ławki.

Jak w ogóle każdej niedzieli, tak i teraz mieliśmy kilka polskich chrztów.

Ogółem wyspowiadaliśmy w czasie tej pastoracyi 650 osób, a byłoby jeszcze więcej, tylko ludzie widząc, że się już nie docisną, odchodzili.

Wreszcie mała statystyka parafii Stralsund. Obecnie obejmuje ona okręgi administracyjne: Stralsund, Franzburg, część Grimmen na stałym lądzie, oraz wyspę Rugję, Hiddensee, Ummanz i Wilm. Liczy katolików 1400 na stałym lądzie, na wyspach 240 – dzieci szkolnych 93. W roku 1901 statystyka kościelna wykazała Komunij św.: żołnierzy 291 w wielkanocnym czasie, 309 w jesieni; w czasie misyi 198; cywilnych wielkanocnych 362, na pastoracyi polskiej 454, W ciągu roku 570. Razem 2184 osób komunikowało.

Ułożywszy wewnętrzne stosunki parafii, ks. proboszcz stara się o rozszerzenie kościoła. Plany są już gotowe, a wykonanie ich to dalsza jego praca na dobrej drodze ku chwale Bożej.

 

Kartka z dziejów Pomorza i Rugii, Kraków: Wydawnictwo Czas, 1903, s. 5–46.

 

 

 

[1] Nestor z Kijowa, średniowieczny kronikarz.

[2] Adam z Bremy, niemiecki kronikarz i kartograf.

[3] Czołowy przedstawiciel ruchu protestanckiego w początkowej fazie jego rozwoju.

 

 

 

 

 

 

Koniec Heimatu

 

1926

Wizyta Hindenburga w Słupsku 

 

 

 

Najpiękniejszy kompleks sportowy na Pomorzu, efekt lat pracy, został poświęcony 15-go sierpnia w obecności prezydenta Rzeszy i otrzymał nazwę „Hindenburg-Kampfbahn” [„Arena Sportowa im. Hindenburga”]. Hindenburg na Pomorzu! Podróż przez Szczecin–Stargard do Słupska, podobna do triumfalnego pochodu. Niespotykane wiwaty na cześć zwycięzcy wielu bitew, czcigodnej postaci zwierzchnika kraju, spontanicznie wznoszone przez szanowanych obywateli, a także innych przedstawicieli mieszkańców Pomorza, spontanicznie i autentycznie. Na dworcu, a później przed nim, większa liczba wysokich rangą oficerów dawnego wojska, 250 flag i transparentów, więcej niż 200 weteranów… Następnie przyjęcie w ratuszu. Pozdrowienie i toast starszego mistrza niemieckich rzemieślników poświęcony zdolnym rzemieślniczym rękom. Powitanie w sali ratusza: Hindenburg, honorowy obywatel miasta, własnoręcznie wpisuje swoje imię do „Złotej Księgi”. A później celebrowany przez tysiące przejazd do kompleksu sportowego, przyjazd, przemówienie… Aż do słonecznego sierpniowego nieba dźwięczą okrzyki „Deutschland, Deutschland, über alles…”.

I to, co przysięga zakłada, czyli ćwiczyć, kształtować serce i rękę w szczerości i sile, to pokazuje, jak ważna jest przyszła walka, która wymaga, aby uczestniczyć w niej ze wszystkich sił… A potem, po wielu godzinach pobytu, pożegnanie i po raz kolejny wiwaty jak rzadko gdzie. I stale w cieniu powiewających niebiesko-białych pomorskich barw, które uczyniły ten dzień honoru dla Słupska dniem honoru i przysięgą wierności całego pomorskiego ludu.

Nowo zbudowany kompleks sportowy (…) ma powierzchnię 17 mórg. Właściwe miejsce sportowych zawodów ma rozmiar 70 na 100 metrów i jest otoczone torem z 400-metrową bieżnią o szerokości 4,80 metrów. Przy południowym bocznym łuku leży jeszcze szeroka na 2,40 metrów 100-metrowa prosta bieżnia. Cały kompleks jest wbudowany w zbocze góry, a z tyłu podparty jest na sztucznie usypanym wzgórzu. Z jednej strony zainstalowano specjalne trybuny. Oprócz budynku wejściowego i parkingu na placu przed stadionem znajduje się kilka kortów. W trakcie zawodów na stadionie prezydentowi państwa zostali przedstawienia budowniczowie kompleksu: miejski radca budowlany Weegmann, przewodniczący Państwowej Komisji ds. Rozwoju Fizycznego, radca miejski Wolff, radca sanitarny dr Moser z Pomorskiego Związku Śpiewaczego oraz nauczyciel szkoły średniej Pabst. Ten kompleks sportowy będzie miał z pewnością wielkie znaczenie dla całego Pomorza Wschodniego i pomoże dbać o rozwój sportu w całym regionie.

 

Pommersche Illustrierte Zeitung, 21.08.1926.

 

1926

Powódź w dolinie Dolnej Odry 

 

 

 

Powódź, która w ostatnich tygodniach uderzyła w dorzecze wszystkich niemieckich rzek, nie oszczędziła Odry i jej dolnego biegu. Przepadły już miliony, a przecież zasięgu katastrofy nie można jeszcze oszacować. Chodzi o tereny, które nastawione są na hodowlę zwierząt i gdzie zbiory siana zostały całkowicie utracone lub ich wykorzystanie stało się niemożliwe w wyniku powodzi. Ale nawet tam, gdzie woda opada, trawa nie będzie nadawała się do użytku z powodu naniesionych osadów piasku. Nie można przewidzieć, kiedy będzie można zrobić sianokosy i z pewnością już nie będzie to pełnowartościowa trawa. Na szczęście na Pomorzu nie doszło do zalania całych wiosek i pojedynczych osad. Jednak obszar uprawy ziemniaków i warzyw w okolicy Nipperwiese [Ognicy] bardzo ucierpiał i trzeba było tam ratować zbiory młodych ziemniaków przy pomocy łodzi. A do tego dojdą jeszcze szkody, których nie można jeszcze przewidzieć. Chodzi o zniszczenia kompleksów śluz na Dolnej Odrze, chociaż doniesienia dzienników, zwłaszcza te dotyczące zagrożenia całych instalacji, były w wielu wypadkach przesadzone. Aby zrozumieć przebieg całej sprawy, musimy pamiętać o następujących kwestiach:

Przez dziesięciolecia na terenie Dolnej Odry doszło do dwóch poważnych zmian:

1. Rozbudowa Odry z jej różnymi ramionami do rozmiarów dróg wodnych dostępnych dla dużych statków, dzięki przystosowaniu rzeki do roli szlaków żeglugowych, podzielonych na Odrę Wschodnią i Zachodnią, aż do Hohensaaten [miejscowość w Brandenburgii; miejsce, w którym zaczyna się kanał łączący Odrę z Hawelą]. Dokonując tego, zmuszono prąd rzeki do szukania nowych dróg, a oba jej ramiona połączono tylko kilkoma wodnymi połączeniami „na krzyż”, tak jak między Schwedt [miasto nad Odrą w Brandenburgii, 50 km od Szczecina] i Ognicą oraz między Gartz [miasto nad Odrą Zachodnią w Brandenburgii, 30 km od Szczecina] a Marwitz [Marwice] powyżej Szczecina. W pierwszych wymienionych połączeniach poprzecznych zainstalowane są śluzy, ponieważ odcięta od głównego nurtu przez śluzę Saatener Odra Zachodnia ma niższy poziom i musi być zabezpieczona przed wysoką wodą. Cała masa wody jest więc kierowana do Odry Wschodniej. Odra Zachodnia jest broniona od strony łąk przed powodzią wysokim wałem ochronnym. Dopiero powyżej Szczecina różnica poziomów wyrównuje się.

2. W parze z tym przekształceniem biegu rzeki szło osuszanie głównego koryta [Odry Wschodniej] i osuszanie poszczególnych łąk (polderów), na których poziom wody można regulować za pomocą przepompowni. Nawiasem mówiąc, na obszarze Odry wyróżnia się obecnie tylko powodzie zimowe i letnie. Te pierwsze są powiązane z topnieniem śniegu w górach, są większe i przynoszą ze sobą osady błota. Z tego powodu w groble wbudowane są zapory, które otwiera się podczas zimowej powodzi i zalewa sąsiadujące z nimi łąki, dając możliwość ujścia wodzie i naniesionym osadom. Przeciwieństwem zimowych są letnie powodzie, generalnie niższe, które spowodowane są albo przeciwnym do prądu rzeki wiatrem z północy, albo opadami deszczy u źródeł rzeki. Są jednak bardzo denerwujące, a to z powodu groźby uniemożliwienia sianokosów. Szczególnie są nią dotknięte obwałowania, w których zapory w czasie letniej powodzi są zamknięte. Jednak wał nie był w stanie wytrzymać naporu wody w ostatnich tygodniach, kiedy to woda osiągnęła wysokość zimowej fali, która miała sobie równej od roku 1816. Podczas gdy w czasie zimowych powodzi, przy otwartych jazach, parcie wody na wały nie jest tak duże, a woda odpływa na łąki, latem wysoka woda nie poddaje się: uderza w wały z zamkniętymi jazami i wypełnia koryto. Jeśli nie zostanie otwarta odpowiednia liczba przepustów, fala powodziowa będzie podnosić się i przeleje się nad szczytem wałów szerokim strumieniem. Stało się tak powyżej Schwedt, wkrótce potem także na polderze między Schwedt, Ognicą i Fiddichow [Widuchowa].

Niewiarygodnie ciężka praca mieszkańców tamtejszych osad, którzy czuwali w dzień i w nocy, podwyższanie i uszczelnianie wałów tysiącami worków z piaskiem – wszystko było na próżno. Szumiąc i pieniąc się, przelewała się woda wyrwami na łąki, zalewała wszystko. Z trudem, dzięki pomocy wojska, udało się zapobiec przerwaniu znacznie większej tamy przy torze żeglownym koło Schwedt. Ostatnio taka sytuacja miała miejsce w Gartz, gdzie zbyt niskie wały przy użyciu ciężkiego sprzętu pomagało podwyższać 150 żołnierzy Reichswehry i 50 poborowych. Aby obronić zachodnią Odrę przed wylaniem, musieli zbudować zupełnie nowy wał. Zagrożony był nawet wał drogowy między Mescherin [nad Odrą Zachodnią w Brandenburgii, 20 km od Szczecina] i Gryfinem. Był rozmokły, częściowo zalany i nieprzejezdny. Ogrom nieszczęścia staje się oczywisty dla każdego, kto jeszcze przed powodzią zwiedzał Dolinę Odry w okolicy Krajnika [Nieder-Kränig] i widział położone niedaleko od wałów przeciw powodziowych rozległe łąki, pokryte zielonym dywanem trawy. To, co wydarzyło się tutaj na Pomorzu, prawdopodobnie uratowało rozległe obszary poniżej, dając ujście powodzi. Dlatego tak mocno brzmi powszechne wołanie o pomoc. Fakt, że wodna tragedia dotknęła wszystkie niemieckie dorzecza, może ostatecznie być pociechą, choć słabą. Ponadto można założyć, że nasza administracja wodna będzie mogła z tej katastrofy wyciągnąć wiele wniosków na przyszłość.

 

Pommersche Illustrierte Zeitung, 10.07.1926.

 

1926

Z życia kąpieliska w Kołobrzegu 

 

 

 

W Kołobrzegu dzień zaczyna się porannym koncertem na Frühkonzertplatz [Plac Porannych Koncertów, między ul. Spacerową, Mickiewicza i Towarową]. Wszystkie werandy leżących wokół niego domów zdrojowych są całkowicie zapełnione. Słońce, prześwitując przez korony starych drzew, maluje drżące esy-floresy na ziemi i pozwala srebrnym strugom wody lśnić różnymi kolorami, podczas gdy w cienistej arkadzie bindażu kuracjusze słuchają muzyki. Kiedy tylko milknie ostatnia nuta, wszyscy pędzą na plażę lub do nadmorskich kurortów. Od mola do Familienbad [Morskiego Oka] rozpościera się miasto plażowych koszy. Tutaj, na odkrytym wybrzeżu, jest wspaniały dostęp do morza, a na plaży można leżeć na drobnym piasku. Najlepszym rozwiązanie jest nicnierobienie. Książka, którą wzięliśmy, nagle wypada z ręki, oczy marzycielsko patrzą na niekończące się morze, którego szum cudownie koi i kołysze do snu. Tylko młodzież nie zna spokoju. Powstają dumne zamki z piasku, łopoczą flagi, a od wydm odbijają się zwycięskie okrzyki opalonych na brąz chłopców i dziewcząt. Morskie Oko jest oazą wyciszenia. Trzymając się za ręce, młodzież biegnie w kierunku fal. Na plaży bawią się w kółko graniaste lub w inne zabawy. Wszędzie leżą grupy ludzi, którzy poddają się postępującemu brązowieniu: najwyższą ambicją jest to, aby przypominać kolorem skóry Indian. Po karnacji można poznać, jak długo ktoś gości w Kołobrzegu. Wydaje się, że trudne jest wspinanie się po gumowych, nadmuchanych zwierzakach, które pływają w wodzie. Raz za razem zawodnik wpada do wody, a doping kibiców jest bardzo zaangażowany – aż do potrząsania gumowym końmi włącznie. Za balustradami kawiarni w Morskim Oku widać roześmiane twarze. Plażowy fotograf nie musi nawet mówić: „Proszę się uśmiechnąć”. Ci sprawni fizycznie nie boją się wspiąć na narty wodne, które ciągnie motorówka, aby potem wyprostowani, w pełnym pędzie, przelatywać nad falami. Letni spokój rozciąga się wzdłuż parku, w którym potężne dęby, zarośla i gęste drzewa iglaste dają cień i chronią przed morską bryzą. Ogród Różany wygląda jak zaczarowany, swoimi wielobarwnymi różami zaprasza, aby w nim zostać i oddać się marzeniom. Naprzeciwko jest hotel „Strandschloss” [„Zamek na Plaży” – Dom Zdrojowy] ze wspaniałym widokiem na morze. Na werandzie podają tam popołudniowa herbatę. Przed kolacją jest czas na przegląd wielu dzienników i czasopism wyłożonych w tamtejszej czytelni, a następnie przygotowanie planów na wieczór. Wybór jest trudny: potańcówki, pogadanki naukowe i artystyczne, dobra operetka w miejskim Teatrze Zdrojowym lub wieczorny koncert w jasno oświetlonej muszli koncertowej przy „Zamku na Plaży”. Z molo można godzinami patrzeć na spokojne, nocne morze. Mrucząc, fala po fali uderza o palisadę; ozdobione lampionami łodzie wracają w korowodzie do domu; śmiech i śpiewy jasnych dziewczęcych głosów odbijają się od murów latarni, a promienie światła, które wysyła, świecą podczas ciepłej, letniej nocy. Ale kiedy morze ryczy i rześki, północno-zachodni wiatr przeskakuje nad wydmami, do opalania się zaprasza park, w którym można również drzemać w hamaku zawieszonym między rozłożystymi bukami.

W środku, w zieleni, w pobliżu morza, są korty tenisowe. W bogatym w ozon leśnym powietrzu i w odświeżającej bryzie znad morza ćwiczą przed turniejem ubrane na biało muskularne postacie. Czerwone kurtki chłopców od podawania piłek przebijają się przez zieleń, a liczenie sędziego rozbrzmiewa nad kortem. Nieco dalej rozciąga się teren klubu jeździeckiego z torem do skoków. To miejsce rendez-vous, podczas którego na wyścigach konnych spotyka się miasto i wieś. Na padoku widać grupy pięknych i eleganckich pań. Jeźdźcy na znak rozpoczynają paradę i brzmi wesoła muzyka. Szczególnym wydarzeniem są wyścigi jeździeckie i zawody w powożeniu. Później – polowanie na lisa. Tuż za torem wyścigów, na historycznym Wolffsbergschanze, znajduje się Scena Leśna. Szeroki krąg jest ściśle wypełniony tysiącami słuchaczy. Kapelmajster podnosi batutę i dźwięki muzyki mieszają się z szumem starych, leśnych olbrzymów. Ale kto woli spokój i samotność od hałaśliwego życia w kąpielisku wypełnionym sportem, zabawą, muzyką, ludźmi i zasadami ubioru, znajdzie je w lasku Załęże lub w lesie miejskim. Można tam wędrować godzinami. Szczyty sosen, intrygująco uformowane na wysokiej wydmie od północnego-wschodu przez wiatry, szeleszczą cicho w morskiej bryzie. Wiewiórki skaczą nad ścieżką. W słonecznym, lśniącym lesie rozbrzmiewa kukanie kukułki i stukanie dzięcioła. W trawie cyka konik polny. Na polanie motyle trzepoczą skrzydłami, a jaskrawo kolorowe ważki brzęczą na trzcinach samotnego, leśnego jeziora. W błękitnej dali na morzu widać biały parowiec trzymający kurs i czerwono-brązowe żagle łodzi rybackich. Tutaj morze i wybrzeże tworzą jedność. Ciemne sosny jasnymi smugami cienia wpatrują się w brzeg wąskiej plaży. A za nimi urwisko, las i pomorskie łąki. Kurort Kołobrzeg oferuje wszystko, co osiągnęły natura i ludzka praca, to, czego pragnie serce. Ale o starym mieście w Kołobrzegu opowiemy innym razem.

 

Pommersche Illustrierte Zeitung, 11.09.1926.

 

1926

Podróż ze Szczecina w górę Odry 

 

 

 

Jesienna podróż do szczecińskiego zagłębia owocowo-warzywnego. Historia o kapuście i jabłkach, żniwach i całowaniu, księżycu i innych pięknych rzeczach.

 

Dzień po dniu parowcem i barkami płyną do Szczecina warzywa i owoce, które pochodzą ze zdrowych terenów doliny Odry. Potem na Bahnhofbollwerk [Bulwar Piastowski] tętni życie: kupcy i sprzedawcy tłoczą się przez kilka godzin, aż po południu tylko kilka luźnych liści kapusty i zmiażdżonych śliwek przypomina o tym, co było transportowane w pudłach, skrzyniach i pojemnikach wszelkiego rodzaju, aby trafić do żołądka wielkiego miasta.

Bardzo interesująca jest podróż pociągiem w górę Odry, w stronę Greifenhagen [Gryfino]. Tutaj, na czarnej ziemi odzyskanej z wrzosowisk, różnego rodzaju kapusty stają się bardziej jędrne i krzepkie. Wkrótce ziemia będzie znowu przekopana, aby przyjąć nowy zasiew sałaty. Słoneczniki i dynie rywalizują pod względem wielkości oraz koloru i walczą z brązowo-czerwonymi liśćmi buraków o to, które z tych warzyw jest piękniejsze. Wokół całe połacie pachnącego selera, jak również wszystkiego, co rośnie, kwitnie i wydaje się pachnieć jesienią. Ten zapach wciska się do zamkniętego przedziału jadącego pociągu. Można zamknąć oczy i korzystać z tych pyszności. Można poczuć zapach okolicy, przez którą jedziemy. Znaleźć taki układ, w którym spotkają się zapach, smak oraz apetyt – i zadecydować, co nazajutrz pani domu powinna postawić na obiadowym stole. Pachnąca, apetyczna kraina!

Ale skąd pochodzą wszystkie owoce, które w doskonałości i obfitości docierają do miasta Szczecina? Cóż, odpowiedzieć na to pytanie nie jest trudno. Tereny owocowe i warzywne w przybliżeniu pokrywają się z szerokim obszarem doliny Odry. Wiosną niemal we wszystkich tutejszych miejscowościach pada „śnieg” płatków z kwitnących owocowych drzewek, jesienią na gałęziach drzew widać kolorową poświatę. Strome brzegi i wpływ prądu rzeki dają temu miejscu pewną przewagę klimatyczną. To prawdziwy raj, który uwiedzie każdego, kto przypłynie tutaj w niedzielę parostatkiem ze Szczecina przez Gryfino do Nipperwiese [Ognica] i Nieder-Kränig [Krajnik Dolny]. Nie chcę dużo mówić o przejażdżce w złotym jesiennym świetle, nie chcę mówić o uroczo położonej Fiddichow [Widuchowa], w okolicach której zaczynają się strome, zalesione brzegi. Wszystko to jest piękne, ale te miejsca zna wiele osób. Jeśli jednak idzie się wzdłuż rzeki od Krajnika Dolnego do Nieder Saathen [Zatoń Dolna], może poczuć ten niebieski cud – mówiąc w przenośni; ponieważ to, co widać i się podziwia, jest nie tylko niebieskie, ale ma czerwone policzki lub złote włosy, to nie tylko śliwka, ale przede wszystkim gruszka i jabłko! Jabłko nad jabłkami! Musimy się temu przyjrzeć dokładniej.

Znajdujące się blisko siebie szczyty doliny prowadzą do brzegów szybko płynącej rzeki i zostawiają niewiele miejsca najpierw dla części Krajnika Dolnego, a dalej, obok wąskiej drogi, tylko dla kilku niewielkich zagród znajdujących się na stromym zboczu. Ale te domostwa mają w sobie tak zagospodarowaną przestrzeń, że wydaje się, iż wszystko w nich oszczędnie się splata, co tworzy urocze i malownicze widoki. I to, co w czasie jesieni trzeba zgromadzić na zimę, szczególnie na potrzeby stodół stajni, czyli siano słomę i drewno, znajduje się w potężnych stodołach po drugiej stronie drogi. Stoją one na tak wąskim terenie przy brzegu Odry, że wędruje się między nimi jak przez wąskie gardła. To także miejsca, które chronią żywy inwentarz, a także przed wiatrem od ogniska. A przed i za domami zwykłe drzewa mieszają się z drzewami owocowymi. Dalej towarzyszymy ścieżce między zarośniętym brzegiem a zalesionymi wzgórzami, zatrzymując się na chwilę koło gospodarstwa „Czarny Kot”. Tam ponownie wchodzimy w las liściasty, aby następnie wynurzyć się na pustkowiu. A tam jakże cudowny widok! Podczas gdy my chwilę odpoczywamy w środku ciemnej leśnej arkady, widzimy, że jesteśmy na zboczu wzgórza tuż obok zbierających owoce. To, co chroni las i dojrzewało w promieniach słońca, leży jeszcze niezapakowane na jasnym, zielonym trawniku zajmującym całe zboczach pagórków. Jabłka, gruszki o czerwonych i żółtych plamkach, które skosztowały słońca. Stare jabłonie są o nie zazdrosne i rzucają wąski, cętkowany cień. Jakże jest cudownie w te jesienne słoneczne godziny!

Myśliwy mógłby pomyśleć, że przeszkadzamy i podsłuchujemy dziewczę, które opłukuje w wodzie garnek. Czy można tam także zrobić szarlotkę? Czy przyciągnął go zapach czy czerwone usta? Nie pojmujemy tego. Niestety, musimy wędrować dalej. Na sztucznie poszerzonym tarasie pomiędzy wysokim brzegiem a nurtem rzeki położona jest wioska Zatoń Dolna. W jej środku na wzgórzu stoi kościółek z cmentarzem wokół. Przez sady na zboczu doliny, zielone od bujnego trawnika, który wyrósł na żyznej glebie, wspinamy się w górę. Zstępując z wysokości, wolni i dumni, spoglądamy na srebrną wstążkę rzeki z jej krawędziami zagubionymi w woni błękitu. Zstępujemy w gąszcz śliw, jabłoni i gruszy. Owoc wisi obok owocu, to zbyt kuszące, aby się im oprzeć. Ale jeśli chcesz być rzetelny, zbieraj to, co podmuch nocnego wiatru rzucił na drogę. Tyle wystarczy, żeby się najeść. I nie widać żadnych ludzi; wydaje się, że wszyscy śpią.. Tylko ujadający kundel głośno ogłasza, że obcy są we wsi. Później on też milknie i tylko owoce wabią czerwonymi policzkami i niebieskimi oczami! A Adam wziął jabłko i oddał je swojej żonie… Czy było odwrotnie? Nie pamiętam…

W światło wieczoru wiedzie nas nasz parostatek na powrót do rodzinnego nadodrzańskiego miasta Szczecina. W ostatnich promieniach mijamy Ognicę i Widuchową. Kobiety, dziewczęta i mężczyźni, ubrani w niedzielne stroje, ustawiają się na nabrzeżu w kolorowe grupy. My – parowiec i my – jesteśmy ostatnim wydarzeniem tego dnia. Następnie Gryfino i już zmierzch, który sprawia, że wszystkie kolory bledną i zapraszają do snu. Powoli mijamy holownik. Na ostatniej z wielkich barek gra muzykant. Melancholijnie brzmią dźwięki: „Dobry księżycu, idziesz tak cicho…”. I rzeczywiście nad ciemnymi łąkami i polami w Wintersfelde [Czepin], gdzie, jak szybko można się zorientować dojrzewają główki kapusty, wisi księżyc w pełni. Wisi tam… tak, wisi jak – no, powiedzmy – jak gigantyczna dynia! Ależ nie, pomyśli ktoś inny, wisi jak jabłko z Dolnego Krajnika, jak żółta gruszka… Wszyscy, którzy tam jesteśmy razem, nie możemy oderwać od niego wzroku. A on teraz mruga psotnie, teraz zamyka oczy, a teraz zupełnie zniknął. A ja wiem, że tam daleko w „Dolinie miłości”, skąd wracamy, w rajskiej krainie jabłek, myśliwy trzyma teraz swoją dziewczynę w ramionach… Łyk cydru, całus i zmiana. I zmiana… Jutro wczesnym rankiem parostatkiem przypłyną jabłka z Krajnika Dolnego i kapusta z Czepina. Na obiad jest czerwona kapusta. Prawdziwie kwaśna! To nam dobrze zrobi…

 

Pommersche Illustrierte Zeitung, 09.10.1926.

 

1935

Święta Bożego Narodzenia w Dąbiu 

 

 

 

W tych dniach we wsiach i miastach naszego kraju czuje się już ducha Bożego Narodzenia. Dla dzieci to już prawie Święta. Ich życzenia krążą wokół nowych kolejek elektrycznych i zabawek, lalek, gier i tysięcy innych rzeczy, które poruszają serce dziecka. A jeśli my, dorośli, chcemy być szczerzy, to musimy przyznać, że też nie możemy uciec przed przedświątecznym nastrojem.

Przed wystawami sklepów z zabawkami widać w tych dniach wielu dorosłych mężczyzn, którzy znowu stali się dziećmi i z sąsiadem fachowo badają budowę nowych modeli kolejek. Niektórzy z poczuciem melancholii wracają do dzieciństwa, kiedy leżąc godzinami na brzuchu, mogli naprawiać przełącznik lub odkrywać sekrety miniaturowej nastawni.

Cały naród ponownie uczestniczy w świątecznym nastroju tych dni. Piękny zwyczaj upowszechnił się: na stacjach kolejowych dużych miast, w wirze ruchu kosmopolitycznych metropolii i na rynkach mniejszych miast stoją wielkie choinki, symbole niemieckiego Bożego Narodzenia. Dni adwentu, których obyczaje były dotychczas żywe tylko w cichych, odległych wioskach, w tym roku bardziej niż kiedykolwiek stały się okazją do obchodzenia licznych świątecznych zwyczajów.

Kiedy patrzymy na miasto lub wioskę, widzimy, jak prowadzą one swoje życie zgodnie z własnymi prawami. Mieszkańcowi wielkiego miasta trudno jest zgłębić te prawa, ponieważ życie metropolii jest bardzo różnorodne i kolorowe, a on jest jego tylko małą częścią (…). Łatwiej ma mieszkaniec małego miasteczka. Dorasta w środku życia swojej społeczności, jest otoczony wszystkimi wydarzeniami i wie o wszystkim, co dzieje się wokół niego. Tak wrasta od młodości w organizm swojego miasta, czuje się z nim mocno związany i ma głębsze poczucie miłości do małej ojczyzny niż człowiek z wielkiego miasta. Spokojnie i przemyślanie – a jednak trwające w dokładnej zgodności z naturą – życie w wiosce idzie swoją drogą. W wiecznym rytmie dawania i brania rolnik obrabia swoją rolę. Słońce i deszcz, zimno i upał – tym określa wydajność swojej pracy, w której może osiągnąć wiele tylko dzięki swojej pracowitości. A wszystko to jest corocznym procesem, począwszy od siewu aż do zbioru, prac mających swój czas w ściśle określonych porach roku. To sprawia, że rolnik zna swój świat najlepiej, gdyż jest zakorzeniony w swojej małej ojczyźnie.

Pomiędzy tymi trzema postawami ludzkiej społeczności: dużym miastem, małym miasteczkiem i wioską, istnieje wiele pośrednich struktur, których nie można dopasować dokładnie ani do tych, ani do innych społeczności. Istnieje wiele społeczności na obrzeżach wielkich miast, które miasto, gdy rosło rok po roku, wchłonęło. Te społeczności z wolna straciły swoje oblicze. Ale te obrzeża nie stały się jeszcze miastem, pomimo ruchu tramwajowego i samochodowego. Zachowały silne cechy wiejskiej natury. Jest też wiele średnich miast, zbyt małych jak na metropolię i zbyt dużych jak na małe miasteczko. Pod wieloma względami przybrały one wygląd dużych miast, z którymi często mogą konkurować w szeroko zakrojonym planowaniu. Jeśli jednak przyjrzeć się temu bliżej, okaże się, że wyraźnie widoczne są w nich cechy małego miasteczka. Nie wszyscy mieszkańcy mogą się znać wzajemnie, ludzie poznają się nawzajem w swoich zawodach i przede wszystkim z tego powodu życie społeczne jest tutaj bardziej podobne do życia w małym miasteczku. Poza tym znane są liczne miasta i wsie, które znajdują się bezpośrednio obok dużego miasta i mimo że są one całkowicie samodzielne, żyją w cieniu tego miasta.

Również Dąbie zależy do tego typu małych miast. Przez stulecia było to całkowicie niezależne miasto, ale w czasie ostatnich 50 lat stało się ono coraz bliższe wielkiemu sąsiadowi – Szczecinowi. Chociaż dystans jest wciąż taki sam, to podróż, która trwała kiedyś kilka godzin, stała się zaledwie kilkuminutową przejażdżką samochodem lub pociągiem. W ten sposób więzi między tymi dwoma miastami, które wcześniej miały głównie kontakty handlowe, zacieśniły się coraz bardziej. Kto jeździ wczesnym rankiem albo po południu po ulicach Dąbia lub korzysta z podróży koleją z Dąbia do Szczecina, ten może zapewnić, że wielu mieszkańców Dąbia jest zatrudnionych w Szczecinie. Jest to taki sam obraz, który prezentuje się w kręgu każdego dużego miasta: z nieodpartą siłą wielkie miasto pochłania zasoby ludzkie z sąsiednich społeczności. Ten ciągły ruch odbywający się na zasadzie przypływów i odpływów może sprawiać wrażenie, że małe miasteczka są tylko przedmieściami większych.

Ale nie byłoby nic bardziej mylnego niż ten pogląd, a najlepszym tego przykładem jest miasto Dąbie. Oczywiście, każdego dnia wysyła ono „powódź” ludzi do Szczecina, a ruch ten jest często tak duży jak między dwiema dzielnicami jednego miasta. Ale mimo to Dąbie zachowało swoją twarz i żyje blisko ze swoim otoczeniem. Każdy, kto przejdzie przez to miasto z otwartymi oczami, odkryje, i to nie tylko w okresie świątecznym, jego całą różnorodność.

 

Pommersche Zeitung, 15.12.1935.

 

1937

Sylwester 1936/1937 w Szczecinie 

 

 

 

Nieodwołalnie weszliśmy w Nowy Rok

 

Ucichły już noworoczne toasty, a pierwszy dzień roboczy roku sprawił, że dla wielu osób praca ma jeszcze „kwaśny” smak. Zniknęła też ostatnia nuta świątecznej magii, ze swoimi płonącymi świecami. Gdy wyblaknie świąteczna radość przy likwidacji „wiecznie zielonego” drzewka, te jej „ślady” będą szczególnie widoczne. Tylko szczęśliwa młodzież może jeszcze bawić się i cieszyć się podarunkami, które przedłużają pamięć o świętach..

Jeśli chodzi o pożegnanie starego roku, to nie ma co zawracać sobie tym głowy. W każdym razie był to prawdziwy szczeciński sylwester, który zaczął się już we wczesnych godzinach popołudniowych i trwał do rana, ze zrozumieniem ze strony surowej policji.

Jeszcze na dobre nie zaczęło zmierzchać, gdy na wszystkich rogach i końcach ulic zaczęły strzelać kapiszony, dające młodzieży nieokiełznaną radość, często jednocześnie terroryzując przechodniów. Jednak strzelanie ogniami bengalskimi i z wiatrówki w szyby wystawowe w Ufapalast [obecnie Dom Handlowy Posejdon] to już degeneracja, którego to wykroczenia sprawcy niestety nie odpokutowali, ponieważ uciekli i pozostają nieznani. Mam nadzieję, że jednak złapią was i dadzą wam przyzwoity rachunek noworoczny, którego nie zapomnicie do końca życia!

Około godz. 9 rozpoczął się ruch uliczny na głównych ulicach, którego natężenie nie zmieniło się w porównaniu do poprzednich lat. Ponieważ sylwester jest dla każdego szczecinianina świętem radości, frekwencja we wszystkich lokalach w mieście była przerażająco wysoka. Resztki pensji powodują, że ta radość często podnosi się do punktu wrzenia. Dobry nastrój i pieniądze są przecież potrzebne do tego, żeby godnie i w światowym stylu pożegnać rok.

Kiedy punktualnie o północy – równo z zapowiedzią z radia – zaczynają bić dzwony, nastrój dochodzi do apogeum w „Szczęśliwego Nowego Roku!”, który to toast szczególnie w centrum miasta przechodzi w ryczące okrzyki. Z okien przywitano nowy rok hukiem, który niósł się echem. Mimo wielkiej chwili kataryniarze grali swoje melodie, które zmuszają do płaczu, a zajęci sprzedawcy kiełbasek z wielkim wysiłkiem wokalnym wykrzykiwali swoje: „Gorące!”. Przecież mieli czas do rana… Nie będzie im wcale zimno. Ale kto przeżył zmianę roku w restauracji, sam może opowiedzieć te historie, które mogły się wydarzyć tylko w tej szczególnej godzinie. Zwiastunami nadchodzącego karnawału są ci, którzy robią w nich największe show, jak człowiek w podkolanówkach, który trzymał w ramionach piękną dziewczynę i tańcząc, od czasu do czasu wyrzucał ją w powietrze. Dopiero po bliższym przyjrzeniu okazało się, że piękna jest naturalnej wielkości lalką. Radość nie miała żadnych granic, chociaż pozostawała w pewnych ramach – dlatego ten pijak musiał zostać wzięty pod dozór. Wszakże należy pamiętać o przyzwoitym zachowaniu świadectwo moralne! Ci, którzy mniej mogli cieszyć się tą nocą, to zajęci pracą tramwajarze którzy prowadzili swoje pojazdy do bladego świtu, aby zmordowani zabawą mogli dotrzeć do domów.

Także ci, którzy pozostali w domach, świętowali do białego rana. Bo jest tylko jedna noc, ta pierwsza w nowym roku, kiedy domy w mieście pokazują tak dużo oświetlonych okien. Można mieć nadzieję, że gdy zobaczą bessę na giełdzie, pierwszy dzień pracy nie będzie dniem kaca, bo przecież kac nie pomaga w przywoływaniu wspomnień pięknej sylwestrowej zabawy. Poranek nowego roku Wehrmacht pozdrowił swoją „Wielką Pobudką”, tym razem przeprowadzoną przez 32. Batalion Pionierów. O 7 rano wyruszył z siedziby przy Galgwiesenstraße [obecnie ul. Jana Henryka Dąbrowskiego] i przemaszerował z orkiestrą głównymi ulicami miasta. Następnie w koszarach nastąpiła uroczysta parada.

Ta „Wielka Pobudka” była pierwszym ostrzeżeniem w rozpoczynającym się w nowym roku, które przypomniało wszystkim o powadze życia. Dni świętowania, których rzeczywiście było bardzo wiele, minęły, muzyka wybrzmiała. Niech spełnią się wszystkie dobre życzenia, które znalazły tak wspaniały wyraz w świętowaniu na przełomie roku.

 

Pommersche Zeitung, 02.01.1937.

 

1938

Zmiana nazw miejscowości na Pomorzu Nadodrzańskim 

 

 

 

Nakładem Delmanzosche Buchdruckerei w Słupsku (Stolp) ukazała się mała książeczka pt. Zmiana nazw miejscowości w prowincji koszalińskiej i w powiecie szczecineckim. Opracowane na podstawie oficjalnych dokumentów.

Z broszury tej dowiadujemy się, że na Pomorzu Nadodrzańskim, a mianowicie w powiatach bytowskim, szczecineckim, słupskim, lęborskim, sławnowskim i miastkowskim (Bütow, Neustettin, Stolp, Lauenburg, Schlawe, Rummelsburg), zmieniono ogółem 138 nazw miejscowości oraz 28 nazw jezior o brzmieniu przeważnie polskim, a więc np. miejscowości takie jak Mockre, Bonken, Polenskenhol[4] itp. na nazwy niemieckie, jak Steinfurt, Ullrischdorf, Rodenau, Gotendort, Bismarckstein itp.

Broszura wydana w Słupsku nie jest pierwszym tego rodzaju wydawnictwem. W ciągu ostatnich 2 lat na terenach wschodnich Rzeszy ukazało się już kilka tego rodzaju broszur czy książek, orientujących w wielkiej ilości zmian przeprowadzanych ostatnio w nazwach miejscowości, jezior i rzek.

Ogromna większość tych zmian wyraża się w całkowitym usunięciu brzmienia polskiego nazwy i wprowadzeniem zupełnie nowego brzmienia niemieckiego.

W związku z powyższym przypomnieć tu należy, iż Związek Polaków w Niemczech w memoriale złożonym 2 czerwca 1938 r. p. Ministrowi Spraw Wewnętrznych Rzeszy stwierdził, iż „jak przedtem, tak i nadal polskiej nazwy miejscowości zmienia się urzędowo na formę niemiecką, przez co prastare wartości kulturalne Narodu Polskiego, które wyrażają się też w polskich nazwach miejscowości, są niszczone”.

 

Dziennik Berliński, 11.06.1938.

 

 

 

[4] Taki zapis był typowy dla nazw małych miejscowości na niemieckich „kresach wschodnich” (Pomorze, Śląsk, Warmia i Mazury). Nazwy słowiańskie były pisane fonetycznie – ich słowiańskie brzmienie nie podobało się hitlerowcom, stąd zmiana nazw na czysto niemieckie.

 

1938

Noc Kryształowa w Szczecinie i na Pomorzu 

 

 

 

Na Pomorzu płonęły synagogi

 

O 4 rano szczecińska synagoga stanęła w płomieniach – straż pożarna bezsilna – ludzie w szoku – pożary synagog w regionie.

Wiadomość o zgonie sekretarza von Ratha[5], ofiary żydowskiego zamachowcy, sprowokowała minionej nocy także w Szczecinie i w całym regionie antyżydowskie wiece, podczas których w głównym mieście okręgu stanęła w płomieniach synagoga przy Grüne Schanze [obecnie ul. Dworcowa] i całkowicie spłonęła. Wcześniej po wiecu zostały wybite okna wystawowe żydowskich sklepów, których w Szczecinie najwięcej znajduje się właśnie przy Grüne Schanze. Także na prowincji w wielu miastach spłonęły synagogi. Do dalszych ekscesów przeciw Żydom nigdzie jednak nie doszło.

O 4 rano w czwartek rozeszła się po Szczecinie wiadomość, że w synagodze przy Grüne Schanze wybuchł pożar. W krótkim czasie zebrał się tłum ludzi, którzy mogli obserwować, jak ogień, który widocznie wybuchł pod dachem, szybko się rozprzestrzenił i wkrótce zmienił cały dach synagogi w ogromną pochodnię. Płomienie sięgały nad murami na wysokość 10 metrów.

Straż pożarna, która przyjechała na miejsce licznymi wozami gaśniczymi wyposażonymi w gaśnice, w związku z szybkim rozszerzaniem się ognia ograniczyła się do ochrony otaczających synagogę budynków.

Około 5.30 dach był już tak spalony, że trzeszcząc, runął do wnętrza synagogi. Przez okna widać było morze ognia. Bił taki żar, że w leżącym naprzeciwko domu w kilku oknach popękały szyby.

Widać było wyraźnie, jak wielkie łuki kopuły zaczęły płonąć, aż spadły jeden po drugim w głąb budynku. Nadal stoją tylko zewnętrze ściany synagogi.

Przedsiębiorstwo transportowe skierowało wczoraj tramwaj nr 3 w kierunku dworca objazdem. Tramwaj wymija miejsce pożaru, jadąc od Moltkestraße [obecnie al. Wyzwolenia, wcześniej ul. księcia Jaromira] na rogu Pölitzerstraße [obecnie ul. Roosevelta], od używanego do tego miejsca przystanku, i jedzie przez Pölitzerstraße, Grabower [obecnie ul Matejki], Königstor [obecnie plac Hołdu Pruskiego], Rossmarkt [obecnie plac Orła Białego], Kohlmarkt [obecnie ul. Grodzka] i Schulzenstraße [obecnie ul. Sołtysia], trasą tramwaju linii nr 4.

Jeszcze wczoraj po południu przygotowywano ekipy rozbiórkowe, aby zabezpieczyć pozostałe mury synagogi, by ocalałe części muru nie były zagrożeniem dla ruchu drogowego.

Wczoraj po południu i w godzinach wieczornych w domach obok synagogi i naprzeciw ostrożnie zabezpieczano przed wybuchami okna. Podczas wysadzania w powietrze murów synagogi, co nastąpiło dzisiaj w godzinach porannych, otaczające ją domy zostały dla bezpieczeństwa ogrodzone.

Także barierki dla wielkiej liczby obserwatorów na Grüne Schanze, którzy jeszcze wczoraj mieli okazję podchodzić blisko synagogi, zostały odsunięte dalej.

Zanim synagoga stanęła w płomieniach, odbywały się już zgromadzenia przed żydowskimi sklepami we wszystkich częściach handlowych Starego Miasta. W ich trakcie rozgorączkowany tłum powybijał wszystkie okna wystawowe. Zgromadzenia nie trwały jednak długo i w żadnym wypadku nie doszło do złego traktowania Żydów.

Cały wczorajszy dzień minął w Szczecinie pod znakiem antyżydowskich demonstracji. Do późnych godzin wieczornych tłoczyły się masy ludzi na ulicach Starego Miasta, szczególnie przed żydowskimi sklepami, których okna wystawowe zostały pozabijane deskami. Zwłaszcza burzliwe były demonstracje przy pogorzelisku na Grüne Schanze. Ale kiedy ogłoszono rozkaz ministra propagandy Rzeszy, wszędzie panował pokój i porządek.

Synagogi stanęły w płomieniach także w wielu miejscowościach na prowincji – m.in. w Stralsundzie, Passewalku, Świnoujściu, Gryfinie, Goleniowie, Nowogardzie, Pyrzycach, Koszalinie, Słupsku, Szczecinku i Pile. W różnych żydowskich zakładach powybijano okna. W Stralsundzie wszyscy Żydzi zostali wzięci pod areszt ochronny. Do złego traktowania Żydów nie dochodziło, ponieważ ludność, pomimo całego wzburzenia tchórzliwym żydowskim działaniem, zachowywała spokój.

 

Pommersche Zeitung, 11.11.1938.

 

 

 

[5] Ernst vom Rath – niemiecki dyplomata, zamordowany w Paryżu przez 17-letniego Herszela Grynszpana. W następstwie zamachy doszło do podsycanych przez nazistów pogromów, które przeszły do historii pod nazwą Kristallnacht – nocy kryształowej.

 

1938

Kąpielisko Międzyzdroje otrzymało dom Hitlerjugend

 

 

 

Gmina kupiła tak zwany „Żydowski Zamek”, który zostanie całkowicie przebudowany – Żydzi także tutaj byli bezczelni i aroganccy.

Gminie Międzyzdroje po bardzo przystępnej cenie udało mu się pozyskać dawny żydowski dom dla dzieci, będący po wielkiej przebudowie. Międzyzdrojska młodzież ma wreszcie miejsce, w którym będzie się czuć dobrze jak w domu. Międzyzdroje będą dzięki temu mieć wreszcie Dom Hitlerjugend, który będzie odpowiedni dla znaczenia i wielkości tej organizacji.

Kwestia żydowska, która dziś jest na pierwszym planie, budzi w pamięci czasy, gdy Międzyzdroje mieściły w swoich granicach żydowski sierociniec. Budynek stoi na skraju miasta, wysoko na wzgórzu. Chociaż z zewnątrz nie zachwyca, jest tak duży, że potocznie nazywa się go „Żydowskim Zamkiem”. Mieszkający w nim berlińscy Żydzi zachowywali się jak panowie zamku nie tylko w jego wnętrzach, ale także, w prawdziwie żydowskim stylu, na ulicach i na plaży. Dlatego aby uniknąć nękania niemieckich gości zarząd uzdrowiska zmuszony był wyznaczyć Żydom miejsce do zabaw i kąpieli daleko na zachodnim krańcu plaży.

Tak było w momencie przejęcia władzy, po której kierownictwo i personel „Żydowskiego Zamku” początkowo zachowywały się z pewną rezerwą i wahaniem. Ale potem, w 1934 roku, kiedy zobaczyli, że nie spadnie im włos z głowy, zaczęli okazywać nie tylko śmiałość i bezczelność. Na początku 1935 roku wciąż mieli czelność przemaszerować po nadmorskiej promenadzie, śpiewając kpiąco o ruchu narodowosocjalistycznym. W tym momencie wyczerpała się cierpliwość i skończono z tym. W rezultacie wszyscy Żydzi musieli natychmiast spakować swoje bagaże i wyruszyć do Berlina. Kilka dni później Międzyzdroje wyrzuciły także ich towarzyszy, którzy odważyli się zostać tutaj jeszcze jako goście. „Żydowski Zamek” został wtedy zapieczętowany i nie był wykorzystywany – do dzisiaj.

 

Pommersche Zeitung, 24.11.1938.

 

1938

Wizyta Hitlera w Szczecinie 

 

 

 

Pozdrowienia dla Führera

 

O godz. 13.30 na wspaniale udekorowany Dworzec Główny wjechał pociąg specjalny Führera. Przywitany przez swojego zastępcę Rudolfa Hessa i Gauleitera[6] Schwede-Coburga, Führer przeszedł w towarzystwie jego osobistych i wojskowych adiutantów przed formacjami honorowymi Wehrmachtu, policji, SS i SA. Fala entuzjazmu tłumu sięgnęła szczytu, gdy Führer wyszedł na plac przed dworcem. Kiedy rozpoczął przejazd przez miasto, wybuchały bezprzykładne, huraganowe wiwaty.

Jasne dźwięki fanfar Hitlerjugend oznajmiły przybycie Führera przed Landeshaus [gmach Prowincji Pomorskiej, siedzibę NSDAP, obecnie Urząd Miasta przy placu Armii Krajowej]. Wśród honorowych gości widać było m.in.: Reichsleiter Reischsführer SS Himlera oraz szefa prasowego III Rzeszy dr Dietricha, przywódcę Związku Ofiar Wojny Rzeszy Oberlindobera, sekretarz stanu Stuckarta. Gauleiter Schwede-Coburg złożył Führerowi meldunek: „Pomorscy chłopi” – podkreślił – „niegdyś zagrożeni w swojej podstawowej egzystencji koniecznością sprzedaży gospodarstw, są obecnie, mein Führer, wspierani zdecydowanymi działaniami”.

 

 

Prezentacja dyplomu honorowego obywatelstwa

 

Po obszernym wystąpieniu gauleitera na temat ogólnego wzrostu gospodarczego, kulturalnego i społecznego Pomorza, nadburmistrz Faber wygłosił powitanie w imieniu swojego miasta. Jak podkreślił, z umierającego miasta Szczecin stał się ponownie kwitnącą społecznością. Następnie burmistrz przekazał Führerowi artystycznie zaprojektowany Dyplom Honorowego Obywatela, arcydzieło pomorskich rzemieślników. Führer przyjął go ze słowami serdecznego podziękowania.

 

 

Adolf Hitler: Nasze najpiękniejsze zadanie – opieka nad niemieckimi robotnikami

 

Führer w krótkim przemówieniu odpowiedział na powitanie gauleitera i nadburmistrza, w którym wyraził radość z powodu odbudowy Pomorza w ostatnich latach. W serdecznych słowach Führer docenił pracę gauleitera Schwede jako jednego z jego najstarszych i najwierniejszych sojuszników. Należał on do kręgu tych ludzi, którzy z niezachwianą wiarą w misję Narodowego Socjalizmu podążali za ruchem zawsze i bezwarunkowo. Wszystkie sukcesy, które on sam był w stanie osiągnąć w tych 5 i pół roku – podkreślił przywódca – były możliwe tylko dlatego, że w partii narodowosocjalistycznej obowiązuje dobór najlepszych przywódców. Dlatego osoba lidera nie powinna być oddzielona od jego ruchu, tak jak nie powinno się oddzielać generała od jego armii.

Führer określił jako wielki cel ruchu narodowosocjalistycznego to, aby zjednoczyć całą siłę narodu i używać jej do realizacji wielkich zadań, jednego po drugim. Każdy niemiecki kraj i każdy niemiecki okręg są w swoim rozkwicie i trwale związane z całą wielką Rzeszą. To dotyczy też Pomorza. Jeszcze nie wszystkie zadania, które sobie postawiliśmy, zostały rozwiązane. Im bardziej Niemcy zaczynają się są wzmacniać pod względem gospodarczym i socjalnym, tym bardziej jasno można poznać, co jeszcze pozostaje do zrobienia.

„I jesteśmy dlatego szczęśliwi” – podkreślił Führer – „Jesteśmy ludźmi czynu i będziemy nimi zawsze. Dlatego cieszymy się z każdego nowego zadania, przed którym stoimy”.

Führer w imponujących słowach wyraził przekonanie, że w przyszłości rozwiążemy wszystkie zadania, które widzimy dzisiaj w wielkich zarysach, a zwłaszcza w okręgach: „Jak dotychczas będziemy kontynuować działania w tym samym kierunku: we wzmacnianiu rolnictwa, w obronie naszego narodowego przemysłu i przede wszystkim w odbudowie naszej wspólnoty społecznej! Wszystkie nasze wielkie osiągnięcia były możliwe tylko dzięki zaufaniu szerokich mas naszego narodu, przede wszystkim niemieckiego robotnika. Chodzi o to, aby się nim zająć, całkowicie wyzwolić go z wpływu nietrwałej ideologii, która zdominowała go kilka lat temu. W tym widzimy nasze najpiękniejsze zadanie. W ten sposób będziemy dążyć do coraz bardziej socjalnych Niemiec i będziemy starać się takie Niemcy stworzyć. I ja wiem, panie Gauleiter, że właśnie pan na tym terenie jest doskonałym mistrzem. Idę dzisiaj do każdego niemieckiego okręgu z poczuciem satysfakcji. Wszędzie widać ten sam obraz wielkiego, potężnego budowania. Coraz bardziej dojrzewa we mnie przekonanie co do tego, jak konieczne jest oparcie państwa na dwóch filarach: z jednej strony na odwiecznej, politycznie silnej Narodowej Partii Socjalistycznej, a z drugiej – niemieckim Wehrmachcie Jeśli te dwa filary zjednoczą się i staną się nosicielami całego niemieckiego przeznaczenia, naród niemiecki będzie mógł patrzeć w przyszłość z ufnością”.

 

 

Defilada 60 tysięcy

 

Daleko na Odrę i dalej na port rozciąga się widok z wysokich Hakenterasse [obecnie Wały Chrobrego], z potężnym budynkiem muzeum ozdobionym gigantyczną flagą ze swastyką. Na zielonych zboczach po obu stronach od odważnie skręconych schodów aż do ulicy na nabrzeżu na dole gęsty tłum ludzi w radosnym oczekiwaniu na Führera. Przy nabrzeżu zacumował niszczyciel „Friedrich Jahn”. Na pokładzie stoi załoga w paradnym składzie, która wystawiła kompanię honorową podczas wielkiego wiecu na Quistorp Aue [Błonia Quistorpa, obecnie Jasne Błonia]. Okręt zdobiony, jak inne, pełnym oflagowaniem.

W tym miejscu Führer odbierze przemarsz 60 tysięcy działaczy NSDAP z okręgu pomorskiego. Kolejny bezprzykładnie triumfalny przejazd przez miasto przywiódł go jednak najpierw, wraz z Rudolfem Hess i Reichsführerem SS Himmlerem, do muzeum. Führer po wizycie przechodzi wśród gorąco pozdrawiającego go okrzykiem „Heil!” tłumu do ustawionej na nabrzeżu trybuny, nad którą idzie w górę sztandar Führera. Gauleiter składa meldunek. Rozpoczyna się parada.

Jasno świecą oczy i szczęśliwie promienieją twarze. Maszeruje oddział za oddziałem: brunatny Batalion SA, oddziały marszowe NSKK [Narodowosocjalistyczny Korpus Motorowy] w kaskach, kolumny politycznych dowódców, czarne oddziały szturmowe SS, Arbeitsdienst [Służba Pracy] z błyszczącymi szpadlami. Las flag następował jeden za drugim, orkiestra za orkiestrą. Parada trwała prawie godzinę.

Po paradzie Führer przepłynął motorówką po porcie, co dało mu przegląd wielu nowych inwestycji.

Na zakończenie pojechał – w towarzystwie radosnych okrzyków ludności – po raz kolejny do Landeshaus, w którym spędził jeszcze krótki czas na spotkaniu z czołowymi osobistościami okręgu.

O 18 Führer ze swoimi namiestnikami opuścił Szczecin specjalnym pociągiem.

 

Teltower Kreisblatt, 13.06.1938.

 

 

 

[6] Przywódca polityczny NSDAP w danym okręgu.

 

 

 

 

 

 

Nowa Ojczyzna

 

1944

EVA-MARTA VON KAMECKE

Ucieczka z koszalińskiego powiatu 

 

 

 

Od kwietnia 1944 roku byłam u dalekich krewnych na Pomorzu, w powiecie koszalińskim. Nie mogłam pozostawać w Berlinie, gdzie miałam mieszkanie. Mam ciężką chorobę stawów i byłam w takim stadium choroby, że nie byłam w stanie ani chodzić, ani stać. Nie mogłam więc także uciekać do schronu w czasie alarmów bombowych. Ponieważ moja opiekunka musiała koniecznie wyjechać do swoich krewnych, a ja nie miałam nikogo bliskiego, jesienią przeprowadziła się do mnie moja młodsza przyjaciółka. Gdy wróciła po świętach Bożego Narodzenia, zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa wkroczenia Rosjan i chciała, byśmy uciekły do Hamburga. Jednak wszystkie próby, które podejmowałyśmy czy to przez Czerwony Krzyż, czy przez NSV[7], były nieskuteczne. Zbywano nas zapewnieniami, że chorzy na pewno zostaną ewakuowani na czas.

Pod koniec lutego właściwie codziennie dochodziły do nas sprzeczne wiadomości. Najpierw wszyscy mieszkańcy miasta mieli uciekać w kolumnie, potem okazało się, że ucieczka jest zabroniona z powodu przeciążenia dróg. Codziennie przewijali się nowi uciekinierzy ze Wschodu. Codziennie oglądałyśmy ludzkie tragedie, jak choćby dramat żony jakiegoś posiadacza ziemskiego, która z czworgiem dzieci, w każdej chwili oczekując piątego, musiała kontynuować ucieczkę.

 

Spakowałyśmy wszystko, co niezbędne, do wozu. Wówczas przyszedł rozkaz, że wszyscy ewakuowani mają zostać przetransportowani na pociąg do Kołobrzegu i że stamtąd zostaną przewiezieni na Zachód. To było trzeciego marca 1945 roku.

I tak przewieziono nas obie – z bagażem na taką ewentualność niezbyt wygodnym – na pociąg, wraz z innymi uciekinierami. Na niewielkim peronie bez dachu stały tysiące ludzi i stosy bagaży. W samym środku tego tłumu postawiono mój wózek inwalidzki, którego tylne koło zepsuło się podczas transportu. Musiałam w nim usiąść, bo nie było dla mnie innego miejsca, bagaż ustawiono koło mnie. […]

Zimno było coraz dotkliwsze. W pewnym momencie wśród tłumu rozeszła się wiadomość, że w położonej w pobliżu dworca mleczarni można dostać mleko. A więc w drogę. I, ach, co za szczęście, to było ciepłe, tłuste mleko, które rozdawano za darmo, bo nie można już z nim było nic zrobić, a jeszcze rano chłopi je dostarczyli. I dzięki temu wszyscy się rozgrzaliśmy, a jeśli nawet nie oszukaliśmy głodu, to przynajmniej nieco mniej nam doskwierał. Z prowiantu miałyśmy ze sobą tylko pół chleba. Wszystko działo się za szybko, a my nie miałyśmy zapasów, bo przecież mieszkałyśmy w pensjonacie.

Kiedy około trzeciej pojawił się pociąg, otwarte wagony były już tak przepełnione, że prawie nikt z czekających już się do nich nie wepchnął. Oczywiście my też nie. Nie było zresztą nikogo, kto by wniósł mój wózek, póki w nim siedziałam. Po wielu godzinach przyjechał drugi pociąg. Ten sam problem, a moja przyjaciółka też oświadczyła, że mnie wniesie. Kolejarz zaproponował jej, by wsiadła sama. Ponieważ jednak nie mógł zabrać mnie z wózkiem, odmówiła.

 

Po wielu perypetiach udało nam się znaleźć miejsce w szkole. […] Przydzielono nam zimny pokój nauczycielski, w którym mogłyśmy, a raczej moja przyjaciółka mogła, wyłożyć moje dwa materace jako legowisko dla nas. W pomieszczeniu obok uciekinierzy z innej wioski szykowali się do dalszej drogi. Jeden z nich pomógł również wnieść mój wózek. I tak leżałyśmy w płaszczach, a mimo to szczękając z zimna, zdenerwowania i głodu, i przysłuchiwałyśmy się przygotowaniom innych. To była prawdziwa rozpacz, owo poczucie, że już pierwszego dnia ucieczki jesteśmy zdane wyłącznie na siebie i bezradne, i że nie wiemy, w jaki sposób mamy przeżyć następny dzień.

Nasi sąsiedzi musieli jednak zostać, więc zaprosili nas do swojego grona. Zabrali nas do ogrzewanego pokoju, gdzie leżałyśmy z dwiema innymi osobami. Poczęstowali nas jedzeniem. Tak więc ów pierwszy dzień zakończył się jednak promykiem nadziei. Nie zdawałyśmy sobie sprawy, co nas jeszcze czeka. Nie wiedziałyśmy nawet, że Rosjanie są już tak blisko.

 

Już w południe, 5 marca, usłyszałyśmy i zobaczyłyśmy czołgi na ulicy we wsi. Padły pierwsze strzały. Niestety, część z nich w kierunku mojej przyjaciółki, która wraz z córką nauczyciela poszła na dworzec, bo powiedziano nam, że stoi tam zupełnie nowy wózek inwalidzki, który jakiś mężczyzna musiał zostawić. Dowiadywały się, czy nie zgodziłby się na zamianę. Po drodze zobaczyły zbliżających się Rosjan. Uciekały co sił w nogach, ale dziewczyna w swoich kaloszach poruszała się zbyt wolno. Moja przyjaciółka miała na sobie brązową skórzaną kurtkę. Być może z tego powodu Rosjanie uznali ją za członka SA[8]. Z drugiej strony, może strzelali do nich po prostu dlatego, że biegły. Pociski dzięki Bogu uderzyły tuż obok i pomimo że moją przyjaciółka kilkakrotnie musiała się zatrzymać, by pomóc tamtej, wróciły całe i zdrowe. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, jakie to straszne, gdy widzę moją przyjaciółkę w największym niebezpieczeństwie i nie mogę zrobić nic w jej obronie.

 

Zaraz potem zobaczyłyśmy pierwszych Rosjan wchodzących do budynku. Wszyscy pozostali, którzy przecież dobrze znali rozkład pomieszczeń, jakby się pod ziemię zapadli. Moja przyjaciółka – którą będę nazywała Eriką – nie chciała ukryć się i zostawiać mnie na pastwę losu.

Siedziałyśmy więc tak we dwie na sofie: ja i moja Erika. Same w obliczu zwyrodnialców.

Do sali weszło z wrzaskiem trzech ludzi – żołnierz, cywil i jakiś wyrostek. Ci starsi kompletnie pijani. Najpierw przeszukali nas, chcieli zegarki i biżuterię, ci pijani obmacywali nas przy tym obleśnie. Potem sprawdzili nasz bagaż. Kazali Erice otworzyć walizki, a ponieważ nie znaleźli w nich nic cennego dla siebie, podeptali naszą bieliznę i porozrzucali moje tabletki przeciwbólowe. Potem żołnierz strzelił w lampę, w zegar i w biblioteczkę. Opierał się przy tym o bark Eriki. Stary nauczyciel, który najwyraźniej obawiał się, że nas zastrzelą, pojawił się w sali i próbował odwrócić ich uwagę. Przeszli przez wszystkie pokoje i ukradli wszystko, co uznali za cenne – złoto i tym podobne.

Obrączka nauczyciela potoczyła się pod szafę. Erika pomogła tak ją przestawić, żeby nie udało się jej znaleźć – ku wielkiej radości nauczyciela. W końcu sobie poszli.

 

Niedługo potem pojawili się następni, tym razem naprawdę przerażający. Siedzieliśmy wszyscy razem, w pełnym strachu oczekiwaniu. Przyszli dwaj oficerowie, w tym jeden młodziutki adiutant. Przeszli przez dom, zmierzyli wszystkich i wszystko wzrokiem, pogrzebali w naszych kieszeniach. Szczeniak spytał Erikę, kłaniając się niby grzecznie, czy może dostać wieczne pióro i dwa noże. Oddał je swemu towarzyszowi, a potem stało się to, czego obawiałyśmy się najbardziej. Wziął Erikę za rękę i rozkazał: „Chodź!”. Nie pomógł żaden opór, wściekle zaciągnął ją do niewielkiego pokoju, gdzie widział łóżko.

Nigdy w życiu nie zapomnę tej półtorej godziny, póki nie przyprowadził jej z powrotem. Niemal nieprzytomna oparła się o framugę, spojrzała na mnie i powiedziała: „Przynajmniej żyję”. Patrzyłam na jej zupełnie zmienioną, wykrzywioną twarz. Potem usiadła koło mnie, drżącą dłoń ukryła w mojej i czekałyśmy z pozostałymi na tego drugiego, aż przyszedł z tą kobietą, którą wybrał dla siebie.

Szczeniak mówił trochę po niemiecku, powiedział Erice, że wróci o północy. I że zabierze ją ze sobą do Moskwy. Siedzieli u nas przez wiele godzin, rozgościli się, a potem znów przez godzinę torturował biedną Erikę. Wróciła do mnie bliska śmierci. Nikt z nas nie ważył się położyć spać. Ale co nam to dało? Zaciągali swoje ofiary, gdzie im się podobało. Nic nie można było zrobić. Nie ważyliśmy się nawet jeść.

Od tej chwili każda godzina wyglądała tak samo. Tylko między drugą a czwartą w nocy byłyśmy mniej więcej pewne, że nikt nie przyjdzie. Poza tym – dzień i noc. Nieznoszące sprzeciwu „Chodź, kobieto!” wciąż rozdzierało nam uszy. To, że młody porucznik nie zabrał ze sobą Eriki, zawdzięczamy staremu nauczycielowi, który, gdy tamten rzeczywiście po nią przyszedł, powiedział: „Ta kobieta jest bardzo chora. Nie może iść”. I rzeczywiście tak było. Leżała jak martwa i krwawiła, krwawiła.

Na szczęście nie miał wiele czasu, bo zaraz musiał iść. Tak więc oszczędzono mi przynajmniej tego, nie zabrali mi jej. Dla nas obu oznaczałoby to zapewne śmierć. Ale śmierci się wtedy nie bałyśmy. Miałyśmy tylko jeden powód, żeby żyć i żeby chcieć żyć – jedna dla drugiej. Wiedziałam, że jeśli któryś z nich zastrzeli mnie, będzie to także koniec dla Eriki. Co miałaby robić w tym piekle, skoro jedynym powodem, dla którego się w nim znalazła, było wydostanie mnie stąd? A ja, po co miałabym żyć, jeśli nie po to, by wspomagać ją w potrzebie?

Dzień w dzień egzystowałyśmy tak, od jednej wizyty Rosjan do drugiej. Oddziały stacjonujące we wsi zmieniały się często, ale chyba przekazywali sobie informację, że jest u nas tyle kobiet. Przychodzili od razu, najczęściej po kilku.

 

Pewnej nocy leżałyśmy we cztery, ja przy ścianie na szezlongu, obok Erika na czymś w rodzaju łóżka polowego, obok drobna pani Hermine, która przyłączyła się do nas w poszukiwaniu bezpieczeństwa, po tym, jak po raz pierwszy ją zabrali, a dalej córka nauczyciela. Nagle pojawił się jakiś żołdak i zaczął się dobierać do tej ostatniej w obecności nas wszystkich. Było ciemno, miał tylko jakąś małą latarkę, która zaraz zgasła. Ale to mu nie przeszkadzało. Hermine oczywiście bała się śmiertelnie, leżała tuż obok. Erika bardzo ostrożnie wciągnęła ją do siebie, pod przykrycie, i tak udało się ją ukryć, kiedy tamten, już z kolejną latarką, dalej szukał.

Któregoś razu byłyśmy z Hermine same w domu, pozostali pracowali. Nauczyciel czymś zawinił i postanowił się ukryć. Wtedy przyszedł jakiś łajdak, zaryglował wszystkie drzwi od wewnątrz i pociągnął biedną Herminę do sali szkolnej. Przerażona wołała Erikę, ale ta nie była w stanie jej pomóc. Ponieważ byłyśmy zamknięte, nie można było wezwać pomocy. Zobaczyłam wtedy przez okno komendanta, otworzyłam je, zaczęłam go wołać i machać do niego, w końcu wciągnęłam go przez okno. Zjawił się w ostatniej chwili, żeby uratować Hermine, którą tamten z wściekłości chciał zabić. Doszło do prawdziwej bójki między nimi. Łotr został później rozstrzelany. Erika wzięła Hermine w ramiona i przyprowadziła ją do mnie, gdzie się biedna, wciąż jeszcze drżąc, wypłakała. Przyjaźń, która narodziła się wówczas między naszą trójką, mimo dzielącej nas odległości przetrwała do dziś. Hermine pisuje regularnie, z miłością i skromnością. […]

 

Któregoś razu zmusili nas do wypicia po dużej szklance wody z wiadra, z którego jeden z nich czerpał ją brudnymi rękami. Był to chyba jakiś zwyczaj, bo przed każdym, kto pił, Rosjanin głęboko się kłaniał, zdejmując czapkę. Ale tak cały czas bałyśmy się, że któraś z nas zabiorą i zgwałcą. Nie powstrzymywał ich ani wiek, ani jakakolwiek choroba. Niektórzy owszem, byli nawet bardzo grzeczni, gdy okazywało się, że jestem chora.

Jeden pochylił się nad Eriką, która w śmiertelnym przerażeniu zamknęła oczy, udając, że śpi. Jednak z nerwów płonęła jej twarz. Pogłaskał ją i zapytał: „Chora? Chora?”. Oczywiście powiedziałyśmy, że tak, a on się oddalił. Ale zdarzało się, że nie wierzyli w moją chorobę, ciągnęli mnie w górę za ramiona i puszczali dopiero, gdy przewracałam się pod własnym ciężarem. Dlatego Erika nigdy nie zostawiała mnie samej, nie ukrywała się, choćby wybór tysiąc razy padał wówczas na nią. Dopiero później zorientowałyśmy się, że przyciągały ich jej piękne, białe zęby. Nie potrafiła całkiem ich ukryć.

 

Wreszcie któregoś dnia okazało się, że szkoła ma być przeznaczona na komendanturę, a my musimy przeprowadzić się do sąsiedniego domu. Oczywiście jak najszybciej. Erice udało się tylko zapakować najniezbędniejsze rzeczy, przenieść nasze materace, a potem mnie.

Leżałyśmy potem w ciasnej chacie, jedna obok drugiej. Ponieważ dom ten znajdował się tuż przy drodze, Rosjanie molestowali nas tam chyba jeszcze częściej niż przedtem, aż w końcu po naszych błaganiach przydzielono nam na noc strażnika. Od tej chwili miałyśmy spokój przynajmniej nocą.