Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 458 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Morza wszeteczne - Marcin Mortka

Wartka akcja, barwne postaci, krwawe jatki i salwy śmiechu!

Historie o piratach często zaczynają się w ten sam sposób: kapitan wskutek wyczerpującej walki traci swój statek oraz większość załogi. Zostają tylko ci najwierniejsi. Zaraz, zaraz – czy aby na pewno najwierniejsi? A nie ci mniej zaradni, którzy nie mieli pomysłu, aby zrobić ze sobą coś lepszego?

Kapitan Roland niby znalazł się w podobnej sytuacji, ale jednak nie do końca. Bo czy każda banda piratów, tak jak ta grasująca po Morzach Wszetecznych, rekrutuje się spośród goblinów, półgoblinów, satyrów oraz szamanów, a w dodatku wszystkich tak zaciekłych, bezlitosnych, dzikich i zgoła nie najmądrzejszych?

Opinie o ebooku Morza wszeteczne - Marcin Mortka

Fragment ebooka Morza wszeteczne - Marcin Mortka

Co­py­ri­ght © by Mar­cin Mort­ka, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Rozdział pierwszy

„I rze­kli anio­ło­wie: «Im da­lej w mo­rze, tym plu­ga­stwa wię­cej». Człek pra­wy, uczci­wy i przy­ka­za­niom Wszech­moc­nych po­słusz­ny po­wi­nien więc każ­de­go dnia z włas­nymi sła­bo­ścia­mi wal­czyć, ale nie wol­no mu z wid­no­krę­gu oczu spusz­czać. Tam bo­wiem kry­je się gro­za i stam­tąd na­pły­wa­ją kosz­ma­ry. Tam miesz­ka­ją de­mo­ny”.

Świę­ta Księ­ga Mie­cza, roz­dział 2, wer­set 22

O tym, że piąt­ki przy­no­szą pe­cha, ka­pi­tan Ro­land zwa­ny Wy­wi­ja­sem wie­dział od daw­na.

Prze­sąd­ny jak każ­dy czło­wiek mo­rza, skru­pu­lat­nie prze­strze­gał za­sa­dy, by w ten dzień nie po­dej­mo­wać żad­nych waż­nych de­cy­zji. W pią­tek nie pod­no­sił ko­twi­cy, nie za­wie­rał umów ani nie oma­wiał ko­lej­nych wy­praw, ba, wy­strze­gał się na­wet piąt­ko­wej gry w ko­ści. W chwi­li, gdy prze­brzmia­ło echo sal­wy ar­mat­niej, a po nim ło­skot wa­lą­cych się mu­rów, uświa­do­mił so­bie, że na­wet piąt­ko­wa wy­pra­wa na dziw­ki może się oka­zać kiep­skim po­my­słem.

Gwał­tow­nie strzą­snął z sie­bie Pi­wo­nię, wy­sko­czył z wyra i zła­pał prze­wie­szo­ne przez krze­sło spodnie.

– Co się dzie­je? – Man­dra­go­ra uniósł gło­wę znad bla­tu sto­łu, na któ­rym spał. – Strze­la­ją?

– Nie, Wierz­bak tłu­cze łbem w ścia­nę – par­sk­nął iro­nicz­nie Ro­land, ubie­ra­jąc się po­spiesz­nie. – Ru­szaj się!

– Ale ja jesz­cze nie zdą­ży­łem… – wy­beł­ko­tał jego to­wa­rzysz, pa­trząc na roz­bu­dzo­ną już Pi­wo­nię sie­dzą­cą na sien­ni­ku.

– Nie trze­ba było tyle żło­pać ze­szłej nocy. Zmy­wa­my się stąd!

– Ja­sne. I zno­wu moja wina – burk­nął pi­rat, ale po­słusz­nie pod­niósł się i chwy­cił opar­tą o stół rusz­ni­cę.

– Hej, a wy do­kąd?! – wrza­snę­ła dziw­ka, przy­tom­nie­jąc bły­ska­wicz­nie. – Do­kąd, ko­gu­ci­ki za­faj­da­ne?! Nie je­ste­ście aby win­ni mi tro­chę for­sy, wy ku­ta­sy prze­gni­łe?!

Za­czerp­nę­ła tchu, chcąc po­cią­gnąć ty­ra­dę, gdy na­gle spoj­rza­ła w mrok lufy rusz­ni­cy Man­dra­go­ry i za­mar­ła. Pi­rat bu­dził zgro­zę i bez swej bro­ni. Znacz­ną część jego ły­sej czasz­ki za­kry­wa­ła po­wy­gi­na­na, me­ta­lo­wa płyt­ka – pa­miąt­ka po im­pro­wi­zo­wa­nej tre­pa­na­cji, obok któ­rej z bli­żej nie­zna­nych po­wo­dów wy­pa­lo­no wiel­ką runę. Wra­że­nie ro­bi­ły rów­nież rysy twa­rzy zbi­ra, z bie­giem cza­su co­raz bar­dziej roz­my­te na sku­tek opil­stwa, bó­jek i ła­pa­nych co rusz cho­rób, ale lu­dzie za­pa­mię­ty­wa­li przede wszyst­kim ową broń – cięż­ką, zda­wa­ło­by się ar­chai­czną rusz­ni­cę z po­kry­tą dzi­wacz­ny­mi in­skryp­cja­mi, roz­sze­rzo­ną na koń­cu lufą.

Ro­land wca­le się im nie dzi­wił. Znał wła­ści­wo­ści bro­ni i jego rów­nież prze­ra­ża­ły.

– Łap, zdzi­ro! – Rzu­cił ko­bie­cie sa­kiew­kę, któ­rą ta zła­pa­ła z po­dzi­wu god­ną skwa­pli­wo­ścią.

– Hej, ka­pi­ta­nie, czy to aby nie była moja ty­go­dniów­ka? – za­py­tał Man­dra­go­ra, gdy wy­pa­dli na ko­ry­tarz ta­wer­ny.

– Sły­szysz ten ło­mot? – Ro­land ob­ró­cił się na pię­cie i dźgnął to­wa­rzy­sza pal­cem w pierś. – Sły­szysz? Ktoś ostrze­li­wu­je Ne­cro­vil­le, je­ło­pie! Sal­wa­mi bur­to­wy­mi! To zaś ozna­cza, że pie­nią­dze za mo­ment albo cał­kiem stra­cą dla nas zna­cze­nie, albo wręcz prze­ciw­nie. Ro­zu­miesz?

– Nie.

– Coś mi mówi, że ostat­nio mózg wy­sry­wasz – oznaj­mił Ro­land, po czym roz­trą­cił tłum go­ści „Czar­nej Płach­ty”, o tej po­rze dnia oso­bli­wie nie­przy­tom­nych i mało roz­gar­nię­tych, prze­sko­czył ba­lu­stra­dę i wy­lą­do­wał na środ­ku sto­łu, przy któ­rym sie­dział trze­ci z ich kom­pa­nów, ogrom­ny Wierz­bak.

Ka­pi­tan do­brze wie­dział, że tego czło­wie­ka nie zbu­dzi ani huk sal­wy bur­to­wej, ani na­wet trzask pę­ka­ją­ce­go sto­łu. Do­pie­ro zde­rze­nie z pod­ło­gą, a po­tem z twar­dą dę­bo­wą ko­lum­ną – Ro­land bo­wiem bez ce­re­gie­li zła­pał kom­pa­na za ła­chy i wy-rż­nął nim pa­ro­krot­nie o słup – spra­wi­ło, że z ocią­ga­niem otwo­rzył oczy.

– Co się dzie­je? – wy­beł­ko­tał.

Tłu­ma­cze­nie mu cze­go­kol­wiek, zwłasz­cza z rana, nie mia­ło sen­su. Po­tęż­ny, bar­czy­sty Wierz­bak nie ogar­niał umy­słem ni­cze­go, co nie wią­za­ło się z je­dze­niem, pi­ciem lub bez­po­śred­nim za­gro­że­niem, a pi­ra­tem był tyl­ko i wy­łącz­nie dla­te­go, że nig­dy nie przy­szło mu do gło­wy, iż moż­na ro­bić coś in­ne­go. Ro­land szarp­nął go za ka­po­tę i bez­ce­re­mo­nial­nie wy­wlókł z ta­wer­ny, roz­trą­ca­jąc wrza­skli­wy, co­raz bar­dziej przy­tom­ny tłum kłę­bią­cy się przy drzwiach. Man­dra­go­ra parł za nimi, tłu­kąc kogo po­pad­nie kol­bą rusz­ni­cy.

Na bru­ko­wa­nej ulicz­ce stał Ba­obab z gło­wą za­dar­tą do góry.

Z ja­kie­goś po­wo­du nie­bo nad Ne­cro­vil­le za­wsze było po­chmur­ne i na­wet w po­łu­dnie przy­bie­ra­ło je­dy­nie ja­śniej­szy od­cień sza­ro­ści. Rów­nie sza­ra była te­raz skó­ra ogrom­ne­go Mu­rzy­na, na ogół czar­na ni­czym roz­pacz sa­mo­bój­cy. Ba­obab wpa­try­wał się w ni­sko wi­szą­ce, brud­ne chmu­ry i beł­ko­tał w oj­czy­stej mo­wie.

– Ru­szaj się! – huk­nął Ro­land. – Mu­si­my do­trzeć na „Or­li­cę”, nim…

Rów­nie do­brze mógł­by prze­mó­wić do drze­wa, od któ­re­go Mu­rzyn wziął swój przy­do­mek. Ol­brzym stał przez chwi­lę nie­po­ru­szo­ny, a po­tem nie­spo­dzie­wa­nie od­wró­cił gło­wę ku ka­pi­ta­no­wi i wy­mam­ro­tał:

– Za­gła­da. Za­gła­da.

Ro­land sły­nął z od­wa­gi i zu­chwa­ło­ści, a mimo to wi­dok twa­rzy Ba­oba­ba z bli­ska przy­pra­wiał go o dresz­cze. Nie cho­dzi­ło na­wet o to, że w miej­scu jed­ne­go oka męż­czy­zna miał ogrom­ny mo­sięż­ny ćwiek, a w dru­gim pło­nę­ło sza­leń­stwo. W owym po­cię­tym bli­zna­mi ob­li­czu kry­ło się bo­wiem coś, co zwia­sto­wa­ło śmier­tel­ne nie­bez­pie­czeń­stwo i ka­za­ło lu­dziom brać nogi za pas. Ba­obab był sza­ma­nem, ale tak sza­lo­nym i nie­prze­wi­dy­wal­nym, że ka­pi­tan nie­jed­no­krot­nie się za­sta­na­wiał, czy to on wła­da ma­gią, czy też może ma­gia wła­da nim.

Te­raz, po raz pierw­szy od chwi­li, gdy się po­zna­li, ol­brzym wy­da­wał się śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny.

– Pierw­sze sły­szę, żeby mia­stu, któ­re zde­chło wie­ki temu, mo­gła gro­zić za­gła­da – burk­nął Ro­land, gra­jąc choj­ra­ka, i wy­mi­nął ciem­no­skó­re­go sza­ma­na. – Za mną!

Dwa ude­rze­nia ser­ca póź­niej nie­wi­docz­ny wciąż okręt znów ryk­nął sal­wą bur­to­wą. Są­dząc po huku i ło­sko­cie, więk­szość po­ci­sków tra­fi­ła w mury oka­la­ją­ce Ne­cro­vil­le, ale kil­ka prze­szło górą. Je­den grzmot­nął w dach ka­mie­ni­cy kil­ka kro­ków za nimi, za­sy­pu­jąc bruk gra­dem drzazg i strza­ska­nych da­chó­wek, inny, któ­ry naj­wi­docz­niej wle­ciał przez roz­bi­tą bra­mę por­to­wą, śmi­gnął przez ry­nek, roz­wa­lił daw­no nie­uży­wa­ny sza­fot, a po­tem ugrzązł w oknie ra­tu­sza. Trze­ci mu­snął Igli­cę, odła­mu­jąc z niej kil­ka ce­gieł. Czte­rech pi­ra­tów bie­gną­cych w stro­nę por­tu po­chy­li­ło moc­no gło­wy.

„Po co to wszyst­ko? – my­ślał zdy­sza­ny Ro­land. – Po jaką cho­le­rę ktoś miał­by mar­no­wać do­bre kule na tę ster­tę gru­zów?”

W isto­cie, już na pierw­szy rzut oka moż­na było dojść do wnio­sku, że Ne­cro­vil­le jest bli­skie za­gła­dy i wy­star­czy po­cze­kać, by samo zgni­ło do resz­ty. Przy­czy­ny tego sta­nu rze­czy były trud­ną do roz­wi­kła­nia za­gad­ką, gdyż przed wie­lo­ma laty mia­sto mia­ło ogrom­ne szan­se na za­ist­nie­nie jako waż­ny port. Ulo­ko­wa­ne na koń­cu dłu­gie­go pół­wy­spu, dys­po­no­wa­ło roz­leg­łym, wy­god­nym ko­twi­co­wi­skiem, do­dat­ko­wo osło­nię­tym gro­blą z wy­so­kim mu­rem obron­nym. Trud­no so­bie wy­obra­zić lep­sze miej­sce do pro­wa­dze­nia in­te­re­sów, tym bar­dziej że ze sta­łym lą­dem łą­czy­ła je bez­piecz­na, sze­ro­ka dro­ga. Z ja­kie­goś po­wo­du za­ło­ży­cie­le mia­sta – vis­slandz­ka kom­pa­nia han­dlo­wa – zde­cy­do­wa­li się je jed­nak opu­ścić w kil­ka lat po za­koń­cze­niu prac bu­dow­la­nych. Być może za­de­cy­do­wał o tym sta­ły brak słoń­ca, może nie­wiel­ka ilość ujęć wody pit­nej, a może k’asha­gi, ostry wiatr znad mo­rza, któ­ry rze­ko­mo przy­wo­dził lu­dzi do sa­mo­bój­stwa. W każ­dym ra­zie w ślad za kup­ca­mi z Ne­cro­vil­le ucie­kli po­zo­sta­li miesz­kań­cy, a wznie­sio­ne z nie­ma­łym tru­dem mia­sto wraz ze swy­mi ma­ga­zy­na­mi, ka­mie­ni­ca­mi, ryn­kiem, ra­tu­szem, wagą oraz mu­ra­mi sta­ło się przy­tu­li­skiem dla ca­łej zgrai pi­ra­tów, prze­myt­ni­ków, na­jem­ni­ków, awan­tur­ni­ków, dzi­wek i mę­tów wszel­kiej ma­ści. W re­zul­ta­cie na­tych­miast za­czę­ło się roz­pa­dać.

Na­stęp­na kula wy­gry­zła dziu­rę w ścia­nie ka­mie­ni­cy tuż przed nimi. Ro­land prze­biegł przez chmu­rę pyłu, osła­nia­jąc oczy ra­mio­na­mi, a za nim po­gna­ła resz­ta. Usko­czy­li przed roz­pę­dzo­nym ko­niem z wrzesz­czą­cym prze­raź­li­wie jeźdź­cem i przy­pa­dli do zie­mi, gdy ko­lej­ny po­cisk prze­orał czę­ścio­wo zgni­ły dach po dru­giej stro­nie ulicz­ki. Gdzieś w od­da­li za-wo­dził ja­kiś ulicz­ny pro­rok, wrzesz­cza­ły ko­bie­ty, ktoś wy-pa­lił z pi­sto­le­tu, a za­ta­cza­ją­cy się pi­ja­czy­na chi­cho­tał do utra­ty tchu.

– Nig­dy nie do­trze­my do tej cho­ler­nej przy­sta­ni – wy­mam­ro­tał Ro­land, dźwi­ga­jąc się na rów­ne nogi. Ką­tem oka za­uwa­żył, że Man­dra­go­ra pod­rzu­cił do ra­mie­nia rusz­ni­cę i zmru­żył oko.

Nie zdą­żył na­wet krzyk­nąć.

Prze­gni­ły trup, któ­ry wy­sta­wił gło­wę z rynsz­to­ka i ro­zej­rzał się do­oko­ła pu­sty­mi oczo­do­ła­mi, roz­padł się na ka­wał­ki. Jed­no­cze­śnie pi­ja­czy­na zła­pał się za gar­dło i rzu­cił na zie­mię, de­spe­rac­ko wal­cząc o od­zy­ska­nie tchu. Koń­ca tej wal­ki Ro­land nie uj­rzał, gdyż w tej sa­mej chwi­li na pi­ja­ka zwa­li­ła się nad­kru­szo­na uprzed­nio ścia­na ka­mie­ni­cy. Ka­pi­tan spoj­rzał z wście­kło­ścią na Man­dra­go­rę, ale ten je­dy­nie wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie zno­szę ży­wych tru­pów – wy­ce­dził i wy­su­nął ję­zyk dłu­gi jak u żmii.

Ro­land w peł­ni po­dzie­lał to zda­nie – we­dle po­pu­lar­nej teo­rii w Ne­cro­vil­le gi­nę­ło tylu lu­dzi, że nie każ­de­mu uda­wa­ło się do­stać do kra­iny zmar­łych, przez co bez prze­rwy oży­wa­ły tu tru­py – ale o wie­le bar­dziej od umar­la­ka prze­ra­ża­ła go broń pod­wład­ne­go. Rusz­ni­cy Man­dra­go­ry nie trze­ba było ła­do­wać, co sta­no­wi­ło jej ogrom­ną za­le­tę, ale ceną za po­cią­gnię­cie spu­stu było za­wsze przy­najm­niej jed­no ży­cie. Ro­land oba­wiał się, że jego pierw­szy mat kie­dyś chy­bi lub znów strze­li do umar­la­ka, a wte­dy de­mo­nicz­na strzel­ba we­ssie jego du­szę. Tym ra­zem oca­lił go pi­jak.

„Mu­szę coś zro­bić z tą cho­ler­ną gi­we­rą – my­ślał, bie­gnąc w stro­nę przy­sta­ni. – Im szyb­ciej, tym…”

– Ka­pi­ta­nie! – wrza­snął ktoś z da­le­ka.

– Ech, by to szlag…

Wo­ła­ją­cym był Strup, cie­śla „Or­li­cy”. Ro­land za nic w świe­cie nie chciał wni­kać w szcze­gó­ły jego po­czę­cia, gdyż zie­lon­ka­wy po­łysk skó­ry su­ge­ro­wał, że któ­rymś z ro­dzi­ców kam­ra­ta był go­blin. Nie­jed­no­krot­nie za­sta­na­wiał się też, dla­cze­go nadal trzy­ma w za­ło­dze osob­ni­ka, któ­ry sły­nął z ostrych na­pa­dów pa­ni­ki i nad­mier­nej ga­da­tli­wo­ści. Te­raz oka­za­ło się, że ce­chu­je go rów­nież od­por­ność na ka­ta­kli­zmy – nie dość, że nie zgi­nął w ka­no­na­dzie, to jesz­cze pro­wa­dził ze sobą kil­ku człon­ków za­ło­gi.

Szko­da, że nie tych, któ­rych po­trze­bo­wał ka­pi­tan.

– To wszy­scy?! – ryk­nął z wście­kło­ścią Ro­land. – Gdzie Grzmot? Gdzie ten pa­lant Ju­lia? Gdzie Ogo­po­go?

– Nie wiem. – Strup roz­dzia­wił gębę. – Pew­nie gdzieś w mie­ście…

– Za­gła­da… – mam­ro­tał Ba­obab si­ny­mi war­ga­mi, prze­wra­ca­jąc biał­ka­mi oczu.

– A, by was szlag! Za mną, na „Or­li­cę”!

Le­d­wie wy­bie­gli zza ostat­nie­go z ma­ga­zy­nów por­to­wych – od daw­na peł­nią­ce­go funk­cję tanc­bu­dy – gdy prze­ko­na­li się, że po­śpiech nie miał naj­mniej­sze­go sen­su. Ich wier­ny bryg, tra­fio­ny wie­lo­krot­nie w rufę, za­nu­rzał się po­wo­li, a buksz­pryt uno­sił się ku za­chmu­rzo­ne­mu nie­bu. Obok to­nę­ły inne pi­rac­kie łaj­by, a woda wo­kół nich bul­go­ta­ła ni­czym ka­łu­ża wrzą­cej smo­ły. Z tyłu ma­ja­czył nie­zna­ny okręt o moc­no zre­fo­wa­nych ża­glach. Jego wy­so­ką bur­tę za­snu­ły dymy pro­cho­we, ale wi­dać było, że to po­tęż­ny, dwu­po­kła­do­wy li­nio­wiec, be­stia zdol­na ob­ró­cić całe mia­sto w perzy­nę.

– No i po co to wszyst­ko? – mruk­nął Ro­land. – Jak ja nie cier­pię piąt­ków…

– Ka­pi­ta­nie! – wrza­snął Strup, wska­zu­jąc coś po­śród dymu.

Spo­mię­dzy bia­ła­wych kłę­bów, snu­ją­cych się nad czar­ną wodą ni­czym upio­ry, wy­ło­ni­ła się sza­lu­pa, po­py­cha­na szyb­ki­mi, mia­ro­wy­mi ru­cha­mi wio­seł. Dru­ga wy­ło­ni­ła się zza po­strze­la­ne­go ka­dłu­ba „Wod­ni­ka”, trze­cia wła­śnie przy­bi­ja­ła do brze­gu. Na na­brze­że wdra­py­wa­li się żoł­nie­rze w lek­kich na­pier­śni­kach, bia­łych płasz­czach i szpi­cza­stych heł­mach. Stro­fo­wa­ni ostry­mi ko­men­da­mi na­tych­miast for­mo­wa­li sze­re­gi. W kie­run­ku zruj­no­wa­ne­go, wa­lą­ce­go się Ne­cro­vil­le wy­ce­lo­wa­ły ka­ra­bi­ny i ku­sze.

Ist­nia­ło tyl­ko jed­no pań­stwo na świe­cie, któ­re dys­po­no­wa­ło tak kar­ną pie­cho­tą.

– Skel­len­berg? – zdzi­wił się Ro­land. – Czyż­by roz­po­czę­li ko­lej­ną ze swo­ich kru­cjat?

– A może by­śmy sko­czy­li na nich, co? – Man­dra­go­ra wes­tchnął, mnąc rusz­ni­cę.

– Po co? – wark­nął ka­pi­tan. – Masz ocho­tę dać się po­pruć w obro­nie tej cho­ler­nej nory?

– Gdzie tam, ja tak tyl­ko, w imię za­sad…

Ry­ce­rze świę­te­go ce­sar­stwa Skel­len­ber­gu, sa­mo­zwań­czy obroń­cy wia­ry, pra­wa i spra­wie­dli­wo­ści, pla­so­wa­li się wyso-ko na li­ście ulu­bio­nych wro­gów pi­ra­tów z Mórz Wsze­tecz­nych. Pro­blem le­żał je­dy­nie w tym, że obroń­cy wszyst­kie­go, co świę­te, rzad­ko po­dró­żo­wa­li w po­je­dyn­kę, co zde­cy­do­wa­nie utrud­nia­ło trze­bie­nie ich sze­re­gów. Z mgieł wy­pły­nę­ły ko­lej­ne sza­lu­py i na­wet zu­cho­wa­te­mu Man­dra­go­rze zrze­dła nie­co mina.

– Chy­ba po­win­ni­śmy się scho­wać, bo…

– Za póź­no – mruk­nął Ro­land.

Zie­mia za­drża­ła, a skry­ty wśród dy­mów okręt znów bluzg­nął ogniem. Bu­dow­le za­trzę­sły się, skądś do­biegł ło­mot sy­pią­cych się mu­rów, buch­nę­ły pło­mie­nie, a wrza­ski i jęki przy­bra­ły na sile. W tej sa­mej chwi­li do­wo­dzą­cy gru­pą de­san­to­wą ofi­cer – je­dy­ny bez heł­mu i bro­ni pal­nej – wska­zał pal­cem grup­kę pi­ra­tów i krzyk­nął coś wy­so­kim gło­sem. Huk­nę­ły ka­ra­bi­ny, dziw­nie ci­cho po ogłu­sza­ją­cej sal­wie bur­to­wej.

I za­czę­ła się rzeź.

Jesz­cze nim któ­ry­kol­wiek z żoł­nie­rzy na­ci­snął spust, Bao­bab od­wró­cił się ku nim i za­ry­czał ni­czym de­mon wy­ry­wa­ją­cy się z trze­wi zie­mi. Ro­land prze­zor­nie spoj­rzał w bok – nie chciał, by znie­kształ­co­na, roz­cią­gnię­ta twarz sza­ma­na z usta­mi roz­dzia­wio­ny­mi na po­do­bień­stwo lufy ar­mat­niej znów śni­ła mu się przez mie­siąc – ale zer­k­nął ku żoł­nie­rzom. Uwol­nio­na ma­gia ru­nę­ła ni­czym nie­wi­dzial­ny ta­ran, wy­ry­wa­jąc ka­mie­nie z bru­ku i spo­pie­la­jąc za­rów­no kule, jak i beł­ty. Je­den z żoł­nie­rzy za­chwiał się i ru­nął z na­brze­ża do wody, inny zła­pał się za oczy, któ­re na­gle try­snę­ły krwią, resz­ta cof­nę­ła się w stra­chu.

– Na­przód! – za­sko­wy­tał Ro­land i ze­rwał ko­szu­lę. Mac­ki wy­ra­sta­ją­ce mu z ple­ców na­tych­miast oży­ły.

Grzmot­nę­ła rusz­ni­ca Man­dra­go­ry i z dziu­ry w na­pier­śni­ku jed­ne­go z żoł­nie­rzy chlu­snął stru­mień krwi. Resz­ta pi­ra­tów pę­dzi­ła już na wro­gów, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, że jest ich dwu­krot­nie wię­cej. Ka­pi­tan w bie­gu wy­strze­lił z pi­sto­le­tu, po­pie­la­ty ze stra­chu Strup za­krę­cił bo­la­sem, ktoś ci­snął no­żem. Skel­len­ber­ski szyk roz­padł się, a garst­ka pi­ra­tów, przy­po­mi­na­ją­cych te­raz roz­sza­la­łe dia­bły, roz­trą­ci­ła go do resz­ty.

Ofi­cer, krzy­cząc coś wnie­bo­gło­sy, za­stą­pił dro­gę Ro­lan­do­wi i za­mach­nął się sre­brzy­stą sza­blą. Pi­rat unik­nął cio­su, chla­snął wro­ga kor­de­la­sem po na­pier­śni­ku, a po­tem od­wró­cił się, by rąb­nąć ko­lej­ne­go. W tej sa­mej chwi­li jed­na z jego ma­cek oplot­ła zbroj­ne ra­mię Skel­len­ber­czy­ka, a dru­ga wbi­ła się w jego roz­war­te do krzy­ku usta. Man­dra­go­ra prze­wró­cił ko­lej­ne­go żoł­nie­rza i po­tęż­nym szarp­nię­ciem zdarł mu na­pier­śnik. Ba­obab sza­lał z uła­ma­nym wio­słem, a roz­ra­do­wa­ny Wierz­bak tłukł na­oko­ło pię­ścia­mi w oło­wia­nych rę­ka­wi­cach. Nim kto­kol­wiek zdo­łał­by zli­czyć do dwu­dzie­stu – a w Ne­cro­vil­le była to rzad­ka umie­jęt­ność – wal­ka do­bie­gła koń­ca. Sfi­na­li­zo­wał ją Wierz­bak, po­ry­wa­jąc jed­ne­go z ostat­nich oca­la­łych i wrzu­ca­jąc go do czar­nej wody por­to­wej. Plusk wody za­głu­szył roz­pacz­li­we wo­ła­nie o po­moc.

Nie­spo­dzie­wa­nie za­pa­dła ci­sza.

– Aaale jat­ka – oznaj­mił Ber­be­luch, le­karz po­kła­do­wy „Or­li­cy”, od daw­na po­są­dza­ny o ka­ni­ba­lizm. – O, ktoś cię dziab­nął, Man­dra­go­ra. Chodź no tu, wu­jek ob­wią­że ban­da­żem. Nie chce­my, by ro­ga­ci­zna na wszyst­kich wy­spach Mo­rza Wsze­tecz­ne­go be­cza­ła z żalu po to­bie.

Zdy­sza­ny Ro­land pa­trzył przez mo­ment, jak z wody wy­nu­rza się czar­na mac­ka z przy­ssaw­ka­mi, nie­co inna od jego włas­nych, opla­ta sza­mo­czą­ce­go się żoł­nie­rza, a na­stęp­nie wcią­ga go w od­mę­ty. Po­tem ro­zej­rzał się po po­bo­jo­wi­sku.

– Nie mo­gli­ście zo­sta­wić cho­ciaż jed­ne­go przy ży­ciu? – par­sk­nął.

– Co ta­kie­go? – zdzi­wił się szcze­rze Wierz­bak.

– Żeby się cho­ciaż do­wie­dzieć, o co w tej roz­pier­du­sze cho­dzi! – wark­nął ka­pi­tan.

– Jesz­cze będą oka­zje, by za­się­gnąć ję­zy­ka. – Strup wska­zał coś zbry­zga­ną krwią dło­nią.

Wśród kłę­bów dymu prze­wa­la­ją­cych się nad wo­da­mi przy­sta­ni pły­nę­ły ko­lej­ne sza­lu­py wy­ła­do­wa­ne woj­skiem. Jed­no­cześ­nie nie­wi­docz­ny nie­mal­że okręt raz jesz­cze blu­zgnął og­niem. Roz­ża­rzo­ne kule gwizd­nę­ły nad gło­wa­mi oszo­ło­mio­nych pi­ra­tów. Jed­na z nich prze­bi­ła ścia­nę ma­ga­zy­nu, któ­ry na­tych­miast sta­nął w pło­mie­niach.

– Spie­prza­my stąd – oznaj­mił dziw­nie spo­koj­nym gło­sem Ro­land.

– A któ­rę­dy ży­czy pan so­bie spie­przać? – spy­tał Man­dra­go­ra, nie­uf­nie przy­glą­da­jąc się za­bie­gom Ber­be­lu­cha, któ­ry wią­zał ban­daż i jed­no­cze­śnie ob­li­zy­wał pa­lu­chy z krwi. – Kry­pę, zda­je się, roz­wa­li­ły nam te cu­da­ki w heł­mach. Prze­cież na ląd nie uciek­nie­my, co?

Wy­god­ny, bru­ko­wa­ny trakt, on­giś łą­czą­cy Ne­cro­vil­le z resz­tą świa­ta, zo­stał już daw­no po­chło­nię­ty przez sło­ne mo­kra­dła, któ­re ob­ję­ły pa­no­wa­nie nad więk­szą czę­ścią pół­wy­spu. Sta­re po­rze­ka­dło, zgod­nie z któ­rym „praw­dzi­wy męż­czy­zna nie przy­by­wa do Ne­cro­vil­le lą­dem”, po­dyk­to­wał zdro­wy roz­są­dek. Nikt, a już tym bar­dziej wilk mor­ski, nie był­by w sta­nie prze­drzeć się przez to­pie­li­ska ro­ją­ce się od kro­ko­dy­li, umar­la­ków i in­ne­go pa­skudz­twa.

– Nie. – Ro­land był co­raz spo­koj­niej­szy, co resz­ta to­wa­rzy­stwa przy­ję­ła z na­ra­sta­ją­cym nie­po­ko­jem. – Zej­dzie­my do pod­zie­mi.

– Chy­ba że­ście, pa­nie ka­pi­ta­nie… – jęk­nął Strup, ale w porę się opa­mię­tał. Man­dra­go­ra zmarsz­czył z nie­do­wie­rza­niem brwi, a Ber­be­luch upu­ścił żoł­nier­ską dłoń, któ­rą w mię­dzy­cza­sie ci­cha­czem od­rą­bał od cia­ła.

– Stul gębę! – huk­nął Ro­land. – Po­szat­ko­wa­li­śmy dwa tu­zi­ny tych cu­da­ków szyb­ciej, niż Strup koń­czy po­ran­ną se­sję pier­dze­nia, a bo­icie się zejść do lo­chów?

– Ehem – burk­nął Man­dra­go­ra w imie­niu wszyst­kich. – Bo­imy się.

Lo­chy pod Ne­cro­vil­le były od­po­wie­dzial­ne za utrzy­ma­nie rów­no­wa­gi w struk­tu­rze de­mo­gra­ficz­nej mia­sta. Jego miesz­kań­cy oraz sta­li by­wal­cy skru­pu­lat­nie wy­strze­ga­li się pew­nych za­kąt­ków na­zy­wa­nych po­tocz­nie Bra­ma­mi, ale skwap­li­wie wska­zy­wa­li je wszel­kim po­szu­ki­wa­czom skar­bów, awan­tur­ni­kom, na­wie­dzo­nym pro­ro­kom i in­nym oszo­ło­mom, któ­rym za­ma­rzy­ło się po­ko­nać ciem­ne moce, wy­drzeć im ma­ją­tek lub prze­ko­nać do wal­ki po swo­jej stro­nie. Skąd się bra­ło prze­świad­cze­nie, że owe ciem­ne moce mo­gły­by zgro­ma­dzić ja­ki­kol­wiek ma­ją­tek bądź też chcia­ły­by ko­go­kol­wiek po­słu­chać, miej­sco­wi nie mie­li po­ję­cia i nie chcie­li go mieć.

– Po­słu­chaj­cie mnie, wy by­dlę­ta za­ra­zą to­czo­ne… – za­czął ka­pi­tan, ale na­tych­miast urwał. Wi­dok po­kaź­ne­go po­dwój­ne­go gar­ła­cza na dzio­bie naj­bliż­szej sza­lu­py i ce­lu­ją­cych zeń ar­ty­le­rzy­stów za­dzia­łał sku­tecz­niej od naj­bar­dziej mo­ty­wu­ją­ce­go ste­ku prze­kleństw. – Cho­du!

I sko­czył w naj­bliż­szą ulicz­kę, a za nim Strup, Man­dra­go­ra, Ba­obab i cała resz­ta. Umy­ka­li w ta­kim po­śpie­chu, że nikt nie zdo­łał za­pro­te­sto­wać, gdy Ro­land po­pro­wa­dził ich w kie­run­ku naj­bliż­szej Bra­my. Nim skrę­ci­li, ka­pi­tan zdo­łał jesz­cze zerk­nąć przez ra­mię. Kłę­by dymu, prze­gna­ne po­dmu­chem wia­tru, od­sło­ni­ły rufę nie­zna­ne­go okrę­tu i jego na­zwę.

„Błęd­ny ry­cerz”.

***

Nic nie wska­zy­wa­ło na to, że garst­ka pi­ra­tów wła­śnie wkrad­ła się do kró­le­stwa sił ciem­no­ści. Tu­nel był ciem­ny i dość wil­got­ny, ale cuch­nął nie siar­ką, lecz swoj­skim gów­nem i zgni-liz­ną. Za­miast hord umar­la­ków, gi­gan­tycz­nych pa­ją­ków i kro­ko­dy­li z sze­ścio­ma od­nó­ża­mi uj­rze­li zgrab­nie uło­żo­ny sto­sik do­brze na­smo­ło­wa­nych po­chod­ni. Ro­land z wa­ha­niem wziął jed­ną z nich i pod­sta­wił pod gębę bos­ma­no­wi „Or­li­cy”.

– Chuch­nij – roz­ka­zał.

Bos­man, nie od pa­ra­dy zwa­ny Ogni­kiem, strze­lił pło­mie­niem z py­ska i po­chod­nia na­tych­miast oświe­tli­ła za­ka­mar­ki tu­ne­lu. Kil­ka szczu­rów sku­li­ło się w swo­ich nor­kach, w pły­ną­cej środ­kiem ko­ry­ta­rza brei coś plu­snę­ło nie­win­nie, w od­da­li za­wył prze­ciąg. Ro­land spoj­rzał na Stru­pa.

– Co ty na to? – spy­tał.

– Nic. – Pół-go­blin wzru­szył ra­mio­na­mi. – Po­dob­no rada miej­ska co kwar­tał po­sy­ła do każ­dej Bra­my nie­wol­ni­ków, by wy­pu­co­wa­li pierw­sze sto me­trów tu­ne­lu i uło­ży­li na­rę­cza po­chod­ni przy wej­ściu, żeby za­chę­cić przy­głu­pów do wej­ścia do środ­ka. Wie pan, ka­pi­ta­nie, żeby się Złe na­żar­ło i ci­cho sie­dzia­ło.

– A co to ta­kie­go to Złe? – spy­tał Ro­land.

– Za­gła­da – po­wie­dział Ba­obab.

– Za­gła­dę to zo­sta­wi­li­śmy na gó­rze – burk­nął ka­pi­tan. – Pora, by oprzy­tom­nieć. Za mną.

We­szli już do środ­ka, ale z echem nadal nio­sły się przy­tłu­mio­ne wy­bu­chy, wy­strza­ły z bro­ni pal­nej i ło­skot wa­lą­cych się za­bu­do­wań.

– Ktoś po­sta­no­wił zrów­nać to mia­sto z zie­mią – do­dał, gdy prze­szli ja­kieś sto kro­ków. – A przy tym uparł się wy­bić wszyst­kich, któ­rzy w nim miesz­ka­ją. Nie są­dzę, bym kie­dyś za Ne­cro­vil­le za­tę­sk­nił, ale nie ro­zu­miem, dla­cze­go ktoś nie zno­si go aż tak bar­dzo.

– To Skel­len­ber­czy­ki – rzu­cił nie­za­do­wo­lo­ny Man­dra­go­ra. – Sły­szał pan kie­dyś, ka­pi­ta­nie, by te cho­ler­ne świę­tosz­ki po­trze­bo­wa­ły po­wo­du do spra­wie­nia ko­muś man­ta?

– „Błęd­ny ry­cerz”… – rzekł z za­du­mą Ro­land.

– Co?

– Gów­no. Idzie­my da­lej.

– Jak to idzie­my da­lej? – za­pro­te­sto­wał Man­dra­go­ra. – My­śla­łem, że po­sie­dzi­my chwi­lę i po­cze­ka­my, a po­tem wyj­dzie­my i…

– I co? Zbu­du­je­my nowy okręt z resz­tek tanc­bu­dy? Zo­staw my­śle­nie in­nym.

– Ka­pi­ta­nie, ja na­praw­dę mam złe prze­czu­cia – jęk­nął Strup.

– Ja też. A jed­no z nich mówi mi, że te przy­błę­dy za­raz tu wle­zą za nami. Raź­niej, kam­ra­ci. Na­przód.

I Ro­land ru­szył jako pierw­szy z do­by­tym kor­de­la­sem i wznie­sio­ną po­chod­nią, ma­jąc po le­wej Man­dra­go­rę z na­rych­to­wa­ną rusz­ni­cą i Stru­pa z beł­tem na zdo­bycz­nej ku­szy. Za nimi szli mam­ro­czą­cy pod no­sem Ba­obab oraz uśmiech­nię­ty Wierz­bak, któ­ry naj­wy­raź­niej nie zo­rien­to­wał się jesz­cze, do­kąd go przy­pro­wa­dzo­no, a da­lej Ognik, Ber­be­luch – znów po­gry­za­ją­cy dłoń – i resz­ta. Każ­dy krok w ciem­no­ści od­sła­niał ko­lej­ny roz­dział nie­koń­czą­cej się opo­wie­ści o ludz­kiej głu­po­cie. W mi­go­tli­wym świe­tle po­chod­ni co chwi­la po­ja­wia­ły się szkie­le­ty śmiał­ków, któ­rzy w pod­zie­miach pod Ne­cro­vil­le po­szu­ki­wa­li sła­wy, bo­gac­twa lub po­tę­gi. Nie­któ­re z owych szkie­le­tów mia­ły zmiaż­dżo­ne czasz­ki, inne po­tra­ci­ły gło­wy, a kil­ku – zwłasz­cza tym w na­pier­śni­kach i na­ra­mien­ni­kach – bra­ko­wa­ło koń­czyn. W broń, wa­la­ją­cą się pod no­ga­mi grup­ki pi­ra­tów, moż­na by wy­po­sa­żyć spo­ry od­dział abor­da­żo­wy. Ro­land wi­dział wo­kół wszel­kie ro­dza­je mie­czów, to­po­rów, pik, strzelb, pi­sto­le­tów, kusz, a na­wet łu­ków i proc, ale ani on, ani nikt z jego to­wa­rzy­szy na­wet nie po­my­ślał o tym, by się po któ­reś schy­lić. Po co mie­li­by to ro­bić, sko­ro nie przy­da­ły się śmiał­kom, któ­rzy szli tędy przed nimi?

– Tak so­bie my­ślę, że­śmy już wy­star­cza­ją­co da­le­ko za­szli – bąk­nął Ber­be­luch. – Nogi mnie bolą i…

– Ci­cho! – syk­nął ka­pi­tan.

– Ale kie­dy mnie na­praw­dę bolą…

– To so­bie je po­od­gry­zaj! – wark­nął Strup.

– Za­mknie­cie się? – Ro­land od­wró­cił się z ogniem w oczach. – Sły­sza­łem coś.

W zgrai za jego ple­ca­mi na­tych­miast za­pa­dła ci­sza. Ka­pi­ta­na okrę­tu pi­rac­kie­go, oprócz wie­lu in­nych za­let, mu­siał rów­nież ce­cho­wać do­sko­na­ły słuch, choć­by po to, by mógł w porę usły­szeć ozna­ki ro­dzą­ce­go się bun­tu. Ro­land do­wo­dził za­ło­gą „Or­li­cy” przez czte­ry nie­rzad­ko burz­li­we lata i ci z jego pod­wład­nych, któ­rzy prze­trwa­li zmia­ny ka­dro­we, pod­cho­dzi­li do ka­pi­tań­skie­go słu­chu z na­le­ży­tym sza­cun­kiem. Po chwi­li na­wet przy­głu­chy nie­co Ognik, któ­ry przez więk­szość swe­go ży­cia słu­żył jako ka­no­nier, usły­szał echo szyb­ko na­stę­pu­ją­cych po so­bie pla­śnięć przy­po­mi­na­ją­cych nie­co ude­rze­nia mo­kre­go prze­ście­ra­dła o mu­ro­wa­ną ścia­nę.

– Co to ta­kie­go? – szep­nął, ale Ber­be­luch na­tych­miast za­sło­nił mu usta dło­nią, po­nadże­ra­ną tu i ów­dzie, a więc na pew­no nie jego wła­sną. Wy­stra­szo­ny Ognik cof­nął się o krok i strze­lił pło­mie­niem z py­ska, przy­pie­ka­jąc ją gdzie­nieg­dzie.

– Uspo­ko­icie się, za­ra­za? – par­sk­nął Ro­land, ale bez prze­ko­na­nia. Ja­skra­wy ogień z pasz­czy pi­ra­ta wy­do­był z ciem­no­ści tu­ne­lu nowy kształt, drob­ny i sku­lo­ny, ale bez wąt­pie­nia zmie­rza­ją­cy w ich kie­run­ku.

– O, dziel­ni mę­żo­wie – po­niósł się jęk. – Szla­chet­ni wo­jow­ni­cy, wal­czą­cy o słusz­ną spra­wę…

Ro­land był mor­skim roz­bój­ni­kiem na tyle dłu­go, by wie­dzieć, że przy­miot­ni­ka „szla­chet­ny” na ogół uży­wa­ją lu­dzie, któ­rzy mają do nie­go waż­ną spra­wę. Sma­gnął więc Stru­pa mac­ką po twa­rzy, uci­na­jąc jego chi­chot, i znów wy­tę­żył słuch.

– O, bo­ha­te­ro­wie god­ni le­gend, sy­no­wie sił świa­tła… – za­wo­dził przy­bysz.

W bla­sku ło­po­czą­cych dzi­ko po­chod­ni pi­ra­ci wi­dzie­li już, że był to zgar­bio­ny sta­ru­szek z dłu­gą, brud­no­sza­rą bro­dą. Na wi­dok roz­ba­wio­nych gąb, dłu­gich ostrzy i prze­past­nych luf od­kaszl­nął, splu­nął, po­tarł po­licz­ki, a po­tem skrzy­wił się naj­pa­skud­niej jak po­tra­fił.

– Wi­taj­cie, czar­ni ry­ce­rze, wo­jow­ni­cy ciem­no­ści! – wy­char­czał ni­czym umar­lak pod­czas peł­ni, prze­chy­la­jąc gło­wę i ły­piąc na lu­dzi Ro­lan­da zło­wro­go. – Ja, Gu­sto z Cie­nia, służ­bę wam swą ofia­ru­ję i do smo­cze­go leża do­pro­wa­dzić pra­gnę, by­ście mog­li pak­tu z Be­stią do­bić. Wiem, że dziś pan tych pod­zie­mi jest w wy­jąt­ko­wo po­błaż­li­wym na­stro­ju i go­tów ła­ska­wie swych go­ści po­trak­to­wać. Po­dą­żaj­cie za mną! – Od­wró­cił się i prze­szedł parę kro­ków, po czym nie­spo­dzie­wa­nie się za­trzy­mał, zerk­nął przez ra­mię i za­niósł się zło­wiesz­czym chi­cho­tem. – Chodź­cie, chodź­cie, nie bój­cie się!

– Mułu żeś się, dzia­dek, na­żarł czy dur­ny od uro­dze­nia? – burk­nął Ro­land. – Co ci do łba strze­li­ło, że z ja­kąś tam Be­stią chce­my się sku­mać?

– Aha, a więc wy po skar­by? – zdu­miał się Gu­sto z Cie­nia. – To ci do­pie­ro. Ja chy­ba rze­czy­wi­ście się sta­rze­ję… Na pierw­szy rzut oka wasz zbio­ro­wy pro­fil oso­bo­wo­ścio­wy…

Ścia­ny nie­spo­dzie­wa­nie za­dy­go­ta­ły, a z su­fi­tu po­sy­pał się pył. Tu­ne­lem prze­szło echo po­tęż­nej eks­plo­zji.

– Co, u li­cha…

Po­tem na­stą­pił ko­lej­ny wy­buch, sil­niej­szy od po­przed­nie­go, a po nim jesz­cze je­den. Zie­mia dy­go­ta­ła, pi­ra­ci od­bi­ja­li się od ścian, pa­da­li na zie­mię, nik­nę­li w tu­ma­nach pyłu. W koń­cu wy­bu­chy uci­chły i na­stą­pi­ła kłu­ją­ca w uszy ci­sza.

– Ola­bo­ga, ola­bo­ga… – ję­czał sta­ru­szek, pod­no­sząc się na nogi. – Ale żem się rąb­nął… Pa­no­wie, cóż to było? Czyż­by się Wszech­moc­ni ro­ze­źli­li?

– Tych to bym w to nie mie­szał. – Ro­land splu­nął i prze­tarł so­bie mac­ką czo­ło. W tej sa­mej chwi­li znów roz­le­gło się mo­kre pla­śnię­cie, gło­śniej­sze niż wcze­śniej. Ka­pi­tan pod­niósł upusz­czo­ną po­chod­nię i do­strzegł w mro­ku ciel­sko przy­po­mi­na­ją­ce ogrom­ne­go węża, mia­ro­wo ude­rza­ją­ce o ścia­nę. Zmarsz­czył brwi i na po­wrót sku­pił uwa­gę na sta­rusz­ku. – Skup­my się może, dzia­dek, na tej Be­stii – po­wie­dział. – To owo Złe, o któ­rym bre­dzi Strup?

– Za­gła­da! – Ba­obab za­trząsł się.

– A może po­ga­da­my przy in­nej oka­zji, co? – bąk­nął Gu­sto i ze żwa­wo­ścią za­ska­ku­ją­cą w jego wie­ku rzu­cił się do uciecz­ki. Ubiegł jed­nak­że za­le­d­wie kil­ka kro­ków, gdy w po­wie­trzu śmig­nęła mac­ka, owi­nę­ła się wo­kół jego szyi i za­ci­snę­ła moc­no. Fio­le­to­wie­ją­ce­go na twa­rzy sta­rusz­ka na­tych­miast oto­czy­li po­sęp­ni pi­ra­ci.

– Nie, po­ga­da­my te­raz. – Ro­land ze zgrzy­tem wy­cią­gnął kor­de­las. – Raj­fu­rzysz, co?

Du­szo­ny Gu­sto na mo­ment prze­stał bez­sil­nie ko­pać po­wiet­rze i wy­ba­łu­szył oczy jak czło­wiek nie­słusz­nie oskar­żo­ny, ale ka­pi­tan wzmoc­nił uścisk.

– Raj­fu­rzysz! – po­wtó­rzył. – Nie wiem, czym jest ta Be­stia, ale naj­wy­raź­niej ma nie­spo­ży­ty ape­tyt, a o dur­niów w Ne­cro­vil­le ostat­nio nie­co trud­niej. Wy­glą­da więc na to, że po­two­rzy­na za­trud­ni­ła raj­fu­ra, któ­ry do­da­je otu­chy po­ten­cjal­nym po­szu­ki­wa­czom przy­gód. Mylę się?

Ści­skał szy­ję Gu­sto z taką siłą, że przy­pusz­czal­nie od­po­wie­dzi by się nie do­cze­kał, ale po­wierzch­nią znów wstrzą­snę­ły gi­gan­tycz­ne eks­plo­zje, a od su­fi­tu tu­ne­lu za­czę­ły się od­ry­wać po­tęż­ne kęsy gru­zu. Ro­land czmych­nął w stro­nę Wierz­ba­ka, naj­wy­raź­niej ura­do­wa­ne­go zmia­ną, i skrył się mię­dzy jego no­ga­mi. Ba­obab grzmiał i ci­skał klą­twy, prze­ra­żo­ny Ognik strze­lał na­oko­ło pło­mie­nia­mi z py­ska, a po­zo­sta­li wrzesz­cze­li i klę­li, le­d­wie wi­docz­ni w kłę­bach pyłu.

Z pyłu ciem­no­ści wy­ło­nił się ja­kiś ogrom­ny, wi­ją­cy kształt.

Ka­pi­tan czuł, że jego od­wa­ga kru­szy się z każ­dą spa­da­ją­cą ce­głą, ale mimo to męż­nie po­wstrzy­my­wał ocho­tę, by przy­łą­czyć się do wrza­sków. Przy­najm­niej tak było do chwi­li, gdy do­strze­żo­ne przed mo­men­tem ciel­sko roz­trą­ci­ło prze­ra­żo­nych pi­ra­tów, zła­pa­ło go za kost­kę i po­wle­kło w ciem­ność.

***

Ulicz­ka wy­glą­da­ła, jak­by przed mo­men­tem roz­sa­dził ją wy­buch wul­ka­nu. Na sa­mym środ­ku ział ogrom­ny lej, oto­czo­ny zwa­ła­mi dy­mią­ce­go gru­zu. Za­miast rzę­du po­bie­la­nych ka­mie­ni­czek z czer­wo­ny­mi da­cha­mi, w któ­rych nie­gdyś mie­ści­ły się sie­dzi­by kup­ców i ship­chan­dle­rów, wzdłuż uli­cy cią­gnę­ły się wy­szczer­bio­ne, osmo­lo­ne fron­ty z dziu­ra­mi na miej­scu okien. Gdzieś skrzy­piał na wie­trze cu­dem oca­la­ły szyld. Wro­ny sie­dzą­ce rzę­dem na nad­wę­glo­nym pa­ra­pe­cie wpa­try­wa­ły się z nie­do­wie­rza­niem w lu­dzi prze­dzie­ra­ją­cych się przez ru­mo­wi­sko.

Z po­dob­ną miną pa­trzył na nich Ro­land, któ­ry wła­śnie wy­chy­lił gło­wę ze stu­dzien­ki ście­ko­wej.

Żoł­nie­rze z „Błęd­ne­go ry­ce­rza”, znu­że­ni i za­sa­pa­ni, pcha­li przed sobą wó­zek wy­ła­do­wa­ny becz­ka­mi. Do­wo­dzą­cy nimi ofi­cer bez prze­rwy spo­glą­dał na trzy­ma­ną w ręku mapę, a na swo­ich pod­wład­nych zer­kał tyl­ko po to, by ich pro­fi­lak­tycz­nie zru­gać. Bia­łe płasz­cze przy­by­szów były brud­ne, zło­ci­ste heł­my zwa­li­li na wóz­ku.

– Cóż oni, do cho­le­ry ja­snej, wy­ra­bia­ją? – sap­nął Strup, któ­ry wyj­rzał z dziu­ry w ślad za do­wód­cą.

– Usi­łu­ją znisz­czyć Ne­cro­vil­le – stwier­dził spo­koj­nym gło­sem Ro­land.

Strup przez mo­ment dra­pał się z za­pa­łem po zie­lon­ka­wej gę­bie, jak­by chciał ze­brać w ten spo­sób my­śli, a po­tem spoj­rzał krzy­wo na ka­pi­ta­na.

– A nie wie pan może, po jaką cho­le­rę chcie­li­by znisz­czyć dziu­rę, któ­ra za parę lat i tak sama się roz­pad­nie? – spy­tał prze­bie­gle.

– Wiem – od­parł Ro­land. Ton jego gło­su zdra­dzał, iż jest to wia­do­mość by­najm­niej nie­prze­zna­czo­na dla uszu sze­re­go­we­go pi­ra­ta, na­wet je­śli był cie­ślą, i Strup się ob­ra­ził. Ka­pi­tan zaś zer­k­nął w dół. – Co z Ba­oba­bem?! – za­wo­łał pół­gło­sem.

– Mam­ro­cze swo­je gu­sła i pia­na mu z py­ska idzie – za­ra­por­to­wał nie­pew­nym gło­sem Ognik. – To do­brze czy źle?

– Za­raz się prze­ko­na­my.

– O, sze­fie, szu­kał pan Ogo­po­go! – ucie­szył się Strup, wska­zu­jąc czło­wie­ka nie­zgrab­nie pną­ce­go się na sto­sy gru­zu.

– Prze­cież to ja­kiś tru­posz! – Ro­land zmarsz­czył brwi.

Nie był to pierw­szy umar­lak, któ­re­go wi­dział od chwi­li otwar­cia stu­dzien­ki. Wy­glą­da­ło na to, że kule z „Błęd­ne­go ry­ce­rza” tra­fi­ły w cmen­tarz Ne­cro­vil­le, co po­bu­dzi­ło miej­sco­wych nie­umar­łych do więk­szej ak­tyw­no­ści.

– No, wie pan, Ogo­po­go od pew­ne­go cza­su… – Strup za­jąk­nął się. – Nie mó­wi­li­śmy nic, żeby się pan nie de­ner­wo­wał, ale sta­ru­szek Ogo­po­go tak na­praw­dę to nie żył od do­brych paru mie­się­cy. Chcie­li­śmy go wy­wa­lić, ale nadal no­ga­mi żwa­wo prze­bie­rał, do ro­bo­ty się rwał, no i zo­stał.

– O czym jesz­cze mi nie mó­wi­li­ście? – Ro­land sma­gnął Stru­pa ostrym spoj­rze­niem.

– Może jesz­cze by się coś zna­la­zło… Ale to drob­ne spra­wy, same drob­ne. Nic war­te­go uwa­gi.

Pół-go­blin ob­li­zał się ner­wo­wo aż po nos i już otwo­rzył usta, naj­wi­docz­niej go­to­wy zdra­dzić ka­pi­ta­no­wi ko­lej­ny se­kret, gdy skry­ty w mro­ku Ba­obab za­wył dzi­ko. W tej sa­mej chwi­li sza­re, skłę­bio­ne chmu­ry prze­su­wa­ją­ce się nad ru­ina­mi Ne­cro­vil­le bluzg­nęły desz­czem z taką siłą, że nie­mal­że wbi­ły Stru­pa do tu­ne­lu. Ro­land w porę zła­pał go za ko­szu­lę i uśmiech­nął się pa­skud­nie.

– No, te­raz już ni­cze­go so­bie nie wy­sa­dzą. Zbie­ra­my się! Za mną!

Wy­sko­czył ze stu­dzien­ki jako pierw­szy. Wcze­śniej su­ro­wo po­in­stru­ował kam­ra­tów, by ża­den na­wet nie pró­bo­wał strze­lać czy wrzesz­czeć, ale wy­wo­ła­na przez Ba­oba­ba tro­pi­kal­na ule­wa i tak tłu­mi­ła wszel­kie od­gło­sy. Nie­zau­wa­żo­ny przez ni­ko­go ka­pi­tan w kil­ku su­sach przy­padł do żoł­nie­rzy pcha­ją­cych wó­zek z becz­ka­mi. Pierw­sze­go ciął przez ple­cy kor­de­la­sem, dru­gie­go oplótł mac­ką, szarp­nął w tył i rąb­nął rę­ko­je­ścią mię­dzy oczy, trze­cie­go po­czę­sto­wał kop­nia­kiem mię­dzy nogi. Skel­len­ber­ski ofi­cer od­wró­cił się, wrza­snął prze­ni­kli­wie i zła­pał za pi­sto­let, ale wte­dy zwa­lił się na nie­go prze­kli­na­ją­cy wście­kle Strup. Dwaj żoł­nie­rze cią­gną­cy wó­zek ob­ró­ci­li się i chwy­ci­li za uło­żo­ne na koź­le musz­kie­ty, ale bliż­sze­go po­wa­lił bełt z ku­szy Ber­be­lu­cha, a dal­sze­go roz­sa­dził na ka­wał­ki bez­gło­śny po­cisk z rusz­ni­cy Man­dra­go­ry.

Wal­ka skoń­czy­ła się rów­nie szyb­ko, jak się za­czę­ła. Po chwi­li przez ogłu­sza­ją­cy szum ule­wy prze­dzie­ra­ło się już tyl­ko sa­pa­nie Stru­pa, któ­ry sie­dział okra­kiem na cie­le nie­przy­tom­ne­go ofi­ce­ra i z pa­sją tłukł go ku­ła­ka­mi po twa­rzy, zdra­dza­jąc chro­nicz­ną nie­na­wiść do wsze­la­kiej szar­ży. Ro­land zaś pod­niósł upusz­czo­ną mapę i roz­ło­żył ją na ko­la­nie. Kro­ple desz­czu bły­ska­wicz­nie roz­my­ły wy­ry­so­wa­ne na niej kształ­ty, ale ka­pi­tan zdą­żył zo­ba­czyć ob­rys Ne­cro­vil­le i kil­ka za­zna­czo­nych krzy­ży­ka­mi punk­tów.

– A więc jed­nak… – mruk­nął.

– Ka­pi­ta­nie! – za­wo­łał z oży­wie­niem Ognik i wska­zał coś przed sobą.

Ro­land zmarsz­czył brwi.

– O co cho­dzi?

– Ka­pi­ta­nie, to buda Sępa! – Bos­man z ra­do­ści ob­li­zał po­kry­tą sa­dzą gębę. – Cał­kiem roz­pie­przo­na!

„Sęp” był jed­nym z naj­ła­god­niej­szych przy­dom­ków naj­bo­gat­sze­go oby­wa­te­la mia­sta, vis­slandz­kie­go re­ne­ga­ta, któ­ry do­ro­bił się for­tu­ny na sku­pie dzieł sztu­ki ra­bo­wa­nych na Mo­rzach Wsze­tecz­nych. Mało któ­ry z pi­ra­tów wy­zna­wał się na sztu­ce, ale nie prze­szko­dzi­ło to ca­łej spo­łecz­no­ści dojść do cał­kiem oczy­wi­ste­go wnio­sku, że do­sta­ją za swo­ją zdo­bycz o wie­le za mało. Do­my­sły te uza­sad­nia­ło wie­le fak­tów, jak choć­by ten, że Sęp za­mie­nił swą ka­mie­nicz­kę w nie­wiel­ką for­te­cę strze­żo­ną przez że­la­zne wro­ta, uzbro­jo­nych po zęby straż­ni­ków, skor­pio­ny, bie­sy i sys­tem pu­ła­pek. Nie na wie­le się to jed­nak zda­ło wo­bec ka­ta­kli­zmu, któ­ry na­wie­dził mia­sto. Któ­ryś z po­ci­sków ze skel­len­ber­skie­go li­niow­ca za­mie­nił zbro­jo­ne drzwi w pęk po­skrę­ca­nych me­ta­lo­wych wió­rów, inne po­wy­bi­ja­ły dziu­ry w ścia­nach i zmio­tły dach.

Dro­ga do twier­dzy sta­ła otwo­rem.

– Sir? – po­wtó­rzył beł­ko­tli­wym gło­sem Ognik i buch­nął wil­got­nym dy­mem.

– Łap­cie za ten wó­zek i zbie­ra­my się stąd. Ży­wiej! Strup, skoń­czy­łeś już z tym mun­du­ro­wym?

– Ale… – beł­ko­tał bos­man, wska­zu­jąc ru­inę ka­mie­nicz­ki Sępa. – Ale… Ale…

– Za­mknij ryj i do ro­bo­ty! – ryk­nął Ro­land gło­sem, któ­ry mógł­by zmieść ma­ry­na­rza z po­kła­du. Jak­by w od­po­wie­dzi nie­bo po­mrocz­nia­ło i z naj­bliż­szej chmu­ry wy­strze­li­ła roz­wi­dlo­na bły­ska­wi­ca. Na uła­mek se­kun­dy świat prze­szy­ła ośle­pia­ją­ca ja­sność, a gdy ka­pi­tan od­zy­skał wzrok, uj­rzał, jak front ko­lej­ne­go domu, roz­sz­cze­pio­ny ni­czym po ude­rze­niu mon­stru­al­nym to­po­rem, za­czy­na się nie­bez­piecz­nie prze­chy­lać. – Cho­du! – wrzas­nął i wsko­czył do tu­ne­lu, nie zwa­ża­jąc na resz­tę za­ło­gi. Fakt, że zła­pał Ba­oba­ba za ko­szu­lę i po­trzą­snął nim moc­no, naj­le­piej świad­czył o jego wzbu­rze­niu. Sam wi­dział czło­wie­ka, któ­re­mu po po­dob­nej na­pa­ści na sza­ma­na ręce zgni­ły aż po łok­cie. – Po­wie­dzia­łem „deszcz”! „Deszcz”! No do­bra, może uży­łem sło­wa „ule­wa”, ale wy­raź­nie pod­kre­śli­łem, byś od­pu­ścił so­bie grad, żaby z nie­ba i inne ar­ty­stycz­ne ozdob­ni­ki! Wli­cza­jąc pio­ru­ny!

– Ale to nie ja! – Ba­obab za­mru­gał ocza­mi, bu­dząc się z transu. Ule­wa na gó­rze za­uwa­żal­nie osła­bła, świat prze­szy­ła ja­sność, a po­tem roz­legł się huk po­tęż­niej­szy od wszyst­kie­go, co ka­pi­tan sły­szał do tej pory. Ogni­ka, któ­ry wła­ził do stu­dzien­ki jako ostat­ni, po­dmuch wtło­czył do środ­ka. Zie­mia za­ko­ły­sa­ła się pod ich sto­pa­mi, od su­fi­tu znów ode­rwa­ły się po­tęż­ne kęsy ce­gieł.

– Bły­ska­wi­ca wła­śnie przy­pie­przy­ła w becz­ki z pro­chem! – Ro­land znów na­tarł na ol­brzy­mie­go Mu­rzy­na. Mac­ki wy­ra­sta­ją­ce z jego ple­ców wznio­sły się nad gło­wę kam­ra­ta ni­czym za­hip­no­ty­zo­wa­ne ko­bry. – Od­po­wiesz mi za to, ty nie­speł­nio­ny ar­ty­sto!

– Ale to na­praw­dę nie ja… – jęk­nął Ba­obab.

– Nie ty? A niby kto?

– Za­gła­da… – Mu­rzyn wy­wró­cił ocza­mi.

– Za­gła­da – po­wtó­rzył Ro­land i zmarsz­czył brwi. – Za­gła­da, po­wia­dasz… To cie­ka­we… Do­bra, chło­pa­ki, znów cze­ka nas tro­chę ru­chu! Trze­ba zdo­być ko­lej­ny wó­zek z pro­chem!

***

Ulicz­ka­mi Ne­cro­vil­le pę­dzi­li już nie­jed­no­krot­nie, ści­ga­jąc inne za­ło­gi bądź przed nimi umy­ka­jąc, ale nig­dy do­tąd nie spra­wi­ło im to aż tyle trud­no­ści. Za­rów­no ar­ty­le­rzy­ści z „Błęd­ne­go ry­ce­rza”, jak i po­sła­ni na ląd żoł­nie­rze nie tra­ci­li cza­su i mało któ­ry z bu­dyn­ków mia­sta prze­trwał za­wie­ru­chę. Znisz­cze­nia były tak roz­le­głe, a ule­wa tak in­ten­syw­na, że Ro­land chwi­la­mi nie miał pew­no­ści, czy nie za­błą­dził. Mimo to po­spiesz­nie wdra­py­wał się na ko­lej­ne ster­ty gru­zu, aż wresz­cie uj­rzał ciem­ny kształt Igli­cy ma­ja­czą­cy wśród strug desz­czu.

– Uff – sap­nął i otarł twarz. – Je­ste­śmy pra­wie na miej­scu!

Nie za­uwa­żył, że zmok­nię­ci i zdy­sza­ni Man­dra­go­ra i Wierz­bak, któ­rych wy­brał na to­wa­rzy­szy, by­najm­niej nie po­dzie­la­li jego en­tu­zja­zmu. Po­de­rwał się, w kil­ku su­sach prze­mie­rzył za­sła­ny zglisz­cza­mi, spę­ka­ny od wy­bu­chów ry­nek, za­le­wa­ny te­raz stru­ga­mi desz­czu, i po­mknął w górę po skrzy­pią­cych drew­nia­nych scho­dach.

Nig­dy do­tąd nie był w Igli­cy. Z po­cząt­ku mia­ła to być świą­ty­nia Wszech­moc­nych, ale o jej praw­dzi­wym prze­zna­cze­niu za­po­mnia­no nie­mal­że na­tych­miast po tym, jak Vis­sland­czy­cy ewa­ku­owa­li się z mia­sta. Miesz­kań­cy Mórz Wsze­tecz­nych nig­dy nie da­rzy­li szcze­gól­ną sym­pa­tią żad­ne­go z Wszech­moc­nych – ba, zde­cy­do­wa­na więk­szość nie po­tra­fi­ła­by wy­mie­nić na­wet trzech z nich – a od anio­łów i de­mo­nów, któ­rzy re­pre­zen­to­wa­li ich na zie­mi, trzy­ma­li się moż­li­wie naj­da­lej. Igli­ca wy­trwa­le opie­ra­ła się jed­nak sztor­mom, trzę­sie­niom zie­mi i pi­jac­kim po­pi­som strze­lec­kim, a w mię­dzy­cza­sie zdo­by­ła też wiel­ką po­pu­lar­ność wśród sa­mo­bój­ców. Nie było dnia, by ktoś nie sko­czył z niej na bruk ry­necz­ku ku szcze­rej ucie­sze re­zy­du­ją­cych nie­opo­dal ap­te­ka­rzy, ko­no­wa­łów-eks­pe­ry­men­ta­to­rów i du­szo­ła­pów.

Ro­land nie za­przą­tał so­bie gło­wy roz­wa­ża­nia­mi teo­lo­gicz­ny­mi. Zdy­sza­ny wspiął się na sam szczyt bu­dow­li, ode­pchnął tru­pa ja­kie­goś pi­ra­ta, któ­ry w ostat­niej chwi­li zre­zy­gno­wał ze sko­ku i po­sta­no­wił się za­strze­lić, i od­piął od pasa Wiel­ką Lu­ne­tę. Prze­łknął śli­nę, stłu­mił po­ku­sę wy­ko­na­nia ja­kie­goś re­li­gij­ne­go zna­ku od­pę­dza­ją­ce­go urok i roz­ło­żył ją z trza­skiem.

Mil­cza­ła.

Ode­tchnął z ulgą. W swej ka­rie­rze mor­skie­go zbó­ja nig­dy nie na­tknął się na przy­rząd rów­nie do­kład­ny, a przy tym tak ka­pryś­ny jak Wiel­ka Lu­ne­ta. Mógł dzię­ki niej wi­dzieć przez mgłę, deszcz, dym oraz śnieg, a na­wet – je­śli mia­ła lep­szy dzień – przez ma­te­rial­ne prze­szko­dy, ale nie ko­rzy­stał z niej czę­sto, gdyż za każ­dą usłu­gę tego typu ar­te­fakt ka­zał so­bie pła­cić. Jego po­my­sło­wość nie mia­ła gra­nic i Ro­land mógł się uwa­żać za szczę­ścia­rza, je­śli do­ma­gał się tyl­ko prze­czysz­cze­nia so­cze­wek. Skwap­li­wie przy­tknął lu­ne­tę do oka i wy­ce­lo­wał w nad­brze­że.

Przy­rząd z ty­po­wą dla sie­bie non­sza­lan­cją cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wał ule­wę oraz dym i uka­zał mu bur­tę „Błęd­ne­go ry­ce­rza” tak wy­raź­nie, jak­by pi­rat stał kil­ka kro­ków od niej. Choć z to­pów masz­tów zwi­sa­ły fla­gi ze świę­tym mie­czem Skel­len­ber­gu, ka­pi­tan szyb­ko na­brał pew­no­ści, iż nie jest to kon­struk­cja ty­po­wa dla tego na­ro­du. Okręt był, co praw­da, ma­syw­ny i cięż­ki, ale li­nia ka­dłu­ba i roz­miesz­cze­nie ta­kie­lun­ku zdra­dza­ło, że mimo spo­rych roz­mia­rów jest sto­sun­ko­wo szyb­ki i ste­row­ny. W ni­czym nie przy­po­mi­nał pły­wa­ją­cych skel­len­ber­skich for­tec, do­sko­na­le uzbro­jo­nych, ale ocię­ża­łych i ża­ło­śnie mało zwrot­nych. Nie miał ani to­pów ufor­mo­wa­nych na po­do­bień­stwo rę­ko­je­ści mie­czy, ani ka­pią­cej zło­tem, przy­po­mi­na­ją­cej oł­tarz pa­wę­ży. Ro­land do­kład­nie obej­rzał po­kład okrę­tu po­ma­lo­wa­ny na śnież­ną biel i nie do­strze­ga­jąc ni­cze­go god­ne­go uwa­gi, skie­ro­wał wzrok na brzeg.

Wte­dy go do­strzegł.

Na na­brze­żu stał sa­mot­ny męż­czy­zna w na­pier­śni­ku, lecz bez bro­ni. Wy­star­czy­ło przyj­rzeć się jego bro­da­tej, su­ro­wej, po­zba­wio­nej ja­kich­kol­wiek emo­cji twa­rzy, przy­mru­żo­nym oczom i ogrom­nym, kur­czo­wo za­ci­śnię­tym pię­ściom, by wie­dzieć, że ma się do czy­nie­nia z czło­wie­kiem nie­prze­jed­na­nym, cał­ko­wi­cie od­da­nym idei. Ka­pi­tan przy­glą­dał mu się przez chwi­lę, ale wte­dy jego uwa­gę przy­cią­gnę­ła nie­wy­raź­na, pół­ma­te­rial­na po­stać za ple­ca­mi nie­zna­jo­me­go, wi­docz­na tyl­ko dzię­ki mo­com Wiel­kiej Lu­ne­ty. Pi­rat do­strzegł skrzy­dła z wy­sta­ją­cy­mi ha­ka­mi oraz dłu­gie wło­sy spię­te me­ta­lo­wą ob­rę­czą. Prze­łknął śli­nę.

Wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia.

– Za­gła­da – mruk­nął. – A więc o to cho­dzi­ło Ba­oba­bo­wi…

Wy­da­wa­ło mu się, że skel­len­ber­ski ry­cerz spoj­rzał do­kład­nie w jego kie­run­ku, a po­tem coś po­wie­dział. Zja­wa kla­snę­ła w dło­nie i nie­bo nad gło­wą Ro­lan­da roz­dar­ła bły­ska­wi­ca. Łup­nę­ła z nie­wy­obra­żal­nym hu­kiem w zie­mię, któ­ra strze­li­ła gej­ze­rem pia­chu oraz po­trza­ska­nych ka­mie­ni.

– Pró­bu­jesz mnie do­paść, dra­niu? – syk­nął ka­pi­tan, od­ska­ku­jąc.

– Do­ma­gam się, by mi do­kład­nie wy­li­za­no so­czew­ki, a po­tem wy­tar­to je ba­ty­stem – ode­zwa­ła się Wiel­ka Lu­ne­ta, po­spiesz­nie wpy­cha­na do fu­te­ra­łu.

– Ja­sne, ja­sne – mruk­nął pi­rat i po­gnał na dół.

Za­stał tam Man­dra­go­rę i Wierz­ba­ka, któ­rzy wpa­try­wa­li się ze zgro­zą w jamę po­wsta­łą na sku­tek ude­rze­nia bły­ska­wi­cy. Wśród spo­wi­ja­ją­cych ją dy­mów Ro­land uj­rzał obłe ciel­sko prze­śli­zgu­ją­ce się w od­sło­nię­tym ka­na­le.

– Sze­fie, wi­dział pan kie­dyś coś rów­nie ob­le­śne­go? – jęk­nął pierw­szy mat, uno­sząc rusz­ni­cę.

– Wi­dzia­łem raz, jak się Ognik pod­cie­ra – par­sk­nął Ro­land. – Po tym już nic mnie nie ru­szy. Zo­staw tę gi­we­rę, Man­dra­go­ra.

– Słusz­nie, to trza czymś więk­szym po­trak­to­wać. – Łysy pi­rat po­ki­wał gło­wą. – Wróć­my się po be­czuł­ki z pro­chem, co­śmy je przed chwi­lą tym cu­da­kom w heł­mach ukra­dli, i…

– Nie ma mowy. Becz­ki przy­da­dzą się gdzieś in­dziej. W mie­ście jest Za­gła­da.

– No, to już żem wi­dział.

– Na Wszech­moc­nych, ja­kiś ty dur­ny… Mam na my­śli tego anio­ła! Nig­dy nie sły­sza­łeś o Za­gła­dzie?

– No, coś tam żem sły­szał… – Pi­rat po­skro­bał się po płyt­ce wpra­wio­nej w czasz­kę. – Że pono na­py­cha lu­dziom bzdur do głów, a po­tem każe im nisz­czyć i plą­dro­wać! Tyl­ko że nig­dy nie po­ją­łem, co w tym złe­go.

– Ano to, że kon­ku­ren­cję nam robi. – Ro­land uśmiech­nął się zło­wro­go. – I to wła­śnie dla­te­go trze­ba go­ścia roz­wał­ko­wać. Ru­sza­my.

***

Słuch jak zwy­kle go nie za­wiódł.

To, że za­no­si się na coś nie­do­bre­go, zdra­dza­ło za­rów­no na­pię­cie wi­szą­ce w po­wie­trzu, jak i za­cię­ta mina Man­dra­go­ry. Do­my­sły po­twier­dzi­ły go­rącz­ko­we szep­ty z izby, w któ­rej cze­ka­ła na nich resz­ta fe­raj­ny. Ro­land nie­spo­strze­że­nie pu­ścił to­wa­rzy­szy przo­dem, a po­tem ukrad­kiem spraw­dził, czy w obu pi­sto­le­tach nie za­mókł proch.

„Wierz­bak ni­cze­go nie ro­zu­mie, a Ba­obab bę­dzie nadal oszo­ło­mio­ny po rzu­ce­niu cza­ru – my­ślał. – Ci dwaj nie sta­no­wią więc nie­bez­pie­czeń­stwa. Strup pew­nie bę­dzie przy oknie, bo się wszyst­kie­go boi, Ber­be­luch sam, bo jego się boją, a Man­dra­go­ra przy wej­ściu. Do­bra, prze­ci­na­my wrzo­da. Raz, dwa, trzy i ostre wej­ście!”

Wtar­gnął do izby z ta­kim im­pe­tem, że za­sko­czył na­wet czu­wa­ją­ce­go na cza­tach Stru­pa. Jed­na z jego ma­cek strze­li­ła ni­czym bicz i owi­nę­ła się wo­kół szyi pół-go­bli­na, a dru­ga unie­ru­cho­mi­ła rękę Ogni­ka, któ­ry od­ru­cho­wo się­gnął po broń. Pi­sto­let trzy­ma­ny w pra­wej ręce wy­mie­rzył pro­sto w czo­ło Man­dra­go­ry, a dru­gi w dok­to­ra. W se­kun­dę po jego wej­ściu w izbie za­pa­dła ab­so­lut­na ci­sza prze­ry­wa­na je­dy­nie plu­skiem desz­czu na ze­wnątrz.

– No, pip­ki? – za­gad­nął Ro­land nie­mal­że przy­ja­znym gło­sem. – Chcie­li­by­ście o czymś ze mną po­ga­dać?

Wierz­bak roz­dzia­wił gębę, jak­by do­pie­ro te­raz po­jął, co się dzie­je. Strup kwik­nął i za­ma­chał rę­ka­mi, ale nikt na nie­go nie zwró­cił uwa­gi.

– Gdzież tam zno­wu… – za­czął po­jed­naw­czo Ognik. – My tak tyl­ko so­bie ga­da­li­śmy…

– A o czym?

– O du­pach głów­nie…

– Dupę to ci za­raz od­strze­lę, Ognik – wy­ce­dził przez zęby Ro­land, wo­dząc pi­sto­le­tem to w górę, to w dół. – Tyl­ko nie wiem jesz­cze, czy tę na dole, czy może tę, któ­rą jesz i od­dy­chasz. Mów praw­dę. O co cho­dzi? O ka­mie­nicz­kę Sępa?

– Też – za­szlo­chał pi­rat i otarł ką­ci­ki oczu ku­ła­kiem. – I o to, że za­miast się gdzieś scho­wać, po­pi­jać rum, w ko­ści grać i prze­cze­kać tę za­wie­ru­chę, mu­si­my bie­gać jak głup­ki w desz­czu!

– I o to, że z ja­kimś anio­łem mamy wal­czyć! – burk­nął Man­dra­go­ra. – Prze­cie to, za­ra­za, nie na­sza spra­wa! My, pi­ra­ci, nig­dy­śmy się do spraw tych przy­błęd z Mię­dzy­świa­ta nie mie­sza­li! Poza tym jak ta­kie­go utłuc? A jak się nie uda i bę­dzie się mścił? Chęt­niej bym tego by­dla­ka w pod­zie­miach utłukł. Pro­chu wszę­dzie peł­no.

– Za­mókł – zwró­cił mu uwa­gę Ro­land.

– No to po co­śmy go tam zo­sta­wia­li? – sap­nął Ognik. – Po co do­bry proch mar­no­wać? Za­ra­za, ni­cze­go nie ka­pu­ję! Łącz­nie z tym, że… Że…

– Że co?!

– Że wy­peł­zła ja­kaś mac­ka, uca­pi­ła pana ka­pi­ta­na i po­wlok­ła w cho­le­rę! – wy­buch­nął roz­ża­lo­ny bos­man, aż mu się coś w gar­dzie­li roz­ja­rzy­ło. – A pan wy­lazł chwi­lę póź­niej, cały i zdrów, i ka­zał zbie­rać dupę w tro­ki! Jak­że to?

– Bie­da­ki… – Ro­land uśmiech­nął się pa­skud­nie. – Czte­ry lata mi­nę­ły, a wam się ani razu bunt nie udał… Cóż, nie­do­cze­ka­nie, kur­wa, wa­sze! Do­brze mnie po­słu­chaj­cie, me­du­zy w gno­ju uty­tła­ne! – ryk­nął i po­trzą­snął du­szo­nym nadal Stru­pem, któ­ry tak po­sza­rzał na gę­bie, iż przy­po­mi­nał wręcz czło­wie­ka. – Wbij­cie so­bie do tych pu­stych łbów, że je­stem wa­szym ka­pi­ta­nem i jak ko­muś się to nie po­do­ba, to niech so­bie sam fla­ki wy­pru­je i mi ro­bo­ty oszczę­dzi! Je­śli cho­dzi o to, co się sta­ło w tu­ne­lu, wara wam od tego! – wark­nął, pa­trząc zło­wro­go na Ogni­ka. – Wara, tłu­mo­ku! A je­śli cho­dzi o to, co się za­raz wy­da­rzy… Cóż, mam po­mysł na zdo­by­cie ma­jąt­ku, przy któ­rym bły­skot­ki Sępa oka­żą się jar­marcz­ny­mi świąt­ka­mi. Ra­dzę więc do­brze, by­ście mnie po­słu­cha­li, bo…

Za­trwa­ża­ją­co bli­sko grzmot­nę­ła bły­ska­wi­ca.

– …bo mamy cho­ler­nie mało cza­su – do­koń­czył.

– Za­gła­da – uzu­peł­nił Ba­obab i cmok­nął z za­chwy­tem.

***

Tru­pia Przy­stań nie mia­ła wła­ści­wie nic wspól­ne­go z tru­pa­mi, bo te po­ja­wia­ły się tam rzad­ko, naj­czę­ściej nie­sio­ne prą­dem z głów­nej przy­sta­ni. Było to nie­win­ne, nie­po­zor­ne, dość za­nie­dba­ne na­brze­że, do któ­re­go przy­bi­ja­li ry­ba­cy – nie­licz­ni z miesz­kań­ców Ne­cro­vil­le pa­ra­ją­cy się uczci­wą pra­cą – a na­zwę za­wdzię­cza­ło za­pa­cho­wi gni­ją­cych ryb, któ­ry na lą­dzie oka­zy­wał się dla pi­ra­tów nie do znie­sie­nia. Z tego też wzglę­du za­glą­da­li na przy­stań rzad­ko, chy­ba że za­błą­dzi­li po pi­ja­ku. Kule z li­niow­ca rów­nież oszczę­dzi­ły nie­wiel­kie, kry­te strze­chą cha­tyn­ki, przez co nie­któ­rzy z ry­ba­ków uzna­li, że wiel­ka awan­tu­ra ich nie do­ty­czy i za­bra­li się w spo­ko­ju do ła­ta­nia sie­ci i smo­ło­wa­nia ło­dzi. Ich spo­kój zbu­rzy­ło do­pie­ro po­ja­wie­nie się zgrai Ro­lan­da.

Za­przę­gnię­ty w Wierz­ba­ka wó­zek, po brze­gi wy­ła­do­wa­ny becz­ka­mi z pro­chem, to­czył się z hur­ko­tem wśród chat, pło­sząc do­ro­słych i wa­biąc dzie­ci.

– Szyb­ciej! – wrzesz­czał sie­dzą­cy na koź­le Man­dra­go­ra, pła­zu­jąc ura­do­wa­ne­go ob­ro­tem wy­da­rzeń Wierz­ba­ka. – Szyb­ciej!

– Na pra­wo! – ryk­nął Ro­land, wska­zu­jąc coś kor­de­la­sem. – Tam!

Ce­lo­wał w sta­ran­nie wy­mu­ro­wa­ne pod­wyż­sze­nie na na­brze­żu, je­dy­ne miej­sce, któ­re opar­ło się szko­dli­wym wpły­wom cza­su, ży­wio­łów i ludz­kie­go nie­dbal­stwa. Gdy przyj­rzeć mu się z ło­dzi, przy­po­mi­na­ło za­mu­ro­wa­ną bra­mę. Gdy przyj­rzeć mu się z bar­dzo bli­ska, nie moż­na było nie za­uwa­żyć gru­bych że­laz­nych prę­tów wzmac­nia­ją­cych mu­rar­kę. Gdy się nad nim za­sta­no­wić, z pew­no­ścią moż­na by na­brać po­dej­rzeń co do prze­zna­cze­nia owej dzi­wacz­nej, nie­pa­su­ją­cej do oto­cze­nia kon­struk­cji.

Roz­dzia­wio­na gęba sie­dzą­ce­go na pod­wyż­sze­niu ry­ba­ka su­ge­ro­wa­ła, że był on szczę­śli­wie wol­ny od wszel­kich po­dej­rzeń.

– Won! – Ro­land prze­go­nił męż­czy­znę cel­nym kop­nia­kiem. – Tu! – wrza­snął na Man­dra­go­rę. – Tu się za­trzy­maj!

– Wy­ła­do­wu­je­my? – za­py­tał za­sa­pa­ny Ber­be­luch, do­bie­ga­jąc na cze­le resz­ty zgrai do Tru­piej Przy­sta­ni.

Ka­pi­tan ob­rzu­cił kam­ra­ta spoj­rze­niem, w któ­rym kry­ło się zwąt­pie­nie w jego in­te­li­gen­cję.

– A co? Po­do­ba ci się ten wó­zek i chciał­byś go za­trzy­mać na pa­miąt­kę? – par­sk­nął. – Ognik! By­waj no tu!

Pi­rat pod­biegł do do­wód­cy. Ule­wa ob­my­ła jego wiecz­nie oka­dzo­ne sa­dzą ob­li­cze i Ro­land ku swe­mu zdu­mie­niu prze­ko­nał się, że jego bos­man jest sto­sun­ko­wo przy­stoj­nym, mło­dym czło­wie­kiem. Nie na­stro­iło go to po­zy­tyw­nie.

– No, chuch­nij na te be­czuł­ki – po­le­cił mu, wska­zu­jąc ma­te­riał wy­bu­cho­wy.

– Że co? – wy­stra­szył się pi­rat.

– Chuch­nij! Same z sie­bie nie wy­buch­ną!

– A ja­kie­goś lon­tu to my aby nie mamy?

– Wszyst­ko ga­śnie w tym desz­czu! Chuch­niesz czy nie?

– Nie – pi­snął pi­rat i na wszel­ki wy­pa­dek rzu­cił się do uciecz­ki.

– Stój, ty…!

Prze­rwa­ła mu bły­ska­wi­ca, któ­ra grzmot­nę­ła gdzieś za jego ple­ca­mi. Nad ru­ina­mi Ne­cro­vil­le po­nio­sło się echo po­tęż­nej eks­plo­zji.

– A to ci do­pie­ro – mruk­nął Ro­land. – To nie był przy­pa­dek… Za­gła­da wy­sa­dza ła­dun­ki wy­bu­cho­we przy po­mo­cy bły­ska­wic… Hej, raz ko­zie śmierć!

Nim kto­kol­wiek zdo­łał go za­trzy­mać lub cho­ciaż udać, że mu na tym za­le­ży, ka­pi­tan wspiął się na stos be­czek i ryk­nął:

– Hej, ty, ofia­ro losu w bla­sza­nej pusz­ce! Już dwa razy pró­bo­wa­łeś mnie roz­wa­lić i ja­koś ci nie wy­cho­dzi! Może tym ra­zem spró­bu­jesz, co?

Chmu­ra nad jego gło­wą za­czę­ła gwał­tow­nie ciem­nieć.

– Cho­du!

Eks­plo­zja była tak po­tęż­na i ośle­pia­ją­ca, że nikt nie za­uwa­żył dłu­gie­go, ośli­zgłe­go kształ­tu, któ­ry w chwi­lę po niej spełzł do wody w Tru­piej Przy­sta­ni. Ro­lan­do­wi jed­nak wy­star­czy­ło prze­czu­cie, że wszyst­ko się uda­ło. Uśmiech­nął się pa­skud­nie i dźwi­gnął z bło­ta.

***

– A co te­raz? – wy­sa­pał Strup, któ­ry sa­dził dłu­gi­mi su­sa­mi tuż za swo­im ka­pi­ta­nem, zgo­ła nie pa­mię­ta­jąc, że jesz­cze dwa kwa­dran­se temu ten pró­bo­wał go udu­sić.

– Nic! – od­krzyk­nął Ro­land. – Te­raz to po pro­stu bądź­cie sobą! O, już je­ste­śmy na miej­scu!

Zza osmo­lo­ne­go ma­ga­zy­nu por­to­we­go wyj­rza­ła bur­ta li­niow­ca, nadal czę­ścio­wo za­snu­ta mgła­mi. Ka­pi­tan nie wi­dział nig­dzie do­wód­cy okrę­tu i to­wa­rzy­szą­ce­go mu Za­gła­dy, ale czuł ich obec­ność. Wy­star­czył mu fakt, że na na­brze­żu zbie­ra­ły się sze­re­gi żoł­nie­rzy.

– Ba­obab, taj­fu­nik po­pro­szę! – wy­chry­piał. Czuł, że z wol­na za­czy­na go ogar­niać na­pię­cie.

– Taj­fu­nik! Taj­fu­nik! – za­ry­czał z ra­do­ścią Wierz­bak, kla­ska­jąc w ogrom­ne dło­nie.

Resz­ta pi­ra­tów roz­pierz­chła się z wpra­wą, a Mu­rzyn oparł dło­nie na ko­la­nach, zmarsz­czył czo­ło, za­ci­snął po­wie­ki i otwo­rzył sze­ro­ko usta, o wie­le sze­rzej niż był to w sta­nie zro­bić zwyk­ły czło­wiek.

– Na­przód! – huk­nął Ro­land.

Zwykł pla­no­wać ak­cje bar­dzo do­kład­nie, choć nie­jed­no­krot­nie na prze­szko­dzie stał de­fi­cyt in­te­lek­tu­al­ny jego pod­wład­nych, ale tym ra­zem nie czuł ku temu po­trze­by. Wie­dział, że wy­star­czy za­ata­ko­wać i zwią­zać wro­ga wal­ką na dłuż­szą chwi­lę, a po­tem…

Cóż, po­tem wszyst­ko po­win­no się samo po­ukła­dać.

Wy­padł zza wę­gła i na­tych­miast się cof­nął, gdy wo­kół jego gło­wy bzyk­nę­ły kule z musz­kie­tów. Ką­tem oka zdo­łał za­uwa­żyć, że żoł­nie­rze na na­brze­żu zwie­ra­ją sze­re­gi wo­kół ry­ce­rza bez heł­mu, a po­tem Ba­obab za­ry­czał jak ra­nio­ny ba­wół i po­wie­trze do­oko­ła zgęst­nia­ło.

Ro­land zła­pał się cze­goś pra­wą ręką i obie­ma mac­ka­mi. W se­kun­dę póź­niej tuż obok nie­go prze­mknął hu­czą­cy, wi­ru­ją­cy lej, cią­gną­cy za sobą gru­dy bło­ta, drza­zgi, ka­mie­nie oraz drą­ce­go się w nie­bo­gło­sy Ber­be­lu­cha, któ­ry nie zdo­łał się po­chwy­cić w porę ni­cze­go so­lid­ne­go. Wir skie­ro­wał się pro­sto na skła­da­ją­ce się do sal­wy sze­re­gi pie­cho­ty. Za nim pę­dził roz­ra­do­wa­ny Wierz­bak, wy­wi­ja­jąc nad gło­wą wio­słem.

Ka­pi­tan na­brał tchu i wy­krzy­czał naj­po­tęż­niej­szy okrzyk bo­jo­wy wszech cza­sów, któ­ry był w sta­nie po­de­rwać do boju każ­dą za­ło­gę pi­rac­ką świa­ta:

– Biją na­szych!

Wy­plu­ty przez Ba­oba­ba wir roz­rzu­cił prze­ra­żo­nych żoł­nie­rzy na boki, na­wet ich do­wód­ca zna­lazł się na zie­mi. Po­tem po­wie­trze zgęst­nia­ło raz jesz­cze, coś rąb­nę­ło i taj­fun wypa-ro­wał – ani chy­bi ro­bo­ta Za­gła­dy – ale Ro­land nie przej­mo­wał się tym. Z kor­de­la­sem w jed­nej dło­ni, pi­sto­le­tem w dru­giej i roz­ca­pie­rzo­ny­mi mac­ka­mi na ple­cach ru­nął pro­sto na wro­ga.

Wy­pa­lił jed­ne­mu z żoł­nie­rzy pro­sto mię­dzy oczy, in­ne­go rąb­nął kor­de­la­sem, a po­tem za­wi­ro­wał jak w dzi­kim tań­cu ple­mien­nym. Jego mac­ki, dłuż­sze od ludz­kich ra­mion, ze świ­stem sia­ły do­oko­ła śmierć. Man­dra­go­ra kil­ka­krot­nie wy­pa­lił z rusz­ni­cy, usi­łu­jąc tra­fić ucie­ka­ją­ce­go do­wód­cę „Błęd­ne­go ry­ce­rza”, za każ­dym ra­zem wy­bi­ja­jąc tu­nel w sze­re­gach wro­ga. Ognik, już tra­dy­cyj­nie osmo­lo­ny, na prze­mian rą­bał to­po­rem lub blu­zgał ogniem z py­ska, a Strup i paru in­nych z dzi­kim ry­kiem prze­dzie­ra­li się w kie­run­ku Ber­be­lu­cha.

– Taj­fu­nik! – wył z roz­pa­czą Wierz­bak i tłukł wszyst­kich na­oko­ło wio­słem, prze­świad­czo­ny, że ktoś ukradł przed­miot jego kul­tu.

Ro­land znie­ru­cho­miał, chla­snął mac­ką żoł­nie­rza, któ­ry na­cie­rał na nie­go z ba­gne­tem, a po­tem ciął kor­de­la­sem in­ne­go, szar­żu­ją­ce­go z piką. Skel­len­ber­ski ry­cerz, da­le­ko za ple­ca­mi swo­ich lu­dzi, wy­krzy­ki­wał ko­men­dy, sze­re­gi wo­kół nie­go gęst­nia­ły, a w po­wie­trzu wzbie­rał dziw­ny, iry­tu­ją­cy od­głos.

„Za­gła­da… – po­my­ślał ka­pi­tan z ża­lem. – Za­gła­da kontr­ata­ku­je! Cho­le­ra, prze­cież mia­ło się po­ukła­dać!”

Zer­k­nął na nie­mal­że czar­ne wody ba­se­nu, ale któ­ryś z żoł­nie­rzy wro­ga znów prze­sło­nił mu wi­dok. Zwarł się z nim w roz­pacz­li­wym po­je­dyn­ku, gdy na­gle zdał so­bie spra­wę, że je­den z prze­ciw­ni­ków spę­tał liną jego mac­ki. Stłu­mio­ne jęki Wierz­ba­ka su­ge­ro­wa­ły, że zo­stał przy­gnie­cio­ny do zie­mi, za­miast dzi­kich wrza­sków sły­szał już tyl­ko jęki i głu­che po­stę­ki­wa­nia.

„Prze­gry­wa­my – uświa­do­mił so­bie, z roz­pa­czą sta­wia­jąc opór ko­lej­ne­mu prze­ciw­ni­ko­wi. – Gdzie się po­dzie­wasz, ty…”

Iry­tu­ją­cy od­głos na­ra­stał, gro­żąc, iż lada chwi­la roz­sa­dzi mu bę­ben­ki w uszach. Nie­bo czer­nia­ło, wy­so­ko nad ich gło­wa­mi ma­te­ria­li­zo­wa­ła się zło­wiesz­cza po­stać ze skrzy­dła­mi zwień­czo­ny­mi ha­ka­mi. Za­blo­ko­wał jesz­cze je­den cios, pchnął nie­cel­nie, padł na ko­la­no. Coś wbi­ło mu się w ple­cy, na­wet się nie od­wró­cił.

„Ginę…”

I wte­dy zbry­zga­ła go woda, a po­nad zgieł­kiem bi­twy po­niósł się ogłu­sza­ją­cy ryk. Z ba­se­nu por­to­we­go wy­strze­li­ło gi­gan­tycz­ne wę­żo­wa­te ciel­sko, wyż­sze od masz­tów li­niow­ca, zwień­czo­ne ro­jem dłu­gich, wi­ją­cych się dzi­ko ma­cek. Pół­ma­te­rial­ny Za­gła­da od­wró­cił się, a na jego ob­li­czu po­ja­wi­ło się nie­do­wie­rza­nie.

Mac­ki Be­stii prze­bi­ły go w kil­ku­na­stu miej­scach jed­no­cze­śnie.

Czas zwol­nił. Wśród ciem­nych ob­ło­ków mi­go­ta­ły srebr­ne żył­ki bły­ska­wic, po­wie­trze na po­wrót sta­ło się gę­ste, a żoł­nie­rze i pi­ra­ci znie­ru­cho­mie­li i ob­ró­ci­li gło­wy ku wal­czą­cym ty­ta­nom. Tyl­ko Ro­land nie dał się ogar­nąć cza­ro­wi chwi­li – bez wa­ha­nia wy­rwał musz­kiet z ręki naj­bliż­sze­go prze­ciw­ni­ka i zło­żył się do strza­łu.

W se­kun­dę póź­niej w na­pier­śni­ku ka­pi­ta­na „Błęd­ne­go ry­ce­rza” wy­kwi­tła krwa­wa dziu­ra.

***

Fale ci­chły, a chmu­ry ja­śnia­ły; moż­na było się wręcz spo­dzie­wać, że lada chwi­la wy­chy­nie spo­mię­dzy nich pro­myk słoń­ca. Ro­land jed­nak­że zbyt do­brze znał Ne­cro­vil­le, by wie­dzieć, że to nie­moż­li­we. To­czył przez mo­ment cięż­kim, znu­żo­nym wzro­kiem po zruj­no­wa­nym mie­ście i wes­tchnął. A po­tem syk­nął, gdy Ber­be­luch za moc­no za­ci­snął ban­daż.

– Tyl­ko nie ob­li­zuj rany! – na­po­mniał go ochry­płym gło­sem, ale chi­rurg tyl­ko po­trzą­snął gło­wą, ogłu­pia­ły ze szczę­ścia, i ge­stem wska­zał po­bo­jo­wi­sko na na­brze­żu.

– No, to so­bie na­pchasz kał­dun, dok­tor­ku.

– Wy­ja­śni pan nam to wszyst­ko, sze­fie? – spy­tał Strup. Cię­cie pa­ła­sza po­zba­wi­ło go po­ło­wy szpi­cza­ste­go ucha, a cios kol­bą kil­ku zę­bów, ale poza tym nie ucier­piał szcze­gól­nie. Resz­cie zgrai rów­nież do­pi­sa­ło szczę­ście. Sta­li wo­kół nie­go po­chla­sta­ni, po­strze­la­ni, po­si­nia­cze­ni i obo­la­li, ale żywi, a co naj­waż­niej­sze uśmiech­nię­ci od ucha do ucha. Pod wa­run­kiem, że oba oca­li­li.

– Co tu dużo mó­wić – wes­tchnął Ro­land. – Owo coś, co na­zy­wa­cie Be­stią czy Złem, nie jest aż ta­kie złe. Pra­gnie tyl­ko i wy­łącz­nie w ci­szy i spo­ko­ju do­cze­kać eme­ry­tu­ry. Lo­chy pod Ne­cro­vil­le, mia­stem peł­nym głup­ków i bo­ha­te­rów, ide­al­nie się do tego nada­wa­ły i wszyst­ko by­ło­by do­brze, gdy­by się nie na­pa­to­czył Za­gła­da i jego skel­len­ber­ski przy­du­pas w peł­nej zbroi. Anioł ten, od ty­siąc­le­ci owład­nię­ty mi­sją nisz­cze­nia wszyst­kie­go, co jego zda­niem kla­sy­fi­ku­je się jako zło, od­na­lazł ka­pi­ta­na „Błęd­ne­go ry­ce­rza”, za­pew­ne rów­nież ma­ją­ce­go się za ry­ce­rza sił świa­tło­ści, opę­tał go i na­mó­wił do wy­dłu­ba­nia Be­stii ze szcząt­ków Ne­cro­vil­le.

– To dla­te­go wo­zi­li becz­ki z pro­chem po ca­łym mie­ście? – Man­dra­go­ra po­ki­wał gło­wą i po­skro­bał się po mie­dzia­nej płyt­ce, wgnie­cio­nej żoł­nier­ską kol­bą. – Ro­ze­rwać Złe na ka­wał­ki se umy­śli­li.

– Ano wła­śnie. Co do mo­jej roli w tym wszyst­kim… – Ro­land uśmiech­nął się lek­ko. – Cóż, już się pew­nie do­my­śla­cie?

– Wte­dy w ka­na­łach – ode­zwał się Strup – Złe dało panu ro­bo­tę?

– Ano dało. A głu­pio Złe­go nie po­słu­chać, no nie?

– Stąd ten deszcz, co go Ba­obab wy­bo­bo­nił! – sap­nął Ognik. – Żeby lon­ty psim sy­nom mo­kły!

– No i dla­te­go że­śmy ten mur w Tru­piej Przy­sta­ni wysa-dzi­li! – Man­dra­go­ra z prze­ję­cia ob­li­zał twarz aż po brwi. – Żeby Złe uwol­nić! Bo się z pa­nem ka­pi­ta­nem sku­ma­ło i to już ta­kie na­sze Złe było! Oswo­jo­ne!

– I dla­te­go że­śmy mu­sie­li na skel­len­ber­skich choj­ra­ków ude­rzyć! – za­mru­czał Ba­obab i wy­dłu­bał so­bie ro­ba­ka z ust. – Bo żeby się złe­go du­cha po­zbyć, wprzó­dy trze­ba tego tam… no­si­cie­la utłuc!

– Cho­le­ra, z ge­niu­sza­mi że­glu­ję – ode­zwał się Ro­land, krę­cąc gło­wą.

– A co Złe obie­ca­ło za wy­ko­na­nie ro­bo­ty? – spy­tał trzeź­wo Man­dra­go­ra.

W od­po­wie­dzi ka­pi­tan wska­zał dum­ną bur­tę li­niow­ca, już ci­che­go i po­kor­ne­go.

– Mała re­kom­pen­sa­ta za „Or­li­cę” – po­wie­dział. – A tak­że pra­wo do wy­wie­zie­nia z tego mia­sta wszyst­kie­go, co nam się za­ma­rzy. To, zda­je się, pierw­sza sy­tu­acja w hi­sto­rii Ne­cro­vil­le, kie­dy Złe na­praw­dę dys­po­nu­je skar­bem i chy­ba nie­zbyt mu się to po­do­ba.

– Taj­fu­nik – wes­tchnął Wierz­bak i prze­wró­cił ocza­mi.

– Ba­obab, zrób mu ja­kiś taj­fun, niech so­bie po­bie­ga. Na­ro­bił się chło­pak. A my… – Ro­land wstał i ujął się pod boki. – A my bie­rze­my się do ro­bo­ty.

– Wra­ca­my do kra­mi­ku Sępa? – Man­dra­go­ra chla­snął na boki ję­zy­kiem.

– Ja­sne. – Ka­pi­tan za­śmiał się. – To w su­mie nie był aż taki zły pią­tek – do­dał.

Rozdział drugi

„Wszech­moc­ni stwo­rzy­li nasz świat i tchnę­li w nas ży­cie, po czym wró­ci­li na swój Plan, by stam­tąd mo­dlitw na­szych słu­chać i po­dzi­wiać, jak im słu­ży­my, ale że od za­wsze dro­dzy ich ser­com by­li­śmy, przy­da­li nam na­uczy­cie­li i opie­ku­nów. Ci to, anio­ła­mi przez nas zwa­ni, pa­trzą na nas z Mię­dzy­świa­ta i za­wsze bie­żą ku po­mo­cy tym, któ­rzy wie­rze są po­słusz­ni bądź ze złem się bo­ry­ka­ją.

I nig­dy nie prze­sta­ją wal­czyć z de­mo­na­mi”.

Świę­ta Księ­ga Mie­cza, roz­dział 3, wer­set 2

Zgod­nie z wcze­śniej­szy­mi do­my­sła­mi Ro­lan­da „Błęd­ny ry­cerz” nie wy­szedł ze stocz­ni skel­len­ber­skiej. Był to ga­le­on z ze­wnątrz przy­po­mi­na­ją­cy kla­sycz­ny li­nio­wiec, któ­ry mógł­by uszczę­śli­wić każ­de­go ad­mi­ra­ła. Dwa po­kła­dy dzia­ło­we kry­ły w su­mie sześć­dzie­siąt dział, nie li­cząc po­ści­gó­wek na dzio­bie i ru­fie, a dum­ne masz­ty pię­ły się wy­so­ko ku nie­bu, cheł­piąc się, iż mo­gły­by utrzy­mać po­tęż­ną pi­ra­mi­dę ża­gli. Smu­kła syl­wet­ka okrę­tu su­ge­ro­wa­ła, że przy do­brym wie­trze mógł­by iść w za­wo­dy z fre­ga­ta­mi, a po­kład i ta­kie­lu­nek utrzy­ma­ne były we wzo­ro­wym po­rząd­ku. Mo­sięż­ne ele­men­ty ośle­pia­ły swym bla­skiem na­wet w po­chmur­ny dzień.

Za­chwyt jed­nak­że mi­nął Ro­lan­do­wi mniej wię­cej dwie go­dzi­ny po wej­ściu na po­kład, kie­dy do­szedł do wnio­sku, iż ma ocho­tę sku­lić się w ja­kimś ką­cie i po­rząd­nie wy­ry­czeć w po­dusz­kę.

Naj­pierw oka­za­ło się, że w ża­den spo­sób nie moż­na otwo­rzyć drzwi pro­wa­dzą­cych na po­kła­dy dzia­ło­we. Nie wy­po­sa­żo­no ich w za­mek, a za­wia­sy znaj­do­wa­ły się po we­wnętrz­nej stro­nie ścian­ki. Z klam­ki oraz z uchwy­tu w ścia­nie zwi­sa­ły ka­wał­ki gru­bej, rów­no prze­cię­tej liny, co wska­zy­wa­ło, że po­przed­ni wła­ści­cie­le okrę­tu, któ­rym ja­kimś cu­dem uda­ło się drzwi otwo­rzyć, po pro­stu przy­wią­za­li je do bur­ty. Je­den z pi­ra­tów, któ­re­mu po­le­co­no roz­bić je to­po­rem, padł jak ra­żo­ny pio­ru­nem, a Ba­obab ka­te­go­rycz­nie od­mó­wił współ­pra­cy, gdyż nie spodo­ba­ły mu się wy­gra­we­ro­wa­ne na nich ma­gicz­ne sym­bo­le.

Póź­niej od­kry­to po­miesz­cze­nie nad ka­bel­ga­tem, w któ­rym coś naj­wy­raź­niej ży­we­go par­ska­ło i dra­pa­ło ścia­ny. Pi­ra­ci pró­bo­wa­li zna­leźć ja­kąś kla­pę i zaj­rzeć do środ­ka, ale cały po­kład po­wle­czo­ny był gru­bą war­stwą bia­łej far­by i nie uda­ło się od­na­leźć żad­nej szcze­li­ny. Na ko­lej­ną żywą isto­tę na­tknę­li się na or­lop­de­ku, ale tej rów­nież nie mie­li oka­zji do­brze się przyj-rzeć – naj­pierw gwał­tow­ny po­dmuch zga­sił po­chod­nie i la­tar­nie, a po­tem roz­legł się ryk strasz­liw­szy od wszyst­kie­go, co sły­sze­li w Ne­cro­vil­le. Ucie­kli w po­pło­chu, a gdy wy­do­sta­li się na po­kład, ode­zwa­ła się rzeź­ba dzio­bo­wa zwa­na tra­dy­cyj­nie ga­lio­nem. Ufor­mo­wa­na na po­do­bień­stwo ry­ce­rza w peł­nej zbroi, choć z klo­cem drew­na za­miast gło­wy, mio­ta­ła się i wy­da­wa­ła stłu­mio­ne ryki. Co gor­sza, skła­dzik z al­ko­ho­lem oraz pro­chow­nia były pu­ściut­kie, a w spi­żar­ni znaj­do­wa­ły się je­dy­nie su­cha­ry, groch oraz dwie becz­ki so­lo­nej ko­ni­ny.

Ro­land ode­tchnął głę­bo­ko i na­gle za­tę­sk­nił za sta­rą do­brą „Or­li­cą”, to­tal­nie nie­prze­wi­dy­wal­ną, prze­cie­ka­ją­cą ba­lią to­czo­ną przez świ­dra­ki i nadal cuch­ną­cą nie­wol­ni­ka­mi, któ­rych nie­gdyś prze­wo­zi­ła. Za swo­imi ple­ca­mi sły­szał po­mru­ki i szep­ty to­wa­rzy­szy, naj­wy­raź­niej rów­nież oszo­ło­mio­nych ogro­mem zdo­by­tej jed­nost­ki.

„Nie – po­my­ślał. – Nie po­zwo­lę, żeby mnie to prze­ro­sło. A już za nic w świe­cie nie po­zwo­lę, by­ście się do­wie­dzie­li, że w ogó­le mie­wam chwi­le zwąt­pie­nia, wy ka­na­lie”.

Od­wró­cił się i trza­snął mac­ką w pysk Stru­pa, żeby zwró­cić na sie­bie uwa­gę resz­ty.

– Man­dra­go­ra i Wierz­bak, weź­cie paru chło­pa i przy­wieź­cie tyle ze skar­bu Sępa, ile się da. Strup, ty i Ognik po­szu­kaj­cie lu­dzi z na­szej daw­nej za­ło­gi albo ja­kichś ochot­ni­ków. Chciał­bym wy­pły­nąć z por­tu jak naj­szyb­ciej.

Za­ło­ga ga­le­onu, któ­ra we­dle jego ra­chub li­czy­ła przy­najm­niej czte­ry­sta dusz, skur­czy­ła się do zera w cią­gu kwa­dran­sa po śmier­ci ka­pi­ta­na i znik­nię­ciu Za­gła­dy. Ro­land na wła­sne oczy wi­dział, jak upy­cha­li się w oca­la­łych sza­lu­pach, zbi­ja­li po­spiesz­nie tra­twy lub wska­ki­wa­li do wody i ucie­ka­li wpław, ku ucie­sze stwo­rów za­miesz­ku­ją­cych dno ba­se­nu por­to­we­go. Nie wró­ży­ło to naj­le­piej, ale zgod­nie z po­wzię­tym po­sta­no­wie­niem za­ta­ił swo­je prze­my­śle­nia.

– A ty, Ba­obab, ścią­gnij naj­pierw ban­de­rę z tym ich­nim świę­tym mie­czem i ro­zej­rzyj się po tej sto­do­le – do­dał. – Może od­kry­jesz coś no­we­go.

– W su­mie to już się ktoś zna­lazł – bąk­nął nie­śmia­ło Strup. – Przy­lazł Ogo­po­go.

– O, to do­bra wia­do­mość – ucie­szył się Ro­land. Ogo­po­go był na­wi­ga­to­rem „Or­li­cy” od chwi­li, gdy ka­pi­tan ob­jął tam do­wódz­two i choć nie na­le­żał do ge­niu­szy, nie­jed­no­krot­nie spraw­dził się jako do­bry, za­har­to­wa­ny że­glarz.

– No, nie za bar­dzo – po­wie­dział pół-go­blin. – Tro­chę go po­ha­ra­ta­ło od tych wy­bu­chów. Rękę stra­cił, po­tem jed­no oko, ka­wa­łek nogi, a na koń­cu ja­kiś de­bil ze stra­chu od­strze­lił mu pół gęby.

– Ale żyje?

– No, nie za bar­dzo. Już mó­wi­łem, sze­fie, że zmar­ło się chło­pu parę mie­się­cy temu. Z po­cząt­ku nikt nie za­uwa­żył, bo nig­dy ga­du­łą nie był, ale za­la­ty­wać za­czął, no i spra­wa się ry­pła.

– No to su­per… Tak więc wciąż po­trze­bu­je­my w mia­rę kom­plet­ne­go na­wi­ga­to­ra… Ro­zej­rzyj­cie się, a Ogo­po­go… Cóż, niech zo­sta­nie. Za­grze­bie się go póź­niej w ba­la­ście, a póki co przy­da się każ­da para rąk. Ber­be­luch, nie bierz tego do­słow­nie.

– A czym się szef zaj­mie? – spy­tał Strup.

Ro­land zmarsz­czył brwi, zła­pał go mac­ką za gar­dło i przy­cią­gnął do sie­bie.