Morderstwo w La Scali - Tomasz Piątek - ebook
Opis

Morderstwo w La Scali to thriller, jakiego się nie spodziewasz. Inteligentny i namiętny. Młoda Angielka żyjąca w Mediolanie, dziennikarka Judith Passalacqua, zdaje relację z prowadzonego przez siebie śledztwa. A przy okazji opowiada o znienawidzonych przez siebie Włoszech, o religii i terroryzmie, o winie i karze.

Jest wieczór pierwszego listopada 1995 roku. La Scala wystawia spektakl poświęcony śmierci reżysera Pier Paolo Pasoliniego, homoseksualisty i buntownika, zamordowanego w tajemniczych okolicznościach dokładnie dwie dekady wcześniej. Organizatorem spektaklu jest słynny producent filmowy Mario Cisi, charyzmatyczny i pełen energii mimo swoich dziewięćdziesięciu lat. Otacza go niezwykły dwór. Tu można zobaczyć z bliska, a nawet dotknąć, ludzi sławnych i bogatych, pociągających i odrażających. Wieczór poświęcony zbrodni kończy się nową, bardzo osobliwą zbrodnią. Zabójca zostaje ujęty na miejscu. Przyznaje się do winy. Niby wszystko jasne. Tyle że zbrodniarz nie ma motywu... Judith Passalacqua, wysportowana blondynka o zimnych oczach, dziewica, fanatyczna Angielka i protestantka – w ciągu jednej nocy przeżywa swoją niemożliwą miłość i jej śmierć. Widzi sławę, sukces, degenerację i tajemniczą, absurdalną zbrodnię. Po latach wraca na jej trop. Ale nie szuka zemsty, szuka prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 298

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


TomaszPiątek

Morderstwo w La Scali

Copyright © Tomasz Piątek/Syndykat Autorów, 2009 Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2009 Wydanie I Warszawa 2009

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Gdybym byłaitaliana,prawdopodobnie zaczęłabym tę historię tak:nel mezzo del cammin di nostra vita, mi ritrovai per una selva oscura, che la diritta via era smarrita.To znaczy: w połowie drogi tej, którą zowiemy życiem, w środku ciemnego lasu przyszło mi się znaleźć, bo z oczu mi zniknęła właściwa ścieżka. W ten właśnie sposób Dante, ojciec chrzestny włoskiej poezji, zaczyna swoje wielkie i niestrawne dzieło,Boską komedię.Włosi właściwie wszystko zaczynająnel mezzo del cammin della loro vita,w połowie drogi tej, którą zowią życiem, boun italianodorasta dopiero po trzydziestce piątce. Wtedy znajduje sobie dom, pracę i niestety także jakąś biedną włoską żonę. A do tej pory za jego życie – jedzenie, studia, samochód, komórkę ivery expensive Italian clothes, you know what I mean,wiadomo, włoskie ciuchy – płacila mamma.

Ale ja na szczęście,meno male,nie jestemitaliana.I nigdy nie straciłam z oczu właściwej ścieżki (dziękuję Ci, Boże). Dlatego nie będę opowiadać ovia smarritai zagubieniu, tylko zacznę od tej nocy, kiedy rozległ się strzał.

Po paru sekundach okazało się, że to nie strzał, tylko Mister Kitten, Signor Micio, Pan Mruczek przewrócił kredensik. Ale ten huk, brzęk, a potem upiorny pisk i ogólnequarantotto– wszystko skojarzyło mi się jednoznacznie. Normalnie bydlak obudziłby mnie i byłabym wściekła, ale nie obudził, bo nie spałam. Nie mogłam zasnąć, myślałam sobie o nowym dyrektorze: we Włoszech nie istnieje coś takiego jak nasz skromnyeditor-in-chief,szefujący wydawca, redaktor naczelny, istnieje za to nadętydirettore del giornale,dyrektor gazety. Ten nowy nie jest nawet bardzo nadęty, ma dopiero pięćdziesiąt lat, co tutaj oznacza powiew młodzieńczej świeżości, ale to Włoch, katolik, a właściwie poganin, bo Włochy to nie jest nawet kraj katolicki, ale czysto pogański.Il direttoreto typowy Włoch z Włoch Środkowych, wysoki, szczupły, smagły i byłby naprawdę przystojny, gdyby nie te nieszczęsne oczy. Wszyscy Włosi mają oczy jak Pinokio, dwie nieruchome kulki. Drewniane, a właściwie wymalowane na drewnie czarną lśniącą farbą. Rozmyślanie oil direttorejest całkowicie bezproduktywne (nie tylko z powodu oczu, rzecz jasna) i pozwalałam sobie na nie tylko na takiej zasadzie, na jakiej człowiek pozwala sobie czasem na słabości, bo człowiek w ogóle jest słaby. Już miałam wstać i przejść do Surowego Pokoju, bo to najlepszy środek na sen i na odpędzenie słabości, kiedy nagle rozległ się ten strzał. Oczywiście, jak już mówiłam, nie strzał, tylko Mister Kitten, Signor Micio przewrócił kredensik. Poczułam taki dreszcz, który zaczynał się gdzieś u dołu kręgosłupa, a kończył w mózgu. Coś podobnego musi czuć komputer na chwilę przed tym, jak się zawiesi.

Moją pierwszą myślą było surowe ukaranie bestii. Potem przypomniałam sobie, że Surowość jest tylko Pierwszym Obliczem, a Drugie Oblicze to Miłosierdzie. Złapałam stworzenie za kark, ale zaraz je puściłam i złapałam sama siebie za trzęsące się ręce. Potem znowu złapałam bydlaka i powiedziałam mu: Panie Mruczku, jesteś już wielką bestią. Nie możesz skakać na kredensik, bothe damnedkredensik się wywraca i pęka szyba. W końcu sobie przypomniałam, że moja mowa powinna być czysta, przeprosiłam i wymazałam słowodamnedz głowy. Kiedy się pamięta, co ono znaczy, to jest to naprawdę brzydkie słowo, szczególniethe damned.Zmiotłam skorupy po specjalnym serwisie do herbaty, który trzymałam na wypadek odwiedzin kogoś pijącego herbatę. Niestety, ogromna większość moich gości prosi ocaffe,a kawy nie da tu się porządnie z nikim wypić, ponieważ Włosi robią to tak szybko, że zanim zaczniesz rozmowę, filiżaneczka jest już pusta. Szczególnie jeśli było w niejespresso,chociaż ta nazwa nie pochodzi od ekspresowego picia, ale od tego, żeespressojest z kawowego proszku niejako wyciśnięte.Presure, pressing, express, espresso, expression -i ekspres, i ekspresja wywodzą się od presji, bo człowiek osiąga zarówno szybkość, jak i wyrazistość, gdy jest poddany odpowiedniemu ciśnieniu.

I właśnie myślałam o ekspresie i ekspresji, kiedy nagle zdałam sobie sprawę z tego, żesto pigolando,mentalnie ćwierkam, a ręce nadal mi drżą. Przeszłam wtedy do Surowego Pokoju, żeby usiąść na Stalowym Krześle z Bezlitosnymi Sprężynami. Po pierwsze, żeby ukarać się za to, że nie jestem ze sobą szczera i zamiast przyznać się do strachu, mentalnie sobie ćwierkamabout tea & coffee.Po drugie, żeby ukarać się za to, że myślałam o nowym dyrektorze. Oczywiście Bóg wybacza nam wszystko, ale kiedy zdajemy sobie z tego sprawę, to z samej wdzięczności chcemy kary. Wprawdzie, żadna nie jest na miarę naszej wredności, ale Bóg łaskawie pozwala nam poczuć, że staramy się, aby wszystko było trochę bardziejapposto,w porządku, przynajmniej symbolicznie. A po trzecie, postanowiłam poćwiczyć, żeby się uspokoić.

Nie wiem, jak to zrobił Signor Micio, ale udało mu się osiągnąć dokładnie taki sam huk i brzęk, jaki rozległ się wtedy, gdy w najsłynniejszym teatrze operowym świata na moich oczach został zamordowany człowiek, dziewięćdziesięcioletni człowiek.

Na pewno chcecie zapytać: po co zabijać dziewięćdziesięciolatka? W naszej rzeczywistości człowiek dziewięćdziesięcioletni jest traktowany tak, jakby już był martwy. Ale może to nasza rzeczywistość jest martwa? W każdym razie jakaś jej część, bardzo ważna, nie żyje, odkąd zabito Mario Cisiego.

La Scala jest kremowa i czerwona. Kremowe ściany i czerwone obicia – małe wyściełane aksamitem puzderko z kości słoniowej. Trudno uwierzyć, jak to się tam wszystko mieści, te wielkie tłumy, wielkie dekoracje, wielkie głosy i,last but not least,wielkie egoMaestroMutiego. Chociaż nie można zapominać, że jego przeciwnicy mają ego równie wielkie. Ja nie lubię stylu dyrygowania Mutiego, ale nie walczę z nim. Muti doprowadził włoskość w muzyce do szczytu – a pamiętajmy, że jeden z najwyższych włoskich szczytów nazywa się Marmolada,sounds like marmalade, doesn't it?A drugi szczyt, ten najwyższy najwyższy, nazywa się Monte Bianco, Mont Blanc, co jest nazwą kremowego kokosowego deseru. No dobrze, to takie okrężne aluzje. Powiem konkretnie: Muti każdą operę gra kuchennie. Tak, jakby to był Verdi. A Verdi wymyślił coś tak nierozsądnego, że już nawet nie szalonego, a banalnego. Kazał muzyce odzwierciedlać ludzkie uczucia. Jest to banalne, ale nierozsądne zarazem. Bo zazwyczaj te mocno nierozsądne rzeczy są szalone, ale te banalne, codzienne są jeszcze bardziej nierozsądne. Nie ma nic bardziej nierozsądnego niż codzienna, ludzka, rozsądna egzystencja. Cały nasz rozsądek, cała nasza przyzwoitość,even our so-calledgoodness,tak zwana dobroć, wszystko to ma taką samą wartość jakun mucchio di luridi stracci,kupa brudnych szmat. Pomysł, żeby muzyka odzwierciedlała nasze codzienne ludzkie uczucia, jest beznadziejny. Bo nasze ludzkie uczucia są beznadziejne. To dlatego Verdiis so terribly boring, noioso come i ciellini,nudny jak katoliccy skauci przy ognisku, nudny jakpasta al pomodoro,makaron w słodkawym i mdłym pomidorowym sosie, którym co wieczór pachną wszystkie zaułki. Muti jako dyrygent sprawia, że tempo i brzmienie każdego utworu staje się pomidorowe, słodkie i mdławe. Każdą, nawet najbardziej misterną strukturę muzycznąIl Maestrozalewa bulgoczącą masą przecieru. Włosi nieustannie gadają o uczuciach, oglądają je ze wszystkich stron i obwąchują, chociaż tak naprawdę są trzeźwi, cyniczni i wyrachowani. Czasem narzuca się wniosek, że Włoch jest sprytnym cynikiem, któremu sentymenty są potrzebne jako kamuflaż. Ale można też pomyśleć, że jest on kimś w rodzaju odważnego matematyka, którego zafascynowały uczucia, bo są niepoliczalne i niewymierne – a on mimo to wciąż podejmuje próby, żeby je przeliczyć i zmierzyć. Wielcy artyści i uczeni włoskiego Renesansu, którzy zgłębiali równocześnie tajniki algebry i malarstwa kościelnego, należeli pewnie do tego drugiego typu. Ale dzisiejszy Włoch, czy to biznesmen z Mediolanu, czymafiosoz Palermo… no cóż, nie będę ich osądzać, bo, jak mówi Pismo, nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Chociaż, powiedziałam już, pewne wnioski się narzucają, gdy się widzi, jak ktoś kalkuluje i nazywa to miłością.Con la catena d'oro, pasta al pomodoro, tondo, basso e moro.Kocham Włocha, kiedy szlocha,when his tomato heartpłacze pomidorową pulpą. Ale Włosi, to trzeba im przyznać, umieją płakać z godnością. Jest to jedna z niewielu rzeczy, które robią z godnością. Są w tym lepsi od nas. Płaczący Anglik, płaczący angielski mężczyzna to coś niemożliwego. A wszystko, co niemożliwe, jeśli jednak się zdarzy, jest zazwyczaj zjawiskiem przerażającym. Kipling przewraca się w grobie. No, ale on teraz przewraca się w grobie bez przerwy, jeśli tylko widzi, czym stali się Anglicy. Ja widzę i dlatego właśnie nie jeżdżę do Anglii. Ale dokończę z Mutim: pomysł, żeby muzyka odzwierciedlała ludzkie uczucia, jest beznadziejny, bo smutny, nudny, brzydki i mdlący. Muzyka ma upiększać nasze uczucia, jak u Mozarta. Albo dodawać im mocy, jak u Beethovena. Albo tworzyć nowe uczucia, jak u Wagnera w uwerturze doParsifala,dzieła, które napisał, kiedy po tym swoim słynnym wagnerowskim pogaństwie znowu zwrócił się do Jezusa. W każdym razie zadaniem muzyki jest przemiana ludzkich uczuć. Bo niezmienione, nawet te niby ładne, są tak brzydkie, że kiedy je słyszymy w muzyce, czujemy słabość, mdłości i dreszcze. Słyszymy Verdiego. Włosi są muzycznieverdomuti,czyli skażeni Verdim i Mutim, to jest coś jaksordomuti,głuchoniemi. Ale nie mam pretensji do Mutiego. On jest Włochem do kwadratu i wszystko, co dostał od Boga jako Włoch, realizuje do kwadratu, a więc jest Włochem do sześcianu. Muti to jeden z tych nielicznych Włochów, którzy nie wstydzą się tego, że są Włochami. Więc go nie potępiam. Zresztą ja nikogo nie potępiam, nie do mnie to należy. Mogę najwyżej potępić siebie za to, że ciągle tak sobie tutaj ćwierkam, zamiast wyraźnie i zrozumiale opowiedzieć o tym, o czym się boję opowiedzieć.

Zacznę od tego, czego się nie boję.

Dwanaście lat temu siedziałam wpalco reale,loży honorowej, a właściwie – królewskiej. Kiedyś siadywał w niej król. Bo Włochy miały kiedyś króla. Tylko co to był za król: sto kilkadziesiąt lat temu książątko z Sabaudii zasiadło na tronie, bo Francuzi postanowili przeobrazić Włochy, pocięte granicami (głównie celnymi) różnych państewek i zaborów, w jeden wielki bezcłowy rynek zbytu dla rozwijającego się francuskiego przemysłu. Cwaniacy, jak niejaki hrabia Cavour, i naiwniacy, jak niejaki Garibaldi, ruszyli wtedy na Włochy, rycząc:Risorgimento!Odrodzenie Włoch! Biedni Włosi, którzy zawsze mówili sobie:Francia, Spagna, purche se magna.Austria, Francja czy Hiszpania – najważniejsza jestlasagna.Nagle postanowiono wpoić im patriotyzm państwowy i narodowy. Do dzisiaj nie mogą się pozbierać. No i w ten sposób przypadkowe prowansalskie czy, powiedzmy, okcytańskie książątko zostało królem Włoch. I on, i jego dziedzice, czyli tak zwana dynastia sabaudzka, zawsze mieli ten kraj gdzieś. Teraz, po pół wieku wygnania, Włosi pozwolili rodzinie królewskiej wrócić do kraju w charakterze prywatnych obywateli. I proszę: głowa tej rodziny, Jego Potencjalna Królewska Mość, Jego Ewentualność Król Italii okazał się Jego Mafijnością,Sua Maesta – Sua Mafiosita,najlepszy przyjaciel gangsterów, szulerów i blond modelek. Ale nie zmienia to faktu, żepalco reale,loża królewska w La Scali ma urok bibelotu. Podobnie cała La Scala, jest malutka, kremowo-drewniano-czerwona, a na jej suficie znajduje się empirowa polichromia przedstawiająca brunetkę w sukni z wysokim stanem, takiej jak ta, którą nosiła Elizabeth Bennet wSense and Sensibility, Ragione e Sentimento, Rozważnej i romantycznej. Tutaj, oczywiście, taka suknia nie kojarzy się nikomu z Jane Austen, raczej ze starożytnym Rzymem. Cóż, każdy ma taką przeszłość, jaką ma. To prawda, że starożytni Rzymianie stworzyli wielkie imperium. Ale kiedy pozna się współczesnych Włochów, można sobie wyobrazić, jak ono wyglądało. Ja wolę Jane Austen.

Loża królewska, położona centralnie naprzeciw sceny, jest bardzo dobrym miejscem dla widza – ale gorszym dla tłumaczki, która nawet podczas spektaklu musi być gotowa, aby tłumaczyć szepty. Po lewej miałam rosyjskiego reżysera filmowego: był kościsty, twardy i miał niesłychanie paskudne wąsy, ogromne, nie dość że krzaczaste, to na końcach jakby przedłużone, przeobrażające się w witki albo nawet czułki. W myślach nazywałam Rosjanina Ivan Shrimpich Gamberov, Iwan Rakowicz Krewetkin. Mówił dobrze po angielsku, ale bardzo słabo po włosku i to był powód, dla którego zaproszono mnie do tej loży. Po prawej miałam Michelangela, ale nie Buonarrotiego. Dla AnglikaMichelangeloto od razu Michał Anioł Buonarroti, słynny artysta włoskiego Renesansu, ale we Włoszech to po prostu popularne imię męskie. Mój Michelangelo nie był Buonarrotim, choć był prawie tak samo sławny, przynajmniej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Był wtedy powszechnie uznanym reżyserem filmowym. Robił dziwne filmy w czerni i w bieli, polegające głównie na tym, że piękne i efektownie ubrane kobiety błąkały się pomiędzy skałami lub blokami betonu. Ja nie lubiłam tych jego filmów, dla mnie to były tylko piękne wystawy fotograficzne. Każdy kadr potraktowany oddzielnie robił duże wrażenie, ale żaden nie łączył się z drugim w sensowny sposób. Jeden jego film podobał mi się bardziej, może dlatego, że akcja rozgrywała się w Londynie. Grał David Hemmings, który wtedy był cudownym blondynem ostrzyżonym na pazia i nie wyglądał jeszcze jak wieża szachowa. Grała Vanessa Redgrave. To był film o młodości, o tym, że młody człowiek może błyskawicznie przechodzić od jednego szaleństwa do drugiego, od sesji fotograficznej do dzikiego seksu, od dzikiego seksu do koncertu rockowego. Nakręcono go pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy nasz współczesny pogański świat właśnie się rodził, gdy był młody i wierzył, że będzie wiecznie młody. Zeby być poganinem, trzeba w to wierzyć. Dla nas, żyjących trzydzieści, czterdzieści lat później, jasne już jest, że tę wieczną młodość trzeba sztucznie podtrzymywać, pracują nad tym coraz liczniejsze korporacje przedwcześnie postarzałych ludzi. Ale sam film nie był taki zły, miał w sobie coś groźnego: czuło się, że w całej tej zabawie tkwi ziarno śmierci. Ono dzisiaj, jak widzimy, pięknie się rozwinęło. Nie tylko w świecie, także w samym Michelangelu, który przestał być pięknym, młodym i natchnionym reżyserem. Stał się niemy i prawie sparaliżowany.

Obok niego siedziała jego piękna młoda żona w za dużym żakiecie, za krótkich spodenkach i ze zbyt obfitym makijażem, w stylu lat sześćdziesiątych. Pewnie w hołdzie dla sztuki męża.Squinzia.Włosi mają takie słowo, które jest czymś pośrednim między naszym, bardzo brytyjskimbrat(wredne, wkurzające dziecko, paskudna, bezczelna siksa) a amerykańskimbimbo(nieletnia blond debilka, która pragnie uczepić się genitaliów i portfela starszego, bogatego faceta). Co ciekawe,bimbopo włosku znaczy niemowlak.Chissa perche.Powinnam sprawdzić, czy jedno ma związek z drugim.Squinziabyła niezwykle wrażliwa, czuła na losy świata i dopóki spektakl się nie zaczął, prowadziła płomienny spór z Iwanem Rakowiczem Krewetkinem, który ja musiałam tłumaczyć.

- Non c'e nessun dubbio,nie ma najmniejszej wątpliwości, że upadek komunizmu był wielką tragedią dla biednych Rosjan,poveretti.

La squinziamiała akcent poprawny, ale wulgarny,Modern Milanese,akcent nowomediolański, jak ja to nazywam (Włoch powiedziałby raczej o języku telewizyjnym, ale to mało precyzyjne określenie). Tak mówi większość młodych dziewczyn w Mediolanie – dziewczyn, których rodzice przyjechali z różnych zapadłych dziur i które odrzuciły wymowę przodków, bo się jej wstydziły, podobnie jak przepoconego podkoszulka taty. Ich akcent jest raczej antyakcentem, ucieczką od jakiegokolwiek akcentu, ale wcale nie jest bezbarwny, bo wyczuwa się w nim napięcie, histerię, wrogość, ciężką walkę z pozostałościami wiejskiej i regionalnej wymowy. Rzecz jasna, tłumacząc na angielski to, co powiedziałasquinzia,nie próbowałam oddać wszystkich tych niuansów (oczywistych dla każdego Włocha, który by jej posłuchał przez sekundę). Jak sądzę, robiłam jej tym przysługę.

– Bez wątpienia,madame,ale nieskończenie większą tragedią był dla nich komunizm – odpowiedział mój Krewetkin, staroświecko, a może nawet romantycznie całując dłońsquinzii,która pobladła. Za sprawą wąsów pocałunek ten musiał być niezapomnianym przeżyciem – choćby ktoś za wszelką cenę starał się wymazać je z pamięci.

- Ma come puo dire questo?– oburzyła sięsquinziamalowniczo. Malowniczo głównie ze względu nail pallore dopobaciamano,postwąs-cmoknięciową bladość. – Ja byłam w Moskwie.

– Teraz czy za czasów komunizmu?

– Teraz! I widziałam na Dworcu Leningradzkim głodujące dzieci! I powiedziano mi, że dawniej tych dzieci tam nie było.

– Bo dawniej wysyłano dzieci na Syberię, aby tam głodowały. Przyzna pani,madame,że na dworcu, nawet Leningradzkim czy raczej Sanktpetersburskim, przynajmniej jest cieplej. – Krewetkin uśmiechnął się, nawet miło, kiedy, cóż, te wąsy…

- Ma come puo dire questo?– oburzyła się znowusquinzia.Nie tylko powtórzyła te same słowa, ale nawet te same miny i tę samą bladość, jak na zawołanie. – Komunizm budował sierocińce.

– Tak, ale niektóre na Syberii, dla dzieci tak zwanych wrogów ludu. Tam było trochę inne wyżywienie, o wiele gorsze niż to, co oferują kosze na śmieci na Dworcu Leningradzkim.

– Chce pan powiedzieć, że komuniści mordowali niewinne dzieci?

– Jak najbardziej,madame.

– No i tu złapałam pana na sprzeczności. Zaplątał się pan we własnych kłamstwach. Komuniści nie mogą zabijać dzieci, bo dzieci są słabsze. A komuniści zawsze bronią słabszych.

- Rhuugh!!! Rharharharhe Rharrrho!!!– zahuczał Michelangelo. Huczenie to jedyny dźwięk, jaki umiał wydawać, ale tym razem wydał go wyjątkowo wściekle.

– O co chodzi, kochanie? A może jesteśmy głodni? Mam dla ciebie mały jogurcik – zapytałasquinzia,traktując męża, jakby byłbimbo. Bimbow znaczeniu amerykańskim traktowała męża, jakby byłbimbow znaczeniu włoskim.

- Rhuuurh!!!– zahuczał jeszcze wścieklej reżyser. Chyba chodziło mu o to, że właśniemaestrowszedł na salę, brawa się kończą i spektakl zaraz się zacznie. Ale nie mogę wykluczyć, że jego anioł opiekuńczy w końcu go zdenerwował. Na ile znam Włochów, raczej jogurcikiem niż komunizmem.

Obaj panowie, Michał Anioł Niemy i Iwan Rakowicz Krewetkin (żeby konsekwentnie nie nazywać ich prawdziwymi nazwiskami), byli tutaj zaproszeni jako bliscy wieloletni przyjaciele i współpracownicy Mario Cisiego, słynnego producenta branży filmowej, który tym razem postanowił zrealizować widowisko operowe. Można było spodziewać się prawdziwejmegaproduction, alla Hollywood.A raczejalla Cinecitta,bo włoskie Hollywood to Cinecitta. Czyli Miasto Filmu pod Rzymem, które wybudował jeszcze ten biedny, głupi Mussolini i które, zanim zdechło, było zarazem filią Hollywood i europejskim odpowiednikiem dzisiejszego hinduskiego Bollywood (seryjna produkcja etnicznych melodramatów). Zeby nie zgrzeszyć przeciw sprawiedliwości, muszę tutaj zauważyć, że filmowy przepych Cinecitta bywał większy niż przepych Hollywood. Dlatego Amerykanie większość swoich starychmegaproductions,dziejących się w starożytności albo na Marsie, kręcili w Cinecitta. Wszyscy bezrobotni Rzymianie z lat pięćdziesiątych w zamian za darmowycateringprzebierali się raz w tygodniu za bezrobotnych Rzymian sprzed dwóch tysięcy lat i na widok producenta krzyczeli:Ave, Caesar.Tym producentem był przeważnie Mario Cisi. Cisi był o wiele starszy niż Michelangelo, ale jeśli się dobrze zastanowić, to znacznie młodszy.

– Zapomnij o Mussolinim – mówił. Bez przerwy mówił różne rzeczy, pożerając swój codzienny kawał pieczonego na brunatno prosiaka z hiszpańskiego pieca. – To byłstronzojeszcze większy niż wszyscy Beatlesi naraz, a jakbyś zobaczyła ich kiedyś razem w jednym salonie, tobyś zrozumiała, co mam na myśli. Wiesz, co to byłyle donne marocchinate?Podczas wojny w skład waszych wojsk alianckich wchodziły też oddziały marokańskie. I Marokańczycy, jak to się wtedy mówiło, zmarokańczykowali wszystkie kobiety w niektórych miejscach pod Rzymem. TenCulatta,Dupek, tak właśnie Pasolini nazywał Mussoliniego, i to nie tylko ze względu na kształt łysiny, no więc ten Dupek doprowadził do tego, że Włochy były wyzwalane w chwale i sławie przez Marokańczyków. Jak tylko mi go pokazali, powiedziałem: to ma być nasz Cezar? Raczej Neron. Przecież touna mezza sega.

Pomyślałam sobie wtedy, że to cudowne żyć prawie sto lat i nadal mieć umysł dwudziestolatka. Wtedy osoba sprzed osiemdziesięciu lat jest tak samo realna, jak ta, która siedzi obok – i obie budzą taką samą młodzieńczą pasję. W ten sposób życie nie staje się coraz rzadsze, tylko coraz gęstsze. Cisi był tym, czym mogliby być Włosi, gdyby mieli trochę więcej odwagi.

Wokół głowy mam koronę z pereł i cała drżę. Na początku wspaniała oczyszczająca tortura dotarła do pleców i zdawało mi się, że tylko moje plecy są katowane. Ale już po piętnastym pochyleniu okazało się, że to wrażenie było mylne, bardzo mylne. A po czterdziestym brzuch składał się z poprzecznych, piekących i pulsujących pręg. Przy sześćdziesiątym, gdy odpadłam od maszyny, wiedziałam już, że dobra chłosta byłaby łagodniejszym wyjściem. Niestety, jedyną osobą, której pozwoliłabym się bić, byłby ewentualny mąż. Także dlatego, że po solidnym laniu nie dałabym rady utrzymać abstynencji seksualnej. Proszę się nie zżymać i nie syczeć:pervertita.To zupełnie normalne, że osoba kochająca, opiekująca się drugą osobą, w jakiś sposób ją karze. Może się to odbywać w zdrowy, intymny i prowadzący do bliskości sposób. Może się też odbywać za pomocą innych metod, które są naprawdę perwersyjne. Wtedy okazuje się chłód, mówi złośliwości, upokarza się w towarzystwie za pomocą perfidnego: „Posłuchajcie, co wyprawiała Chiaretta, gdy znalazła się sama na łódce”. My, Anglicy, wiemy od stuleci, że kara fizyczna zbliża karzącego i karanego. Dlatego jest idealnym sposobem na wyładowanie małżeńskiego napięcia i przejście od złości do miłości, od gniewu do rozkoszy we właściwy sposób, z zachowaniem wszelkich form. Zamiast tuszować negatywne emocje, wyładowuje się je ostro, ale w sposób uporządkowany, według zasad, które pozwalają karanemu poczuć się bezpiecznie. Włosi tego nie rozumieją i dlatego ich małżeństwa są, jakie są. Podwiędnięty narcyz w kaszmirach z jednej strony, a z drugiej szara… nie, stop.

Dużo złego powiedziałam już tutaj o Włochach, ale nie powiem ani jednego złego słowa o Włoszkach. U Włochów jest dokładnie odwrotnie niż u narodów żyjących na północ od Alp. U normalnych narodów (jeśli tak można je nazwać, bo w gruncie rzeczy żaden naród nie jest normalny, Anglicy też już nie) to kobieta się stroi, a mężczyzna ją adoruje, próbuje ją zdobyć. We Włoszech ulicą idzie mężczyzna, wyrazisty, czarne błyszczące oczy, czarne błyszczące włosy, czarne albo brunatne. Buty tak samo, czarne albo brunatne, ale zawsze wyraziste. Czarny długi płaszcz z kaszmiru, z wielbłąda, z lamy, z alpaki, z wikunii, a jak nie czarny, to brunatny typumontgomeryalbo prochowy typuburberry.Wszystkie te nazwy są angielskie, bo z rzeczy, które przez sto lat Anglosasi nosili sobie godnie i skromnie, Włosi nagle zrobiliuna mostra sfarzosa,wystawnyshow,który przelewa się ulicami miasta, jakby to były tysiące krzyżujących się wybiegów dla męskich modeli. A najgorszą perfidią jest to, że nie ma w tym prymitywnej ostentacji, chamskich i walących po oczach kolorów, no, chyba że na przedmieściu albo na południu kraju. Tu, w Mediolanie, w centrum, wszystko jest w dobrym guście. Miliony swetrów, wszystkie w subtelnych niuansach zieleni, szarozieleni, brunatnozieleni, barwy złamane, dyskretnie przeplatane nitki w różnych stonowanych odcieniach. Długie szaliki. Nawet marynarki mediolańskich bankierów i maklerów, które teoretycznie powinny być jak najpoważniejsze, czarne albo granatowe, są przełamane kolorystycznie, czarnogranatowe, szarogranatowe, czarne z leciutkim odcieniem popiołu. I kiedy wszystko, ale to wszystko wokół ciebie jest dyskretne, stonowane,ritoccato,wypieszczone; kiedy nie można spojrzeć w żadną stronę, żeby nie zobaczyć stu osób w dobrym guście – to staje się dopiero wtedy naprawdę chamskie. A wszechobecne kolory organiczne wydają się bardziej nieznośne niż kanarkowa żółć i wściekła czerwień. Każde włoskie miasto, abloody Milanw szczególności, jest gęstym lasem pełnym zielonobrązowych i szarozielonych ruchomych drzew, pędzących we wszystkie strony, powiewających gałęziami w opętaniu, które oni nazywają włoską gestykulacją. A pomiędzy luksusowymi panami z drewna, które są jak dorosłe Pinokia, ożywione manekiny ze sklepu z ciuchami, gdzieniegdzie przemyka skromna istotka w dżinsach i bluzeczce, przyziemna, rzeczowa, nieciekawa. Nie ma tu wspaniałych kobiet. Jest tylkomoglie,żona, czylifood, sex and money manager.I jestmamma,czylisenior manager.Mąż nie adoruje żony, ale żona też nie adoruje męża. Ona go tylko obsługuje. Nie wiem, czy to gorzej, czy lepiej. Co warte jest życie, w którym nie ma żadnej, absolutnie żadnej adoracji? Jeśli nie liczyć, oczywiście, pogańskiej adoracji kaszmirowego swetra.

Dlatego podziwiam Laurę za to, jak radzi sobie z włoskimi mężczyznami. Laura pracuje w mojej redakcji, pisze oshowbiz.Podobnie jak ja. Tyle że jej artykuły mają podtytuły w rodzaju: „Loredana Cipputi: nadeszła moja godzina. Tancerka jednej minuty chce stać się primadonną jednej godziny. A szepcze się, że za jej plecami stoi Mister Bollywood”. Albo: „Kwintesencja angielskiej chłopięcości w nowej szokującej postaci: czyżby Jude Law zapuszczał brodę?” A moje artykuły mają podtytuły typu: „Krwawa willacelebritiesnad jeziorem Como. Zamieszany ulubieniec gospodyń domowych Pippo. Cztery aktorki, w tym jednastar,podejrzane o udział wfesta bestiale.Znalezionole carcassetrzech osłów i jednego muła". Albo: „Słynny projektant mody znaleziony martwy w swoim studiu. Na miejsce zbrodnii carabinierizostali wezwani przez pracowników sąsiedniego salonu, którym przeszkadzało nieustające wycie. Znaleziona przy zwłokach modelka Fiorella Bindi nie zeznaje nawet na piśmie: ktoś odciął jej język i panna Bindi jest jeszcze w szoku". To wielka niesprawiedliwość. Nie to, co spotkało pannę Bindi (nie chcę być okrutna, ale trudno nie zauważyć, że jak dotąd z posiadania języka przez pannę Bindi nie wynikało nic dobrego). Niesprawiedliwością jest to, co spotkało Laurę. Kazano jej pisać o takich głupotkach, bo jest urocza, ciepła, miła, ma – nie da się tego ukryć – potężną nadwagę, co niektórym się kojarzy z mentalnym lenistwem. No a poza tym jest brunetką. Mnie kazano pisać o innych głupotkach (moje tematy w oczach Boga są zapewne tak samo głupie i złe, jak tematy Laury) bo jestem szczupła, umięśniona, poważna i chłodna, a przede wszystkim dlatego, że mam złote włosy.

Jeśli po tym wszystkim, co dotąd napisałam, myślicie, że jestem rasistką, to spójrzcie, jak rozumują, a raczej jak odczuwają Włosi. To jest prawdziwy rasizm. W oczach Włocha blondyn jest twardy, akuratny, wymagający, wspaniały, piękny. Jest przedstawicielem rasy panów. W reklamach widać tylko blondynów. W telewizji wszystkie kobiety mają włosy jak słoma, żółte i sztywne od bezwzględnego tlenienia. Co do facetów, to jestem pewna, że niektórzy też rozjaśniają sobie czupryny. Najlepsze do celów telewizyjnych są Toskanki. Trudno sobie wyobrazić coś bardziej śródziemnomorskiego niż Toskanka, prawdziwa, w starym etruskim typie, czarne włosy, czarne tęczówki. I wszystko wielkie: oczy, usta, nos, piersi. Ale Toskanki są często wysokie i szczupłe, po utlenieniu włosów oraz wepchnięciu w oczy rozjaśniających szkieł kontaktowych zaczynają wyglądać jak bardzo dziwne, przejaskrawione nordyczki, takie wręcz supernordyczki, a więc jeszcze bardziej atrakcyjne dla Włochów. Prawdziwe nordyczki z importu są mało funkcjonalne telewizyjnie, z trudem uczą się włoskiego, a nawet jak się trochę poduczą, to nie wiedzą, jak gadać do Włochów, nie znają tej całej sztuki, jaką jest włoska rozmowa, nie umieją przewidzieć, jakie słowa wzbudzą jakie emocje u Włocha – bo u niego jest z tym zupełnie inaczej niż u ludzi urodzonych na północ od Alp. A takich nordyczek jak ja, obcej krwi, ale żyjących tutaj od zawsze, znających język i obyczaje, jest bardzo mało. Do Włoch zazwyczaj emigrują ludzie jeszcze od Włochów ciemniejsi: Arabowie, Syngalezi,black Africans.I dlatego ja, jako chłodna i kanciasta nordyczka o lodowych oczach (oni mówią na bardzo jasne oczy:occhi di ghiaccio,oczy z lodu), zostałam specjalistką od afer i skandali wshowbiz and fashion.Mam nadzieję, że Bóg mi to wybacza i pomaga wykonywać tę ohydną pracę tak, abym była w tym użyteczna i pełniła funkcjęscarafaggio,żuka gnojaka czyściciela. Oczywiście, nie jestem ślepa i wiem, że nieustanna obecnośćcelebrity scandalsw mediach nie ma już wiele wspólnego z piętnowaniem zła. Coraz częściej jest to tworzenie przyjaznej dla zła atmosfery, na zasadzie: spójrz, najwięksi są świniami i mają największe sukcesy, spróbuj i ty być świnią. Ale ja naprawdę chciałabym wykorzystać moje umiejętności i znajomości, żeby wydobywać zło na powierzchnię i je publicznie karać, a nie tylko reklamować. Chociaż może powinna to robić Laura. Jest poganką, ale to osoba głęboko moralna. Dostałam tę pracę, bo moi szefowie, którzy są rasistami, uznali, że Angielka i blondynka będzie bardziej poważna – podczas kiedy z nas dwóch tak naprawdę bardziej poważna jest brunetka.

Jak już mówiłam, podziwiam Laurę za to, jak sobie radzi z mężczyznami, a w tej chwili już, dzięki Bogu, z jednym mężczyzną. Oczywiście, nadal jest to pogański związek, pozbawiony błogosławieństwa konkubinat, ale jest w nim koleżeństwo i przygoda. Laura, mimo że jest biedna, nieznana, a w każdym razie mało znana i wygląda jak wielka ciemnowłosa piłka, ma romans z Gianlucą, słynnym włoskimcalciatore,futbolistą, grającym w Chelsea. Jak to możliwe, że on z nią jest, zapytacie. Myślę, że to dość proste. Piłkarz wcale nie musi być mięśniakiem, prymitywem napalonym nacheerleaders.To prawda, że uprawianie sportu wyzwala w mężczyźnie dodatkowe złoża testosteronu, czyli mówiąc po ludzku, gwałtowności i chuci. Ale nieustanne pielęgnowanie i ćwiczenie swojego ciała w celu zachowaniaperfect fitnesssprawia, że piłkarz zdobywa świadomość, jak bardzo to jest bolesne, także dlalonglegged babe,długonogiej lali. On jest przyzwyczajony do traktowania ludzkiego ciała jako maszyny, którą pompuje się wysiłkiem, aby wyciągnąć z niej wysiłek. Dlatego, gdy widzi nawet najpiękniejsze uda, musi zadać sobie pytanie: „Ciekawe, za pomocą jakich ćwiczeń aerobowych ona to osiągnęła”. Inaczej mówiąc,una gnocca strepitosa,ekstralaska, kojarzy mu się z pracą. Ciepło Laury, jej spokój i programowa negacja jakiejkolwiekfitnessmusi działać na niego kojąco. A po morderczym meczu na pewno nie ma ochoty skakać na jakiejśsupermodel,wymagającejsuper performance,ale woli przytulić się do czegoś ciepłego, dużego i miękkiego. Poza tym Laura mówi, że nie ma między nią a Gianlucą jakiejś przepaści intelektualnej i ja jej wierzę – piłka nożna jest akurat takim sportem, który rozwija refleks, bystrość, może nawet pewien rodzaj inteligencji społecznej, a w każdym razie zdolność do kooperacji. Piłkarz nie może być zwykłym dyskotekowym idiotą. Nie może być też przemądrzałym pasożytem z twarzą Giacomo Bratty na T-shircie, głosić buntu i praktykować nieróbstwa. A więc piłkarz nie może być przeciętnym młodym

Włochem, bo ten występuje w dwóch wyżej wymienionych wariantach (chociaż tego drugiego wariantu zawsze było mniej i teraz zanika, a jeśli chodzi o Giacomo Brattę, to chyba nawet najwięksi fanatycy zrozumieli, że to, co Bratta zrobił czy niby zrobił, nie było żadnym bohaterstwem).

Tak, piłkarz byłby może jakimś wyjściem. Ale nie napastnik, bo u nich ego, czyli mówiąc po ludzku samolubstwo, szaleje. Ani bramkarz, bo u nich samolubstwo też szaleje, a poza tym bramkarz ma całą gamę nerwic i psychoz. To jestmissing link,brakujące ogniwo pomiędzy sportowcem a artystą. A sportowiec i artysta naraz to za dużo. Najlepszy byłby obrońca albo defensywny pomocnik, ktoś skromny i niezawodny, taki jak Gattuso, który powiedział o sobie, że jest tylkoladro di palloni,złodziejem piłek, bo wytrąca je spod nóg dumnym napastnikom, zawsze. Stoi sobie z tyłu, ale reszta drużyny może na nim polegać. To jest bardzo ważne, sama próbowałam być kimś takim, gdy grałam w żeńskiej drużynie prowadzonej przez moją byłą sąsiadkę Marzię. Idealny… stop, stop, stop. Już miałam powiedzieć, że Gattuso to idealny mąż. Ale idealny mąż nie może tylkoto back up,stać za plecami, tylko wspierać. Powinien wspierać – i przewodzić. A o to trudno, pewnie nie tylko we Włoszech, bo zwykle jak mąż wspiera, to nie przewodzi, a jak przewodzi, to nie wspiera. Albo robi się z niego cichy, skromny zamiatacz podłogi, albo samolubny tyran.

I tak oto nie mam nikogo, kto mógłby mnie ukarać. Tylko ja sama mogę to zrobić. I Bóg, oczywiście, który jednak jakoś nie karze mnie tak, jak na to zasługuję. Może dlatego, że ja zawsze próbuję ukarać się wcześniej. Teraz pomyślałam, że to moje samokaranie jest niezwykle perfidną próbą wyprzedzenia Bożej kary, a więc ucieczki przed nią, a więc buntu. I zasługuje na szczególnie surową karę. Usta mi się wykrzywiły w bolesne przeciwieństwo uśmiechu, ale usiadłam znowu na Stalowym Krześle z Bezlitosnymi Sprężynami. Starłam koronę z mojego czoła, aby wycisnąć z siebie następną. Koronę z pereł dostają pracownicy. Koronę z rubinów męczennicy.

Spróbuję jednak opowiedzieć tę historię od samego początku. Bo kiedy zaczynam opowiadać ją od środka, to od razu rozdrabniam się i ćwierkam. Wszystko zaczęło się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku. Miałam wtedy sześć lat i siedziałam w ogródku. Liście naszego klonu już dawno pożółkły, ale słońce było jeszcze bardzo żółte, ciepłe, prawie gorące, mimo chłodnych powiewów wiatru. Mama wyniosła do ogródka stoliczek i plastikowe krzesełka.

- Who will be mommy's little helper?– zapytała.

- Me– odpowiedziałam. Wiedziałam, co to znaczy. Z całą powagą, jakiej wymagało tak odpowiedzialne zadanie, poszłam do kuchni i wyjęłam z kredensiku talerzyki. Przyniosłam je, wszystkie dwa, i nie potłukłam ani jednego. Mama poradziłaby sobie z tym doskonale, ale pomagała mi być ze sobą bardziej, prosząc mnie, abym wszystko robiła z nią. Myślę, że Bóg postępuje z nami podobnie. A moja mama była z Nim bardzo blisko, bo robiła razem z Nim wszystkie te dobre rzeczy, które Bóg robił mnie. Kiedy Bóg chciał mnie przytulić, ona przytulała mnie całymi godzinami. Kiedy chciał, żebym została skrzyczana, ona krzyczała na mnie, a potem przytulała mnie całymi godzinami. Bóg jest dobry.

Kiedy ja tuptałam z moimi talerzykami, ona przyniosła tacę. Był na niej całkiem pokaźny stosikcucumber sandwiches,a obok gruby Mister Teapot i filiżanki – jako dziecko miałam smoczy apetyt, na szczęście mama od najwcześniejszych lat przyuczała mnie do sportu. Przechyliła Mistera Teapota, który nalał mi z dziubka herbaty do filiżanki, a ona dodała śmietanki i cukru.

- And what is there beyond the hedge? – mama zapytała, co jest za żywopłotem, który miałyśmy przed oczyma i który nawet wtedy był zielony, bo zawsze był zielony.

- Woodlands– skłamałam. Chociaż nie, wtedy wiedziałam już, że takie mówienie to nie jest kłamstwo i obrażanie Boga. Ale nadal pozostał dreszcz.

- And who lives in the woodlands?Kto żyje w tych lasach?

– Winnie -odpowiedziałam. Oczywiście chodziło oWinnie-the-Pooh. Wtedy nie było jeszcze tych obrzydliwych filmów i książeczek Disneya, dzieci mogły przyswajać sobie prawdziwego Kubusia Puchatka.

- And who lives there with him?I kto jeszcze tam żyje?

- Rat, Mole and Badger.Szczur, Krecik i Pan Borsuk.Bilbo Baggins and the hobbits.Bilbo i hobbici.

– And what is there beyond the woods?A co jest za lasem?

– Miasteczko – odpowiadałam szybko. – A w miasteczku mieszkaPeter the Postman,listonosz, ten, który przywozi nam listy takim czerwonym samochodzikiem. IMartin the Milkman,który przywozi nam mleko takim białym samochodzikiem. ITom the Taxi Driver,który przywozi ciebie takim czarnym samochodzikiem. I tam jesttearoom,gdzie panie z miasteczkahave their tea and biscuits.

– Zabili pedała, zabili pedała!Hanno ucciso il frocio, hanno ucciso il frocio!– Marzia przerwała nam właśnie wtedy, kiedy zaczęła się moja ulubiona część zabawy.

– Marzia! Smettila subito, te l'ho detto!– krzyczała jej mama zza żywopłotu -Scusate, lei non sa che cavolo sta dicendo. Al suo papa e scappata una cosa che non doveva neanche dire, mentre ascoltava la radio. E poi, le notizie cosi, come fanno a trasmetterle quando sanno che ci sono bambini in giro che potrebbero ascoltare?Przepraszam, ona sama nie wie, co powtarza. Jej tatuś powiedział coś, czego nie powinien, wyrwało mu się, jak słuchał radia. A w ogóle, to jak oni mogą nadawać takie rzeczy, kiedy wiedzą przecież, że są dzieci, które ich słuchają.Come va a finire sto mondo, dimmi, 'Eder?Jak to się wszystko skończy, Heather?

Wiedziałam już wtedy, w wieku lat sześciu, że Marzia powiedziała brzydkie słowo. I wiedziałam też, że trzeba jej wybaczyć, bo nie wie, co robi. Ona miała tylko pięć lat.

- Ma che e successo, Cristina?Co się stało, Cristina?

– Hanno ucciso quel regista, quello maniaco, pervertito, sai, Quello.Zabili filmowca, tego maniaka zboczonego, wiesz, Tego.

– Ma questo si potrebbe dire di tutti i registi.Ale to można powiedzieć o wszystkich filmowcach.

– No, no, questo era proprio peccatore, i suoi film sono sempre Esclusi.Nie, nie, ten był naprawdę bezbożnikiem, jego filmy były zawsze Wykluczone.

Kiedy byłam mała, niektórzy Włosi przed pójściem do kina sprawdzali wywieszoną na drzwiach kościoła listę filmów wyświetlanych w miasteczku i w Mediolanie (wtedy byliśmy jeszcze miasteczkiem, nie przedmieściem). Przy każdym tytule było napisanePer Tutti,Dla Wszystkich,Adulti,Dorośli,Peccato,Grzech, alboEscluso,Wykluczone.

Mama już wiedziała, o kogo chodzi.

– Hanno ucciso Pasolini? -zapytała.

– Proprio lui– potwierdziła mama Marzii. -La punizione arriva sempre, prima o poi. Guarda che è stato proprio assassinato nella notte del Giorno dei Morti, quando dovrebbe pensare a tutti che sono morti ed alla sua propria morte, non alla fornica…Co się odwlecze, to nie uciecze. I zobacz, że zabili go właśnie w noc przed Dniem Zadusznym, kiedy powinien pomyśleć o swoich zmarłych i o swojej śmierci, nie o rozpu…

- Non dire così– przerwała mama. -Lo sai tu che cosa ha detto il Signore? Non giudicate se non volete essere giudicati.Wiesz, co powiedział Pan? Nie osądzajcie, jeśli nie chcecie zostać osądzeni.

- Non dire così tu, Eder -odparła mama Marzii. -Lo sai tu che cos'ha detto Don Stefano? Una volta ha detto che Pasolini è già giudicato, s'è fatto giudicare.A ty wiesz, Heather, co powiedział proboszcz? Ze Pasolini już jest osądzony, sam się osądził swoimi czynami.

- È solo Dio che lo può giudicare. Non lo farai tu, non lo farà parroco e non lo farà neanche Pasolini stesso.Tylko Bóg go może osądzić. Nie zrobisz tego ty, nie zrobi tego proboszcz, nie zrobi tego nawet sam Pasolini.

Pamiętam to dobrze, bo pierwszy raz widziałam, jak moja mama z kimś się kłóci i to w dodatku ze swoją przyjaciółką, która przez trzy dni gotowała i sprzątała u nas, kiedy działo się Coś Strasznego. Mama leżała w łóżku i płakała, i krzyczała, i robiła chyba jeszcze Gorsze Rzeczy, a mama Marzii robiła nam takąpastę,jaką lubią małe dzieci:farfalle, eliche, pennette, fettuccine, conchiglie, orecchiettei jeszcze jeden typ makaronu, który się nazywastrozzapreti,ale mama Marzii nie lubiła tej nazwy, bostrozzapretiznaczy dosłownieit-strangles-priests,dusiksięży, dlatego nazywała ten makaroncasarecce.Przez pierwsze lata życia myślałam, żestrozzapretinazywa sięstrozzapreti,ponieważ grubi panowie księża w Rzymie pożerają tak dużo tego makaronu, że aż się dławią za karę. Kiedy mówię, że mama Marzii gotowała nam, mam na myśli siebie i Marzię, bo mama wtedy nic nie jadła. Dlatego mama Marzii gotowała tylko taki makaron, jaki lubią małe dzieci, czyli krótki, którego nie trzeba nawijać na widelec, małe dzieci zawsze mają z tym kłopot i cały stół jest wtedysottosopra, upside down.Mama Marzii nie jadła z nami, bo jak zrobiła nampastę,to musiała iść do domu i ugotowaćpastędla dorosłych. Czyli dla taty Marzii.

Na szczęście kłóciły się krótko, zaraz potem mama Marzii zapytała: „Esai come e morto?A wiesz, jak zginął?", i zaczęła coś mamie szeptać na ucho. Mama chyba nie była z tego zadowolona, ale pewnie nie chciała się z nią kłócić. W końcu mama Marzii poszła, a ja zapytałam moją mamę:

- Why did you have an argument with la mamma di Marzia?

- It wasnt an argument -odpowiedziała mama. – To nie była kłótnia.La mamma di Marzia is a Catholic, a Roman Catholic.

Pier Paolo Pasolini był wybitnym włoskim reżyserem, pisarzem, poetą, publicystą. Zginął w nocy z 1 na 2 listopada 1975 roku w okolicznościach, które do dziś nie zostały wyjaśnione. Jedyne, co wiadomo na pewno, to że wcześniej zaprosił na kolację i przejażdżkę młodego biednego chłopca z przedmieść, Pino Pelosiego, w celu popełnienia grzechu, aktu homoseksualnej rozpusty. Pasolini zabrał Pelosiego swoim samochodem w stronę morza, a dokładnie portowego miasta Ostia. Tam znaleziono później zmasakrowane, częściowo zmiażdżone zwłoki pisarza. Pelosi twierdził, że tylko bronił się przed brutalnym atakiem homoseksualnego gwałciciela. Było to tłumaczenie nie do zaakceptowania. Pelosi, podobnie jak wielu bohaterów powieści i filmów Pasoliniego, byłragazzo di vita. Ragazzoznaczy chłopiec, avitażycie, ale w tym przypadku – życie prostytutki.Ragazzo di vitanie oznacza więc życiowego chłopca, ani chłopca pełnego życia, ale młodą męską dziwkę. Pelosi wiedział, co to znaczy obsługiwaći froci.Awanse Pasoliniego nie mogły go obrazić. I trudno uznać za uprawnioną obronę tłuczenie uwodziciela wielkim kamieniem, a następnie, kiedy uwodziciel jest już w stanie agonii, przejechanie go samochodem w celu ostatecznego zmiażdżenia ciała. Inna rzecz, że Pasolini był masochistą, lubił prowokować rzymskich chłopców, żeby go bili, tylko wtedy udawało mu się chociaż trochę podniecić. Możliwe, że Pelosi potraktował prowokację jako realny atak i z krańcowym okrucieństwem zabiłchecchę,ciotę, która, jak