Morderstwa na Otis Street - Isabel Guerra - ebook
Opis

Ferenc Molnár, nauczyciel chemii w Budapeszcie, otrzymuje spadek po zmarłym wujku. Bez wahania opuszcza rodzinny kraj i przeprowadza się do Stanów Zjednoczonych, gdzie staje się właścicielem uroczej wilii położonej na Otis Street. Niestety, już po kilku dniach zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Dochodzi do serii tragicznych wypadków, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować. Mieszkańcy nie wiedzą czy w okolicy grasuje seryjny morderca, czy może Otis Street została dotknięta klątwą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Isabel Fuentes Guerra

Morderstwa na Otis Street

© Isabel Fuentes Guerra, 2016

© Isabel Fuentes Guerra, fotografie, 2016

Ferenc Molnár, nauczyciel chemii w Budapeszcie, otrzymuje spadek po zmarłym wujku. Bez wahania opuszcza rodzinny kraj i przeprowadza się do Stanów Zjednoczonych, gdzie staje się właścicielem uroczej wilii położonej na Otis Street. Niestety, już po kilku dniach zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Dochodzi do serii tragicznych wypadków, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować. Mieszkańcy nie wiedzą czy w okolicy grasuje seryjny morderca, czy może Otis Street została dotknięta klątwą.

ISBN 978-83-8104-159-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Rozdział 1

Pat Johnson siedziała na ganku i delektowała się smakiem gorzkiej czekolady. Co jakiś czas odgarniała do tyłu włosy, delikatnie unosiła brwi i przeglądała się w małym lusterku, które zawsze nosiła ze sobą. Gdy co kilka minut ulicą przejeżdżał samochód, natychmiast wstawała i zalotnie uśmiechała się do kierowcy. Wszystko to byłoby jak najbardziej zrozumiałe, gdyby nie fakt, że w zeszłym tygodniu Pat skończyła siedemdziesiąt dziewięć lat. Co więcej, jak na swój wiek wyglądała dosyć kiepsko. Była niska, korpulentna, a na głowie miała pęczek rzadkich włosów, które już dawno straciły naturalny kolor.

Problemem staruszki było to, iż nie potrafiła pogodzić się z myślą, że czas płynie naprzód i że ona sama nie jest już tą piękną, ponętną kobietą, za którą niegdyś oglądali się mężczyźni. Pragnęła jednak zatrzymać przeszłość tak długo, jak tylko się dało. Codzienny pobyt na ganku oraz widok przewijających się po okolicy młodzieńców pozwalał jej zapomnieć o podeszłym wieku i jakże dokuczliwej samotności.

Każdy dzień spędzała podobnie: wczesnym rankiem wychodziła z domu i przebywała na ganku aż do południa. Po obiedzie czytała książkę lub zawracała głowę sąsiadom, którzy zawsze byli zajęci i rzadko kiedy znajdowali dla niej czas. Dzisiaj również starsza pani wyszła na świeże powietrze i bacznie obserwowała okolicę.

— Dzień dobry, Pat! — krzyknął młody mężczyzna przechodzący obok jej domu.

— Witaj, Robercie! — odparła urzeczona, zalotnie układając włosy.

— Przeklęta starucha — mruknął pod nosem.

— Masz dzisiaj wolne? — zapytała.

— Tak. Jest przecież sobota.

— Rzeczywiście. Czas płynie tak szybko.

Robert bez słowa oddalił się od jej domu. Nie cierpiał tej kobiety. Działała mu na nerwy jak mało kto. Za każdym razem, kiedy znajdowała się w pobliżu, miał wrażenie, że obserwowała każdy jego ruch. A na niczym nie zależało mu tak bardzo, jak na prywatności. Szczególnie teraz. Teraz, kiedy skończył trzydzieści siedem lat i zaledwie kilka miesięcy temu wyszedł na wolność. Czas, jaki spędził w jednym z najcięższych więzień w Teksasie nie należał do tych, które pragnął zatrzymać w pamięci. Wręcz przeciwnie. Próbując uciec od przeszłości, zdecydował się na przyjazd do Norwich — niewielkiej miejscowości położonej w stanie Connecticut, w północnej części Stanów Zjednoczonych. To tu pragnął zacząć nowe życie i zaznać spokoju, który w owym czasie był mu tak bardzo potrzebny. Kiedy w końcu znalazł przyzwoitą pracę i zamieszkał na ulicy Otis, wszystko zaczęło nabierać sensu. Jedynym problemem, z jakim zmagał się od samego początku, była obecność zawsze czujnej i gotowej na wszystko Pat Johnson.

Robert nie lubił spoufalać się z ludźmi. A już tym bardziej z jakąś starą, wścibską kobietą, która robiła wszystko, aby zamienić z nim choć kilka słów. Nie miał pojęcia, jak zachować się w podobnej sytuacji. Zupełnie inaczej było w celi. Kiedy ktoś wchodził mu w drogę i zadawał pytania, których zadawać nie powinien, doskonale wiedział, jakie metody skutkowały najlepiej. W przypadku Pat Johnson wolał nie ryzykować. Najbardziej bał się tego, że starucha oskarży go o coś, co przysporzy więcej problemów niż to warte. A z prawem nie chciał mieć na pieńku. Pięć długich lat spędzonych w więzieniu nauczyło go, aby nie popełniać tego samego błędu po raz drugi.

Starsza pani natomiast miała zupełnie inny problem. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wszyscy mieszkańcy Otis Street mówili na nią Pat. Nazywała się przecież Patricia Johnson. Patricia Elisabeth Johnson. A przecież zarówno Patricia, jak i Elisabeth, to takie piękne imiona. Nadawały kobiecie jeszcze więcej wdzięku i seksapilu. Czy nie mogliby zwracać się do niej właśnie tak?

Mieszkańcy jednak już dawno przyjęli, że pod numerem czterdzieści jeden mieszkał nie kto inny, tylko Pat. Jedni w ogóle nie wnikali, od jakiego imienia pochodziło to zdrobnienie. Inni, nawet jeżeli wiedzieli, i tak nazywali ją po swojemu.

Ulica Otis była bardzo mała. Tak mała, że wszyscy mieszkańcy znali się doskonale. Nie łączyły ich żadne szczególne relacje, ale każdy wiedział o każdym tyle, ile wiedzieć powinien. Na ulicy znajdowało się zaledwie osiem domów: numery nieparzyste po lewej stronie, numery parzyste po prawej.

Pierwszy dom po lewej stronie, z numerem czterdzieści jeden, należał właśnie do Pat Johnson. Jej sąsiadem był Robert Franklin, który mieszkał pod numerem czterdzieści trzy. Takie ustawienie domów sprawiało, iż były więzień spotykał Pat dosyć często. Prawdopodobnie dlatego, że kobieta wiecznie przesiadywała na ganku i zaczepiała go za każdym razem, gdy tylko zamknął za sobą drzwi.

Kolejną posiadłość zajmowała Arvanita Guri, młoda dziewczyna pochodzenia albańskiego, która przybyła do Norwich kilka lat temu i zaczęła pracę jako księgowa w lokalnej firmie tłumaczeniowej. Mieszkała pod numerem czterdzieści pięć.

Kolejny dom, już ostatni po tej stronie ulicy, należał do Amerykanki pochodzenia ukraińskiego, Switlany Benitskiej. Była to kobieta w średnim wieku, wychowująca samotnie trójkę małych dzieci — jednego chłopca i dwie dziewczynki. Po śmierci męża, Vladimira Benitskiego, pogrążyła się w głębokim smutku i nie potrafiła stawić czoła otaczającej jej rzeczywistości. Dopiero z pomocą psychologów była w stanie odzyskać fizyczną i psychiczną równowagę, która pozwoliła jej wychowywać dzieci tak, jak na prawdziwą matkę przystało.

Naprzeciw domu Switlany Benitskiej znajdowała się posesja państwa van der Laan, małżeństwa pochodzenia holenderskiego. Przybyli do Norwich jakieś dwa lata temu, ale wyraźnie tęsknili za swym krajem i wspominali go przy każdej możliwej okazji. Mieli dwójkę dzieci w wieku pięciu i siedmiu lat, które każdego dnia biegały po ulicy, wykrzykując po holendersku bliżej niezidentyfikowane słowa. Państwo van der Laan mieszkali pod numerem czterdzieści osiem.

Co ciekawe, posiadłość znajdująca się tuż obok od wielu lat stała pusta. Nikt tam nigdy nie zaglądał i tak naprawdę nie było wiadomo, do kogo wcześniej należała. Nawet Pat Johnson nie mogła sobie przypomnieć, aby ktoś kiedykolwiek w niej mieszkał. Pomimo że budynek był dość zaniedbany, nikt nie miał wątpliwości, iż dawniej mieszkała w nim niezwykle zamożna rodzina. Duży ogród przed wejściem, dwa piętra i poddasze, miejsce garażowe na co najmniej dwa samochody. Wszystko to mówiło samo za siebie. Niestety, o historii tego domu nikt nigdy nie słyszał.

Tuż obok znajdowała się posiadłość z numerem czterdzieści cztery, którą zamieszkiwał Włoch o niezwykle wybuchowym temperamencie. Francesco Accardo był mężczyzną grubo po trzydziestce, lecz nadal stanu wolnego. Jako kolekcjoner japońskich mieczy katana prowadził niezwykle aktywne życie, rzadko bywał w domu i jeszcze rzadziej wyjeżdżał na wakacje.

Dom z numerem czterdzieści dwa, który był już ostatnim po prawej stronie ulicy, należał do niezwykle sympatycznego małżeństwa — państwa Choisy. Nie mieli dzieci, ale fakt ten nie przeszkadzał im w czerpaniu radości z życia i nawiązywaniu kontaktów z każdym, kto miał na to ochotę. Linda Choisy była kobietą niezwykle gadatliwą. Często rozmawiała sama ze sobą i wiecznie narzekała na chłodny charakter Jankesów. Miała włosy upięte wysoko na czubku głowy, a jej brązowa od słońca twarz próbowała przebić się przez grubą warstwę makijażu. Erik Choisy był natomiast człowiekiem spokojnym, zrównoważonym i niezwykle pogodnym. Uwielbiał dobre towarzystwo i chętnie opowiadał dowcipy. Od kilkunastu lat pracował jako dyrektor biblioteki publicznej w Norwich.

I to byli już wszyscy mieszkańcy ulicy Otis. Nic więc dziwnego, że znali się dobrze. Warto jednak zaznaczyć, iż pomimo tak bliskiego sąsiedztwa, każdy zajmował się własnymi sprawami. Każdy, za wyjątkiem Pat. Ona bowiem jako jedyna miała więcej wolnego czasu, a prywatne życie sąsiadów stanowiło dla niej nie lada atrakcję. O wszystkich mieszkańcach Otis Street miała już wyrobioną opinię, lecz ciągle poszukiwała nowych szczegółów, aby w przekonaniu tym się utwierdzić.

Dzień był upalny. Gorzka czekolada rozpuszczała się w dłoni, a słońce przypiekało coraz bardziej. Zbliżała się pora obiadowa, więc Pat postanowiła wrócić do domu. Coś ją jednak zatrzymało. Jakiś dziwny cień po drugiej stronie ulicy.

„Czyżby ten Włoch już wrócił z pracy?”, pomyślała zdziwiona.

Nie, to nie był Włoch. To jakiś nieznajomy. W dodatku miał na sobie garnitur.

„Co za głupota”, stwierdziła Pat. „Przy takiej pogodzie ludzie chodzą prawie nadzy. Tylko idiota mógłby włożyć garnitur. I to w dodatku czarny.”

Niemniej jednak wszystko się zgadzało. Do posesji numer czterdzieści sześć zbliżył się mężczyzna w czarnym garniturze. Otworzył bramę wjazdową i wszedł do środka.

„Czego on szuka w tej ruderze?”, zastanawiała się Pat. „Chyba nie myśli, że tam ktoś mieszka.”

Po chwili mężczyzna znikł za żywopłotem i ślad po nim zaginął.

Rozdział 2

„Kiepsko to wygląda”, pomyślał Ferenc, patrząc na dom z numerem czterdzieści sześć. „Co mnie podkusiło, aby kupić tę starą rupieciarnię… Przecież mogłem pozwolić sobie na coś znacznie lepszego. I w dodatku jest tak gorąco”, myślał, wchodząc na teren posesji.

Dom ze wszystkich stron otoczony był wysokim żywopłotem, którego niewątpliwie nikt od dawna nie ścinał. W ogrodzie rosło pełno chwastów, a na ganku leżał stos rupieci. Na pierwszy rzut oka było widać, że przez lata nikt tu nie zaglądał. Dom jednak wydawał się spory i rokował nadzieje na przyszłość. Po lekkim odświeżeniu powinien odzyskać dawną świetność i stać się odpowiednim miejscem dla młodego kawalera.

Ferenc Molnár był bowiem kawalerem. Miał trzydzieści cztery lata, ale do tej pory nie spotkał na swej drodze kobiety, dla której mógłby poświęcić ten wspaniały stan, jakim jest wolność. Patrząc jednak prawdzie w oczy, w ogóle nie miał szczęścia do kobiet. Wszystkie jego związki, których w sumie było trzy, kończyły się zaledwie po kilku miesiącach i nikt nie potrafił ustalić, gdzie tak naprawdę tkwił problem.

Ferenc Molnár nie należał do mężczyzn, którzy błyszczeli w towarzystwie i zyskiwali sympatię tłumu po kilku minutach rozmowy. Nie garnął się do nawiązywania nowych znajomości, a już na pewno nie narzucał się swoją osobą. Był człowiekiem statecznym i pracowitym. Tuż po ukończeniu studiów objął posadę nauczyciela chemii w jednej ze szkół w Budapeszcie. Los jednak chciał, aby jego życie potoczyło się innym torem.

Kilka tygodni temu okazało się, że Ferenc Molnár odziedziczył spadek po bardzo dalekim członku rodziny, który zmarł na zawał serca i cały swój majątek przekazał właśnie jemu. Wiadomość ta dotarła do niego zupełnie niespodziewanie, wywołując uczucia o bardzo zróżnicowanym charakterze. Z jednej strony, odejście wuja Zoltána nie było czymś, z czego mógł się cieszyć. Pomimo że widział go na oczy zaledwie kilka razy i nigdy nie łączyło ich nic, co można było nazwać więzią, to jednak był on członkiem rodziny. Rodziny, której Ferencowi zawsze brakowało.

Z drugiej jednak strony, ogromny przypływ gotówki w postaci amerykańskich dolarów oraz możliwość zrealizowania tego, o czym do tej pory mógł tylko pomarzyć, przemawiały do niego aż nadto. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką postanowił zrobić, było porzucenie fatalnie płatnej posady nauczyciela oraz wyjazd do Stanów Zjednoczonych.

Gdy tylko dopełnił formalności związanych z otrzymaniem spadku, udał się do agencji nieruchomości w Norwich, gdzie polecono mu kupno starej, niemniej jednak przepięknej willi na Otis Street. Zapewniano, iż była to posiadłość duża, przestronna i niezwykle atrakcyjna. Szybko skontaktowano się z właścicielem, który jeszcze przed negocjacjami zaproponował zejście z ceny o dwadzieścia procent. Ferenc, pomimo że posiadłości nie widział, postanowił skorzystać z okazji i nabyć dom za niewielkie pieniądze. Właściciel zapewniał, iż siedem lat temu wszystko zostało odnowione, jednak Ferenc i tak miał co do tego spore wątpliwości.

„W takich miejscach zawsze jest coś do poprawienia”, twierdził.

Gdy po raz pierwszy przekroczył próg domu, zaniemówił z wrażenia. Jego oczom ukazały się bowiem duże, przestronne pomieszczenia po brzegi wypełnione intensywnym światłem słonecznym. Pomieszczenia ciepłe, przytulne. Takie, w których człowiek od razu czuł się jak u siebie.

Piękne, szerokie schody prowadzące na górne piętra domu były wykonane z drewna o najwyższej jakości. Co więcej, w znajdującej się na parterze kuchni, salonie oraz bibliotece dominowały meble o podobnym kolorze i niewątpliwie równie wysokim gatunku. Pomimo że wszystko było zakurzone i zniszczone codziennym użytkowaniem, robiło wrażenie większe niż niejedna nowoczesna rezydencja.

Na pierwszym piętrze znajdowała się sypialnia, pokój gościnny i gabinet. Oprócz dwóch przestronnych łazienek, dom posiadał również poddasze, na które prowadziły kolejne schody, lecz nieco mniejsze i węższe niż te na dole. Wnętrze posiadłości sprawiało bardzo przyjemne wrażenie, niemniej jednak całość wymagała porządnego odświeżenia. Ekipa remontowa, która została powiadomiona już dwa tygodnie temu, miała zjawić się lada dzień.

Ferenc usiadł na jednym z krzeseł, zdjął czarną marynarkę i westchnął. Miał ochotę na krótką drzemkę, ale jako że w domu znajdowały się wyłącznie zakurzone kanapy, chwilowo wolał się do nich nie zbliżać. Podczas gdy w milczeniu analizowal stan swojego najnowszego nabytku, Pat Johnson stała przed drzwiami domu Roberta Franklina i naciskała na dzwonek.

— Co u diabła? — zapytał były więzień, wychodząc przed dom.

— To ja — odparła Pat. — Chodzi o to, że w tej właśnie chwili jakiś obcy kręci się po domu.

— Po jakim domu? — zapytał Franklin.

— Po tamtym domu — rzekła staruszka, wskazując palcem na posiadłość numer czterdzieści sześć.

— A co ja mam z tym wspólnego? — zapytał zdenerwowany.

— Jak to co? Musisz to sprawdzić.

— Nic nie muszę. I gówno mnie to obchodzi — powiedział chłodno i zatrzasnął drzwi.

Staruszka poczuła się urażona. Chciała jeszcze raz nacisnąć na dzwonek i wręcz nakazać mu, aby jako mężczyzna dokładnie wszystko sprawdził, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała. Wpadła bowiem na lepszy pomysł. Wróciła do siebie i zadzwoniła na policję. Patrol przyjechał po trzech minutach i zatrzymał się przed domem Pat. Robert Franklin wyjrzał przez okno i zaklął pod nosem:

— Starucha próbuje mnie wrobić w jakieś włamanie…

Pat tymczasem stała przed domem i dyskutowała z policjantami. Krótko wyjaśniła, o co chodzi i pomarszczonym palcem wskazała na posesję po drugiej stronie ulicy.

— Zaraz to sprawdzimy, droga pani — zapewnił jeden z policjantów.

Mężczyźni poszli we wskazanym kierunku i zaczęli rozglądać się po okolicy. W końcu podeszli do drzwi i nacisnęli na dzwonek. Ferenc siedział w tym czasie na krześle i spoglądał w sufit. Kiedy usłyszał nieznany dźwięk, zerwał się na równe nogi i próbował zrozumieć, skąd dobiegał. Po chwili był już przy drzwiach.

— O co chodzi? — zapytał, widząc przed sobą dwóch policjantów.

— Dzień dobry, panu. Jesteśmy jednostką patrolującą. Dostaliśmy zgłoszenie o włamaniu.

— O włamaniu? A niby gdzie?

— Do tego domu.

— To chyba jakieś nieporozumienie.

— Jeden z mieszkańców widział obcych kręcących się przy posesji. Czy wiadomo coś panu na ten temat?

— Nic a nic. Przyjechałem tu przed kwadransem i nie widziałem nikogo.

— Do kogo należy ten dom? — zapytał starszy policjant.

— Do mnie.

— Czy przyjechał pan może w czarnym garniturze? — dopytywał się młodszy.

— Tak, ale to chyba nie jest przestępstwo.

— Nie. Jednak to o pana chodzi.

— O mnie?

— Jedna z sąsiadek widziała, jak wchodził pan do środka. Zadzwoniła do nas i nalegała, żebyśmy to sprawdzili.

— No cóż… — powiedział Ferenc. — Miło, że sąsiedzi mają oczy otwarte.

— Kiedy pan się wprowadził? — zapytał ponownie starszy policjant.

— Jestem tu po raz pierwszy.

— Rozumiem. Przepraszamy za najście — odparł policjant i zaczął oddalać się od wejścia. Drugi poszedł w jego ślady i po chwili na zewnątrz nie było już nikogo.

„Dziwne”, pomyślał Ferenc. „Przyjeżdżam tutaj i od razu wzbudzam podejrzenia. Może powinienem pójść do wszystkich i po prostu się przedstawić? Ulica nie jest długa, a domów zaledwie kilka. Nie… Na pewno wezmą mnie za wariata… W dzisiejszych czasach rzadko kto decyduje się na coś takiego. Ale z drugiej strony, chyba nie mam wyjścia. Poza tym, to tylko zwykła grzeczność. Przedstawię się i pójdę. A gdyby tak jeszcze… Hmm… To w sumie nie jest głupi pomysł”, stwierdził Ferenc i chwilę później wybiegł z domu w pośpiechu.

Rozdział 3

Arvanita Guri była w trakcie gotowania. Jej kuchnia przypominała prawdziwe pobojowisko, na którym rozegrała się już niejedna bitwa. Na stole leżały garnki, dwie duże patelnie, deska do krojenia, kilka noży i trzy talerze. Blat kuchenny nie wyglądał lepiej. Pokryty był stosem najróżniejszych produktów potrzebnych do przygotowania dania, którego finalnej postaci Arvanita sama nie potrafiła sobie wyobrazić. Stała przy oknie w dużym, białym fartuchu i usilnie wpatrywała się w książkę kucharską.

— Tak to jest, kiedy człowiek nie nauczy się gotować za młodu — skomentowała, przewracając kolejną kartkę.

W tej chwili rozległ się dzwonek. Gospodyni aż podskoczyła, jako że o tej porze dnia nie spodziewała się nikogo. A ściśle mówiąc, nikt nigdy nie przychodził do niej bez zapowiedzi.

„Może to listonosz”, pomyślała, biegnąc w kierunku drzwi.

Otworzyła je spontanicznie, bez wcześniejszego sprawdzenia, kto znajdował się po drugiej stronie. Życie na Otis Street przyzwyczaiło ją spokoju i nauczyło ufać ludziom. Ulica była bezpieczna i nigdy nie wydarzyło się tu nic, co mogłoby nakłonić ją lub kogokolwiek innego do podjęcia jakichkolwiek środków ostrożności. Pomimo ogromnej pewności siebie, Arvanita wzdrygnęła się, kiedy przed wejściem zobaczyła nieznajomego mężczyznę.

— O co chodzi? — zapytała podejrzliwie.

— Dzień dobry. Przepraszam, że zakłócam spokój w sobotę, ale chciałbym się przedstawić. Nazywam się Ferenc Molnár i jestem nowym mieszkańcem Otis Street.

— Doprawdy? Jest pan znajomym Switlany?

— Kogo, przepraszam?

— Nieważne. To bez znaczenia. Gdzie dokładnie pan mieszka?

— Naprzeciwko pani. Pod numerem czterdzieści sześć.

— W tej dziurze? — zapytała Arvanita z niedowierzaniem. — Przecież tam się nie da mieszkać!

— Jeszcze nie — przyznał Ferenc. — Ale to się zmieni.

— Ciekawe. Planuje pan remont?

— Tak. I to lada dzień. Ale nie przyszedłem tu po to, aby zawracać pani głowę swoim domem. Po prostu chciałem się przedstawić i zaprosić panią na przyjęcie.

— Jakie przyjęcie? — zapytała ze zdumieniem.

— Przyjęcie to może zbyt duże określenie. Raczej na skromny poczęstunek, który planuję zorganizować dokładnie za dwa tygodnie.

— A z jakiej to niby okazji?

— Z okazji mojego przyjazdu. Chciałbym bliżej poznać wszystkich mieszkańców tej ulicy. Pani jest pierwszą osobą, z którą rozmawiam.

— Dlatego, że mieszkam naprzeciw? — zapytała rozbawiona.

— Szczerze mówiąc, pukałem już do domu obok, ale nie zastałem nikogo.

— Mówi pan o numerze czterdzieści siedem?

— Zgadza się.

— To dom Switlany. Mieszka tam ze swoimi dziećmi i nigdy nie otwiera drzwi obcym.

— Jak mogę z nią porozmawiać? Zależy mi, aby poznać wszystkich.

— Zamienię z nią słówko w pana imieniu i jakoś was skontaktuję. Innej drogi nie ma.

— Doskonale. Dziękuję za pomoc. A czy pani przyjmuje moje zaproszenie?

— Tak. Ale nie ukrywam, że przyjdę głównie po to, aby zobaczyć, co udało się panu zrobić z tą ruderą.

— Wewnątrz dom jest piękny — zauważył Ferenc. — Kilka drobnych zabiegów, a i z zewnątrz będzie jak nowy.

— Życzę powodzenia — odparła dziewczyna, starając się ukryć uśmiech.

— Dziękuję. Było mi bardzo miło, pani…

— Arvanita. Arvanita Guri — rzekła oficjalnie.

— Zatem w sobotę za dwa tygodnie. Zapraszam na godzinę dwunastą.

— Będę pamiętać.

— Cieszy mnie to. Przepraszam, że zabrałem tyle czasu. Już sobie idę. Czeka mnie jeszcze kilka wizyt — wyjaśnił Ferenc, powoli schodząc z ganku.

— Nie jestem pewna czy sobota to odpowiedni dzień na zaproszenia. Państwa Choisy i państwa van der Laan prawdopodobnie nie będzie w domu. Wyjeżdżają na weekendy poza miasto i wracają dopiero w niedzielę. Pozostali powinni być u siebie.

— To cenna informacja. W takim razie zobaczę, co da się zrobić.

Jak się okazało, Arvanita miała rację. Ferenc odwiedził kolejne domy na Otis Street, ale dwa z nich były kompletnie puste. Tak czy inaczej, udało mu się złożyć wizytę Robertowi Franklinowi, Pat Johnson, zastał również Francesco Accardo.

Były więzień zrobił na nim całkiem przyzwoite wrażenie. Obaj panowie wymienili między sobą grzeczności i Franklin chętnie zgodził się na uczestnictwo w przyjęciu. Pat Johnson od samego początku była bardzo podejrzliwa i nie chciało jej się wierzyć, że ktoś zainteresował się tym starym domem po drugiej stronie ulicy. Ferenc zatem musiał bardzo się postarać, aby starsza pani przyjęła jego zaproszenie. W końcu wszystko poszło dobrze i Pat oświadczyła, że będzie obecna na przyjęciu. Najmilej jednak wspominał wizytę u Włocha, który z miejsca zaprosił go do środka i z wielkim entuzjazmem zaczął pokazywać swoją bogatą kolekcję japońskich mieczy. Co więcej, zaproponował pomoc przy remoncie domu, czego Ferenc w ogóle się nie spodziewał. Panowie wypili razem po kieliszku limoncello[1] i zjedli kilka pączków, które Francesco kupił z samego rana.

„Pozostały zatem trzy rodziny”, pomyślał Ferenc, wychodząc z domu Włocha. „W tygodniu powinienem zastać wszystkich.”

Już miał opuszczać ulicę Otis i wracać do hotelu, kiedy przy jednym z domów ujrzał kobietę w średnim wieku. Była niska i dosyć szczupła. Miała krótkie, czarne włosy, które częściowo zasłaniały jej twarz. Szła w jego kierunku i machała ręką.

— Czy to pan pukał do mnie przed godziną? — zapytała.

— Pewnie tak.

— Przepraszam, że nie otworzyłam — powiedziała kobieta, stając naprzeciw niego.

Teraz mógł przyjrzeć się jej nieco lepiej. Od razu zorientował się, iż nie była pierwszej młodości. Wywnioskował to z jej przemęczonej, lekko pomarszczonej twarzy, spracowanych rąk i trochę zaniedbanego wyglądu.

— Nazywam się Switlana Benitska — rzekła, wyciągając rękę. — Rozmawiałam z Arvanitą i dowiedziałam się, że jest pan nowym mieszkańcem naszej ulicy.

— Zgadza się. Przepraszam, jeśli zakłóciłem spokój, ale chciałem zaprosić panią na przyjęcie, jakie wydaję z okazji mojego przyjazdu.

— O tym też słyszałam, ale nie wiem, czy uda mi się przyjść.

— Nie lubi pani przyjęć? — zapytał Ferenc nieco przejęty takim obrotem sprawy.

— Wręcz przeciwnie. Problem w tym, że mam troje dzieci i nie wiem czy na ten czas zdołam znaleźć dla nich opiekę. Zazwyczaj przychodzi do mnie siostra, ale wątpię czy akurat w sobotę będzie mogła zająć się dziećmi.

— Jeżeli to jedyny problem, proszę przyjść na przyjęcie z dziećmi.

— O nie! — odparła stanowczo Switlana. — Moje dzieci trzymają się planu dnia i mają być w łóżku o konkretnej godzinie. Są do tego przyzwyczajone, a ja nie zamierzam burzyć wszystkiego tylko dlatego, żeby zabrać je na przyjęcie.

„Dziwna kobieta”, pomyślał Ferenc.

— Postaram się przyjść. Porozmawiam z siostrą i zrobię, co w mojej mocy.

— Byłoby mi bardzo miło — powiedział uprzejmie.

— Do zobaczenia — rzekła Switlana i zwiewnym krokiem przeszła na drugą stronę ulicy.

„Pozostały więc tylko dwie rodziny”, pomyślał Ferenc, wyjmując z kieszeni telefon.

Zadzwonił po taksówkę. Chciał jak najszybciej wrócić do hotelu, aby sprawdzić grafik na przyszły tydzień. Musiał jeszcze skontaktować się z firmą sprzątającą, aby zaraz po remoncie była gotowa wkroczyć i przygotować dom do stanu użytkowania. Co więcej, teraz miał na głowie kolejny problem. Musiał zająć się stroną kulinarną planowanego poczęstunku, a w tym przypadku bez wątpienia potrzebował fachowej pomocy.

Gdy tylko wrócił do hotelu, zaczął przeglądać oferty domów cateringowych w Norwich i po pewnym czasie wybrał jeden z nich. Nazwa firmy: „Zrobimy za ciebie wszystko” wydała mu się niezwykle atrakcyjna i w pełni do niego przemawiała. Natychmiast skontaktował się z właścicielem i wyjaśnił, czego oczekiwał. Po kilku minutach rozmowy umówił się na spotkanie w celu omówienia szczegółów.

— To będzie wspaniałe przyjęcie — powiedział z satysfakcją, chowając telefon do kieszeni.

[1] Likier cytrynowy.

Rozdział 4

Kto by się spodziewał, że czas upłynie tak szybko. Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy, jaką miały za sobą prężnie działające ekipy remontowe, Ferenc nareszcie mógł wprowadzić się do domu. Do miejsca, w którym zamierzał spędzić kolejne lata swojego życia i które teraz wyglądało wspaniale.

Pomalowane na jasny kolor ściany optycznie powiększały wszystkie pomieszczenia, a rosnące w dużych, brązowych donicach rośliny nadawały im domowego ciepła. Zakupione przez Ferenca dwa duże dywany, cztery bujane krzesła i okrągły stolik kawowy doskonale komponowały się z gustownie umeblowanym salonem. Meble przywrócono do stanu dawnej świetności, a każda, nawet najmniejsza figurka stojąca gdzieś wysoko na półce została odkurzona i wyczyszczona do tego stopnia, że lśniła niczym złoto w zalewających cały dom promieniach słońca.

Aż trudno uwierzyć, że nikt tu nie mieszkał od ponad siedemdziesięciu lat. Przez cały ten czas posiadłość nie miała ani jednego lokatora, gdyż wszyscy potencjalni nabywcy podchodzili do niej z dużą rezerwą. Nikt nie miał wątpliwości, że ten stary, zaniedbany dom sprawiłby więcej problemów niż korzyści, a takich inwestycji każdy logicznie myślący inwestor wolał unikać.

Sytuacja jednak zmieniła się dwadzieścia pięć lat temu, kiedy dom trafił w ręce Francisca Dawsona. Kupił on posesję od niezwykle ekscentrycznego człowieka podającego się za spadkobiercę ostatnich lokatorów. Francisco Dawsan, licząc na wysokie zyski, przeprowadził w domu prawdziwą rewolucję. Wyszykował go i odnowił do tego stopnia, że każdy, kto przechodził obok, spoglądał w górę z zachwytem.

Dumny ze swego osiągnięcia Francisco Dawsan zgłosił się do agencji nieruchomości, aby sprzedać posiadłość jak najszybciej i jak najdrożej. Niestety, spotkało go wielkie rozczarowanie. Takich przypadków jak ten agencja nie miała od początku swojego istnienia. Od czasu do czasu przychodzili co prawda potencjalni kupcy, oglądali posiadłość ze wszystkich stron, potem jednak odchodzili i z niewiadomych powodów już nigdy więcej się nie odzywali.

Francisco Dawson co roku odnawiał ogłoszenie w agencji i co pięć lat dokonywał odświeżenia posesji. Kiedy nagle dowiedział się, iż niejaki Ferenc Molnár pochodzenia węgierskiego jest poważnie zainteresowany jej kupnem, jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji znacznie obniżył cenę wyjściową. Prawdopodobnie dzięki temu niedługo potem sprzedał posesję i pozbył się ciężaru, który dźwigał od ponad dwudziestu lat.

Ferenc Molnár z kolei nie ukrywał zadowolenia i dziękował Bogu za wspaniałą okazję, jaką postawił mu na drodze. Nareszcie bowiem miał swój własny dom, o którym marzył przez tak długi czas. Dom, który nie był zaledwie trzydziestoczterometrową kawalerką na obrzeżach Budapesztu, lecz willą z prawdziwego zdarzenia. Sam nie mógł uwierzyć, że wszystko potoczyło się tak szybko i że lada dzień rozpocznie życie praktycznie od początku. I że tym razem dołoży wszelkich starań, aby było ono lepsze, pełniejsze i szczęśliwsze.

Kilka dni po rozmowie z Arvanitą Guri oraz nawiązaniu pierwszych znajomości z mieszkańcami Otis Street, wybrał się z wizytą do dwóch rodzin, których wcześniej nie miał szczęścia zastać. Zarówno państwo Choisy, jak i państwo van der Laan, nie byli zaskoczeni faktem, że zapukał do ich drzwi. Wieści pomiędzy domami rozchodziły się bardzo szybko. W obu przypadkach został powitany ciepło, a jego zaproszenie przyjęto z wielkim entuzjazmem. Czuł, że nareszcie znalazł swoje miejsce na ziemi i że relacje z otaczającymi go ludźmi będą o wiele głębsze niż te, które z tak wielkim trudem zawierał w Budapeszcie.

Dwie godziny przed rozpoczęciem przyjęcia Ferenc nerwowo spacerował po salonie.

„Chyba o niczym nie zapomniałem”, myślał intensywnie.

Ten wyjątkowo silny jak na niego stan skupienia został nagle przerwany przez delikatne pukanie do drzwi.

— Nie, to nie mogą być oni — powiedział, patrząc na zegarek.

Rzeczywiście. Firma cateringowa miała pojawić się w jego domu mniej więcej godzinę przed rozpoczęciem przyjęcia. Przybycie o tej porze byłoby niewątpliwie lekką przesadą, o ile nie całkowitym brakiem profesjonalizmu.

Kiedy Ferenc otworzył drzwi, zaniemówił. Na ganku stała młoda, szczupła dziewczyna o długich, ciemnobrązowych włosach i dużych, migdałowych oczach. Miała przerażająco jasną cerę i kontrastujące z nią pełne, zmysłowe usta w kolorze mocnego różu.

— W czym mogę pomóc? — zapytał, starając się ukryć zaskoczenie.

Dziewczyna uśmiechnęła się i wówczas jej twarz nabrała rumieńców. Rumieńców, które dodały jej tak wielkiego uroku, że nie sposób było oderwać od niej wzroku.

— Nazywam się Candy Floss — powiedziała nieśmiało. — Słyszałam o dzisiejszym przyjęciu w pańskim domu i chciałam zaznaczyć, że jako jedyna nie zostałam zaproszona.

— Naprawdę? — zapytał Ferenc zakłopotany. — Wydawało mi się, że zaprosiłem wszystkich. Ale… Czy ty przypadkiem jesteś córką Switlany?

— Nie — rzekła Candy z rozbawieniem. — Jej dzieci są jeszcze małe. A ja mam ponad dwadzieścia lat.

— Rzeczywiście — przyznał z uśmiechem.

— A pan? Ile pan ma lat? — zapytała.

— Trzydzieści cztery.

— To dużo — przyznała zamyślona.

— No cóż… To prawda.

Mężczyzna nie udawał rozbawienia. Patrząc na jej skierowane ku niebu oczy pogrążone w głębokim zamyśleniu, uśmiechnął się po raz kolejny i powiedział:

— Przyjęcie zaczyna się za dwie godziny.

— Więc jednak mnie pan zaprasza? — zapytała, nie odrywając oczu od nieba.

— Oczywiście.

— To dobrze — powiedziała skupiona. — Na pewno przyjdę.

Po tych słowach odwróciła się i powolnym krokiem zaczęła oddalać się od domu.

— Do zobaczenia! — krzyknął Ferenc, gdy znikła za wysokim żywopłotem.

„Kto to może być?”, zastanawiał się, zamknąwszy za sobą drzwi. „Na pewno nie jest córką van der Laanów, bo oni są zbyt młodzi, aby mieć dziecko w tym wieku. Państwo Choisy w ogóle nie mają potomstwa. Może to kuzynka tego Włocha… Albo siostra Arvanity.”

Tym razem rozważania przerwał mu dźwięk telefonu. Okazało się, że firma cateringowa jest już w drodze i będzie na miejscu za niecały kwadrans.

Kolejne dwie godziny minęły bardzo szybko, a salon zmieniał swój wizerunek z minuty na minutę. O wpół do szóstej Ferenc poszedł na górę, wziął prysznic i zaczął przygotowywać się do przyjęcia.

Pozostali mieszkańcy Otis Street również nie marnowali czasu. W każdym domu trwały intensywne przygotowania do wyjścia. Pani van der Laan założyła skromną, niemniej jednak elegancką sukienkę, idealną na tego typu okazję. Stanęła przed lustrem w sypialni i przyglądała się sobie z zachwytem.

Kilka tygodni temu skończyła trzydzieści osiem lat. Wydawać by się mogło, że rola żony i matki niezwykle jej służyła. W przeciwieństwie do innych kobiet w tym stanie, nie utraciła naturalnej, młodzieńczej energii, zapału i chęci do życia. Z wielką radością patrzyła na swój związek z Pieterem i na wychowanie dwójki wspaniałych dzieci. Alida miała w sobie ogromny optymizm, którym zawsze potrafiła dzielić się z innymi.

Z równie wielką radością, z jaką szła przez życie, przygotowywała się na kolację u nowego sąsiada. Ciemnoniebieska sukienka idealnie pasowała do jej ciała i wyraźnie podkreślała doskonałe, kobiece kształty. Alida przeglądała się w lustrze z uśmiechem i była zadowolona, iż nadal potrafiła zachwycać.

— Gdzie jesteś, Pieter? — zawołała, poprawiając loki.

— W łazience.

— Jak przygotowania?

— Jeszcze minutę.

— Ciekawe, jak wypadnie to dzisiejsze przyjęcie — powiedziała, układając włosy.

— Jak każde inne — stwierdził Pieter, ukazując się w drzwiach sypialni.

— Wyglądasz wspaniale — odparła Alida, patrząc na niego z zachwytem.

I miała rację. Człowiek, którego poślubiła jedenaście lat temu, był nadzwyczaj przystojnym mężczyzną. Wysoki, szczupły, o dużych, piwnych oczach i prostych, czarnych włosach starannie zaczesanych do tyłu. Nie przypominał Holendra, ale miał typowy, germański sposób bycia. Był spokojny, opanowany i bardzo poważnie traktował rolę zarówno męża, jak i ojca. Idealnie wywiązywał się z obowiązków, a rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu.

— Ty też jesteś olśniewająca — dodał, po czym objęci zaczęli schodzić po schodach.

W pokoju gościnnym panował błogi spokój. Dzieci siedziały przed telewizorem i żyjąc w swoim własnym świecie, wpatrywały się w kreskówkę, którą znały już niemalże na pamięć. Ich opiekunka chodziła po korytarzu i zbierała porozrzucane zabawki.

— Pani Smith, proszę dopilnować, aby za pół godziny dzieci były w łóżku — powiedziała Alida.

— Oczywiście! — rzekła kobieta. — Wszystkim się zajmę.

— My już wychodzimy. Jeżeli coś się będzie nie tak, proszę dzwonić. Przyjęcie jest w domu obok, więc w każdej chwili możemy wrócić.

— To nie będzie konieczne — dodała opiekunka uspokajającym tonem. — Na pewno damy sobie radę.

Alida uśmiechnęła się i jeszcze raz spojrzała na dzieci.

— Czy jesteś pewna, kochanie, że butelka wina wystarczy? — zapytał Pieter.

— Tak sądzę. Przecież to tylko kolacja. Poza tym, to wino włoskie. Nie ma lepszego na rynku.

— Może masz rację.

Po tych słowach państwo van der Laan opuścili dom i udali się w stronę sąsiedniej posesji.

Rozdział 5

Dom wyglądał wspaniale. Każde pomieszczenie wprawiało w zachwyt na swój własny sposób, jednak salon przechodził wszelkie oczekiwania. Na jasnej, drewnianej podłodze ozdobionej gdzieniegdzie donicami z przepięknie wyrośniętymi kwiatami paproci stał duży, prostokątny stół pokryty śnieżnobiałym obrusem. Przy każdym nakryciu leżała starannie ułożona serwetka, a na niej kilka płatków czerwonej róży. Całość tonęła w intensywnym świetle zawieszonego na suficie żyrandola, który był zjawiskiem samym w sobie.

— Doskonale — powiedział Ferenc z zachwytem.

O godzinie siódmej pięćdziesiąt dziewięć w całym domu rozległ się długi, donośny dźwięk. Zanim Ferenc otworzył drzwi, by powitać pierwszego gościa, zatrzymał się w holu i spojrzał w lustro. Dawno już nie patrzył na własne odbicie z takim zadowoleniem. Chcąc nie chcąc, postanowił zaopatrzyć się w całkowicie nową garderobę, która stworzyła zupełnie inny wizerunek Ferenca Molnára. Człowieka, który stał się milionerem i który powinien wyglądać tak, jak na milionera przystało.

Na dzisiejszy wieczór wybrał jasne, eleganckie spodnie i białą koszulę. Barwy te wspaniale kontrastowały z jego czarnymi włosami i śniadą cerą, tak bardzo nietypową w jego rodzinnych stronach. Chyba po raz pierwszy w życiu był tak zadowolony z własnego wyglądu. Co więcej, przeszło mu nawet przez myśl, że miał w sobie odrobinę atrakcyjności.

„Może to Candy”, pomyślał, otwierając na oścież drzwi.

Niestety, zamiast pięknej dziewczyny o długich, brązowych włosach na ganku stała Pat Johnson w niezwykle jaskrawej kreacji. Co więcej, miała na sobie tak grubą warstwę makijażu, że nie było widać naturalnego koloru jej twarzy. Ferenc odskoczył do tyłu lekko oszołomiony, ale chwilę później wrócił do siebie i wzorowo zaczął wczuwać się w rolę gospodarza.

— Zapraszam do środka — powiedział uprzejmie, wpuszczając starszą panią przodem.

— Cudzoziemcy są wspaniali — rzekła Pat, a następnie oficjalnym krokiem przekroczyła próg domu.

Już na samym początku zaniemówiła. Widok przepięknie odnowionego domu zrobił na niej piorunujące wrażenie. Tak piorunujące, że aż zagwizdała.

— Niezłe cacko — dodała, przechodząc dalej.

Dopiero w salonie ocknęła się z zachwytu i przekazała Ferencowi pudełko czekoladek.

— Proszę, drogie dziecko. Coś dla osłody.

Po tych słowach znów odebrało jej mowę. Zaczęła uważnie rozglądać się wokół siebie i podziwiać coraz to wspanialsze elementy wyposażenia.

— Jakie białe ściany — mruczała z zachwytem. — Moje tak nie wyglądały nawet wtedy, kiedy się wprowadzałam.

Kiedy Pat była zajęta dotykaniem ścian, Ferenc otwierał drzwi kolejnym gościom. Wszyscy zachwycali się nowym wizerunkiem posiadłości i nie skąpili wyrazów uznania. Ferenc czuł się wspaniale. Wiedział, że w tej właśnie chwili jego dom zaczynał żyć od nowa. A on razem z nim.

W przeciągu kwadransa do towarzystwa dołączył Francesco Accardo, przynosząc butelkę limocello. Zaraz po nim przyszli państwo Choisy z dwoma tuzinami pączków, a następnie państwo van der Laan z butelką wybornego wina. Jeszcze później pojawiła się Switlana Benitska z ogromnym bukietem kwiatów.