Morderczyni - Sarah A. Denzil - ebook
Opis

Dziecko zabiło dziecko. Tak orzekł sąd. Ale kto tak naprawdę zabił Maisie Earnshaw?

Siedem lat temu sześcioletnia Maisie zostaje zamordowana. Odpowiedzialność za jej śmierć spada na czternastoletnią Isabel. Dziewczynka nic nie pamięta, ale na ubraniu i dłoniach ma krew Maisie. Sąd skazuje ją za morderstwo.

Leah zaczyna pracę w szpitalu psychiatrycznym dla szczególnie niebezpiecznych przestępców. Poznaje Isabel i spędza z nią dużo czasu. Wkrótce zaczyna podejrzewać, że ktoś inny jest winien śmierci dziewczynki sprzed siedmiu lat. Jeśli tak, to kto to zrobił? I czy da się zwrócić młodej dziewczynie skradzione dzieciństwo i zdjąć z niej piętno Morderczyni?

Jak daleko się posuniesz, kiedy myślisz, że morderca jest niewinny?

Nowy thriller autorki bestsellerowego „Milczącego dziecka”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

NA TROPIE PRAWDZIWYCH ZBRODNI

Zabójstwo, które wstrząsnęło Rocked Rotherham

Autor: James Gorden

Wkrótce po tym, jak zmąciła się – zwykle niewzruszona – tafla przydomowego stawu, ujawniono szczegóły zbrodni. Dokładnie pamiętam moment, w którym obejrzałem tamtego dnia wiadomości. Noszę w umyśle jego wyraźny obraz, podobnie jak wszystkich innych wstrząsających chwil, na przykład gdy dowiedziałem się o jedenastym września albo śmierci księżnej Diany. Pamiętam niebieski podkoszulek, który miałem wtedy na sobie, dokładną pozycję, w jakiej siedziałem na kanapie, oraz czasopisma leżące na stoliku kawowym obok mojego kubka w kształcie Tardis[1].

Na tym etapie szczegóły podane przez policję wciąż były mgliste, ale już samo to, co usłyszałem, wystarczyło, żebym przy kolejnym spotkaniu z siostrzeńcami mocno ich do siebie przytulił.

Lubię myśleć, że zmarszczki powstałe na powierzchni stawu utworzyły ścieżkę, a mrożąca krew w żyłach zbrodnia pozostawiła po sobie trwały ślad. Ze złych uczynków rzadko kiedy wypływa dobro, mam jednak nadzieję, że nasze miasteczko okaże się wyjątkiem, że nasza społeczność stanie się dzięki niej silniejsza i lepsza.

Wciąż mam taką nadzieję.

Był słoneczny letni dzień dwunastego sierpnia dwa tysiące dziesiątego roku. Śmiech dzieci wypełniał długi pas zieleni na posesji Fieldingów, ciągnący się od stawu z kaczkami aż po krańce Scholes Woods. Na niebie nie było ani jednej chmurki, a dorośli sączyli mojito na tarasie swojej kosztownej rezydencji. Anna i David Fieldingowie zabawiali gości. Riya i Jason Earnshawowie przywieźli ze sobą sześcioletnią córeczkę, Maisie. Najstarsza córka Fieldingów, czternastoletnia Isabel, pilnowała dwójki młodszych dzieci, w tym swojego jedenastoletniego brata Owena, podczas gdy dorośli omawiali potencjalną inwestycję w firmę budowlaną Jasona Earnshawa.

Zarówno Fieldingowie, jak Earnshawowie byli i nadal są szanowanymi członkami społeczności. Anna udzielała się w miejscowym kościele, organizowała loterie, żeby pomóc potrzebującym, i regularnie pomagała w banku żywności. David inwestował w wiele lokalnych przedsięwzięć, wspomagając rozwój tutejszej gospodarki. Riyę i Jasona Earnshawów uważano za dobrych szefów, którzy stworzyli wiele miejsc pracy.

Dzień był idealny do momentu, w którym zamilkły dziecięce śmiechy. Jak zeznał później policji Jason Earnshaw, podczas ożywionej rozmowy z Fieldingami, kiedy David opowiedział gościom dowcip, nagle zauważyli, że dzieci zachowują się dziwnie cicho.

Riya podniosła się ze swojego miejsca na tarasie i zawołała Maisie. Nie doczekawszy się odpowiedzi, pobiegły wraz z Anną trawnikiem, który opadał w dół w kierunku stawu.

Pierwszą dostrzegli Isabel. Szła w górę trawnika z wyciągniętymi przed siebie rękami. Anna podbiegła do niej, pytając, czy jest ranna. Isabel pokręciła głową, ale była przemoczona aż po pas, a na dłoniach i ustach miała ślady krwi. Chwilę później Jason Earnshaw usłyszał rozdzierający krzyk żony. Rzucił się zboczem wzgórza i ujrzał ją brodzącą przez staw; jej elegancka letnia sukienka była całkowicie zniszczona. Podbiegł do niej, rozpryskując wokół wodę.

Podczas gdy Earnshawowie przedzierali się przez mulisty staw, David Fielding zobaczył, jak spomiędzy drzew wyłania się jego syn. Owen Fielding szedł z pochyloną głową i ciekło mu z nosa. Na spodniach miał ślady krwi, ale nie był mokry ani pobrudzony krwią tak mocno jak jego siostra. David podbiegł do Owena, żeby sprawdzić, czy jego dziecku nic się nie stało.

Pośród całego tego zamieszania na samym środku stawu leżała twarzą do dołu mała dziewczynka. Była rozebrana do pasa – kilka godzin później policja odnalazła w lesie jej koszulkę w stokrotki, zaczepioną o krzak – z włosami rozrzuconymi na powierzchni wody. Ciemne loki nasiąkły nią równie mocno jak dżinsy.

Maisie Earnshaw nie żyła.

Została zamordowana.

Od czasu procesu wiemy, że Maisie zaprowadzono do lasu, uderzono kamieniem i okaleczono nożem. Następnie jej drobne ciało wywleczono z lasu i wrzucono do stawu.

Wiemy, że Isabel Fielding była cała we krwi Maisie i przemoczona od pasa w dół.

Wiemy, że w wieku czternastu lat skazano ją za zabójstwo Maisie Earnshaw. Została umieszczona w zakładzie poprawczym, gdzie stwierdzono u niej chorobę psychiczną.

Po długich przesłuchaniach uznano, że Owen Fielding nie przyczynił się do śmierci Maisie Earnshaw.

Rotherham nadal opłakuje śmierć niewinnej dziewczynki. Wspólnie próbowaliśmy sobie poradzić z żałobą, w której pogrążyła się nasza społeczność. Wielu z nas wciąż przeżywa ułamek cierpienia, jakie dotknęło rodzinę Earnshawów. Tkwimy w tym wspólnie i nadal będziemy odczuwać w naszych sercach ból, dzięki któremu staniemy się silniejsi i bardziej zjednoczeni.

[1] Fikcyjna maszyna występująca w brytyjskim serialu science fiction Doktor Who, służąca do przemieszczania się w czasie i przestrzeni.

1

Nie zdążyłam jeszcze przywyknąć do lodowatego północnego wiatru. Chociaż był już początek marca, rano na przedniej szybie samochodu dostrzegłam szron, który osiadał również na moim ubraniu. Podczas jazdy nałożyłam rękawiczki bez palców i co jakiś czas chuchałam w dłonie, żeby je rozgrzać, zastanawiając się, czy jest trochę prawdy w stereotypie twardych ludzi z północy i wymoczkowatych mieszkańców południa. Przeklęłam popsute ogrzewanie w starym punto i wcisnęłam gaz do dechy, marząc o tym, żeby znaleźć się w jakimś cieplejszym miejscu.

Za dwieście siedemdziesiąt pięć metrów skręć w prawo.

Przeniosłam wzrok z nawigacji w swoim telefonie – przytwierdzonym do deski rozdzielczej za pomocą taniej gumowej podkładki kupionej przez internet – na rozciągającą się przede mną drogę, zastanawiając się, gdzie niby ma być ten zakręt w prawo. Jechałam tą samą prostą drogą już od dziesięciu minut, mijając jałowe połacie wrzosowisk, które w końcu zamieniły się w żyzne zielone lasy. Drzewa rosły po obu stronach wąskiej drogi, blokując większość promieni wczesnoporannego słońca. Wyciągnęłam szyję w prawo, szukając tego tajemniczego zakrętu. Po chwili zobaczyłam wysoką bramę – zadziwiający przejaw uprzemysłowienia w tym nietkniętym ludzką ręką wiejskim krajobrazie – ostro skręciłam w kierunku stalowych krat i zatrzymałam się przy wieżyczce strażniczej.

– Co panią sprowadza do szpitala Crowmont? – odezwał się do mnie strażnik głosem zdecydowanie zbyt radosnym jak na ósmą rano. Miał masywną sylwetkę, a jego włosy i brodę przetykały nitki siwizny. Kiedy się do mnie uśmiechnął – z tą samą serdecznością, którą zdążyłam już zaobserwować u mieszkańców Yorkshire – wokół jego oczu pojawiła się siateczka kurzych łapek. Mieszkańcy północy zachowywali się zdecydowanie zbyt przyjaźnie jak na standardy skostniałej z zimna wymoczkowatej mieszkanki południa, marzącej o kubku mocnej herbaty albo jeszcze lepiej dwóch godzinach snu w wygodnym łóżku.

– Zaczynam dzisiaj pracę – odparłam. – Nazywam się Leah Smith. Jestem nową pielęgniarką na oddziale Morton.

Byłam tutaj pierwszy raz, ponieważ moja rozmowa kwalifikacyjna odbyła się w York Hospital zamiast w Crowmont. Skrzydło, w którym zwykle przeprowadzano tego rodzaju rozmowy, było akurat zamknięte z powodu remontu i dział kadr zdecydował się na nieco bardziej neutralną lokalizację. To, że nie widziałam wcześniej swojego nowego miejsca pracy, sprawiało, że jeszcze bardziej się denerwowałam.

Strażnik powtórzył moje nazwisko do krótkofalówki, a ja chuchnęłam w dłonie, żeby rozgrzać zesztywniałe palce.

– Zimny poranek, co? – odezwał się, podchodząc do mojego samochodu.

Przytaknęłam.

– Mam nadzieję, że w środku jest cieplej niż tutaj.

– Szczerze mówiąc, nie bardzo. – Skinął głową w stronę biegnącej pośród drzew drogi. Wzdłuż niej ciągnęło się metalowe ogrodzenie, przez które można się było poczuć jak w jakimś stalowym labiryncie. – Jedź tą drogą, dopóki nie skończą się drzewa. Później zobaczysz szpital. Skręć w prawo i jedź dalej, aż do parkingu. Po drodze będzie jeszcze jedna brama, przez którą wpuści cię Brian. Właśnie tam znajduje się oddział Morton.

– Jasne. Dzięki za pomoc.

– Nie ma za co. Jestem Ian. Pracuję tu prawie każdego ranka. Do zobaczenia. – Postukał w dach mojego punto i przesunął się, żebym mogła odjechać.

Jadąc przez ten dziwny metalowy labirynt, uzmysłowiłam sobie, że drżą mi palce, i to nie tylko z zimna. Widocznie dopadł mnie stres związany z pierwszym dniem pracy, a może także z charakterem tego miejsca – chociaż nie powinno tak być. Nie po raz pierwszy znalazłam się w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze.

Zgodnie z tym, co powiedział Ian, wyjechałam spomiędzy drzew i po raz pierwszy zobaczyłam Crowmont Hospital. Na skraju lasu znajdowała się kolejna brama, którą Ian najwyraźniej sterował ze swojej wieży, ponieważ otworzyła się przede mną, żebym mogła przejechać. Dalej droga biegła już w stronę samego szpitala, z dala od labiryntu stalowych ogrodzeń. Wyglądało to prawie jak osada z zabudowaniami gospodarczymi i parkingami prowadzącymi do głównego skrzydła: przestronnej budowli w stylu wiktoriańskim, wysokiej na cztery piętra, z rzędami wąskich okien. Smukłe ściany szczytowe wznosiły się ponad nimi niczym zaostrzone zęby. Po obu stronach szerokiego wejścia stały dwa masywne filary. Nie mogłam oderwać wzroku od ciemnych wapiennych murów i prawie przegapiłam skręt, o którym wspominał Ian. Dopiero na widok tabliczki z nazwą szpitala przypomniałam sobie, gdzie jestem i po co. Biało-niebieski znak przywrócił mnie do rzeczywistości. Miałam zacząć nową pracę i nowe życie. Na białej części tabliczki widniała nazwa Publiczny zakład opieki medycznej hrabstwa North Yorkshire, a poniżej, na niebieskim pasku, znajdował się dopisek: Crowmont Hospital.

Skręciłam w stronę parkingu; ogrodzonego, tak jak uprzedził mnie Ian. Zobaczyłam zbliżającego się strażnika z krótkofalówką w dłoni.

– Brian? – zapytałam.

Miał jasne włosy, rumiane policzki i popękane naczynka krwionośne wokół nozdrzy. Na jego knykciach zauważyłam wyblakły tatuaż, którego treści nie zdołałam odczytać.

– Tak. A ty jesteś nową pielęgniarką.

– Leah Smith.

Pewnie już wiedział, jak się nazywam, ale przedstawiłam się z grzeczności.

Z krótkofalówki dobiegł czyjś głos z prośbą o wieści. Brian odpowiedział, że już przyjechałam i uzyskał zgodę na otwarcie bramy.

– Na pewno znasz środki bezpieczeństwa panujące w tego rodzaju placówkach, ale na wszelki wypadek szybko je powtórzę – zwrócił się do mnie. Pewnie często tłumaczył je gościom. – W recepcji zrobią ci zdjęcie i dostaniesz identyfikator. Strażnik w środku opowie ci resztę, ale zanim wpuszczą cię na oddział, zostaniesz przeszukana. Istnieje lista przedmiotów, których nie wolno wnosić na oddział. Przydzielą ci szafkę na rzeczy osobiste.

– Dzięki – odparłam, wdzięczna za te informacje. Spodziewałam się, że ochrona będzie rygorystyczna, ale lepiej wiedzieć, co może cię spotkać w nieznanym miejscu.

Nowa praca w nowym szpitalu, daleko od domu. Poczułam krążącą w żyłach adrenalinę, która rozwiązała problem zesztywniałych mięśni. Serce obijało mi się o żebra tak gwałtownie, że czułam pulsowanie krwi w opuszkach palców. Drgnęłam na dźwięk metalu szurającego po asfalcie, kiedy brama zaczęła się otwierać. Ściągnęłam rękawiczki i głęboko zaczerpnęłam powietrza.

Wjeżdżając na miejsce parkingowe – w ślimaczym tempie, bo nie ufałam dłoniom zaciśniętym na kierownicy – próbowałam sobie wmówić, że przyczyną mojego zdenerwowania jest to, że od kilku tygodni nie pracowałam, a także przeprowadzka w nowe miejsce oraz wrażenie, jakie zrobił na mnie budynek szpitala. Nie istniał żaden inny powód. Byłam nowa w tej okolicy, nigdy nie żyłam na wsi i dlatego czułam się nieswojo. Jeszcze cztery tygodnie temu mieszkałam w Hackney.

Wydawało mi się, że to było bardzo dawno temu. Jakby w innym życiu.

Przekręciłam kluczyk w stacyjce i opuściłam osłonę przeciwsłoneczną, żeby sprawdzić w lusterku, jak wyglądam. Pielęgniarki z reguły się nie malują ani nie noszą wyszukanych fryzur. Związują włosy w kucyk, a na twarz nakładają co najwyżej krem nawilżający. Mimo to nie chciałam wejść do nowego miejsca pracy z włosami sterczącymi na wszystkie strony i resztkami płatków śniadaniowych między zębami. Na szczęście nie było tak źle, więc wysiadłam z samochodu i sięgnęłam po leżące na tylnym siedzeniu kanapki. Zamknęłam drzwi z trzaśnięciem, które wydało mi się zbyt głośne w tym cichym miejscu. Spojrzałam na zegarek: była ósma piętnaście. Przyjechałam za wcześnie, ale wiedziałam, że w recepcji będą potrzebowali trochę czasu, żeby wyrobić mi wejściówkę.

Zamknęłam samochód, schowałam kluczyki do kieszeni spodni i ruszyłam w stronę wejścia na oddział. Nie było tu filarów, tylko mniejsze przeszklone drzwi z czytnikiem przepustek po lewej stronie. Wcisnęłam guzik domofonu i czekałam, aż ktoś mnie wpuści, gdy kątem oka dostrzegłam jakiś ciemny kształt. Później usłyszałam dobiegający z dachu skrzek i spojrzałam w górę, żeby sprawdzić jego źródło. Ze szczytu rynny wpatrywała się we mnie wielka sroka z cienkim patyczkiem w dziobie.

– Dzień dobry – szepnęłam, zerkając przez ramię, by upewnić się, że nikt mnie nie widzi. Te słowa wyrwały mi się z ust niemal bezwiednie. Dzień dobry, Pani Sroko. Mój ojciec zawsze tak mówił, a później machał ręką na powitanie.

Jedna to rozpacz, dwie to śmiech, trzy wróżą ciążę, a cztery – śmierć.

Starałam się nie myśleć o tej wróżbie, moim ojcu i przesądach wpojonych mu przez jego matkę, która z kolei odziedziczyła wiarę w nie po swojej matce, jeszcze bardziej przesądnej.

Z głośnika dobiegło trzeszczące dzień dobry, wyrywając mnie z bolesnych wspomnień. Odchrząknęłam i po raz trzeci wyjaśniłam, że nazywam się Leah Smith i jestem nową pielęgniarką zatrudnioną na oddziale Morton. Usłyszałam brzęczyk, pchnęłam drzwi i znalazłam się w niewielkiej recepcji.

Ian miał rację; w środku było niewiele cieplej niż na zewnątrz. Nie żeby mi to przeszkadzało. Zdenerwowanie rozgrzało mi krew, wcześniej lodowato zimną. Zacisnęłam i ponownie rozprostowałam palce, idąc w stronę długiego białego biurka na końcu białego pomieszczenia z zielonymi dywanami i wyblakłymi kanapami tego samego koloru. Siedząca za nim kobieta nosiła nisko opuszczone na nos okulary, a gdy wyrabiała mi wejściówkę, nawet przez moment nie siedziała bezczynnie. Zdążyła przewertować dwie sterty dokumentów, gdy robiła mi zdjęcie, na którym nerwowo się uśmiechałam. Nikt nie wychodzi dobrze na tego rodzaju zdjęciach, prawda? Ziemista cera i zastygły na twarzy uśmiech to i tak najlepsze, co mogło mnie spotkać. Dostałam tymczasową wejściówkę dla gościa, zapakowaną w plastikowe etui z klipsem, żebym mogła ją przypiąć do paska.

– Do końca dnia powinnaś dostać właściwy identyfikator, żebyś jutro rano mogła bez problemu wejść na oddział.

– Dzięki – odparłam, przypinając tymczasową wejściówkę do paska spodni.

– Mam na imię Sue – przedstawiła się recepcjonistka. – Pracuję w poniedziałki i środy od ósmej do osiemnastej. W pozostałe dni na recepcji siedzi Jusuf. Wielu pracowników jest tu zatrudnionych na część etatu. – Kiedy się uśmiechnęła, zauważyłam na jej zębach ślady różowej szminki. – Nie mówiąc o tym, jak często zmienia się nam personel. – Przewróciła oczami. – Crowmont nie jest, jak widać, dla każdego. Pracowałaś już w szpitalu o zaostrzonym rygorze?

– Przepracowałam dwa lata w Whitmore.

– Och. – Nachyliła się nieznacznie w moją stronę. – On tam siedzi, prawda? Ten dusiciel. – Złapała się wymownie za szyję, a ja w odpowiedzi posłałam jej wymuszony uśmiech.

– Roger Cowell – odparłam.

Roger Cowell był seryjnym zabójcą, który w latach siedemdziesiątych minionego wieku zamordował piętnaście kobiet. Ludzie często mnie o niego pytali na wieść o tym, że przez jakiś czas pracowałam w Whitmore. Nauczyłam się rozpoznawać niezdrowy błysk zainteresowania w oczach niektórych. Mogłam się w ten sposób sporo dowiedzieć na temat swojego rozmówcy. Osoby nieśmiałe i uprzejme tylko kiwały z uśmiechem głową, otwierały usta, żeby coś powiedzieć, a później zmieniały zdanie, kierując rozmowę na bezpieczniejszy temat. Bardziej aroganckie i wygadane z miejsca zaczynały mnie wypytywać o Rogera Cowella.

Czy ten facet jest wcieleniem zła? Można to poznać, patrząc na niego? Słyszałam, że stracił na wadze i spędza całe dnie w swoim pokoju, gapiąc się w ścianę. Czy on w ogóle sypia? Miewa koszmary? Zdradził ci, gdzie ukrył ciało swojej szesnastej ofiary?

– Nie pracowałam na jego oddziale – wyjaśniłam. – Nigdy nie miałam z nim kontaktu.

Sue tylko się uśmiechnęła. Najwyraźniej wiedziała, co to znaczy pracować w znanym szpitalu o zaostrzonym rygorze. Jej uśmiech zamienił się w porozumiewawcze skinienie głową.

– Tutaj też mamy parę takich pacjentek. Po jakimś czasie ma się już dosyć pytań, prawda?

Zaniosłam się nerwowym śmiechem.

– Rzeczywiście.

Sue zaprowadziła mnie do wykrywacza metalu. Musiałam umieścić na plastikowej tacce kluczyki od samochodu, garść drobnych, które przy sobie miałam, i pozostałe rzeczy osobiste. Przeszłam przez wykrywacz, nadal spięta z powodu rozpoczęcia nowej pracy, chociaż już trochę spokojniejsza dzięki życzliwemu podejściu pracowników szpitala. Trzeci strażnik miał na imię Simon i był trochę młodszy niż Ian. Wydał mi się mniej rozmowny niż pozostali dwaj, pewnie dlatego że odgrywał ważniejszą rolę w procedurach bezpieczeństwa.

Później odzyskałam swoje rzeczy i włożyłam je do szafki, a kanapki schowałam do lodówki w pomieszczeniu socjalnym. Czułam się trochę jak w dziwacznej szkole, gdzie oczekiwano ode mnie, że będę jednocześnie uczniem i nauczycielem. Simon wskazał mi drogę do biura przełożonego pielęgniarek, który miał mi przydzielić zadania na dziś.

Dłonie zaczęły mi się pocić, jakbym zaraz miała wejść do gabinetu dyrektora. Znowu miałam szesnaście lat, pozdzierane kolana po bójce z Rebeccą Boyce na korcie tenisowym i wiedziałam, że czeka mnie ochrzan. Odsunęłam od siebie te wspomnienia i zastukałam lekko w otwarte drzwi. Siedzący przy biurku mężczyzna uniósł głowę.

– Leah? – zapytał.

Chociaż siedział za biurkiem z kubkiem herbaty, widziałam, że jest niski, krępy i barczysty. Miał na sobie czarny T-shirt oraz eleganckie szare spodnie.

– Tak.

Wstał i przeszedł przez pokój, żeby uścisnąć mi dłoń.

– Nazywam się Chioke Obi. W skrócie Chi, jeśli wolisz. Witaj w Crowmont. Napijesz się herbaty?

– Chętnie, dziękuję.

– W takim razie chodźmy na chwilę do socjalnego. – Chi szeroko się uśmiechnął i zatarł ręce. Miałam nadzieję, że jego entuzjazm okaże się zaraźliwy, ponieważ jeszcze rano miałam w sobie tyle energii, co zwiędły listek sałaty.

Przeszliśmy przez niewielką sieć pomieszczeń socjalnych do głównej części z owalnym stołem pośrodku, niedużą kuchnią i kilkoma krzesłami sprawiającymi wrażenie niewygodnych.

– Mleko? Cukier?

– Mleko, bez cukru – odparłam.

Chi wstawił wodę, nie przestając się uśmiechać, dzięki czemu zaczęłam się uspokajać. Po kilku pierwszych kojących łykach herbaty i dziesięciu minutach, podczas których Chi opowiedział mi trochę więcej na temat szpitala i oddziału, gdzie miałam pracować, rozluźniłam się, a dłonie przestały mi się pocić.

– Przede wszystkim musisz wiedzieć, że będziesz pielęgniarką prowadzącą trzech pacjentek – powiedział ze śladem afrykańskiego akcentu w głosie – Tracy, Emily i Isabel.

2

W szpitalu o zaostrzonym rygorze od razu zwraca się uwagę na to, że pacjenci nie sprawiają wrażenia tak przerażających, jak można by się spodziewać. Łatwo sobie wyobrazić seryjnych morderców czających się w cieniu, z którego widać tylko ich zmrużone oczy. Rzeczywistość miała jednak niewiele wspólnego z Milczeniem owiec. Nie byłam Clarice Starling idącą wzdłuż zakratowanych cel i starającą się uniknąć trafienia garścią spermy przez psychopatycznego zabójcę. Jestem Leah. Pracuję jako pielęgniarka. Pomagam pacjentom.

Kiedy w przeszłości słyszałam różne pytania dotyczące Whitmore, zauważyłam, że ludziom trudno sobie wyobrazić przeciętnego pacjenta jako osobę, której się nie poszczęściło w życiu, ofiarę, której nie zapewniono odpowiedniego startu. Woleli wierzyć, że niektórzy z nas po prostu przychodzą na świat zdegenerowani albo przesiąknięci złem do szpiku kości. Sama niczego takiego nie zaobserwowałam.

W Whitmore pracowałam z wieloma pacjentami cierpiącymi na antyspołeczne zaburzenia osobowości – inaczej socjopatię – i odkryłam, że większość z nich była wykorzystywana przez którąś z bliskich osób, zwykle w bardzo młodym wieku. Dzieci potrzebują miłości i czułości. Potrzebują więzi. A jeśli nie uda im się stworzyć więzi ze swoim opiekunem, nie uczą się empatii.

Tak powstaje socjopata.

Szłam za Chi korytarzami Crowmont, nadal czując pulsowanie krwi w opuszkach palców. Pomimo doświadczenia nabytego w Whitmore nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Pod pewnymi względami Whitmore było bardziej stresujące i przerażające, ponieważ większość jego pacjentów stanowili groźni przestępcy płci męskiej. Niektórych jednak odesłano tam dlatego, że samookaleczyli się w więzieniu albo mieli specjalne potrzeby. Nie wszyscy byli psychopatycznymi mordercami.

W Crowmont leczyły się wyłącznie kobiety. Wiele z nich popełniło brutalne przestępstwa, ale szpital był znacznie mniejszy niż Whitmore. Wiedziałam, że dzieli się na dwa skrzydła: jedno przeznaczone do rehabilitacji, w którym pacjentki miały większą swobodę w przemieszczaniu się po terenie szpitala, drugie zaś było oddziałem intensywnej opieki psychiatrycznej, gdzie bardzo chore pacjentki z trudem nawiązywały ze sobą kontakt. Mnie przydzielono do pracy w pierwszym skrzydle.

Chi wyjaśnił mi, na czym będzie polegać moja praca. Do moich obowiązków należało pilnowanie pacjentek w ciągu dnia: sprawdzanie, czy zjadły posiłki i przyjęły lekarstwa, dyskretne ich obserwowanie i udzielanie pomocy, gdyby miały z czymś problem.

Pierwszą poznałam Tracy. Siedziała na kanapie w świetlicy, z nogą opartą o podłokietnik. Ręce trzymała wyciągnięte nad głową, odsłaniając blizny na przedramionach. Miała krótkie włosy i zadarty nos. Była gruba, wręcz otyła – pacjenci często szukają ukojenia w jedzeniu, szczególnie jeśli przyjmowane przez nich leki zwiększają apetyt – i pewnie dobiegała trzydziestki. Chi dokonał prezentacji. Uścisnęłyśmy sobie dłonie na powitanie.

Od razu zauważyłam, że Tracy jest czymś zdenerwowana.

– Nadal pomagam w kuchni, prawda? – zwróciła się do niego. – Nie zabronią mi, prawda? Nie chciałam nikomu zrobić krzywdy.

– Już dobrze. Możesz zostać w kuchni. Ale gdyby coś było nie w porządku, zwróć się do Leah.

– O co chodziło? – zapytałam Chi, kiedy nie mogła nas już usłyszeć.

Mój przełożony westchnął.

– Doszło do pewnego incydentu. Nie ma się czymś przejmować, ale Tracy od czasu do czasu wymaga szczególnego nadzoru.

Pokiwałam głową. „Szczególny nadzór” zwykle wiązał się z próbami samobójczymi.

Emily okazała się znacznie drobniejszą młodą kobietą z tłustymi włosami do ramion. Grała w warcaby z jakąś staruszką. Uścisnęła mi rękę, nerwowo wiercąc się na krześle.

– Kto wygrywa? – zapytałam.

– Debbie – odparła Emily.

– Wygrywam z nią co tydzień – pochwaliła się starsza pani.

Emily wzruszyła ramionami i podrapała się w ramię.

– Przynajmniej próbuję.

Chi złożył dłonie tak głośno, że wszystkie podskoczyłyśmy.

– Tak trzymać! Ludzie zostali stworzeni do tego, żeby się nie poddawać. Właśnie tak. – Szczerzył zęby, dopóki Emily nie odwzajemniła mu się niepewnym uśmiechem.

– Może rozegramy później partyjkę albo dwie? – zaproponowałam.

– Chętnie – zgodziła się Emily.

Wyczuwałam w tym szpitalu pozytywne wibracje. Żadna pielęgniarka psychiatryczna nie spodziewa się, że jej praca będzie łatwa, ale podczas swojego pierwszego dnia w Crowmont poczułam ulgę na widok uśmiechniętych pacjentek.

Po krótkiej rozmowie o tym, że od tej pory będę się opiekować Emily i że jeśli będzie miała jakiekolwiek problemy, powinna się z nimi zwrócić do mnie, poszliśmy dalej.

– Emily przebyła długą drogę – wyjaśnił Chi. – Przebywała na oddziale intensywnej opieki tak długo, że nie sądziłem, iż kiedykolwiek trafi na rehabilitację.

– Czy została tu skierowana? – zapytałam, mając na myśli skierowanie od sędziego.

Chi zacisnął usta, zerkając w obie strony, zanim udzielił mi odpowiedzi.

– Tak. Emily została skazana za morderstwo. Zabiła swoje dziecko w następstwie depresji poporodowej. Po przyjeździe do nas przez miesiąc przebywała pod obserwacją, ponieważ obawialiśmy się, że może popełnić samobójstwo.

Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, co właśnie usłyszałam.

– Czy jeśli stąd wyjdzie, trafi prosto do więzienia?

– Co najmniej na sześć lat – odparł.

Była to niewiarygodnie smutna historia, ale w miejscach takich jak Crowmont można ich usłyszeć mnóstwo. Emily musiało potwornie ciążyć poczucie winy. No i z pewnością potępiały ją zrozpaczone osoby, które były jakoś związane z dzieckiem – jego ojciec, dziadkowie, wujkowie i ciocie. To zdarzenie z pewnością rozdarło ich rodzinę na strzępy.

Wyszliśmy ze świetlicy, po czym Chi użył swojej wejściówki, żebyśmy mogli przejść przez drzwi prowadzące na korytarz.

– Tutaj znajdują się pokoje pacjentek. Wszystkie są ponumerowane, żeby łatwiej było zapamiętać, gdzie kto mieszka. Na tym oddziale potrzebujesz dwóch kluczy, aby wejść do pokoju. Będziesz więc musiała mnie znaleźć, gdybyś chciała się dostać do któregoś z nich poza wyznaczonymi godzinami. Pacjentki mają prawo zostawić otwarte drzwi w ciągu dnia, ale w nocy wszystkie drzwi pozostają zamknięte. Chyba że któraś z pacjentek podlega dwudziestoczterogodzinnej obserwacji.

– Z obawy przed tym, że mogłaby popełnić samobójstwo? – zapytałam.

Chi kiwnął głową.

Znałam tę procedurę. W Whitmore pokoje zamykano aż na sześć kluczy i tyle samo pielęgniarek musiało być obecnych podczas ich otwierania. Pracowały jako zespół, dbając o to, żeby pacjent pozostał odpowiednio unieruchomiony; wchodziły do pokoju albo z niego wychodziły pojedynczo i każda z nich miała swoje zadanie do wykonania. Na koniec, kiedy pacjent był już w pokoju, umieszczały go na łóżku i wychodziły jedna po drugiej, zaczynając od tej, która stała najdalej drzwi, a kończąc na tej, która znajdowała się najbliżej. Każde wyjście z pokoju było ściśle planowane przez kilkoro pracowników szpitala – począwszy od strażnika, który monitorował zapis z kamer bezpieczeństwa, aż po pielęgniarki na oddziale – którzy musieli zapewnić bezpieczeństwo całemu personelowi i pozostałym pacjentom. Tamci pacjenci nie mogli opuszczać swoich pokoi, gdy tylko przyszła im na to ochota.

Na oddziale Morton panowała zupełnie inna atmosfera niż w Whitmore. Długie korytarze pełne drzwi – niektóre z nich były otwarte, a ze środka dobiegały dźwięki muzyki albo rozmowy – skojarzyły mi się z akademikiem. Gdyby nie ściany w kolorze szpitalnej zieleni i solidne zamki w drzwiach, mogłabym sobie wyobrazić, że wybieram się w odwiedziny do koleżanki ze studiów.

Chi zatrzymał się przed pokojem na końcu korytarza; obok znajdowały się zamknięte drzwi prowadzące do innej części szpitala. Drzwi do pokoju były otwarte na oścież, więc widziałam, co jest w środku: łóżko, biurko i niewielka szafa po prawej stronie, a dalej prawdopodobnie znajdowała się łazienka. Pokój był niewielki i po dłuższym czasie przebywania w nim mógłby sprawiać klaustrofobiczne wrażenie, ale pewnie dałoby się do niego przyzwyczaić. Wrażenie klaustrofobiczności pogłębiał nadmiar przedmiotów, chaos i zamalowane ściany. Od podłogi aż po sufit pokrywały je rysunki. Rogi kartek wymiaru A4 pozawijały się, a kuleczki masy plastycznej prześwitywały przez perłowy papier niczym błękitne paciorki. Na środku każdej strony znajdował się rysunek jakiegoś ptaka.

Sroki. Modraszki. Wróble. Rudziki. Jastrzębie. Orły. Zięby. Żurawie. Flamingi. Czarne skrzydła, żółte dzioby, czerwone brzuszki, opalowe błękity, zielone pióra, brązowe oczy. Właśnie oczy tych ptaków najbardziej przykuwały uwagę. Wchodząc do pokoju, czułam na sobie ich wzrok.

– Jak się dzisiaj miewasz, Isabel? – odezwał się Chi. – To jest Leah. Od tej pory będzie twoją pielęgniarką.

Przez te wszystkie portrety na ścianach nie zauważyłam młodej dziewczyny pochylonej nad biurkiem. Kiedy wstała, żeby się ze mną przywitać, zauważyłam ślady węgla na jej palcach i ogryzione do żywego paznokcie.

Była pulchna, miała delikatną, okrągłą twarz oraz nieduży brzuch odznaczający się pod szortami i koszulką. Wyglądała na niewiele starszą niż dwadzieścia lat, brązowe błyszczące oczy zerkały spod brązowej grzywki. Jej włosy były długie i nieuczesane, jakby dopiero co zwlekła się z łóżka. Jednak najbardziej niezwykłą cechą tej dziewczyny był swobodny uśmiech i sposób, w jaki stanęła przede mną z ręką opartą na biodrze. Nie przywykłam do widoku tak zrelaksowanych pacjentów w szpitalu o zaostrzonym rygorze.

– Och, a co się stało z Aleshą?

– Odeszła – wyjaśnił Chi.

– Nawet się nie pożegnałyśmy. – Isabel uniosła brwi, a jej oczy jakby powiększyły się ze smutku. – Była urocza. Mam nadzieję, że nic jej się nie stało.

– Nie martw się, wszystko z nią w porządku. Po prostu zmieniła pracę.

Wiedziałam jednak, że to dziwne, by pielęgniarka odeszła z pracy, nie pożegnawszy się ze swoimi wieloletnimi pacjentami. Widocznie Alesha podjęła tę decyzję nagle. Chyba że nie chciała denerwować Isabel.

– A więc jesteś moją nową pielęgniarką. – Dziewczyna zlustrowała mnie od stóp do głów. – Widziałaś srokę?

– Tak – odparłam zdziwiona. Ze wszystkich pierwszych pytań, jakich mogłabym się spodziewać, to o srokę nie znalazłoby się nawet w pierwszej pięćdziesiątce.

– Ma na imię Pepsi, a ja ją trenuję.

Z trudem powstrzymałam się od śmiechu.

– Czego próbujesz ją nauczyć?

– Żeby jadła mi z ręki – wyjaśniła podekscytowana. – Przynosiła patyki i robaki. Wydawała głos, gdy ją o to poproszę. Sroki to najmądrzejsze ze wszystkich ptaków, wiesz? Symbolizują wiele rzeczy. Większość osób myśli, że są przebiegłe i przynoszą pecha, ale według mnie są magiczne. I tajemnicze. Pokażę ci Pepsi, kiedy pójdziemy na spacer do ogrodu.

– Nie mogę się już doczekać – zapewniłam ją. – A dlaczego nazwałaś ją Pepsi?

– Znalazłam ją w ogrodzie. Nie mogła uwolnić łapki z puszki po pepsi. Chi pomógł mi ją uwolnić, a pielęgniarka – wyleczyć. – Oczy zaszkliły jej się z emocji, lecz po chwili szeroko się uśmiechnęła. – Lubisz ptaki?

– To piękne stworzenia. Widzę, że się nimi fascynujesz. – Wskazałam na ściany.

– Zawsze żałowałam, że nie potrafię latać. – Wlepiła wzrok w portrety. – Może któregoś dnia. – Wykonała tak gwałtowny gest, że odruchowo się cofnęłam, ale ją interesowały wyłącznie rysunki. Zaczęła przeglądać leżącą na biurku stertę; w końcu znalazła to, czego szukała, i podała mi kartkę. – Proszę, to dla ciebie.

Ostrożnie wzięłam od niej rysunek węglem przedstawiający srokę z rozłożonymi skrzydłami, szybującą na tle nieba. Musiałam przyznać, że jest doskonały, a Isabel ma nadzwyczajny talent. Kiedy patrzyłam na ten portret, ogarnął mnie spokój, którego nie spodziewałam się po tak nerwowym poranku. Wiedziałam, jaki efekt potrafi wywrzeć sztuka na niektórych ludzi, lecz sama nigdy go nie doświadczyłam, nawet wtedy gdy mój pierwszy chłopak – grafficiarz amator – zabierał mnie ze sobą na wystawy. Ten rysunek miał w sobie jednak eteryczne piękno, które wewnętrznie mnie wyciszyło.

– Dziękuję.

Odchrząknęłam, skrępowana swoją reakcją na ten prezent.

– Bardzo proszę – odparła z szerokim uśmiechem Isabel.

3

Gdy już poznałam swoje trzy pacjentki, przeszłam się po oddziale Morton i zjadłam lunch w towarzystwie reszty pielęgniarek. Crowmont było stosunkowo ciche w porównaniu z gwarnym Whitmore. Nawet świetlice wydawały się tu spokojniejsze ze względu na mniejszą liczbę pacjentek i luźniejszą atmosferę. Zaczęłam się wręcz zastanawiać, skąd to moje poranne zdenerwowanie.

– Jak było w Whitmore? – zapytała pielęgniarka imieniem Tanya, opierając łokcie na kolanach i pochylając się w moją stronę.

– Podobnie jak tutaj, tylko że tam leczą wyłącznie mężczyzn – odparłam.

– Czyli było mniej pachnąco – stwierdziła ze śmiechem.

– Czasami tak. – Starałam się nie myśleć o brudnych protestach i pacjentach, którzy odmawiali prysznica przez wiele dni. – Ale pracowałam na oddziale rehabilitacyjnym, tak jak ty. Nie miałam styczności z trudnymi przypadkami na oddziale intensywnej opieki.

Tanya szerzej otworzyła oczy.

– Na intensywnej opiece wytrzymałam tylko przez trzy miesiące; później poprosiłam o przeniesienie. Z reguły nie ma co na to liczyć, ale mnie się poszczęściło. Jedna z pacjentek na tamtym oddziale gryzie i jest wredna jak cholera. Inna podrapała mi rękę od łokcia po nadgarstek. Wiem, że te kobiety są chore, ale to okropna robota. Ja nie dałam rady.

Wszystkie to znałyśmy. Pracując w szpitalu psychiatrycznym, nie sposób uniknąć ugryzień, zadrapań, ciosów i kopniaków. Któregoś roku spędziłam wieczór sylwestrowy z podbitym okiem za sprawą chorego na schizofrenię paranoidalną Billa Jonesa, któremu wydawało się, że przyszłam wsadzić mu kosę pod żebra.

– Który z waszych pacjentów był najbardziej przerażający? – spytała, popijając gorący kubek. – Cowell?

– Chyba tak – przyznałam. – Chociaż nigdy nie miałam okazji go poznać. Na naszym oddziale najgorsi byli przestępcy z gangów. Prawie wszystkich zrekrutowano jako nastolatków i zrobiono z nich zabójców. W prawdziwym świecie nie mieli żadnych szans. To bardzo przykre.

Tanya pokiwała głową.

– Ale niestety często się zdarza.

– Macie tu jakieś znane przypadki? – Nie mogłam się powstrzymać od tego pytania. Chociaż starałam się nie plotkować i nie myśleć o pacjentach jako o ludziach okrytych „złą sławą”, przepełniała mnie ciekawość, na którą nic nie mogłam poradzić. Byłam – i zawsze będę – tylko człowiekiem.

– Tak – odparła Tanya. – Isabel Fielding.

Na dźwięk tego nazwiska aż drgnęłam.

– Isabel? Dziewczyna od ptaków? – Isabel należała do moich pacjentek i chociaż pracowałam dopiero pierwszy dzień, Chi chybaby mi powiedział, gdyby była szczególnym przypadkiem. – Ale przecież jest na oddziale rehabilitacyjnym.

– Tak, bo jeśli się okaże, że nie jest już chora, trafi prosto za kratki. W maju będzie miała komisję. Jeśli lekarze uznają, że nadaje się do więzienia, to ją tam przeniosą. – Tanya odstawiła kubek i spojrzała na drzwi pomieszczenia socjalnego. – Chi nie lubi, kiedy rozmawiamy o przypadku Isabel, ponieważ jest powszechnie znany. Pamiętasz małą dziewczynkę, której ciało odnaleziono w stawie? Została zamordowana przez nastolatkę.

Nie odpowiedziałam od razu, ponieważ cała krew odpłynęła mi z twarzy i zrobiło mi się niedobrze. Oczywiście że pamiętałam; o tej zbrodni rozpisywały się wszystkie ogólnokrajowe gazety. Troje dzieci bawiło się nad stawem. Jedno zostało zamordowane. Drugie znaleziono całe we krwi zabitej dziewczynki, która albo została czymś uderzona, albo pobita. Pamiętałam uczucie odrazy na myśl o dziecku mordującym inne dziecko. Ten rodzaj zbrodni nie mieścił mi się w głowie. Odsuwałam od siebie tę historię i opisujące ją gazety. A później, kiedy nie mogłam już dłużej powściągnąć ciekawości, przyciągałam gazetę z powrotem i chłonęłam każde słowo artykułu, upajając się najbardziej krwawymi szczegółami, szukałam w internecie wszelkich dostępnych informacji, aż wreszcie znowu zbierało mi się na mdłości i zmuszałam się, żeby przestać.

– Tak – odparłam wreszcie. – Pamiętam tę historię. A więc to Isabel…?

– Mhm. I od tamtej pory tułała się po poprawczakach i strzeżonych oddziałach psychiatrycznych, aż wreszcie trafiła do Crowmont. Jest u nas, odkąd skończyła szesnaście lat. Zaczęła od oddziału intensywnej opieki, a dwa lata temu przenieśli ją na rehabilitację. Jeśli będzie tu sobie dobrze radzić i lekarze uznają, że nie jest wariatką, pójdzie do więzienia.

– To moja pacjentka – oznajmiłam piskliwie. Żałowałam, że mi o tym powiedziała. Mogłabym spokojnie pracować, o niczym nie wiedząc. Oczywiście, że tak by się nie stało – wcześniej czy później prawda zawsze wychodzi na jaw – a teraz nie miałam innego wyboru, jak tylko odsunąć na bok uprzedzenia i troszczyć się o nią tak samo jak o każdego innego pacjenta.

Byłam profesjonalistką.

Może jeśli powtórzę to wystarczającą ilość razy, w końcu w to uwierzę.

– Słuchaj, na pewno nie będziesz miała z nią problemów. Praktycznie nadal jest dzieckiem, a poza tym podobno nigdy się nie przyznała i twierdzi, że nawet nie pamięta tamtego zdarzenia. Przez pięć lat swojego pobytu tutaj ani razu nie zachowała się agresywnie. Robi, co jej każą. – Tanya wzruszyła ramionami, sięgając po kubek. – Wnioski wyciągnij sama.

Po sposobie, w jaki Tanya dźgała łyżką pływające w jej zupie kluski, domyśliłam się, że uważa zachowanie Isabel za rodzaj gry. Pracowałam jednak w zawodzie pielęgniarki psychiatrycznej dostatecznie długo, by wiedzieć, że pacjenci nie są w stanie udawać przez dłuższy czas. Nikt tego nie potrafi.

– Zresztą pewnie i tak nie powinnam ci o tym wszystkim mówić – zreflektowała się Tanya. – Będziesz miała cotygodniowe spotkania w jej sprawie, więc wszystkiego się w końcu dowiesz. Dyrektor bacznie się jej przygląda. To nasza najbardziej znana pacjentka.

Po lunchu poszłam do świetlicy, żeby poobserwować pacjentki. Tracy sprawiała wrażenie samotnicy; siedziała na kanapie, oglądając telewizję. Odezwała się do mnie dopiero wtedy, gdy nadszedł czas, żebym odprowadziła ją na terapię. Emily okazała się bardziej towarzyska. Rozmawiała z wieloma pacjentkami i nawet ze mną ucięła krótką pogawędkę. Miała mnóstwo nerwowej energii, była żylasta i szczupła, w ciągłym ruchu. Rozmawiałyśmy o mojej przeprowadzce do Hutton oraz tym, gdzie mieszkałam w Hackney. Jak zawsze w rozmowie z pacjentami, otworzyłam się na tyle, na ile było to koniecznie, nie ujawniając przy tym zbyt wielu informacji. Nie opowiedziałam jej o Tomie ani o rodzicach.

Z kolei Isabel w ogóle nie wyszła z pokoju. Co jakiś czas zaglądałam do niej, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Za każdym razem gdy wchodziłam do pokoju, zastawałam ją pochyloną nad biurkiem i pracującą nad kolejnym rysunkiem. Największy kontakt miałyśmy, gdy odprowadzałam ją na terapię sztuką.

Większość pielęgniarek potrafi wyłączyć stres związany z pracą jak za naciśnięciem guzika. Nie należę do wyjątków. Pomimo ciarek, jakie przeszły mnie po wysłuchaniu rewelacji Tanyi, zdołałam wyłączyć tę część mózgu, która pragnęła się pogrążyć w rozpamiętywaniu morderstwa tamtego biednego dziecka. Widziałam w Isabel wyłącznie swoją pacjentkę, którą właśnie odprowadzałam na terapię.

Na tym polegała moja praca.

– Zachowasz rysunek, który ci dałam? – zwróciła się do mnie Isabel.

– Oczywiście – odparłam, chociaż kompletnie o nim zapomniałam. Przed lunchem schowałam portret sroki do szafki, a teraz nie miałam szczególnej ochoty o nim myśleć z powodu swojej reakcji na ten rysunek i rzeczy, o których myślałam, patrząc na niego.

Zmarnowany talent – przeleciało mi wtedy przez głowę. – Jaka szkoda, że ta dziewczyna tkwi tutaj, zamiast się rozwijać na wolności.

Rzecz jasna teraz już wiedziałam, co zrobiła. I kim była.

– Cieszę się – odparła Isabel. – Kiedy tylko weszłaś do mojego pokoju, od razu wiedziałam, że symbolizujesz magiczne nowe początki, tak jak Pepsi. Myślę, że się dogadamy, ty i ja.

– Miło mi to słyszeć.

Isabel zatrzymała się i popatrzyła na mnie lekko zmrużonymi oczami, z głową przekrzywioną na bok.

– Och, czyli ktoś ci powiedział.

Poczułam na szyi falę gorąca.

– Co masz na myśli, Isabel?

– Dowiedziałaś się o tym, co zrobiłam. Poznaję to po twojej minie. – Znowu zaczęła iść, ale już wolniej. – Wiem, że starasz się o tym nie myśleć, i całkiem nieźle ci to wychodzi, ale i tak widzę, że wiesz. Masz to „spojrzenie”.

Nie byłam pewna, jak na to zareagować, więc nic nie powiedziałam.

– W porządku. Wiem, że to musi być trudne pracować z kimś takim jak ja. Wiem, co o mnie myślisz.

– Jesteś moją pacjentką, Isabel. Chcę ci zapewnić bezpieczeństwo i dobre samopoczucie, to wszystko. – Spróbowałam się pokrzepiająco uśmiechnąć, lecz zamiast tego na mojej twarzy pojawił się zastygły, wymuszony grymas.

– Tutaj nie jest tak źle – mówiła dalej. – Odwiedza mnie brat. Mogę rysować. Jest lepiej, odkąd trafiłam na oddział rehabilitacji. Poprzedni mi się nie podobał. Tędy.

Pozwoliłam jej się zaprowadzić do sali zajęć plastycznych, przed którą się pożegnałyśmy. Powiedziałam, że wrócę za godzinę, żeby odprowadzić ją do pokoju albo świetlicy.

Kiwnęła głową, zapewniając, że będzie gotowa, a później nachyliła się w moją stronę i wyszeptała:

– Zdradzić ci sekret? Nie zabiłam tamtej dziewczynki. – Przyłożyła palec do ust. – Ale o tym cicho sza.

NA TROPIE PRAWDZIWYCH ZBRODNI

Czy Isabel Fielding zabiła Maisie Earnshaw?

Autor: James Gorden

Jak wiecie, jestem osobiście zaangażowany w sprawę zbrodni, która wydarzyła się w naszym miasteczku. Prawie siedem lat zabrało mi otrząśnięcie się z szoku i gniewu z powodu faktu, że w miejscu, które nazywam domem, popełniono tak odrażający czyn. Przez ten czas nabrałem jednak podejrzeń, którymi chciałbym się z wami podzielić, drodzy czytelnicy. Nikt już o tej sprawie nie rozmawia, nadszedł więc czas, żeby ponownie otworzyć dyskusję.

Dwunastego sierpnia dwa tysiące dziesiątego roku ciało Maisie Earnshaw znaleziono w stawie na terenie posiadłości Fieldingów w Rotherham. Na miejscu zbrodni obecna była czternastoletnia Isabel Fielding oraz jej jedenastoletni brat Owen. Nieco dalej, ale wciąż na terenie posiadłości, znajdowali się David i Anna Fieldingowie oraz Jason i Riya Earnshawowie, którzy popijali koktajle i opowiadali sobie sprośne żarciki, podczas gdy ich dzieci bawiły się niebezpiecznie blisko stawu.

Policja musiała zaufać zeznaniom naocznych świadków w postaci czterech dorosłych i dwójki dzieci. David, Anna, Jason i Riya zgodnie stwierdzili, że ich dzieci nagle ucichły, lecz sami zachowywali się dostatecznie hałaśliwie, żeby zagłuszyć odgłosy dziecięcej zabawy. Kiedy jednak zorientowali się, że coś się zmieniło, poszli sprawdzić, co się stało. Znaleźli martwą Maisie na środku stawu, Isabel całą we krwi (włącznie z ustami, jakby pomalowała je szminką) i umorusanego krwią Owena.

Co się dokładnie stało?

Przyjrzyjmy się najpierw Isabel. Co wiemy o tej dziewczynce? Przede wszystkim warto wiedzieć, że nie wykazywała żadnych problemów behawioralnych, chociaż – możecie mi wierzyć na słowo – media zagłębiły się w jej przeszłość najdalej, jak tylko mogły. Dziennikarze nie znaleźli żadnych szkolnych uwag ani śladów wskazujących na to, że miała skłonności do przemocy. Była ogólnie lubianą dziewczynką z niewielką grupą przyjaciół. Oceny miała powyżej średniej, chociaż nie wybitne. Należała do dzieci niewychodzących przed szereg, była typem uczennicy, której nie trzeba poświęcać wiele uwagi, gdyż sama potrafi się sobą zająć.

Możecie powiedzieć: Ale, James, właśnie takie dzieci przemykają niezauważone! Dlatego doszło do tragedii.

Nie wydaje mi się. Myślę, że Isabel to zwykła dziewczyna, która została wrobiona przez prawdziwego zabójcę. Na miejscu zbrodni była milcząca i skłonna do współpracy. W dokumencie zatytułowanym Maisie: anioł ze stawu przepytywani policjanci zgodnie twierdzili, że Isabel była w stanie szoku i dezorientacji z powodu tego, co się stało. Nie sprawiała wrażenia zdziczałego dziecka, które dopiero co zamordowało w rytualny sposób małą dziewczynkę.

Przyjrzyjmy się teraz Owenowi Fieldingowi. Jako jedenastolatek znalazł się poza kręgiem podejrzanych. Został przesłuchany przez policjantów, którzy uznali, że mówi prawdę. Zeznał, że Isabel zabrała Maisie do Scholes Woods, gdzie uderzyła ją kamieniem, wycięła na jej ciele dziwne znaki (policja nigdy nie ujawniła, co to dokładnie było), a następnie wrzuciła ciało do stawu. Dlaczego jednak dziewczynka z nieposzlakowaną opinią – bez skłonności do brutalnych zachowań – miałaby zrobić coś takiego?

Z kolei Owen brylował we wszystkich przedmiotach. Był zdolnym chłopcem i wyrósł na równie zdolnego młodego człowieka. W szkole wykazywał problemy behawioralne – dźgnął kolegę ołówkiem – a kilka miesięcy temu został zatrzymany i dostał pouczenie za udział w bójce przed pubem w Sheffield.

Czy to Owen wpadł na pomysł morderstwa?

Czy Owen i Isabel zabili Maisie razem?

A jeśli w sprawę zamieszany był ktoś jeszcze?

Wszystko możliwe.

Trudno uwierzyć, że jedenastolatek byłby zdolny w tak obrzydliwy sposób wrobić czternastoletnią siostrę, ale między członkami rodzin dochodziło już do bardziej zaskakujących sytuacji. Poza tym istnieje jeszcze jeden czynnik… Tamtego dnia David Fielding zniknął na dwadzieścia minut, tłumacząc się „przygotowywaniem drinków” w kuchni. Czy to możliwe, aby wymknął się w tym czasie z domu i zakradł do Scholes Woods? Porwał małą Maisie, zaatakował ją i wrzucił do stawu, po czym zrzucił winę na własną córkę?

Na kamieniu, którym zabito Maisie, znaleziono wyłącznie ślady jej DNA. Większość śladów na ciele dziewczynki zmyła się w stawie. Na nożu nie znaleziono żadnych odcisków palców. Czy niczym się niewyróżniająca czternastoletnia Isabel Fielding mogłaby zaplanować taką zbrodnię?

Nie wierzę w to.

KOMENTARZE:

TrueCrimeLover: W zeznaniach zamieszanych w tę sprawę dorosłych i dzieci jest mnóstwo nieścisłości. Również oglądałem ten dokument i wiesz, co zwróciło moją uwagę? Owen Fielding ani razu nie krzyknął. Patrzył, jak jego siostra zabija małą dziewczynkę i NAWET NIE PISNĄŁ. Dlaczego?

JamesGorden: WŁAŚNIE! To bardzo dziwne. Można by pomyśleć, że jedenastolatek będzie wrzeszczeć ile sił w płucach. Również tego nie rozumiem. Coś tu nie gra.

Bundy’s Bitch: Owen albo David cię ukatrupią, lol!

JamesGorden: Hmm, a to niby dlaczego?

Bundy’s Bitch: Właśnie zasugerowałeś, że popełnili morderstwo. Jeśli są winni, będziesz ich następną ofiarą, idioto!

Poe: Zaczynam myśleć, że coś jest na rzeczy. Jak to możliwe, że doszło do zbrodni, chociaż rodzice byli tak blisko?

IHeartHannibal: Zdajesz sobie sprawę, że jeśli masz rację, to znaczy, że ktoś wysmarował Isabel Fielding krwią, prawda?

JamesGorden: Owszem.

IHeartHannibal: Rany… Muszę to jakoś przetrawić.

4