Opis

Wciągający thriller rozgrywający się w zamkniętym kręgu zawodników Tour de France Od przeszło wieku nic nie zakłócało porządku Tour de France, jednego z najważniejszych wydarzeń sportowych świata – aż do teraz, kiedy okazuje się, że gdzieś w peletonie jedzie morderca… Marc Moreau, zawodnik drużyny, która czterokrotnie zajmowała pierwsze miejsce w wyścigu, i przyjaciel gwiazdy typowanej na tegorocznego zwycięzcę, otrzymuje od policji nietypowe zadanie: ma podążać tropem sprawcy. Zdaje sobie sprawę, że niektórzy z zawodników są gotowi zginąć, byle tylko wygrać kolejny etap touru, pokonując zjazdy z samobójczą prędkością ponad dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę; teraz jednak są też tacy, którzy są gotowi zabić, żeby stanąć na podium. Każdy jest podejrzany, a skład peletonu zmienia się z etapu na etap. Wkrótce okazuje się, że Marc ma szansę na wygraną – o ile zdecyduje się zdradzić swojego najlepszego przyjaciela, gwiazdę zespołu oraz poważnego kandydata do zwycięstwa, i podjąć wyzwanie morderczego wyścigu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 459

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Muerte contrarreloj © by Jorge Zepeda Patterson, 2018

By Agreement with Pontas Literary & Film Agency

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2019 for the Polish translation by Joanna Ostrowska (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl

Zdjęcie autora: archiwum prywatne

Redakcja: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Korekta: Iwona Wyrwisz, Edyta Malinowska-Klimiuk, Maria Buczkowska

ISBN: 978-83-8110-904-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Susan

Prolog

W niedzielę, kiedy wielobarwny wąż przejedzie pod paryskim Łukiem Triumfalnym i zakończy trzytygodniowy wyścig, w czasie którego pokona trzy i pół tysiąca kilometrów, ja albo będę leżał w komorze kostnicy, albo świętował w żółtej koszulce zwycięstwo w Tour de France. Nigdy nie stanąłem na podium, nigdy nie wygrałem nawet jednego etapu, ale teraz od lidera wyścigu – Steve’a Panaty, od jedenastu lat mojego kolegi z drużyny i brata – dzieli mnie zaledwie kilka sekund. Żeby przywdziać żółty trykot, musiałbym jednak zdradzić go ostatniego dnia.

Niektórzy kolarze są gotowi zginąć podczas samobójczych zjazdów, pędząc ponad dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, byle tylko wygrać jeden etap wyścigu; teraz wiem, że niektórzy są też gotowi zabić, żeby osiągnąć ten cel. Mamy pośród nas mordercę, policja zleciła mi ustalenie, kto nim jest. Zbrodniarz, który przetrzebił liderów peletonu, powinien zostać zatrzymany, zanim zada kolejny cios; ja sam mogę być jego następną ofiarą. Wiem jednak również, że dzięki niemu mógłbym wygrać Tour de France.

2006

Wszyscy od razu go znienawidzili, poza mną. Bez przerwy żuł gumę i co trzy sekundy poprawiał włosy, jakby nosił tupecik i bał się, że go zgubi. Ale nawet bez tych tików wzbudziłby niechęć całej drużyny: przyjechał na zgrupowanie kolekcjonerskim modelem land rovera i zdjął z bagażnika aerodynamiczny rower, na jakich jeździli tylko uprzywilejowani zawodowcy. To, że był Amerykaninem, wyglądał jak hollywoodzki aktor i uśmiechał się jak ktoś, kto zawsze dopina swego, również nie zjednywało mu sympatyków.

Ja przyjąłem go z otwartymi ramionami, nowo przybyły był jedyną szansą na to, by inni zostawili mnie wreszcie w spokoju. Odkąd przyjechałem tu dwa tygodnie wcześniej, musiałem znosić bezustanne otrzęsiny, inspirowane tradycją, ale też frustracją z powodu ciężkich treningów, jaka panowała na tym zgrupowaniu zdominowanym przez stres i testosteron. Kolarze zamienili w czyściec moje pierwsze tygodnie w roli zawodowca – jeśli czyniła mnie takowym otrzymywana co tydzień wypłata w wysokości pięćdziesięciu euro. Byłem więc wdzięczny za to, że przestanę być jedyną ofiarą prześladowań.

Może właśnie to najbardziej nas połączyło. Obaj podeszliśmy filozoficznie do mąk, jakim poddawali nas inni zawodnicy, przypisując je rytuałowi inicjacyjnemu stosowanemu wobec nowych. A raczej on podszedł do tego filozoficznie, a ja w końcu wziąłem z niego przykład.

– Nie jedz owsianki; chyba do niej napluli – powiedział, kiedy pierwszy raz się do mnie odezwał, podając mi baton proteinowy. Wyglądał bardziej na rozbawionego niż zirytowanego, jakby to odkrycie czyniło go sprytniejszym od reszty.

Z czasem zrozumieliśmy, że nie chodziło o rytuał inicjacyjny – po prostu się nas bali. Z czterdziestu sześciu kolarzy, którzy przyjechali na obóz, grupa Ventoux wybierze zaledwie dwudziestu siedmiu, a tylko dziewięciu najlepszych trafi do pierwszej drużyny wysyłanej na liczące się zawody.

Miesiąc później, kiedy treningi stały się bardziej wymagające – pokonywaliśmy dziennie stusześćdziesięciokilometrowe, miejscami strome odcinki – zrozumieliśmy, że strach, jaki budziliśmy, był uzasadniony. Byliśmy najlepsi. Steve Panata utrzymywał naturalny rytm, pedałował z gracją, jakiej nigdy wcześniej ani nigdy później u nikogo nie widziałem; pokonywał kolejne kilometry bez widocznego wysiłku, z prędkością, przy której pozostali musieli niemal kłaść się na kierownicy. Na moją korzyść działała z kolei pewna anomalia fizjologiczna, która w innych okolicznościach uczyniłaby ze mnie cyrkową atrakcję: DNA ojca urodzonego we francuskich Alpach i geny matki Kolumbijki odziedziczone po andyjskich przodkach musiały stworzyć doskonałą kombinację, bo zapewniły mi trzecie płuco. Oczywiście go nie posiadam, ale mam taki poziom tlenu we krwi, że praktycznie jeżdżę jak na dopingu.

Zaczęliśmy ze Steve’em mścić się na szosie za doznane upokorzenia. Robiliśmy to bez wielkiej premedytacji, chociaż nieco złośliwie. Dwadzieścia czy trzydzieści kilometrów przed wyznaczoną przez instruktorów metą Steve uśmiechał się do mnie przebiegle i wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, przyspieszaliśmy, początkowo nieznacznie, żeby inni się nie poddali i zmusili do dodatkowego wysiłku. Dziesięć kilometrów dalej, kiedy widzieliśmy, że są już na granicy wytrzymałości, wyrywaliśmy do przodu, zostawiając ich w tyle. Wcześniej jednak Steve zadawał ostateczny cios: spokojnym głosem zaczynał relacjonować ostatnio widziany film, jakbyśmy gawędzili w barze, a nie pokonywali podjazd, który pozostałym zapierał dech w piersiach.

Do strachu, jaki budziliśmy, dołączyła wrogość. Czasami przychodziło mi do głowy, że zamknięci na tym odludziu w górach Katalonii razem z kilkudziesięcioma przepełnionymi żalem kandydatami na zawodowców, zdecydowanymi za wszelką cenę osiągnąć cel, narażamy się na łomot, który zagrozi naszej dalszej karierze. Dla wszystkich tych chłopaków – nie wyłączając mnie samego – przesiew, jakiego dokonają trenerzy z Ventoux, był jedyną rzeczą dzielącą ich od nudnej, znojnej pracy w gospodarstwie rolnym czy fabryce. Paru z nich miało wręcz zadatki na przestępców. Nie dotyczyło to Steve’a, dla którego kolarstwo zawodowe było tylko jedną z wielu opcji w na pewno rozrzutnym i beztroskim życiu. Kolejny powód, żeby go nienawidzić.

Było ich więcej, na przykład to, że kiedy chciał, roztaczał nieodparty urok, który działał zwłaszcza na kobiety, kierownictwo i instruktorów. Urok, który nieraz doprowadzał do zatargów z miejscowymi, przy nielicznych okazjach, kiedy naszej grupie udało się wymknąć do któregoś z okolicznych barów, choćby po to, żeby napić się piwa korzennego; bezczelny flirt czy wymiana serwetek z namazanymi numerami telefonów wystarczały, żeby wywiązała się sprzeczka, często prowadząca do rękoczynów.

Jak na osobę tak skorą do wywoływania zazdrości i niechęci innych, Steve ewidentnie nie potrafił się bronić. Elegancja, jaką odznaczał się na rowerze czy parkiecie, zamieniała się w nieporadność, gdy dochodziło do wymiany ciosów. Wychodziliśmy z opałów względnie bez szwanku wyłącznie dzięki szkoleniu, jakie przeszedłem w żandarmerii, oraz doświadczeniu w bójkach, które podczas pobytu w wojsku stoczyłem z podchmielonymi klientami podłych spelunek.

Z czasem udało nam się ostudzić zapał naszych przeklętych dręczycieli, wcześniej jednak musiałem się zmierzyć z największym zabijaką, twardym, nieokrzesanym typem z Bretanii, o mięśniach i twarzy buldoga. Ważył jakieś dziesięć kilo więcej ode mnie, ale nie dorastał w ubogiej dzielnicy na obrzeżach Medellín ani nie spędził czterech lat w koszarach w Perpignan. Wypracowałem sobie strategię przeżycia, polegającą przede wszystkim na unikaniu wszelkich konfliktów, co doskonale pasuje do mojego temperamentu. Działa ona jednak tylko pod warunkiem, że wykażę się skrajną agresją przy rzadkich okazjach, kiedy nie sposób uniknąć starcia, jak wtedy, gdy musiałem stanąć w obronie Steve’a.

Bretończyk Ivan parokrotnie zniszczył nocą obręcze w rowerze mojego przyjaciela, przez co musieliśmy gorączkowo naprawiać koła w ostatniej chwili, żeby zdążyć na spotkanie z instruktorami. Któregoś ranka odkryliśmy, że rower zniknął; kpiący uśmiech, jakim przywitał nas Ivan, jasno wskazywał, czyja to sprawka. Pewnie założył, że tym razem Steve wreszcie mu się postawi – to uśpiło jego czujność, nie spodziewał się ataku z mojej strony. Wyrzuciłem przedramię z całą siłą, na jaką byłem w stanie się zdobyć, i wyrżnąłem go łokciem w twarz; trafiłem dokładnie między szczękę i skroń. Kretyn wylądował na ziemi, a jego stronnicy w osłupieniu przyglądali się atakowi, który był dla nich nie do pomyślenia. Nie spodziewali się również tego, co nastąpiło później: kopałem zwinięte w kłębek ciało zabijaki, dopóki nie zdradził, gdzie schował rower. Po tym incydencie zostawili nas w spokoju.

Pomogła też uprzejmość, z jaką Steve zaczął traktować innych kolarzy. Hojnie rozdzielał zawartość paczek, które dostawał ze Stanów, pełnych płyt z muzyką, odżywek białkowych, batonów proteinowych, butów sportowych i T-shirtów; to dyskretne łapownictwo wkrótce przyniosło owoce. Pod koniec sezonu traktowano nas tak, jakbyśmy byli królami szosy.

Czasami zadaję sobie pytanie, czy głęboka przyjaźń, która miała zdecydować o naszych losach, nie została przypieczętowana tym pierwszym przymierzem opartym na wzajemnej ochronie. Tak przynajmniej było w moim przypadku. Mimo tego, co wydarzyło się kilka lat później, jestem przekonany, że w tym bezwarunkowym braterstwie i bezgranicznej lojalności, które połączyły nas od pierwszej chwili, było coś autentycznego i głębokiego.

Tak naprawdę obaj czuliśmy wobec siebie fascynację. Kiedy się poznaliśmy, on miał dwadzieścia jeden lat, ja – dwadzieścia trzy. Steve był jedynakiem rozpieszczonym przez parę wybitnych prawników z Santa Fe w stanie Nowy Meksyk. Rodzice akceptowali i wspierali jego kolarską pasję, załatwili mu półprofesjonalnych instruktorów, kiedy postanowił wziąć udział w młodzieżowych zawodach w swoim kraju. We wszystkich zgarniał złote medale, otoczony i wspierany przez niewielką ekipę opłacaną najpierw przez jego rodzinę, a potem przez sponsorów zwabionych potencjałem, jakim wprost tryskał ten złoty chłopiec.

Ale teraz, na północy Hiszpanii, Steve pierwszy raz w życiu znalazł się w nieprzyjaznym otoczeniu. Ku jego niezadowoleniu amerykańscy trenerzy uznali, że nigdy nie trafi do czołówki kolarstwa szosowego, jeżeli nie zahartuje się podczas morderczych szkoleń oferowanych przez europejskie zespoły.

Może właśnie z tego powodu wydawał się zafascynowany moimi umiejętnościami przetrwania w scenerii, która dla niego była egzotyczna i oszałamiająca, a dla mnie – chujowa. Ja stałem się tym, kim jestem, wskutek zbiegu okoliczności, tak jak wszyscy ci, którzy nie noszą nazwiska Panata. Zostałem kolarzem – jak inni zostają pracownikami biurowymi czy sprzedawcami – bo to była deska, której mogłem się uczepić, kiedy znoszony prądem próbowałem utrzymać się na powierzchni. Steve z kolei należał do ludzi, których przyszłość jest konsekwencją nieodwracalnego przeznaczenia.

To, że byłem, praktycznie rzecz biorąc, sierotą, on uważał za synonim nieograniczonej wolności. Kiedy miałem niespełna dziewięć lat, mój ojciec, francuski wojskowy wysyłany do ambasad w różnych krajach Ameryki Łacińskiej, rozstał się z moją matką, bogotanką o peruwiańskich korzeniach, pochodzącą z podupadłej rodziny. Od tego czasu spędzałem wakacje w domku w Alpach, gdzie ojciec osiadł po przejściu w stan spoczynku, a przez resztę roku mieszkałem w bloku z czerwonej cegły na obrzeżach Medellín. Miałem samotne dzieciństwo z powodu wykańczającej pracy matki pielęgniarki, która pełniła dyżury w dwóch szpitalach; z czasem zrozumiałem, że po prostu szukała pretekstu, by trzymać się z dala od syna, owocu małżeństwa zawartego w pośpiechu z powodu niechcianej ciąży. Później, jako nastolatek, byłem przekonany, że tylko czeka, bym za którymś razem nie wrócił z mojej letniej wyprawy do Francji, co chętnie bym zrobił, gdyby nie to, że ojciec także chciał się mnie jak najszybciej pozbyć. Opłacenie podróży i goszczenie mnie przez pięć tygodni było obowiązkiem, który pułkownik Moreau wypełniał niezwykle sumiennie, aczkolwiek bez krzty entuzjazmu. Prawdopodobnie trafiłbym do jednego z młodzieżowych gangów, które terroryzowały naszą dzielnicę, gdyby nie uratował mnie rower. Nieświadomie przyczyniła się do tego matka. Dodatkowe dyżury w szpitalu i podwyżka pensji pozwoliły nam przeprowadzić się z San Cristóbal, miejscowości na obrzeżach miasta, do San Javier, robotniczej dzielnicy Medellín. Był to awans społeczny, a zarazem spadek orograficzny, który skazał mnie na pokonywanie pieszo pod górę prawie siedmiu kilometrów, dzielących mój dom od szkoły. Musiałem wstawać o 4.30, żeby zdążyć na pierwszą lekcję. Matce chyba zrobiło się mnie żal, bo pewnego dnia przyprowadziła duży, ciężki, używany rower, najpewniej kradziony, który nazywaliśmy „murarskim”, ale który odmienił moje życie.

Paradoksalnie to lenistwo zrobiło ze mnie górala. Dzięki nowemu wierzchowcowi mogłem przestawić budzik na 5.30. Później, żeby móc dłużej pospać, zacząłem mierzyć czas jazdy. W końcu popadłem w obsesję. Z każdym tygodniem starałem się skrócić o minutę czy dwie przejazd do szkoły. Zredukowałem ciężar plecaka, nauczyłem się ścinać zakręty, policzyłem, ile razy używam hamulca, i ograniczyłem to do niezbędnego minimum. Część kolegów wyśmiewała się z moich starych zniszczonych butów, w których zacząłem przychodzić do szkoły, ale miałem to w nosie: dzięki ich grubym podeszwom pewniej sięgałem pedałów i udało mi się skrócić przejazd o trzy minuty.

Jedna z nauczycielek zauważyła, że codziennie hamuję przed szkołą z piskiem opon, po czym sprawdzam godzinę i zapisuję ją w notesie. Zapytała, dlaczego to robię, i z zainteresowaniem przejrzała tabelę wyników. Tydzień później poinformowała mnie o wyścigu kolarskim dla amatorów, była jedną ze współorganizatorek. Początkowo myśl o współzawodnictwie wydała mi się absurdalna, wręcz śmieszna. Moje zniszczone buty i toporny rower nie pasowały do wizerunku kolumbijskich idoli w kolorowych strojach, dosiadających aerodynamicznych maszyn. Ale nie sposób było odmówić. Połowa klasy – a przynajmniej ta część, która skończyła już trzynaście lat – była zakochana w pani Carmen. Jej niezmordowany entuzjazm, ciepły uśmiech, zielone oczy, a przede wszystkim to, jak falowała przy chodzeniu jej spódnica, uczyniły z niej bohaterkę naszych mokrych snów.

Co prawda wszyscy zawodnicy mieli lepsze buty, ale przynajmniej było jeszcze kilka rowerów takich jak mój. Chcąc zaimponować nauczycielce, wyrwałem do przodu od samego startu. Zdziwiło mnie, z jaką łatwością zostawiam w tyle resztę, choć nie zrobiłem niczego wyjątkowego: z tą samą prędkością jeździłem codziennie do szkoły. Szybko zrozumiałem powód. Pozostali pedałowali w tempie pozwalającym na pokonanie trzydziestu dwóch kilometrów dzielących nas od mety, ja przy dziesiątym byłem już wypompowany; wkrótce zaczęli mnie wyprzedzać pierwsi rywale. Na pięć kilometrów przed finiszem jechałem jako ostatni. To był mój pierwszy kontakt z torturami szosy: nogi jak nitki, każde naciśnięcie pedału wspierane mięśniami brzucha, ból rozrywający wnętrzności. Był to również mój pierwszy kontakt z wrogiem, którego ma w sobie każdy kolarz i który namawia go, żeby odpuścił sobie te męczarnie. Przekonywałem sam siebie, że zrobiłem już wystarczająco dużo, że jestem najmłodszy z zawodników, że lepiej zrezygnować, niż wlec się na szarym końcu, ale wyobraziłem sobie rozczarowanie Carmen i postanowiłem, że nie zdezerteruję ani nie będę ostatni. Skupiłem wzrok na plecach zawodnika jadącego trzydzieści metrów przede mną, wkładając w każde naciśnięcie pedału wszystko, co miałem; dogoniłem go i poszukałem kolejnych pleców. Szybko zapomniałem o zmęczeniu. Kiedy wjechałem na metę, zwymiotowałem, kłucie w boku zgięło mnie wpół. Ale nie ruszyłem się z miejsca, chciałem policzyć zawodników, którzy przyjadą po mnie. Było ich dziesięciu. Zanim wróciłem do domu, Carmen uścisnęła mnie i pocałowała w policzek. Od tego dnia poświęcałem każde popołudnie na wspinaczkę po okolicznych wzniesieniach. Opracowałem dłuższe trasy, zmierzyłem i skróciłem czas przejazdu, przeczytałem wszystkie materiały o odżywianiu i technikach pedałowania, które dała mi nauczycielka, i w miarę możliwości starałem się wcielić w życie te zalecenia. Moje stopy urosły i musiałem wyrzucić buty. Minęło jednak jeszcze dużo czasu, zanim udało mi się wygrać pierwszy wyścig. Wystarczał mi entuzjazm Carmen i świadomość, że kiedy zatrzymuję się za metą, liczba zawodników przyjeżdżających po mnie jest za każdym razem większa.

W trakcie tamtych długich treningów organizowanych we własnym zakresie ukształtował się zawodnik, którym teraz jestem. Nauka technik i strategii miała przyjść później, ale to właśnie wtedy zyskałem prawdziwą glinę, z jakiej ulepiony jest zawodowy kolarz: umiejętność zadawania sobie bólu, doprowadzania się do granic wytrzymałości i jechania dalej. Wyciskałem z siebie siódme poty na katorżniczych zboczach, przekonany, że całe to cierpienie zbliża mnie do Carmen, że dzięki niemu zasługuję na jej uwagę i sympatię.

Jej odejście dwa lata później – przeniosła się do prywatnej szkoły w Bogocie – wstrząsnęło moim małym światem i pogrążyło mnie w rozpaczy. Po kilku niespokojnych tygodniach doszedłem do przekonania, że mogę ją odzyskać wyłącznie dzięki rowerowi. Moja sława jako kolarza dotrze do stolicy i wreszcie nas połączy. Zrobiłem z roweru moje narzędzie tortur i podwoiłem masochistyczne treningi. Ból stał się moim najlepszym przyjacielem.

To w tamtym okresie wykształciła się druga mania, z której słynę: kalkulowanie, mierzenie czasu, obliczanie i robienie notatek. Kilka lat później koledzy – ze Steve’em na czele – będą kpili z mojej obsesji na punkcie liczb i niejeden złośliwie przezwie mnie „księgowym”. Ale prędzej czy później każdy z nich zapyta, ile kilometrów zostało do mety albo jakie miejsce w klasyfikacji zajmuje zawodnik, który oderwał się od peletonu i ruszył do ucieczki. Nigdy nie przeszkadzało mi bycie Wikipedią w chwilach, gdy nikt nie może skorzystać z komórki. Na zboczach Medellín odkryłem także, że inni nie doświadczają dziwnej relacji, jaka łączy mnie z moim własnym potem. Chujowo jest być uczulonym na coś, co produkuje twoje ciało, jeżeli żyjesz z wyciskania z siebie potu. Nie żebym odkrył to dopiero wtedy, kiedy wsiadłem na rower – klimat panujący w moim kraju zadbał o to, żebym miał wysypki i musiał szukać ulgi w talkach i maściach – ale wcześniej była to zwykła niedogodność ograniczona do upalnych dni. Teraz podrażnienia zamieniały się w czerwony tatuaż pokrywający części ciała, których nastolatek nie powinien się wstydzić, a przynajmniej nie z tego powodu.

Pocąc się i dokonując obliczeń, regularnie uczestniczyłem w wyścigach, które odbywały się w wybrane weekendy w okolicach Medellín. W pewnym momencie przestałem się skupiać na zawodnikach wjeżdżających na metę po mnie i przerzuciłem się na liczenie tych, którzy docierali przede mną; katowałem się, wciskając pedały, aż zaczęło być ich coraz mniej.

Wreszcie przyszedł czas na pierwsze podia, chociaż rywalizowałem z dorosłymi. Drobne nagrody pieniężne i napiwki od amatorów zakładów trzymały mnie z dala od przemocy, która w tamtych latach trawiła Kolumbię. Jednak nie był to dla mnie szczęśliwy okres. Mój rower ważył ponad dwadzieścia kilo, z powodu kiepskiego stanu obręczy często łapałem gumy, przez co musiałem się wycofywać z połowy wyścigów. Nigdy nie czułem takiej bezsilnej wściekłości jak wtedy, kiedy stałem na poboczu drogi i ze łzami w oczach patrzyłem na przejeżdżających kolarzy, których wyprzedziłem kilka minut wcześniej.

Wszystko zmieniły pieniądze z handlu narkotykami, przed którym tak uciekałem. Kolega z sąsiedztwa zrekrutowany przez jeden z gangów zaczął obstawiać wyścigi, w których brałem udział. Miał jakieś szesnaście, siedemnaście lat i był tylko szeregowcem w oddziałach zorganizowanej przestępczości, ale pieniądze, z którymi się obnosił, mnie wydawały się istnym majątkiem. Kiedy któregoś razu zdobyłem trzecie miejsce, pogratulował mi entuzjastycznie, ciesząc się, jakby to był jego własny sukces. Musiał być naćpany, bo w euforii podniósł mój rower i cisnął go do niewielkiego wąwozu, na krawędzi którego staliśmy. Zanim zdążyłem się rzucić w ślad za nim, zaciągnął mnie do sklepu i kupił mi najlepszy sprzęt, jaki znaleźliśmy. Przez kolejne miesiące drżałem ze strachu, że w którymś momencie w ten czy inny sposób każe mi zapłacić za tę przysługę; na szczęście ograniczył się do stawiania na mnie w wyścigach. Chcę myśleć, że inwestycja zwróciła mu się z nawiązką, bo od tego momentu zacząłem częściej wygrywać.

Krótko po tym, jak skończyłem siedemnaście lat, dowiedziałem się, że Carmen wróciła do Medellín jako dyrektorka mojej dawnej szkoły. W pierwszej chwili chciałem do niej pobiec i pokazać jej, jakim jestem kolarzem. Ale się powstrzymałem, uznawszy, że mogę się pochwalić jedynie medalami z amatorskich wyścigów – co z tego, że i na nich można było nieoficjalnie zgarnąć wysokie nagrody i pieniądze z zakładów. Postanowiłem, że spotkam się z nią dopiero wówczas, gdy wygram profesjonalne zawody. Udało mi się zapisać na Vuelta a la Cordillera organizowaną trzy miesiące później – zażarty wyścig, w którym brali udział świeżo upieczeni zawodowcy i weterani u schyłku kariery. Trenowałem zapamiętale, osiągając wyniki, które przekonały mnie, że naprawdę mam szansę na zwycięstwo.

Dwa tygodnie przed wyścigiem zadzwonił do mnie kolega ze starej szkoły i powiedział, że Carmen zginęła w strzelaninie pomiędzy dwoma wrogimi gangami. Z daleka obserwowałem pogrzeb, opłakując rzewnie koniec okresu dorastania. Powiedziałem sobie, że już nigdy nie wsiądę na rower, który podarował mi mój kolega diler, ani na żaden inny.

Wkrótce po tym, jak skończyłem osiemnaście lat, moja matka przyjęła oświadczyny lekarza z dobrym sercem i galopującą halitozą. Był to z jej strony raczej akt kapitulacji niż efekt zakochania; tak czy inaczej, nie uwzględniała mnie w swoich planach. Dwa tygodnie później zostawiłem jej w kuchni liścik, a po trzech dniach zapukałem bez uprzedzenia do drzwi ojca po drugiej stronie oceanu. Nie okazał wielkiego zdziwienia, postawił przede mną talerz soczewicy i zaniósł mój bagaż do pokoju, który zajmowałem podczas wakacji.

Przez kolejne miesiące robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby zdobyć miejsce w jego sercu. Jeżeli prosił, żebym narąbał drzewa, wycinałem las, dopóki nie zdarłem sobie rąk do krwi. Nauczyłem się przyrządzać jego ulubioną potrawkę i prowadzić starego peugeota kombi, żeby wyręczać go w cotygodniowych zakupach w pobliskiej miejscowości. Kiedy spadł pierwszy śnieg, zabrałem się do nauki jazdy na nartach z takim samym zapałem, jaki wcześniej wkładałem w pedałowanie. Ojciec uznawał tylko sporty zimowe, uważał, że męczenie się na rowerze to głupota, skoro motor może wykonać tę samą pracę, i to znacznie skuteczniej. Tak przynajmniej oznajmił, kiedy próbowałem mu opowiedzieć o moich skromnych osiągnięciach na dwóch kółkach.

Kosztem licznych upadków i siniaków, w okolicach Bożego Narodzenia przestałem być żenującym narciarzem; postanowiłem zostać przewodnikiem górskim. Kilka dni później ojciec poinformował mnie, że zaciągnę się do wojska. Załatwił mi przydział do pułku stacjonującego u podnóży Pirenejów niedaleko Perpignan, dowodzonego przez jego starego znajomego. Osiemnaście lat wcześniej zażądał, żebym się urodził na terenie Francji, przez co matka musiała lecieć do Europy w ósmym miesiącu ciąży, z zaświadczeniem załatwionym przez lekarza ambasady.

Wyjeżdżałem do koszar przekonany, że czeka mnie galernicza praca, kopanie okopów i długie wyprawy na Saharę. Prawdopodobnie tak właśnie by to wyglądało, gdyby nieoczekiwany zwrot akcji nie posadził mnie z powrotem na rowerowym siodełku. Znajomy ojca umarł kilka dni po moim przyjeździe. Zastąpił go pułkownik Bruno Lombard, który bardziej niż wojskowym życiem i teorią sztuki wojennej interesował się kolarstwem i zawodami lekkoatletycznymi między rywalizującymi pułkami. Kiedy dowiedział się o moim udziale w młodzieżowych wyścigach w kolumbijskich górach, włączył mnie do swojej drużyny.

– Dbaj o niego jak o własny – powiedział, pokazując mi odrapany, zniszczony rower wyścigowy. Nie wiem, jak udało mu się zdobyć kilkanaście takich maszyn ani co musiał dać w zamian. Wyglądały na stary sprzęt zawodowego zespołu niższej ligi, ale bez wątpienia były to profesjonalne kolarzówki, choć z ubiegłej dekady.

Wprawdzie formalnie rower należał do państwa francuskiego, ale czułem się tak, jakbym dostał w prezencie ferrari. W następnych tygodniach starałem się z niego nie zsiadać, ryzykując zdarcie skóry z pośladków i zaniedbanie obowiązków rekruta.

Któryś z oficerów musiał się poskarżyć na moje nieróbstwo, bo Lombard podjął radykalną decyzję, z powodu której teraz uczestniczę w Tour de France jako śledczy: przydzielił mnie do niewielkiej jednostki żandarmerii pod jego bezpośrednim dowództwem. To zwolniło mnie z większości nudnych rutynowych ćwiczeń i pozwoliło oddać się w ręce instruktora zatrudnionego przez pułkownika.

Don Rulo był starym raptusem, surowym i bezwzględnym. Przypuszczam, że to właśnie przez swój charakter nie został trenerem profesjonalnej drużyny, choć nie brakowało mu doświadczenia ani talentu. Dostrzegł moje zamiłowanie do gór i przez kolejne miesiące doprowadzał moje ciało do granic wytrzymałości na zboczach okolicznych imponujących szczytów.

W ciągu następnych czterech lat nasz pułk wygrywał absolutnie wszystko, nie tylko wyścigi z udziałem drużyn reprezentujących inne francuskie instytucje, ale także regionalne zawody, kiedy tylko poczciwy Lombard znalazł jakiś pretekst, by zabrać na nie swoich chłopców.

„Jego chłopcami” byliśmy zasadniczo ja i Julien, plus około dwudziestu poborowych, którzy zmieniali się w ciągu kolejnych lat, a dołączali do nas nie tyle z powodu talentu czy miłości do roweru, ile przerw w szkoleniach i drobnych przywilejów, jakie Lombard oferował ochotnikom. Julien był dobrym kolarzem, z czasem mógłby zostać zawodowcem w jakimś mniejszym zespole, gdyby po zakończeniu służby wojskowej nie doścignęła go przeszłość w marsylskiej mafii. Wykazywał właściwy instynkt na szosie, odznaczał się niesamowitą odpornością na ból i dawał z siebie wszystko na podjazdach – tyle wystarczyło. Sam też nie potrzebowałem niczego więcej, żeby stawać na podiach. Wchodziłem na nie tyle razy, że w końcu nie cieszyło to już nikogo poza Lombardem. Jako dwudziestodwulatek często gościłem na łamach lokalnej prasy pod ksywą Hannibal. Początkowo nie rozumiałem aluzji do marszu starożytnego kartagińskiego wodza, który na czele wojska przeprawił się na słoniu przez Pireneje i Alpy, by zaatakować Rzym. Z czasem polubiłem to przezwisko, choć przez pierwsze miesiące obrażałem się, kiedy mnie tak nazywano; nie podobało mi się porównanie mojego szybkiego roweru do gruboskórego wierzchowca Kartagińczyka. Postanowiłem nawet wytatuować sobie na karku małego smoka, symbol naszego pułku, z nadzieją, że dzięki temu uniknę skojarzenia ze słoniami. Za to Lombard był zachwycony; bez przerwy nazywał mnie Hannibalem, jakby mówił o jakiejś legendzie.

Po upływie czterech lat pułkownik był zmuszony pozwolić mi odejść, niepocieszony, ale dumny ze swojego dzieła. Wcześniej jednak załatwił mi miejsce w belgijskiej drużynie Ventoux, legendarnej wylęgarni zawodowców. Nie wiem, w którym momencie postanowiłem zająć się zawodowo kolarstwem; wiedziałem już, że to kariera naznaczona dyscypliną i bólem zadawanym samemu sobie. Może zadecydowało zdanie, które wypowiedział mój ojciec, kiedy po zakończeniu służby wróciłem do jego alpejskiego ustronia. „Nie nadajesz się nawet do koszar” – oznajmił, gdy ponownie zapukałem do jego drzwi. Prawdopodobnie myślał, że pójdę w jego ślady i zostanę wysokim rangą oficerem, kiedy dowiedział się, że już kilka tygodni po przyjeździe do Perpignan awansowałem na kaprala żandarmerii. Jego słowa ostatecznie mnie przekonały: w tym momencie postanowiłem, że któregoś dnia wjadę do Paryża w żółtej koszulce. Minęło ponad dziesięć lat, a prasa nadal nazywa mnie Hannibalem, chociaż nie udało mi się wygrać żadnego etapu w Pirenejach, nie mówiąc już o miejscu na podium w którymś z wielkich wyścigów.

Tour de France, etapy 1–6

O seksie nawet nie będę wspominał – powiedział Giraud, nasz dyrektor sportowy, na zakończenie pogadanki na temat strategii, którą wygłosił w autokarze wiozącym nas do holenderskiego Utrechtu, gdzie mieliśmy rozpocząć pierwszy etap Tour de France. Było to zalecenie czysto retoryczne, niemal żart. Żaden z nas nie zaryzykowałby dla jednej upojnej nocy wyścigu, do którego przygotowywaliśmy się miesiącami: głównym warunkiem dotarcia do Paryża trzy tygodnie później było umiejętne rozłożenie zmęczenia. Kiedy tracisz sześć tysięcy kalorii dziennie bez możliwości ich odzyskania, seks jest ostatnią z twoich potrzeb.

Jedyną osobą, która zdawała się tego nie rozumieć, była Stevlana. Dziewczyny i żony nie są mile widziane podczas touru, a już najmniej mile widziana była partnerka Steve’a, supermodelka niemal równie sławna jak on. Ku jego zakłopotaniu Rosjanka postanowiła zatrzymać się w Utrechcie w drodze do Londynu, żeby zrobić niespodziankę swojemu rycerzowi i życzyć mu powodzenia.

Nieco wcześniej na mojej komórce wyświetliło się imię Steve’a. Nie odpowiedział na moje powitanie – chciał tylko, żebym usłyszał głos Stevlany. Zrozumiałem, w czym rzecz, i pospieszyłem mu na ratunek. Wiedziałem, że są jeszcze w jego pokoju. Zapukałem do drzwi i krzyknąłem, że zostaliśmy wytypowani do testów antydopingowych, które zostaną przeprowadzone u mnie. Otworzyła Stevlana; udałem, że jej widok mnie zaskoczył.

– Przecież dopiero przyjechałam, Stevie – zaprotestowała. – Hannibal, nie rób mi tego.

– To nie ma nic wspólnego z tobą, Stevie – bronił się Steve skruszonym tonem. Tak się do siebie zwracali. Inni kolarze przedrzeźniali parę, ale moim zdaniem większość chciała po prostu ukryć, że zazdroszczą Steve’owi spektakularnych cycków Rosjanki. Stevlana ogólnie sądziła, że wszystko, co się dzieje, ma związek z jej osobą, nawet antydoping, utrapienie wymyślone wyłącznie po to, żeby zepsuć jej rundę porannego seksu z kochankiem. Rozpięta bluzka nie pozostawiała wątpliwości, co im przerwałem. Zanim Steve skończył się ubierać, jego dziewczyna rzuciła posłańcowi kilka morderczych spojrzeń. Nigdy mnie nie lubiła. A jeszcze mniej Fionę, moją partnerkę, szefową mechaników z UCI, Międzynarodowej Unii Kolarskiej. Nieliczne kolacje, na które poszliśmy we czworo, przypominały stypę. Obie kobiety nie mogły bardziej się różnić, co Stevlana starała się unaocznić Steve’owi: pod pretekstem udzielania Fionie rad dotyczących poprawy wyglądu wyśmiewała się z jej kanciastych ruchów, niesfornych loków, twardych, grubych ud sprinterki na sto metrów – którą nie była – i wiecznie umazanych smarem, pokrytych odciskami dłoni.

Już sama droga Fiony do stanowiska szefowej inspektorów technicznych UCI była nietuzinkowa. Jej ojciec, rodowity Irlandczyk, przez trzydzieści lat nadzorował mechaników w najlepszych zawodowych drużynach. Był legendą o reputacji, której ślepo ufali wszyscy kolarze. Kiedy Fiona miała dziesięć lat, zmarła jej matka i ojciec włączył córkę do zespołu pomocników; pracownicy i ludzie z zewnątrz przyzwyczaili się do widoku rudowłosej dziewczynki, która stale towarzyszyła ojcu i podawała mu narzędzia niczym asystująca chirurgowi pielęgniarka. Z czasem stała się przedłużeniem roweru: jej uszy i dłonie były w stanie ocenić idealny ruch łańcucha i wyłowić niemal niesłyszalne tarcie, które mogłoby oznaczać utratę jednej tysięcznej sekundy na kilometr. Sława ojca, wręcz legendarna w kolarskich kręgach, rozciągnęła się na jego córkę, zwłaszcza kiedy Irlandczyk skończył siedemdziesiąt lat i postanowił przejść na emeryturę. Rudowłosa dziewczynka była już wtedy seksbombą, mimo silnych ramion i pleców szerszych niż u większości chuderlawych zawodników; amazonką o żywym temperamencie, oszczędną w słowach, stanowiącą obiekt pożądania i postrach dla wielu kolegów i zawodowców, zwłaszcza teraz, kiedy dowodziła oddziałem inspektorów pilnujących przestrzegania pakietu skomplikowanych regulacji technicznych.

Fiona z reguły automatycznie przytakiwała docinkom Stevlany. Czasami, kiedy Rosjanka stawała się wyjątkowo natarczywa, spoglądała na nią z zainteresowaniem, jakim mogłaby obdarzyć ufoludka. Tak naprawdę starania modelki, żeby zwrócić na siebie uwagę, były w pełni zrozumiałe: cała nasza trójka żyła z rowerów i dla rowerów. I chociaż Steve’a i Fionę łączyła jakaś burzliwa przeszłość i ledwie się tolerowali, podczas tych spotkań przy stole potrafiliśmy toczyć długie, zażarte dyskusje na temat wyższości określonego rodzaju pedałów czy najlepszego sposobu na podjazd pod napawającą strachem przełęcz Tourmalet.

Oczywiście łatwo było wytłumaczyć, dlaczego tych dwoje jest razem: ona była modelką prezentującą bieliznę, on jednym z najsłynniejszych kawalerów jet setu. Miałem jednak wrażenie, że na obojgu ciąży też presja prasy, sponsorów, a przede wszystkim fanów, którzy nie wyobrażali sobie, żeby ich idol spotykał się z kimś innym niż celebrytka. Ulga, z jaką Steve wyszedł ze swojego pokoju, żeby udać się do mnie, kolejny raz potwierdziła moje podejrzenia. Zaczynał się Tour de France i na zewnątrz, na ulicach Utrechtu, kolarski świat wprost kipiał z podekscytowania i napięcia. Spędziliśmy ranek zamknięci w moim pokoju, komentując przebieg trasy i szanse na to, że za trzy tygodnie Steve wjedzie do Paryża w żółtej koszulce lidera. W południe, kiedy wreszcie powiedziano nam, że Stevlana pojechała do Amsterdamu, żeby zdążyć na samolot, poszliśmy na lunch z resztą zespołu, przebraliśmy się i wsiedliśmy do autokaru, by wysłuchać kolejnych napomnień naszego dyrektora sportowego.

W tym momencie pragnęliśmy już tylko, żeby przeklęty wyścig wreszcie się zaczął: mieliśmy za sobą wiele miesięcy przygotowań, rekonesansu trasy, drakońskiej diety nieidącej w parze ze smakiem. Napięcie towarzyszące odliczaniu ostatnich godzin opada dopiero wtedy, kiedy kolarz wyjeżdża na szosę i zamyka się w autystycznej bańce, jaką narzuca rower.

Jak co roku, moje zadanie polegało głównie na tym, żeby nie wygrać: byłem tu po to, żeby pomóc zwyciężyć Steve’owi. Jestem gregario – za to najlepszym w całym peletonie. Przez dwadzieścia jeden dni miałem chronić Steve’a przed rywalami, bocznym wiatrem, głodem, pragnieniem, wypadkami i wybojami, a przede wszystkim przed wysokimi górami, gdzie przeciwnicy mogliby zdobyć nad nim przewagę. Jestem jak lokomotywa, która ma dociągnąć Steve’a do ostatniego kilometra przed szczytem, tak żeby stracił jak najmniej energii, choćbym ja sam miał się umordować i wylądować na jednym z końcowych miejsc. W ostatnich latach byliśmy najlepszą kolarską parą, chociaż tylko on wchodził na podium.

Tour rozpoczął się od krótkiej jazdy indywidualnej na czas, podczas której Steve nie potrzebował niczyjej pomocy; jest mistrzem świata w tej konkurencji. Jednak w kolejnych dniach nasze prognozy zaczęły brać w łeb. Szybko zrozumieliśmy, że w tym roku będzie inaczej niż w poprzednich latach, chociaż jeszcze nie domyślaliśmy się dlaczego. Teoretycznie pierwszy tydzień wyścigu jest tylko rozgrzewką i oknem wystawowym drużyn i zawodników: peleton pokonuje praktycznie razem długie trasy po płaskich szosach Belgii i północnej Francji i wjeżdża na metę tuż za sprinterami rywalizującymi na ostatnich metrach. Prawdziwą walkę zostawia się na drugi i trzeci tydzień, kiedy straszliwe podjazdy w Pirenejach i Alpach dziesiątkują zawodników i wyłaniają najlepszych kolarzy.

Jednak tym razem do pierwszych ubytków doszło jeszcze przed rozpoczęciem touru: dwa wypadki i jedno pechowe zdarzenie wyeliminowały pierwszego, nieoficjalnego dnia wyścigu kilku ważnych zawodników z peletonu, który podczas prologu liczył stu dziewięćdziesięciu ośmiu kolarzy. Nikogo to nie zaniepokoiło. Przywykliśmy do tego, że na szosie ostatnie słowo należy do losu: niefortunnie przebita dętka, kolega, który traci równowagę i ciągnie cię za sobą na asfalt, kibic, który wbiega na szosę, grypa, która obraca wniwecz miesiące przygotowań. Uważaliśmy za naturalne, że raz na kilka lat trafia się annus horribilis, przeklęta edycja Tour de France; po pierwszych czterech etapach zaczęliśmy jednak podejrzewać, że ten rok może być najgorszy ze wszystkich.

Wśród zawodników panowało niecodzienne napięcie. Szanse na podium w Paryżu mieli Anglik Peter Stark, Kolumbijczyk Óscar Cuadrado i mój amerykański kolega Steve Panata. W ciągu ostatnich lat na przemian wygrywali najważniejsze wyścigi, dzięki ich zażartej rywalizacji ludzie zaczęli się pasjonować kolarstwem. Tłumy fanów z entuzjazmem śledziły walkę o zwycięstwo pomiędzy trzema zawodnikami, którzy mieli przejść do historii. Stark, Cuadrado i Panata postanowili, że tegoroczny Tour de France rozstrzygnie wreszcie, który z nich jest najlepszym kolarzem ich pokolenia. Dziennikarze, kibice i sponsorzy tylko podgrzewali atmosferę. Organizatorzy liczyli na rekordową oglądalność, w związku z czym zaplanowali iście diabelską trasę. Brukowany odcinek trzeciego etapu był piekłem w czystej postaci. Jazda po kostce z prędkością pięćdziesięciu kilometrów na godzinę dosłownie miażdży ci jaja, przy każdym podskoku czujesz, jakby ktoś dźgał cię nożem w nogi, dostajesz skurczów w rękach. To nie paryskie płytki wygładzone kołami tysięcy przejeżdżających samochodów, ale prawdziwe kocie łby pokrywające wiejskie drogi, wąskie i mało uczęszczane. Najgorszy był jednak czwarty etap – odcinek między Seraing i Cambrai. Opuszczaliśmy Belgię w męczarniach; deszcz, który padał nieubłaganie przez cały dzień, zamienił trasę w prawdziwe pole minowe.

Jedynym sposobem na to, by uniknąć upadku podczas zbiorowej kraksy, jest jazda na czele peletonu. Moim zadaniem na ten dzień było umieszczenie tam Steve’a za wszelką cenę. Problem w tym, że na takich odcinkach pozostałych dwustu zawodników stara się zrobić dokładnie to samo, przez co wąskie drogi zamieniają się w lejki. Próba wyprzedzenia innego kolarza w takich warunkach doprowadza do karambolu, złamanych obojczyków i rąk oraz wstrząśnień mózgu.

Drużyny nasza, Cuadrado i Starka – w sumie dwudziestu siedmiu kolarzy, dziewięciu z każdego zespołu – wyszły cało z tej rzezi dzięki cichej współpracy; wysunęliśmy się na czoło peletonu i zablokowaliśmy drogę, żeby reszta zawodników nie przeszkadzała naszym liderom. Na tych początkowych etapach nie rywalizowaliśmy między sobą – po prostu staraliśmy się przeżyć. Mimo to nie mogłem pozostać obojętny na to, co działo się za moimi plecami: co rusz zajeżdżałem drogę któremuś z kolegów, broniąc swojej pozycji zębami i pazurami, i – wybacz mi, Boże – skazując go na zmiażdżenie przez lawinę rowerów, nóg i rąk towarzyszącą każdemu upadkowi.

Ten czwarty odcinek był najgorszy, co wcale nie oznacza, że w pozostałe dni obeszło się bez dramatów. Pod koniec szóstego okazało się, że odpadło już w sumie pięćdziesięciu dwóch kolarzy – rekordowa liczba na tym etapie wyścigu. Większość przypisywała prześladującego nas pecha przeznaczeniu. Dzień później miałem odkryć, że gwiazdy czy coś innego, co przesądza o naszych losach na szosie, nie wyjaśniają wszystkich tych tragedii. Chyba że jedną z metod, do których ucieka się przeznaczenie, jest morderstwo.

Etap 7

Mój syn wsiadł na rower w wieku czterech lat – pochwalił się Murat, umięśniony sprinter z Fonaru, naszej drużyny.

– W takim razie musi być już bardzo daleko – zażartował Steve, nikt jednak nie roześmiał się z jego dowcipu, który w dodatku nie był nowy. Poczucie humoru mojego przyjaciela nie pomaga w przełamywaniu lodów – zresztą nie pomaga w łamaniu niczego, oprócz cudzych szczęk i nosów.

Jedliśmy kolację w hoteliku na obrzeżach Rennes, wyczerpani po zakończeniu siódmego etapu. To był kolejny dołujący dzień, deszczowy i obfitujący w wypadki. Nikt nie miał specjalnej ochoty na żarty. Zresztą nabijanie się z Murata jest niebezpieczne dla zdrowia: jego uda i plecy są równie imponujące jak jego wybuchy wściekłości.

Ale Steve już taki był, nieświadomy zagrożeń, obojętny na odczucia innych. Tylko ja wiedziałem, że jego skłonność do zadawania bólu była bezwiedna. Tak naprawdę nie miał w sobie za grosz podłości; na swój sposób był wręcz niezwykle wspaniałomyślny. Niejeden nasz kolega zawdzięczał karierę czy nowy kontrakt spontanicznej pochwale opublikowanej przez Steve’a na Twitterze (jego konto obserwuje ponad milion użytkowników) albo rzuconej podczas jednego z niezliczonych wywiadów, którymi zamęczała go prasa. Z czasem doszedłem do wniosku, że jego brak zrozumienia dla obaw i niepewności, które dręczyły innych zawodników, wynikał z przekonania, iż pozostali bawią się równie dobrze jak on. Dzięki niemu mógł bez wyrzutów sumienia wieść swoje uprzywilejowane życie.

Przy stole zapadła cisza, przerwana odgłosem spadającego na talerz widelca Murata. Dopiero wówczas do Steve’a dotarło, że złamał jedną z licznych niepisanych reguł, których nawet nie próbował sobie przyswoić. Jak zawsze, kiedy wpadał w tarapaty, poszukał mnie wzrokiem z nadzieją, że z uśmiechem wyjaśnię pozostałym, iż jego komentarz to tylko niewinny żart, a nie drwina z syna naszego kolegi. A ja, jak zawsze, zrobiłem znacznie więcej, niż ode mnie oczekiwał.

– Tak, chłopak zajdzie daleko; podczas ostatniego treningu jechał za nami na jednym z odcinków i prawie nas dogonił, pamiętacie? Wreszcie jest szansa, że w branży pojawi się jakiś przystojny Murat. – Teraz owszem, niektórzy koledzy siedzący przy stole wybuchnęli śmiechem. Potężny Katalończyk nosił ksywę Bestia, którą zawdzięczał w równym stopniu nieforemnej, grubo ciosanej twarzy, co zaciekłym atakom na ostatnich metrach przed metą. Murat z dumą nosił swój przydomek.

Dziesięć minut później rozeszliśmy się do pokoi. Abstrahując od niefortunnego żartu mojego przyjaciela, wśród kolarzy panowała przygnębiająca atmosfera. Przejechaliśmy zaledwie jedną trzecią z niemal trzech tysięcy trzystu pięćdziesięciu kilometrów, które mieliśmy pokonać podczas tegorocznego wyścigu, tymczasem w ciągu tygodnia wskutek wypadków i skandali odpadło więcej zawodników niż podczas wszystkich dwudziestu jeden zeszłorocznych etapów.

Tego ranka ku ogólnemu zaskoczeniu został wyeliminowany Hiszpan Carlos Santamaría, oskarżony o stosowanie dopingu, choć uchodził za bojownika o czyste, honorowe kolarstwo. Dla wszystkich był to ogromny szok, tym bardziej że Santamaría, lider zespołu Astana, zajmował trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej.

Tylko Steve był w dobrym humorze. W ostatnich dniach jego szanse na wygraną wzrosły, niektóre z najlepszych zespołów osłabły. Zaproponował mi, żebyśmy się napili napoju energetycznego nazwanego jego imieniem i chwilę pogadali. Odpowiedziałem, że jestem wypluty, i ruszyłem w stronę windy. Wyczułem jego rozczarowanie: od pierwszych wspólnych zawodów wymienialiśmy uwagi na temat minionego dnia i wyzwań czekających nas w dniu następnym. Jeżeli tego nie robiliśmy, to dlatego, że Steve miał ciekawsze plany: na początku kariery kobiety, a w ostatnich latach spotkania z agentem i nowymi sponsorami. Postanowiłem, że tym razem to ja będę miał coś lepszego do roboty, nawet jeśli miałoby to być tylko zwalenie się na łóżko.

Jako jedyni z całego zespołu cieszyliśmy się przywilejem zakwaterowania w jednoosobowych pokojach, a to dzięki klauzuli w kontrakcie Steve’a, którą wielkodusznie rozciągnął na moją osobę. Odprowadził mnie wzrokiem, kiedy przecinałem lobby, po czym usunął mnie z myśli, jak robił ze wszystkim, co nie czyniło zadość jego życzeniom. Pewnie nawet nie zauważył, że wcale nie wsiadłem do windy.

– Panie Moreau, czy mógłby mi pan poświęcić kilka minut?

Na dźwięk tych słów serce zaczęło bić mi mocniej niż na stromym podjeździe czy po kilku godzinach pedałowania po szosie. Nie bez powodu: nikt nie zwracał się do mnie po nazwisku. Wytworny facet, który delikatnie dotykał mojego ramienia, jakby próbował uniemożliwić mi ucieczkę, nie wyglądał na reportera, któremu udało się zakraść do hotelu, ale na ucieleśnienie moich najgorszych koszmarów. Jego nienaganny garnitur i starannie przystrzyżony wąsik przywodziły na myśl urzędnika jakiejś instytucji, a w tych okolicznościach mogła nią być tylko budząca strach WADA, Światowa Agencja Antydopingowa.

Chociaż byłem pewien, że nie przyjmowałem żadnych zabronionych substancji, istniała możliwość, że badanie moczu sprzed kilku dni wykazało obecność nielegalnych środków. Mogłem przecież zażyć je nieświadomie, nie dało się też wykluczyć błędu popełnionego w laboratorium. Nie byłbym pierwszym zawodnikiem zdyskwalifikowanym z powodu zanieczyszczonej próbki. Pomyślałem o Carlosie Santamaríi i wyobraziłem sobie moje nazwisko na pierwszych stronach porannych gazet.

– Słucham – odparłem, szykując się do obrony, i odruchowo odsunąłem rękę, by zdystansować się od tego, co mnie czeka.

– Moglibyśmy porozmawiać w sali kominkowej, sierżancie Moreau? Nie zajmę panu dużo czasu. – Tak naprawdę nigdy nie zaszedłem wyżej niż do stopnia kaprala, ale nie miałem zamiaru wyprowadzać go z błędu. Obok lobby rzeczywiście znajdowała się niewielka salka oświetlona słabym blaskiem sztucznego kominka, chociaż na zewnątrz było dwadzieścia osiem stopni. Hotele na trasie nie są szczytem ani luksusu i wygody, ani dobrego gustu.

Szedłem za nim w najdalszy kąt sali, jakbym wchodził do pułapki. Nawiązanie do wojskowej przeszłości rozbudziło moją ciekawość, ale nie rozwiało obaw.

– Pozwoli pan, że się przedstawię: komisarz Favre. – Wypowiadając te słowa, machnął mi przed oczami legitymacją zręcznym, tysiące razy powtarzanym ruchem. – Oczywiście jestem również fanem pańskich sportowych dokonań – dodał z ukłonem.

Jego słowa, ale przede wszystkim jego pochlebczy ton sprawiły, że moja ciekawość zaczęła brać górę nad strachem. Nie wyglądał na kogoś, kto zamierza aresztować mnie za doping, choć nie mogłem wykluczyć, że chce mnie przesłuchać w związku z obiegiem niedozwolonych substancji w środowisku kolarskim. To, co powiedział chwilę później, jedynie potwierdziło moją teorię.

– Potrzebujemy pańskiej pomocy, sierżancie. Proszę sobie wygodnie usiąść.

Zająłem niewielką kanapę – czułem się tak komfortowo, jakbym siedział na fotelu dentystycznym. Komisarz nadal uparcie promował mnie w wojskowej hierarchii; bez słowa przyjąłem ten awans, uznawszy, że jeśli mam kłopoty, lepiej być sierżantem niż kapralem.

– Nie mogę panu pomóc w kwestii dopingu. Jestem czysty, trzymam się z daleka od wszystkich i wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z tym gównem. Powinien pan to wiedzieć.

– To nie to gówno nas martwi, ale inne, znacznie bardziej szkodliwe. – Przerwał, przysunął twarz do mojej i dodał niemal szeptem: – Jest wśród was morderca. – Wyprostował plecy, obserwując moją reakcję.

Musiałem go rozczarować, bo nie zdobyłem się na żadną. To, co powiedział, było tak absurdalne, że mój mózg nie zdołał tego przyswoić; przynajmniej nie od razu. W świetle sztucznego kominka dostrzegłem natomiast błysk pomady na jego cienkim wąsiku wyrzeźbionym nad mięsistymi, wilgotnymi wargami. Pomyślałem, że niektóre kobiety uznałyby ten efekt za uwodzicielski, inne – za odrażający.

Zawiedziony moim milczeniem, przystąpił do wyjaśnień, jakby składał meldunek.

– Punkt pierwszy: Hugo Lampar, Australijczyk, najlepszy góral Locomotivu, dwa tygodnie temu został potrącony podczas treningu na opustoszałej drodze. Brak świadków, liczne złamania, musiał zrezygnować z udziału w tourze. Bez niego szanse Siergieja Talancóna są znikome, żeby nie powiedzieć zerowe. Punkt drugi: Hankel został napadnięty po zmroku kilka kroków od hotelu trzy dni przed rozpoczęciem wyścigu. Chociaż twierdzi, że nie stawiał oporu i od razu oddał portfel, jeden z napastników nie zadowolił się skromnym łupem. Ciosem pięści powalił go na ziemię i zmiażdżył mu kostkę tak, że do niczego się nie nadaje, przynajmniej przez jakiś czas. Nie był faworytem, ale po tym, jak w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat nieoczekiwanie zajął trzecie miejsce w Giro d’Italia, część prasy skłaniała się ku teorii, że jeśli tegoroczny Tour de France szykuje jakąś niespodziankę, będzie nią właśnie Niemiec. Punkt trzeci: Anglik Cunninham pokonał pierwszy etap w stanie zatrucia, nafaszerowany lekami przeciwhistaminowymi. On jako jedyny mógł rywalizować w jeździe na czas z pańskim kolegą Steve’em Panatą. Cunninham skończył trzy minuty później, przez co do końca touru nie będzie już stanowił zagrożenia. Lekarze nie rozumieją, dlaczego się rozchorował; jadł to samo co reszta drużyny i nie cierpi na żadne alergie. Punkt czwarty: kilka dni temu, w trakcie piątego etapu, dwóch „kibiców” wdarło się na drogę akurat w momencie, kiedy nadjeżdżał zespół Movistaru, udając, że chcą pomachać do kamery umieszczonej na motorze jadącym przed peletonem. Pomocnicy Cuadrado nie mieli szans, żeby zareagować: doszło do karambolu. Czterech zawodników musiało się wycofać z wyścigu, Kolumbijczykowi została połowa drużyny i prawie cały tour do przejechania. Okazało się, że faceci, którzy doprowadzili do kraksy, to pseudokibice z Marsylii, do tej pory niezainteresowani kolarstwem. Oni też trafili do szpitala, pojawiła się jednak ciekawa informacja: niedawno na konto jednego z nich wpłynęło osiem tysięcy euro.

Komisarz przerwał i obserwował, jak przyswajam sobie jego słowa. Żaden z tych wypadków nie był nowością ani dla mnie, ani dla reszty świata, choć do tej pory nie znałem szczegółów. Incydent z Movistarem wydawał się najbardziej niepokojący: bez połowy zespołu Óscar Cuadrado miał mniejsze szanse na zwycięstwo, a to zmieniało spojrzenie na cały wyścig. Jeżeli komisarz mówił prawdę i nie chodziło o wypadek, ktoś ingerował w historię kolarstwa.

Mimo to nie wierzyłem w teorię zamachu na Tour de France, a tym bardziej w to, że ktoś zamierza wykończyć kandydatów do podium. Wyścig był drogą krzyżową, która co roku pociągała za sobą ofiary, często w dramatycznych okolicznościach; my, zawodowcy, w końcu pogodziliśmy się z myślą, że niektóre lata szczególnie obfitują w tragedie, i to była właśnie taka edycja.

– Dziwny napad rabunkowy i kilka wypadków niekoniecznie muszą oznaczać spisek. Uczestniczę w Tour de France od dziesięciu lat i nie raz widziałem takie rzeczy, a nawet gorsze. Czy to nie przesada twierdzić, że jest wśród nas morderca?

– Jeszcze nie skończyłem – oznajmił triumfalnie komisarz i zrobił długą przerwę, rozkoszując się moją reakcją. – Dwie godziny temu znaleźliśmy ciało Saula Fleminga z podciętymi żyłami, pływające w wannie w jego pokoju; ten, kto starał się upozorować samobójstwo, odstawił straszną fuszerkę. To właśnie skłoniło nas do rozmowy z panem. – Tym razem komisarz osiągnął zamierzony efekt. Musiał dostrzec na mojej twarzy przerażenie, jakie poczułem na myśl o poczciwym Saulu utopionym we własnej krwi. Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, ale darzyliśmy się szacunkiem. Fleming był dopełnieniem Starka, tak jak ja jestem dopełnieniem Steve’a. Stoczyliśmy niezliczone bitwy koło w koło, osłaniając naszych czempionów. Na górskich etapach prowadziliśmy po cichu naszą własną rywalizację w obrębie rywalizacji ogólnej: kto posunie się dalej w obronie swojego lidera? Wzdrygnąłem się na myśl o tym, że Anglik już więcej nie rzuci mi wyzwania na podjeździe. Coś się nieodwracalnie zmieniło.

Moja druga myśl była bardziej trzeźwa, choć nie mniej straszna: bez Fleminga jego rodak Stark jest stracony. Znajdował się na piątej pozycji, dwadzieścia osiem sekund za Steve’em, ale liczył na to, że odrobi stratę na górskich etapach, które nas jeszcze czekały. Co prawda w górach radził sobie lepiej niż mój przyjaciel, ale tylko cud mógł sprawić, że pokona go bez pomocy potężnej lokomotywy, jaką był Fleming.

– Na pewno rozumie pan, dlaczego jest nam pan potrzebny, sierżancie.

– Nie, nie rozumiem. – Mój mózg zatrzymał się na obrazie wanny zbyt krótkiej, by pomieścić długie, chude ręce mojego rywala.

– Doszliśmy do wniosku, że mordercy albo morderców należy szukać wśród ekip uczestniczących w tourze; uderzyli z chirurgiczną precyzją, żeby mieć jak największy wpływ na wynik wyścigu.

– Każdy mógł to zrobić – zaprotestowałem. Trudno mi było uwierzyć, że któryś członek naszej niewielkiej wspólnoty targnął się na życie jednego ze swoich kolegów. Pomimo rywalizacji peleton był jak rodzina, do której należeli również mechanicy, lekarze, masażyści, kierownictwo i instruktorzy. – Każdy kibic wie, jacy są faworyci, zna ich mocne i słabe strony.

– Ależ proszę, sierżancie Moreau. Pan wie najlepiej, że żaden kibic nie ma dostępu do kuchni przygotowującej posiłki dla zespołu, do rowerów zawodników czy do wanny drużyny tak hermetycznej jak Batesman.

Tu akurat miał rację. W skład zespołu Starka i Fleminga wchodzili sami brytyjscy zawodnicy i pomocnicy. Pozostałe drużyny były jak małe ONZ, rekrutowały członków na wszystkich kontynentach, w przeciwieństwie do Batesmana, który przypominał wyspę, niemal bractwo. Nie bez powodu koledzy z innych zespołów nazywali ich „Brexitem”.

– Należałoby sprawdzić ludzi, którzy obstawiają zakłady, przy takich wyścigach w grę wchodzą fortuny – upierałem się, chociaż mój argument zabrzmiał mniej przekonująco, niżbym tego chciał. Mimo to nalegałem: – Także niektórzy sponsorzy kładą na szali milionowe inwestycje, które w zależności od wyniku mogą zakończyć się albo katastrofą, albo boomem.

– Nie odrzucamy żadnej z tych hipotez i już je badamy. Ale nawet jeżeli motyw jest zewnętrzny, nie ulega wątpliwości, że sprawców – a może także mózgu całej operacji – należy szukać wśród zawodników.

– Ale dlaczego ja?

– To oczywiste, sierżancie: w głębi duszy pozostał pan jednym z nas. Był pan w żandarmerii wojskowej. Osobiście przejrzałem pańskie akta i wiem, że zaliczył pan odpowiednie szkolenia z technik śledczych, a nawet rozwiązał w swoim czasie kilka spraw. – Położył na dzielącym nas stoliku teczkę z urzędową pieczęcią. Poprosiłem wzrokiem o pozwolenie, otworzyłem teczkę i przerzuciłem kilkanaście kartek, w większości wyblakłych wskutek upływu czasu.

Akta miały mi pewnie udowodnić, że jestem nie tylko kolarzem, ale także francuskim funkcjonariuszem. Niemniej jedyną rzeczą, którą odnotowałem, był upływ czasu. Moje dokumenty przedstawiały różne warianty śniadej twarzy o niebieskich oczach, otoczonej kręconymi włosami, wspomnienie z życia, które wiodłem, zanim zawładnął nim rower.

Próbowałem sobie przypomnieć trzy-, czterodniowe seminaria w Paryżu, w których uczestniczyłem dwanaście lat wcześniej wraz z innymi żandarmami i policjantami z prowincji, ale udało mi się odgrzebać w pamięci tylko kilka mglistych pojęć z dziedziny balistyki i medycyny sądowej spowitych papierosowym dymem. Pamiętałem za to Claude, drobną funkcjonariuszkę z Biarritz; rekompensowaliśmy sobie nudne biurokratyczne warsztaty sesjami, w trakcie których na własną rękę przerabialiśmy niektóre tematy z anatomii.

– Śmieszy to pana, sierżancie?

Wyraz, jaki przybrała moja twarz w związku z tym miłym wspomnieniem, nie umknął uwadze komisarza. Przyglądał mi się jak mechanik kręcący kołem roweru w poszukiwaniu niemal niedostrzegalnej usterki; pomyślałem, że wcale mu się nie uśmiecha powierzanie śledztwa osobie spoza policji, i zrozumiałem, że to nie był jego pomysł. Prawdopodobnie szukał argumentów na potwierdzenie, że się do tego nie nadaję.

– Nie, to tylko przejaw bezsilności. Nie mam pojęcia, jak mógłbym pomóc, nawet jeżeli pańskie podejrzenia są trafne. Nie wiem, jak dobrze zna się pan na kolarstwie, ale udział w tourze jest wyczerpujący, i to nie tylko fizycznie. Wymaga pełnej koncentracji: nie sposób bawić się w detektywa, kiedy jedynym, na czym ci zależy, jest dożyć do kolejnego etapu.

– Dożyć do kolejnego etapu – powtórzył komisarz. – Ciekawy dobór słów, sierżancie Moreau. Właśnie takie pytanie sobie zadajemy: który z was nie dożyje następnego dnia. Na razie nie było ofiar w pańskiej drużynie, ale dopóki nie odkryjemy, kto za tym wszystkim stoi, pan i pańscy koledzy jesteście w niebezpieczeństwie.

Jego argument przyprawił mnie o dreszcz. Gdyby morderca chciał uderzyć w Steve’a zamiast w Starka, pewnie to ja wykrwawiłbym się w wannie. Spróbowałem przypomnieć sobie swoją pozycję w peletonie dwa dni wcześniej, kiedy pseudokibice zablokowali drogę Movistarowi: nasz zespół jechał na przedzie, gdy pokonaliśmy zakręt, usłyszeliśmy za plecami odgłos zderzających się rowerów. Chuligani z Marsylii nie dybali na nas. Mózg przeszyło mi złe przeczucie. Moje rozmyślania przerwało pojawienie się mężczyzny, który usiadł naprzeciwko komisarza, ale odezwał się do mnie.

– Hannibalu, potrzebujemy pana; to musi się skończyć – powiedział Sam Jitrik, człowiek, którego nie trzeba było przedstawiać. – Mam nadzieję, że komisarz wyjaśnił panu powagę sytuacji. Przeanalizowaliśmy argumenty policji i jesteśmy zdania, że ma rację: wypadki zostały sprowokowane – oznajmił główny szef Tour de France, święty patron całego tego cyrku, najważniejsza postać światowego kolarstwa. – Jeżeli to prawda, mamy do czynienia z największym zagrożeniem w dziejach touru. Do zakończenia wyścigu pozostały dwa tygodnie, ale władze mogą przerwać zawody, jeśli dojdzie do kolejnych zbrodni. W ciągu przeszło stu lat nie doświadczyliśmy czegoś takiego. – Każde ze zdań, wypowiadanych poważnym, głuchym głosem, przypieczętowywał niczym batuta dyrygenta jego długi palec wskazujący. Mimo swoich siedemdziesięciu dwóch lat Jitrik wyglądał imponująco, nawet kiedy siedział; należał do mężczyzn, którym – jak kultowym plakatom – służy upływ czasu.

– Można by wzmocnić ochronę, ograniczyć dostęp publiczności do szosy, pozamykać hotele, w których kwaterują drużyny – odparłem, nieświadomie starając się wytrącić mu broń z ręki. Mimo że brałem udział w tym wyścigu już od dziesięciu lat, pierwszy raz rozmawiałem z wielkim faraonem.

– Na nic się nie zda zamykanie od zewnątrz, jeśli sprawcy są w środku, nie uważa pan?

– I tylko pan może nam pomóc, jest pan oficerem francuskiej armii oraz jednym z najbardziej znanych i szanowanych zawodników – zawtórował mu Favre. – Nie moglibyśmy zaufać nikomu innemu. Informacje, które panu wyjawiliśmy, nie powinny przeniknąć dalej; to wzmogłoby czujność sprawców.

– Nie mówiąc już o uczcie, jaką miałaby prasa, i o panice, jaką by zasiała. Zagroziłoby to samym zawodom – powiedział Jitrik, po czym odchrząknął, ponownie uniósł palec i dodał podniosłym tonem: – W oczach świata Tour de France jest jedną z wielkich instytucji naszego kraju, a dla nas najważniejszą. Nie możemy dopuścić, żeby zamienił się w krwawą jatkę, musimy za wszelką cenę uniknąć skandalu. Jego ochrona jest sprawą wagi państwowej. Apeluję do pana sumienia jako Francuza, wojskowego, a przede wszystkim zawodowego kolarza.

Jitrik wzruszył się własnymi słowami i ja prawdopodobnie też bym się nimi wzruszył, gdybym nie był tak bardzo zaniepokojony. Chciałem mu powiedzieć, że nie jestem wojskowym ani nawet rodowitym Francuzem, że nie dopuszczam do siebie myśli, iż ktoś z wielkiej rodziny, do której należę, byłby gotów zamordować kolegę, żeby zmienić bieg wyścigu, ale zachowałem to dla siebie i przystałem na jego prośbę. Omówiliśmy plan na najbliższe dni, po czym każdy z nas poszedł w swoją stronę.

W normalnych warunkach byłaby to całkiem niezła noc; chwilowo zajmowałem dziesiątą pozycję w klasyfikacji generalnej, niezwykłe miejsce dla gregario. Nie mogłem jednak spać, chociaż zamknąłem drzwi na zasuwkę: obtłuczona wanna upstrzona niedoczyszczonymi plamami rdzy, którą odkryłem w łazience, była bohaterką skąpych snów, jakie nawiedziły mnie tej nocy.

Klasyfikacja generalna, etap 7

1

Rick Sagal

26:40:51

2

Steve Panata

+ 0:12

3

Siergiej Talancón

+ 0:13

4

Luis Durán

+ 0:26

5

Peter Stark

+ 0:28

6

Alessio Matosas

+ 0:34

7

Pablo Medel

+ 0:36

8

Milenko Paniuk

+ 0:52

9

Óscar Cuadrado

+ 1:01

10

Marc Moreau

+ 1:03

Etap 8

Coś cię martwi, Mojito? – powitała mnie Fiona, kiedy zasuwałem na rowerku stacjonarnym w ramach rozgrzewki przed kolejnym etapem. Było wiele powodów, dla których dało się kochać Fionę, ale nie należała do nich znajomość geografii. Nie wiedzieć czemu uznała, że mojito to kolumbijski napój, i kilka lat wcześniej obdarzyła mnie takim przydomkiem. Prywatnie nazywała mnie „Smokiem”, przy ludziach wolała jednak ksywę „Mojito”; wydawała jej się zabawniejsza. Na szczęście się nie przyjęła – w dodatku nie przepadam za tym drinkiem.

– Dlaczego tak myślisz? – Mój ostry, obronny ton zaskoczył mnie samego.

– Odkąd tu stoję, ani razu nie odwróciłeś się, żeby spojrzeć na potencjometr. Na nic ci taka rozgrzewka. – Fiona miała rację. Rutynowe przygotowanie wymaga skrupulatnego pedałowania zgodnie z techniką opracowaną indywidualnie dla każdego kolarza, polegającą na osiągnięciu co kilka minut określonej liczby watów. Pedałowanie bez kontrolowania mocy jest równoznaczne z marnowaniem energii.

– Zamyśliłem się. Od rana nie widziałem Fleminga; Brexit odwalił już dwie rundy na ergometrze, ale jego nie ma, a moja dzisiejsza strategia zależy od tego, co zrobi, żeby wypuścić Starka na prowadzenie. – Nie do końca skłamałem. Mimo tego, co usłyszałem poprzedniego wieczoru, przez cały ranek czekałem na Anglika, pragnąc, by wróciła normalność. Pojawienie się Fleminga oznaczałoby, że rozmowa z komisarzem była tylko koszmarem, okrutnym żartem albo czymś w tym rodzaju.

Fiona zawahała się, co nie było w jej stylu. Jako główna inspektorka nadzorująca zespoły i przebieg touru wiedziała niemal wszystko.

– Fleming nie wróci – ściszyła głos. – Prawdopodobnie dziś wieczorem organizatorzy wydadzą stosowne oświadczenie. Wczoraj w nocy przewieziono go do szpitala w stanie krytycznym. Wiem tylko tyle.

Moja mina musiała ją wystraszyć, bo zaskoczyła mnie, przeciągając dłonią po moich zgarbionych plecach. Zazwyczaj nie okazywała mi publicznie czułości, chociaż wszyscy wiedzieli, że jesteśmy kochankami. A raczej – i powinienem się z tym pogodzić – że Fiona wybrała mnie na kochanka.

– Zajrzyj wieczorem do kampera, to pogadamy. I nie pozwól, żeby wpłynęło to na twoją jazdę w wyścigu. – Tym razem delikatnie ścisnęła dłonią moją szyję. Spojrzałem na potencjometr: wskazywał sześćset osiemdziesiąt watów, wartość osiąganą raczej przy końcowym sprincie niż przy stopniowej rozgrzewce.

Fiona wiedziała więcej. Ale nie zamierzała mi o tym mówić na kilka minut przed startem. Dzisiejsza trasa, o długości stu osiemdziesięciu jeden kilometrów, była w większości płaska, ale niepozbawiona niebezpieczeństw. Nie spodziewaliśmy się ataków ze strony liderów, którzy oszczędzali siły na góry, jednak odcinki takie jak ten, kiedy peleton do końca pedałuje razem, najbardziej sprzyjają karambolom.

Moje zadanie polegało na utrzymaniu zespołu na przedzie i udaremnianiu ucieczek kolarzy z pierwszej piętnastki. Gdyby któremuś udał się odjazd, czekałby mnie morderczy pościg i spokojny etap mógłby zamienić się w koszmar.