Morderców tropimy w czwartki - Richard Osman - ebook

Morderców tropimy w czwartki ebook

Richard Osman

3,8

22 osoby interesują się tą książką

Opis

Ciepła, pełna niewymuszonego humoru i ironicznego brytyjskiego dowcipu komedia kryminalna z uroczymi bohaterami, których nie sposób nie polubić.

Znakomite połączenie klasycznej intrygi kryminalnej z zabawną komedią, powieść pogodna, wzruszająca i nieodparcie optymistyczna.

Drżyjcie, łotry! Czwórka seniorów z Czwartkowego Klubu Zbrodni wkracza do akcji!

W luksusowej wiosce dla seniorów czwórka pozornie niedobranych przyjaciół tworzy Czwartkowy Klub Zbrodni. Łączy ich zamiłowanie do rozwiązywania kryminalnych zagadek.

Jego członkowie: Joyce, Elizabeth, Ron i Ibrahim co tydzień omawiają przypadki morderstw, których nie udało się w przeszłości wyjaśnić policji.

Kiedy zostaje zabity miejscowy deweloper, detektywi amatorzy trafiają w sam środek śledztwa, które tym razem toczy się tu i teraz. Wreszcie mają szansę się wykazać. To nic, że zbliżają się do osiemdziesiątki.

Czy ten niekonwencjonalny, lecz błyskotliwy zespół detektywów zdoła schwytać zabójcę, nim będzie za późno?

"Świetna komedia kryminalna z czwórką brytyjskich emerytów w roli detektywów. Na pewno polubiliby się z bohaterką moich książek"
Jacek Galiński, autor powieści "Kółko się pani urwało"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: The Thursday Murder Club

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka, Beata Kozieł

© 2020 by Richard Osman. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2020

© for the Polish translation by Anna Rajca-Salata

ISBN 978-83-287-1450-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

FRAGMENT

Mojej mamie, „ostatniej żyjącej Brendzie”, z miłością

Bardzo łatwo jest kogoś zabić. Dużo trudniej ukryć ciało. Na tym najczęściej się wpada.

Udało mi się jednak znaleźć dobre miejsce. Właściwie idealne.

Przyjeżdżam tu od czasu do czasu, aby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Zawsze jest i przypuszczam, że zawsze będzie.

Czasem wypalam wtedy papierosa. Wiem, że nie należy, ale to moja jedyna słabość.

CZĘŚĆ PIERWSZA Poznaj nowych ludzi i poszukaj nowych wrażeń

1 Joyce

Zacznijmy od Elizabeth, dobrze? I przekonajmy się, dokąd nas to zaprowadzi.

Oczywiście wiedziałam, kim jest. Wszyscy ją tu znają. Mieszka w jednym z czteropokojowych mieszkań w budynku Larkin Court. To ten na rogu, z drewnianymi tarasami. Kiedyś, podczas zgaduj-zgaduli, byłam w jednej drużynie ze Stephenem, który z wielu powodów jest trzecim mężem Elizabeth.

Po raz pierwszy podeszła do mnie przed dwoma czy trzema miesiącami. Właśnie jadłam lunch i musiał to być poniedziałek, bo podano zapiekankę pasterską. Eliza­beth przeprosiła, że przeszkadza mi podczas posiłku, i zapytała, czy nie mam nic przeciwko temu, aby zadała mi pytanie o rany kłute.

Odpowiedziałam: „Ależ skąd, bardzo proszę” albo coś w tym rodzaju. Od razu bowiem uprzedzam, że nie zawsze wszystko dokładnie pamiętam. Wtedy Elizabeth otworzyła żółtą teczkę na dokumenty. Zza kilku zadrukowanych stron wyglądały brzegi jakichś starych fotografii. Z miejsca przeszła do rzeczy.

Poprosiła, abym wyobraziła sobie dziewczynę, którą pchnięto nożem. Zapytałam, jaki to był nóż, a Elizabeth odparła, że zwykły, kuchenny. Od Johna Lewisa. Tego nie powiedziała, lecz taki nóż ukazał mi się wtedy przed oczami. Potem poprosiła, abym wyobraziła sobie, że dziewczynę ugodzono trzy lub cztery razy, tuż pod mostkiem. Cios za ciosem, paskudnie, ale nie przecinając arterii. Mówiła to wszystko półgłosem, bo ludzie jedli, a ona jednak przestrzega pewnych zasad.

Wyobrażałam więc sobie te rany kłute, a Elizabeth zapytała mnie, po jakim czasie dziewczyna wykrwawiłaby się na śmierć.

Swoją drogą powinnam dodać, że przez wiele lat byłam pielęgniarką, inaczej moja opowieść nie ma żadnego sensu. Elizabeth skądś się o tym dowiedziała, ona wszystko wie. W każdym razie dlatego zwróciła się do mnie. Pewnie zastanawialiście się, co ja tu wypisuję. Ale obiecuję, że jeszcze nabędę wprawy.

Pamiętam, że zanim udzieliłam odpowiedzi, dotknęłam lekko ust palcami, tak jak to czasem robią w telewizji. Mądrzej się wtedy wygląda, sami spróbujcie. Zapytałam, ile ta dziewczyna ważyła.

Elizabeth znalazła w teczce odpowiednią kartkę, przesunęła po niej palcem i odczytała, że ofiara ważyła czterdzieści sześć kilogramów. Wprawiło nas to w konsternację, bo nie wiedziałyśmy, jak przeliczyć kilogramy na normalne jednostki. Zdawało mi się, że to będą dwadzieścia trzy kamienie[1]. Czyli dwa do jednego. Choć podejrzewałam, że mogło mi się pomieszać z calami i centymetrami.

Elizabeth stwierdziła, że dziewczyna z pewnością nie ważyła dwudziestu trzech kamieni, ma w teczce zdjęcie jej zwłok. Postukała w tę teczkę palcem, po czym rozejrzała się po sali i powiedziała: „Czy ktoś mógłby zapytać Bernarda, ile to jest czterdzieści sześć kilogramów?”.

Bernard zawsze siedzi sam przy jednym z mniejszych stolików w pobliżu wyjścia na taras. Przy stoliku numer osiem. To, co teraz napiszę, nie ma związku ze sprawą, ale chciałabym wam opowiedzieć o Bernardzie.

Kiedy przeprowadziłam się do Coopers Chase, Bernard Cottle był dla mnie bardzo uprzejmy. Kupił mi sadzonkę klematisa i wyjaśnił zasady segregowania odpadów wtórnych. Mają tu cztery pojemniki w różnych kolorach. Cztery! Dzięki Bernardowi wiem, że zielone są na szkło, a niebieskie na tekturę i papier. Co do czerwonych i czarnych, to wciąż wiem na ten temat tyle co wy. Spacerując po osiedlu, widziałam już w nich najróżniejsze rzeczy. Do jednego ktoś kiedyś wyrzucił faks.

Bernard jest profesorem, specjalistą w dziedzinie jakichś nauk ścisłych, i pracował w wielu miejscach na świecie. Jeździł nawet do Dubaju, zanim jeszcze ktokolwiek słyszał o tym mieście. Jak można się było spodziewać, przebrał się do posiłku w garnitur i koszulę z krawatem, czytał jednak tabloid. Kiedy siedząca przy sąsiednim stoliku Mary z budynku Ruskin Court zapytała go, czy wie, ile wynosi czterdzieści sześć kilogramów w przeliczeniu na nasze, Bernard skinął głową i zawołał do Elizabeth:

– Siedem kamieni przecinek dwa z kawałkiem.

Taki właśnie jest Bernard.

Elizabeth podziękowała i powiedziała, że brzmi to prawdopodobnie, a Bernard wrócił do swojej krzyżówki. Ja zaś sprawdziłam potem centymetry i cale i okazało się, że przynajmniej jeżeli o nie chodzi, miałam rację.

Następnie Elizabeth zapytała mnie, jak długo dziewczyna pchnięta kuchennym nożem mogła przeżyć. Odparłam, że jeśli nikt nie udzielił jej pomocy, zapewne około czterdziestu pięciu minut.

– To dość długo – stwierdziła i zadała mi kolejne pytanie. – A gdyby dziewczyna otrzymała pomoc medyczną? Nie od lekarza, ale od osoby, która potrafi założyć opatrunek. Bo, na przykład, służyła wcześniej w wojsku. Od kogoś w tym rodzaju.

Swojego czasu widziałam wiele ran kłutych. Nie zajmowałam się wyłącznie skręconymi kostkami. Wyjaśniłam więc, że, no cóż, wtedy wcale by nie umarła. Bo to prawda. Nic przyjemnego być pchniętym nożem, ale takie rany łatwo opatrzyć.

Elizabeth pokiwała głową i oznajmiła, że dokładnie to samo powiedziała Ibrahimowi. Wtedy jeszcze nie znałam Ibrahima. Jak już mówiłam, wszystko to wydarzyło się przed kilkoma miesiącami.

Elizabeth uważała, że coś tu nie gra i że dziewczynę zamordował jej chłopak. Takie rzeczy nadal często się zdarzają. Można o tym przeczytać w gazetach.

Zanim przeprowadziłam się do Coopers Chase, pewnie uznałabym tę rozmowę za niezwykłą, ale gdy pozna się tutejszych mieszkańców, nie wydaje się ona wcale osobliwa. W zeszłym tygodniu rozmawiałam z panem, który wynalazł lody miętowe z kawałkami czekolady, a przynajmniej tak twierdzi. Naprawdę nie mam możliwości, aby to sprawdzić.

Ucieszyłam się, że pomogłam trochę Elizabeth, i uznałam, że wobec tego też mogę ją o coś poprosić. Zapytałam, czy pozwoli mi obejrzeć zdjęcie zwłok. Z czysto zawodowej ciekawości.

Elizabeth rozpromieniła się, tak jak inni tutejsi mieszkańcy, kiedy ktoś prosi ich o pokazanie zdjęć z uroczystości wręczenia wnukom dyplomów. Wyjęła z teczki odbitkę w formacie A4, położyła przede mną obrazkiem do dołu i oznajmiła, że mogę ją zatrzymać, bo każdy ma już swój egzemplarz.

Powiedziałam, że to bardzo miło z jej strony, a ona odparła „drobiazg” i zapytała, czy może mi zadać jeszcze jedno, ostatnie pytanie.

– Oczywiście – odparłam, a pytanie brzmiało:

– Masz czas we czwartki?

I wtedy właśnie, uwierzcie lub nie, po raz pierwszy usłyszałam o czwartkach.

2

Posterunkowa Donna De Freitas ma dwadzieścia sześć lat i pragnie nosić broń. Chciałaby ścigać seryjnych morderców po opuszczonych magazynach i doprowadzać sprawy do końca, pomimo że właśnie postrzelono ją w ramię. Mogłaby też nabrać upodobania do whisky i wdać się w romans z partnerem.

Na razie jednak jest kwadrans przed południem, a ona zasiada do lunchu wraz z czwórką poznanych właśnie emerytów i ma świadomość, że na realizację swoich planów długo jeszcze poczeka. Poza tym musi przyznać, że przez ostatnią godzinę całkiem dobrze się bawiła.

Pogadankę „Bezpieczeństwo w domu – porady praktyczne” Donna wygłaszała już wiele razy. Dziś czekała na nią zwyczajna publiczność – staruszkowie, koce na kolanach, darmowe herbatniki i kilku drzemiących z tyłu szczęśliwców. Za każdym razem rady Donny brzmią tak samo. Podkreśla absolutną konieczność założenia blokad okiennych, namawia do sprawdzania legitymacji przybyszów i ostrzega przed podawaniem danych osobowych przez telefon. Sama zaś stara się wyglądać jak uosobienie spokoju w przerażającym świecie. Zna swoje obowiązki, a że przy okazji ma pretekst, by uciec od przewracania papierków w komisariacie, chętnie zgłasza się na ochotnika. Komisariat policji w Fairhaven to miejsce bardziej senne, niż Donna jest w stanie znieść.

Dzisiaj trafiła do Osiedla dla Seniorów Coopers Chase. Miejsce wydało się jej dosyć bezpieczne. Otoczone bujną zielenią, ciche i spokojne. Po drodze zauważyła miły pub, w którym zamierzała zjeść lunch, kiedy będzie wracała. Zakładanie podwójnego nelsona seryjnym mordercom na motorówkach na razie będzie musiało zaczekać.

– Bezpieczeństwo – zaczęła Donna, choć tak naprawdę zastanawiała się właśnie, czy nie zrobić sobie tatuażu. Delfin w dole pleców? A może to zbyt banalne? I zbyt bolesne? Pewnie tak, ale ostatecznie jest przecież policjantką. – Co rozumiemy przez „bezpieczeństwo”? Zapewne dla każdego z nas oznacza ono coś innego…

W pierwszym rzędzie wystrzeliła w górę czyjaś ręka. Dość nietypowe zachowanie, ale cóż robić… Nienagannie ubrana dama po osiemdziesiątce chciała zabrać głos.

– Kochanie, mamy nadzieję, że nie będziesz opowiadać nam o blokadach okien – poprosiła i rozejrzała się wokół przy wtórze potakujących szmerów.

Następnie odezwał się wsparty na balkoniku dżentelmen w drugim rzędzie.

– I, jeśli można prosić, żadnych legitymacji. Wiemy o legitymacjach. „Pan z gazowni? A może jest pan włamywaczem?” Słyszeliśmy już o tym, przysięgam.

W sali rozgorzała dyskusja.

– To się już nie nazywa Gazownia. Tylko Centrica – oznajmił pan w dobrze skrojonym trzyczęściowym garniturze.

Siedzący obok mężczyzna w szortach, klapkach i koszulce z logo klubu West Ham United skorzystał z okazji, by wstać i pogrozić palcem w nieokreślonym kierunku.

– Zawdzięczamy to Thatcher, Ibrahimie. Kiedyś te spółki należały do nas.

– Siadaj, Ron – przerwała mu elegancka dama, po czym spojrzała na Donnę, lekko pokręciła głową i dodała: – Przepraszam za niego.

Tymczasem wokół rozbrzmiewały nowe komentarze.

– I cóż to za przestępca, który nie potrafi nawet sfałszować legitymacji.

– Mam zaćmę. Mógłby mi pokazać kartę z biblioteki, i tak bym go wpuściła.

– Poza tym już nie sprawdzają liczników. Wszystko jest w sieci.

– W chmurze, kochanie.

– Ja tam nie mam nic przeciwko włamywaczom. Lubię gości.

W wymianie zdań na chwilę nastąpiła przerwa wypełniona atonalną symfonią gwizdów – jedni emeryci włączali aparaty słuchowe, a inni je wyłączali. Kobieta w pierwszym rzędzie znów objęła dowództwo.

– A zatem… swoją drogą mam na imię Elizabeth… bardzo prosimy, żadnych blokad i legitymacji. Nie musi nam też pani mówić, że nie wolno podawać numeru PIN Nigeryjczykom, którzy do nas dzwonią. Jeżeli wciąż wolno mi nazywać ich Nigeryjczykami.

Donna De Freitas zebrała siły. Nie myślała już o lunchu w pubie ani o tatuażach, tylko o kursie opanowywania zamieszek ulicznych, w którym uczestniczyła za dawnych dobrych czasów w południowym Londynie.

– W takim razie o czym będziemy rozmawiać? – zapytała. – Muszę spędzić z państwem co najmniej czterdzieści pięć minut, inaczej nie dostanę dodatkowych wolnych godzin.

– O seksizmie instytucjonalnym w policji? – zaproponowała Elizabeth.

– Chciałbym pomówić o nielegalnym zastrzeleniu Marka Duggana, usankcjonowanym przez państwo i…

– Siadaj, Ron!

Rozmowa w takim duchu ciągnęła się miło i zgodnie przez godzinę, po czym Donnie gorąco podziękowano, pokazano zdjęcia wnuków i poproszono, aby została na lunch.

I oto siedzi teraz, skubiąc sałatkę, w miejscu określonym w menu jako „nowoczesna ekskluzywna restauracja”. Za kwadrans dwunasta to dla niej trochę za wcześnie na posiłek, ale niegrzecznie byłoby odrzucić zaproszenie. Poza tym czwórka gospodarzy nie tylko szykuje się do zjedzenia pełnego lunchu, lecz także zdążyła już otworzyć butelkę czerwonego wina.

– Było cudownie. Bardzo nam się podobało – zapewnia Elizabeth.

Kojarzy się Donnie z nauczycielką, która przez cały rok budzi w uczniach przerażenie, a na koniec stawia im piątki i płacze, gdy odchodzą. Może to wina tweedowego żakietu.

– Fantastyczna pogadanka, Donno – chwali Ron. – Mogę ci mówić po imieniu, skarbie?

– Oczywiście, ale proszę nie nazywać mnie skarbem – odpowiada policjantka.

– Naturalnie, słonko – zgadza się Ron. – Będę o tym pamiętał. Ta historia o Ukraińcu z mandatem za parkowanie i piłą łańcuchową… Mogłabyś wygłaszać pogadanki zawodowo, da się na tym nieźle zarobić. Znam kogoś, kto się tym zajmuje, jak chcesz, dam ci jego numer telefonu.

Pyszna sałatka, myśli Donna, a nieczęsto się zdarza, żeby jej coś naprawdę smakowało.

– Uważam, że byłby ze mnie świetny przemytnik heroiny – oznajmia Ibrahim, który podczas pogadanki Donny zrobił uwagę o Centricy. – Liczy się głównie logistyka, prawda? No i precyzja odważania, ale to sama przyjemność. Mają także maszynki do liczenia pieniędzy. Wszelkie udogodnienia. Złapała pani kiedyś dilera heroiny?

– Nie – przyznaje Donna. – Lecz zamierzam to zrobić w przyszłości.

– Ale mają maszynki do liczenia pieniędzy? – upewnia się Ibrahim.

– Oczywiście.

– Cudownie. – Starszy pan wychyla do dna lampkę wina.

– Łatwo się nudzimy – dorzuca Elizabeth, także osuszając kieliszek. – Niech Bóg nas zachowa od blokad okiennych, pani posterunkowa De Freitas.

– Teraz mówimy tylko „posterunkowa” – prostuje Donna.

– Ach tak. – Elizabeth sznuruje usta. – A jeśli nadal będę mówić „pani posterunkowa”? Co wtedy? Wystawicie nakaz aresztowania?

– Nie, ale będę miała o pani trochę gorsze zdanie – odpowiada Donna. – To przecież drobiazg, a świadczy o szacunku.

– Do licha! Trafiony zatopiony. Zgoda. – Elizabeth rozsznurowuje usta.

– Dziękuję – mówi Donna.

– Jak pani sądzi, ile mam lat? – rzuca jej wyzwanie Ibrahim.

Donna się waha. Ibrahim nosi elegancki garnitur, ma świetną cerę, pachnie dobrą wodą kolońską, a z kieszonki na piersi wystaje mu artystycznie złożona chusteczka. Włosy nieco przerzedzone, ale są. Żadnego brzuszka i tylko jeden podbródek. Co się jednak pod tym kryje? Hm. Donna spogląda na ręce. One zawsze zdradzą prawdę.

– Osiemdziesiąt? – strzela.

Ibrahimowi opadają skrzydła.

– Tak, dokładnie tyle, ale wyglądam młodziej. Na siedemdziesiąt cztery. Wszyscy tak mówią. Mój sekret to pilates.

– A jaki jest pani sekret, Joyce? – Donna zwraca się do czwartej osoby w grupie, drobnej siwowłosej kobiety w lawendowej bluzce i ciemnoróżowym rozpinanym swetrze, która z uśmiechem przysłuchuje się rozmowie. Milczy, ale ma bystre oczy. Wygląda jak spokojny ptak, który wypatruje, kiedy coś zalśni w promieniach słońca.

– Ja? – mówi Joyce. – Nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Byłam pielęgniarką, potem mamą, a potem znowu pielęgniarką. Obawiam się, że to same nudy.

– Proszę nie dać się nabrać – prycha Elizabeth. – Joyce należy do tych, którzy zawsze doprowadzają sprawy do końca.

– Po prostu jestem dobrze zorganizowana – wyjaśnia Joyce. – To dziś niemodne. Jeżeli mówię, że idę na zumbę, to znaczy, że idę. I tyle. Za to moja córka jest interesującą osobą. Kieruje funduszem hedgingowym, o ile wie pani, co to takiego.

– Nie bardzo – przyznaje Donna.

– Ja też nie – mówi Joyce.

– Zajęcia z zumby są przed pilatesem – zawiadamia Ibrahim. – Nie lubię chodzić na jedne i na drugie. To wbrew intuicji głównych grup mięśniowych.

Przez cały lunch Donna ma ochotę zadać im pewne pytanie.

– Wiem, że wszyscy państwo mieszkają w Coopers Chase, ale jeśli wolno spytać, jak to się stało, że zostaliście przyjaciółmi?

– Przyjaciółmi? – Elizabeth wygląda na rozbawioną. – Ależ, kochanie, my się wcale nie przyjaźnimy.

– O Boże, jacy z nas przyjaciele? – chichocze Ron. – Dolać ci wina, Liz?

Elizabeth kiwa głową i Ron napełnia kieliszek. Zaczęli już drugą butelkę. Jest kwadrans po dwunastej.

– „Przyjaciele” to chyba niewłaściwe słowo – zgadza się Ibrahim. – Nie mielibyśmy ochoty spotykać się towarzysko. Mamy całkiem inne zainteresowania. Może i lubię Rona, ale bywa bardzo trudny.

– Jestem bardzo trudny – potwierdza Ron.

– A Elizabeth zachowuje się niekiedy wręcz odpychająco.

– Obawiam się, że to prawda. – Elizabeth kiwa głową. – Zyskuję dopiero przy bliższym poznaniu. Już w szkole taka byłam.

– Myślę jednak, że lubię Joyce – ciągnie Ibrahim. – Chyba wszyscy ją lubimy.

Ron i Elizabeth znowu przytakują.

– Bardzo wam dziękuję – mówi Joyce, ścigając widelcem groszek wokół talerza. – Nie uważacie, że ktoś powinien wynaleźć płaski groszek?

Donna próbuje zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

– Skoro się nie przyjaźnicie, to co was łączy?

Joyce podnosi wzrok i kręci głową, patrząc na niedobraną grupkę przy stole.

– No cóż – mówi. – Po pierwsze, oczywiście, jesteśmy przyjaciółmi. Oni po prostu jeszcze się nie zorientowali. A po drugie, jeżeli nie wspomnieliśmy o tym, zapraszając panią na lunch, to tylko przez niedopatrzenie. Wszyscy należymy do Czwartkowego Klubu Zbrodni.

Elizabeth szklą się oczy od wypitego wina, Ron drapie się po wytatuowanym na szyi herbie West Ham, a Ibrahim poleruje i tak już błyszczące spinki przy koszuli.

Restauracja powoli się zapełnia, a Donna nie jest pierwszą osobą odwiedzającą Coopers Chase, która myśli, że to nie najgorsze miejsce do życia. Co ona by dała za kieliszek wina i wolne popołudnie.

– Poza tym każdego dnia pływam – dodaje Ibrahim. – To pojędrnia skórę.

Cóż to właściwie za miejsce?

3

Jeżeli przyjdzie wam kiedyś do głowy, by wyruszyć z Fairhaven drogą A12 w stronę Weald, w pewnym momencie miniecie starą, lecz nadal czynną budkę tele­foniczną stojącą tuż przed ostrym zakrętem w lewo. Dalej, po mniej więcej stu metrach, zobaczycie drogowskaz na Whitechurch, Abbots Hatch i Lents Hill, przy którym musicie skręcić w prawo. Przejeżdżacie przez Lents Hill, mijając pub Pod Niebieskim Smokiem oraz mały sklep rolniczy z ustawionym przed wejściem wielkim jajem, i docieracie do kamiennego mostku nad Robertsmere. Oficjalnie to rzeka, ale nie dajcie się zmylić nazwą i nie spodziewajcie się zbyt wiele.

Potem, zaraz za mostkiem, skręcacie w biegnącą w prawo jednopasmówkę. Będzie wam się zdawało, że jedziecie w złym kierunku, ale to krótsza droga niż ta, którą zalecają w broszurze reklamowej, a także bardziej malownicza, jeżeli ktoś lubi prześwietlone słońcem żywopłoty. Po pewnym czasie droga się rozszerzy i na ciągnących się po lewej stronie pagórkach zaczną przebłyskiwać między wysokimi drzewami pierwsze zabudowania. Na wprost zaś zobaczycie małą, zbitą z desek wiatę przystanku autobusowego, który także wciąż funkcjonuje, o ile przejazd jednego autobusu dziennie tam i z powrotem można nazwać funkcjonowaniem. A tuż przed przystankiem, po lewej, stoi znak wjazdu do Coopers Chase.

Prace nad budową Coopers Chase rozpoczęto przed dziesięciu laty, zaraz po tym, jak Kościół katolicki sprzedał klasztor. Pierwsi mieszkańcy, na przykład Ron, wprowadzili się tu trzy lata później. Zapowiadano, że będzie to „pierwsze w Wielkiej Brytanii luksusowe osiedle dla seniorów”, choć według Ibrahima to już siódmy taki obiekt. Obecnie mieszka w nim około trzystu emerytów. Nie można się tu wprowadzić przed ukończeniem sześćdziesiątego piątego roku życia, a furgonetki dostawcze z Waitrose za każdym razem, gdy przejeżdżają przez kratę dla bydła na drodze, pobrzękują zarówno butelkami wina, jak i fiolkami leków.

W centrum Coopers Chase stoi budynek starego klasztoru, a wokół niego wznoszą się trzy nowoczesne obiekty mieszkalne. Przez ponad sto lat klasztor był oazą ciszy. Słychać w nim było tylko szelest habitów oraz szmer modlitw błagalnych lub dziękczynnych. Ten, kto zapuściłby się w jego mroczne korytarze, napotkałby kobiety – cieszące się spokojem lub przerażone rozpędzonym światem, szukające schronienia albo udowadniające jakieś mgliste, dawno zapomniane racje, a czasem po prostu czerpiące radość z tego, że służą wyższym celom. Zobaczyłby dormitoria zastawione wąskimi łóżkami, jadalnię z długimi, niskimi stołami i kaplicę tak ciemną i cichą, że niemal dało się w niej słyszeć oddech Boga. Krótko mówiąc, spotkałby tu siostry Świętego Kościoła, armię, która swoich członkiń nie zdradzała, karmiła je i ubierała, i sprawiała, że czuły się potrzebne i szanowane. W zamian wymagała tylko poświęcenia życia Bogu, a w związku z tym, że zawsze ktoś tego pragnął, nie narzekano na brak ochotniczek. W końcu pewnego dnia każdą z nich czekała krótka wycieczka na wzgórze drogą wysadzaną drzewami, do Ogrodu Wiecznego Odpoczynku. Z otoczonego niskim murem cmentarza rozciągał się widok na klasztor i nieskończone piękno okolicznych wzgórz. Ciało przybyłej składano w innym wąskim łóżku, pod prostą kamienną płytą, obok sióstr o imieniu Margaret i sióstr o imieniu Mary z poprzednich pokoleń. Ich marzenia, o ile kiedyś je miały, snują się dziś ponad zielonymi wzgórzami, a tajemnice spoczywają zamknięte na zawsze w czterech ścianach klasztoru.

Ściślej mówiąc, w trzech, gdyż ściana zachodnia jest obecnie całkowicie przeszklona i mieści się za nią kompleks wodny z basenem pływackim dla mieszkańców osiedla. Widać stamtąd trawnik do gry w kule, a niżej parking dla gości, którym pozwolenia na postój wydzielane są tak niechętnie, że Komitet Parkingowy stał się w Coopers Chase najpotężniejszą z koterii.

Obok basenu pływackiego zainstalowano basenik do terapii artretyzmu, który wygląda jak jacuzzi, głównie dlatego, że po prostu nim jest. Każda osoba oprowadzana po obiekcie przez Iana Venthama, właściciela, zaraz potem musi obejrzeć saunę. Ian uchyla drzwi i mówi: „A niech mnie, przecież to sauna”. Bo taki już jest.

Potem przychodzi czas, aby wsiąść do windy i pojechać na górę, do sal rekreacyjnych. Są tam siłownia, sala gimnastyczna, gdzie na miejscu dawnych zakonnych łóżek mieszkańcy wesoło tańczą zumbę, a także pokój łamigłówek, miejsce na spokojniejsze zajęcia w takimż towarzystwie. Na piętrze mieszczą się również biblioteka i salon, w którym odbywają się co większe i bardziej burzliwe zebrania komitetów, a na płaskim ekranie telewizora chętni oglądają mecze piłki nożnej. Na koniec znów zjeżdżamy na parter. Tu, w miejscu zastawionego długimi, niskimi stołami klasztornego refektarza, działa obecnie „nowoczesna ekskluzywna restauracja”.

Do klasztoru z jednej strony przylega budynek dawnej kaplicy. Jej bladokremowa, ozdobiona stiukiem fasada na tle ciemnych gotyckich murów głównego gmachu robi niemal śródziemnomorskie wrażenie. Kaplicę pozostawiono w stanie nienaruszonym. Był to jeden z kilku warunków wymuszonych przez wykonawców testamentu sióstr Świętego Kościoła, którzy przed dziesięciu laty sprzedawali całą posiadłość. Mieszkańcy lubią zachodzić do kaplicy. Tu wciąż kryją się duchy, szeleszczą habity, trwają zaklęte w kamieniach mod­litwy. Przybysz może poczuć się częścią powolniejszej i spokojniejszej rzeczywistości. Ian Ventham szuka obecnie luk prawnych, które pozwoliłyby mu przebudować kaplicę na kolejnych osiem mieszkań.

Po drugiej stronie klasztoru wznosi się powód jego powstania, czyli Willows. Teraz prywatny dom opieki. W 1841 roku siostry Świętego Kościoła założyły tu szpital i zapewniły darmową opiekę chorym i pokrzywdzonym, którzy na inną nie mieli szans. Potem, przez większą część ubiegłego stulecia prowadziły w Willows dom starców, dopóki w latach osiemdziesiątych nie uchwalono ustawy zamykającej takie przybytki. Klasztor zmienił się wówczas w swojego rodzaju poczekalnię, a gdy w 2005 roku zmarła ostatnia zakonnica, Kościół, nie tracąc czasu, spieniężył całą posiadłość.

Osiedle dla seniorów leży na zajmującym pięć hektarów pagórkowatym terenie częściowo porośniętym lasem. Są tu dwa jeziorka – jedno prawdziwe i jedno wykopane przez firmę budowlaną Tony’ego Currana, którą zatrudnia Ian Ventham. Stada kaczek i gęsi, także uważające Coopers Chase za swój dom, zdecydowanie wolą sztuczny akwen. Na szczytach wzgórz, w miejscach, gdzie nie ma drzew, wciąż pasą się owce, a nad jeziorkiem skubie trawę stado dwudziestu lam. Ian Ventham wprawdzie kupił tylko dwie, aby były ekscentryczną ciekawostką na zdjęciach reklamowych, ale jak to zwykle bywa, sprawy wymknęły się spod kontroli.

Tak, mówiąc w skrócie, wygląda Coppers Chase.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Kamień – jednostka masy anglosaskiego układu jednostek miar używana w Wielkiej Brytanii, równa 14 funtom, czyli 6,35 kg. 1 cal to 2,54 cm (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz