Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mondo i inne historie - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Czy można znów stać się dzieckiem? Odnaleźć w sobie dziecięce fantazje i dziecięcą wrażliwość? Le Clézio przekonuje, że tak. Bohaterami jego opowiadań są dzieci - biedne, nie zawsze rozumiane i kochane, ale zawsze oddające się marzeniom, cieszące się tajemniczym pięknem świata i wyobrażające sobie cuda. Udaje im się ze szczytu góry dotknąć nieba, zanurzyć w promieniach słońca, żeglować i dać się ponieść morskim falom. Mondo i inne historie to zbiór uwodzący poetyckim językiem, a także genialne studium dziecięcych charakterów. To książka o życiu w zachwycie oraz o tym, że marzyć trzeba, bo marzenia dają człowiekowi wolność i ogromną siłę, by jej bronić. Czytając ją, nie sposób nie wspomnieć dzieła innego wielkiego Francuza - Małego księcia.

 

Książka uznawana za jedno z większych dokonań współczesnej literatury francuskiej.

„Gazeta Wyborcza"

Lektura tych opowiadań działa kojąco, ale też zaszczepia chęć ucieczki od zbyt poważnego świata, by powygłupiać się z falami, pozwolić swojej wyobraźni dojrzewać i odnaleźć zagubioną niewinność.

www.lalunemauve.fr

Opinie o ebooku Mondo i inne historie - Jean-Marie Gustave Le Clezio

Fragment ebooka Mondo i inne historie - Jean-Marie Gustave Le Clezio

J.M.G. Le Cle­zio

MON­DO I INNE HI­STO­RIE

Przełożyła Han­na Igal­son-Ty­giel­ska

Ten pro­jekt zo­stał zre­ali­zo­wa­ny przy wspar­ciu fi­nan­so­wym Ko­mi­sji Eu­ro­pej­skiej. Pro­jekt lub pu­bli­ka­cja od­zwier­cie­dlają je­dy­nie sta­no­wi­sko ich au­to­ra i Ko­mi­sja Eu­ro­pej­ska nie po­no­si od­po­wie­dzial­ności za umiesz­czoną w nich za­war­tość me­ry­to­ryczną.

Tytuł ory­gi­nału: Mon­do et au­tres hi­sto­ires

Co­py­ri­ght © Edi­tions Gal­li­mard, Pa­ris, 1978

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2011

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Han­na Igal­son-Ty­giel­ska, 2011

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2011

Mon­do

Nikt nie wie­dział, skąd Mon­do się wziął. Zja­wił się pew­ne­go dnia w na­szym mieście, ale nikt tego nie za­uważył, a po­tem się do nie­go przy­zwy­cza­iliśmy. Miał może dzie­sięć lat, okrągłą po­godną twarz i piękne, czar­ne, nie­co skośne oczy. Uwagę jed­nak przede wszyst­kim przy­ciągały jego zmie­niające barwę zależnie od światła ciem­no­po­pie­la­te włosy, które po za­pad­nięciu zmro­ku robiły się nie­mal sza­re.

Nie wie­dzie­liśmy nic o jego ro­dzi­nie ani domu. Może ich nie miał. Za­wsze nie­spo­dzie­wa­nie, w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie, po­ja­wiał się na rogu uli­cy przy plaży albo na tar­go­wi­sku. Szedł sam, z poważną miną i rozglądał się dokoła. Co­dzien­nie ubra­ny był tak samo, w nie­bie­skie płócien­ne spodnie, te­nisówki i trochę za duży zie­lo­ny pod­ko­szu­lek.

Kie­dy do kogoś pod­cho­dził, pa­trzył mu pro­sto w twarz, uśmie­chał się, a jego podłużne oczy za­mie­niały się w świe­tli­ste szpar­ki. W ten sposób nas po­zdra­wiał. Kie­dy ktoś mu się spodo­bał, za­trzy­my­wał go i pytał:

– Chcesz mnie ad­op­to­wać?

I za­nim za­py­ta­ny ocknął się ze zdu­mie­nia, był już da­le­ko.

Po co przy­je­chał do na­sze­go mia­sta? Może do­tarł tu­taj po długiej podróży pod pokładem stat­ku han­dlo­we­go albo w ostat­nim wa­go­nie pociągu to­wa­ro­we­go, który po­wo­li prze­mie­rzał kraj dzień za dniem, noc za nocą. Może po­sta­no­wił za­trzy­mać się tu­taj, kie­dy zo­ba­czył na­sze słońce i mo­rze, białe wil­le i pal­my w ogro­dach. Pew­ne tyl­ko, że przy­był z bar­dzo da­le­ka, z dru­giej stro­ny gór, z dru­giej stro­ny mo­rza. Na pierw­szy rzut oka widać było, że nie jest stąd i że wi­dział nie­jedną kra­inę. Miał ciem­ne błyszczące oczy, skórę ko­lo­ru mie­dzi, cho­dził lek­kim, ci­chym kro­kiem, nie­co na ukos, jak psy. Ce­cho­wała go swo­ista ele­gan­cja i pew­ność sie­bie, dziw­na u dziec­ka w jego wie­ku, i lubił za­da­wać oso­bli­we py­ta­nia, przy­po­mi­nające za­gad­ki. A prze­cież nie umiał czy­tać ani pisać.

Przy­był do na­sze­go mia­sta wcze­snym la­tem. Pa­no­wał już upał i co wieczór na wzgórzach wy­bu­chały pożary. Rano nie­bo było nie­zmien­nie błękit­ne, napięte, gład­kie, bez jed­nej chmur­ki. Od mo­rza wiał su­chy i ciepły wiatr, wy­su­szający zie­mię i roz­nie­cający ogień.

Był dzień tar­go­wy. Mon­do przy­szedł na plac i zaczął się kręcić między nie­bie­ski­mi fur­go­na­mi sa­dow­ników. Szyb­ko zna­lazł pracę, bo sa­dow­ni­cy za­wsze po­trze­bują kogoś, kto by im pomógł wyłado­wać skrzyn­ki.

Mon­do obsługi­wał fur­gon, do­sta­wał trochę drob­nych i szedł do następne­go. Lu­dzie na tar­gu do­brze go zna­li. Zja­wiał się na pla­cu wcześnie, żeby na pew­no do­stać pracę, i kie­dy nie­bie­skie fur­gony za­czy­nały się zjeżdżać, lu­dzie na jego wi­dok wołali:

– Mon­do! Mon­do!

Kie­dy targ się skończył, Mon­do za­czy­nał mysz­ko­wać. Wci­skał się między stra­ga­ny i zbie­rał, co spadło na zie­mię – jabłka, po­ma­rańcze, dak­ty­le. Inne dzie­cia­ki też zbie­rały; sta­rzy lu­dzie wrzu­ca­li do swo­ich worków liście sałaty i kar­to­fle. Sprze­daw­cy lu­bi­li chłopca i nig­dy mu nic nie mówili. Nie­raz gru­ba sprze­daw­czy­ni owoców, która miała na imię Rosa, dawała mu ze swo­je­go stra­ga­nu jabłka albo ba­na­ny. Na pla­cu pa­no­wał gwar, nad sto­sa­mi dak­ty­li i ro­dzynków latały osy.

Mon­do zo­sta­wał na pla­cu do od­jaz­du nie­bie­skich fur­gonów. Cze­kał na ro­bot­ni­ka po­le­wającego uli­ce, z którym się przy­jaźnił. Był to chu­dy, wy­so­ki mężczy­zna ubra­ny w gra­na­to­wy dres. Mon­do lubił się przyglądać, jak w mil­cze­niu ma­ni­pu­lu­je gu­mo­wym wężem. Po­le­wacz kie­ro­wał stru­mień wody na od­pad­ki i gnał je przed sobą jak sta­do zwierząt, w po­wie­trzu uno­sił się wil­got­ny obłok. Hałas był jak pod­czas bu­rzy, zupełnie jak­by grzmiało, woda lała się na jezd­nię, nad stojącymi sa­mo­cho­da­mi po­ja­wiały się zwiew­ne łuki tęczy. Dla­te­go Mon­do przy­jaźnił się z po­le­wa­czem. Lubił de­li­kat­ne kro­ple, które uno­siły się w po­wie­trzu i ni­czym deszcz spa­dały na ka­ro­se­rie i wy­cie­racz­ki. Ro­bot­nik po­le­wający uli­ce też lubił chłopca, ale nig­dy się do nie­go nie od­zy­wał. Zresztą nie­wie­le mo­gli­by so­bie po­wie­dzieć, bo gu­mo­wy wąż strasz­nie hałaso­wał. Mon­do przyglądał się długiej czar­nej ru­rze, pod­ska­kującej jak praw­dzi­wy wąż. Miał wielką ochotę też so­bie tak po­po­le­wać, ale nie śmiał pro­sić ro­bot­ni­ka, żeby mu po­zwo­lił. Może zresztą się bał, że nie zdoła ustać na no­gach, bo stru­mień wody był bar­dzo sil­ny.

Mon­do zo­sta­wał na pla­cu do końca po­le­wa­nia. Lek­kie kro­ple zra­szały mu twarz i mo­czyły włosy ni­czym chłodna, orzeźwiająca mgła. Ro­bot­nik kończył, roz­mon­to­wy­wał rurę i od­cho­dził. Za­wsze wte­dy przy­cho­dzi­li jacyś lu­dzie i na wi­dok mo­krej jezd­ni mówili:

– Coś ta­kie­go? Padał deszcz?

Po­tem Mon­do szedł po­pa­trzeć na mo­rze, na płonące wzgórza albo ru­szał na po­szu­ki­wa­nie swo­ich in­nych przy­ja­ciół.

W tam­tych cza­sach tak na­prawdę nie miesz­kał nig­dzie. Sy­piał w kryjówkach na plaży, a na­wet da­lej, w białych skałach na skra­ju mia­sta. Kryjówki były do­bre i nikt nie mógł go zna­leźć. Po­li­cjan­ci i lu­dzie z opie­ki społecz­nej nie lubią, żeby dzie­ci żyły tak so­bie, na wol­ności, jedząc nie wia­do­mo co i śpiąc nie wia­do­mo gdzie. Ale Mon­do był spryt­ny i wie­dział, kie­dy go szu­kają, i wte­dy się nie po­ka­zy­wał.

Kie­dy nie było nie­bez­pie­czeństwa, całe dnie cho­dził po mieście, patrząc, co się dzie­je. Lubił spa­ce­ro­wać bez celu, skręcać na rogu w jedną ulicę, po­tem w drugą, pójść na skróty, przy­stanąć na chwilę w ja­kimś ogro­dzie, zawrócić. Kie­dy zo­ba­czył kogoś, kto mu się po­do­bał, podcho­dził i spo­koj­nie mówił:

– Dzień do­bry. Nie ze­chciałbyś mnie ad­op­to­wać?

Niektórzy chętnie by to zro­bi­li, bo Mon­do wyglądał bar­dzo ład­nie, miał kształtną głowę i błyszczące oczy. Ale to było trud­ne. Nie mo­gli go tak od razu ad­op­to­wać. Za­czy­na­li pytać, ile ma lat, jak się na­zy­wa, gdzie miesz­ka, gdzie są jego ro­dzi­ce, a Mon­do nie lubił ta­kich pytań. Od­po­wia­dał:

– Nie wiem, nie wiem.

Mon­do, spa­ce­rując tak po uli­cach, zna­lazł wie­lu przy­ja­ciół. Ale nie ze wszyst­ki­mi roz­ma­wiał. To nie byli przy­ja­ciele, z którymi się roz­ma­wia albo się bawi. To byli tacy przy­ja­ciele, których się szyb­ko po­zdra­wia przy mi­ja­niu, mru­gając okiem, lub którym się ma­cha ręką z dru­giej stro­ny uli­cy. To byli też przy­ja­ciele od je­dze­nia, tak jak ta pani z pie­kar­ni, która co­dzien­nie dawała mu kawałek chle­ba. Miała starą zaróżowioną twarz, gładką i re­gu­larną jak włoski posąg. Za­wsze była ubra­na na czar­no i miała siwe włosy ze­bra­ne w ko­czek. Nosiła włoskie imię Ida i Mon­do bar­dzo lubił cho­dzić do jej skle­pu. Nie­raz go za­trud­niała, do­star­czał chleb właści­cie­lom sąsied­nich sklepów. Kie­dy wra­cał, kroiła grubą kromkę z okrągłego boch­na i po­da­wała mu za­wi­niętą w prze­zro­czy­sty pa­pier. Mon­do nig­dy jej nie pro­sił, żeby go ad­op­to­wała, może dla­te­go, że na­prawdę ją lubił i nie miał od­wa­gi.

Mon­do szedł po­tem po­wo­li w stronę mo­rza, jedząc chleb. Łamał go na małe kawałki, żeby na dłużej star­czyło, ­szedł i jadł, nie śpiesząc się. W tam­tym okre­sie żywił się chy­ba tyl­ko chle­bem. Nie za­po­mi­nał przy tym zo­sta­wiać okruszków dla swo­ich przy­ja­ciółek mew.

Trze­ba było przejść wie­le ulic, placów i park miej­ski, żeby po­czuć za­pach mo­rza. Zja­wiał się na­gle, nie­sio­ny wia­trem, ra­zem z jed­no­staj­nym szu­mem fal.

Na końcu par­ku stał kiosk z ga­ze­ta­mi. Mon­do za­trzy­mał się, żeby kupić ko­miks. Przez chwilę prze­rzu­cał przy­go­dy Aki­ma, a w końcu za­fun­do­wał so­bie ko­miks z Ki­tem Car­so­nem. Wy­brał Kita Car­so­na z po­wo­du ry­sun­ku przed­sta­wiającego go w słyn­nej kurt­ce z frędzla­mi. Po­tem ro­zej­rzał się za ławką, żeby prze­czy­tać pi­sem­ko. Trochę to trwało, bo na ławce mu­siał sie­dzieć ktoś, kto umiał prze­czy­tać na­pi­sy to­wa­rzyszące ob­raz­kom. Pora była do­bra, bo tuż przed południem za­wsze się zna­lazł jakiś eme­ry­to­wa­ny li­sto­nosz, ze znu­dzoną miną palący pa­pie­ro­sa. Mon­do wy­pa­trzył ta­kie­go, usiadł obok nie­go na ławce i słuchał opo­wieści, przyglądając się ob­raz­kom. In­dia­nin ze skrzyżowa­ny­mi ra­mio­na­mi, stojący na­prze­ciw Kita Car­so­na, mówił:

„Minęło już dzie­sięć księżyców i mój lud jest u kre­su sił. Trze­ba wy­ko­pać topór wo­jen­ny przodków!”.

Kit Car­son pod­no­sił rękę.

„Nie słuchaj głosu swe­go gnie­wu, Sza­lo­ny Ko­niu. Wkrótce spra­wie­dli­wości sta­nie się zadość”.

„Za późno – od­po­wia­dał Sza­lo­ny Koń. – Spójrz!”

Wska­zy­wał wo­jow­ników ze­bra­nych u stóp wzgórza.

„Mój lud cze­kał zbyt długo. Wkrótce roz­pocz­nie się woj­na i wszy­scy zgi­nie­cie, ty też zgi­niesz, Ki­cie Car­so­nie!”

Wo­jow­ni­cy ru­sza­li na roz­kaz Sza­lo­ne­go Ko­nia, ale Kit Car­son prze­wra­cał ich cio­sa­mi pięści i ucie­kał na swo­im wierz­chow­cu. Od­wra­cał się jesz­cze i krzy­czał do Sza­lo­ne­go Ko­nia:

„Powrócę tu i spra­wie­dli­wości sta­nie się zadość!”.

Wysłuchaw­szy hi­sto­rii Kita Car­so­na, Mon­do za­brał ko­miks i po­dziękował eme­ry­to­wi.

– Do wi­dze­nia! – po­wie­dział eme­ryt.

– Do wi­dze­nia! – po­wie­dział Mon­do.

Po­tem szyb­kim kro­kiem ru­szył w stronę mola ciągnącego się da­le­ko w mo­rze. Przez chwilę pa­trzył na wodę, mrużąc oczy w ośle­piającym bla­sku słońca. Nie­bo było bar­dzo nie­bie­skie, bez­chmur­ne, fale drob­ne i połyskli­we.

Mon­do zszedł po schod­kach wiodących na fa­lo­chron. Lubił to miej­sce. Ka­mien­na tama była bar­dzo długa i umoc­nio­na wiel­ki­mi pro­stokątny­mi blo­ka­mi be­to­nu. Na jej końcu stała la­tar­nia mor­ska. Mor­skie pta­ki szy­bo­wały z wia­trem, za­wi­sały w po­wie­trzu, za­ta­czały po­wo­li koła, kwiląc jak dzie­ci. Wzla­ty­wały nad chłopcem, mu­skały jego głowę i nawoływały go. Mon­do rzu­cał wy­so­ko w górę okru­chy chle­ba, a mewy chwy­tały je w lo­cie.

Lubił cho­dzić po fa­lo­chro­nie. Ska­kał z jed­ne­go blo­ku na dru­gi, patrząc na mo­rze. Czuł, jak wiatr ude­rza go w pra­wy po­li­czek, tar­ga włosy. Mimo wia­tru słońce sil­nie grzało. Fale roz­bi­jały się o be­to­no­we blo­ki, try­skały świe­tli­ste bry­zgi.

Co jakiś czas Mon­do przy­sta­wał, żeby spoj­rzeć na brzeg. Brązowa smu­ga usia­na drob­ny­mi punk­ta­mi białych równo­ległościanów po­zo­stała da­le­ko. Sza­re i zie­lo­ne wzgórza wid­niały nad do­ma­mi. Dym pożarów uno­sił się tu i ówdzie, tworząc na nie­bie dziwną plamę. Płomie­ni nie wi­dział.

– Będę mu­siał tam pójść i obej­rzeć – po­wie­dział Mon­do.

Myślał o wy­so­kich czer­wo­nych płomie­niach pochłaniających krza­ki i kor­ko­we dęby. Myślał też o strażac­kich wo­zach stojących na dro­gach, bo bar­dzo lubił duże czer­wo­ne sa­mo­cho­dy.

Na za­cho­dzie mo­rze też jak­by się paliło, ale to tyl­ko od­bi­jało się słońce. Mon­do stał bez ru­chu, czując, jak małe płomy­ki tańczą mu na po­wie­kach, a po­tem ru­szył da­lej, skacząc po be­to­no­wych blo­kach fa­lo­chro­nu.

Znał je wszyst­kie bar­dzo do­brze, przy­po­mi­nały mu wiel­kie uśpio­ne zwierzęta, do połowy za­nu­rzo­ne w wo­dzie, wy­grze­wały sze­ro­kie ple­cy w słońcu. Na ple­cach miały wy­ry­te dziw­ne zna­ki, czer­wo­ne i bru­nat­ne pla­my, musz­le wtopio­ne w ce­ment. Niżej, tam gdzie mo­rze ude­rzało o fa­lo­chron, roz­poście­rał się zie­lo­ny dy­wan tra­wy mor­skiej, a w nim tkwiły ko­lo­nie mięczaków w białych sko­rup­kach. Mon­do zwłasz­cza do­brze znał je­den ce­mentowy blok, pra­wie na sa­mym końcu tamy. Właśnie na nim zwy­kle sia­dał i naj­bar­dziej go lubił. Blok był po­chy­lo­ny, nie­dużo, tak w sam raz, i miał wy­tartą, bar­dzo gładką po­wierzch­nię. Mon­do sa­do­wił się na nim wy­god­nie po tu­rec­ku i mówił coś ci­cho na po­wi­ta­nie. Nie­raz też coś mu opo­wia­dał, żeby go ro­ze­rwać, bo mu­siał się prze­cież trochę nu­dzić bied­ny blok, tkwiąc tak przez cały czas w jed­nym miej­scu i nie mogąc odejść. Mon­do opo­wia­dał mu oczy­wiście o podróżach, o stat­kach i o mo­rzu, i o ogrom­nych wie­lo­ry­bach, które po­wo­li dry­fują z bie­gu­na na bie­gun. Be­to­no­wy blok mil­czał i nie ru­szał się, ale lubił opo­wia­dane przez Mon­da hi­sto­rie. Pew­nie dla­te­go był taki gładki.

Mon­do długo sie­dział na swo­im ka­mie­niu wpa­trzo­ny w roz­iskrzo­ne mo­rze i słuchał szu­mu fal. Kie­dy pod wieczór słońce za­czy­nało przy­pie­kać, kładł się na boku z pod­kur­czo­ny­mi no­ga­mi, przy­tu­lał po­li­czek do na­grza­ne­go be­to­nu i za­sy­piał.

W ta­kie właśnie popołudnie po­znał Gior­da­na Wędka­rza. Naj­pierw be­ton przy­niósł mu dźwięk kroków człowie­ka idącego po fa­lo­chro­nie. Mon­do wstał, żeby się ukryć, ale zo­ba­czył mężczyznę około pięćdzie­siątki, z wędzi­skiem na ra­mie­niu, i uspo­koił się. Mężczy­zna za­trzy­mał się na sąsied­nim blo­ku i przy­jaźnie po­ma­chał ręką.

– Co ty tu­taj ro­bisz?

Usiadł na fa­lo­chro­nie i wy­do­był z bre­zen­to­wej tor­by różne żyłki i ha­czy­ki. Kie­dy zaczął wędko­wać, Mon­do pod­szedł do nie­go i przyglądał się, jak przy­go­to­wu­je ha­czy­ki. Wędkarz po­ka­zał mu, jak zakładać przynętę i jak za­rzu­cać wędkę – naj­pierw po­wo­li, a po­tem co­raz szyb­ciej w miarę roz­wi­ja­nia się żyłki. Dał chłopcu wędkę, żeby się na­uczył kręcić kołowrot­kiem jed­no­staj­nym ru­chem, lek­ko prze­chy­lając ją to w pra­wo, to w lewo.

Mon­do lubił Gior­da­na Wędka­rza, bo ten go nig­dy nie wy­py­ty­wał. Miał za­czer­wie­nioną od słońca, po­oraną głębo­ki­mi zmarszcz­ka­mi twarz i małe, in­ten­syw­nie zie­lo­ne oczy.

Wędko­wał długo, aż słońce scho­dziło ni­sko nad ho­ry­zont. Nie­wie­le mówił, pew­nie, żeby nie płoszyć ryb, ale za każdym ra­zem, kie­dy coś się złapało, wy­bu­chał śmie­chem. Wyj­mo­wał ha­czyk z pyszcz­ka ryby pew­nym, pre­cy­zyj­nym ru­chem i wkładał zdo­bycz do bre­zen­to­we­go wor­ka. Co jakiś czas Mon­do przy­no­sił mu sza­re kra­by na przynętę. Scho­dził z fa­lo­chro­nu i za­sty­gał w kępkach alg. Kie­dy fala się cofała, małe kra­by wy­cho­dziły i Mon­do łapał je ręką. Gior­dan Wędkarz roz­bi­jał je o be­ton i małym za­rdze­wiałym scy­zo­ry­kiem kroił na kawałki.

Któregoś dnia w nie­wiel­kiej od­ległości uj­rze­li sunący bez­sze­lest­nie po mo­rzu duży czar­ny kon­te­ne­ro­wiec.

– Jak on się na­zy­wa? – za­py­tał Mon­do.

Gior­dan osłonił dłonią oczy i zmrużył je.

– Ery­trea – po­wie­dział, a po­tem lek­ko się zdzi­wił: – Nie masz do­bre­go wzro­ku?

– Nie o to cho­dzi – od­parł Mon­do. – Nie umiem czy­tać.

– Ach, tak?

Przez dłuższą chwilę wpa­try­wa­li się w przepływający kon­te­ne­ro­wiec.

– Co ozna­cza na­zwa tego stat­ku? – za­py­tał Mon­do.

– Ery­trea? To na­zwa kra­ju na wy­brzeżu afry­kańskim, nad Mo­rzem Czer­wo­nym.

– Ładna na­zwa – po­wie­dział Mon­do. – To musi być piękny kraj.

Przez chwilę nad czymś się za­sta­na­wiał.

– A to mo­rze tam u nich na­zy­wa się Czer­wo­ne?

Gior­dan Wędkarz roześmiał się.

– Myślisz, że mo­rze tam u nich na­prawdę jest czer­wone?

– Nie wiem – po­wie­dział Mon­do.

– Pod­czas za­cho­du słońca rze­czy­wiście robi się czer­wo­ne. Ale na­zy­wa się tak z po­wo­du lu­dzi, którzy kie­dyś tam żyli.

Mon­do powiódł wzro­kiem za od­da­lającym się kon­te­ne­row­cem.

– Na pew­no płynie do Afry­ki.

– To da­le­ko – po­wie­dział Gior­dan. – I gorąco tam jest, słońce świe­ci bez prze­rwy, zie­mia jest jak pu­sty­nia.

– Są pal­my?

– Tak, i wiel­kie piasz­czy­ste plaże. W dzień mo­rze jest błękit­ne, pływa po nim dużo małych ry­bac­kich kutrów i żaglówek, mają żagle w kształcie skrzy­deł, pływają tak wzdłuż wy­brzeża z por­tu do por­tu.

– I można sie­dzieć so­bie na plaży, i pa­trzeć, jak płyną? Można usiąść so­bie w cie­niu i opo­wia­dać różne hi­sto­rie, patrząc na stat­ki na mo­rzu?

– Lu­dzie pra­cują, na­pra­wiają sie­ci i obi­jają cyn­kową blachą kadłuby statków, które osiadły na mie­liźnie. Dzie­ci zbie­rają su­che gałęzie i roz­pa­lają na plaży ogni­ska, żeby pod­grzać smołę, którą się wypełnia szcze­li­ny w stat­kach.

Gior­dan Wędkarz nie pa­trzył już na swoją wędkę. Spoglądał w dal, gdzieś za ho­ry­zont, jak­by rze­czy­wiście próbował to wszyst­ko zo­ba­czyć.

– Czy w Mo­rzu Czer­wo­nym są re­ki­ny?

– Tak, za­wsze za stat­kiem płynie je­den albo dwa, ale lu­dzie się przy­zwy­cza­ili, nie zwra­cają na nie uwa­gi.

– One nie robią nic złego?

– Wiesz, z re­ki­na­mi jest tak jak z li­sa­mi. Sta­le czy­hają na reszt­ki wy­rzu­ca­ne za burtę, żeby coś so­bie chapnąć. Ale nie robią nic złego.

– Musi być duże ta­kie Mo­rze Czer­wo­ne... – po­wie­dział Mon­do.

– Tak, bar­dzo duże... Nad jego brze­ga­mi jest wie­le miast, są tam por­ty o dziw­nych na­zwach... Bal­lul, Ba­ra­sa­li, Deb­ba... Mas­sa­wa, duże mia­sto, całe białe. Stat­ki płyną da­le­ko wzdłuż brzegów, płyną całe dnie i noce, do­cie­rają na północ, aż do Ras Ka­sar albo na wy­spy, do Dah­lak Ke­bir w ar­chi­pe­la­gu Nora, a nie­raz na­wet aż do wysp Fa­ra­san, po dru­giej stro­nie mo­rza.

Mon­do bar­dzo lubił wy­spy.

– Ach, tak, jest bar­dzo dużo wysp, z czer­wo­ny­mi skałami i piasz­czy­sty­mi plażami, a na wy­spach rosną pal­my!

– W po­rze desz­czo­wej przy­chodzą bu­rze, wiatr wie­je taki, że wy­ry­wa pal­my z ko­rze­nia­mi i zry­wa da­chy.

– Stat­ki wte­dy toną?

– Nie, lu­dzie zo­stają w do­mach, cho­wają się, nikt nie wypływa na mo­rze.

– Ale to długo nie trwa.

– Na jed­nej małej wy­spie żyje ry­bak z całą ro­dziną. Miesz­kają w dom­ku z liści pal­mo­wych tuż przy plaży. Star­szy syn ry­baka jest już duży, musi być w two­im wie­ku. Wypływa łodzią z oj­cem i za­rzu­ca sie­ci w mo­rze. Kie­dy je wyciąga, pełno w nich ryb. Bar­dzo lubi pływać z oj­cem, jest sil­ny i  po­tra­fi już chwy­tać wiatr w żagle. Kie­dy jest ładna po­go­da i mo­rze jest spo­koj­ne, ry­bak za­bie­ra całą ro­dzinę i płyną na sąsied­nie wy­spy do ro­dziny i przy­ja­ciół, i wra­cają do­pie­ro wie­czo­rem.

– Łódź płynie sama, nie robi hałasu, a Mo­rze Czer­wo­ne jest całkiem czer­wo­ne, bo właśnie za­cho­dzi słońce.

Pod­czas gdy tak roz­ma­wia­li, Ery­trea zro­biła zwrot i skie­ro­wała się na otwar­te mo­rze, a ho­low­nik, kołysząc się w wod­nej bruździe, zawrócił w stronę por­tu, żegna­ny krótkim dźwiękiem sy­re­ny.

– A ty kie­dy tam popłyniesz? – za­py­tał Mon­do.

– Do Afry­ki, nad Mo­rze Czer­wo­ne? – Gior­dan Wędkarz roześmiał się. – Nie mogę tam je­chać, muszę zo­stać tu­taj, na ta­mie.

– Dla­cze­go?

Przez chwilę się za­sta­na­wiał.

– Po­nie­waż... po­nie­waż ja je­stem ta­kim ma­ry­na­rzem, co to nie ma stat­ku...

I zno­wu utkwił wzrok w wędce.

Kie­dy słońce zeszło nad sam ho­ry­zont, Gior­dan położył wędkę płasko na ce­men­to­wej płycie i z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki wyjął ka­napkę. Dał połowę chłopcu i je­dli ra­zem, patrząc, jak pro­mie­nie słońca od­bi­jają się w mo­rzu.

Przed za­pad­nięciem zmro­ku Mon­do mu­siał odejść, żeby zna­leźć kryjówkę do spa­nia.

– Do wi­dze­nia! – po­wie­dział Mon­do.

– Do wi­dze­nia! – po­wie­dział Gior­dan. Kie­dy Mon­do nie­co się od­da­lił, krzyknął za nim: – Przyjdź tu jesz­cze! Na­uczę cię czy­tać. To nie ta­kie trud­ne.

Zo­stał i łowił ryby, aż zro­biło się całkiem ciem­no i la­tar­nia mor­ska zaczęła wysyłać sy­gnały; re­gu­lar­nie, co czte­ry se­kun­dy.

*

Wszyst­ko szło bar­dzo do­brze, ale trze­ba było uważać na Cia­pa­can. Co­dzien­nie o świ­cie na uli­ce mia­sta ci­cho wyjeżdżała sza­ra fur­go­net­ka z za­kra­to­wa­ny­mi okna­mi i sunęła wol­no przy chod­ni­ku. Krążyła po pogrążonych we śnie za­mglo­nych uli­cach w po­szu­ki­wa­niu psów i bez­pańskich dzie­ci.

Mon­do za­uważył ją pew­ne­go dnia, kie­dy właśnie opuścił kryjówkę nad brze­giem mo­rza i szedł przez park. Fur­go­net­ka przy­stanęła kil­ka metrów przed nim i le­d­wo zdążył scho­wać się za krzak. Zo­ba­czył, jak tyl­ne drzwi się otwie­rają i wy­sia­dają dwaj mężczyźni ubra­ni w sza­re ki­tle. Mie­li ze sobą dwa duże płócien­ne wor­ki i sznu­ry. Zaczęli prze­szu­ki­wać par­ko­we alej­ki; Mon­do usłyszał, co mówią, kie­dy prze­cho­dzi­li obok krza­ka.

– Po­biegł gdzieś tu­taj.

– Wi­działeś go?

– Tak, musi być nie­da­le­ko.

Mężczyźni w ki­tlach ro­ze­szli się w dwóch kie­run­kach, a Mon­do za­stygł za krza­kiem, pra­wie nie od­dy­chając. Po chwi­li roz­legł się dziw­ny, ochrypły krzyk i zno­wu za­padła ci­sza. Mężczyźni wrócili i Mon­do zo­ba­czył, że niosą coś w jed­nym z worków. Wrzu­ci­li go na tył fur­go­net­ki i Mon­do zno­wu usłyszał żałosne wy­cie, raniące uszy. Sza­ra fur­go­net­ka po­wo­li od­je­chała i zniknęła za drze­wa­mi. Ktoś, kto tamtędy prze­cho­dził, po­wie­dział chłopcu, że to był Cia­pa­can, który łapie bez­pańskie psy; uważnie przyj­rzał się chłopcu i dodał, aby go na­stra­szyć, że fur­go­net­ka za­bie­ra też dzie­ci, które się wałęsają, za­miast iść do szkoły. Od tam­tej pory Mon­do czuj­nie się rozglądał, i na­wet się od­wra­cał, żeby spraw­dzić, czy nie je­dzie sza­ra fur­go­net­ka.

Kie­dy dzie­ci wy­cho­dziły ze szkoły albo było święto, Mon­do wie­dział, że nie ma się cze­go bać. Mu­siał uważać, kie­dy na uli­cy było mało lu­dzi, wcześnie rano albo po za­pad­nięciu zmro­ku. Może dla­te­go Mon­do drep­tał tak trochę na ukos, jak pies.

Wte­dy też po­znał Cy­ga­na, Ko­za­ka i ich sta­re­go przy­ja­cie­la Da­die­go. Mówio­no na nich tak w na­szym mieście, bo nie wie­dzie­liśmy, jak się na­prawdę na­zy­wają. Cy­gan nie był Cy­ganem, ale tak na nie­go wołano z po­wo­du ogo­rzałej cery, kru­czo­czar­nych włosów i or­le­go pro­fi­lu; prze­zwi­sko jed­nak za­wdzięczał przede wszyst­kim temu, że miesz­kał w sta­rym czar­nym hotch­kis­sie za­par­ko­wa­nym na pla­cu i za­ra­biał na życie, po­ka­zując sztucz­ki. Na­to­miast Ko­zak był dziw­ny, przy­po­mi­nał Mon­goła, za­wsze miał na głowie fu­trzaną czapę, w której wyglądał jak niedźwiedź. Gry­wał na akor­de­onie przed ka­wiar­nia­ny­mi ogródka­mi, głównie w nocy, bo w dzień był zwy­kle kom­plet­nie pi­ja­ny.

Mon­do naj­bar­dziej lubił Da­die­go. Pew­ne­go dnia, kie­dy szedł po plaży, zo­ba­czył go siedzącego na zie­mi na kawałku ga­ze­ty. Sta­ry wy­grze­wał się w słońcu, nie zwra­cając uwa­gi na prze­chodzących lu­dzi. Chłopca za­in­te­re­so­wała mała żółta tek­tu­ro­wa wa­liz­ka z dziur­ka­mi, stojąca obok Da­die­go, również na kawałku ga­ze­ty. Dadi miał łagodną, spo­kojną twarz i Mon­do wca­le się go nie bał. Pod­szedł, żeby obej­rzeć żółtą wa­lizkę i za­py­tał:

– Co jest w tej wa­liz­ce?

Mężczy­zna uchy­lił po­wie­ki. Nic nie mówiąc, sięgnął po wa­lizkę, po­sta­wił ją so­bie na ko­la­nach i uchy­lił po­krywę. Z ta­jem­ni­czym uśmie­chem wsunął rękę do środ­ka i wyjął parę gołębi.

– Są bar­dzo piękne – po­wie­dział Mon­do. – Jak się na­zy­wają?

Dadi pogłaskał pta­ki, a po­tem przy­tu­lił je do po­licz­ka.

– On ma na imię Pi­lou, a ona Zoe.

Trzy­mał pta­ki w dłoniach, lek­ko mu­skał je po­licz­kiem. Wil­got­ny­mi, ja­sny­mi, słabo widzącymi ocza­mi spoglądał gdzieś w dal.

Mon­do de­li­kat­nie pogłaskał gołębie łebki. Słonecz­ne światło raziło pta­ki, chciały wra­cać do wa­liz­ki. Dadi uspo­ka­jał je ci­chym głosem, a po­tem zno­wu za­mknął w wa­liz­ce.

– Są bar­dzo piękne – powtórzył Mon­do. I od­szedł, a mężczy­zna za­mknął oczy i zno­wu pogrążył się we śnie, przy­cup­nięty na ga­ze­cie.

Po za­pad­nięciu zmro­ku Mon­do cho­dził na plac, żeby spo­tkać Da­die­go. Pra­co­wał z Cy­ga­nem i Ko­za­kiem. Występo­wa­li ra­zem przed pu­blicz­nością, to zna­czy Dadi sie­dział nie­co z boku ze swoją żółtą wa­lizką, Cy­gan grał na bandżo, a Ko­zak gru­bym głosem zwoływał gapiów. Cy­gan grał szyb­ko, patrząc na swo­je pal­ce i coś nucąc. Jego ciem­na twarz błysz­czała w świe­tle ulicz­nych la­tar­ni.

Mon­do lo­ko­wał się w pierw­szym rzędzie i po­zdra­wiał Da­die­go. Wte­dy Cy­gan roz­po­czy­nał przed­sta­wie­nie. Sta­wał przed wi­dza­mi i błyska­wicz­nym ru­chem wyciągał z zaciśniętej pięści różno­ko­lo­ro­we chu­s­tecz­ki. Lek­kie chu­s­tecz­ki spa­dały na zie­mię i Mon­do mu­siał je zbie­rać, jedną po dru­giej. Na tym po­le­gała jego pra­ca. Następnie Cy­gan wyj­mo­wał z ręki roz­ma­ite przed­mio­ty – klu­cze, pierścion­ki, ołówki, ob­raz­ki, piłecz­ki ping­pon­go­we, a na­wet za­pa­lo­ne pa­pie­ro­sy, które roz­da­wał lu­dziom. Robił to tak szyb­ko, że nie do­strze­gało się ruchów jego rąk. Lu­dzie się śmia­li, kla­ska­li, na zie­mię za­czy­nały spa­dać mo­ne­ty.

– Chłopcze, pomóż nam zbie­rać pie­niążki – mówił Ko­zak.

Dłonie Cy­ga­na brały jaj­ko, za­wi­jały je w czer­woną chu­s­teczkę i na se­kundę za­sty­gały w bez­ru­chu.

– Uwa­ga!

Dłonie ude­rzały jed­na o drugą. Kie­dy roz­wi­jały chu­s­teczkę, jaj­ka nie było. Lu­dzie kla­ska­li jesz­cze moc­niej, a Mon­do zbie­rał mo­ne­ty i wkładał je do bla­sza­ne­go pudełka.

Kie­dy ze­brał wszyst­kie, przy­sia­dał na piętach i zno­wu pa­trzył na ręce Cy­ga­na. Po­ru­szały się szyb­ko, jak­by żyły własnym życiem. Cy­gan z zaciśniętej ręki wyj­mo­wał nowe jaj­ka, które na­tych­miast zni­kały. Za każdym ra­zem, kie­dy jaj­ko zni­kało, spoglądał na chłopca i mru­gał do nie­go okiem.

– Hop! Hop!

Ale naj­piękniej­sze było, kie­dy w jego rękach, nie wia­do­mo skąd, po­ja­wiały się dwa śnieżno­białe jaj­ka; za­wi­jał je w dwie duże chust­ki, czer­woną i żółtą, a po­tem uno­sił do góry ręce i przez chwilę trwał w bez­ru­chu. Wszy­scy pa­trzy­li na nie­go z za­par­tym tchem.

– Uwa­ga!

Cy­gan opusz­czał ręce, roz­wi­jając chust­ki, wy­fru­wały z nich dwie białe gołębice, przez chwilę uno­siły się nad jego głową, a po­tem przy­sia­dały na ra­mio­nach sta­re­go Da­die­go.

Lu­dzie krzy­cze­li:

– Och!

Kla­ska­li jak sza­le­ni, pie­niądze sypały się na zie­mię.

Po zakończo­nym przed­sta­wie­niu Cy­gan szedł kupić ka­nap­ki i piwo i za­sia­da­li wszy­scy na schod­kach sta­re­go czar­ne­go hotch­kis­sa.

– Bar­dzo mi po­mogłeś, chłopcze – mówił Cy­gan do Mon­da.

Ko­zak pił piwo i do­py­ty­wał się donośnym głosem:

– To twój syn?

– Nie, to mój przy­ja­ciel Mon­do.

– No to two­je zdro­wie, mój przy­ja­cie­lu Mon­do!

Był już trochę pi­ja­ny.

– Umiesz na czymś grać?

– Nie, proszę pana – mówił Mon­do.

Ko­zak wy­bu­chał śmie­chem.

– Nie, proszę pana! Nie, proszę pana! – po­wta­rzał, za­nosząc się od śmie­chu, ale Mon­do nie ro­zu­miał, co go tak roz­ba­wiło.

Po­tem Ko­zak sięgał po swój akor­de­on i za­czy­nał grać. Nie była to praw­dzi­wa mu­zy­ka, ra­czej następujące po so­bie dźwięki, dziw­ne i mo­no­ton­ne, wzno­siły się i opa­dały, nie­raz szyb­ko, a nie­raz bar­dzo po­wo­li. Pod­czas gry Cy­gan ude­rzał stopą w zie­mię i śpie­wał gru­bym głosem, bez prze­rwy po­wta­rzając te same sy­la­by.

– Ay, ay, yaya, yaya, ay­aya, yaya, ay­aya, yaya, ay, ay! – śpie­wał i grał na akor­de­onie, kołysząc się, i Mon­do myślał, że na­prawdę przy­po­mi­na wiel­kie­go niedźwie­dzia.

Prze­chod­nie za­trzy­my­wa­li się, żeby na nich po­pa­trzeć, przez chwilę się śmie­li i szli da­lej.

Po­tem, kie­dy już za­padła ciem­na noc, Ko­zak prze­sta­wał grać i sia­dał na schod­kach hotch­kis­sa obok Cy­ga­na. Pa­li­li moc­ne pa­pie­ro­sy z ciem­ne­go ty­to­niu i roz­ma­wia­li, pijąc piwo z pu­szek. Roz­ma­wia­li o da­le­kich spra­wach, których Mon­do nie ro­zu­miał, wspo­mi­na­li wojnę i podróże. Nie­raz Dadi też coś mówił i Mon­do słuchał uważnie, bo cho­dziło o pta­ki, sy­no­gar­li­ce i gołębie pocz­to­we. Swo­im łagod­nym, lek­ko stłumio­nym głosem Dadi opo­wia­dał o pta­kach, które długo unoszą się nad zie­mią, a ona su­nie pod nimi z za­ko­la­mi rzek, drzew­ka­mi po­sa­dzo­ny­mi wzdłuż dróg po­dob­nych do czar­nych wstążek, do­ma­mi o czer­wo­nych i sza­rych da­chach, fer­ma­mi oto­czo­ny­mi różno­ko­lo­ro­wy­mi po­la­mi, łąkami, wzgórza­mi, górami przy-po­mi­nającymi sto­sy ka­mie­ni. Opo­wia­dał też, jak pta­ki nie­omyl­nie wra­cają do swo­ich domów, od­czy­tując kra­jo­bra­zy ni­czym mapę albo kie­rując się gwiaz­da­mi, jak ma­ry­na­rze i lot­ni­cy. Domy ptaków przy­po­mi­nały wieże, ale nie było w nich drzwi, tyl­ko wąskie okien­ka pod sa­mym da­chem. Kie­dy robiło się ciepło, z wież wy­do­by­wało się gru­cha­nie i wia­do­mo było, że pta­ki wróciły.

Mon­do słuchał głosu Da­die­go, wi­dział żarzące się w mro­ku ogni­ki pa­pie­rosów. Dokoła pla­cu sunęły auta z łagod­nym szu­mem jak płynąca woda, światła w do­mach gasły jed­no po dru­gim. Było bar­dzo późno i Mon­do czuł, jak po­wie­ki mu opa­dają i że za­raz zaśnie. Wte­dy Cy­gan odsyłał go na tyl­ne sie­dze­nie hotch­kis­sa i tam chłopiec spędzał noc. Sta­ry Dadi wra­cał do sie­bie, ale Cy­gan i Ko­zak nie spa­li. Sie­dzie­li do rana na stop­niu sa­mo­cho­du, po­pi­jając, paląc i gawędząc.

*

Mon­do bar­dzo to lubił: sie­dział na plaży, objął rękami ko­la­na i pa­trzył, jak wscho­dzi słońce. O czwar­tej pięćdzie­siąt nie­bo było czy­ste i sza­re, nad mo­rzem uno­siło się tyl­ko kil­ka lek­kich chmu­rek. Słońce nie po­ja­wiło się od razu, ale Mon­do czuł, że nad­cho­dzi z dru­giej stro­ny wid­nokręgu, wyłania się po­wo­li jak roz­nie­ca­ny płomień. Naj­pierw bla­da au­re­ola roz­lała się plamą w po­wie­trzu i dało się od­czuć dziwną wi­brację, od której drżał ho­ry­zont, jak­by ktoś wpra­wiał go w ruch. Wte­dy nad wodą po­ja­wiła się tar­cza, rzu­ciła snop światła pro­sto w oczy, a mo­rze i zie­mia na­brały tej sa­mej bar­wy. Za­raz po­tem wyszły pierw­sze ko­lo­ry i pierw­sze cie­nie. Ale lam­py ulicz­ne paliły się nadal mętnym, zmęczo­nym światłem, bo nie było jesz­cze wia­do­mo na pew­no, czy dzień się roz­począł.

Mon­do pa­trzył na słońce wschodzące nad wodą. Nucił so­bie ci­chut­ko i kołysał się w rytm pieśni Ko­za­ka:

– Ay­aya, yaya, yay­aya, yaya...

Na plaży nie było ni­ko­go, tyl­ko kil­ka mew szy­bo­wało nad mo­rzem. Woda była zupełnie prze­zro­czy­sta, sza­ra, błękit­no-różowa, ka­my­ki całkiem białe.

Mon­do myślał o tym, że w mo­rzu również za­czy­na się dzień, dla ryb i krabów. Może pod wodą wszyst­ko też roz­jaśnia się i różowie­je jak na po­wierzch­ni zie­mi? Ryby się bu­dziły i po­ru­szały po­wo­li pod swo­im nie­bem po­dob­nym do lu­stra, szczęśliwe wśród tysięcy roz­tańczo­nych słońc, a ko­ni­ki mor­skie wspi­nały się na łody­gi alg, żeby le­piej wi­dzieć nowe światło. Na­wet małże roz­chy­lały musz­le, żeby wpuścić ja­sność dnia. Mon­do wie­le o nich myślał, spoglądając na wol­no sunące fale, od których iskrzyły się ka­mie­nie na plaży.

Gdy słońce weszło wyżej na nie­bo, Mon­do wstał, bo zro­biło mu się zim­no. Ro­ze­brał się. Woda w mo­rzu była cie­plej­sza i przy­jem­niej­sza od po­wie­trza. Za­nu­rzył się w niej po szyję. Schy­lił twarz i otwo­rzył oczy, żeby zo­ba­czyć, co się dzie­je pod wodą. Usłyszał de­li­kat­ne zgrzy­ta­nie roz­pry­skujących się fal, mu­zykę, ja­kiej nie można usłyszeć na zie­mi.

Mon­do po­zo­stał w wo­dzie długo, dopóki nie zbie­lały mu pal­ce, a nogi nie zaczęły drżeć. Wte­dy wy­szedł i zno­wu usiadł na plaży, opar­ty ple­ca­mi o mur od­dzie­lający ją od dro­gi, i cze­kał z za­mkniętymi ocza­mi, aż gorące pro­mie­nie słońca prze­nikną jego ciało.

Wzgórza nad mia­stem wy­da­wały się bliższe. Blask słońca roz­jaśniał drze­wa i białe wil­le i Mon­do po­sta­no­wił: Muszę tam pójść i zo­ba­czyć.

Po­tem ubrał się i opuścił plażę.

Dzień był świątecz­ny i Cia­pa­can mu nie gro­ził. W świątecz­ne dni psy i dzie­ci mogły wałęsać się po uli­cach do woli.

Szko­da tyl­ko, że wszyst­ko było za­mknięte. Sprze­daw­cy wa­rzyw nie sta­li za stra­ga­na­mi, żalu­zje pie­kar­ni były opusz­czo­ne. Mon­do po­czuł głód. Prze­chodząc przed budką z szyl­dem „Kula Śnie­go­wa”, kupił so­bie rożek lodów wa­ni­lio­wych i jadł je, idąc po uli­cy.

Słońce już do­brze oświe­tlało chod­ni­ki. Ale lu­dzie jesz­cze się nie po­ka­zy­wa­li. Mu­sie­li być zmęcze­ni. Tyl­ko od cza­su do cza­su ktoś prze­cho­dził i wte­dy Mon­do mówił dzień do­bry, ale pa­trzy­li na nie­go ze zdzi­wie­niem, bo miał włosy i rzęsy białe od soli i twarz ogo­rzałą od słońca. Może bra­li go za żebra­ka.

Oglądał wy­sta­wy, liżąc loda. W głębi jed­nej z wi­tryn paliło się światło i widać było wiel­kie łoże z czer­wo­ne­go drew­na z pościelą w kwia­ty, jak­by ktoś za­raz miał się tam położyć spać. Trochę da­lej na wy­sta­wie stały śnieżno­białe ku­chen­ki i ruszt, na którym po­wo­li ob­ra­cało się kurczę z tek­tu­ry. Wszyst­ko to było dziw­ne. Pod drzwia­mi ja­kie­goś skle­pu zna­lazł ilu­stro­wa­ne pi­smo i usiadł na ławce, żeby je przej­rzeć.

Na ko­lo­ro­wych zdjęciach spo­strzegł opo­wieść o pięknej ko­bie­cie z ja­sny­mi włosa­mi, która go­to­wała i bawiła się ze swo­imi dziećmi. Opo­wieść była długa i Mon­do re­cy­to­wał głośno, zbliżając zdjęcia do oczu, żeby ko­lo­ry się mie­szały.

„Chłopiec ma na imię Ja­cqu­es, a dziew­czyn­ka Ca­mil­le. Ich mama stoi w kuch­ni i przy­go­to­wu­je mnóstwo do­brych rze­czy do zje­dze­nia – chleb, pie­czo­ne­go kur­cza­ka, ciast­ka. Za­py­tała dzie­ci: Co do­bre­go chce­cie dzi­siaj zjeść? Proszę, zrób nam cia­sto z tru­skaw­ka­mi, po­wie­dział Ja­cqu­es. Ale mama po­wie­działa, że nie ma tru­ska­wek, są tyl­ko jabłka. Więc dzie­ci obrały jabłka i po­kroiły je na małe kawałki, i mama zro­biła im szar­lotkę. Upiekła ją w pie­kar­ni­ku. Dla­te­go tak pięknie pach­nie w całym domu. Kie­dy szar­lotka jest go­to­wa, mama sta­wia ją na sto­le i kroi na kawałki. Ja­cqu­es i Camil­le jedzą pysz­ne cia­sto i piją gorącą cze­ko­ladę. Po­tem mówią: Nig­dy jesz­cze nie je­dliśmy tak pysz­nego cia­sta!”

Mon­do skończył i ukrył ilu­stro­wa­ne pi­smo w par­ku za krza­kiem, żeby później zno­wu so­bie po­czy­tać. Miał ochotę kupić coś jesz­cze, na przykład przy­go­dy Aki­ma w dżungli, ale kiosk z ga­ze­ta­mi był za­mknięty.

Pośrod­ku par­ku na ławce spał eme­ry­to­wa­ny pra­cow­nik pocz­ty. Obok nie­go leżała rozłożona ga­ze­ta i ka­pe­lusz.

Słońce wscho­dziło co­raz wyżej i światło sta­wało się mniej ostre. Na uli­cach po­ja­wiły się sa­mo­cho­dy i zaczęły od­zy­wać się klak­so­ny. Po dru­giej stro­nie par­ku, nie­da­le­ko wyjścia, jakiś chłopczyk bawił się trzy­kołowym ro­wer­kiem. Mon­do przy­stanął.

– Jest twój? – za­py­tał.

– Tak – po­wie­dział chłopczyk.

– Pożyczysz mi?

Chłopczyk z całej siły chwy­cił kie­row­nicę.

– Nie! Nie! Idź so­bie!

– Jak się na­zy­wa twój ro­wer?

Chłopczyk spuścił głowę, przez chwilę mil­czał, a po­tem bar­dzo szyb­ko po­wie­dział:

– Mini.

– Jest bar­dzo ładny – po­wie­dział Mon­do.

Przez chwilę pa­trzył na ro­wer, na czer­wo­no po­ma­lo­waną ramę, czar­ne sio­dełko, srebr­ne błotni­ki i kie­row­nicę. Kil­ka razy za­dzwo­nił dzwon­kiem, ale chłopczyk ode­pchnął go i od­je­chał, pedałując.

Na pla­cu tar­go­wym było nie­wie­le osób. Lu­dzie małymi grup­ka­mi szli na mszę albo na prze­chadzkę w stronę mo­rza. Właśnie w ta­kie świątecz­ne dni Mon­do miał ochotę spo­tkać kogoś, żeby go za­py­tać: „Czy ze­chciałbyś mnie ad­op­to­wać?”.

Ale może w ta­kie dni nikt by go nie usłyszał.

Na chy­bił tra­fił wszedł do ja­kie­goś dużego bu­dyn­ku. Przy­stanął w holu, żeby obej­rzeć pu­ste skrzyn­ki na li­sty i re­gu­la­min prze­ciw­pożaro­wy. Na­cisnął przy­cisk i przez chwilę wsłuchi­wał się w ty­ka­nie me­cha­ni­zmu, a po­tem światło zgasło. W głębi widać było pierw­sze stop­nie schodów, wy­po­le­ro­waną drew­nianą poręcz i duże ma­to­we lu­stro między gip­so­wy­mi posągami. Mon­do chciał się prze­je­chać windą, ale nie miał od­wa­gi, bo dzie­ciom nie wol­no bawić się windą.

Do bu­dyn­ku weszła młoda ko­bie­ta. Była piękna, miała brązowe loki i jasną su­kienkę, która sze­leściła wokół niej. Ład­nie pach­niała.

Mon­do wyłonił się z kąta przy drzwiach i ko­bie­ta gwałtow­nie drgnęła.

– Cze­go chcesz?

– Czy mogę z panią wsiąść do win­dy?

Młoda ko­bie­ta miło się uśmiechnęła.

– Oczy­wiście, też py­ta­nie! Chodź!

Win­da drżała lek­ko pod sto­pa­mi, jak pokład stat­ku.

– Na które je­dziesz?

– Na samą górę.

– Na szóste? Ja też.

Win­da wzno­siła się po­wo­li. Mon­do przez szy­by pa­trzył na sunące w dół ścia­ny. Drzwi się trzęsły i na każdym piętrze słychać było coś jak­by klaśnięcie. Słychać było też ka­ble poświ­stujące w szy­bie win­dy.

– Miesz­kasz tu­taj?

Młoda ko­bie­ta spoj­rzała na nie­go z cie­ka­wością.

– Nie, proszę pani.

– Przy­szedłeś w od­wie­dzi­ny?

– Nie, proszę pani, na spa­cer.

– Ach tak.

Nie spusz­czała z nie­go wzro­ku. Miała duże, łagod­ne, spo­koj­ne oczy, lek­ko wil­got­ne. Otwo­rzyła to­rebkę i dała chłopcu cu­kier­ka w prze­zro­czy­stym pa­pier­ku.

Mon­do pa­trzył na wol­no sunące piętra.

– Wy­so­ko jak w sa­mo­lo­cie – po­wie­dział.

– Latałeś już sa­mo­lo­tem?

– Nie, proszę pani, jesz­cze nie. To musi być faj­ne.

Młoda ko­bie­ta roześmiała się.

– To się po­ru­sza o wie­le szyb­ciej niż win­da!

– I o wie­le wyżej!

– Tak, o wie­le wyżej!

Win­da do­je­chała na miej­sce, jęknęła i zatrzęsła się. Młoda ko­bie­ta otwarła drzwi.

– Wy­cho­dzisz?

– Nie – po­wie­dział Mon­do. – Od razu wra­cam na dół.

– Ach tak? Jak chcesz. Żeby zje­chać z po­wro­tem, mu­sisz na­cisnąć przed­ostat­ni gu­zik, tu­taj. Uważaj, żeby nie do­tknąć czer­wo­ne­go gu­zika, to dzwo­nek alar­mo­wy.

Za­nim za­mknęła drzwi, uśmiechnęła się do nie­go.

– Miłej podróży!

– Do wi­dze­nia! – po­wie­dział Mon­do.

Kie­dy wy­szedł z bu­dyn­ku, słońce stało już wy­so­ko, pra­wie tak jak w południe. Dni płynęły szyb­ko, od rana do wie­czo­ra. Gdy­by nie zwra­cać na to uwa­gi, płynęłyby jesz­cze szyb­ciej. Dla­te­go lu­dzie za­wsze tak bar­dzo się śpie­szy­li. Chcie­li zro­bić wszyst­ko, co mie­li do zro­bienia, za­nim słońce zno­wu zaj­dzie.

W południe lu­dzie wiel­ki­mi kro­ka­mi prze­mie­rza­li uli­ce mia­sta. Wy­cho­dzi­li z domów, wsia­da­li do sa­mo­chodów, trza­ska­li drzwia­mi. Mon­do chętnie by im po­wie­dział: „Po­cze­kaj­cie! Po­cze­kaj­cie na mnie!”, ale nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi.

Po­nie­waż jego ser­ce też biło zbyt szyb­ko i zbyt moc­no, Mon­do przy­stanął na rogu uli­cy. Stał nie­ru­cho­mo, ze skrzyżowa­ny­mi ra­mio­na­mi, i pa­trzył na kłębiący się tłum. Nie wyglądali już na tak zmęczo­nych jak rano. Szli szyb­ko, moc­no tupiąc, roz­ma­wia­li i śmie­li się bar­dzo głośno.

W tłumie jakaś sta­ra ko­bie­ta po­su­wała się chod­ni­kiem, zgar­bio­na, ni­ko­go nie widząc. Nie­mal ciągnęła za sobą torbę z za­ku­pa­mi, po brze­gi wypełnioną żywnością. Mon­do pod­szedł i pomógł jej nieść torbę. Słyszał za sobą lek­ko zdy­sza­ny od­dech sta­rej ko­bie­ty.

Sta­ra ko­bie­ta otwo­rzyła drzwi sza­re­go bu­dyn­ku i Mon­do wszedł po scho­dach ra­zem z nią. Myślał, że mogłaby być jego babką albo ciotką, ale z nią nie roz­ma­wiał, bo była trochę głucha. Sta­ra ko­bie­ta otwo­rzyła drzwi na czwar­tym piętrze i poszła do kuch­ni ukroić kawałek pier­ni­ka. Kie­dy po­da­wała go chłopcu, zo­ba­czył, że jej ręka bar­dzo drży. Jej głos również drżał, kie­dy po­wie­działa:

– Niech cię Bóg błogosławi.

Nie­co później na uli­cy Mon­do po­czuł, że robi się bar­dzo mały. Prze­su­wał się pod ścia­na­mi, a lu­dzie dokoła nie­go sta­wa­li się wy­so­cy jak drze­wa, ich twa­rze od­da­lały się ni­czym bal­ko­ny bu­dynków. Mon­do prze­my­kał się między tymi ol­brzy­ma­mi sta­wiającymi ogrom­ne kro­ki. Uni­kał ko­biet wy­so­kich jak kościel­ne wieże, ubra­nych w ob­szer­ne suk­nie w gro­chy, i mężczyzn roz­ległych jak fa­le­zy, w gra­na­to­wych gar­ni­tu­rach i białych ko­szu­lach. Może był to efekt dzien­ne­go światła, wy­ol­brzy­miającego rze­czy i skra­cającego cie­nie. Mon­do prześli­zgi­wał się między nimi i tyl­ko ci, którzy spusz­cza­li wzrok, mo­gli go zo­ba­czyć. Nie bał się, może tyl­ko trochę od cza­su do cza­su, kie­dy prze­cho­dził przez ulicę. Szu­kał kogoś po całym mieście, w par­kach i na plaży. Nie bar­dzo wie­dział, kogo szu­ka ani dla­cze­go, ale szu­kał po pro­stu kogoś, żeby go za­py­tać bar­dzo szyb­ko i za­raz po­tem od­czy­tać od­po­wiedź w jego oczach: „Czy chcesz mnie ad­op­to­wać?”.

*

Mniej więcej w tym sa­mym cza­sie, kie­dy dni były piękne, a noce długie i gorące, Mon­do spo­tkał Thi Chin. Wy­szedł ze swo­jej noc­nej kryjówki u na­sa­dy gro­bli. Nad zie­mią uno­sił się ciepły po­dmuch, su­chy wiatr, który elek­try­zu­je włosy i pod­pa­la lasy dębów kor­ko­wych. Na wzgórzach nad mia­stem spo­strzegł biały dym sze­roką smugą roz­chodzący się po nie­bie.

Przez chwilę pa­trzył na oświe­tlo­ne słońcem wzgórza, a po­tem ru­szył w ich stronę. Kręta dro­ga gdzie­nieg­dzie prze­cho­dziła w scho­dy o sze­ro­kich, be­to­no­wych, krat­ko­wa­nych stop­niach. Po obu stro­nach dro­gi ciągnęły się rowy pełne zeschłych liści i kawałków pa­pie­ru.

Mon­do z przy­jem­nością szedł po scho­dach. Wiły się, prze­ci­nając wzgórze nieśpiesz­nie, jak­by wiodły do­nikąd. Wzdłuż całej dro­gi wzno­siły się wy­so­kie ka­mien­ne mury najeżone tłuczo­nym szkłem, tak że nie było widać, gdzie się jest. Mon­do wcho­dził po­wo­li po scho­dach, po­pa­trując, czy nie ma cze­goś cie­ka­we­go w ro­wach. Nie­raz można było tam zna­leźć drobną mo­netę, za­rdze­wiały klucz, ob­ra­zek albo jakiś nie­zna­ny owoc.

W miarę jak wcho­dził pod górę, mia­sto z pro­sto­padłościa­na­mi bu­dynków i li­nia­mi pro­sty­mi ulic, po których sunęły czer­wo­ne i nie­bie­skie sa­mo­cho­dy, sta­wało się co­raz bar­dziej płaskie. Mo­rze pod wzgórzem też robiło się płaskie i lśniło jak płyta białej bla­chy. Mon­do od cza­su do cza­su od­wra­cał się, żeby po­pa­trzeć na to wszyst­ko między gałęzia­mi drzew i po­nad mu­ra­mi wil­li.

Na scho­dach nie było ni­ko­go, nie licząc dużego pręgo­wa­ne­go kota, który przy­cupnąwszy w ro­wie, wy­ja­dał reszt­ki mięsa z za­rdze­wiałej pusz­ki po kon­ser­wach. Kot przy­czaił się, położył uszy po so­bie i utkwił w chłopcu okrągłe źre­ni­ce żółtych oczu.

Mon­do minął go bez słowa. Czuł na so­bie spoj­rze­nie czar­nych źre­nic aż do chwi­li, kie­dy zniknął za za-krętem.

Mon­do wspi­nał się bez­sze­lest­nie. Sta­wiał sto­py de­li­kat­nie, omi­jając gałązki i na­sio­na, prześli­zgi­wał się ci­chut­ko jak cień.

Scho­dy nie za­cho­wy­wały się rozsądnie. Nie­raz były stro­me, z wąski­mi wy­so­ki­mi stop­nia­mi, które wywoływały za­dyszkę. In­nym ra­zem sta­wały się le­ni­we i ciągnęły się po­wo­li między po­siadłościa­mi i pu­sty­mi te­re­na­mi. A nie­raz na­wet wy­da­wało się, że chcą zawrócić w dół.

Mon­do nie śpie­szył się. Szedł przed sie­bie zyg­za­kiem między mu­ra­mi. Przy­sta­wał, żeby zaj­rzeć do rowu albo ze­rwać liść z drze­wa. Brał liść pie­przow­ca i roz­cie­rał go w pal-cach, żeby po­czuć za­pach, od którego szczy­pało w no­sie i w oczach. Zbie­rał kwia­ty wi­cio­krze­wu i wy­sy­sał małą słodką kroplę z na­sa­dy kie­li­cha. Albo grał so­bie na źdźble tra­wy przy­tkniętym do ust.

Mon­do lubił tędy cho­dzić, całkiem sam, przez wzgórze. W miarę jak wcho­dził co­raz wyżej, światło słońca robiło się bar­dziej żółte, łagod­niało, jak­by się wy­do­by­wało z liści roślin i ka­mie­ni sta­rych murów. Za dnia wniknęło w zie­mię i te­raz wycho­dziło, od­dając ciepło i układając się w chmu­ry.

Na wzgórzu nie było ni­ko­go. Pew­nie dla­te­go, że zbliżał się wieczór, i dla­te­go, że dziel­ni­ca była nie­co opusz­czo­na. Wil­le kryły się w drze­wach, nie były smut­ne, ale zda­wały się drze­mać za za­rdze­wiałymi kra­ta­mi i ob­dra­pa­ny­mi nie­do­mkniętymi okien­ni­ca­mi.

Mon­do słuchał śpie­wu ptaków na drze­wach, ci­che­go skrzy­pie­nia gałęzi na wie­trze. Nad wszyst­kim do­mi­no­wało ostre cy­ka­nie świersz­cza, prze­noszące się z miej­sca na miej­sce, jak­by szło w ślad za chłopcem. Chwi­la­mi od­da­lało się trochę, a po­tem wra­cało tak bli­sko, że Mon­do odwra­cał się, aby zo­ba­czyć owa­da. Ale dźwięk przy­ci­chał, a po­tem zno­wu roz­brzmie­wał przed nim albo napływał z góry, ze szczy­tu muru. Wte­dy Mon­do go przy­woływał, dmu­chając w źdźbło tra­wy. Ale świerszcz się nie po­ka­zy­wał. Wolał po­zo­stać w ukry­ciu.

Nad szczy­tem wzgórza z po­wo­du upału po­ja­wiły się chmu­ry. Płynęły spo­koj­nie na północ i kie­dy mijały słońce, Mon­do czuł na twa­rzy cień. Bar­wy się zmie­niały, za­cho­dziły na sie­bie, żółte światło to za­pa­lało się, to znów gasło.

Mon­do od daw­na miał ochotę do­trzeć na szczyt wzgórza. Często mu się przyglądał ze swo­ich kryjówek w skałach, wi­dział drze­wa i nie­zwykłe światło błyszczące na fa­sa­dach domów i lśniące na nie­bie ni­czym au­re­ola.

Chciał wejść na wzgórze, bo scho­dy pięły się w górę, jak­by pro­wa­dziły do nie­ba i światła. Wzgórze było na­prawdę piękne, wzno­siło się wprost nad mo­rzem, do­ty­kało chmur i Mon­do długo się w nie wpa­try­wał – rano, kie­dy było jesz­cze sza­re i od­ległe, i wie­czo­rem, a na­wet w nocy, kie­dy pobłyski­wało elek­trycz­ny­mi lam­pa­mi. Te­raz był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, że się na nie wdra­pał.

Wzdłuż murów, w ster­tach zeschłych liści, po­my­kały sa­la­man­dry. Mon­do próbował je za­sko­czyć, zbliżając się bez­sze­lest­nie, ale one i tak go słyszały i błyska­wicz­nie śmigały w szcze­li­ny.

Mon­do próbował je wabić, świszcząc przez zęby. Bar­dzo chciałby mieć sa­la­mandrę. Pomyślał, że mógłby ją oswoić, trzy­mać w kie­sze­ni spodni i tak so­bie spa­ce­ro­wać. Łapałby dla niej mu­chy, a kie­dy sia­dałby w słońcu na plaży albo na skałach gro­bli, wy­cho­dziłaby z kie­sze­ni i wspi­nała się na jego ramię. Sie­działaby tam bez ru­chu, tyl­ko gardło by jej pul­so­wało, bo sa­la­mandry tak właśnie mruczą.

Po­tem stanął przed