Monachomachia - Ignacy Krasicki - ebook
lub
Opis

Nie wszystko złoto, co się świeci z góry, / Ani ten śmiały, co się zwierzchnie sroży: / Zewnętrzna postać nie czyni natury, / Serce, nie odzież, ośmiela lub trwoży. / Dzierżały miejsca szyszaków kaptury, / Nieraz rycerzem bywał sługa boży; / Wkrada się zjadłość i w kąty spokojne - / Taką ja śpiewać przedsięwziąłem wojnę. (Fragment)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 26


Monachomachia

czyli wojna mnichów

* * *

Ignacy Krasicki

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-347-3 Licencja: Domena publiczna Źródło: Fundacja Nowoczesna Polska Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne. Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab 2015 MASTERLAB Białobrzegi, Polskawww.masterlab.pl

Ignacy Krasicki

Monachomachia

czyli wojna mnichów

Pieśń I

 

   Nie wszystko złoto, co się świeci z góry,

Ani ten śmiały, co się zwierzchnie sroży:

Zewnętrzna postać nie czyni natury,

Serce, nie odzież, ośmiela lub trwoży.

Dzierżały miejsca szyszaków kaptury,

Nieraz rycerzem bywał sługa boży;

Wkrada się zjadłość i w kąty spokojne —

Taką ja śpiewać przedsięwziąłem wojnę.

 

   Wojnę domową śpiewam więc i głoszę,

Wojnę okrutną, bez broni, bez miecza,

Rycerzów bosych i nagich po trosze;

Samo ich tylko męstwo ubezpiecza —

Wojnę mnichowską. Nie śmiejcie się, proszę:

Godna litości ułomność człowiecza!

Śmiejcie się wreszcie, mimo wasze śmiéchy

Przecież ja powiem, co robiły mnichy.

 

   W mieście, którego nazwiska nie powiem,

Nic to albowiem do rzeczy nie przyda,

W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,

W godnem siedlisku i chłopa, i Żyda,

W mieście (gród, ziemstwo trzymało albowiem

Stare zamczysko, pustoty ohyda)

Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,

Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.

 

   W tej zawołanej ziemiańskiej stolicy

Wielebne głupstwo od wieków siedziało;

Pod starożytnem schronieniem świątnicy

Prawych czcicielów swoich utuczało.

Zbiegał się wierny lud, a w okolicy

Wszystko odgłosem uwielbienia brzmiało.

Święta prostoto! Ach, któż cię wychwali!

Wiekuj szczęśliwie!… Ale mówmy daléj!

 

   Bajki pisali o dawnym Saturnie

Ci, co za niego tworzyli wiek złoty.

Szczęśliwszy przeor jadący poczwórnie,

Szczęśliwszy lektor mistycznej roboty,

Szczęśliwszy ociec, po trzecim nokturnie

W puchu topiący chórowe kłopoty,

Szczęśliwszy z braci, gdy kaganek zgasnął,

Co w słodkiem miodu wytrawieniu zasnął.

 

   W tym było stanie rozkoszne siedlisko

Świętych próżniaków. Ach, losie zdradliwy!

Ty, co z niewczesnych odmian masz igrzysko

I nieszczęść ludzkich jesteś tylko chciwy,

Ma świat z dziwactwa twego widowisko.

Jęczy pod ciężkiem jarzmem człek cnotliwy;

Mniejsza, żeś państwa, trony, berła skruszył;

Będziesz tak śmiałym, żebyś kaptur ruszył?

 

   Już były przeszły owe sławne wojny,

Którym się niegdyś świat zdumiały dziwił.

Już seraficzny zakon był spokojny,

Już Karmelowinikt się nie przeciwił;

Już kaznodziejski wzrok mniej bogobojny

Oka na kaptur śpiczastynie krzywił;

Dawnych niechęci mgłę rozniosły wiatry,

Szczęśliwe nawet były bonifratry.

 

   Ta, która nasze padoły przebiega

I samem tylko nieszczęściem się pasie,

Jędza niezgody, co Parysa zbiega

Znalazła niegdyś na górnym Idasie,

Słodki raj mnichów gdy w locie postrzega,

Jęknęła w złości i zatrzymała się;

Widząc fortunny los spokojnych mężów,

Świsnęła żądły najeżonych wężów.

 

   Wstrzęsła pochodnie, natychmiast siarczyste

Iskry na dachy i wieże wypadły;

Wskroś przebijają gmachy rozłożyste,

Już się w zakąty najciaśniejsze wkradły —

A gdzie milczenie bywało wieczyste,

Wszczyna się rozruch i odgłos zajadły.

Rażą umysły jędze rozjuszone,

Budzą się mnichy letargiem uśpione.

 

   Wtenczas, nie mogąc znieść tego rozruchu,

Ociec Hilary obudzić się raczył.

Wtenczas ksiądz przeor, porwawszy się z puchu,

Pierwszy raz w życiu jutrzenkę obaczył.

Klął ociec doktor czułość swego słuchu,

Wstał i widokiem swym ojców uraczył,

I, co się rzadko w zgromadzeniu zdarza,

Pędem niezwykłym wpadł do refektarza.

 

   Na taki widok zbiegłe braci trzody

Pod rzędem kuflów garcowych uklękły:

Biegli ojcowie za mistrzem w zawody.

Ten, strachem zdjęty i srodze przelękły,

Wprzód otarł z potu mięsiste jagody,

Siadł, ławy pod nim dubeltowe jękły,

Siadł, strząsnął mycką, kaptura poprawił

I tak wspaniałe wyroki objawił: